Odnaleźć Słońce - Sandra Gościniak - ebook

Odnaleźć Słońce ebook

Sandra Gościniak

0,0

Opis

Czy można odnaleźć słońce, gdy nadciągają czarne chmury?

Dla siedemnastoletniej Kler życie w Las Vegas skończyło się serią „mentalnych nokautów", po których została jej tylko pustka i walizki spakowane do małego miasteczka Calada. Miała to być ucieczka od problemów, a okazała się zderzeniem z zupełnie nową rzeczywistością.

Kler nastawiała się na nudę i bunt, ale los postawił na jej drodze Lucasa - chłopaka z sąsiedztwa, który za czarującym uśmiechem skrywa własne, bolesne tajemnice. Wkrótce okazuje się, że w sennym miasteczku życie toczy się szybciej, niż ktokolwiek by przypuszczał. Kiedy przyjaźń przeradza się w coś głębszego, a demony przeszłości pukają do drzwi, Kler musi zadać sobie pytanie: czy jest gotowa zaryzykować serce po raz kolejny?

Poruszająca opowieść o dorastaniu, trudnych wyborach i nadziei, która potrafi zaświecić nawet w najciemniejszą noc.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 283

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Strona redakcyjna

Rozdział 1:

Nowy początek

Każdy ma w życiu taki moment, w którym wszystko nagle przestaje mieć sens. Mnie dopadło to w wieku siedemnastu lat. To była reakcja łańcuchowa, burząca mój świat w zaledwie trzy dni.

Najpierw chłopak, którego uważałam za przyjaciela, oznajmił mi, że jestem dla niego tylko koleżanką. Mentalny plaskacz numer jeden. Następnie facet, z którym umówiłam się na randkę, odwołał spotkanie, wykręcając się nagłą opieką nad chrześniakiem. Mentalny prawy sierpowy. Jednak najlepsze przyszło na koniec: kumpel, w którym podkochiwałam się całe dzieciństwo, właśnie został ojcem. Fakt, że inna dziewczyna była z nim w ciąży, najwyraźniej wcale nie przeszkadzał mu wcześniej we flirtowaniu ze mną. O wszystkim dowiedziałam się z internetu. Mentalny nokaut.

Na domiar złego mama, w pogoni za pracą i spokojniejszym życiem, wywiozła mnie i mojego brata z Las Vegas do Calady – małej mieściny na kompletnym pustkowiu. Żyć, nie umierać.

Pomysł pozbierania swoich kawałków w nowym miejscu, teoretycznie brzmiał na plus, ale nie mogłam znieść myśli o zostawieniu całego dotychczasowego życia. W Vegas mieszkałam od zawsze. Tam miałam znajomych i szkołę, którą – o dziwo – nawet lubiłam. To tam przeżyłam pierwsze zauroczenie i pierwszy pocałunek. Tam działy się wszystkie moje wzloty i upadki.

Słuchając smutnej piosenki lecącej w radiu, otarłam po kryjomu łzę. Nienawidziłam płakać, lecz ostatnio nie robiłam nic innego, tylko ryczałam w poduszkę. Czułam się fatalnie i nie miałam komu się wyżalić. Wszyscy mnie opuścili. Pozostała jedynie Marika, ale ona przez większość czasu miała na wszystko wywalone – wiecznie imprezowała i była pijana.

– Daleko jeszcze? – Zapytał znudzony Jakob.

Jechaliśmy już bite pięć godzin bez żadnego postoju. Nie dziwiłam się, że siedmiolatek miał dość.

– Niedługo będziemy, kochanie. Patrz… – mama wskazała palcem na zieloną tabliczkę z nazwą miejscowości.

– Ja chcę największy pokój! – Krzyknął mały, kopiąc nogami w oparcie mojego fotela.

Nagle mój telefon zawibrował.

Nadawca: Marti

Data: 29.11.2016, 18:20

Mam nadzieję, że nie jesteś zła za ostatnie spotkanie. Masz może ochotę wyskoczyć dzisiaj na pizzę? :*

Prychnęłam pod nosem. Przeczesałam włosy palcami i bez wahania zablokowałam jego numer.

Teraz się książę obudził?

Najwyraźniej mu się nudziło. Kumple nie mieli czasu więc uznał, że naiwna Kler będzie idealnym kołem ratunkowym. Frustracja sięgnęła zenitu; z trudem opanowałam drżenie dłoni.

Było mi strasznie smutno, a pogoda wcale nie poprawiała nastroju. Padało jak z cebra, natomiast szare chmury zwiastujące burzę spowiły całą okolicę.

– Jesteśmy na miejscu, dzieci – oznajmiła mama z cieniem uśmiechu.

Wiedziałam, że ona też ciężko to przeżywa, dlatego nie chciałam zawracać jej głowy swoimi dramatami. Przecież w świecie dorosłych takie rzeczy to drobnostki w porównaniu z „prawdziwymi” problemami. Kiedy wjechaliśmy na kamienny podjazd, wrzuciłam telefon do plecaka i odpięłam pas.

– Wow! Fajnie tu! – Jakob wybiegł z auta, gdy tylko silnik zgasł.

Zatrzymał się na trawie przed ceglano-kamiennym domkiem. Trzeba było przyznać, że wyglądał całkiem nieźle, ale to wciąż nie było Vegas.

– Mogłabyś się chociaż wysilić na uśmiech – skarciła mnie mama, gdy zostałyśmy same.

Westchnęłam ciężko i dyskretnie przewróciłam oczami, nie odpowiadając ani słowem.

– A tata będzie tu z nami mieszkać? – Wypalił nagle Jakob, wchodząc na drewnianą werandę.

Ganek został zawalony pudłami i workami podpisanymi naszymi imionami. Ekipa od przeprowadzek uwinęła się szybciej niż my. Mama przykucnęła przed siedmiolatkiem, kładąc mu dłonie na ramionach.

– Kochanie, jakby ci to powiedzieć… Tatuś już z nami nie będzie mieszkać. – Oznajmiła łagodnie.

Zapomniałam wspomnieć, że mój ojciec narobił długów i uciekł do Niemiec. Kiedy nie wrócił po pięciu miesiącach, mama złożyła wniosek o rozwód. Nawet nie stawił się na rozprawie. Dopiero miesiąc temu przysłał list z przeprosinami i zaległymi alimentami. Znaczek na kopercie pochodził z Francji, więc najwyraźniej szybko zmieniał miejsca pobytu. Jakob zawsze był tym „ukochanym dzieckiem”, więc mama rekompensowała mu brak ojca zabawkami i uleganiem zachciankom. Wszystko, byle ukryć prawdę. Ja byłam starsza i wiedziałam doskonale, że tatę zgubiły kochanki, na które brał kredyty. Pałałam do niego czystą złością za to, że rozbił naszą rodzinę.

– Ojciec ma nas po prostu w dupie – rzuciłam oschle.

Mama posłała mi surowe spojrzenie. Powstrzymała się jednak od komentarza i bez słowa podała mi klucze. Przeklinając pod nosem, otworzyłam drzwi. W środku leżało pełno folii i rupieci należących do poprzednich właścicieli.

– Lecę na górę! – Jakob trącił mnie łokciem i pobiegł po schodach.

– Zmień nastawienie do tej przeprowadzki i do brata. On nie jest niczemu winny – zganiła mnie mama, krzyżując ręce na piersi.

– Przecież nic mu nie robię – odparłam, nie rozumiejąc, o co jej chodzi.

Moim zdaniem siedmiolatek powinien znać prawdę, a nie żyć pod kloszem. Prawda boli, ale przynajmniej wiesz, na czym stoisz.

– To jest jeszcze dziecko, Kler. Doskonale wiesz, że on jest dla mnie najważniejszy na świecie.

Nic już nie powiedziałam. Tylko zagryzłam wargę i przytaknęłam.

Cały czas mi to powtarzasz…

– Mama! Mama! Zobacz, jaki mam pokój! – Radosny wrzask dobiegł z piętra.

– Idę, kochanie! – Odkrzyknęła nawet na mnie nie patrząc.

Rozgoryczona, ruszyłam na górę. Pierwszy pokój zajął Jakob. Zostały jeszcze dwie sypialnie – jedna obok niego, druga po przeciwnej stronie korytarza. Wybrałam tę drugą. Choć była najmniejsza z nich wszystkich, wydała mi się najbardziej przytulna. Panowały w niej pustki ale w głowie już układałam plan, jak urządzić swój własny kąt.

Po kilku godzinach noszenia kartonów i wycierania kurzu, wyjęłam dmuchany materac. Meble miały przyjechać dopiero jutro, więc musieliśmy jakoś przetrwać noc. W tym czasie młody mył się w misce, a mama pojechała po drobne zakupy do sklepiku na końcu ulicy.

Zanim opanowałam sztukę rozkładania materaca, z dołu dobiegł zapach azjatyckiego jedzenia. Posiłek zjedliśmy w milczeniu. Po ekspresowej kąpieli położyłam się wreszcie na swoim prowizorycznym posłaniu. Miałam nadzieję na szybki sen, ale na próżno. Wierciłam się, liczyłam owce, kaczki, a nawet pączki. Nic nie pomagało. Myśl o tym, że o szóstej rano muszę wstać do nowej szkoły, przerażała mnie. W poprzedniej „budzie” miałam ekipę, kumpli, z którymi można było kraść konie. Nauczyciele byli w porządku, znali nas. Był luz.

Nie mogąc wytrzymać, chwyciłam paczkę papierosów i zapalniczkę. Podeszłam do okna, przesunęłam je do góry i ostrożnie wygramoliłam się na blaszany daszek werandy. Było lodowato. Nawet gruba bluza z kapturem niewiele dawała. Mimo wszystko zignorowałam chłód i zapaliłam. Smak nikotyny wypełnił moje usta, przynosząc chwilową ulgę.

Nagle mój wzrok przykuł sąsiedni dom. Panowała tam cisza, ale cienie rzucane na zasłonięte firanki sugerowały, że w środku sporo się dzieje. Obserwowałam to z zaciekawieniem, na chwilę zapominając o własnych problemach. Ten widok wciągnął mnie niczym telenowela. Pozwalał wmówić samej sobie, że może ci ludzie mają jeszcze gorzej niż ja.

Tonący brzytwy się chwyta…

Niespodziewanie w oknie na piętrze sąsiedniego domu zapaliło się światło. Przestraszona, że zostanę zauważona, natychmiast wycofałam się do pokoju. Nie chciałam, by kilka godzin po przeprowadzce przylgnęła do nas łatka „rodziny podglądaczy”.

Po zamknięciu okna chciałam zejść na parter, ale ciemność na schodach skutecznie mnie zniechęciła. Przypomniały mi się wszystkie horrory, jakie kiedykolwiek widziałam. Nie miałam ochoty spotkać w kuchni zamaskowanego mordercy ani tym bardziej żadnego ducha. Wróciłam więc pod koc. Nawet nie wiem, kiedy zrobiło mi się ciepło, a kraina Morfeusza w końcu zawładnęła moimi myślami.

Rozdział 2:

Rysa

Cisza. Dookoła panowała martwa cisza. Zmęczona przetarłam dłońmi twarz i ziewnęłam. Przez okno wpadało już szare światło, co oznaczało, że nadszedł nowy dzień. Z bólem w karku przewróciłam się na plecy i odnalazłam telefon. Miałam jeszcze pięć minut do budzika, ale leżenie i tak by mi nie pomogło. Wzdychając ciężko, wyszłam spod posłania i od razu zaczęłam się trząść jak galaretka. Całe moje ciało pokryła gęsia skórka, którą starałam się rozetrzeć dłońmi. Zesztywniała podeszłam do walizki i wyciągnęłam z niej pierwsze lepsze ubrania. Stawiając ostrożnie kroki, aby nikogo nie obudzić, zeszłam na parter. Tam jednak krzątała się już mama, co nie powinno być dla mnie żadnym zaskoczeniem.

– Cześć, mamo – przywitałam brunetkę, która mieszała coś w garnku na kuchence elektrycznej.

– Cześć, kochanie. Zaraz będzie śniadanie. Pomyślałam, że coś ciepłego w tej zimnicy będzie dobrym pomysłem – oznajmiła z cieniem uśmiechu, który starałam się odwzajemnić.

– Idę się ogarnąć i zaraz przyjdę. – Machnęłam do niej ciuchami i skierowałam się do łazienki, która znajdowała się pod schodami.

Była malutka, ale za to przytulna. Zerknęłam przez prostokątne okienko na zewnątrz i z grymasem niezadowolenia musiałam stwierdzić, że zbierało się na deszcz. Szybko załatwiłam swoje poranne czynności, takie jak umycie zębów i twarzy. Następnie związałam włosy w dwa warkocze od samej góry, zostawiając nieliczne pasma poza upięciem. W malutkim lusterku, jakie miałam w kosmetyczce, ogarnęłam makijaż. Cienka kreska eyelinerem na górnej powiece, jasny cień oraz matowa szminka – to cały mój trud wkładany w to, aby wyjść do żywych.

Włożyłam na siebie dżinsy oraz szarą bluzę z kapturem, która oczywiście podczas wciągania przez głowę musiała poczochrać mi czuprynę. Wypuszczając powietrze z płuc, wyszłam z łazienki i powolnym krokiem dotarłam do kuchni. Usiadłam na podłodze przy niewielkim stoliku z kartonu.

– Smacznego. – Mama podała mi miskę owsianki z kawałkami banana i jagodami. – Kler, musimy porozmawiać.

Oho… zaczyna się.

– Okej… Co się dzieje? – zapytałam jakby nigdy nic, wpychając do ust łyżkę gorących płatków. Wolałam poparzyć sobie podniebienie, niż podjąć tę rozmowę.

– Chciałabym, abyś poprawiła oceny, mniej wagarowała, nie wdawała się w bójki, nie pyskowała nauczycielom i nie paliła. Proszę, znajdź sobie też jakichś normalnych znajomych, a nie takich, co ciągle chleją i imprezują.

Wiedziałam… Z bezsilności zostawiłam łyżkę w miseczce i spuściłam głowę.

– Miałam opuszczone tylko sto dwadzieścia trzy godziny. A jeśli komuś w ryj się należy, to dostanie – odparłam zbulwersowana, nerwowo bawiąc się rękawami bluzy.

– Kler! – nie wytrzymała i podniosła głos. – Podejdź do życia poważniej. Masz już siedemnaście lat, a twoje wybryki są karygodne – dodała, wrzucając garnek do pozostawionego przez poprzednich właścicieli zlewu.

Nic już nie mówiąc, tępo wpatrywałam się w swoje śniadanie, słuchając łomoczącego serca.

– Co się stało? – Nagle w drzwiach pojawił się zaspany Jakob, przecierając pięścią oko.

– Będę się zbierać – poinformowałam, ale nie było mi dane nawet wstać.

– Zjedz do końca, bo nie po to sterczałam tyle czasu przy garach, aby to wyrzucić – westchnęła mama, wychodząc z pomieszczenia.

Na jej humor miałam tylko jedno wytłumaczenie – była już wszystkim zmęczona. Kładąc dłoń na czole, zmarszczyłam lekko brwi. Miałam ochotę zakląć, ale nie mogłam tego zrobić w obecności siedmiolatka. Niezbyt szczęśliwa, wcisnęłam w siebie na siłę owsiankę, a pustą miseczkę zalałam wodą.

– Cześć, Jakob. – Poczochrałam brata po głowie i poleciałam na górę po plecak.

Włożyłam czarne botki na słupku, telefon schowałam do tylnej kieszeni, a fajki i zapalniczkę ukryłam w rękawie bluzy.

– Wychodzę! – krzyknęłam, aby ta wiadomość dotarła do mojej rodzicielki.

– Dobrze. Po szkole meldujesz się od razu w domu! – odkrzyknęła brunetka z innego pomieszczenia.

– Spoko – bąknęłam pod nosem, wkładając słuchawki w uszy.

Zamknęłam za sobą drzwi i odważnym krokiem ruszyłam przed siebie. Na ulicach panowały straszne pustki, co było kompletnym przeciwieństwem Vegas. Mieszkając tam, do szkoły jechałabym autobusem, spisując na kolanie zadania domowe od jakichś kujonów. Natomiast w Calada miałam tylko dwa kilometry do budy, co zdaniem mamy oraz dziadków mogłam pokonać pieszo. Mieliśmy z nimi stały kontakt, więc byli na bieżąco z naszym życiem. Będąc w bezpiecznej odległości od domu, zapaliłam papierosa, aby uspokoić zszargane nerwy. Mama wiedziała, że palę, ale wolałam robić to z dala od niej.

Po dwudziestu minutach spaceru w zimnie dotarłam na miejsce. Zza drzew wyłonił się spory budynek z przeszklonym frontem. Przed szkołą stało pełno samochodów i nie miałam pojęcia, którędy musiały jechać, skoro po drodze ani jednego nie zauważyłam. W obiekcie paliło się mnóstwo świateł, a pojedyncze osoby chodziły korytarzami. Buda w Vegas przypominała średniowieczny zamek, żywcem wyjęty z czasów króla Artura. Ta szkoła zaś świetnie wkomponowałaby się w architekturę Seattle. Swoją drogą – cudowne miasto, z którym planowałam swoją przyszłość.

Będąc pod wrażeniem, omal nie szłam przed siebie z otwartą buzią. Powoli maszerując po szarej kostce, schowałam słuchawki do plecaka. Nagle poczułam pchnięcie w plecy i o mało nie wywróciłam się na twarz. Przez ramię przeszedł mi dziwnie nieprzyjemny prąd, który spowodował ból. Niekontrolowanie upuściłam telefon, który jak na złość upadł ekranem do ziemi.

– Uważaj, jełopie, jak leziesz! – krzyknęłam, odwracając się. Wtem moim oczom ukazał się chłopak mojego wzrostu. – Chodzić, baranie, nie umiesz, czy znudziło ci się oddychanie prostym nosem? – zapytałam, podnosząc swoją własność z chodnika i modląc się, aby ekran był cały.

No i moje nadzieje piorun strzelił. Oczywiście musiała się pojawić długa rysa przechodząca przez środek wyświetlacza.

– I patrz, co zrobiłeś! – W brązowych oczach mojego napastnika pojawiło się lekkie zdenerwowanie i coś przypominającego rozbawienie. – Co tak stoisz jak cielę i patrzysz na mnie jak na malowane wrota?! – Z irytacji wystrzeliłam ręce w górę, ale szybko tego pożałowałam. Ból w łopatce był niemiłosierny. – Może miałbyś na tyle godności, żeby przeprosić – powiedziałam już spokojniej. Pierwszym powodem, jaki zmusił mnie do zmiany tonu, był dyskomfort w ramieniu. Drugim zaś liczba przechodniów, która gapiła się na mnie jak na debila.

– Sorry. Nie zauważyłem cię po prostu. No i sorry za telefon – wskazał palcem na przedmiot trzymany przeze mnie.

– Palant – westchnęłam na odchodne. Nie miałam zamiaru dłużej marnować cennego czasu oraz śliny na jakiegoś kretyna. Musiałam jeszcze iść do sekretariatu wypytać o parę rzeczy.

– Jeszcze raz sorry! – Niski, chropowaty głos chłopaka dobiegł moich uszu. Ja zaś wystawiłam w jego stronę środkowy palec i odeszłam.

Zła jak osa dotarłam do betonowych schodów, które w połowie przysłaniał szklany dach. Niby wszystko fajnie, gdyby nie ptasie odchody. Zdegustowana pociągnęłam jedno skrzydło drzwi do siebie, a ciepłe powietrze uderzyło prosto w moją twarz. Wciągając sporą ilość tlenu do płuc, rozejrzałam się po holu. Na ścianie za palmą zauważyłam niebieską tabliczkę z napisem „Sekretariat i gabinet dyrektora”. Niezbyt miło wspominałam te miejsca z poprzedniej szkoły. Naciągając rękawy bluzy, zebrałam w sobie odwagę i weszłam do środka. Za ladą siedziała kobieta, mająca na moje oko prawie czterdziestkę, i stukała coś na klawiaturze.

– Dzień dobry – wychrząkałam, gdyż zaschło mi w gardle.

– Dzień dobry. W czym mogę pomóc? – Jej lodowate tęczówki przeszyły mnie podejrzliwym spojrzeniem. Chyba ogarnęła, że jeszcze nigdy mnie nie widziała.

– Ja jestem tu nowa. Przyszłam spytać o plan zajęć, czy można przepisać go skądś i… – Nim jakkolwiek się wysłowiłam, czarnulka wstała z krzesła.

– Kler Ventura, druga klasa technikum hotelarstwa – wróciła do mnie z jakąś paczką oraz stertą papierów. – Tutaj masz wykaz książek oraz podręczniki. W domu sprawdź, czy wszystkie masz, i jutro przynieś mi potwierdzenie z podpisem. – Wskazała długim, czerwonym szponem na wykropkowane miejsce. Ilość podręczników mnie przerosła, było tam chyba ze trzydzieści egzemplarzy. – Tutaj masz plan lekcji z numerami sal na dzisiejszy dzień, a resztę sprawdź sobie na stronie internetowej. – Podsunęła w moją stronę karteczkę, która przez swą wielkość i tak na pewno zostanie zgubiona. – Podczas rozmowy z twoją mamą szkoła zamówiła dla ciebie mundurek. – Podała mi paczkę owiniętą w biały papier. – Mundurek obowiązuje w każdym dniu oprócz środy. Ponadto proszę, abyś zapoznała się z regulaminem, gdyż różni się on nieco od standardowego – wyjaśniła z cieniem uśmiechu, choć wiedziałam, że był sztuczny. Od natłoku wrażeń aż zaniemówiłam. – Masz tu także numer szafki oraz kod do niej. Oczywiście możesz go zmienić, ale nie ręczymy później za zapomnienie szyfru – wyjaśniła, dając mi do rąk kolejną kartkę. Gdy ewidentnie skończyła swój wywód, usiadła na miejsce i ponownie zaczęła zawzięcie stukać w klawisze. – Coś nie jest jasne? – mruknęła w moją stronę, zauważając, że się nie ruszyłam.

– Nie… Nie – westchnęłam, zbierając swoje klamoty.

Kiedy wyszłam na korytarz, zrobiło mi się znacznie chłodniej i przyjemniej. Wyglądając zza książek, zaczęłam szukać wejścia do szatni. Dostrzegając dwie dziewczyny w kurtkach, postanowiłam iść za nimi. Nie myliłam się. Poszły wprost do przebieralni, która znajdowała się w piwnicy. Pomieszczenie, pomimo włączonego światła, było ciemne, a rury wiszące pod samym sufitem przyprawiały o ciarki. Kładąc rzeczy na ławeczce, odczytałam numer szafki. Ta plątanina blach nie miała końca. Błąkałam się po całej szatni i jak skończony debil szukałam numeru sześćdziesiąt sześć. Sfrustrowana, słysząc dzwonek na lekcje, warknęłam pod nosem. Kiedy miałam już zrezygnować, zauważyłam ciemny zakamarek. Zero światła, ani żywej duszy. Czując gęsią skórkę na rękach, weszłam w mrok. Włączyłam latarkę w telefonie i ujrzałam trzy samotne, z wyglądu bardzo zadbane szafki. Wśród nich znalazłam swoją. Odczytując z karteczki kod, wykręciłam go na kłódce, a moim oczom ukazała się srebrnoszara blacha. Pośpiesznie wróciłam po klamoty i byle jak wrzuciłam je do środka. Zabrałam do plecaka tylko potrzebne podręczniki i zerknęłam na numer sali.

Biegając po korytarzu na pierwszym piętrze, w końcu znalazłam klasę. Z pomieszczenia dochodziły już krzyki kobiety oraz rozmawiających uczniów. Trzęsąc się jak galaretka, zapukałam do białych drzwi i chwyciłam za klamkę.

– Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie – powiedziałam, ogarniając salę wzrokiem.

– Dzień dobry. Ty pewnie musisz być Kler. Zapraszam cię do naszej grupy. Proszę, zajmij wolne miejsce koło Liliany – odparła szatynka, wskazując puste krzesło w przedostatniej ławce, pod oknem. Nie protestując, pomaszerowałam na swoje miejsce. – Proszę o ciszę! Musimy przywitać nową koleżankę. – Złączyła swoje długie, smukłe palce. – Witamy cię, Kler, w naszych skromnych progach. Mam nadzieję, że będziesz się tutaj dobrze czuć. Ja jestem Ariel Quicz i mam wychowawstwo nad hotelarzami oraz gastronomią. Ze względu na liczbę uczniów te dwa oddziały zostały połączone. – Zwróciła się do mnie, tak samo jak kilkanaście par oczu. – Mamy tu też bardzo ważne zasady, których należy przestrzegać. Po pierwsze: nosimy mundurek szkolny, wyjątkiem są środy. Ponadto obowiązuje obuwie zmienne: trampki dla chłopców oraz balerinki dla dziewcząt. Wyjątkiem od reguły jest wuef. Tam panowie mają swoje zasady. Szpilki, korki, koturny są niedopuszczalne. Nie perfumujemy się, można używać jedynie antyperspirantu w sztyfcie. Włosy uczesane w warkocz, kitkę lub skromnego koka. Biżuteria skromna i niewyzywająca. Zero makijażu, kolczyków w nosie czy gdzieś indziej, oczywiście poza uszami. Zero tatuaży – poinformowała, a ja dobrze, że siedziałam.

– Pani profesor – przerwałam jej monolog. – Ja nie wyjmę kolczyka ani z nosa, ani pępka czy języka, bo mi dziurki po przekłuciu zarosną. Pani mi na to kasy nie dała, a w Vegas nikomu to nie przeszkadzało – rzuciłam oschle, nie rozumiejąc zasad panujących w nowej budzie.

– Moja droga… Po pierwsze: wstań, jak do mnie mówisz. Po drugie: wyrażaj się grzeczniej – skarciła mnie złowrogim spojrzeniem, jakbym jej co najmniej pieniądze ukradła. – Musisz je wyjąć – oznajmiła ze spokojem, a cała reszta z uwagą przyglądała się nam.

– A jeśli nie, to pani sama to zrobi, czy będzie mi wstawiać za każdym razem uwagę do dziennika? – żachnęłam się, nie mogąc wytrzymać, widząc minę kobiety.

– Tak długo, aż nie poskutkuje – oznajmiła, podchodząc do mnie powoli.

Podejmując nieme wyzwanie, wstałam z krzesła i opierając się dłońmi o blat, lekko nachyliłam się w stronę nauczycielki.

– A jak mam tatuaż na pośladku, też mam go usunąć? – spytałam, siląc się na powagę, ale śmiech strasznie drażnił mnie w gardle. Co prawda posiadałam kilka tatuaży, ale na pewno nie na tyłku. To nawet jak na mnie byłoby przegięciem.

– Bez takich tekstów, proszę! – krzyknęła oburzona profesorka, wystawiając ręce przed siebie.

– Pokaż, mała, jaki! – zaśmiał się chłopak siedzący w rzędzie obok.

Posłałam mu z uśmiechem buziaka i mrugnęłam okiem. Osoby siedzące wokół mnie zachichotały, wprowadzając zamęt w klasie.

– Spokój! – rozkazała pani „spięta syrenka Ariel”. – Jako że to twój pierwszy dzień, nie poślę cię do dyrektora, ale na drugi raz nie będę tak tolerancyjna – ostrzegła surowym tonem, kiedy usiadłam z powrotem. – Wracamy do tematu zajęć.

Kiedy wszyscy zaczęli w ciszy notować wykresy z tablicy, przyjrzałam się każdemu po kolei. W tłumie twarzy rozpoznałam jedynie kolesia, który na dziedzińcu na mnie wpadł. W pewnym momencie nasze spojrzenia się skrzyżowały. Moje szare z jego ciemnobrązowym. Patrzył na mnie z uśmieszkiem malującym się na bladej twarzy. Dziwnie zniesmaczona odwróciłam wzrok i również zaczęłam bazgrać w zeszycie. Wtem poczułam w kieszeni spodni wibracje telefonu. Potajemnie wyjęłam komórkę i za plecami jakiejś wysokiej dziewczyny, która mnie w całości zasłaniała, odczytałam wiadomość.

Nadawca: Marika

Odbiorca: Kler

No elo! : Jak tam leci w nowej budzie? Masz jakieś fajne ciacho w klasie?

Nadawca: Kler

Odbiorca: Marika

Siema 😛 Daj spokój. Szkoła wyjęta z Seattle, a zasady gorsze niż w zakonie. Psorce już podpadłam swoim niewyparzonym językiem oraz wyglądem. Pogadamy, jak wrócę do domu.

Nadawca: Marika

Odbiorca: Kler

Ok

Ale się rozpisała… Na tę myśl przewróciłam oczami i cisnęłam telefon do plecaka.

– Nudzisz się – szepnęła do mnie dziewczyna z ławki.

Z uniesioną brwią zerknęłam na towarzyszkę, która wyglądała na dorosłą kobietę w stroju ośmioletniej dziewczynki. Błękit kompletnie do niej nie pasował.

– W tej szkole to standard – kontynuowała, przepisując informacje z tablicy. – Tak w ogóle jestem Liliana, ale znajomi wołają na mnie Lili. – Przedstawiła się, wyciągając do mnie dłoń.

Z kultury odwzajemniłam gest.

– Kler – odparłam oschle, a nasz uścisk zdawał mi się trwać ciut za długo.

– Ładne paznokcie, ale niestety one nie przejdą u nas – westchnęła, podziwiając mój czarno-srebrny manicure.

– Macie bardzo dziwne zasady… – wycedziłam przez zęby kąśliwy komentarz, mając już dosyć nowej szkoły. A zapowiadało się tak dobrze…

– Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy.

Oniemiałam. Po prostu mnie zatkało.

– Słucham? – zapytałam z nadzieją, że dostałam obuchem w głowę i mam chwilowe omamy.

– No… Ja. Ty. Przyjaźń. – Pokazała najpierw na mnie, a następnie na samą siebie, w ogóle nie będąc skrępowaną.

– Zapomnij. Jesteśmy z dwóch różnych światów – rzekłam stanowczo, bawiąc się długopisem. Jednak ta wlepiała we mnie wzrok, czekając na jakiś argument. – Dziewczyno… Nie widzisz, że różnimy się od siebie jak dzień i noc? Ja jestem typem samotnika i buntownika, a ty słodkim pupilkiem rodziny i nauczycieli. Ja łamię zasady, ty ich raczej przestrzegasz. Kontynuować? – spytałam, a chwilę po skończeniu mojej wypowiedzi zadzwonił dzwonek.

Widząc, że brunetka nie ma nic do powiedzenia, spakowałam swoje rzeczy i wyszłam. Do końca zajęć miałam już spokój z natrętnym ogonem, jakim była Lili. Wychodząc z budynku, musiałam stawić czoła kroplom zimnego deszczu. Załamana pogodą ruszyłam przed siebie, chcąc jak najszybciej dotrzeć do mieszkania, choć i tam pewnie też było zimno.

– Gdzie mieszkasz?

O nie… Załamana odwróciłam głowę i ujrzałam brunetkę.

– Czego ty ode mnie chcesz? – jęknęłam, siląc się na spokój, choć w moim głosie słychać było bezsilność.

– Odprowadzić cię – odparła wesoło, spoglądając na mnie piwnymi tęczówkami.

– Na końcu ulicy Howelbrit – rzuciłam od niechcenia, mając nadzieję, że szybko się odczepi.

– Ooo! To niedaleko! – pisnęła z entuzjazmem, którego nie podzielałam.

– Możesz mnie odprowadzić, ale nic nie mów – rozkazałam, maszerując przed siebie.

Po dwudziestu minutach ciszy dotarłyśmy przed mój dom.

– To ja spadam. Narka. – Nie oglądając się za siebie, weszłam do mieszkania. – Cześć, mamo! – krzyknęłam, rzucając plecak na podłogę. Od tego całego tałatajstwa ważył chyba tonę.

– Chodź na obiad, póki gorący! – Głos kobiety dobiegł z kuchni.

W mieszkaniu zrobiło się cieplej niż pierwszego dnia, więc spokojnie mogłam się ogrzać. Szybko umyłam ręce i zasiadłam do stołu.

– Widzę, że meble dojechały – stwierdziłam, rozglądając się dookoła. Część z nich została już nawet złożona.

– Parę minut po twoim wyjściu dotarły, więc wzięłam się od razu za robotę – uśmiechnęła się do mnie zielonooka, nakładając mi na talerz makaron i sos. – A jak w szkole? – zagaiła rodzicielka, siadając naprzeciwko mnie.

– Może być. Nie jest to samo co w Vegas, ale mam nadzieję, że będzie chociaż znośnie – westchnęłam, nawijając makaron na widelec.

– Słuchaj nauczycieli i nie odstawiaj głupot, to będzie wszystko dobrze – odparła mama pewnym siebie głosem.

– A jak u Jakoba? – zmieniłam pośpiesznie temat, nie chcąc mówić o pierwszym zatargu z własną wychowawczynią.

– Ma bardzo fajną grupę. Zaklimatyzował się od razu.

Na tym nasza pogawędka się skończyła. Reszta posiłku minęła nam w ciszy. Po skończeniu jedzenia udałam się na górę z zamiarem odrobienia lekcji, ale nie chciało mi się. W moim pokoju stały już meble okryte folią oraz złożone w kartonach. Nie marnując czasu, zajrzałam do internetu i wyszukałam sklep z farbami. Na moje szczęście mały sklep z podstawowymi materiałami znajdował się w centrum. Rzucając tylko krótki tekst, że wychodzę, pomknęłam po potrzebny mi sprzęt.

Po prawie dwóch godzinach wróciłam, co raczej nie spodobało się mojej mamie, ale jakoś mnie to w tamtej chwili nie obchodziło. Mając pomysł na swój pokój, zabrałam się za malowanie, nie mogąc doczekać się efektu końcowego.

Rozdział 3:

Nieoczekiwane połączenie

Z potwornym bólem głowy otworzyłam oczy i leniwie rozciągnęłam kości. Odurzona zapachem wilgotnej farby uniosłam głowę, by wyjrzeć przez okno. Padało.

Jezu…

Przecierając dłońmi twarz, cicho westchnęłam. Miałam zamiar jeszcze trochę poleżeć, ale coś w środku nie dawało mi spokoju. Leżąc na materacu, zaczęłam szukać telefonu, a serce momentalnie podeszło mi do gardła. Za pół godziny miałam zajęcia.

– Kur… sss… mać! – syknęłam pod nosem, zbierając w pośpiechu rzeczy.

Prawie potykając się na schodach o własne nogi, wparowałam do łazienki. Kiedy stanęłam przed zamontowanym wczoraj lustrem, przypomniałam sobie, że na pierwszych dwóch godzinach zrobili nam basen. Mlaszcząc z niezadowoleniem, zrezygnowałam z makijażu i upięcia. Rozczesałam tylko poplątane włosy, po czym wskoczyłam w spodnie dresowe i luźną koszulkę.

– Kler! – wrzask mamy orzeźwił mnie skuteczniej niż zimny prysznic. Zszokowana moją obecnością w domu, stanęła w drzwiach wejściowych. – A ty nie w szkole?

– Zaspałam – nasze wypowiedzi zbiegły się w czasie.

– Zbieraj plecak, zawiozę cię – oznajmiła. Nie wyglądała na zadowoloną z faktu, że ponownie musi wychodzić z domu, ale ja byłam jej wdzięczna. W końcu lało jak z cebra.

Pędem zabrałam z pokoju plecak, strój na basen oraz portfel, by kupić sobie coś do jedzenia. O mały włos zapomniałabym o deklaracjach, które musiałam oddać do sekretariatu.

– Idziesz?! – głos mamy dobiegł z dołu.

– Lecę! – pisnęłam, zbiegając po stopniach.

Droga zajęła nam pięć minut, które minęły mi na wysłuchiwaniu kazania o braku organizacji i dorosłym podejściu do życia. Przytakując dla świętego spokoju, dotarłyśmy wreszcie na dziedziniec.

– Dziękuję, mamuś – pożegnałam kobietę, szybko otwierając drzwi samochodu.

– Uważaj na siebie i nic nie zbroi! – Zalecenie brzmiało bardziej jak ostrzeżenie. – Kocham cię! – dodała już z cieniem uśmiechu.

– Ja ciebie też kocham, mamo – odpowiedziałam, zamykając drzwi, i biegiem ruszyłam do budynku.

Kiedy znalazłam się w środku, w twarz uderzyło mnie przyjemne ciepło.

– Kler! – Dobrze znany głos zwrócił moją uwagę. Nie myliłam się, to była ona. – Chodź, bo już się zbieramy! – ponagliła mnie, machając energicznie ręką.

Nie zwlekając dłużej, pognałam w stronę dziewczyny.

– Spóźnionko? – zachichotała, widząc pewnie mój nieogarnięty wygląd.

– Powiedzmy… – jęknęłam, idąc ramię w ramię z Lilianą. Dopiero wtedy zauważyłam, że była wyższa ode mnie o głowę.

– Są nasze zguby. – Znowu ten buc stanął mi na drodze. Nie miałam zamiaru się do niego odzywać, choć brązowooki ewidentnie nie planował zakończyć monologu. – Co ty w nocy robisz, że na zajęcia się prawie spóźniasz? – zapytał ze śmiechem.

Nie chcąc uderzyć go w twarz, wyminęłam go i weszłam do busa, gdzie siedziała już reszta naszej klasy.

– Już są wszyscy?! – zapytał mężczyzna przed trzydziestką, stając na przedzie pojazdu.

– Tak! – grupa odkrzyknęła chórem.

– Masz strój? – zwróciła się do mnie Liliana, kiedy ruszyliśmy spod budynku szkoły.

– Owszem, mam – rzuciłam oschle, patrząc, jak krople deszczu spływają po szybie.

Po dziesięciu minutach dojechaliśmy w końcu na basen, który mieścił się za miastem.

– Ciebie, młoda damo, to nie kojarzę – zagaił do mnie szatyn, poprawiając plecak na ramieniu.

– Jestem tu nowa, proszę pana – poinformowałam, idąc obok profesora.

– Hmm… Ładną buźkę bym zapamiętał – zaśmiał się mężczyzna, przez co poczułam się trochę niezręcznie. – Jak ci na imię? – Otworzył mi drzwi od pływalni niczym dżentelmen.

– Kler Ventura – odparłam, owiana przyjemnie ciepłym powietrzem.

– Leć się przebrać i widzimy się na basenie – rozkazał pogodnym tonem.

Bez słowa przytaknęłam i skierowałam się do przebieralni, odbierając przy ladzie kluczyk do szafki. Jak to w miejscach publicznych bywa, szatnie damskie i męskie łączyły się ze sobą. Kiedy zaczęłam się przebierać, w plecaku zawibrował mi telefon.

Nadawca: Marika

Odbiorca: Kler

Data: 30.11.2016

Godzina: 08:19

Hejka 🙃 Sorki, że ci wczoraj nie odpisałam. Poszłam na miasto i telefonu nie wzięłam.

Nadawca: Kler

Odbiorca: Marika

Data: 30.11.2016

Godzina: 08:19

Oki, nic się nie stało.

Jakoś nie miałam ochoty z nią pisać. Kiedy wczoraj ja miałam potrzebę rozmowy, ona mnie olała. Mimo to z cichą nadzieją czekałam na odpowiedź, która jednak nie nadeszła. Rozczarowana dokończyłam przebieranie i wyszłam z pomieszczenia. Po drugiej stronie szatni nikogo już nie było, co zresztą mnie nie zdziwiło. Spakowałam rzeczy do szafki i weszłam na część basenową.

Nie była duża. Trzy baseny różnej głębokości, dwa okrągłe jacuzzi oraz kanciapa dla ratowników. Podążając wzdłuż ściany, obserwowałam rówieśników. Wspólnie pływali, chlapali się lub dyskutowali, a ja stałam sama jak palec.

– Nie pływasz? – zapytał nasz trener, wychylając głowę zza futryny pomieszczenia socjalnego.

– Nie mam jakoś nastroju – wzruszyłam ramionami, czując lekkie skrępowanie.

– Chodź z nami posiedzieć – zaprosił mnie do środka, gdzie był jeszcze jeden mężczyzna.

– Siemka. – Wyciągnął do mnie dłoń w geście powitania. – Troy – przedstawił się, siadając z powrotem na swoje miejsce.

– Kler. – Usiadłam naprzeciwko profesora.

– Ćwiczysz coś? – zagaił nauczyciel, wskazując brodą na zarysowane mięśnie na moim brzuchu.

– Do niedawna boks – odparłam, patrząc, jak ratownik odpala papierosa.

– Chcecie? – Niebieskooki poczęstował wpierw szatyna, który nie odmówił, a następnie mnie.

– Jeśli palisz, to bierz śmiało i się nie krępuj. My to sami swoi – uśmiechnął się trener, wypuszczając dym z ust.

Niepewnie schyliłam się w stronę nowo poznanego chłopaka, biorąc od niego papierosa i zapalniczkę.

– Pan to chyba nie jest jak reszta nauczycieli – zasugerowałam, zaciągając się tytoniem.

– Nie mam nawet zamiaru być jak oni. Sztywniactwo zostawiam matematykom, historykom oraz anglistom. Moje zajęcia mają być przyjemnością, a nie mordęgą. Do każdego z moich podopiecznych podchodzę nie jak do ucznia, a jak do dorosłego człowieka – wyjaśnił, wyciągając nogi przed siebie i krzyżując je w kostkach.

– A wracając do ciebie… – wtrącił Troy. – Od kiedy ćwiczysz? – zapytał szczerze zainteresowany, wlepiając we mnie wzrok.

– Zaczęłam w wieku ośmiu lat. Zawsze ciągnęło mnie do bójek. Dodatkowo mój kumpel, z którym się wychowałam, trenował boks, więc zabrał mnie raz na ring i tak to się zaczęło. – Nie chciałam wracać do tematu Victora; sama myśl o nim sprawiała mi ból.

– To niejednemu facetowi w ryja dałaś – żachnął się ratownik, po czym zaciągnął się dymem.

– Zdarzyło się – chrząknęłam niby spokojnie, ale tak naprawdę chciałam go ostrzec.

– Widział pan może Kler? – W pomieszczeniu nagle pojawiła się Liliana, a na mój widok szeroko się uśmiechnęła. – Ooo, tu jesteś! – pisnęła podekscytowana, choć zmarszczone brwi mówiły co innego.

– Coś się stało, Lili? – zapytał nauczyciel, drapiąc się po brodzie.

– Nie, nic się nie stało. Chciałam po prostu posiedzieć trochę z Kler – oznajmiła, posyłając mi szeroki uśmiech. Ta dziewczyna bardzo mnie irytowała, ale jej dziecinne zachowanie jakoś łagodziło to uczucie.

– Chodź. Popływamy sobie trochę – rzuciłam, gasząc peta w szklanej popielniczce.

– Ty popływasz, a ja posiedzę – sprostowała z grymasem niezadowolenia, który postanowiłam zignorować.

Kiedy nastolatka siadała na wysepce dla dzieci z niewielką, piankową palmą, weszłam do wody. Była lodowata! Dygocząc z zimna, zanurzyłam się pod powierzchnię, chcąc wyrównać temperaturę ciała. Znając swoje rówieśniczki oraz ich zachowanie na basenie, postanowiłam pomóc Lilianie przełamać się w sprawie wody. Choć nie zauważyłam u niej make-upu, brałam pod uwagę bronzer czy korektor, których mogła nie chcieć zmyć. Widząc pod wodą nogi koleżanki, chwyciłam ją za kostki i mocno pociągnęłam w dół.

Jednak takiego obrotu sytuacji się nie spodziewałam. O mały włos jej nie zabiłam. Brunetka zaczęła machać rękoma, uderzając o taflę, i wierzgać nogami.

– Pomocy! – krzyczała, co początkowo wzięłam za żart. Zbiornik miał może metr siedemdziesiąt głębokości, więc spokojnie sięgała dnas.

– Lili! – wrzasnął koleś, który potrącił mnie pierwszego dnia.

Momentalnie wskoczył do wody, łapiąc znajomą pod pachy. Opornie walczył z żywiołem, a jego niski wzrost mu w tym nie pomagał. Będąc lekko sparaliżowana, postanowiłam pomóc chłopakowi. Razem wyholowaliśmy naszego topielca na płytki, gdzie Liliana rozłożyła się jak foka.

– Ja umarłam? – spytała, patrząc na nasze twarze.

– Jeszcze nie – westchnął brunet, opierając dłonie na kolanach. – Ty jesteś normalna? – skierował pytanie do mnie. – Ona się boi wody, dlatego do niej nie wchodzi! – warknął.

– Daj spokój… Skąd miała wiedzieć, że mam traumę z dzieciństwa? – uspokoiła chłopaka, który, jak widać, bardzo dobrze ją znał. – Pływać ogólnie kiedyś umiałam, ale pewnego razu, jak byliśmy nad wodą z kuzynostwem, wybraliśmy się na rowerki wodne. Na środku jeziora wzięły ich głupoty i wrzucili mnie do wody. Śmiejąc się, po prostu odpłynęli, zostawiając mnie samą. Nurt był zbyt silny i nie dałam rady dopłynąć do brzegu. Z braku sił zaczęłam się podtapiać, a potem topić. – Kiedy skończyła swoją historię, usiadła, podpierając się dłońmi z tyłu. – Dopiero jakiś facet mnie zauważył i mi pomógł – dodała cicho, spuszczając głowę.

Zrobiło mi się głupio, ale z drugiej strony – skąd miałam wiedzieć?

– Przepraszam – wydusiłam z siebie i skierowałam się do szatni.

Było mi wstyd za moje zachowanie, ale czasu nie mogłam cofnąć. Szybko ubrałam się i wychodząc, oddałam kluczyk od szafki. Nie czekając na grupę, postanowiłam uciec jak najdalej. Do domu nie mogłam wrócić, gdyż mama jeszcze nie zaczęła pracy i z powrotem wygnałaby mnie do szkoły. Reszty dnia też nie chciałam spędzić w budynku z poczuciem winy oraz wstydu. Pomimo deszczu i silnego wiatru postanowiłam udać się na miasto. Może pogoda na zwiedzanie nie była najlepsza, ale na małe zakupy – w sam raz. Ojciec przesyłał mi co miesiąc alimenty, więc nawet po powierzeniu mamie większej kwoty, ładna suma zostawała na moje potrzeby. Ponadto pracując w Vegas jako kelnerka, trochę sobie odłożyłam.

Maszerując w stronę miasteczka, mijałam wiele samochodów, przez co długo nie musiałam czekać, by zostać ochlapaną. Widząc znak z napisem „Calada”, uśmiechnęłam się sama do siebie i weszłam na chodnik, który w końcu się zaczął. Przez trawiaste pobocze ubłociłam sobie buty, co wyglądało bardzo niechlujnie.

Docierając na miejsce, najpierw wstąpiłam do sklepu z antykami. Kochałam takie miejsca. Kręciło się tam parę osób i było bardzo ciepło. Cieszyło mnie to, gdyż moje dłonie zdążyły już zsinieć z zimna. Nie wiem, ile siedziałam w tym sklepie, ale wyszłam bogatsza o świeczniki, świeczki zapachowe, kilka czaszek, figurki kotów oraz książki. Zahaczyłam też o kilka innych miejsc.

Na sam koniec zostawiłam sobie lokalną kawiarnię, gdzie usiadłam w kącie. W karcie było mnóstwo nieznanych mi nazw napoi, co miło mnie zaskoczyło. Postawiłam na kawę karmelową z bitą śmietaną, odrobiną ajerkoniaku oraz posypką cynamonową. Czekając na zamówienie, przejrzałam jeszcze raz nowe nabytki. Po kilku minutach moja kawa przybyła w wysokiej szklance. Wyglądała pysznie i tak też smakowała. Kochałam karmel, a połączony z kawą zapewniał niesamowite doznania.

Wypijając do końca niebiańsko pyszny napój, zebrałam się do wyjścia. Postanowiłam wrócić do domu, mając nadzieję, że mama nie zorientuje się w kwestii moich wagarów. Po powrocie okazało się, że nikogo nie ma. Ucieszyło mnie to, ponieważ wróciłam wcześniej, niż przewidywał plan zajęć. Od razu pomknęłam do swojego pokoju i się w nim zaszyłam.

Kiedy skończyłam malowanie, za oknem panowała już ciemność. Zadowolona stanęła w wejściu i ogarnęłam całość wzrokiem. Dwie przeciwległe ściany były jasnofioletowe, a dwie pozostałe – czarne. Usatysfakcjonowana zeszłam do łazienki, aby umyć narzędzia pracy. Niespodziewanie zadzwonił telefon stacjonarny, stojący na komodzie w korytarzu.

– Niech ktoś odbierze! – krzyknęłam, nie chcąc wycierać w ręcznik dłoni ubrudzonych farbą.

Wtem usłyszałam nad sobą biegnącego po schodach Jakoba, który już po chwili podniósł słuchawkę.

– Halo? – powiedział, przeżuwając czekoladowego batona.

Mając otwarte drzwi od łazienki, doskonale widziałam brata. Po jego słowach nastała cisza.

– Do ciebie. – Chłopiec wyciągnął słuchawkę w moją stronę.

W pierwszej chwili pomyślałam o znajomych lub kimś z rodziny. Jednak tej osoby się nie spodziewałam. Z ręcznikiem pomaszerowałam do komody i przejęłam biały przedmiot.

– Słucham – rzuciłam nonszalanckim tonem.

– Killer? – Męski głos rozbrzmiał po drugiej stronie. Skądś go kojarzyłam, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd.

– Kto mówi? – zapytałam niepewnie, mając w głowie mroczne scenariusze. Za dużo horrorów… Zdecydowanie…

– Twój wielbiciel – wyszeptał mężczyzna, a włoski na moich rękach zjeżyły się.

– Dosyć jaj… Gadaj, kim jesteś i czego chcesz – rozkazałam, spoglądając na brata, który nadal przy mnie stał i wlepiał we mnie zielone tęczówki.

– Nie zgubiłaś czegoś dzisiaj? – zapytał nieznajomy, a ja automatycznie zaczęłam przeszukiwać kieszenie domowej bluzy.

Na chwilę zapomniałam, że na basenie byłam w czymś zupełnie innym. Jakob, umorusany czekoladą, patrzył, co robię.

– Tak swoją drogą, masz fajne filmiki i zdjęcia na telefonie – wyznał ze śmiechem mężczyzna.

Niewiele myśląc, starałam się sobie przypomnieć, gdzie ostatni raz używałam komórki, ale na darmo. Jedyne miejsce, w którym byłam i miałam z kimkolwiek kontakt, to basen. Mógł to być nauczyciel, Troy lub któryś koleś z klasy.

– Skąd go masz? – zapytałam dla upewnienia się w kwestii miejsca oraz aby móc zawęzić grono podejrzanych.

– Trzeba uważać, jak się ucieka na wagary – zacmokał z zadowoleniem ten szurnięty psychopata.

Myśl, że przeglądał moje prywatne zdjęcia, filmy i, nie daj Boże, wiadomości, wywołała u mnie napad wściekłości.

– Ty bucu! – krzyknęłam tak głośno, że aż mój brat cofnął się o parę kroków. – Masz mi oddać telefon, bo inaczej zgłoszę to na policję! Jutro w szkole cię widzę z moją własnością – rzekłam stanowczo.

Niech ten typek, kimkolwiek był, cieszy się, że w tamtym momencie przy mnie nie stał, bo ukręciłabym mu łeb.

– Może jutro, może za tydzień… Może zachowam sobie telefon na pamiątkę – zaśmiał się w taki sposób, że włosy stanęły mi dęba.

– Co?! To są jakieś kpiny! Pójdę z tym na policję! – oznajmiłam podniesionym tonem, jednak to nie zrobiło większego wrażenia na moim rozmówcy.

– Pa, moja piękna buntowniczko.

Śmiech nieznajomego był ostatnią rzeczą, jaką usłyszałam. Potem nastąpił już tylko sygnał przerwanego połączenia.

– Co za gbur! – syknęłam, odkładając z impetem słuchawkę.

Zdenerwowana pomaszerowałam na górę, starając się trochę uspokoić. Zamykając za sobą drzwi, odnalazłam w plecaku papierosy oraz zapalniczkę. Otworzyłam okno i wyszłam na daszek, spuszczając nogi w dół. Trzęsącymi się rękoma odpaliłam papierosa i mocno zaciągnęłam dymem. Byłam wściekła na tego kretyna za przeglądanie moich prywatnych rzeczy. Złość czułam też na samą siebie, z powodu mojej nieuwagi. Jak przez cały dzień mogłam nie zauważyć braku telefonu?…

Zamykając powieki, wypuściłam powietrze z płuc. Praca zbyt mnie pochłonęła, przez co nie potrzebowałam używać komórki. Wtem z domu obok dobiegły krzyki kobiety. Jak tylko zauważyłam otwierające się drzwi wejściowe, w mgnieniu oka wróciłam do siebie. Nie chciałam widzieć się z sąsiadami, choć wiedziałam, że prędzej czy później mnie to czeka. Poprawiając bluzę, zgasiłam peta w popielniczce i zabrałam się za dalszą pracę, chcąc zająć czymś myśli. Przykręcając listwy podłogowe do ściany, usłyszałam, jak mama rozmawia z kimś przez telefon. Nie wtrącając nosa w nieswoje sprawy, postanowiłam włączyć sobie muzykę na MP3.

– Nie śpisz? – Niespodziewanie do środka weszła mama, a ja, wzywając imię Boga, wyjęłam słuchawki z uszu. Serce waliło mi jak szalone. Nie spodziewałam się jej u siebie. Moją uwagę przykuła jednak jej piżama.

– Która jest? – zagaiłam, nie mając przy sobie zegarka.

– Grubo po północy – westchnęła, krzyżując ręce na piersiach. Rozejrzała się po pokoju. – Ładnie ci wyszło – oznajmiła, przenosząc wzrok z jednej ściany na drugą. – Idę spać, kochanie. Ty też się połóż i odpocznij, żebyś znowu nie zaspała do szkoły – poprosiła sztywnym tonem.

Podeszła do mnie, pocałowała w czoło i wyszła, przymykając za sobą drzwi. Czując niemałe zmęczenie, postanowiłam się wykąpać i trochę odpocząć. Po cichu zeszłam na dół, aby zmyć z siebie wszystkie zmartwienia.

Po pół godzinie wróciłam do siebie. Położyłam się na materacu, tęskniąc za swoim łóżkiem, które wciąż czekało na złożenie. Miałam ochotę iść spać, jednak bez budzika w telefonie bałam się, że zaśpię. Nie chciałam mieć kolejnego dnia wagarów. Czekała mnie więc długa, nieprzespana noc.

Copyright © Sandra Gościniak

Copyright © Wydawnictwo Ridero

Wydanie I 01.03.2026

ISBN 978-83-8384-764-1

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Projekt okładki: Sandra Gościniak

Przygotowanie e-booka: D.B. Foryś www.dbforys.pl