Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 621
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
PRZYPADKI
Aga Fox
Projekt okładki - Agnieszka Lis.
Copyright - Agnieszka Lis
Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem całości lub fragmentów niniejszego dzieła bez uzyskania pisemnej zgody posiadacza praw jest zabronione.
Wydanie I - wznowione
Warszawa 2026.
ISBN 978-83-970614-0-8
Wydawnictwo Agra Sp. Z o.o.
e-mail: [email protected]
Kilka słów od autorki
Napisanie książki o sobie nie jest łatwe. Nie tyle pod względem technicznym, ile emocjonalnym, jest to bowiem podróż w głąb siebie. To spotkanie po latach z własnymi słabościami i niedoskonałościami, ale też z sukcesami i porażkami – niczym analiza u psychologa. Wracasz myślami do przeszłości, która pod komediową maską skrywa czasem zupełnie inną historię: raz niezbyt śmieszną, innym razem wręcz tragiczną. Niektóre wątki musisz wielokrotnie przepracować w swojej głowie, aby przypomnieć sobie szczegóły i oddać sedno sprawy, a jednocześnie pozostawić nutę niedopowiedzenia. Pisząc, jesteś zmuszona analizować dawną siebie, swoje zachowania i życiowe wybory, z których nie zawsze jesteś dumna. Wielokrotnie upominasz się w myślach, karcisz i krytykujesz, choć po latach nie masz już na nic wpływu. Patrzysz na to wszystko oczami dojrzałej kobiety, a nie dziecka czy nastolatki. Masz ochotę cofnąć czas i przeżyć to jeszcze raz, ale według dzisiejszego scenariusza. Jesteś przecież mądrzejsza – te wszystkie życiowe zakręty zmieniły Cię na tyle, że dziś już wiesz, iż nie każda droga prowadzi do szczęścia. To, kim jesteś teraz, zawdzięczasz właśnie owym potknięciom i złym decyzjom. One sprawiły, że stałaś się kobietą z bogatym doświadczeniem. Możesz z dumą powiedzieć, że naprawdę żyłaś, a nie jedynie wegetowałaś ze strachu przed światem. Mimo chęci przywalenia samej sobie w łeb za niektóre błędy, uważam, że życie jest piękne.
Ta książka jest piękna, bo opowiada o Tobie – o kobiecie, kochance, żonie i matce, która w pewnym momencie po prostu dorosła. Może trochę później niż inni, ale czy to źle? Ważne, że czujesz się cudownie, znasz swoją wartość i wiesz, że zasługujesz na miłość oraz szacunek. Życiowa mądrość pozwoli Ci dobrze wykorzystać czas, który wciąż masz przed sobą. Życzę każdej z Was fascynujących przygód i odwagi do popełniania głupstw. Bo ostatecznie, niezależnie od życiowych zakrętów, wszystkie jesteśmy wspaniałe i mądre.
Pozdrawiam serdecznie, Aga Fox
Rozdział 1.
Zacznijmy od początku, a dokładniej – od samego zarania. Już moje poczęcie stanowiło nie lada wyzwanie. Moja matka musiała zaryzykować spory obyczajowy zgrzyt, wiążąc się z mężczyzną młodszym od niej o czternaście lat. Spotykali się przez długie lata, potem równie długo mieszkali razem. Podobno początkowo pałali do siebie wielką miłością i równie żarliwą namiętnością. Kiedy moja rodzicielka skończyła trzydzieści siedem lat, podjęli decyzję o powołaniu na świat nowego życia. To znaczy mnie. Z perspektywy czasu to decyzja dość osobliwa. Matka była kobietą o przeciętnej urodzie, lecz nieprzeciętnej inteligencji. Pomocna, uczynna, tytan pracy, a przede wszystkim – sprawiedliwa. Tak, to najlepsze słowo, by opisać jej charakter. Była sprawiedliwa wobec każdego, potrafiła trafnie ocenić każdą sytuację. Cechowała ją uderzająca bezpośredniość i wszechstronny talent. Jako matka była dobra, ale i niezwykle wymagająca. Pomagała każdemu, kto tego potrzebował. A jeśli nie potrzebował, to pomagała mu tym bardziej. Gdy szwagier straszył ciotkę, że zamierza się powiesić, matka – oczywiście w ramach wsparcia – zawiozła mu w prezencie gruby sznur. Na miejscu udzieliła mu skrupulatnej instrukcji, jak przeprowadzić cały proces skutecznie, by zamiast kalectwa osiągnąć natychmiastowy zgon. Innym razem pomogła sąsiadowi, który przyleciał do niej z odciętymi palcami, zwisającymi żałośnie na strzępkach skóry. Po prostu odcięła je do końca nożyczkami i odesłała nieszczęśnika do szpitala. Oto cała ona – ucieleśnienie bezinteresownej pomocy. Początkowo prowadziła gospodarstwo, później pracowała w państwowej instytucji. Miała też krótką, lecz burzliwą przygodę na stanowisku robotnicy fizycznej w zakładzie produkującym kondensatory do telewizorów kineskopowych.
Ta kariera dobiegła jednak rychłego końca. Została zwolniona dyscyplinarnie po tym, jak jednemu z przełożonych kazała wsadzić sobie przyrodzenie w drzwi i mocno przytrzasnąć, gdy ten zaczął ją bezczelnie obmacywać. Matka miała już jedno dziecko z pierwszego, krótkiego i wyjątkowo nieudanego małżeństwa – mój życiowy prototyp. Różnica wieku między mną a siostrą wynosiła trzynaście lat. W efekcie miałam więc dwie matki, z czego ta matko-siostra stała zawsze murem za mną. Wielokrotnie własnym ciałem chroniła mnie przed karami cielesnymi ze strony wyprowadzonej z równowagi rodzicielki. Wspierała mnie przez całe życie. To dzięki niej jeździłam na wszystkie szkolne wycieczki – nawet te, na które teoretycznie miałam szlaban za notoryczne złe zachowanie. Zawsze brała mnie w obronę i dbała o to, by moja szkolna wyprawka miała odpowiednio prestiżowy status. Ojciec? Rudowłosy, długowłosy, z burzą loków na głowie – typowy hipis. Człowiek nawet ciepły i dobry, pod warunkiem, rzecz jasna, że akurat był trzeźwy. Uzdolniony manualnie, w jedzeniu – wszystkożerny. W późniejszym okresie życia – już tylko pospolita, zapijaczona morda. Oboje zapracowani, wręcz zatyrani. Do dziś nie mam zielonego pojęcia, jak – do cholery – znaleźli czas na stworzenie takiego arcydzieła jak ja. Płodził mnie w biegu, w przelocie, w przeciągu, na chybcika? No i mamy efekt. Człowiek, dziecko, a w końcu kobieta. Mieszanka wybuchowa powstała z fuzji dwóch potwornie trudnych charakterów: upartego jak osioł ojca i matki, która była urodzoną despotką. Po co w ogóle się za to zabierali, skoro tak bezczelnie spaprali robotę? Winny był deficyt prezerwatyw w latach osiemdziesiątych? Nieważne. W końcu nadszedł czas narodzin. Matkę zawieziono na porodówkę… konno. Jechała jednak zadowolona, w poczuciu, że oto zaraz przytuli upragnione dziecko, o które latami starali się z ojcem na wszelkie możliwe sposoby.
Nie miała pojęcia, że lekarze mający odebrać poród okażą się
kompletnymi idiotami. – Szanowna Pani, mamy przykrą wiadomość. Dziecko ma dwie głowy. – oznajmił jej lekarz całkowicie obojętnym tonem. – Jak to, dwie głowy?! – żachnęła się wystraszona. – No, po prostu. Dwie głowy. – Czy was tu wszystkich popierdoliło?! Przez dziewięć miesięcy miało jedną, a nagle na porodówce ma dwie?! – Pani się uspokoi. Takie anomalie się zdarzają. – Przyprowadź mi, głupia pizdo, ordynatora! – wrzasnęła matka na położną, przechodząc do ostrej ofensywy. – Ordynator do pani nie przyjdzie! Proszę natychmiast leżeć spokojnie! – Nie przyjdzie? To, kurwa, ja pójdę do niego! – Co pani wyprawia?! – wrzeszczała przerażona położna. – Skoro wy nic nie potraficie, sama to załatwię! Zamiast leżeć potulnie i czekać na rozwój wypadków, matka – z zaawansowaną i mocno posuniętą akcją porodową – po prostu wstała ze stołu ginekologicznego z zamiarem przetrząśnięcia całego szpitala w poszukiwaniu ordynatora. Podejrzewam, że gdyby go wtedy dopadła, chłop też miałby poważny problem z głową, bo urwałaby mu ją gołymi rękami. Cóż, to były czasy, kiedy diagnostyka leżała i kwiczała, więc skręconą w supeł pępowinę szanowne konsylium wzięło za drugą czaszkę. Zrobili ze mnie smoka, zanim jeszcze ujrzałam światło dzienne. Kiedy matka narobiła już rabanu na pół województwa, łaskawie pozwolono jej wreszcie rodzić. I wtedy zaczął się prawdziwy koszmar. Powoli parłam na powierzchnię. Po trzech dobach! Powtarzam: po trzech dobach błąkania się i plątania w umęczonych wnętrznościach mojej rodzicielki, wreszcie wylazłam. W takich chwilach matka powinna promienieć ze szczęścia, prawda?
Ojciec też powinien skakać z radości albo chociaż udawać
przed tą biedną, skatowaną wielogodzinnym bólem kobietą, że cieszy się z przedłużenia gatunku.
Niestety, rzeczywistość nie lubi pasteli. To właśnie tu zaczęły się prawdziwe schody. Widok, jaki oboje ujrzeli po rozgrzebaniu matczynych bebechów, raczej nie skłaniał do radosnych wiwatów. Wręcz przeciwnie. Zobaczyli małe, potwornie wrzeszczące coś. Na dodatek całe fioletowe – tak topornie przeciskałam się na ten świat, że aż zsiniałam. Głowę na szczęście miałam tylko jedną. Ale i tak nie było z czego się cieszyć. Miałam być Maciusiem. A tu, kurwa, niespodzianka. Wyobrażam sobie ich miny, kiedy z matczynych bebechów wylazło coś, co zamiast siusiaka od razu zaprezentowało kobiecy charakter i jasno dało do zrozumienia, że od teraz to ono tutaj rządzi. Dla matki oznaczało to pojawienie się groźnej konkurencji, dla ojca – ostatni gwóźdź do trumny. Mój płodziciel początkowo trwał dzielnie przy świeżo upieczonej położnicy i rzekomo upragnionym potomku, jednak potworny, rozsadzający czaszkę kac szybko zweryfikował jego ojcowskie powołanie. Doszło do tego, że z bezsilności i suszy w gardle wypił wodę z wazonu. Tego samego, w którym stały kwiaty przyniesione matce w dowód jego rzekomej dobroci. Matka, widząc ten spektakl, natychmiast straciła ochotę na trzymanie go za rękę. Przegoniła go do domu w obawie, że albo opróżni resztę szpitalnych wazonów, albo – co gorsza – narobi jeszcze większego obciachu. Ojciec nie dał się prosić. Prosto ze szpitala pognał pić dalej, oczywiście z radości. I tak już mu zostało przez kolejne trzynaście lat, dopóki matka nie sfinalizowała rozwodu, kończąc jego życiowe męczarnie. Pierwsze miesiące życia fioletowego stwora upłynęły wręcz książkowo: żarcie, sranie i spanie. Sielanka. Dopiero potem, najwyraźniej z lekkim opóźnieniem, zaczął rozwijać się mój mózg. I wtedy współczuję mojej biednej matce. W nocy urządzałam regularne darcie ryja wniebogłosy. Moje nocne życie towarzyskie kwitło w najlepsze, a dom zamieniał się w scenografię do kolejnych odcinków Sprawy dla reportera, czyli regularny, domowy cyrk. Nie pomagało noszenie, śpiewanie, bujanie, huśtanie ani żadne inne indiańskie rytuały odprawiane przez umęczoną rodzicielkę. Za to w dzień stawałam się aniołkiem – ni chu-chu nie szło mnie dobudzić. Spałam jak po ciężkiej, całonocnej imprezie, z której przecież dopiero co wróciłam. Ta zamiana dnia z nocą wpłynęła zbawiennie na mój rozwój psychosomatyczny, jednak zdrowie psychiczne mojej matki legło w gruzach. Na moje szczęście w latach osiemdziesiątych nie było jeszcze okien życia, bo ta historia mogłaby się dla mnie skończyć przedwcześnie.
Kolejny etap nastąpił, gdy to małe, nieporadne „coś” zaczęło pełzać, raczkować i ogólnie stawać się zagrożeniem dla siebie oraz otoczenia. Jak każda żywa istota potrzebowałam pokarmu, który po przetrawieniu musiał zostać wydalony. Kiedy połączymy ten fakt z nauką przemieszczania się po najciemniejszych zakamarkach domu, otrzymamy obraz katastrofy. Moja biedna matka, Jadzia, nagle została z pełzającym potworem, który parł przed siebie z punktu A do punktu B, ciągnąc za sobą gównianą smugę o radioaktywnym wyziewie. To nie były czasy pampersów. Na moim tyłku spoczywał wielki, tetrowy majdan, który natychmiast przesiąkał i śmierdział szambem. A potem trzeba było to wszystko prać, gotować, suszyć i prasować, by zdatne do użytku znów wylądowało na moim dupsku. Urobiona po łokcie rodzicielka nie miała żadnego wsparcia. Ojciec w tym czasie emanował rodzinnym szczęściem pod lokalnym sklepem w towarzystwie wiernych kompanów. Sporo czasu zajęło kobiecie wbicie do mojego małego mózgu, że nie sramy pod siebie. I że zawartość pieluchy to nie jest
plastelina, którą rozsmarowuje się po ścianach, krzesłach, podłodze, a już na pewno nie po własnym ubranku i twarzy. Niestety, ulegałam tej pasji nader często. Moim ulubionym miejscem uciech była kryjówka pod okrągłym kuchennym stołem, przykrytym ceratą w kwiaty. To tam wydalałam z siebie to, czym aktualnie mnie nakarmiono, a potem, ugniatając i rozklepując plastyczną masę, bawiłam się doskonale. Całe szczęście, że w tamtych czasach nie robiono dzieciom tylu zdjęć co dzisiaj. Inaczej moja dorosła galeria wstydu pękałaby w szwach. Wyglądałam jak potwór wyciągnięty z bagien: umorusana gównem od stóp do głów, a zwieńczeniem tej katastrofy była różowa kokarda, stercząca dumnie na czubku czarnych, kręconych loków. Smród musiał być niewyobrażalny. Miny mojej matki, która z anielską cierpliwością to ogarniała, wolę sobie nawet nie wyobrażać. Gdy skończyłam trzy lata i matka w końcu uporała się z moim śmierdzącym problemem, jej ukochana córeczka – w której pokładała nadzieje na spokojną starość – opanowała do perfekcji sztukę płynnego chodzenia i chwytania. Pewnie zaczęło się to wcześniej, ale to właśnie wtedy moje zdolności manualne nabrały prawdziwego znaczenia. Tak dla mnie, jak i – niestety – dla całego mojego otoczenia. Moja rodzicielka postanowiła wychować córkę na wzorową katoliczkę, w związku z czym zaczęła regularnie wywlekać mnie do kościoła. Chodziło jej zapewne bardziej o zebranie najświeższych plotek przed świątynią niż o głębię samej wiary. Cóż mogę powiedzieć? Moja inicjacja religijna nie trwała zbyt długo. Jako przedsiębiorcze dziecko paradowałam przez cały kościół, namierzając stare kutwy w kapeluszach z piórami, eleganckich garsonkach i pantofelkach. Moje wprawne oko potrafiło wyłowić w tłumie nawet zdechłą norkę czy innego lisa, dumnie spoczywającego na ramionach matron. Wyłudzałam od nich cekinowe torebki – rzekomo do zabawy. Te babska, które stawiały opór, bezlitośnie gryzłam w ręce i opluwałam. Zmuszone moją agresją, z miną mówiącą: „zabierzcie to potwora ode mnie”, oddawały swoje puzderka. Obwieszona łupem od góry do dołu, siadałam na samym środku kościoła, tuż przed ołtarzem. W tym momencie ksiądz zazwyczaj tracił rezon i przestawał mówić. Ja natomiast z namaszczeniem otwierałam kolejne zdobyczne torebki i bezczelnie wyciągałam z nich całą gotówkę. Małowartościowe egzemplarze, zawierające jedynie książeczkę do nabożeństwa i bawełnianą chustkę, odrzucałam z pogardą w dal jako nieprzydatny odpad. Zanim rodzicielka zdążyła dopaść mnie i odciągnąć za chabry, jej przedsiębiorcze dziecko potrafiło skutecznie uszczuplić przyszłą kościelną tacę. Jak powszechnie wiadomo, świątynie mają doskonałą akustykę, co namiętnie wykorzystywałam do trenowania wokalu. Gdy tylko w nawie zapadała pełna powagi cisza, darłam się wniebogłosy, a potem rozglądałam wokół, oczekując burzy braw za mój genialny występ. Szczerze dziwił mnie fakt, że inne dzieci siedzą tak cicho i potulnie. Szybko jednak wytłumaczyłam sobie, że są po prostu zastraszane i bite, więc ze strachu trwają w bezruchu jak banda ułomnych debili. Scenariusz ten powtarzał się regularnie, mimo późniejszych gróźb i całego arsenału środków piorących moje dupsko. Ja bawiłam się świetnie i czułam wyjątkowo. Moja umęczona matka, spalona ze wstydu, biegała w tym czasie między ławkami i wciskała torebki zszokowanym kobietom – często zupełnie losowym, byle tylko jak najszybciej uciec z kościoła i wymierzyć mi sprawiedliwość. Niestety, żadne kary na mnie nie działały. Miałam jakiś osobliwy mechanizm obronny: tradycyjne pranie tyłka nie robiło na mnie najmniejszego wrażenia. W końcu zapadła rodzinna decyzja, że w niedziele będę zostawać pod opieką babci, podczas gdy rodzice udadzą się do świątyni modlić o zachowanie resztek własnego zdrowia psychicznego. Szybko okazało się, że u babki spędzam nie tylko niedziele, ale i większość swojego wolnego czasu. Moimi nowymi towarzyszami niedoli stały się kaczki, gęsi, kury, konie i krowy. Umorusana w piachu, trawie i błocie byłam wreszcie szczęśliwa. Matka mojego ojca, zwana potocznie babką, nie podzielała jednak mojego zachwytu nad eksperymentami naukowymi. Nie doceniła na przykład operacji pozbawienia koguta piór z ogona, karmienia świń cukrem pudrem czy podjadania kaczkom ich paszy (mieszanka ziemniaków, otrąb i pokrzyw była wtedy moim ulubionym przysmakiem). Zamiast piać z zachwytu, gdy na siłę próbowałam nakarmić ją zupą z błota i krowiego łajna, babka jakoś dziwnie wykręcała się z obrzydzeniem. Wszystkie moje kulinarne i biologiczne wybryki przyprawiały ją o ciężką chorobę – podejrzewam, że psychiczną.
Mój pobyt na wsi kręcił mnie ogromnie, ponieważ mogłam tam rozwijać swoje wybitne zdolności manualne na wielu płaszczyznach. Jakże wielkie zdziwienie ogarnęło całe moje grono opiekunów, gdy pewnego dnia zobaczyli mnie na środku podwórka jadącą na oklep na gęsi! Dzierżyłam jej długą, powabną szyję w moich małych łapkach, siedząc dumnie na pierzastym korpusie i wrzeszcząc: „Wiśta, wiooo!”. Zwierzę stawiało oczywiście czynny opór. Gęś darła się wniebogłosy, wytrzeszczała gały i machała skrzydłami na wszystkie strony. Ja jednak, z uporem maniaka, próbowałam wmówić ptakowi, że jest co najmniej czystej krwi arabem i ma z dumą nosić mnie po obejściu. Niestety, jak większość moich ówczesnych projektów i ten zakończył się spektakularną klęską. Wkurwiona gęś trzasnęła mnie z lewego skrzydła prosto w pysk. Spadłam z mojego potężnego wierzchowca i zaryczana, zalana krwią, musiałam ogłosić kapitulację. Płakałam nie tyle z bólu, ile z powodu potwornie urażonej dumy. Tego typu porażka w tak młodym wieku musiała boleśnie odbić się na mojej psychice. Ptak poradził sobie z tym upokorzeniem znacznie lepiej. Jakiś czas później gęś dopadła mnie na podwórku i przetarmosiła za kciuk, zdzierając dziobem paznokieć, który do dzisiaj rośnie krzywo. Nigdy nie sądziłam, że to tak pamiętliwe, inteligentne i mściwe bydlęta. A przecież karmiłam je zieloną trawką i wyprowadzałam na łąkę, żeby niosły jajka z wolnego wybiegu! Okazało się, że gęsi nie mają za grosz poczucia pracy w zespole. Dlatego, gdy następnym razem widziałam, jak babka trzyma tę cholerną gęś między swoimi krzywymi nogami i bezlitośnie skubie z niej puch na poduszki, przeszłam obok z grymasem czystej satysfakcji. Zemsta wreszcie się dokonała. Nawet przez ułamek sekundy nie współczułam gęsi, którą babka – istny oszołom – dorwała w swoje drapieżne, bezlitosne łapska, by rwać z niej pióra na żywca i bez znieczulenia. Mniej więcej w tym samym czasie do sąsiadki babci zaczęła przyjeżdżać rodzina z córką w moim wieku. Szybko zawiązałyśmy wakacyjny sojusz i spędzałyśmy ze sobą mnóstwo czasu, co zresztą owocowało obopólną edukacją. Zośka próbowała uczyć mnie, jak być damą. Rozstawiła przede mną cały swój cukierkowy majdan: miniaturowe talerzyki, garnuszki i stado lalek, po czym zaproponowała grzeczną zabawę w dom. Było to nudne jak flaki z olejem, postanowiłam więc dla równowagi nauczyć ją trochę prawdziwego życia. Kiedy tak siedziałyśmy pośród tego różowego blichtru, wzięłam się wreszcie za właściwe kształcenie koleżanki.
– Zośka, powiedz: „kurwa” – rzuciłam dumnie, chcąc zaszpanować nowym, dźwięcznym słowem, które regularnie wpadało mi w ucho podczas podsłuchiwania dorosłych opiekunów. – Tuuulwa. – wybełkotała dziewczynka. – Nie „tulwa”, tylko „kurwa”! – Tuuulwa. – Zośka, skup się… kuuuu-rwa! – Tuuuuylwa! Moja pedagogiczna cierpliwość natychmiast się wyczerpała. Przygrzmociłam jej w łeb z całej siły. Zośka aż nakryła się nogami, fikołkiem odsłaniając spod pięknej, rozkloszowanej kiecki majtki – oczywiście różowe, jak na prawdziwą księżniczkę przystało.
– Kurwa, nie tulwa! – powtórzyłam dobitnie, stojąc nad nią. – Tulwa… – wymamrotała ze łzami w oczach. Byłam niezwykle wymagającą nauczycielką i nie zamierzałam kapitulować. Przecież to nie mogło być aż tak trudne – mi ten akcent wychodził perfekcyjnie. Doszłam do wniosku, że Zośka jest po prostu ułomna. Za cholerę, mimo mojej wrodzonej zdolności do perswazji, nie potrafiła poprawnie wyartykułować jednego prostego słowa, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. – Zośka! Powiedz wreszcie: kurwa. – Przecies mówię: tulwa.
– Ty nie mówisz „kurwa”, tylko „tulwa”! Powtarzaj za mną sylaba po sylabie: kuuuu-rwa. Zamiast powtórzyć, rozbeczała się na całego. Gdy z jej nosa ruszyły gęste, ciągnące się gluty, uznałam, że na ten dzień kończymy edukację. Z powodu skołatanych nerwów koleżanka nie nadawała się już do żadnego użytku. Człowiek chciał się po prostu odwdzięczyć za te wszystkie rozstawione filiżaneczki, ale z tak opornym materiałem ludzkim nie dało rady. Następnego dnia wymyśliłyśmy nową, bezpieczniejszą – jak nam się wydawało – zabawę: berka w domu sąsiadki. Budynek miał mnóstwo przechodnich pokoi, więc można było biegać w kółko jak na bieżni. Niestety, ta rozrywka skończyła się dla biednej Zośki niemal tragicznie. Na jednym z zakrętów nie wyrobiłyśmy i z impetem i obie wpadłyśmy prosto na przeszklone drzwi. Szyba roztrzaskała się w drobny mak pod naszym ciężarem, a spadający, potężny odłamek szkła wbił się prosto w głowę Zośki, rozcinając tętnicę. Gdy zobaczyłam krew sikającą fontanną na wszystkie strony, uznałam, że najwłaściwszą reakcją będzie natychmiastowe zemdlenie. Zośkę zabrało pogotowie.
Nie przypominam sobie, aby jeszcze kiedykolwiek przyjechała na wieś. Ślad po niej zaginął na zawsze, a mi po tym incydencie została dożywotnia trauma na widok krwi. Byłam dzieckiem, którego trzeba było pilnować na każdym kroku, bo moje pomysły drastycznie wykraczały poza granice wyobraźni dorosłych. Kiedy jednak sytuacja wymagała ode mnie odpowiedzialności, za wszelką cenę próbowałam stanąć na wysokości zadania.
Rozdział 2
Gdy pewnego dnia moja matka zasłabła na ulicy i trafiła do szpitala, bez wahania przejęłam jej domowe obowiązki. Ojciec, urwany ze smyczy, natychmiast przeszedł w stan permanentnego upojenia alkoholowego. Matki nie było, nikt nie ciosał mu kołków na głowie, a pięcioletnim gówniarzem nie musiał się przesadnie przejmować. Dom został pod moją wyłączną kuratelą. Postanowiłam zrobić absolutnie wszystko, by po powrocie ze szpitala rodzicielka pękała ze mnie z dumy. Zaczęłam od generalnych porządków. Stertę brudnych naczyń w zlewie musiałam najpierw namoczyć, by uporać się z zaschniętymi resztkami. Kilka talerzy oczywiście wyślizgnęło się z moich małych, wciąż mało skoordynowanych rączek, ale to żaden problem, potłuczone szkło wsunęłam głęboko pod szafę, gdzie nikogo nie raziło w oczy. Okna również domagały się odświeżenia. Niewiele myśląc, wyszorowałam je proszkiem do prania, nie mając bladego pojęcia, jakich detergentów używa się do szkła. Czyste były na pewno. Przy okazji z przezroczystych stały się mlecznobiałe i świat za nimi całkowicie przestał istnieć. Podłogi pomyłam wodą, która została mi po płukaniu garów. Efekt? Powierzchnia błyszczała jak lustro, ale stała się tak śliska, że nawalony ojciec kompletnie nie wyrabiał na zakrętach. Co chwilę zaliczał spektakularną glebę, klnąc siarczyście na grawitację. Na koniec poukładałam ubrania w szafach, oczywiście według mojego autorskiego, dziecięcego klucza. Matki nie było ponad tydzień. Przez ten czas ja użerałam się z pijanym ojcem, a ona – tuż po powrocie – musiała użerać się z doprowadzeniem zrujnowanej chałupy do stanu używalności. Najbardziej rozczulił ją widok tych nieszczęsnych okien. Świadomość, że cztero- czy pięcioletnie dziecko wpadło na pomysł mycia szyb proszkiem Ixi, całkowicie ją rozbroiła.
Nieważne, że skutki były opłakane, poradziłam sobie najlepiej, jak umiałam. Oczywiście przy pierwszej okazji lojalnie doniosłam na ojca, meldując, że przez cały tydzień jedyną rzeczą, o którą dbał, był odpowiednio wysoki poziom alkoholu we krwi. Z siebie byłam potwornie dumna. Dałam radę.
Telewizor w domu był, co prawda czarno-biały, ale jednak stał. Sam ten fakt windował naszą rodzinę na szczebel klasy średniej z wyraźnymi aspiracjami do wyższej. Ówczesny kineskopowy odbiornik stanowił dla mnie niewyczerpane źródło inspiracji. Namacalnie pobudzał mnie do natychmiastowego testowania w praktyce wszystkich zaobserwowanych tam osobliwości i nowinek. Gdy więc pewnego dnia naoglądałam się, jak człowiek z wielkiej wysokości wyskakuje ze spadochronem, swobodnie dryfuje w przestworzach i na dodatek szczerzy się z radości do kamery, doszłam do logicznego wniosku, że to musi być przednia zabawa. Żal byłoby nie spróbować. Byłam przecież absolutną mistrzynią w błyskawicznym przyswajaniu nowych umiejętności. Uznałam, że tak spektakularny wyczyn może wreszcie przynieść mi upragniony rozgłos. Gdzieś w moim szczątkowym wówczas mózgu uroiła się bowiem paląca potrzeba zdobycia globalnej sławy. Małymi kroczkami konsekwentnie dążyłam do tego celu, budując na razie potężną popularność w kręgu rodzinnym, wśród sąsiadów, a z czasem również w lokalnych służbach ratowniczych. Od czegoś trzeba było przecież zacząć.
Wdrapałam się na sam szczyt wielkiej sterty słomy, tam było najwyżej. O dziwo, tym razem nie przyświecał mi cel podpalenia jej. Stanęłam na wierzchołku i z całym impetem skoczyłam w dół, majestatycznie rozkładając w locie ręce i nogi. Tyle tylko, że bez spadochronu.
Przez ten deficyt sprzętowy nie zdążyłam nawet zarejestrować, czy swobodne spadanie jest rzeczywiście tak ekscytujące, jak twierdzili w telewizji. Brutalna grawitacja błyskawicznie sprowadziła mnie na twardą ziemię, boleśnie obijając mi każdy centymetr ciała. Okazało się, że brak spadochronu ma w tym procesie jednak dość kluczowe znaczenie. Przez dłuższą chwilę nie mogłam wykrztusić słowa, bo impet uderzenia całkowicie odciął mi dopływ tlenu i solidnie mnie ogłuszył. Nie dałam jednak po sobie poznać porażki. Otrzepałam tylko czarną ziemię z ubrania i z dumną miną udawałam, że ten spektakularny upadek był od początku precyzyjnie zaplanowanym elementem choreografii. Uznałam jednak, że przestworza to nie moja bajka, niech inni realizują się w chmurach, ja twardo zostaję na ziemi. Przecież nie przyznam się nikomu, że byłam tak bezgranicznie głupia i zamiast najpierw wykombinować jakiś spadochron, naiwnie liczyłam na to, że wiatr uniesie w górę moją ciężką dupę. Naukę jazdy konnej, również podpatrzoną w szklanym ekranie, także musiałam pilnie wdrożyć w życie. Tym razem wykazałam się większym sprytem strategicznym. Zwerbowałam córkę sąsiadów, nieco starszą od siebie i z właściwą sobie elokwencją przekonałam ją do słuszności moich jeździeckich planów. Skoro z gęsią nie wyszło, drugi projekt musiał okazać się sukcesem. Poza tym działałyśmy we dwie, idealny podział obowiązków. Jedna ujeżdża wierzchowca, a druga trzyma go mocno za pysk, żeby z wściekłości nie kłapnął swoimi wielkimi zębami. Przewidziałyśmy absolutnie wszystko. Nasz przyszły rumak został na wszelki wypadek zapędzony w rejon bujnej, miękkiej trawy. Szczęście wybitnie mi sprzyjało. Nasz cel akurat postanowił zażyć zasłużonego odpoczynku i ułożył się wygodnie na zielonym dywanie, co całkowicie eliminowało skomplikowany problem wdrapywania się na grzbiet na dużej wysokości. Podeszłam cichutko od tyłu, by nie spłoszyć mojego nowego mustanga. Zwinnie wskoczyłam na grzbiet, chwyciłam mocno za uszy i całym ciałem przywarłam do tego potężnego, ciepłego cielska. Wbiłam się w nią na wypadek, gdyby nagle postanowiła uciekać i rozwinąć zawrotną prędkość, w końcu do posiadania dżokeja nie była przyzwyczajona. I w tym momencie… krowa, poczciwa mućka, wstała potwornie oburzona i wściekła, że na jej plecach znienacka wylądował jakiś intruz. Trzasnęła mną o ziemię tak potężnie, że aż głucho zadudniło. Mocno niezadowolona wstałam z gleby. Otrzepałam z trawy moje wyjściowe, białe rajstopy, z wysiłkiem wydłubałam źdźbła z mlecznego uzębienia i zaczęłam intensywnie analizować sytuację. Postanowiłam namówić koleżankę, by to ona podjęła kolejną próbę, gdyż była mniejsza i lżejsza, więc krowa miała szansę przeżyć mniejszy szok psychosomatyczny. Dziewczynka jednak bez słowa popukała się palcem w czoło, po czym ostentacyjnie oddaliła się w bezpieczne miejsce. Drugiej próby nie było. Sama bałam się ryzykować kolejny raz, bo rogata krasula wyglądała na tak wściekłą, że bez wahania mogłaby użyć swojej naturalnej broni przeciwko mnie. Moja rodzicielka namiętnie oglądała w tym zaczarowanym, pełnym inspiracji pudle Teatr Telewizji. Śledziła różne dramaty i sztuki, nie gardząc przy tym Niewolnicą Isaurą, a w późniejszych latach również Modą na sukces. Bazując jednak na klasycznych spektaklach, w których dystyngowane aktorki występowały w gigantycznych perukach, dokonałam pewnego intrygującego i przełomowego odkrycia. Uznałam mianowicie, że naturalne włosy to jedynie okrycie wierzchnie, pod którym ukrywa się drugie, właściwe owłosienie o zupełnie innym kolorze i strukturze. Jako dziecko chorobliwie ciekawskie, a przy tym uparte i zawzięte w zdobywaniu wiedzy, natychmiast postanowiłam przetestować tę teorię na żywym
organizmie. Od tamtej pory każdą sąsiadkę, która przyszła do mojej rodzicielki, a także każdą ciotkę, a nawet rodzoną babcię, próbowałam bezlitośnie oskalpować. Właziłam im niespodziewanie na kolana, chwytałam za czupryny i ciągnęłam z całej siły, by zrzucić fałszywą maskę i obnażyć ich prawdziwe oblicze. Chciałam po prostu zdemaskować te podstępne oszustki. Atakowane kobiety wrzeszczały wniebogłosy i machały rękami w panicznym geście obrony. Dopiero gdy matka traciła resztki cierpliwości i karnie trzaskała mnie po łapach, z wielkim fochem odpuszczałam. Dochodziłam wtedy do wniosku, że w tym całym Teatrze Telewizji używają jakiegoś wyjątkowo tandetnego kleju, skoro tam peruki schodziły bez problemu, a te wiejskie baby mają po prostu za wielkie łby i sztuczne włosy trwale im się zaklinowały. Niestety, nie dane mi było powtórzyć tego eksperymentu społecznego. Na mój widok wszystkie kobiety uciekały w popłochu, nauczone bolesnym doświadczeniem, że stanowię realne zagrożenie dla ich fryzur.
Byłam też dzieckiem wybitnie uzdolnionym plastycznie, o czym babka miała okazję przekonać się na własnej skórze. Zostawiając mnie samą w pokoju z kredkami, farbami i nożyczkami, ta naiwna jędza liczyła zapewne na jakąś pamiątkową laurkę albo chociaż papierowego badyla, którego ukochana wnusia ulepi dla niej z miłości. Jakże srogo się przeliczyła! Zamiast pilnować mnie, jak na wzorową, troskliwą babcię przystało, dawała mi pełne pole do artystycznego popisu. Doskonale pamiętam jej minę, gdy wróciła do pokoju i zobaczyła, że starannie wycięłam z firanki wszystkie tkane kwiatki, wzorki i kółeczka. Do wysokości moich oczu firana stała się nagle ażurowa i znacznie rzadsza niż u góry. Przestała przypominać śnieżnobiałą ozdobę salonu, a zaczęła przypominać farfocle wyciągnięte psu z gardła.
Ja natomiast, stojąc dumnie z nożyczkami w dłoni, pękałam z zachwytu nad własnym arcydziełem.
Trzeba pamiętać, że były to czasy głębokiej komuny, kiedy to o firany, narzuty czy koce baby na targu potrafiły okładać się po mordach i rzucać w siebie jajkami. W sklepach nie było niczego, a jeśli już cudem udało się coś zdobyć, kosztowało to fortunę i wymagało odstania tytanicznych kolejek. Babka miała więc pełne prawo dostać lekkiego zawału. Z perspektywy lat oceniam, że jej zasób słownictwa był dość ubogi, za to wiara w Boga absolutnie nieograniczona. Jedyne, co była w stanie z siebie wykrztusić, to dramatyczna litania: – O Boże! O Jezu! O Matko Bosko! Chryste Panie! – ryczała donośnym głosem, trzymając się oburącz za głowę w geście totalnej rozpaczy, która przez moje dziecięce oczy została zinterpretowana jako brak uznania dla mojej sztuki. Szczerze mówiąc, nie rozumiałam wtedy, w czym ta cała święta trójca miałaby jej pomóc, skoro sprawca zamieszania był tylko jeden i to w rozmiarze miniaturowym. Te nieszczęsne firany, stanowiące posag po jej matce, a mojej prababce, były już przecież stare i niewyględne. Po prostu je unowocześniłam. Ostatecznie, przy głośnym zawodzeniu i lamentach babki, moje tekstylne rękodzieło wylądowało na śmietniku.
Rozdział 3
Byłam absolutnym mistrzem pakowania się w kłopoty. Kolejnym etapem mojego dzieciństwa stało się torowanie sobie drogi do przyszłości oraz brutalne ustalanie hierarchii w rodzinie. Wychodziłam bowiem z założenia, że racja zawsze leży po mojej stronie. Szukałam swojego życiowego celu, choć muszę przyznać, że moje autorskie pomysły czasami zaskakiwały nawet mnie samą, a co dopiero resztę rodziny, która musiała zmierzyć się z trudem mojego wychowania. Moja babcia miała sąsiadkę, kobietę mało sympatyczną i delikatnie mówiąc, niezrównoważoną. Babiszon szczerze mnie nie znosił. Ciągle na mnie skarżyła, donosiła, a gdy tylko przychodziła do babki na popołudniową herbatkę, natychmiast stawałam się obiektem jej jadowitej krytyki. A to, że jestem za gruba, innym razem, że za chuda lub pokraczna. Tymczasem byłam doprawdy uroczym dzieckiem, co zresztą bezspornie wynika z kilku fotografii, które odziedziczyłam jako najcenniejszą relikwię rodową i trzymam pod kluczem, żeby nikt ich nie oglądał. Nie znosiłam tej baby z całego serca, więc pewnego dnia postanowiłam wymierzyć sprawiedliwość. Wygrzebałam z warsztatu dziadka potężną szpulę grubej żyłki wędkarskiej. Przywiązałam do niej ciężki odważnik od wagi szalkowej i wieczorem, gdy okolica już zasnęła, wdrapałam się na dach sąsiadki. Drabinę miała na stałe przytwierdzoną do ściany, więc akcja dywersyjna poszła gładko. Spuściłam odważnik prosto w czeluść jej komina. Od tamtej pory każdego wieczoru, ukryta bezpiecznie w krzakach, energicznie szorowałam tym ciężarem w przewodzie kominowym. Zabawa trwała może tydzień i zaczynała mnie już powoli nudzić, ponieważ sąsiadka nie raczyła z wrzaskiem wyskakiwać z domu i siać paniki na całą wieś.
Aż tu nagle, pewnego popołudnia, widzę niesamowity widok:
na posesję kobiety zajeżdża czarna limuzyna proboszcza. Ksiądz już od samej furtki, przez schody i próg, aż po sam środek salonu, kropił wszystko święconą wodą i odprawiał solenne modły. Okazało się, że przerażona kobieta od kilku dni toczyła nierówną walkę z rzekomym duchem, aż w końcu zdesperowana nasłała na niego najwyższe kościelne władze. Skoro sprawa nabrała tak poważnego, metafizycznego obrotu, uznałam, że pora odpuścić. Proboszcz zyskał w parafii potężną sławę, ponieważ w błyskawicznym tempie przepędził z komina Cedzakowej złośliwego poltergeista, który terroryzował ją każdego wieczoru.
Swojej babki również nie darzyłam szczególnym uczuciem. Wręcz przeciwnie, szczerze jej nie cierpiałam. Zdarzyło jej się bowiem kilka razy sprać moje dupsko tak dotkliwie, że pamiętam to do dzisiaj. Baty dostawałam na przykład za wrzucanie kota do studni. Kot, jak powszechnie wiadomo, jest stworzeniem, które lgnie do człowieka w celach konsumpcyjnych lub dla drapania po grzbiecie. Mnie lokalne dachowce przestały lubić, gdy namiętnie zaczęłam je podtapiać, próbując zaszczepić w nich pasję do pływania. Kiedy moje lekcje żeglugi w misce z wodą lub wiadrze zakończyły się fiaskiem, kot ostatecznie został rzucony na głęboką wodę, czyli prosto do studni. Nie spodobało się to ani jemu, ani babce. Dziadek co prawda nieszczęśnika wyłowił, ale od tamtej pory zwierzak omijał mnie szerokim łukiem, nie chcąc mieć ze mną nic wspólnego. Karano mnie też za namiętne wyrywanie wszystkich kwiatów z grządek czy za wieczorne przesiedlanie kur. Zestresowane ptactwo, zostając chwilowo bez dachu nad głową, w akcie protestu odmawiało znoszenia jajek. Dostawałam też za znoszenie do domu wszelkiego robactwa, dzikich gołębi, polnych myszy, aż wreszcie… za sranie w szczaw.
Tak, babka miała przepiękny warzywniak. Rosły w nim marchewki, pietruszka, sałata, buraczki, kwiaty różnego kalibru, zioła oraz ów nieszczęsny szczaw, który wręcz uwielbiała. Oboje z dziadkiem dbali o te uprawy o każdej porze roku. Wszystkie prace ogrodnicze skrupulatnie odnotowywali w kalendarzu, pilnując faz księżyca, które miały rzekomo zbawienny wpływ na siew i sadzenie. Bez przerwy chwalili się przed sąsiadami swoimi gigantycznymi zbiorami. Któregoś dnia podsłuchałam ich rozmowę. Dyskutowali o tym, że warzywa trzeba solidnie podsypać obornikiem, żeby rosły dorodne. Obornik – rzecz dla mnie oczywista – to nic innego jak krowie, końskie czy świńskie gówno. Kiedy więc dziadkowie wyjechali na tydzień do Łodzi, postanowiłam jako wzorowa wnuczka, pozostawiona na straży gospodarstwa, zadbać o losy plantacji. Chciałam wyprodukować dla babci tyle cennego nawozu pod jej ukochanym szczawiem, by po powrocie pękała ze szczęścia. I tak oto, przez bity tydzień, codziennie chodziłam wypróżniać się w szczaw. Starałam się robić to metodycznie i równomiernie, by nie pominąć żadnego skrawka zieleni. Koncentracja przy tak precyzyjnym sraniu była nie lada wyczynem logistycznym.
Gdy dziadkowie wrócili, w domu natychmiast rozpętało się piekło. Ktoś bezczelnie i systematycznie zasrał im całe grządki. W pierwszej kolejności podejrzenie padło na mojego ojca. Kiedy babka darła się na niego wniebogłosy, ja siedziałam cicho jak mysz pod miotłą, powoli docierając do wniosku, że chyba jednak nieco przesadziłam z dawkowaniem nawozu. Niestety, misterny plan runął, gdy ojciec ryknął, że nie ma z tą gównianą sprawą nic wspólnego. W tym samym ułamku sekundy diabelski, pełen czystej nienawiści wzrok babci spoczął na mnie. Dostałam taki łomot mokrą ścierą, że własną dupę czułam jeszcze przez tydzień.
Grządki ze szczawiem poddano natychmiastowej utylizacji, a
ja otrzymałam dożywotni, kategoryczny zakaz zbliżania się do ogrodu. Uznałam wtedy, że za te wszystkie kary cielesne muszę babcię nieco przytemperować. Moja żywicielka była typową wiejską gospodynią, hodowała kaczki, kury i inne dziwne stwory. Posiadała również koguta, który był tak samo psychicznie skrzywiony jak ona. Ptak potrafił znienacka podejść do człowieka i bezlitośnie dziabać go w palec u nogi, łydkę czy kolano i ogólnie we wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego dzioba. Babcia miała zwyczaj chodzenia w charakterystycznym, czerwonym fartuchu, taki ówczesny wiejski trend. Wykorzystałam ten fakt. Kiedy tylko nikogo nie było w pobliżu, zakradałam się, ściągałam ten fartuch z wieszaka i urządzałam kogutowi regularne piekło. Ganiałam bydlaka po całym podwórku i tłukłam go tym czerwonym materiałem, ile wlazło, by raz na zawsze zapamiętał, kto tu rządzi. Po skończonej egzekucji grzecznie odkładałam fartuch na miejsce i w długą. Uciekałam w popłochu, by skubaniec nie zadziobał mnie na miejscu. Edukacja koguta była procesem długofalowym, ale efekt okazał się bezcenny. Gdy tylko babka wychodziła na podwórko w swoim czerwonym odzieniu, kogut widząc w niej swojego największego oprawcę, dostawał szału i ruszał do brutalnego ataku. Nie ograniczał się już do skubania kostek. Wściekły ptak lądował jej prosto na głowie, wczepiając się pazurami w rzadką czuprynę z siwych włosów. Darli się przy tym oboje wniebogłosy. Babka, bo terroryzował ją oszalały drób i kogut, bo nienawidził czerwonego fartucha i wreszcie mógł dokonać krwawej wendety. Ja z zapartym tchem i nieskrywanym zachwytem obserwowałam te dantejskie sceny z bezpiecznej odległości. Sielanka trwała do dnia, w którym dziadek ukatrupił mojego pierzastego wspólnika na rosół. Wielka szkoda, że dziadek nie wpadł na pomysł, by na ten rosół przeznaczyć jednak babkę, a koguta zostawić
w spokoju. Do dziś zresztą nie wiem, które z tej dwójki było bardziej pierdolnięte.
Rozdział 4
Ogólnie rzecz biorąc, moi rodzice dobrze się mną opiekowali. Nigdy niczego mi nie brakowało i dwoili się i troili, żebym narobiła jak najmniej głupstw. Niestety, matka była wiecznie zatyrana, a ojciec wciąż nieprzytomnie zadowolony z faktu mojego przyjścia na świat stale orbitował w innych rejestrach. W efekcie oboje kompletnie nie nadążali za moją ułańską fantazją. Pewnego dnia mój płodziciel zostawił na podwórku babki paczkę Popularnych bez filtra oraz zapałki. Małe dziecko plus zapałki? Dziewczynka z zapałkami? O tak, ale zdecydowanie w wersji hardcore. Żywo zainteresowana tematem, z wielkim pytaniem wypisanym na gębie: „co by było, gdyby?”, postanowiłam natychmiast przeprowadzić eksperyment z ogniem. Na idealne laboratorium wybrałam rejon tuż pod stertą siana. Pech, po prostu potworny pech chciał, że akurat trwało lato, panował nieludzki upał i susza stulecia. To przecież nie moja wina, że w tamtych czasach sterty słomy i stogi siana stawiało się w tak bliskiej odległości od siebie. Wzięłam zapałki, ukryłam się bezpiecznie za kopczykiem i zaczęłam palić malutkie ogniska, gasząc je w ułamku sekundy. Zabawa była zajebista. Adrenalina mało nie rozsadziła mi żył. Nagle nabyłam poczucia absolutnej wszechmocy walcząc z płomieniami i skutecznie je pokonując, poczułam się jak władczyni żywiołów. Sielanka trwała do momentu, w którym to ognisko, zamiast mnie, nagle nabrało prawdziwej potęgi. Ogień przestał reagować na uderzenia stopy, plucie, a nawet na moje najbardziej wymyślne, czarodziejskie zaklęcia. Moja nadprzyrodzona moc bezpowrotnie wyparowała. Efekt? Puściłam z dymem dwie sterty słomy, jeden wielki stóg siana oraz wóz drabiniasty sąsiada.
Pogorzelisko ciągnęło się na kilkadziesiąt metrów, a czarny słup dymu był widoczny z kilku sąsiednich kilometrów. Z góry pragnę lojalnie zaznaczyć: to, co widzimy na filmach o bohaterskich strażakach, to ordynarne kłamstwo. Na miejsce katastrofy przyjechało czterech chłopa. Wróć! Przyjechało czterech kompletnie pijanym strażaków. Dysponowali jedną zdezelowaną sikawką i zerowym zapasem wody w zbiorniku wozu. W okolicy nie uświadczyłeś ani jednego hydrantu, a najbliższym akwenem był wiejski staw z wodą-żabianką, oddalony o dobre dwa kilometry od pożaru. Szans na ratunek nie było żadnych. Dzielni panowie ratownicy, zamiast gasić szalejący pożar, potykali się o własne nogi, skutecznie gasząc jedynie entuzjazm zgromadzonych gapiów. Na domiar złego, jeden ze strażaków przy próbie otwarcia bocznej klapy wozu bojowego zrobił to tak nieudolnie, że ciężka blacha rąbnęła go prosto w czerep. Rozcięła mu skórę do krwi, co wyeliminowało go z dalszej akcji ratunkowej. Moja matka musiała natychmiast wkroczyć do akcji i zabandażować mu łeb, żeby chłop nie wykrwawił się na tym nieszczęsnym podwórku. Słoma i siano spłonęły do gołej ziemi, nie został po nich nawet ślad. Ze strachu przed brutalnymi karami cielesnymi spędziłam bite dwa dni w ukryciu, rezydując w psiej budzie i głęboko zastanawiając się, o co w ogóle ci wszyscy dorośli robią tyle rabanu. Najbardziej na świecie bałam się dziadka. Facet z wyglądu przypominał oficera gestapo i mimo że dla mnie bywał całkiem znośny, w domu bali się go absolutnie wszyscy, wolałam więc na wszelki wypadek też się bać. W końcu bez mrugnięcia okiem ukatrupił mojego ukochanego koguta na rosół, a szkody, które ja wyrządziłam, były nieporównywalnie większe. Do końca nie byłam pewna, jaka egzekucja mnie czeka. Na szczęście dorośli jakoś to między sobą odkręcili. Uznano oficjalnie, że słoma zajęła się od rzuconego w trawę odłamka szkła, dzięki czemu ani rodzice, ani ja nie ponieśliśmy żadnych
konsekwencji. Duża w tym zasługa samych strażaków, którzy przez swoje upojenie alkoholowe i brak wody byli całkowicie bezbronni. Dzięki tej spektakularnej katastrofie nasza rodzina zyskała gigantyczną sławę w regionie. Opisali nas nawet w lokalnej gazecie w artykule o tym, jak skrajnie niebezpiecznie bywa na współczesnej wsi. Fakt, bywa niebezpiecznie, ale głównie tam, gdzie akurat przebywam ja. Co prawda przemieszczałam się z punktu do punktu, ale od tamtej pory nie czyniłam już większych szkód materialnych, zostałam bowiem objęta ścisłym nadzorem policyjnym ze strony całej rodziny. Wszyscy zaczęli mnie pilnować jak oka w głowie. Chwilowo stałam się po prostu wiejskim piromanem z przypadku, ofiarą skrajnego braku doświadczenia Ochotniczej Straży Pożarnej w pracy z małymi dziećmi.
Rozdział 5.
Kolejną niezłomną tradycją w naszym domu było przyjmowanie księdza, który w okresie świątecznym raczył nawiedzać swoich parafian po kolędzie, by wyłudzić od nich coroczny haracz. Podobno wszystkie normalne dzieci w moim wieku siedziały wtedy potulnie jak trusie i z nabożną czcią słuchały, co ten chłop w czarnej sukience ma im do zakomunikowania, po czym dumnie recytowały pacierz. Ja, jak zwykle, wyłamałam się ze schematu. Postanowiłam wziąć duchownego w ogień pytań, waląc prosto z mostu i bez zbędnych ceregieli. Byłam przecież dzieckiem szalenie bezpośrednim i kontaktowym.
– Masz cukierka? – zagaiłam na wstępie. – Mam. Dostaniesz go, jak ładnie zmówisz „Zdrowaś Mario” – odpowiedział z uśmiechem. – Tak to ja nie chcę.
– Dlaczego, drogie dziecko? – Bo to nieładnie tak wyłudzać coś za coś. To jest niegrzeczne. – Dobrze, dam ci cukierka i obrazek. – ustąpił, lekko zbity z pantałyku.
– I pieniążka?
– Ale ja nie mam pieniążka… – nie dokończył, bo kłamstwo podrażniło moje wysokie poczucie moralności. Wściekłam się nie na żarty. Nadęłam policzki, zacisnęłam dłonie w małe piąstki na znak, że taryfa ulgowa właśnie się skończyła, po czym wysyczałam mu prosto w twarz: – Masz dużo pieniędzy, bo widziałam, ile dostałeś od sąsiadki! Pokaż natychmiast, co tam dźwigasz w tej swojej torbie i nie oszukuj, bo będziesz miał ciężki grzech!
– Jezus Maria… – zza moich pleców dobiegł umęczony, pełen rezygnacji głos mojej matki.
Najwyraźniej te wcześniejsze katorgi w kościele nie poszły na marne i mój mózg zarejestrował właściwe mechanizmy finansowe tej instytucji. Nim jednak zdążyłam przeprowadzić pełną rewizję księżowskiej torby, zostałam siłą wyprowadzona z pokoju. Zostałam bez pieniążka i bez cukierka a w łapie ostał mi się jedynie święty obrazek. Od tamtego dnia z tą konkretną subkulturą również miałam mocno na pieńku. Poczułam się potraktowana skrajnie niesprawiedliwie, wręcz oszukana i całkowicie straciłam zaufanie do instytucji Kościoła. Niedługo potem na mojej czarnej liście wylądował listonosz, który był absolutnym postrachem wszystkich dzieciaków w okolicy. Kiedy tylko parkował swój rower przed którymś domem, z podwórek natychmiast niosły się wrzaski przerażenia okolicznych kaszojadów (a o dziwo starszych dzieci też). Ten sygnał oznaczał jedno: któraś babka w okolicy właśnie dostała rentę, a reszta nieletnich przez najbliższą godzinę będzie siedzieć w totalnej ciszy pod stołem lub głęboko pod łóżkiem. Wszyscy prócz mnie. Ja listonoszowi wypowiedziałam regularną wojnę.
Pewnego dnia, gdy przyniósł jakiś list polecony do mojej matki, ten grubas i złodziej wyciągnął ze skórzanej torby charakterystyczny, niebiesko-żółty długopis, aby rodzicielka mogła złożyć podpis na potwierdzeniu. Widząc ten bezczelny gest, natychmiast, pewnym i zdecydowanym krokiem, wkroczyłam do akcji. Stanęłam przed nim, zmierzyłam go wzrokiem i rzuciłam nienawistnie:
– Tyyyyy! – Słucham cię, młoda damo. – rzucił listonosz, patrząc na mnie z góry. – Co ty sobie myślisz, złodzieju jeden?! Myślisz, że nic nie zauważyłam?! – wrzasnęłam, ruszając do ataku. – Ale czego? – zapytał, a w jego oczach natychmiast pojawiły się wesołe ogniki.
Trudno mu się dziwić. Zobaczył przed sobą groźnego napastnika z rękami wzniesionymi pod boki, z mściwą miną, gębą umazaną czekoladą i w podkolanówkach z wielką dziurą. Co gorsza, ten potężny agresor sięgał mu ledwo powyżej kolan. – Zarypałeś mi mój długipis! – Ależ dziecko, to jest mój długopis. Tak, dla mnie to był „długipis”, nie żaden długopis. Ten facet miał w ręku dokładnie taki sam egzemplarz, jaki dostałam od dziadka, kiedy uczył mnie rysować kreskami. Tamto narzędzie piśmiennicze było moim najcenniejszym skarbem na świecie. W ogóle nie interesował mnie fakt, że połowa ludzkości mogła posiadać identyczny przedmiot. Mój dziecięcy umysł uznał, że jestem jedyną właścicielką tak unikatowego sprzętu i kropka. Dopiero gdy zaniepokojona rabanem matka przyniosła z pokoju mój własny skarb, przestałam napierać pięściami na listonosza. Wtedy też chłop wreszcie mógł puścić moją głowę. Przez cały ten czas trzymał mnie bowiem za czuprynę na dystans wyciągniętej ręki, byle tylko moje małe, pięściarskie ciosy nie dosięgły jego korpusu. Trzeba przyznać, że wykazał się instynktem samozachowawczym, moje uderzenia mogłyby się okazać zbyt potężne jak na tak wielkiego chłopa i cała potyczka mogła skończyć się dla niego zgonem na miejscu. Naprychałam na niego siarczyście jeszcze kilka razy, zabrałam swój długipis i odeszłam śmiertelnie obrażona. I tak uważałam, że listonosz jest po prostu głupi, skoro kupił sobie taki sam model jak ja. Na ferie zimowe oraz część wakacji dziadkowie zabierali mnie do Łodzi, gdzie mieli swoje miejskie mieszkanie. Z jednej strony szczerze nienawidziłam tych wyjazdów, bo musiałam tam całkowicie podporządkować się despotycznej babce, która uwielbiała rządzić i bez przerwy wydawać rozkazy. Musiałam jeść to, co łaskawie mi narzuciła, asystować jej przy zakupach i ogólnie udawać grzeczne, potulne dziecko. Z drugiej strony jednak babiszcze targało mnie po wszystkich
okolicznych ciotkach. A od ciotek, jak wiadomo, regularnie skapywał gęsty grosz. Cierpiałam więc katusze w milczeniu, kalkulując, że jedna taka runda po krewnych zapewniała mi finansowy dobrobyt na kolejne miesiące. Po powrocie na wieś mogłam szastać kasą na lewo i prawo, kupując wszystko, na co akurat miałam ochotę. Łódzkie mieszkanie znajdowało się na parterze i przynależał do niego mały ogródek, w którym dziadkowie namiętnie hodowali pomidory, zioła i kwiaty. Na całe szczęście nigdy nie wpadłam na pomysł, by poddać te miejskie uprawy procesowi naturalnego nawożenia, za łódzki szczaw ukatrupiliby mnie na miejscu. Niestety, szanowna babka nie zamierzała zaprzestać wkurzania mojej skromnej osoby, musiałam więc pilnie wymyślić coś, co skutecznie odciągnie jej uwagę od mojej działalności. Z pomocą przyszła sama natura. Zauważyłam, że w ogródku grasują mrówki, a babka, jak na złość, nienawidziła wszelkich stworzeń. Uznałam, że muszę te pracowite owady jakoś zaprosić do mieszkania. Liczyłam na to, że albo zeżrą babsko żywcem w nocy, albo – co bardziej prawdopodobne – skrzykną się w kilka i wyniosą ją z domu na plecach, dokładnie tak, jak to czynią z wielkimi liśćmi. Owady powinny bez problemu poradzić sobie z tym zadaniem, ponieważ moja dręczycielka była wyjątkowo niskim karakanem. Niewiele myśląc, rozsypałam na podłodze grubą ścieżkę z cukru, prowadzącą prosto z podwórka pod łóżko babki. Mrówcza inwazja była gotowa w mgnieniu oka. Już następnego dnia całe mrówcze osiedle zameldowało się w jej sypialni, płynnie zajmując również kuchenne blaty i szafki. Jak wiadomo, takie robactwo niezwykle trudno wygonić z domu, zapewniłam więc babce pierwszorzędną rozrywkę na kilka najbliższych miesięcy.
Co prawda owady nie spełniły moich oczekiwań i nie
skonsumowały jej podczas snu, ale wcale im się nie dziwię, sama też bym jej nie tknęła.
Rozdział 6
Nigdy nie byłam niegrzecznym dzieckiem. Byłam po prostu niezwykle zaradna i przedsiębiorcza. Potrafiłam wyjść obronną ręką z najbardziej absurdalnych opresji. Moja ukochana babcia natomiast zupełnie nie radziła sobie ze stresem, przez co regularnie mdlała, zazwyczaj z mojego powodu. Gdy podczas kolejnego łódzkiego turnusu zaliczyłam już wszystkie ciotki i zebrałam pokaźny kapitał, postanowiłam wybrać się na samotne zakupy. Jako rezolutna siedmiolatka polazłam na wielki bazar z mocnym postanowieniem upolowania gieterek z najnowszej kolekcji oraz prezentów dla matki i siostry. Oczywiście nie pisnęłam babce ani słowa o moich planach logistycznych. Zakupy okazały się niezwykle udane, ale też potwornie ciężkie. Stanęłam przed problemem, jak ten cały majdan dotargać do domu. Na każdym szanującym się targowisku można spotkać stróżów prawa i w Łodzi również dopisało mi szczęście. Potruchtałam raźno do stojącego nieopodal policjanta i z miejsca oświadczyłam, że się zgubiłam i nie mam pojęcia, jak wrócić do domu. Funkcjonariusz okazał się niezwykle uprzejmym człowiekiem. Przeprowadził profesjonalne przesłuchanie zagubionego dziecka, a ja bez zająknienia wyrecytowałam adres: „Gojawiczyńskiej 17a, mieszkania jeden” – pamiętam go zresztą do dziś. Mundurowy spakował mnie wraz z całym moim handlowym dobytkiem do służbowego, milicyjnego Poloneza i z fasonem dostarczył pod same drzwi babki. Babka zdążyła jedynie otworzyć drzwi i na widok policyjnej eskorty natychmiast runęła jak długa na podłogę. W tym samym momencie w przedpokoju zmaterializował się dziadek. Z absolutnym spokojem ominął leżące na dywanie ciało małżonki, odebrał od policjanta ciężkie torby z gieterkami i uprzejmie mu podziękował. Dziadek musiał mieć w tych kręgach niezłe konszachty, bo w jego szufladzie leżała cała masa państwowych orderów. Funkcjonariusz był wręcz wniebowzięty, że mógł osobiście wyświadczyć przysługę tak ważnej osobistości, ratując cenne życie jego wnuczki. Z babką poszło znacznie gorzej. Z wrażenia mdlała jeszcze dwukrotnie, mimo że dziadek cierpliwie tłumaczył jej racjonalność mojego zachowania: przecież mała świetnie sobie poradziła i przynajmniej nie musiała iść piechotą takiego kawału z ciężkimi tobołami.
Kiedy tylko na dobre przestała tracić przytomność, profilaktycznie ewakuowałam się z dziadkiem do piwnicy. Wiedziałam, że grozi mi tam potężne lanie, a dziadek wolał po prostu uniknąć jej piskliwego jazgotu. I tak oto, w naszym prowizorycznym warsztacie, z pełnym zaangażowaniem liczyliśmy śrubki, czekając, aż babce przejdą stany lękowe, omdlenia i permanentny ból głowy. Kobieta potwornie działała mi na nerwy. Najgorsze było to, że czesała moje kręcone włosy z taką agresją, jakby koniecznie chciała urwać mi łeb razem z płucami. Zero delikatności, zero wyczucia. Kiedy kompletnie nie mogła poradzić sobie z moją czupryną, bezlitośnie nakładała na nią krem Nivea. Pachniało to niesamowicie ciężko, a po takiej kuracji moje loki co prawda łatwiej się rozczesywały, ale wyglądały, jakbym nie myła łba od zeszłego roku. Przez jej kulinarne popisy nabawiłam się również dożywotniego obrzydzenia do wszelkiego rodzaju kapusty, bigosu i gołąbków. Wszystko, co tylko było możliwe, faszerowała bowiem gigantyczną ilością słoniny, skwarek i zeszklonej cebuli. Niejednokrotnie po takim obiedzie lądowałam w kiblu, rzygając dalej niż widzę, zupełnie jak po ciężkiej, całonocnej balandze.
Za te wszystkie upokorzenia odwdzięczałam się jej w nocy, stosując wyrafinowany sabotaż pod postacią rzekomego lunatykowania. Wyłaziłam cicho z łóżka, wdrapywałam się na wielki, okrągły, dębowy stół w salonie i z pełnym namaszczeniem wykręcałam wszystkie żarówki z wiszącego nad nim żyrandola. Chowałam je głęboko pod łóżko i jak gdyby nigdy nic, kładłam się spać dalej. Z perspektywy czasu myślę, że to z czystego stresu wywołanego zbyt długim przebywaniem z tą kobietą mój organizm uruchamiał tryb nocnego montera. W pewnym momencie babce uroiło się, że zrobi ze mnie typową, ułożoną dziewczynkę: ładna sukieneczka, dwa kucyki i lalka wetknięta pod pachę. Wystroiła mnie jak jedną z tych plastikowych kukieł, które kupowała mi na siłę, po czym zawlekła mnie do jakiejś swojej koleżanki, żeby dumnie zaprezentować światu, jaką to ma cudowną, grzeczną wnusię. Przyzwyczajona do rajdów po ciotkach, z których zawsze kapał gęsty grosz, byłam święcie przekonana, że i tym razem czeka mnie finansowy profit. Babka z koleżanką piły kawę i namiętnie plotkowały. Oczywiście szybko padły sakramentalne hasła: „a powiedz wierszyk”, „a pokaż, jak ładnie rysujesz”.
Nagimnastykowałam się potwornie, żeby wypaść jak profesjonalistka. Naprodukowałam całą masę tych pieprzonych rysuneczków: kwiatków, króliczków i innych bzdur. Byłam wściekła jak cholera, bo ta sztywna kiecka drapała mnie w każdy możliwy zakątek ciała i potwornie uwierała. Chciałam po prostu dostać wypłatę, wrócić do domu i mieć święty spokój.
W końcu babka uznała, że pora wracać. Kobiety zaczęły żegnać się czule w drzwiach, a mi natychmiast przestał zgadzać się bilans zysków i strat. Stoję cierpliwie i czekam, ale w temacie finansów panuje absolutna cisza. Babka ciągnie mnie za łapę w stronę wyjścia, a ja twardo zapieram się nogami przed progiem. Najwyraźniej obie te mało kumate baby nie rozumiały powagi sytuacji. W końcu nie wytrzymałam, bo ileż można czekać na należne mi honorarium. Wyciągnęłam otwartą dłoń prosto w stronę nowo poznanej ciocio-koleżanki i zapytałam ze szczerym, profesjonalnym uśmiechem managera:
– A kasa? – Jaka kasa? – zapytała babka, gwałtownie blednąc. – No kasa. Za rysunki. Mina mojej dręczycielki jasno dała mi do zrozumienia, że te wszystkie króliczki wyprodukowałam w ramach wolontariatu. Wyglądała, jakby nagle dopadł ją nagły paraliż. Twarz wykrzywiła jej się w sposób skrajnie nieestetyczny. Zrobiła się purpurowa ze złości, ale na jej nieszczęście nie mogła nawet spektakularnie zemdleć, bo w pobliżu nie było dziadka, który mógłby ją cucić i tradycyjnie poklepywać po mordzie. Wyszarpała mnie na zewnątrz i zaczęła trzepać moje dupsko z taką pasją, jakby czyściła dywan na trzepaku przed Wielkanocą. W ramach natychmiastowego protestu i totalnego oburzenia, na samym środku chodnika rozebrałam się do rosołu, zrzuciłam tę niewygodną kieckę i rzuciłam jej ją prosto pod nogi. Niech sama ją sobie nosi. Chciałam zrobić jej maksymalny obciach wśród przechodzących ludzi i cel osiągnęłam. Babka, nie mając dłuższego planu taktycznego, jak okiełznać tego małego, nagiego demona, zrezygnowana wyjęła z portfela banknoty należne za moje artystyczne występy i kazała mi natychmiast naciągnąć to wdzianko z powrotem na tyłek. W tym momencie nie mogłam już dalej protestować, kwota, którą ujrzałam, była największą sumą, jaką kiedykolwiek trzymałam w swoich małych łapkach. Przemogłam się w trybie natychmiastowym i wciągnęłam to gryzące gówno z powrotem na dupę. Śmiertelnie na siebie obrażone wróciłyśmy do kamienicy, a już następnego dnia zostałam karnie deportowana do domu
rodziców. Gorzej bywało tylko wtedy, gdy babka brała na wakacje mnie oraz moje cioteczne rodzeństwo, swoich absolutnych faworytów. Trójka tego całego ciaciarajstwa była w wieku zbliżonym do mojego. O ile chłopaki nie działali na mnie aż tak odpychająco, o tyle ich siostra była chodzącą definicją dramatu. Przyjeżdżała zawsze z całym majdanem lalek Barbie i osobną walizką ubrań dla nich. Regularnie zmuszano mnie, bym grzebała się w tych różowych fatałaszkach i w kółko przebierała te jej plastikowe truposze. Pewnego dnia po prostu puściły mi nerwy. Ile, do jasnej cholery, można rozmawiać ze sztucznymi tworami? Zebrałam całe to lalkowe towarzystwo, zaniosłam do łazienki i wrzuciłam do wielkiego wiadra. Dokładnie w tym samym miejscu stała cała skomplikowana aparatura do pędzenia bimbru, jako że dziadek namiętnie lubował się w tym zacnym trunku. Wsadziłam lalki do wiadra, zalałam wodą po same brzegi, po czym bez wahania odkręciłam butlę z gazem i podpaliłam palnik pod garem. Plastikowe damy szybko straciły swój pierwotny rezon i stopiły się widowiskowo, przestały być takie śliczne i wypacykowane. Kiedy potworny smród palonej gumy i chemii rozniósł się po całej chałupie, do łazienki z dzikim wrzaskiem wpadli wszyscy domownicy. Kilka sztuk udało się im w panice wyłowić, ale reszta dorobiła się upiornie powykrzywianych mord i trwale sklejonych od temperatury odnóży.
Nigdy nie bawiłam się lalkami. Moim żywiołem od zawsze były resoraki i samochody. Nie gotowałam wyimaginowanych obiadków, nie posiadałam miniaturowych imbryczków ani filiżanek w kwiatuszki i nigdy nie rozmawiałam z pluszowymi misiami. Co prawda miałam jednego misia, ale służył mi on wyłącznie do celów czysto naukowych. Przeprowadzałam na nim skomplikowane eksperymenty medyczne: od sekcji zwłok, przez ponowne szycie chirurgiczne, aż po
regularne lewatywy, po których pluszak nadawał się już tylko do utylizacji. Namiętnie zbierałam też żaby, otwierając dla nich masowe hodowle w czajniku mojej matki. Z tych większych okazów produkowałam z kolei „kotlety” oznaczało to, że obracałam nieszczęsnymi płazami z taką prędkością i siłą (dokładnie tak, jak matka wyrabiała mięso mielone), że ropuchy w moich dłoniach robiły się niemal przezroczyste. Polowałam też na myszy, by w ramach czystek etnicznych wysiedlać je na posesję nielubianego sąsiada. Z błota budowałam skomplikowane systemy tuneli dla dżdżownic i robali, aż wreszcie zbiłam z gałęzi prowizoryczną tratwę, którą zwodowałam na lokalnych bagnach. Ta ostatnia misja odkrywcza skończyła się tradycyjnym, potężnym praniem mojego dupska przez matkę rodzicielkę. Zbierałam robaki do słoika i z nimi spałam. Ogólnie rzecz biorąc, kochałam zwierzęta.
Posiadaliśmy psa, zwykłego kundla. Było to niesamowicie kochane, oddane stworzenie, które z anielską cierpliwością znosiło wszelkie przeprowadzane na nim zabiegi medyczno-rozrywkowe. W zimie, po przywiązaniu do sanek, pies musiał posłusznie udawać zaprzęg syberyjski. Innym razem woziłam go w wózku dla lalek z tak kosmiczną, naddźwiękową prędkością, aż biedne psisko widowiskowo się porzygało. Któregoś dnia, wnikliwie analizując ten jego poczciwy pysk, doszłam do wniosku, że te białe łaty za cholerę nie pasują do reszty cudnej, rudej sierści. Przystrajanie go w kolorowe kokardy czy falbaniaste spódniczki na nic się zdało, zwierzak natychmiast zrywał z siebie te dekoracje, nie dając mi nacieszyć oka. Uznałam, że kundel potrzebuje spektakularnej, a co najważniejsze, trwałej metamorfozy. W końcu mój pies nie mógł być pospolity, musiał idealnie wpisywać się w surowe kanony wiejskiego piękna.
Warsztat dziadka stanowił w tej materii kapitalną kopalnię pomysłów. Niestety dziadek – mąż osoby zwanej babką – choć był człowiekiem nad wyraz dobrym i na wiele mi pozwalał, doskonale wiedział, jakiego potwora podrzucono mu pod opiekę. Profilaktycznie zamykał więc warsztat na klucz. Biedny, stary, naiwny człowiek… Nie wziął pod uwagę, że już dawno wyczaiłam w budynku stary komin po dawno wyburzonym piecu chlebowym. To była idealna droga na włamanie. Jak to genialne dziecko wymyśliło, tak też uczyniło. Po rosnącym obok drzewie wdrapałam się na dach, a stamtąd wskoczyłam prosto w czeluść komina. Przewód nie był na szczęście zbyt długi i w połowie drogi można było już bezpiecznie zeskoczyć, by bez przeszkód wylądować w kopalni zakazanych skarbów. A tam czekał na mnie prawdziwy raj: farby, kleje, młotki, przedziwne urządzenia i smary. No i oczywiście gwiazda wieczoru, duma dziadka, czyli lśniąca Syrenka. Samochód kusił swoim cudownie pachnącym, benzynowym wnętrzem, ale wiedziałam, że przechodząc obok tego ołtarza motoryzacji, muszę wstrzymać oddech. Auto było wypolerowane przez dziadka do granic możliwości i nie mogło nosić najmniejszych śladów mojego sabotażu. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że jeśli uszkodzę Syrenkę, natychmiast podzielę tragiczny los koguta przeznaczonego na rosół.
Na moje szczęście drzwi warsztatu otwierały się od środka, nie musiałam więc wszczynać alarmu ani wracać tą samą, kaskaderską drogą przez komin. Uzbroiłam się w pędzel, puszkę farby olejnej, zgarnęłam psa i przeszłam do czynów. Umieściłam czworonoga na starym pniu pod słońce, żeby lepiej widzieć szczegóły i poddałam go totalnej metamorfozie. Niczym Picasso, z zapałem i wywalonym na wierzch językiem – co u mnie zawsze zwiastowało stan najwyższego skupienia – tworzyłam wiekopomne dzieło.
Model co prawda trochę za wcześnie uciekł z planu, ale efekt i tak okazał się oszałamiający. Do dziś nie rozumiem min moich rodzicieli, kiedy ujrzeli naszą nową wersję psa. Zwierzak przestał być rudo-biały, a stał się jaskrawożółty, pokryty lepką emalią, ja natomiast byłam czarna od stóp do głów, uwalona sadzą z komina. Najpierw wzrok matki padł na żółte monstrum, potem złowieszczo przeniósł się na mnie, by na koniec spocząć na otwartych na oścież drzwiach garażu. Ja, z cudownym, szczerym, dziecięcym uśmiechem, stałam dumnie, demonstrując całemu światu satysfakcję ze swojego wyczynu. Matka domyła mnie na podwórku w jakiejś ocynkowanej balii – mam głęboką nadzieję, że woda nie pochodziła z tego zarośniętego stawu z żabami, choć tego akurat moja pamięć nie zarejestrowała. Znacznie gorzej potraktowano psa. Rodzicielka siedziała nad nim przez pół dnia i z ponurą miną skrupulatnie wycinała nożyczkami zlepioną farbą sierść. Nie zmienia to faktu, że moja autorska wersja czworonoga była zdecydowanie ładniejsza. Po tych matczynych postrzyżynach pies wyglądał po prostu koszmarnie. Rodzicielka, choć uzdolniona pod wieloma względami, na fryzjerkę się nie nadawała.
Rozdział 7
Skoro nie wyszło mi z piromanią, postanowiłam nie być podpalaczką, lecz artystką. Słynną malarką. Cóż, początki kariery nigdy nie są łatwe, a pies musiał się po prostu poświęcić dla sztuki. Podobny los spotkał chomika, którego dosłownie wydębiłam od sąsiadki. Zmuszona moim histerycznym, rozdzierającym płaczem, oddała mi go w prezencie wraz z klatką, domkiem i całym gryzoniowym dobytkiem. Pokochałam to małe zwierzątko tak mocno, że nosiłam je ze sobą absolutnie wszędzie, używając do tego celu słoika po ogórkach konserwowych. Urządzałam mu dalekie wycieczki krajoznawcze, bo uważałam, że trzymanie go w klatce jest skrajnie niehumanitarne. W słoiku, według mojej logiki, było znacznie bardziej komfortowo. Niestety, z jednej z takich eskapad chomik nie wrócił już żywy. Wyciągnął kopytka, ponieważ w zamkniętym szkle na pełnym słońcu po prostu się ugotował. Kompletnie nie rozumiałam, co mu się stało. Przecież dbałam o niego, a nawet bardzo dużo do niego mówiłam. Miałam jedynie nadzieję, że nie zabiłam go moim śpiewem, bo gryzoń musiałby mieć końskie zdrowie, by znieść ten wokalny jazgot. Płakałam strasznie. Przez kolejny tydzień nosiłam ze sobą trupa chomika w kieszeni. W pewnym momencie zaczął trochę śmierdzieć, ale potem wysechł na wiór i dało się już z tym żyć. Sielanka trwała do dnia, w którym moja rodzicielka w tajemnicy przede mną podstępnie go zakopała, doprowadzając mnie tym samym do jeszcze większej rozpaczy.
Wszystkie puchate stworzenia miały do mnie niesamowitego pecha. Dziadek hodował króliki, które potem sprzedawał na lokalnym targu. Trzymał je na podwórku w wielkich klatkach, gdzie miały ciepło i przytulnie.
Z jednej strony konstrukcji znajdowała się siatka, przez którą
uszaki mogły obserwować świat zewnętrzny. Kiedy stawały tyłem do owych krat, na zewnątrz śmiesznie wystawały ich puchate, białe ogonki. Uwielbiałam je tarmosić. Niestety, któregoś dnia zdecydowanie przesadziłam z intensywnością tych pieszczot, bo w moich rękach nagle zostały trzy wyrwane ogony. Okaleczone króliki, śmiertelnie przerażone, kategorycznie przestały podchodzić do siatki. Ja cieszyłam się z nowych, puszystych zabawek, ale zwierzęta jakoś nie podzielały mojego entuzjazmu. Prawdziwy problem pojawił się, gdy dziadek pojechał na targ sprzedać te króliki-kaleki. Na miejscu handlarze nie dość, że go wyśmiali, to jeszcze nikt nie chciał kupić tak felernych egzemplarzy. Dziadek wrócił do domu wściekły jak osa. Plus był taki, że uszaki dożyły swoich dni w bezpiecznym, rodzinnym kręgu, a nie na wygnaniu u obcych ludzi. Przynajmniej nie skończyły jako pasztet albo ocieplacz na korzonki (podobno takie królicze futro leczyło wszelkie bóle reumatyczne). Nasze, pozbawione ogonów, najwyraźniej nie nadawały się ani do garnka, ani na okrycie wierzchnie. Innym razem przyniosłam do domu znalezionego w krzakach jeża i kategorycznym tonem zakomunikowałam wszystkim, że od dziś mieszka z nami. Nie było przestrzeni na żadną dyskusję. Karmiłam mojego lokatora świeżą sałatą i jabłkami. Zwierzak wytrzymał w moim intensywnym towarzystwie równe dwa tygodnie, po czym jego kolce na grzbiecie zaczęły niepokojąco żółknąć. Dopiero po latach dowiedziałam się, że jeż to bezwzględny drapieżnik, który żywi się mięsem, a ja na siłę próbowałam nawrócić go na rygorystyczny wegetarianizm. Skąd, do cholery, mogłam wiedzieć, że telewizja bezczelnie kłamie? Te wszystkie bajki pokazywały przecież uśmiechniętego jeżyka z rumianym jabłuszkiem nadzianym na grzbiet! To była zwyczajna bujda na resorach.
Było mi go strasznie szkoda, więc ostatecznie wypuściłam go
na wolność i nigdy więcej go nie spotkałam. Mam głęboką nadzieję, że ten jeż przeżył. Kolejne drobne epizody z mojego życia już coraz mniej szokowały najbliższe otoczenie. Rodzina najwyraźniej zaczynała się uodparniać. Któregoś dnia ucięłam sobie palec, rozbierając na czynniki pierwsze jakąś zabawkę, oczywiście na imadle w warsztacie dziadka. Zamiast biec z wrzaskiem i prosić o ratunek, a przynajmniej o zwykły opatrunek, przez pół dnia chodziłam z tym nieszczęsnym, uciętym kciukiem schowanym głęboko w kieszeni. Dopiero gdy plama krwi na moich spodniach zaczęła sięgać prawie kolan, dorośli podnieśli dramatyczny alarm, że oto dziecko się wykrwawia. Na mnie całe to zamieszanie nie robiło większego wrażenia, w końcu to nie była moja pierwsza poważna rana. Notorycznie rozbita głowa, wiecznie pozdzierane łokcie i sine kolana stanowiły przecież moją absolutną codzienność. Wtedy też dostałam od ciotki mój pierwszy rower. Pojazd jawił mi się jako maszyna wręcz kosmiczna. Miał przyspieszenie godne Ferrari i to on stał się sprawcą większości moich kolejnych wypadków. To, że w ogóle przeżyłam tamten okres, należy rozpatrywać w kategoriach cudu. Ponadto nikogo już nie dziwiło, że potrafiłam ogłuszyć mojego ciotecznego brata kamieniem, ziemniakiem, jajkiem czy czymkolwiek, co akurat miałam pod ręką, zazwyczaj z powodu odmiennego zdania na jakiś kluczowy temat. Moje brutalne metody negocjacyjne kwitowano najczęściej zwykłym wzruszeniem ramion, machnięciem ręki lub wymownym, ciężkim westchnieniem. Dla moich opiekunów byłam utrapieniem idealnym, ponieważ moje autorskie pomysły okazywały się wybitnie niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia. Próba nauki jazdy traktorem zakończyła się widowiskowym rozwaleniem wrót stodoły u sąsiada.
Ponieważ moimi krótkimi nogami nie sięgałam do pedału
