Pod presją koronek - Aga Fox - ebook

Pod presją koronek ebook

Aga Fox

4,0

Opis

Rozstanie przypieczętowane efektownym lotem kryształowego wazonu? Niestety tak.
Marianna właśnie osiągnęła matrymonialne dno, ale zamiast pogrążyć się w rozpaczy, pod wpływem wysokoprocentowej weny wpada na plan doskonały: znaleźć męża w równy rok.
Plan brzmi ambitnie, ale to metody Marianny gwarantują prawdziwy rollercoaster:
Słowiańska magia i tajemnicze eliksiry warzone w domowych warunkach,
Wizyta u wróżki, która widzi wszystko (oprócz zdrowego rozsądku bohaterki),
Aplikacje randkowe, czyli bezlitosna konfrontacja z absurdami współczesnego randkowania.
Co może pójść nie tak? Absolutnie wszystko. Każdy kolejny krok prowadzi do nieuniknionej, widowiskowej katastrofy, przy której klasyczne komedie romantyczne wyglądają jak spokojny spacer.
Czy w tym chaotycznym, magiczno-randkowym amoku Marianna dopnie swego i stanie na ślubnym kobiercu w wymarzonych, białych tiulach? Czy też presja koronek okaże się nie do zniesienia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 250

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
malpiszon81

Dobrze spędzony czas

Fajna , zabawna, można się pośmiać , trochę pokręcona,polecam
00



Strona | 1

Podpresj

ą

koronek Aga Fox

Strona | 2 Projekt okładki - Agnieszka Lis Copyright 2026 Agnieszka Lis Praca nad tekstem: Emilia Galińska. Wydawnictwo Agra Sp. Z o.o. e-mail:

[email protected]

Wydanie I Warszawa 2026 ISBN 9788397061491 Wszelkie prawa zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem całości lub fragmentów niniejszego dzieła bez uzyskania pisemnej zgody posiadacza praw jest zabronione Strona | 3

Rozdział1.Kryształ,koronkiikurier z traumą .

Kto, będąc nastukanym do granic możliwości, tańczy w środku zimy na mikroskopijnym balkonie na warszawskiej Woli, mając na sobie wyłącznie słuchawki i absolutnie nic poza tym? I to w rytm „Nie płacz Ewka”? Cóż. Poznajcie mnie. Marianna Podgórska. Zadziorna stara panna, która właśnie butelką najtańszego wina z Biedronki usiłowała zagłuszyć swoje wewnętrzne demony. Demonów zebrało się całe stado, dlatego w kolejce do uciszenia czekała już trzecia butelka totalnego mózgojeba. Tego wieczoru, na własne nieszczęście, przypomniałam sobie o swoich urodzinach. Kolejny rok minął od momentu moich narodzin, co wszechświat postanowił zakomunikować mi nową, niepokojąco głęboką zmarszczką na czole, dodatkowym kilogramem w biodrach i dwoma siwymi włosami na skroniach. Te ostatnie zostały natychmiast wyrwane. Z nienawistną nadzieją, że nie odrosną. Jak to zwykle bywa przy spożywaniu taniego alkoholu, w pewnym momencie mój zatruty toksynami organizm Strona | 4 przeszedł w tryb analizy danych. Niczym maszyna losująca Lotto, wprawiona w ruch pod wpływem procentów, mój mózg zaczął wyrzucać białe kuleczki. Na każdej z nich wypisane były życiowe porażki, lęki, nieudane związki i spektakularnie złe decyzje. Wbębnie maszyny losującej Marianny Podgórskiej wylosowano dziś następujące numery: Kulka numer jeden: Kolejny facet okazał się pomyłką. Kulka numer dwa: Wiek, który sama określiłam jako „przedemerytalny”. Kulka numer trzy: Brak dzieci. Kulka numer cztery: Brak męża. Te cholerne piłeczki zaczęły z impetem odbijać się o d mojego mentalnego stołu pingpongowego, trafiając mnie prosto w czoło z dziwnym, rytmicznym dźwiękiem. Puk, puk, puk. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nawet gdy otworzyłam oczy, pukanie nie ustało. Macając się po czole, upewniłam się, że nie mam na nim żadnego guza. Dopiero po dłuższej, bolesnej chwili do moich zmasakrowanych alkoholem neuronów dotarło, że dźwięk dochodzi z drzwi wejściowych. Wmieszkaniu unosił się ciężki aromat strawionego wina. Zerknęłam na zegarek i momentalnie zerwałam się z łóżka, jakby materac stanął w ogniu. Zaspałam. Strona | 5 Zaspałam na cholerną, wyczekaną wizytę u lekarza! Specjalnie wzięłam kilka dni urlopu, żeby zrobić komplet badań profilaktycznych należnych kobiecie w moim – nienawidzę tego słowa – wieku. – Cholera jasna! – wrzasnęłam. Ignorując grawitację i pulsujący ból skroni, podbiegłam do drzwi i wyjrzałam przez wizjer. Po drugiej stronie stał zniecierpliwiony kurier. Wrękach trzymał dokumenty jednego z moich najważniejszych klientów. Kiedy facet zaczął już odwracać się na pięcie, by odejść, podjęłam najgorszą decyzję tamtego poranka – szarpnęłam za klamkę, naciągając na twarz uśmiech, który w moim mniemaniu miał być naturalny. Teczka z dokumentami wypadła kurierowi z rąk z głośnym trzaskiem. I nie, nie chodziło o moje blond włosy, które na czubku głowy tworzyły konstrukcję przypominającą gniazdo oszalałego bociana. Nie chodziło też o to, że prawa sztuczna rzęsa gdzieś zaginęła, a lewa trzymała się na słowo honoru, powiewając przy każdym mrugnięciu. Ani nawet o to, że moja rzekomo „pocałunko-odporna”, luksusowa szminka była rozsmarowana aż po ucho. Chodziło o fakt, że stałam przed nim dokładnie tak, jak pan Bóg mnie stworzył. Czyli w stroju Ewy przed wymyśleniem listka figowego. Źrenice kuriera rozszerzyły się do rozmia rów pięciozłotówek, a dolna szczęka bezwładnie opadła mu Strona | 6 na klatkę piersiową. Kiedy w końcu zrozumiałam, skąd ten zachwyt w jego oczach, rzuciłam się na ziemię, porwałam upuszczoną teczkę i zaczęłam rozpaczliwie zasłaniać nią raz górne, raz dolne partie ciała, tańcząc w drzwiach jak chora psychicznie tancerka kabaretowa. Moje ostatnie dwie działające komórki mózgowe zderzyły się ze sobą, produkując genialny komunikat: – Do widzenia. – wykrztusiłam z pełną kulturą, po czym zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem. Żeby zmusić szare komórki do intensywniejszej pracy, zaserwowałam sobie siarczystego klapsa teczką w czoło i poczłapałam z powrotem do łóżka. Wizytę u lekarza przełożyłam telefonicznie, bezczelnie kłamiąc drżącym głosem, że dopadła mnie „śmiertelna infekcja grypowa”. Rzuciłam teczkę – narzędzie mojego ostatecznego upokorzenia – na stolik nocny, naciągnęłam poduszkę na głowę i postanowiłam przespać ten najgorszy poniedziałek w życiu. Choć, umówmy się, nie był to ani pierwszy taki poniedziałek, ani zapewne najgorszy. Gdy zwlekłam się z łóżka, mój mózg pulsował w rytmie techno. Zegarek wskazywał dziewiętnastą. Telefon świecił jak choinka. K ilkanaście nieodebranych połączeń i cała masa SMS- ów. Nie miałam siły ich czytać, a tym bardziej odsłuchiwać wiadomości głosowych od mojej przyjaciółki. Niestety, mój palec omsknął się na ekranie i z głośnika Strona | 7 natychmiast dobiegł wysoki, drażniący i doskonale mi znany głos Izy – mojej wspólniczki:

„Trzeba zamówić bardotkę różową, osiemdziesiąt pięć D! I musimy zapakować tę dostawę dla ,,Puszystych,,. Faktury masz do odbioru na Żytniej i błagam, musisz jutro przyjść chociaż na godzinę! Umówiłam ci dwie potwornie natrętne, ale obrzydliwie bogate klientki. Nie możemy ich odpuścić, bo jak obsmarują nas w sieci, to leżymy. Jasne? No, buziaki!”

Iza. Moja najlepsza i właściwie jedyna przyjaci ółka. Kiedyś obie gniłyśmy w wielkiej korporacji, wspinając się po szczurzej drabinie awansów. Pewnego dnia powiedziałyśmy „dość” i postanowiłyśmy połączyć siły w branży, która dawała nam obu gigantyczną satysfakcję. Iza kochała cyferki, faktury i tabelki w Excelu. Ja byłam od ludzi. Otworzyłyśmy luksusowy butik z damską bielizną. Ale to nie był zwykły sklep z majtkami. To było, bez skromności, królestwo. Przepych, blichtr i luksusowe spa dla kobiecej duszy. Skończyłam profesjonalne kursy brafittingu i szybko stałam się najbardziej pożądaną kobietą... wśród innych kobiet. Nasz butik lądował na okładkach magazynów, a raz nawet zaproszono nas do telewizji śniadaniowej. Kobiety nas kochały, a faceci uwielbiali kupować u nas prezenty, kiedy pokazywałyśmy im koronkowe cuda. Zarabiałyśmy na tym, co kochałyśmy. – Mam dość cycków. – oświadczyłam chropowatym Strona | 8 głosem swojemu mocno nadwątlonemu odbiciu w lustrze. Nigdy nie obchodziłam urodzin, uznając celebrowanie upływu czasu za czysty masochizm. Jednak te były wyjątkowe. Kończyłam trzydzieści lat i właśnie dopadł mnie przedwczesny kryzys wieku średniego. Dwa dni temu, po kilku latach związku, rozstałam się z partnerem. Moja wizja białej sukni, rodziny i dziecka prysła jak mydlana bańka, wywołując emocjonalne tsunami. Doszłam do wniosku, że jestem stara, samotna i bezużyteczna. Plan ratunkowy zakładał upicie się czymkolwiek. Po pierwszej butelce wykreśliłam się z grafiku w pracy i zapisałam do każdego możliwego lekarza w Warszawie na „już”. Po drugiej butelce uznałam, że starość należy witać z przytupem na balkonie. Trzecia butelka – absolutny gwóźdź do mojej trumny – podsunęła mi genialną myśl: przed ukończeniem trzydziestego pierwszego roku życia muszę mieć męża. A jeśli nie dziecko, to chociaż ciążowy brzuch. Potrząsnęłam głową, żeby odpędzić te alkoholowe majaki i wskoczyłam pod lodowaty prysznic. Godzinę później, po nałożeniu perfekcyjnej tapety i wbiciu się w ulubiony, elegancki kostium, postanowiłam udawać, że panuję nad swoim życiem. Sprawdziłam kalendarz, żeby odwołać resztę lekarzy – nagle przestałam czuć się schorowaną staruszką. Ze zdumieniem odkryłam, że na jutro mam umówionego urologa i proktologa. Strona | 9 Szybko wysłałam maila z rezygnacją z tych wątpliwych przyjemności i popędziłam do salonu, gotowa do akcji. Przebrnięcie przez warszawskie korki kosztowało mnie tyle nerwów, że gdy wpadłam do butiku, o mało nie rozbiłam szklanych, zdobionych złotem drzwi. Zrobiłam to z takim impetem, że stojąca blisko wejścia klientka z wrażenia wypuściła z rąk parę koronkowych majtek. Iza aż podskoczyła za ladą. – Miałaś mieć urlop! – zawołała, wystawiając bujną czuprynę zza wieszaków. – Miałam, ale mi przeszło. – burknęłam, wieszając płaszcz na manekinie . – Widzę, że humor dopisuje... Zaczęłam krzątać się po salonie, desperacko szukając jakiegoś zajęcia, byle tylko nie patrzeć przyjaciółce w oczy. – Byłaś u lekarza? – próbowała zagaić Iza. – Nie. Odwołałam wszystko. – Wszystkie wizyty? – Tak. Okulistę, ginekologa, endokrynologa, nefrologa i proktologa. – Proktologa? – Iza zmrużyła oczy. – Czy to nie jest ten lekarz, który zagląda w... – Tak, to ten. – Myślałam, że twoje życie seksualne jest wystarczająco bogate i nie musisz szukać takich ekstremalnych atrakcji. Strona | 10 – Było bogate. – poprawiłam ją ze zbolałą miną. Iza zamarła z wieszakiem w dłoni. – Jak to: było?! – Rozstaliśmy się. – O rany, Maruś! Czemu nic nie mówiłaś? Co się stało?! – Iza rzuciła się w moją stronę z miną rasowego detektywa. – Nic. Zostawił mnie. – Miał kochankę? – Nie. Pokłóciliśmy się. O wszystko. O to, że żyję tylko cyckami, że się nim nie interesuję, że wiecznie gadam o babach i nie zwracam uwagi na jego potrzeby. – Co za bzdury! – fuknęła Iza. – I co wtedy? – No... nakręciłam się. Nie wytrzymałam. – I co zrobiłaś? – Przywaliłam mu w łeb . Iza aż zakryła usta dłonią. – O Boże... Czym?! – Tym kryształowym wazonem, który dostałam od ciebie. – wyznałam, po czym momentalnie pękłam i rozwyłam się na cały głos. – I się wyprowadził! – wykrzyczałam przez łzy. Przyjaciółka natychmiast zamknęła mnie w niedźwiedzim uścisku, gładząc po głowie. – Spokojnie, Maruś... Nie płacz. Tego kwiatu to pół łąki, nie martw się! – Pół światu. – poprawiłam ją, pociągając nosem. – Co? – Mówi się: tego kwiatu to pół światu. Strona | 11 – No tak, mniejsza z tym... Daj spokój i tak go nigdy nie lubiłam. Narcyz zapatrzony w siebie, a do tego tępy jak but. Nasz festiwal empatii przerwało nagle głośne , demonstracyjne chrząknięcie. Klientka, która do tej pory kręciła się między wieszakami, odłożyła oglądany biustonosz na miejsce i rzuciła z poga rdą: – „Spa dla duszy”... Też mi coś. Patologia. – fuknęła i wyszła z salonu, ostentacyjnie trzaskając drzwiami. Dopiero teraz dotarło do nas, że cały ten dramat rozegrał się na oczach obcej osoby. Iza była rok młodsza ode mnie. Miała męża i dwójkę rozwrzeszczanych do granic możliwości dzieciaków, które zapewniały jej codzienną dawkę miłości, ale i potężny wycisk emocjonalny. Czasami zazdrościła mi braku tego życiowego bagażu i wolności. Ja z kolei zazdrościłam jej tego rodzinnego harmidru, porannego szykowania do szkoły i awantur o niedojedzone śniadania, które ostatecznie zawsze kończyły się przytulaniem. Od czasu do czasu zabierałam zresztą jej małe potwory do siebie, żeby dać przyjaciółce odetchnąć, a sobie podkarmić instynkt macierzyński. – Mam postanowienie noworoczne. – wychlipałam, wycierając nos w chusteczkę. Iza spojrzała na mnie z ukosa. – Rychło w czas. Mamy koniec lutego. – Nieważne! Wtym roku znajdę męża. Takiego, który będzie mnie kochał, szanował, dbał o mnie i nosił na rękach! Strona | 12 Iza zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów i uśmiechnęła się złośliwie: – Taaa... O ile trochę schudniesz. – Świnia jesteś! – burknęłam, ale na mojej twarzy w końcu pojawił się uśmiech. – No dobra, już dobra, nie obrażaj się. Znajdziemy go razem. – I to jest świetny plan. Zadanie domowe dla Izy na ten wieczór brzmiało: przetrzepać całą listę kontaktów w telefonie i wyłonić potencjalnych kandydatów na mojego przyszłego małżonka. Ja natomiast, tuż po powrocie do domu, wyciągnęłam wielki, elegancki notes i zaczęłam grubym markerem rozpisywać strategiczny plan działania. Cel: usidlić faceta, założyć rodzinę i – błagam, kosmosie – nigdy więcej nie tańczyć nago na balkonie przy piosenkach Perfectu. Strona | 13

Rozdział2. Blondyn,majtkii dywanik łazienkowy .

Plan był doskonały. Skrzętnie, rozpisany w punktach, czarno na białym. Krok po kroku, jak dorwać faceta i nie zwariować. Wdrożyłam go w życie już następnego dnia o poranku, siedząc w dusznym pokoiku pachnącym kadzidełkami. – Czy czeka mnie miłość? – zapytałam, nerwowo miętosząc rąbek bluzki. – Ooo tak, czeka cię wielka miłość. Już niedługo. – wyrecytowała kobieta, leniwie przekładając karty. – A to blondyn czy szatyn? Bo wie pani, w sumie bez różnicy, ale byle nie rudy. No nienawidzę rudych. – Blondyn, kochanieńka, blondyn. – A bogaty? Pracowity? Kulturalny? – dopytywałam, niemal wchodząc na stół. Wróżka Zenobia miała mnie już powoli, ewidentnie dość. Mówiła wszystko, bylebym tylko była zadowolona i w końcu sobie poszła, ale mi wciąż było mało. Siedziałam u niej od ponad godziny. Rozumiałam ją – biznes to biznes, czas to pieniądz, im więcej klientów, tym lepszy utarg, a ja wierciłam jej dziurę w brzuchu o takie szczegóły, Strona | 14 których biedna kobieta nie nadążała wymyślać na bieżąco. Dowiedziałam się już, że mój przyszły mąż jest piękny, bogaty, nieziemsko przystojny, ma dom, samochód, a nawet – uwaga – psa mojej ulubionej rasy. Wpewnym momencie Zenobia wymownie zerknęła na zegar ścienny. Podążyłam za jej wzrokiem i aż podskoczyłam na krześle wyścielonym jakąś czerwoną, bogato zdobioną szmatą . – Cholera jasna! Spóźniłam się na spotkanie! Jak przystało na profesjonalną wróżkę, Zenobia zachowała kamienną twarz i oznajmiła melodyjnym, uduchowionym tonem: – Poczeka. – Jest pani świetna, naprawdę. Świetna! – rzuciłam, bezceremonialnie ciskając stuzłotowy banknot na okrągły stolik przykryty czymś, co do złudzenia przypominało dywanik łazienkowy. Wybiegłam z gabinetu, w locie łapiąc apaszkę i torebkę. Gdy tylko znalazłam się na ulicy, drżącymi palcami wybrałam numer Izy. – Ja już wszystko wiem! – wykrzyknęłam do słuchawki tak głośno, że moja przyjaciółka musiała odsunąć telefon na odległość ramienia. – Ale co wiesz ? – Jaki będzie mój mąż. Byłam u wróżki . – O Boże… Marianna, zwariowałaś! – Nie. Po prostu, żeby go znaleźć, muszę mieć jakikolwiek trop. To pozwoli mi od razu wykluczyć Strona | 15 tych, którzy się nie nadają. Prawda? – Wróżka pomaga ci znaleźć męża? – w głosie Izy lód mieszał się z czystym niedowierzaniem. – No tak. – Pojebało cię. Widzimy się później. – rzuciła krótko i się rozłączyła, ewidentnie podejrzewając mnie o całkowite postradanie rozumu. Ignorując sceptycyzm przyjaciółki, popędziłam na umówione spotkanie z poczuciem, że ten dzień będzie po prostu cudowny. Wrestauracji na rogu czekał już na mnie Grzegorz – przedstawiciel modnego magazynu. Iza i ja prowadziłyśmy słynny salon z damską bielizną, a jemu potwornie zależało, aby ich modelki zaprezentowały nasze projekty w kolejnym numerze. Jak się później okazało, facet był przygotowany perfekcyjnie. Miał całą teczkę zdjęć, sesję zaplanowaną krok po kroku i wiedzę o naszym asortymencie, która zawstydziłaby niejednego bieliźbiarza. Podchodził do pracy śmiertelnie poważnie. Nie był jednak przygotowany na to, że właścicielka salonu wpadnie do lokalu niczym huragan, promieniejąc uśmiechem i… dostanie nagłego zawieszenia systemu. Weszłam do luksusowego wnętrza, rozejrzałam się i od razu dostrzegłam mężczyznę w jasnobłękitnym, skrojonym na miarę garniturze. Trzeba mu było oddać – idealnie podkreślał wszystkie jego walory. Prześlizgnęłam się wzrokiem po drogich butach, Strona | 16 dopasowanych spodniach, marynarce uwydatniającej wysportowaną sylwetkę, aż w końcu moje oczy dotarły do jego fryzury. Blondyn. Zamurowało mnie. Całkowicie zapomniałam, jak się mówi, jak się oddycha i po co w ogóle tu przyszłam. Wmojej głowie pulsowała tylko jedna myśl: Wróżka powiedziała wyraźnie, że blondyn, że miłość i że w najbliższym czasie! – Dzień dobry, jestem Grzegorz Marcinkowski. – powiedział, wyciągając do mnie dłoń. Moja dłoń nie odpowiedziała na wezwanie. Zawisła w próżni na zdecydowanie zbyt długą, niezręczną chwilę. Mężczyzna odchrząknął, opuścił rękę i jak na dżentelmena przystało, odsunął dla mnie krzesło. Ja jednak wciąż stałam, gapiąc się na jego włosy jak sroka w gnat. Odchrząknął po raz drugi, kompletnie zbity z tropu. – Zechce pani usiąść? – Blondyn… – szepnęłam ledwo słyszalnie i opadłam na krzesło, jakby nagle odcięło mi dopływ prądu w nogach. Grzegorz właśnie otwierał usta, prawdopodobnie chcąc rzucić jakimś gładkim, biznesowym komplementem, żeby wkupić się w moje łaski, kiedy zadałam mu pytanie stulecia. Pytanie, które w żaden znany ludzkości sposób nie łączyło się z handlem ekskluzywnymi majtkami. – Jest pan żonaty? Strona | 17 Facet zamarł w osłupieniu. Widziałam, jak w jego głowie z głośnym piskiem opon ruszają procesy myślowe. Pewnie zastanawiał się, czy nie lubię żonatych, czy wręcz przeciwnie – uważam singli za niepoważnych w biznesie. – Co to ma do rzeczy? – wykrztusił w końcu. – Szukam męża. – wypaliłam bez sekundy za stanowienia. – A ja szukam majtek. – odpowiedział błyskawicznie, kompletnie otumaniony moim wyznaniem. Zapadła cisza. Najbardziej niezręczna, gęsta cisza w historii spotkań biznesowych. A potem… potem oboje runęliśmy śmiechem. – Marianna Podgórska. – przytomnie wyciągnęłam rękę, próbując uratować resztki swojej godności. – Grzegorz Marcinkowski. – Przepraszam. – powiedzieliśmy jednocześnie. Dalsza część spotkania przebiegła już w całkowicie normalnym trybie, choć moja uwaga i tak była podzielona. Gdy tylko pożegnaliśmy się, a zadowolony z obrotu spraw Grzegorz opuścił lokal, natychmiast wyciągnęłam z torebki swój tajny notes. Był wielkości zwykłego zeszytu, miał sztywną, krwistoczerwoną okładkę, a na pierwszej stronie widniał nabazgrany przeze mnie, wielki, pogrubiony napis: MĄŻ 2026 . Cyferką „1” skrupulatnie zapisałam jego imię, nazwisko, numer telefonu i dorzuciłam krótką notatkę. Pierwsze koty za płoty. Wieczorny powrót do rzeczywistości okazał się jednak Strona | 18 nieco mniej romantyczny. Kiedy zajechałam pod blok, odkryłam, że na moim prywatnym, ustawowo przypisanym do mieszkania miejscu postojowym stoi jakiś obcy samochód. Zniecierpliwiona zatrąbiłam kilka razy, ale nikt nie wyskoczył z przeprosinami. Nie mając ochoty sterczeć tam do nocy, zaparkowałam na sąsiednim, mało wygodnym miejscu i wściekła ruszyłam do klatki. Uwielbiałam swoje stałe miejsce pod drzewem, bo łatwo się z niego wyjeżdżało i nie trzeba było manewrować jak na egzaminie na prawo jazdy. Stara winda, której szczerze nienawidziłam, zgrzytała i jęczała jak potępieniec, ale o dziwo nie stanęła między piętrami i dowiozła mnie na dziesiąte piętro. Tam czekała na mnie kolejna niespodzianka. Z niesmakiem stwierdziłam, że w jednym z mieszkań trwa generalny remont. Gruz, pył i ryk wiertarek zwiastowały jedno: wprowadza się ktoś nowy. A ja tak lubiłam moich starych, przewidywalnych sąsiadów! Znaliśmy się z widzenia, zawsze zamieniliśmy parę miłych słów. Lubili mnie, bo byłam cicha i nie urządzałam głośnych imprez – no, poza tą jedną, ostatnią, urodzinową, o której wolałam nie pamiętać. Zanim włożyłam klucz do zamka, zmierzyłam wzrokiem te całe pobojowisko. Westchnęłam głęboko, przygotowując się psychicznie na dni pełne warkotu maszyn i w końcu przekroczyłam próg mojego przytulnego królestwa. Sama nie mam za grosz talentu do urządzania wnętrz, Strona | 19 dlatego projekt powierzyłam profesjonaliście. Zrobił to idealnie pod moje dyktando. Ogromny salon z mnóstwem lamp dających wieczorem ciepłe, romantyczne światło, śnieżnobiała kuchnia, gabinet, w którym pracowałam w pocie czoła, sypialnia w stylu boho i pokój kąpielowy – bo zwykłą łazienką tego nazwać nie było można – w którym uwielbiałam się relaksować. Odwiesiłam torebkę, zrzuciłam cholernie wysokie szpilki, rzuciłam płaszcz na oparcie krzesła i padłam na miękką kanapę. Nareszcie w domu. Żeby zagłuszyć natrętne myśli o pracy, włączyłam telewizor i zaczęłam bezmyślnie skakać po kanałach. Moich uwagę przykuł program o starych, słowiańskich zaklęciach. Ponieważ czułam się Słowianką od stóp do głów, obejrzałam go z zapartym tchem do samej mety. I nagle, w mojej głowie nastąpił przełom. Szybko podsumowałam w myślach wszystkie swoje dotychczasowe porażki życiowe i doszłam do rewolucyjnego wniosku: wszystko, co robiłam do tej pory, było kompletnie bzdurne. O ile w biznesie odnosiłam sukcesy, o tyle moje miłosne katastrofy wcale nie były winą mojego wyglądu, charakteru czy miliona kompleksów. To były fazy księżyca! Życie wbrew naturze! Brak odpowiednich rytuałów i całkowity deficyt magii! O drugiej w nocy wciąż siedziałam w gabinecie, otoczona stertą notatek, Strona | 20 przepisami na tajemne mikstury z internetu, listą niezbędnych ziół i magicznych kamieni. Mój czerwony notatnik zyskał właśnie kilka nowych stron, gęsto zapisanych czerwonym długopisem. Plan „MĄŻ 2026” właśnie wszedł w fazę ezoteryczną. Strona | 21

Rozdział3. Biała herbata,

ekshibicjonistaisłoikpoogórkach .

Budzik wrzasnął jak co dzień o czwartej trzydzieści. Ból w łokciach, skroniach, nadgarstkach, plecach i kilku innych partiach ciała, o których istnieniu wolałabym zapomnieć, natychmiast wybił mi z głowy pomysł porannego marszobiegu. Podniosłam ciężką głowę z potwornie niewygodnej kozetki w moim gabinecie. To właśnie na niej zasnęłam nad ranem, po wnikliwym przestudiowaniu słowiańskich przepisów na wielką miłość. Zetknęłam na telefon. Nie po to, by sprawdzić wiadomości, ale żeby upewnić się, czy jakimś cudem nie jest to niedziela. Niestety. Była sobota, a w soboty pracowałyśmy z Izą na zmianę. Zwinęłam się w kłębek, planując zapaść w kolejny, długi sen, ale biurowy mebel skutecznie uniemożliwił mi znalezienie jakiejkolwiek wygodnej pozycji. Poddałam się. Wstałam, a moje oczy natychmiast spoczęły na nocnych notatkach. Kusiły. Och, jak bardzo kusiły, żeby wypróbować je w praktyce! Przetrząsnęłam szuflady i najbardziej skryte zakamarki mieszkania w poszukiwaniu magicznych akcesoriów. Z ulgą stwierdziłam, że udało mi się skompletować większość bazy. Strona | 22 To, czego nie miałam, postanowiłam bezczelnie zastąpić zamiennikami o zbliżonych właściwościach . Magia to w końcu kwestia elastyczności, prawda? Krok pierwszy z mojej kartki głosił: „

Oczyść przestrzeń wokół siebie – wywietrz pomieszczenie i okadź przy pomocy białej szałwii

”. Otworzyłam na oścież wszystkie okna, wpuszczając do środka rześkie, chłodne powietrze poranka. Szałwii w zapasach nie stwierdzono. Miałam za to białą herbatę w saszetkach. Uznałam, że „biała” to słowo- klucz. Wysypałam zawartość małej torebki na talerzyk i podpalając sobie przy tym palce, odprawiłam rytuał dokładnie tak, jak nakazywała znana w internetowych kręgach wiedźma. Pachniało średnio, ale dym był? Był. Krok drugi:

„Wypowiedz intencję, z jaką chcesz odprawić rytuał miłosny. Pamiętaj, żeby wypowiadane intencje miały pozytywną wibr ację”.

Stanęłam na samym środku salonu, wyprostowałam się i wyrecytowałam donośnym głosem: – Pragnę mieć u swojego boku mężczyznę, który odwzajemni moje uczucia, będzie mnie kochał i razem stworzymy wspaniałą relację! Dźwięczało to tak głośno, żeby Wszechświat – a już na pewno moi sąsiedzi zza ściany – nie mieli żadnych wątpliwości, o co tu chodzi. Krok trzeci: Strona | 23

„Stwórz obraz tego, czego pragniesz. Wyobraź sobie, że jesteś u boku wymarzonego partnera”.

Przymknęłam oczy. Wmojej wyobraźni błyskawicznie wyrosła postać przystojniaka o niebieskich oczach i lekko rozwianych wiatrem włosach. No, ideał. Następnie instrukcja nakazywała wziąć jedną świecę (oznaczającą mnie) i namaścić ją olejkiem różanym. Olejku brak, ale moje luksusowe masło do ciała o zapachu dzikiej róży idealnie nadawało się do smarowania wosku. Wzięłam drugą świecę (oznaczającą JEGO) i zrobiłam dokładnie to samo. Ustawiłam obie na talerzu tak, by mocno się ze sobą stykały, po czym związałam je czerwoną nitką. – Niech zwiąże nas nić miłości. – wymamrotałam pod nosem. Wzbudziłam w sobie resztki porannej energii, udając, że całą moją istotę przenika czysta, kosmiczna miłość, po czym podpaliłam oba knoty. – Niech miłość zapłonie między mną a nim. Jestem kochana przez wspaniałego mężczyznę. Mamrotałam te zaklęcia z zamkniętymi powiekami tak długo, aż uznałam, że Wszechświat (oraz moje bolące plecy) mają już serdecznie dość. Teraz miłość mojego życia musiała czaić się tuż za rogiem. Nie było innej opcji. Godzinę później wyglądałam jak milion dolarów. Odstawiłam się jak na randkę życia i postanowiłam ruszyć w miasto, by w profesjonalnym sklepie zielarskim nabyć resztę czarodziejskiego rynsztunku. Strona | 24 Zbiegłam po schodach, ignorując zgrzytającą windę. Czułam wielką nadzieję i ekscytację. Z rozwianym włosem i uśmiechem na ustach oczekiwałam, że gdy tylko przekroczę próg klatki, los postawi na mojej drodze kogoś wyjątkowego. Jeśli nie od razu męża, to chociaż materiał na kilka upojnych nocy i płomienny romans. O mało nie skręciłam karku na ostatnim schodku, gdy moje przeznaczenie faktycznie się objawiło. Smród, jaki uderzył w moje nozdrza na parterze, niemal zwalił mnie z nóg. Pod skrzynkami na listy, na stercie brudnych kartonów, spał w najlepsze bezdomny. Sądząc po ustawionych obok niego w równym rządku pustych półlitrówkach, balował tu całą noc. Mój radosny uśmiech zwiędnął w ułamku sekundy. Zacisnęłam palce na nosie i starając się nie stukać obcasami, przemknęłam obok mamroczącego coś pod nosem mężczyzny. Dopiero na zewnątrz zaczerpnęłam głębokiego tchu. Spojrzałam z wyrzutem w niebo, rzeźbiąc na twarzy minę głębokiego rozczarowania. – No na pewno nie o to mi chodziło, Wszechświecie! – warknęłam pod nosem. Wtedy zrozumiałam: biała herbata to jednak nie biała szałwia, a masło do ciała nie zastąpi czystego olejku. Rytuały działały, po prostu wymagały cholernej precyzji. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam na zakupy, Strona | 25 mocniej ściskając w dłoni kartkę w kratkę, na której miałam rozpisane składniki na eliksir miłości. Popołudniu byłam też umówiona z Izą – miałam odebrać od niej listę kandydatów na męża i zacząć testować na nich nowe zaklęcia. Jako początkująca czarownica w stolicy, nie miałam pojęcia, gdzie zaopatrują się wiedźmy z Salem. Na szczęście pani w tradycyjnym sklepie zielarskim okazała się niezwykle pomocna i oprócz suszonych ziół dała mi namiary na bardziej „alternatywne” punkty. Zadowolona i obładowana torbami, wylądowałam w naszej ulubionej kawiarni. Iza, wierna swojej tradycji, spóźniła się ustawowe dwadzieścia minut. Właśnie uzupełniałam czerwony notes, gdy nad mo ją głową rozbrzmiał jej głos. – Sorki za spóźnienie, ale korki były potworne. – Cześć. Gdybyś się nie spóźniła, dzwoniłabym już po pogotowie. – odparłam, nawet nie podnosząc wzroku. – Nie przesadzaj. – Dawaj listę! – zarządziłam kategorycznie, stukając palcem w stolik . Iza westchnęła ciężko, siadając naprzeciwko. – A nie zapytasz, co w sklepie? Czy wszystko u mnie w porządku? Albo jaki mamy utarg? – Gdyby w sklepie działo się coś złego, już dawno bombardowałabyś mnie telefonami. U ciebie zawsze wszystko jest w porządku i to jest w sumie aż chore. A utarg? Jak zawsze, raz większy, raz mniejszy. Strona | 26 Dawaj listę i nie marudź, zamówiłam ci już kawę i ciastko, żebyśmy nie traciły czasu na zbędne ceregiele. – Jesteś walnięta. – Jestem starą panną, w której organizmie hormony właśnie dokonują brutalnego przewrotu wojskowego. Więc albo pomożesz mi znaleźć męża, albo dzwoń po egzorcystę. – Woda święcona już nie wystarczy? – Iza! – No dobra, masz i się odczep. – fuknęła, wsuwając w moje dłonie zmiętą kartkę. Wzięłam papier, obróciłam go dwukrotnie w palcach, uniosłam brew i ostentacyjnie wydęłam usta. Spojrzałam na przyjaciółkę tak, jakby przed chwilą dokonała zbrodni przeciwko ludzkości, a przynajmniej przeciwko moim planom matrymonialnym. – Co to ma być? – zapytałam z głębokim oburzeniem. – Lista. – Ale tu są tylko dwa nazwiska! – To są na razie dwa nazwiska. – Czy w twoim otoczeniu naprawdę nie ma więcej facetów godnych uwagi? – skrzywiłam się. Miałam silne podejrzenie, że Iza wypisała te imiona na kolanie, na parkingu tuż przed wejściem do knajpy. – A żebyś wiedziała, że nie ma! Z jednym mam dzieci, a reszta to debile. – Kiepska perspektywa. – Spokojnie, znajdziemy ci męża! – wrzasnęła nagle na cały regulator, sprawiając, że połowa gości w kawiarni Strona | 27 zamarła z widelcami w połowie drogi do ust. Natychmiast podniosłam menu i zasłoniłam twarz, udając, że mnie tu nie ma. Dopiero po chwili wyjrzałam zza karty i zasyczałam: – Kompletnie ci odbiło?! – No co? Każda metoda jest dobra. – uśmiechnęła się szeroko. – Ten pierwszy to kolega mojego Tomka. Super facet. – Twój mąż ma kolegów? – zdziwiłam się szczerze. – Ma, i to kilku. To, że jest introwertykiem, nie oznacza, że trzymam go zamkniętego w piwnicy. Ten kolega jest przystojny i bardzo inteligentny. Spuściłam wzrok na kartkę. – Ma na imię Euzebiusz. – przeczytałam na głos, kładąc nacisk na każdą sylabę. – Oryginalnie, prawda? – Euzebiusz… – powtórzyłam, gapiąc się na nią wymownie. – Jak do tego mówić? Spróbuj to jakoś zdrobnić. No dalej, czekam. – Tomek woła na niego Edek. – Edek z krainy kredek? Daj spokój, odpada! Skreślam go. – Skreślisz faceta tylko przez imię? – Tak. Jest gorzej niż beznadziejne. Co tam jest drugie? – Brat Tomka, Michał. Może nie wygląda jak model z żurnala, ale to dobry, ciepły człowiek. – Brat Tomka… – jęknęłam. – O Jezu, a teraz co znowu ci nie pasuje? Strona | 28 – Nic. Skoro nie ma innego wyboru, niech będzie Michał. Wszystko jest lepsze od Euzebiusza. – Wprzyszłym tygodniu zorganizuję wspólne spotkanie. – zapowiedziała Iza. – Okej. – bąknęłam bez większego entuzjazmu. – Strasznie marudzisz, wiesz? – Po prostu zastanawiam się, jak to się stało, że ty trafiłaś na takiego porządnego faceta. Przecież nie spadł ci z nieba. Musiałaś coś zrobić. – Afirmowałam. – rzuciła z dumą. – Co zrobiłaś?! – Afirmowałam. Wierzę, że przyciągamy to, co sami wysyłamy w świat. Kwestia nastawienia. Mam sobie powtarzać, że znajdę cudownego męża, aż w końcu się pojawi. Poczytaj sobie o prawie przyciągania. A teraz muszę lecieć, idziemy z Tomkiem na randkę! Gdy tylko Iza zniknęła za drzwiami, wyciągnęłam telefon i zaczęłam namiętnie googlować hasło „prawo przyciągania”. Zamówiłam kolejną kawę i po godzinie byłam już chodzącą encyklopedią ezoteryki. Zapisałam najważniejsze punkty w moim krwistoczerwonym notesie, mruknęłam pod nosem pogardliwe: „Euzebiusz, akurat…”, zapłaciłam rachunek i wybiegłam testować potęgę umysłu. Uznałam, że na początek muszę oczyścić głowę z toksycznych myśli. Spacer po parku Skaryszewskim wydawał się idealnym planem. Błądząc po żwirowych alejkach, Strona | 29 zaczęłam skrupulatnie formować w myślach obraz mojego idealnego partnera. Chłodny wiatr smagał moją twarz, a ja w wyobraźni bawiłam się w architekta męskiej urody. Obraz zmieniał się co chwilę: najpierw oczy miały być zielone, potem niebieskie; włosy raz krótkie, zaraz potem dłuższe, by mogły malowniczo falować. Gładka skóra versus kilkudniowy, seksowny zarost. Wkońcu postać nabrała realnych kształtów. Wyobraziłam sobie wysokie, barczyste ramiona ukryte pod doskonale skrojonym płaszczem drogiej marki. Przystojny blondyn z lekko zmierzwioną grzywką opadającą na oczy. Oczy niebieskie niczym morska toń i uśmiech tak czarujący, że uginają się pode mną kolana. Szedł w moim kierunku. Ja zmierzałam ku niemu, gotowa wtulić się w jego bezpieczne objęcia, poczuć zapach luksusowych perfum zmieszanych z męską skórą, usłyszeć, jak bardzo mnie kocha… I w tym momencie stało się dokładnie to, co dzieje się w kreskówkach, gdy główny bohater z impetem wpada na nagle wyrastającą z ziemi ścianę, a wokół jego głowy zaczynają krążyć małe, żółte gwiazdki. Gwiazdek wprawdzie nie zobaczyłam, ale musiałam gwałtownie zamrugać, by upewnić się, że nie mam omamów. Przede mną wyrósł facet. Wysoki, barczysty, w brązowym płaszczu. I faktycznie się uśmiechał. Moje serce zamiast przyspieszyć, najpierw zamarło jakby ktoś brutalnie odciął zasilanie w całym budynku. Strona | 30 Chwilę później zaczęło walić jak oszalałe, ale nie z zachwytu. Z czystego przeraż enia. Przede mną, prosto z moich uduchowionych afirmacji, zmaterializował się mężczyzna o wybitnie wątpliwej aparycji. Twarz miał okrągłą i pucołowatą jak księżyc w pełni. Włosy? Owszem, blond, ale zamiast seksownego nieładu, tworzyły żałosne strąki sterczące po bokach wielkiej, błyszczącej łysiny. Brązowy płaszcz nie skrywał nienagannej sylwetki, lecz potężny, zaokrąglony brzuch oraz… całą resztę. Ponieważ facet nie miał pod tym płaszczem absolutnie nic. Zanim zdążyłam przetrawić ten widok, ekshibicjonista z dumnym uśmiechem rozchylił poły materiału, prezentując mi anatomię, której za żadne skarby świata oglądać nie chciałam. Mogłam uciekać. Mogłam krzyczeć. Mogłam zemdleć. Ale zamiast tego, ogarnęła mnie czysta, pierwotna, babska wściekłość. Ten człowiek właśnie brutalnie zdeptał, zniszczył i zbezcześcił moją idealną wi zję faceta o morskich oczach! Sprawił, że moje afirmacje obrzydły mi do granic możliwości. Zamiast dbać o własne bezpieczeństwo, zerwałam z ramienia moją drogą markową torebkę na cienkim pasku i nie zważając na jej wartość, zaczęłam okładać faceta z całej siły. – Ty zboczeńcu jeden! – wrzasnęłam, trafiając go prosto w ramię. Obnażacz już po pierwszym ciosie skulił się, Strona | 31 zgarbił i potulnie owinął płaszczem, rzucając się do rozpaczliwej ucieczki. Ale ja byłam zbyt rozgoryczona, żeby odpuścić. Gnałam za nim wąskimi alejkami parku, wymachując torebką niczym husarską szablą i regularnie dziurawiąc mu plecy. – Ja ci pokażę, gdzie się takich czubków zamyka! Jak cię złapię, to cię wykastruję na miejscu, zboku jeden! – darłam się, budząc sensację wśród nielicznych przechodniów. Wbiegu wyciągnęłam z kieszeni telefon i dysząc ciężko, wykręciłam numer alarmowy. – Halo! Proszę natychmiast przysłać patrol pod główną bramę parku Skaryszewskiego! Dopadłam pederastę! – wykrzyczałam do słuchawki i się rozłączyłam, mając nadzieję, że dyspozytor potraktuje mnie poważnie. Gdy zagoniłam mojego „blondyna” pod bramę, radiowóz już tam stał. Sprzedałam facetowi ostatni, pożegnalny cios torebką wpychając go wprost w ramiona dwóch rosłych policjantów. Dopilnowałam, by funkcjonariusz zapisał w protokole każdy, najdrobniejszy szczegół. Dorzuciłam nawet tyradę o tym, jak bardzo zostałam odarta z marzeń o księciu z bajki. Policjant gapił się na mnie, gdy dziko gestykulowałam i przez ułamek sekundy widziałam w jego oczach obawę, czy nie powinien zabrać na komisariat również mnie. Przez chwilę chyba nawet współczuł zatrzymanemu zboczeńcowi. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku Strona | 32 obywatelskiego wróciłam do samochodu, trzasnęłam drzwiami i ruszyłam z piskiem opon. Ale limit nieszczęść na ten dzień wcale się nie wyczerpał. Podjeżdżając pod blok, odkryłam, że moje miejsce parkingowe znów jest zajęte przez to samo bezczelne auto. Nie mając siły na kłótnie, wyciągnęłam notes, nabazgrałam kartkę i włożyłam ją facetowi za wycieraczkę, dusząc w sobie potok pr zekleństw:

Proszę o przeparkowanie samochodu z mojego miejsca parkingowego. Marianna, lokal 109.

Wkońcu, obładowana torbami pełnymi ziół i podejrzanych specyfików, zamknęłam za sobą drzwi mieszkania. Zaparzyłam gigantyczny kubek melisy na uspokojenie skołatanych nerwów, po czym wybrałam numer Izy i nagrałam jej się na pocztę głosową: – Twoje afirmacje nie działają, miałam fatalny, absolutnie koszmarny dzień. Umów mnie z tym bratem twojego męża. Michał brzmi super. Nie czekałam na odpowiedź. Wiedziałam, że pewnie grucha do telefonu ze swoim idealnym, zesłanym przez ten cholerny Wszechświat małżonkiem. Wieczór na szczęście okazał się łaskawszy. Herbata z imbirem, cynamonem i solidną łyżką miodu powoli przywracała mi chęć do życia. Z głośników sączyła się moja ulubiona, relaksująca muzyka. Gdy poczułam, że moje ciśnienie wróciło do normy, otworzyłam czerwony notes. Składniki na eliksir miłosny leżały na blacie. Strona | 33 Randka Izy z Tomkiem to jedno, ale Wszechświat ewidentnie potrzebował twardej, rzemieślniczej pomocy, żeby w moich sprawach w końcu zapanował porządek. Przepis wymagał:

* 1 szklanki czerwonego wina

(wybrałam najmocniejsze, jakie mieli w sklepie),

* 3 łyżek miodu

(jest!),

* szczypty cynamonu i imbiru

(są!),

* kilku kropli ekstraktu z wanilii,

* łyżki suszonych płatków nagietka lub piwonii

(udało się zdobyć w zielarskim – jest!). Instrukcja zaznaczała, że eliksir najlepiej warzyć po nowiu, w okresie przyciągania intencji. Zaintrygowana podeszłam do okna, żeby sprawdzić status satelity. Niestety, niebo spowijała gęsta, czarna kołdra chmur. Brak jakichkolwiek śladów księżyca. Uznałam, że brak wiadomości to dobra wiadomość i nie zamierzałam przerywać procedury. „

Podczas przygotowania zapal świecę w intencji powodzenia i przystąp do pracy po zachodzie słońca. Wgarnku połącz wino z miodem i dokładnie

wymieszaj

”. Strona | 34 – To akurat proste. – skomentowałam na głos, bełtając gęstą ciecz. „

Spróbuj mikstury łyżką, dodaj przyprawy i wanilię

”. Zamieszałam, spróbowałam i z uznaniem mlasnęłam kilka razy. Smakowało naprawdę nieźle. Przelałam eliksir do szklanego naczynia – w tej roli idealnie sprawdził się dokładnie wymyty słoik po ogórkach konserwowych. Wrzuciłam płatki kwiatów, zakręciłam wieczko i potrząsnęłam nim energicznie. Ostatni krok brzmiał: „

Weź naczynie w dłonie i napełnij je i ntencją”.