Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nie czekaj - Aleksander Piekarski, znany jako Olo, pnie się po szczeblach kariery w bezwzględnym świecie mafii. Wkroczył w struktury przestępczego półświatka tak głęboko, że powrót do normalnego życia jest już niemożliwy. Przysięgał sobie, że nigdy nie pokocha, a jego serce pozostanie twarde niczym stal. Niespodziewanie w jego brutalne życie wkracza miłość do Leny, kobiety o szarych, stalowych oczach. Olo staje przed trudnym wyborem. Miłość w brutalnym świecie mafii jest bardzo niebezpieczna i ma ogromne konsekwencje.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 270
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
1 2
NIE CZEKAJ Aga Fox
3 Projekt okładki - Agnieszka Lis. Copyright - Agnieszka Lis Praca z tekstem: Katarzyna Wieczorek, Dominika Zielińska, Anna Sułkowska, Natalia Pietrzak, Katarzyna Bębenek. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem całości lub fragmentów niniejszego dzieła bez uzyskania pisemnej zgody posiadacza praw jest zabronione. ISBN; 978-83-9706-14-4- 6 Wydanie I Warszawa 2025 r. Wydawnictwo Agra Sp. Z o.o. e-mail: [email protected] 4 Ostrzeżenie dla czytelnika: Niniejsza książka zawiera drastyczne sceny oraz opisy, które mogą być nieodpowiednie dla nieletnich. Treści zawarte w tej publikacji są przeznaczone wyłącznie dla czytelników w wieku 18 lat i starszych. Zaleca się ostrożność w trakcie lektury, zwłaszcza osobom o wrażliwych umysłach. Szanując i mając na uwadze obrót wtórny treścią, proszę Was, zwracajcie uwagę, aby z rozwagą i szczególną ostrożnością traktować osoby kupujące i dbać o to, aby treści drastyczne nie trafiały do osób w nie odpowi ednim wieku. Aga Fox 5 6 7 8 9 10
Rozdzia
ł
1
Wychowywanie w małym, zaściankowym miasteczku daje ci tylko dwie drogi do wyboru: stajesz po złej stronie mocy lub wybierasz ścieżkę dobra. Dla większości moich rówieśników wybór był prosty. Skończyli szkołę, poszli na studia, a dalej ślad po nich znikał. Wyprowadzali się z tej dziury, zakładali swoje firmy, byli prawnikami, wyjeżdżali za gran icę dorobić się czegoś więcej w życiu, niż tylko garba. Ja nigdy nie byłem po tej dobrej stronie, ale też nigdy nie byłem zły. 11 Broniłem słabszych i lałem po mordach, tak konkretnie, tych, którzy na to zasługiwali. Stałem tak pośrodku, za co przyszło mi wi elokrotnie zapłacić. Mogę powiedzieć, że byłem złośliwy, ale tylko dla tych, którzy za bardzo zaleźli mi za pazury. Ledwo skończyłem szkołę średnią, zderzyłem się z dorosłym życiem. Ciągle na coś brakowało forsy. Każda impreza wymagała funduszy, kobiety wymagały prezentów, kwiatów drobnych upominków. Świat zaczął kręcić się wokół pieniędzy, których ja nie miałem. Próby podjęcia pracy kończyły się zawsze tym, że nie mogłem usiedzieć na miejscu w fabryce. Wytrzymywałem do pierwszej wypłaty, a potem przez kilka tygodni piłem z kolegami. Kiedy trafiła się okazja zarobienia dużych pieniędzy, nie zawahałem się. Chciałem poczuć smak wielkiej kasy, chciałem móc wejść do sklepu i kupić tak po prostu, od niechcenia, najdroższą whisky, jak a stała na półce. Chciałem zrobić tak, jak na filmach. Wejść do baru i krzyknąć: „Kolejka dla wszystkich!” Chciałem wsadzić dziewczynie stówę za majtki i powiedzieć, że tej nocy jest cała moja. 12 Za jeden wyskok w teren, dostawałem kilkanaście paczek. Nie pytałem o szczegóły. Miałem być w umówionym miejscu, o umówionej godzinie, stać i pilnować, czy w okolicy nie kręci się policja lub nie ma kogoś postronnego, kto by zadzwonił po psy. Na tym polegała moja rola. Warunkiem szybko zarobionych pieniędzy było trzymanie mordy na kłódkę i nie zadawanie pytań. Nie pytałem, bo się bałem. Bałem się, że stracę taką fuchę, i bałem się, że załatwią mnie i całą moją rodzinę. Nie mieli imion, tylko ksywki. Jeździli zarąbistymi furami. Wyglądali jak biznesmeni i szastali forsą na lewo i prawo. Też tak chciałem. Takich wyskoków było niewiele na początku. Zdarzał się jeden w miesiącu, czasami dwa, ale zarabiałem wystarczająco, żeby utrzymać siebie, pozwolić sobie na szlajanie się po pubach i chlanie do oporu. Kiedy po miasteczku rozeszła się fama, że mam kasę, przyjaciół przybywało z dnia na dzień coraz więcej. Moja młodzieńcz a bezczelność sięgała już końca skali i skręciłem poboczny interes, który na początku przez moją głupotę kulał. Przychodzili do mnie ludzie, którzy chcieli pożyczyć pieniądze. 13 Czasami wpadał koleś, któremu brakowało na wódę, czasami matka trójki dzieci, którym skończyło się jedzenie. Było kilku ochlapusów , którzy pożyczali dziesięć złotych na kilka najtańszych "móz gojebów". Była też młoda dziewczyna, która chciała otworzyć salon fryzjerski, a której banki odmówiły pożyczki. Kilku cwaniaczków pożyczyło po kilka tysięcy, po to, żeby zaimponować kolegom lub swoim dziwkom. Postanowili, że nie zwrócą pożyczki. Fakt, naliczałem procent. Typowa lichwa. Pieniędzy nie odzyskałem, ale oni swojego zdrowia też już nigdy nie odzyskają. Jeden ma poskręcany kręgosłup na tytanowe śruby, a drugi kawał blachy w czaszce. Nazywam się Aleksander Piekarski, w grupie wołają na mnie Olo. Dlaczego akurat tak, tego nie wiem, ale na mieście Olo oznacza, że trzeba przejść na drugą stronę ulicy, znaczy, że w sklepie wyciąga się towar spod lady skitrany na zapleczu, znaczy też tyle, że mam wielu przyjaciół i jeszcze więcej wrogów. Życie płynie od imprezy do imprezy, od skoku do skoku. Testuję najdroższy alkohol i popalam skręta. 14 Częstuję kumpli, tych, na których mogę polegać i którzy tworzą wokół mnie legendę. Jestem jednak zwykłym chłopakiem. Mam trochę inną robotę niż większość, ale jestem zwykłym Aleksandrem, tym z podwórka obok. Wszystko, co złe zaczyna być doklepywane mojej osobie, ale póki nie ma tego żadnych konsekwencji, mam to głęboko gdzieś. Bawi mnie, to kiedy dowiaduję się o rzeczach, których nie zrobiłem lub miejscach, gdzie mnie widziano, a w rzeczywistości siedziałem w lochu z kumplami. Loch to miejsce, gdzie najczęściej przesiaduję . Wbloku, w piwnicy kumple urządzili miejscówkę, gdzie można spokojnie pochlać do upadłego, zapalić co się tylko chce i nikt nic nie powie. Lokalne dziwki wchodzą tu jak do siebie. Czasami, kiedy mają dobry dzień, obrabiają wszystkich za darmo, żeby tylko móc się pochwalić, że były w lochu. Na ekskluzywny lokal to nie wygląda, ale jest wszystko, czego grupie facetów potrzeba do szczęścia. Prowizorycznie zbudowany bar z kilku krzywych desek. 15 Za nim półki ze starych skrzynek, na których stoją najdroższe gatunki, po niżej tania wóda z przemytu i spirytus dla tych, którzy potrzebują szybki ej odcinki. Barmanem zostaje ten, który przychodzi pierwszy. Jego zadaniem jest dbanie o asortyment i porządek. To prestiżowe stanowisko, więc jeśli już któryś się dopcha jako pierwszy, zawsze staje na wysokości zadania. Zamawia też taksówkę, żeby zbełtane towarzystwo odwieść do domu. Na ścianach wiszą osobiste pamiątki, zdobiąc je niczym trofea. Jakiś strażacki hełm. Jakiś pas bokserski, flaga USA, nawet proteza nogi. Nigdy się nie zastanawiałem, po co to wszystko, ale najwyraźniej dla tych, którzy tu przychodzą, to są ważne rzeczy, jak i to miejsce. Dla mnie najważniejsze są wygodne kanapy, na których często zasypiam uwalony do nieprzytomności. Nigdy jeszcze nie byłem barmanem. Czy chciałem? Nie. Rozparty na kanapie odpoczywałem i nie chciało mi się nigdy ruszać tyłka z niej. Byłem z dala od problemów dnia codziennego i było mi tak dobrze. Napawałem się tym, że to inni skaczą dookoła mnie, a ja ze stoickim spokojem, mogę sączyć kolejnego drinka. 16 Czasami tylko spokój zakłócał mi kolejny typ potrzebujący na już, zastrzyku gotówki. Wyciągałem plik banknotów i odliczałem potrzebną sumę. Widziałem ten błysk w oku, kiedy niedbale zwinięty rulon nie mieścił mi się w dłoni. Zawsze, kiedy odliczam ostatnie banknoty , zaczynają łapać głęboki oddech i gł ośno przełykając ślinę, patrzą na to, co zostaje mi w dłoni. Nie ma żadnej spisanej umowy. Wszystko jest na gębę, a i tak dzień przed końcem terminu spłaty przynoszą pieniądze w zębach. Boją się mnie. Wiem o tym. Pomimo że rzadko zdarza mi się, że muszę się o spłatę upominać w radykalny sposób, niewielu ma odwagę testować moją cierpliwość. Czym dokładnie zajmuje się grupa? Tego nie wiem. Pytań zadawać nie mogę. Jestem na szarym końcu w hierarchii, więc nie odzywam się zbyt dużo. Robię swoje. Dostaję telefon, jadę, pilnuję jak pies, dostaję kasę i wracam do swojego świata. Tutaj jestem kimś, choć wcale o to nie zabiegałem, w grupie jestem najsłabszym ogniwem. Waruję pod drzwiami i obserwuję. Mam dziwne wrażenie, że testują mnie na każdym kroku. 17 Obserwują i kalkulują czy mogą mi zaufać. Dopóki płacą plikiem pieniędzy, to mogą. Mam szczęście, bo póki co, nie zdarzyło się, abym musiał wszczynać alarm. Robią swoją robotę i znikamy bez żadnych komplikacji. Nigdy nie zdarzyło się, żebym musiał podnosić interweniować. Oczywiście nerwy są. Czy się uda? Choć nie do końca wiem co, ale jaram się tym, że biorę w tym udział. Uzależniam się od tego zastrzyku adrenaliny. Za dzieciaka tak samo się czułem, kiedy kradliśmy jabłka z sadu od jakiegoś gospodarza na wsi. Wtedy i teraz nie chodziło o jabłka, ani o kasę. Chodziło o to, co się czuło. Ta niepewność, strach, satysfakcja , kołowrotek doznań. Z wiekiem odczucia są jeszcze bardziej intensywne i jeszcze bardziej uzależniające. Chwytają cię w sieć i nie chcą puścić. Łapiesz się na tym, że spoglądasz co chwila na ekran telefonu czy dzwoni numer zastrzeżony. Liczysz, że każde połączenie, które przychodzi, jest wezwaniem i czujesz zawód, kiedy to tylko twój brat, matka czy klient, który chce się umówić na spłatę zadłużenia. 18 Potem w słuchawce słyszysz męski twardy głos, który nie ma w sobie żadnej melodii. Jest stanowczy, pewny i czysto informacyjny. Jak automat. - Jutro. Dwudziesta trzydzieści. Na kamieniach . Krótka informacja, a twoje serce wywraca fikołka, ciśnienie rośnie, podnoszą się wszystkie małe włoski na karku, gęsia skórka przebiega po całym twoim ciele. Wstydzisz się przed samym sobą, że ten krótki telefon wywołuje u ciebie samoistną erekcję . Mimowolnie wydajesz z siebie pomruk zadowolenia. Na kamieniach - to miejsce umówionego spotkania. Nie tylko my, ludzie od czarnej roboty mieliśmy ksywki. Miejsca spotkań też miały umówione nazwy, które trzeba było wklepać tak , żeby przypadkiem przez telefon nie padła nazwa ulicy lub jakiegoś sklepu. Czegokolwiek co mogłoby zdradzić ich, a właściwie nasze położenie. Wydawało mi się to przesadne, ale nie marudziłem, w końcu ekipa miała większe doświadczenie. 19 Na początku wydaje ci się, że masz nad wszystkim kontrolę. Nad swoim życiem, zachowaniem, otoczeniem. Nie jesteś w stanie wyłapać cienkiej granicy, kiedy zaczynasz staczać się na samo dno przepaści i choć masz wokoło siebie mnóstwo ludzi, nie ma ani jednej, która cię z tej przepaści wyciągnie. Nikt nie chce otworzyć puszki Pandory, a reszta zbyt wiele ma korzyści z tego szamba, w którym ty siedzisz. Jeszcze inni chowają się za twoimi plecami jak za tarczą, w którą celnie trafiają strzały. Dla niektórych jesteś powodem do wstydu, jak na przykład dla twojego brata, który zajmuje wysokie stanowisko w fabryce i który dał ci w niej pracę, ale nawaliłeś . Dla matki i ojca jesteś chodzącym ciągłym zmartwieniem. Miłość jest tak względna jak stan twojej szuflady, w której trzymasz forsę. Z czasem masz wiele więcej ograniczeń niż ci się wydaje. Nie jesteś już zwykłym śmiertelnikiem, który przejdzie przez jezdnię w niedozwolonym miejscu bez żadnych konsekwencji. Będąc w grupie, musisz uważać na wszystko. 20 Nie możesz mieć konta w banku, nie możesz kupić sobie wielkiej posiadłości, mimo że cię na nią stać. Na wszelki wypadek nie masz prawa jazdy, nie zakładasz rodziny w wieku dwudziestu sześciu lat i nie jesteś na najważniejszych uroczystościach rodzinnych, bo akurat robisz fuchę. Z dnia na dzień pijesz coraz więcej i coraz częściej tracisz kontakt z rzeczywistością. Wyrzuty sumienia nie istnieją, bo są zbędnym balastem. Jesteś odarty z ludzkich emocji, nie masz do nich prawa. Jeśli nawet pojawia się chęć, żeby z tym wszystkim skończyć i żyć normalnie zaraz potem dostajesz do łapy jeszcze większe zawiniątko forsy niż zwykle i znowu jesteś przez moment Bogiem Wszechmogącym, a to skutecznie zabija w tobie człowieka. Otępienie staje się twoim chlebem powszednim. Musisz być głuchy i ślepy na rozpacz innych, musisz nauczyć się odmawiać schorowanemu ojcu piątki dzieci, który wie, że jesteś w stanie mu pomóc finansowo, ale nie możesz, bo wraz z nim przyjdą następni. Kolejka po pomoc się nie skończy , 21 a ty nie jesteś jebanym Robin Hoode m. Sprawiedliwie więc postępujesz , odmawiając mu sfinansowania drogiej operacji jednego z dzieciaków. Sprawiedliwie postępujesz, że proponujesz mu pożyczkę nawet na niższy procent niż innym. Ten jednak odwraca się i odchodzi, bo wie, że pożyczka znaczy jedno. Wyrok, kiedy nie odda jej w terminie. Jego ukradkiem ocierane łzy, nie robią już żadnego wrażenia. Za dużo takich już widziałeś. Może i na początku serce na ułamek sekundy zatrzymywało się i chciało wyrwać się z klatki, ale teraz już nie. Więc idziesz w swoim kierunku, a potem kilka miesięcy później słyszysz, jak bije dzwon kościelny na pogrzebie dzieciaka, któremu nie pomogłeś. Mimo wszystko to ryje banie. Patrzysz na dużo młodszych od siebie smarkaczy, którzy cię podziwiają. Co cwańszy próbuje cię naśladować, inni udają twoich dobrych znajomych, żeby pochwalić się kolegom. Dzieciarnia, która nie zdaje sobie sprawy, jakie to szambo. Ciągle na ulicy słyszysz ; 22 - Cześć Olo. - w głosie jest niewypowiedziana nuta zachwytu. Odpowiadasz kolejny raz bezsensowne ,,Cześć,, do jakiegoś jedenastolatka, którego nie znasz. Może znasz jego starszego brata, a może jego ojca, który pożyczył kasę na dziwki, ale nie zastanawiasz się dłużej nad tym, niż standardowe dwie i pół sekundy. Błądzisz zapyziałymi uliczkami zawsze w towarzystwie jednego lub dwóch kumpli, czasami całą paczką. Trzymają się ciebie, jak umierający butli tlenowej. Oni uważają, że są twoją ochroną. Zawsze czujni, zawsze pierwsi, aby utorować ci drogę przed klubem, zawsze wyjadą do kogoś z tekstem ; - Wmordę chcesz? Tak dla większego postrachu, oni wysoko noszą głowę w twojej obecności, a ty wiesz, że kiedy będzie przypał, znikną jako pierwsi. W wieku trzydziestu lat nadal mieszkasz z matką i ojcem. Tyle tylko, że na strychu, na którym masz pokój i swoją odrobinę prywatności, ale tylko wtedy, kiedy rozwrzeszczane bachory siostry, które mieszkają na dole w dwóch oddzielnych 23 pomieszczeniach, nie wpadną z hukiem, nawalając się kijami od szczotek. Rodzina jest dla ciebie ważna i mieszkasz z nimi nie dlatego, że musisz, ale po pierwsze to dobra przykrywka, a po drugie masz kontrolę nad tym , kto się kręci wokół nich i wiesz, czy są bezpieczni. Dom jest duży, ale jednocześnie ciasny jak na tak dużą ilość osób. Pokój i kuchnie z lewej zajmują moi rodzice. Ojciec pracuje w szkole jako stróż nocny. Matka wiecznie stoi w garach i gotuje dla mnie, dla mojej siostry, dla jej dzieci, dla mojego bogatego i na wysokim stanowisku brata. Wiecznie zmęczona i wiecznie zatroskana. Po prawej stronie pokój i kuchnie zajmuje moja siostra. Ma męża i trójkę dzieciaków. Ona jest przedszkolanką, a on konserwatorem. Tworzymy typową, polską rodzinę z problemami dnia codziennego. Dom jest zawsze pełen ludzi i pełen wschodów i zachodów słońca. Czasami na mój strych sprowadzam kogoś, żeby umilić sobie czas. Przez kilka miesięcy jest to ta sama kobieta, kochasz ją, a potem coś się psuje. Może z mojej winy albo i nie, ale szlag cię trafia, 24 kiedy twój starszy brat po jakimś niedługim czasie prowadzi ją do ołtarza z wielkim brzuchem , twierdząc, że to czysty przypadek. Oficjalnie olewasz temat, ale pęknięcie w sercu zostaje już z tobą do końca życia. Zapominasz o całej historii na chwilę, a przy każdej wigilii wstajesz od stołu jako pierwszy i idziesz do nory, żeby nie patrzeć na ich wspólne szczęście i na to jak wypiękniała. Jak z podlotka, stała się kobietą sukcesu. Jak służy jej kolejna ciąża i jak pięknie wygląda, kiedy matczynym uściskiem obejmuje swój brzuch. Gdzieś w twoim i tak już wypaczonym umyśle , rodzi się zatwardziała teoria, że kobiety niosą ból i cierpienie, więc zaczynasz traktować je wszystkie przedmiotowo i jak chusteczki higieniczne. Używasz raz i wyrzucasz. Ze swojego podręcznego słownika wykreślasz na zawsze słowo miłość, zastępujesz je zaspokajaniem swoich zwierzęcych odruchów. Fantazje spełniam przemocowo, bo tylko to daje mi satysfakcję. Nie pytam o wiek ofiary, ani tym bardziej nie proszę jej o zgodę. Jeśli nawet ma odwagę protestować, to już wychodząc, zna cały dekalog okropności, które wlewam jej szeptem do ucha. 25 Zastraszona, nigdy nikomu nic nie powie, bojąc się o życie swojego młodszego braciszka. Życie mi się powoli rozpierdala, a ja dalej jestem w hierarchii grupy na dnie. Im bardziej prywatnie jestem szmelcem, tym bardziej u nich chcę być bliżej koryta. Czekam na odpowiedni moment, który nigdy nie nadchodzi, żeby zadać pytanie, żeby w końcu móc przestać czaić się w ciemnym zaułku z lornetką jako kochanką, wypatrując potencjalnego niebezpieczeństwa. Czasami modlę się, żeby w końcu takie się wydarzyło, aby móc się wykazać sprytem, refleksem, czymkolwiek do chuja, żeby tylko nie być tą jebaną stójką! Akcje są tak zorganizowane, że nie dzieje się nic. Ekipa robi swoje w ciszy, a potem rozwożą wszystkich. Każdego do swojego chlewu. Znowu w ustach zastyga mi niezadane pytanie, opada adrenalina, a ja stoję na chodniku w środku nocy jak palant, którego wystawiła dziwka. Nie wiem, w czym brałem właśnie udział. Wiem jedno, że się udało, bo w ręku międolę kasę, za którą jutro mógłbym kupić nowe BMW prosto z salonu. Wracam do domu, na strych. Pieniądze odkładam tam, gdzie zawsze, do brązowego wazonu na drewnianym 26 regale. Wazonów jest już cała kolekcja. Znowu obiecuję sobie, że jutro zrobię z tym porządek. Trzeba to w końcu przeliczyć i schować w lepsze miejsce, zanim ktoś tu wpadnie i to zawinie. Jednak kolejny dzień gniję w łóżku, nie robiąc nic. Snuję wyobrażenia, jak pięknie byłoby uczestniczyć w takiej akcji, nie stojąc na winklu jakiejś starej szopy, ale być w centrum wydarzeń. Słyszę, jak na dole matka drze się na dzieciaki , które biegają jak głupie. Wstaję i wychodzę. Idę do nory i widzę te wyrozumiałe spojrzenia, które wiedzą, że tej nocy nie spałem. Oni wiedzą, że to , co robię, jest mocno dochodowe i w chuj nielegalne, ale nie wiedzą, że tak naprawdę jestem nikim i w jednym i drugim swoim pojebanym życiu. Ambicje z wielkim hukiem roztrzaskują się o ponurą rzeczywistość. Z nudów uczę się grać w pokera. Przecież nauka rachunkowości lub języków obcych jest mi o kant dupy potłuc, a hazard mnie kręci. Śmieją się ze mnie, kiedy przegrywam kolejne kapsle, od piwa, które udają monety. Jestem zawzięty, aż w końcu uczę się dobrze blefować, rozbijam raz za razem bank. 27 Reklamówka kapsli wędruje na ścianę, dla upamiętnienia mojej wielkiej wygranej. Z kumplami nie gram na pieniądze. Szkoda mi ich. Wkońcu sami mnie tego nauczyli, więc głupio ich ogrywać. Większość z nich pracuje na etatach i czasami kręcą na boku jakieś lewizny. Nie będę przecież uszczuplał tego niewielkiego dochodu. Gramy czasami do białego rana, znowu na kapsle. Próbują swoich tajnych myków, ale ja już dawno je rozpracowałem. Nie są w stanie mnie zagiąć. Mam ochotę zagrać o grubą kasę, ale nie w tej dziurze. Marzy mi się rozbić kasyno w Warszawie, ale jeszcze jestem za cienki. Gram prawie codziennie po to, aby nie snuć się bez sensu ulicami, ale i po to, aby karty mnie pokochały. Lubię ich gładką w dotyku strukturę, lubię, kiedy trafiają do mnie z nowego rozdania, są przyjemnie chłodne, zanim rozgrzeją się trzymane w dłoni. Lubię te twarze, które grymasem wyrażają tak wiele emocji. Gra w pokera może być naprawdę ekscytującym doświadczeniem. Daje poczucie strategii, rywalizacji i emocji, które są trudne do porównania z innymi grami. 28 Wpokerze możesz wykazać się nie tylko umiejętnościami matematycznymi, ale także psychologicznymi, próbując odczytać intencje przeciwników. To także świetny sposób na rozwijanie umiejętności podejmowania decyzji w warunkach niepewności, a nawet strachu. Charakter pokerzysty to kombinacja cech, k tóre pozwalają odnosić sukcesy w tej grze, a ja je posiadam. Dyscyplina. Umiejętność przestrzegania strategii i zarządzania kapitałem, nawet w obliczu przegranych, które się nie zdarzały, ale zostały przeze mnie wliczone jako ryzyko zawodowe. Opanowanie i zdolność do kontrolowania emocji i unikania podejmowania impulsywnych decyzji pod wpływem stresu lub frustracji. Umiejętność analizowania sytuacji, obliczania prawdopodobieństwa i podejmo wania racjonalnych decyzji na podstawie dostępnych informacji. Zdolność do obserwowania i interpretowania odruchów innych graczy, aby ocenić siłę ich kart i intencje. Blefowanie. 29 Coś, w czym stałem się mistrzem. Umiejętność przekonywania innych graczy, że ma się silną kartę, nawet jeśli tak nie jest lub odwrotnie - ukrywania siły swojej karty. Zdolność do dostosowywania strategii do zmieniających się warunków gry i zachowań przeciwników. Stałem się wyrafinowanym mistrzem czekania na odpowiednie okazję i unikania podejmowania ryzykownych decyzji. Miałem zaskakujący dar skupienia uwagi na grze i unikania rozpraszających czynników, a wiara we własne umiejętności i decyzje, ale bez popadania w arogancję czasami aż parowała ze mnie. Oczywiście uczyłem się na błędach i przyjmowałem porażki z godnością. Tylko czasami komuś obiłem twarz, ale nie za to, że był lepszy, ale za to, że mnie obrażał. Oczywiście, nie każdy pokerzysta musi posiadać wszystkie te cechy w równym stopniu. Ważne jest, aby rozwijać te, które są najważniejsze dla stylu gry i preferencji. Stałem się perfekcyjny. Lubię być perfekcyjny. Wlochu graliśmy o kapsle. Przynajmniej był z nich jakiś pożytek , 30 walało się ich tysiące po podłodze, stole i po naszych kieszeniach. Teraz to była waluta. Jak kiedyś za gówniarza, kiedy płaciło się kamykami i liśćmi w naszym wyimaginowanym świecie. Zgłosili mnie bez mojej wiedzy do ogólnokrajowego turnieju w Polsce. Oczywiście nie wziąłem w tym udziału. Wiedziałem, że wygram. Nagrodą były oczywiście pieniądze. Coś, czego akurat mi nie było potrzeba. Opublikowane zdjęcie w lokalnej gazecie, tym bardziej nie. To były legalne zawody, więc odpuściłem. Byłem kilka razy w klubach, w których grało się już mniej legalnie i nie tylko o kasę. To mi odpowiadało bardziej. Wielu chciało mnie oskubać. Wielu próbowało. Nie udało się to nikomu. Karty rozdawane po pięć zawsze były dobre. Jakby przytulały się do mnie tylko te, z których byłem zadowolony. Były lepsze od kobiet. Do czasu. 31
Rozdział 2
Kiedy dzwoni zastrzeżony numer wieczorem, nie robi to już na m nie wrażenia. Jest tak, jakby dzwonił kierownik nocnej zmiany, który chce rozdysponować robotę. Mówi, w którym miejscu mam czekać na transport. Krótka informacja i już wiem, że dzisiaj w nocy stoję na czatach. Jednak, kiedy tego dnia zadzwonił o szóstej rano i nie zakończył rozmowy jednym, krótkim , zdawkowym info, zbladłem. Wiedziałem, że coś się posypało. 32 - Olo. Bądź o trzynastej w kościele. Jest mały ... Musimy poprzestawiać ławki. Prośba od ojca P ana Młodego, żebyś był. - Dobra. - odpowiadam, chowając pod pewnością siebie zrodzony niepokój. Kościół nie jest kościołem, tylko skrzyżowaniem dróg na obrzeżach miasta. Ojciec Pana Młodego , to szef. Zleceniodawca. Ten, który płaci mi za to , co robię. Dzwonił Kurier. Nazywamy go tak, bo rozwozi nas po całej akcji. Głos miał dziwny. Jakiś spokojniejszy niż zwykle. No i ta godzina. Nigdy jeszcze nie zwołali mnie tak wcześnie. Wszystko wydawało się takie dziwne. Poprzestawiać ławki, czyli co? Tego hasła nie znam. Przez tyle lat, od kiedy z nimi współpracuje, nie musiałem jeszcze przestawiać ławek. Na wszelki wypadek zostaję w domu. Nie wychodzę nigdzie. Jestem w trybie czuwania, bo skoro standardowy plan uległ zmianie, może wydarzyć się coś jeszcze, a ja chcę być gotowy. Odliczam co piętnaście minut do tej trzynastej , leżąc na wznak na wersalce. Praktycznie się nie ruszam i rzadko łapię głębszy oddech. 33 Denerwuję się. Drażni mnie słońce, które wpada przez małe okienko strychu. Robi mi się coraz bardziej gorąco i już sam nie wiem, czy przez ten niespodziewany telefon i niepewność, jaką we mnie zasiał , czy przez coraz bardziej nagrzewającą się od słońca papę na dachu. Nie wiem, co mnie czeka i nie wiem, jak mam się zachować. Zastanawiam się, co mogło się wydarzyć. Na ręku mam drogi zegarek kupiony dla szpanu. Nie pasuje mi do moich znoszonych ciuchów. Godziny jednak wskazuje idealnie, względem globalnego zegara. Na sobie mam z wykły t shirt w jakimś dziwnym odcieniu szarości, z nadrukiem paskudnej czaszki i spodnie dresowe dla wygody. Mógłbym ubierać się lepiej, ale po co? Nie mam ani dla kogo, ani nie czuję wewnętrznej potrzeby obnosić się z tym, że mnie stać na najdroższych projektantów mody. Zresztą , gdybym ubrał się w drogi garnitur i wyszedł na miasto, zbyt dosłownie rzucałbym się w oczy. Tu każdy nosi luźny styl. Zegarek wystarczy. Mam sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, gęste włosy czasami noszę kilkudniowy zarost. 34 Dumnie nosze tatuaże, które są swoistą mapą moich porażek i sukcesów. Kobiety twierdzą, że jestem przystojny, ale sam nie wiem, czy jest to prawdą, czy mówią tak, bo liczą, że na tym skorzystają. Pozłacane wskazówki pokazują dwunastą. Biorę szybki, zimny prysznic i wychodzę. Nie mówię, dokąd ani o której wrócę, bo zawsze mam gdzieś z tyłu głowy, że mogę już nigdy nie wrócić. Rodzice są już w takim wieku, że lepiej im nic ni e mówić, choć domyślają się, że dawno już stracili swojego grzecznego syna, a mieszkają pod jednym dachem z gangusem. Wszyscy udajemy, że jest w porządku i nikt o nic nigdy nie pyta, a ja nie odpowiadam im, jak dzisiaj było w pracy. Ulice opustoszały. Jest środek lata. Z nieba leje się skwar. Sezon urlopowy sprawił, że na ulicy praktycznie nie ma nikogo. Delikatne powiewy wiatru unoszą kłęby ulicznego kurzu. Spokojnym krokiem kieruję się w umówione miejsce. To nie daleko od domu. Tam krzyżują się cztery drogi. Blokowiska się kończą, a zaczynają osiedla z domami jednorodzinnymi. 35 Są oddalone od dróg, więc to miejsce jest idealne, aby szybko zniknąć z pola widzenia. Przy jednej z dróg stoją oplecione ozdobnym płotkiem trzy wielkie drewniane krzyże. Miejscowa legenda głosi, że w tym miejscu zginęły trzy siostry, które pokochały jednego z tutejszych właścicieli kuźni. Żadna z nich nie chciała zrezygnować z tej wielkiej miłości i postanowiły, że żadna go nie dostanie. Zabiły się, a na pamiątkę tej miłosnej historii, stoją teraz trzy drewniane, nadgryzione zębem czasu krzyże. Miejscowi dbają o to miejsce, a dla mnie jest symbolem głupoty. Może nie tylko głupoty tych trzech sióstr, ale i mojej też. Podjeżdża czarny Mercedes. Uwielbiam te ich luksusowe auta. Zawsze robią na mnie wrażenie. Przyjemne, chłodne wnętrze i wygodne skurzane fotele sprawiają, że przebiega po moim ciele dreszcz. Błogosławiona klimatyzacja sprawia, że oddycha mi się lżej. Wsamochodzie jest tylko Kurier, nie ma reszty, zazwyczaj tych samych znajomych ludzi. Jestem zaskoczony. - Co jest? - pytam. - Zmiany. 36 - Jakie zmiany? - Wszystkiego dowiesz się na miejscu. - Gdzie jedziemy? Nie odpowiada. Nie musi mi udzielać żadnyc h informacji. Może sam nie wie, a może po prostu wykonuje od a do z, to co mu kazano. Patrzę na zegarek, jest dokładnie trzynasta cztery. Kurier podąża wzrokiem za moim gestem i uśmiecha się szyderczo pod nosem. No i co z tego, że zegarek z pozłacanymi wskazówkami gryzie się z drelichowymi spodniami, które mam na dupie. Może dla niego to zabawne, a dla mnie nie. Tak mam. Po godzinie mijamy drogowskaz Magdalenka. Dziwi mnie tylko jedna rzecz. Godzina. Jest zbyt wcześnie, żeby zaczęli akcję. Muszę jednak czekać, bo od Kuriera niczego się nie dowiem. Mercedes skręca w żwirową drogę. Po jednej i drugiej stronie drogi rozciągają się szpalerem wysokie drzewa, a niżej kwitnące na biało Hortensje. Skąd wiem, że tak nazywają się te wielkie kosze kwiatowe? Matka zmusiła mnie do sadzenia tego badziewia pod oknami domu. Kopałem dziury w ziemi, 37 żeby tylko dała mi spokój jak najszybciej . Wyglądają tak samo, więc to H ortensje. Kiedy przypominam sobie, z jakim trudem wykopałem pod te badyle, te kilka dziur, zaczynam współczuć temu, kto sądził je tutaj. Szpal er kwiatów kończy się i podjeżdżamy pod wykutą , żeliwną bramę, której słupy wieńczą dwa smoki uformowane z brązu. Już wiem, że to posesja jakiegoś nadzianego dupka. Wgłowie przemyka mi myśl, że każą mi go skroić w biały dzień. Może wyjechał i chata stoi pusta. Nigdy nic nie ukradłem, nawet nie wiem, jak mam to zrobić. Odmówić jednak nie mogę. Nawet nie tyle, że nie mogę, ale co gorsza, nie chcę. Serce mi przyspiesza, jakby chciało uciec z tego głupiego ciała, które samo pakuje się w kłopoty. Napiłbym się teraz jakiegoś mocnego drinka. Posiadłość, na którą przywiózł mnie Kurier to imponujący kompleks, który przykuwa uwagę już z daleka. Główna rezydencja, utrzymana w stylu nowoczesnej architektury, wyróżnia się dużymi przeszkleniami, które wpuszczają naturalne światło, oraz eleganckimi detalami architektonicznymi. 38 Staram się wczuć w rolę agenta nieruchomości , tak dla zabawy. Na zewnątrz rozciąga się ogromny ogród, zaprojektowany z myślą o relaksie i przyjemności. Znajdują się w nim różnorodne rośliny, kwiaty oraz starannie utrzymane trawniki. Wcentrum ogrodu zlokalizowany jest duży basen, otoczony wygodnymi leżakami i strefą wypoczynkową, idealną na letnie przyjęcia. Bezpieczeństwo posiadłości jest równie imponujące. Cały teren jest ogrodzony wysokim murem, a do bramy wjazdowej prowadzi elegancki podjazd. System zabezpieczeń obejmuje monitoring z kamerami rozmieszczonymi w strategicznych miejscach, czujniki ruchu oraz alarmy. Dodatkowo, na terenie posiadłości pracuje profesjonalna ochrona, która czuwa nad bezpieczeństwem mieszkańców. Wrazie potrzeby dostępne są również pojazdy służb ochroniarskich, gotowe do szybkiej reakcji w każdej sytuacji. Całość tworzy nie tylko luksusową, ale również bezpieczną przestrzeń, która na pewno spełnia oczekiwania nawet najbardziej wymagających mieszkańców. To miejsce, gdzie można odpocząć, 39 zrelaksować się i cieszyć życiem w pełni, nie martwiąc się o nic. Skrzętnie wszystko analizuję, jakbym miał zaprezentować dom nadzianemu dupkowi, kt óry chce go kupić. Patrząc na to wszystko, znowu coś mi nie pasuje. Samochód parkuje pod wejściem od tyłu. - Czekają na ciebie. - rzuca Kurier. - Kto? - Jak nie pójdziesz, to się nie dowiesz. - odpowiada, uśmiechając się podejrzanie. Idę powolnym krokiem, nie wiedząc, co mnie czeka. Drzwi są otwarte, a za nimi biały, długi, ale wąski korytarz prowadzi do pomieszczenia, w którym zebrała się grupa mężczyzn. Po głosie rozpoznaję kilku z nich. Rozmowa jest głośna i raczej nie są w nastrojach do zabawy. Już wiem, że coś się wydarzyło tyle tylko, że jeszcze nie wiem co. Jeden z nich dostrzega mnie, kiedy jestem już pod drzwiami. Wita mnie gestem dłoni. Jego skinienie głowy do innego typa i już wprowadzają mnie do środka. 40 - Olo! Dobrze, że już jesteś. Czekaliśmy tylko na ciebie. - mówi dobrze mi znany Majkel. To jego ksywka. Czasami brał udział w wypadach. Czasami, na początku, stał ze mną na czatach. Teraz zrozumiałem, że nie pomagał mi , tylko mnie pilnował. Nawet on, którego ja na początku uważałem za przygłupa wioskowego, stał w hierarchii wyżej niż ja. Na wszelki wypadek nie otwieram gęby, bo nie wiem, co ja tu robię. Rozglądam się b adawczo. Jest kilka znajomych twarzy. Wkoncie stoi zgarbiony jak zawsze, Zefir. To chodzący postrach. Wygląda jak wściekły tur. Wkłębie ma ponad dwa metry. Sterydy wylewają mu się uszami. Chyba zabierają go tylko do tych trudniejszych zleceń, bo widziałem go może trzy razy. Nie lubię go. Zresztą jest jak mruk i nie odzywa się w sposób artykułowany. Wydaje z siebie pomruki i najczęściej niezadowolenia. Jest też nierozłączna para Nunuś i Belgia. Ci dwaj to para nierozerwalna. Wchodzą zawsze jako pierwsi, wyglądają jak przedstawiciele handlowi , 41 tacy, co sprzedają ubezpieczenia albo ekskluzywne wakacje w Dubaju. Mordy im się nie zamykają. Nie wiem, co dokładnie robią, ale to oni zawsze są na świeczniku. Jest i ten, który kieruje akcjami. Przydziela robotę i daje wytyczne, gdzie i co jak ma wyglądać. On też płaci mi za robotę. Chrobry - tak na niego mówimy wszyscy. Stoi na środku. Jedną nogę na opartą o krzesło, obserwuje wszystkich. Analizuje dokładnie, ale się nie odzywa. Jego spojrzenie krzyżuje się z moim. Przekręcał lekko głowę i już ktoś ciągnie mnie za rękę do innego pokoju. - Musisz się przebrać. - mówi mi ś ciszonym głosem za plecami Majkel. - Co kurwa? - Cicho. Nie możesz pokazać się w tych szmatach. - Co to, jakaś pojebana rewia mody? - Przestań ujadać, tylko mnie słuchaj. - Co to za cyrk. - Zaraz się wszystkiego dowiesz. Znowu to samo. Żadnych konkretów, a do tego ta maskarada. 42 Majkel zaprowadził mnie do pokoju, w którym znajdowały się tylko szafy. Otworzył pierwsze z brzegu drzwi. Jeden obok drugiego wisiały garnitury. Wszystkie miały jednoraki krój i kolor. Różniły się tylko rozmiarami. - Ja pierdole Faceci w czerni? Czy to jakiś pogrzeb ? - I jedno, i drugie. - odparł, lustrując mnie od góry do dołu. Wkońcu wybrał jeden. Szybko rozwinął folię, którą był zabezpieczony i podał mi go. - Przebieraj się i to biegiem. Nie może cię zobaczyć w takim stanie. - Kto? - No S tary. - Jaki S tary? - Ja pierdole skąd ty się urwałeś? A kto ci płaci za ro botę? - No Chrobry. - odpowiedziałem i wzruszyłem ramionami, jakby to było oczywiste no bo, dla mnie było. 43 - Jakby ci to wyjaśnić ... - mówił, kiedy ja próbowałem dogadać się z garniturem, którego jeszcze nigdy w życiu nie miałem na sobie. - To tak jak z robotą w Biedronce. Są ci, którzy wykładają towar. Czyli mniej więcej tacy jak ty. Potem są ci, którzy siedzą na kasach, czyli Nunuś i Belgia i jeszcze paru innych. Są też kierownicy zmiany, czyli ja. Są też kierownicy sklepu, czyli Chrobry i jest jeszcze właściciel. Na samej górze. To on ma władzę. Rozumiesz? - Biedronka? Porównanie wymyśliłeś. - skomentowałem, zapinając spodnie. - Nie włożę ani muchy, ani krawata! - Krawatu, jeśli już i nie musisz ani jednego, ani drugiego. Chodźmy już! Poszedłem za nim. Jeśli Chrobry nie stoi na szczycie tej jebanej piramidy to kto? Tego byłem ciekawy. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że wszyscy łącznie z wielkim i nieforemnym Zefirem jesteśmy ubrani w takie same garnitury. Pomyślałem, że na bank to jakiś pogrzeb. Nie mogłem sobie uzmysłowić żadnego innego celu, dla którego trzeba było się tak przebierać i wciskać mnie w te cholernie niewygodne ubrania. 44 Kiedy wróciliśmy do wielkiej sali, nikogo już w niej nie było. - Cholera! - syknął Majkel. Nie odezwałem się, bo nie miałem takiej potrzeby. Nie miałem pojęcia, czym się tak zdenerwował. - Chodź! Pójdziemy skrótem. Jak można iść skrótem w środku wielkiej chałupy , a nie skrótem przez las lub pole, tego nie pojmowałem. Szedłem więc, jak cielak prowadzony na pastwisko. Majkel był ode mnie niższy, ale bardziej barczysty. Szedł przodem i co chwila kręcił głową, jakby był wściekły, że coś właśnie bardzo ważnego go ominie. Przebrnęliśmy przez szereg pomieszczeń. Co chwilę ktoś na mnie zerkał, ktoś z ochrony. Ich już rozpoznawałem, to typowe sztywniaki. Kogo ochraniali, tego też nie wiedziałem. Było jednak pewne, że nie nas. My musieliśmy zadbać o siebie sami. Wpatrywałem się w swoje nowe buty, które dostałem w komplecie do garnituru, błyszczały. Z podziwu nad butami wyrwało mnie głośne westchnienie ulgi Majkela, kiedy w końcu przecisnęliśmy się przez wąskie korytarze do bogato zdobionego salonu , 45 w którym waliło po oczach bogactwem. Szklane witryny uginały się pod ciężarem drogich alkoholi, których większości nigdy nie widziałem na oczy. Nie w monopolowym na rogu, gdzie sprzedawała Izka. Butelki krzyczały do mnie drożyzną. To najbardziej zwracało moją uwagę. Jeszcze jedna rzecz przykuła mój wzrok, a właściwie ktoś. Młody chłopak, stał wystraszony pod ścianą. Garniturowe spodnie lekko drgały. Dłonie zacierał, ukrywając to, że się pocą. - Świeżak. - pomyślałem. Patrząc, jak się denerwuje i jak bardzo przypomina mnie samego sprzed kilku lat. Wpomieszczeniu unosił się zapach alkoholu, perfum o drażniącym zapachu i ciekawość. Napięcie było wyczuwalne w drgającym powietrzu. Stłumione szepty tworzyły jednolity szum, który zmieniał tonację z wysokiej na niską , aż w końcu ucichł w jednej sekundzie robiąc miejsce donośnemu: - Witajcie. Próbowałem zlokalizować, skąd dochodzi ten głos i do kogo należy, ale przez tłum postaci w czarnych garniturach niewiele widziałem. 46 Starałem się stanąć na palcach, ale buty, do których byłem tak samo nieprzyzwyczajony, jak i do takich zgromadzeń, bardzo mi to utrudniały. W końcu dałem sobie spokój. Rozluźniłem się i wsłuchiwałem się tylko w barwę głosu, która była łagodna. Spokojna. Wsłuchując się bardziej, przypominał mi się głos ojca, który tłumaczył mi i rozwodził się nad swoją wyjątkową hodowlą gołębi . Hipnotyzujący, stanowczy, głęboki. Docierał prosto w najczarniejsze zakamarki duszy i przejmował całkowicie nad nią kontrolę. - Pożegnaliśmy właśnie jednego z naszych. Jesteśmy jego rodziną. Żałoba w naszych sercach pozostanie na zawsze... - No mówiłem, że to pogrzeb. Dlatego kazali się tak odstawić. - przytaknąłem sobie w myślach. - Jesteśmy wdzięczni za takie poświęcenie i nigdy nie zapomnimy o najbliższych naszego przyjaciela... - kontynuował głos. Przemowa trwała długo i wzbudziła chyba we wszystkich poczucie jedności, przynależności, a przede wszystkim współodpowiedzialności za śmierć jednego z grupy. 47 Nie byłem w stanie stwierdzić kogo w tym tłumie znajomych, jak i nieznajomych twarzy brakuje. Zastanawiałem się, co mogło się wydarzyć i jakie będą tego dalsze konsekwencje. Moje rozmyślenia przerwało silne klepnięcie w plecy. Majkel w ten sposób chciał sprawić, abym się ocknął. - Miejsce Bogatego zajmie Olo, który jest z nami wystarczająco długo, abyśmy mogli mu powierzyć powodzenie każdej naszej akcji. - usłyszałem końcowe zdanie.
