Odmawiam myślenia - Lotta Elstad - ebook + audiobook
BESTSELLER

Odmawiam myślenia ebook i audiobook

Lotta Elstad

3,1

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Hedda jest młodą freelancerką, która przemierza Europę po niefortunnej próbie ucieczki od samej siebie. W trakcie tej podróży – na promie, w pociągu, pomiędzy przesiadkami autobusowymi, podczas noclegu w tanim hostelu – Hedda opowiada o swoich marzeniach i życiu. Nasza bohaterka zmaga się też z problemem niechcianej ciąży… Przed planowanym zabiegiem, zgodnie ze standardową procedurą administracyjną, powinna odczekać kilka dni, by upewnić się, czy/że jej decyzja jest ostateczna. Innymi słowy Hedda zostanie zmuszona przez lekarza do przemyślenia tego, czego naprawdę chce w życiu. Czy rzeczywiście jest w stanie odmówić myślenia?

Lotta Elstad twierdzi, że napisała tę powieść pod wpływem zaostrzenia przepisów aborcyjnych i opresji, jakiej doświadczają w związku z tym kobiety w Polsce.


Mocny cios! Ocena 6/6!

„Stavanger Aftenblad”

Lotta Elstad napisała feministyczną książkę, której bohaterka nie jest słabą ofiarą systemu. Hedda to uparta, zadziorna, fantastyczna postać.

„Aftenposten”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 212

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 53 min

Lektor: Lotta Elstad

Oceny
3,1 (182 oceny)
36
35
47
48
16
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
sadlowskaoliwia

Z braku laku…

Przeczytałam z ciekawości o temacie aborcji. Raczej nie wnosi nic konkretnego. Główna postać sprawia wrażenie strasznie głupiej, kolejne postacie irytujące. Książkę dokończyłam, ale z wielkim bólem. Nie polecam.
anw30

Nie polecam

Przebrnęłam przez 10 stron i nie dałam rady dalej czytać...ale kto co lubi. Tak jak ktoś już napisał wcześniej za dużo paplaniny na milion tematów.
ada0562

Dobrze spędzony czas

Bardzo ciekawa i ważna
21
blapak

Dobrze spędzony czas

Trochę przegadana
10
olivialasocka

Nie oderwiesz się od lektury

Ważny głos w obronie prawa do aborcji.
11

Popularność




W książce wykorzystano fragmenty:

Louis Althusser, Sprzeczność i naddeterminacja, [w:] W imię Marksa, przeł. Michał Herer, wstęp Adam Ostolski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2009, s. 113.

Tamże, s. 143.

Lena Andersson, Bez opamiętania, przeł. Anna Marciniakówna, Wydawnictwo Pi, Warszawa 2014, s. 29.

Cytaty za Biblią Tysiąclecia.

Tytuł oryginału Jeg nekter å tenke

Przekład Karolina Drozdowska

Redakcja Ewa Pawłowska

Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek

Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski

JEG NEKTER Å TENKE

Copyright © Flamme Forlag, 2017

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Karolina Drozdowska, 2023

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2023

Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Oda Berby

   This translation has been published

   with the financial support of NORLA.

Skład i łamanie Dariusz Ziach

ISBN 978-83-965277-5-2 (EPUB); 978-83-965277-5-2 (MOBI)

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2023

Wydanie pierwsze

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151,

03-948 Warszawa

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Moje rzeczy nadal są gdzieś w Grecji. Jest czwartek, po drodze do przychodni na Markveien dzwonię na międzynarodowe lotnisko w Atenach i pytam o moją torbę na kółkach. Mówię, że pewnie stoi gdzieś w biurze rzeczy znalezionych, ale nie jestem pewna, bo „nie odpowiadają państwo na moje maile”. Dyżurujący przy telefonie pracownik lotniska ma mnie w nosie. Na mój rozpaczliwy jęk, że „chcę odzyskać swoje życie”, odpowiada burknięciem, że wszyscy u nich strajkują, bo cała branża transportu lotniczego została przejęta przez jakąś niemiecką firmę. Rzuca jeszcze:

– Pani życie? – Po czym pełnym goryczy, łamanym angielskim dodaje: – A my chcemy odzyskać nasz kraj.

I odkłada słuchawkę.

A ja go przeklinam. Przeklinam go, mijając kawiarnię z rowerami zawieszonymi pod sufitem. Przeklinam kolejkę stojącą na zewnątrz (ktoś napisał na Insta, że można tam kupić świeże, gorące jeszcze obwarzanki) i to, że wszyscy ci ludzie rozmawiają o pop-upach, start-upach i kick offach, że dopiero co skończyli dwadzieścia lat i nie mają pojęcia, jakie to uczucie grillować w parku, opalać się topless albo siedzieć na barowych stołkach z Kiką i palić sobie szlugi. Te dni chwały już nie powrócą.

Oslo, 2016 rok: wszystko, co uwielbiałam, stało się nieosiągalne, niemoralne albo nielegalne. Teraz posyła się ludziom potępiające spojrzenia. Dawno już rzuciłam palenie, co było inwestycją w moje ciało, jak określają to pracownicy ochrony zdrowia językiem ekonomistów, i to właśnie w sprawie tegoż ciała (które również pragnę odzyskać) siadam teraz na krześle w gabinecie lekarskim.

I po raz kolejny przypominam sobie minioną epokę. Czasy, w których można było poprosić o przerwanie ciąży, dostać skierowanie tego samego dnia, a lekarze byli ode mnie starsi, wszyscy bez wyjątku.

Jednak dziś mężczyzna – choć może powinnam powiedzieć: „chłopak” – który siedzi za biurkiem, ma na oko ledwie trzydziestkę, a mimo to promieniuje od niego pewność siebie, którą może dać tylko ciało w lekarskim fartuchu. Odzywa się:

– Możesz mi mówić Ole-Morten.

Nie mam ochoty mówić lekarzowi Ole-Morten.

Ole-Morten brzmi jak ktoś z 1995 roku, jak hiperaktywny chłopiec z piątej klasy, który tak szalał na zajęciach praktyczno-technicznych, że w końcu nadepnął na otwarte drzwi zmywarki i ją wywrócił. Ole-Morten brzmi jak mierny uczeń technikum ekonomicznego wyciągający na imprezie raport Ministerstwa Finansów i ględzi, że przyrost ludności w wieku emerytalnym doprowadzi do całkowitego upadku cywilizacji. Jak typ, który komentuje, że premier poruszył we wczorajszej debacie wiele istotnych kwestii. To nie jest człowiek, w którego ręce chcę złożyć swój los. Ale poddaję się konwenansom. Kiwam głową i odpowiadam w miarę rzeczowo na jego pytania.

– Pierwszy dzień ostatniej miesiączki? Jakieś objawy?

A jakże, cały czas sikam, a moje cycki urosły do gigantycznych rozmiarów. Wyliczywszy, że jestem w ciąży od jakiegoś miesiąca, lekarz opisuje wszystko, co mnie czeka. Wizyty co sześć tygodni, USG w tygodniu ósmym, a w celu dalszych badań powinnam „następnym razem przynieść próbkę moczu”.

W tym właśnie momencie mu przerywam.

– Dziękuję, ale właściwie to przyszłam, bo podjęłam decyzję o natychmiastowej terminacji.

Ole-Morten mierzy mnie wzrokiem, uśmiecha się, przeczesuje palcami swoją fryzurę w odcieniu ciemny blond, a gdy informuje mnie, że nie istnieje już coś takiego jak „natychmiastowa terminacja”, nie potrafię go przypisać do żadnej kategorii. Niezdarnie troskliwy? Na granicy paternalizmu? Po prostu przystojny facet czy może chrześcijański fundamentalista ukryty pod płaszczykiem neutralności systemu ochrony zdrowia?

– Natychmiastowa terminacja została zniesiona rok temu w wyniku kompromisu zawartego między politykami różnych partii.

Nie wiem, gdzie wtedy się znajdowałam. Może łamałam sobie głowę nad wyliczaniem podatków, może łamałam deski stelaża łóżka Lukasa, może pochłonął mnie maraton Gry otron, ale w każdym razie nie dotarło do mnie, że nasz rząd nas sprzedał, za zamkniętymi drzwiami, jak handlarz koni, dobijając targu z wyborcami o poglądach chrześcijańsko-konserwatywnych.

Ole-Morten informuje mnie, że teraz obowiązuje trzydniówka, a ja patrzę na niego z niedowierzaniem. Trzydniówka?

Odpowiada mi kiwnięciem głowy, że tak, trzydniówka.

– Wiele kobiet żałuje, że zrobiły, poddały się, przeprowadziły... no, jak to nazwać?

– Aborcję – wchodzę mu w słowo.

– No właśnie. A teraz dano im możliwość przemyślenia swojej decyzji.

Wysuwa szufladę. Kładzie przede mną broszurę (Trudny wybór), a ja myślę, że przecież w ostatnich dniach nie robiłam nic innego, tylko myślałam, po czym odchrząkuję i pytam, kiedy mogę się spodziewać skierowania.

On zaś mruga do mnie i wyjaśnia:

– To się nazywa trzydniówką nie bez powodu, więc jeśli nadal będzie chciała pani poddać się, zrobić...

– ...aborcję...

– ...po tych trzech dniach, to ja będę ostatnim, który pani tego odmówi.

Co za wspaniałomyślność – stwierdzam w cichości ducha.

– Czyli teraz mam iść do domu i myśleć?

Owszem, lekarz doradza mi myślenie. I mówi, że możemy zobaczyć się ponownie w przyszłą środę.

W środę? Wykonuję błyskawiczne obliczenie.

– Ale dzisiaj jest czwartek?

Informuję go, że w poniedziałek minie już więcej niż trzy dni, więc gdyby mógł mnie wtedy wcisnąć w swój grafik, byłabym bardzo wdzięczna.

Słyszę w odpowiedzi, że poniedziałek to dzień numer dwa.

Protestuję.

– Dzisiejszy dzień się nie liczy – oświadcza lekarz.

Bo trzeba myśleć przez trzy pełne dni. Co oznacza, że dzień numer jeden będzie dopiero jutro, w piątek.

– A sobota i niedziela? – pytam.

Ole-Morten precyzuje, że liczymy dni robocze.

– Trochę jak na poczcie? – pytam, ale on jest za młody, by pamiętać, jak działa poczta.

– Dni wolnych od pracy nie uwzględniamy – powtarza tylko.

Ole-Morten poprawia lekarski fartuch. Do trzydniówki, która, jak się okazuje, składa się z sześciu dni, podchodzi ze śmiertelną powagą i nie mówi tego, co kiedyś mawiali lekarze. Proszę o tym dyskutować z władzami. Proszę nie zabijać posłańca. Proszę następnym razem zagłosować na inną partię (na co za każdym razem odpowiadam: „Ależ ja naprawdę zawsze głosuję na inną partię”). Zamiast tego pyta, ile mam lat. Odpowiadam, że „trzydzieści trzy”, i myślę sobie, że ta liczba pewnie kojarzy mu się z Jezusem, ale nie pada żaden biblijny żarcik. Słyszę za to komentarz:

– O tym też może mogłaby pani pomyśleć. O swoim wieku.

Myślę sobie: Czy o to chodzi ludziom mówiącym o zwrocie autorytarnym? Tak czy inaczej, rynek jest nadal wolny i co nie mniej istotne, globalny, a to oznacza, że nie potrzebuję Olego-Mortena. Stanowi on tylko zbędne ogniwo w lekarskim kitlu. Ani się obejrzy, a i jego pracę przejmie jakiś robot. Stanie się to nawet dzisiaj, jeśli tylko wpiszę swoje objawy w odpowiednie okienko formularza, otrzymam przez Internet diagnozę „ciąża” i zamówię sobie tabletki bezpośrednio od producenta w Indiach, za śmieszne pieniądze (biorąc pod uwagę kurs norweskiej korony). Nawet wiem, czego potrzebuję. To żadna tajemnica: jednej tabletki mifepristone i czterech misoprostolów, ponadto wiem, jak je przyjmować, wiem, że mogę je połknąć, przebywając bez opieki w domu, to jest w mojej zapyziałej kawalerce przy Hollendergata, przebudowanej ze schowka na poddaszu, wynajmowanej od Radovana za 7500 koron miesięcznie (prąd liczony osobno), bo dawno już przeczytałam instrukcje na cyfrowych ulotkach organizacji feministycznych. Najpierw muszę połknąć jedną tabletkę, bo ona – mówiąc wprost – zabija zarodek, a potem powinnam odczekać dobę i trzymać cztery kolejne tabletki pod językiem przez pół godziny, aż będę mogła wymieszać roztwór ze śliną, połknąć go, pozwolić mu zadziałać, po czym wydalić z siebie bękarta jednym pchnięciem.

Mówię:

– Czyli środa?

Ole-Morten patrzy na mnie ze współczuciem i powtarza, że na pewno „dobrze mi zrobi porządne przemyślenie tej decyzji. Każdemu z nas by chyba dobrze zrobiło”, a ja opieram się pokusie rzucenia sarkastycznie: „Każdemu z nas?”, bo zwyczajnie się boję, że dołoży dodatkowe trzy dni myślenia do tych sześciu już mi przyznanych. Zamiast tego umawiam się na środę na godzinę czternastą piętnaście. A potem on mi radzi, żebym spróbowała tartego imbiru na mdłości, i nie, niestety, nie przepisze mi truxalu, w moim obecnym stanie jest to niemożliwe. Reaguję pełnym opanowania uśmiechem z serii „nie, dziękuję” na podsuniętą mi broszurę, opuszczam gabinet i płacę za konsultację (200 koron).

Stąpając po lepkiej podłodze poczekalni, myślę sobie: Odmawiam myślenia.

Krocząc przez Olav Ryes plass, gdzie mijam Romów grających powolną, irytującą wersję piosenki Sway – When marimba rhythms start to play, myślę sobie: Nie myśl.

Na wysokości pierwszej budy, w której można sobie wymienić stłuczoną szybkę smartfona, piszę mimo wszystko do Lukasa („Możemy pogadać? Nic wielkiego, zero dramy”) i już w następnej sekundzie tego żałuję. Żałuję, mijając kluby bokserskie w bocznych uliczkach, gdzie każdy trener ma na imię Hector, żałuję, depcząc wżarte w asfalt stare gumy do żucia, żałuję na wysokości sklepu z owocami i tytoniem i przy kradzionych zapewne meblach stojących na ulicy przed niewielkim sklepikiem z antykami, gdzie z zaparkowanych samochodów dochodzą dźwięki bhangry. Słońce wisi nad wschodnią dzielnicą miasta, nad barakami budowlanymi i koparkami o kształtach i kolorach przywodzących na myśl osy. Żałuję na wysokości parku, nad którym unosi się gęsta chmura dymu, i przypominam sobie, co kiedyś powiedział mi Lukas, że słowo „kryzys” pochodzi z greki i oznacza decyzję.

Dzwonię do Kiki.

Nigdy nie słyszała o trzydniówce.

– Ktoś cię zbrzuchacił? – pyta mnie.

Nie miałam pojęcia, że ktoś jeszcze tak mówi.

– Nie, skąd – odpowiadam. – Robię research do artykułu.

A ona zaczyna mi gadać o jakimś facecie, którego poznała kilka lat temu i który należał do gnostyków – nie, nie agnostyków – takiej przedchrześcijańskiej sekty wierzącej, że aborcja to jedyny moralnie właściwy wybór.

Ciąża jest kradzieżą boskiego światła. Przywłaszcza się wtedy sobie cząstkę wieczności. Wysysa się ducha z Królestwa Niebieskiego i nadaje mu się formę ziemskiej materii, i jeśli coś na tym świecie w ogóle jest grzechem – dodaje Kika – to chyba właśnie to (choć jednocześnie przyznaje mi rację, bo to zastanawiające, że ta sekta przetrwała i wciąż ma nowych wyznawców, choć sobór nicejski wypisał ją z historii w 325 roku). Ale nim podążymy dalej tym śladem, Kika chce się jeszcze upewnić:

– Na pewno nie jesteś w ciąży? Kto jest ojcem? Ten tam śmieszny człowieczek?

– Kika – mówię uspokajającym tonem. – Nie jestem w ciąży.

– Okej, bo już przez chwilę się bałam, że ty też mnie zdradziłaś, ale w takim razie oczekuję twojej obecności i wypicia pornstar martini jutro o dziesiątej. Schodzę z dyżuru o dziewiątej!

Kika odkłada słuchawkę. Jestem już przy zielonoszarawej kamienicy przy Hollendergata, pod parkometrem stoi na chodniku butelka z resztką jakiegoś hipsterskiego IPA. Otwieram bramę kluczem. Wspinam się na trzecie piętro: Nie myśl. Wchodzę do mieszkania (trzymanego przez Radovana w tajemnicy przed władzami Oslo, by uniknąć wymogu wyposażenia go w osobną łazienkę) i rzucam klucze na komodę, dziś jest dzień „zero”, a ja odmawiam myślenia. Odmawiam – i jest to tak samo beznadziejne, jak kazać komuś nie wyobrażać sobie zebry. Potrzeba wtedy minimum godziny, by pozbyć się z głowy obrazu pasiastego konia. Odmawiam, nie myślę. Nie myślę o Sarajewie. Nie myślę o Cafe am Kotti, o Milu, o dziecięcych rysunkach pod sufitem, o drinkach Slippery Nipple ani o kamperze trzęsącym się w Berlinie. Nie, zamiast tego sięgam po komórkę, zamykam aplikację HBO, aktualizuję ją i wchodzę na stronę, która – jak zakładam – jest skierowana do kobiet z Arabii Saudyjskiej, Salwadoru czy jakiegoś takiego miejsca. Czytam na niej, że mam przyjmować wielkie dawki witaminy C. Żreć nieograniczone ilości cytrusów. I cynamonu. Cynamon pomaga.

Cynamon i kawa, w ogromnych ilościach.

To mnie ocali.

Jakiś miesiąc wcześniej

Odmawiam myślenia o ostatnim razie, gdy obudziłam się w ramionach Lukasa. W jego łóżku. Przy jego radiu z budzikiem, który wyciągnął mnie ze snu wiadomością, że siedemdziesiąt pięć tysięcy osób z branży naftowej straciło nagle pracę, a rząd zaostrzył kryteria przyznawania zasiłku dla bezrobotnych.

Lukas nadal spał. Odprawiłam więc mój zwyczajowy poranny rytuał: skontrolowałam stan konta (23 409 koron), przescrollowałam wiadomości i sprawdziłam maila.

Miałam w skrzynce wiadomość od mojego redaktora. Tego samego, któremu w ostatnich latach przesyłałam co tydzień moje wypociny do działu „Kultura”. Prosił mnie o wystawienie faktury (żałosne 4000 koron) za mój ostatni tekst – wywiad z zapijaczoną pisarką, która mówiła z fałszywym oksfordzkim akcentem i nalała mi kieliszek wódki, mówiąc, że nienawidzi trójkątów miłosnych. „Jedyną funkcją tego motywu literackiego jest dekonstrukcja – oświadczyła. – To jak bójka na noże. Człowiek zawsze rani sam siebie. Nawet kiedy wygrywa”.

W krótkim postscriptum na samym dole maila mój redaktor przesłał mi taką oto informację, ot, drobnostkę:

„Powinienem ponadto wspomnieć, że mieliśmy wczoraj spotkanie w sprawie redukcji zatrudnienia i doszliśmy do wniosku, że w pierwszej kolejności tniemy budżet na freelancerów, a dopiero potem weźmiemy się ewentualnie za etatowców”. Zaznaczył, żebym nie brała tego do siebie. Zrobiłam kilka wdechów i wydechów, po czym odpisałam: „OK, wyślę dziś fakturę”. Pomyślałam sobie: Nożeż kurwa mać. I co teraz? Wcisnęłam kciuk w punkt między brwiami, pomasowałam go chwilę, odgryzłam sobie koniuszek paznokcia i zirytowałam się głosem spikera radiowego, który przeprowadzał wywiad z ekonomistą, specem od rynku mieszkaniowego. Miałam po dziurki w nosie rynku mieszkaniowego. Właściwie miałam też dość takiego leżenia – w tamtym miejscu, przy tamtym śpiącym człowieku – ale zapomniałam o tym, gdy tylko zaczął przejawiać oznaki życia. Ziewnął głośno, przeciągnął się, po czym odwrócił się do mnie i pocałował mnie w skroń, ja zaś oplotłam go nogami. Położyłam głowę na jego piersi i powoli zsunęłam z nas kołdrę. Strasznie mnie kręciło, że miał na brzuchu napis „Rebel” wytatuowany gotyckimi literami.

Podobało mi się, gdy udawał, że jest obrażony, i zaczął mnie bić na niby, kiedy zapytałam:

– Wydziarałeś się jeszcze jako urzędnik Ministerstwa do spraw Dzieci i Równouprawnienia?

Gdy się nade mną pochylił, przytrzymał mnie i pozwolił, bym się wyrywała, walczyła, by znów znaleźć się na nim, nad nim, a ja mu odpowiedziałam, liżąc jego pępek. Zapewniłam go, że „nawet jako biurokrata” zostałby na zawsze wypalony na siatkówce mojego oka jako ktoś spoglądający z nadzieją ku przyszłości, w statecznych odcieniach czerwieni, beżu i niebieskości (jak na plakatach wyborczych Obamy), a wielkie litery pod spodem ułożyłyby się w słowo ZMIANA.

Był boski, był nie do przebicia, pochylił się nad nocnym stolikiem i zapalił papierosa. Odsunął go sprzed mojej twarzy jak sadystyczny starszy brat, gdy już myślałam, że mi go podaje, a ja zamachnęłam się na niego chyba trochę zbyt mocno, ale on mimo to dał mi kilka machów. Nie mieliśmy popielniczki, balansował więc papierosem nad kołdrą, by nie spadł na nią popiół. A ja chciałam go studiować. Jego mózg, który zwalniał tylko na te siedem minut potrzebnych na spalenie fajki (poza tym się nie wyłączał, nawet wtedy, gdy oglądaliśmy X-Menów na jego rzutniku: „Czy Magneto jest metaforą Izraela?” albo przy House of Cards: „Claire Underwood ma w sobie coś z Heddy Gabler, nie sądzisz?”). On we mnie trwał i to też nie zwalniało. Jego woda po goleniu. Basowy głos. Pulsował w całym moim ciele.

A ja, kim dla niego byłam?

No cóż, za drugim razem, gdy poszliśmy z sobą do łóżka, już po wszystkim, on powiedział:

– Nie wolno nam już tego powtarzać.

Co w żadnym wypadku nie zmieniło moich uczuć.

To się nazywa feromony, to się nazywa oksytocyna, to ci otwiera zatoki, czyni cię dziesięć kilo lżejszą, a ja nie umiałam wyjaśnić dlaczego. Może dlatego, że uwielbiałam słuchać snutych przez niego rozważań (wyznałam Kice: „Wszyscy mężczyźni «objaśniają nam świat», różnica tkwi w tym, co mają do powiedzenia”), może dlatego, że leżeliśmy w łóżku całe przedpołudnia, streamując ciągnące się godzinami spotkania, na których Julian Assange łączył się na wideolinku z ambasady Ekwadoru w Londynie. Że on mi urządzał spontaniczne plebiscyty na najlepszy tekst z piosenki Hey Ya! Outkast (What’s cooler than being cool? Ice cold!) albo dlatego, że cytował Gramsciego: „Kryzys polega dokładnie na tym, że to, co stare, umiera, gdy nowe jeszcze się nie narodziło” z taką samą łatwością, z jaką analizował życie uczuciowe Carrie: „Powinna rzucić Mr. Biga w cholerę!”.

A może to przez to, że byliśmy osamotnieni w naszej walce: nas dwoje kontra cały naród. Zgadzaliśmy się, że program Hurtigruta z minuty na minutę jest tak samo nieznośnie nudny jak wpatrywanie się w bęben wirującej pralki.

Niewykluczone też, że chodziło o jego wzrost. To pałąkowate nonszalanckie ciało, marynarki zarzucone na T-shirty z logo niszowych zespołów, ciemnoblond loki nad siwiejącymi zakolami, niebieskozielone oczy, spojrzenie, którego nie odwracał, gdy już raz się nim w ciebie wwiercił. Albo repertuar jego zdjęć na Google’u: podczas wykładu, z mikrofonem, w fotelu, otaczali go inni, tacy jak on oczytani i bywali w świecie ludzie, jego dłonie gestykulowały i podkreślały argumenty, winietka z „Russia Today” pobłyskiwała w lewym dolnym rogu ekranu. Miał w szufladzie więcej reklamówek z bezcłowego niż z supermarketu, zapraszali go na rozmowy do Frankfurtu, Sztokholmu i Gandawy, a najbardziej pochłaniało go studium kryzysów nauki: teoria względności, mechanika kwantowa, Thomas Kuhn i współistnienie dwóch paradygmatów, permanentna rewolucja i to, że używał pojęć takich jak „dyskursywna anomia”, po angielsku pisał słowa w rodzaju hence czy thus i mnóstwo howeverów, a ja czułam się zaszczycona, czytając któregoś przedpołudnia (niezrozumiały) zalążek jego rozprawy.

Był to przełom w naszym trwającym siedem miesięcy związku.

Tak mi się wydawało. Oto ja: Jenny Marx. Vera Nabokov. Alma Hitchcock.

Głaskałam go po owłosionej nodze moją stopą o turkusowych paznokciach, pomalowanych specjalnie na tę okazję (400 koron). W ogóle – przyznaję się bez bicia – czułam, że muszę szminkować usta, malować paznokcie, farbować włosy, by nie wyglądać przy nim jak szara myszka. Ale na nic się to nie zdało.

Przełom?

Miało się okazać, że był to raczej kolejny rozłam.

– Po prostu czuję, że to wobec ciebie niesprawiedliwe – powiedział.

Takich właśnie użył słów (Kika, do mnie: „Mężczyźni są jak psy, potrafią wywęszyć strach”). Przemyślał sobie wszystko we Frankfurcie i doszedł do wniosku, że „tak będzie najlepiej”, ja zaś tylko go przez to bardziej pożądałam. I wtedy objął mnie mocno, westchnął mi do ucha i powiedział miękko, tak jak wielokrotnie wcześniej (straciłam już rachubę):

– Teraz to już naprawdę nie wolno nam tego powtarzać.

I miał, rzecz jasna, rację. To już naprawdę musiał być ostatni raz, gdy słyszałam od niego te słowa.

Więc uciekłam. Wypadłam na korytarz, wskoczyłam w czółenka, utrzymywałam twarz pokerzystki i myślałam sobie: Miłość to akt przemocy (Czyż istnieje lepsze tego określenie? Miłość zaciska pięści, bije mnie na oślep, a ja krzyczę: „Aua! Po co mi, kurwa, to wszystko?!”). Zbiegłam po schodach, wyleciałam przez bramę wprost na zalaną słońcem ulicę, cały czas się odwracając, oglądając za siebie: Jeśli on za mną teraz nie pobiegnie, to będzie koniec.

Komórka wyślizgnęła mi się ze spoconej dłoni i upadła na asfalt, w prawym górnym rogu wyświetlacza zrobiła się czarna plama.

Próbowałam ją pocierać, jakby mieszkał w niej jakiś duch: Jeśli on teraz nie zadzwoni, to wszystko stanie się prawdą.

Jeśli zdążę przejść przez Sofienbergparken – gdzie rozkwitła już wiosna i wszystko wyglądało jak musical wystawiany przez ludzi na kwasie, którzy się zataczają, chodzą po napiętej linie, tańczą salsę, wystawiają krzesła na skraj chodników i przepędzają w ten sposób czas – jeśli zdążę przejść przez ten park, zanim on da jakiś znak, że żałuje, to znaczy, że naprawdę tym razem mówił to wszystko serio.

Dotarłam do Kirkegårdsgata. Przecięłam trawnik, minęłam roboty drogowe, zaparkowane toyoty yaris, kilka starych volvo, no i wtedy był już koniec. Świat wydawał się odległy, był kopią kopii innej kopii, a ja nie mogłam oddychać. Jebany ból. Czułam się, jakby moja klatka piersiowa się zatkała i trzeba ją było udrożnić kretem do rur, była w niej gruda tłuszczu, którą rozpuścić mogły tylko chemikalia, tusz spływał mi po policzkach i niemal rozjechał mnie zamówiony przez kogoś za pomocą apki dostawca rowerowy w jaskraworóżowym uniformie, który wrzasnął: „Ścieżka rowerowa!”, najpierw przede mną, potem za mną. A na wysokości biblioteki miałam już poważne problemy ze wzrokiem. Na moich soczewkach pojawił się jakiś nalot. Musiałam zajrzeć do optyka Brilleland przy Markveien, aż się skuliłam z niesmakiem na tę żałosną nazwę – „Kraina Okularów” – a to tylko zmieniło moją żałobę we wstyd: osad na soczewkach, jakie to banalne, jakie niskie, potknęłam się w progu i niemal się wywaliłam, wskazałam na moje oczy, próbując przedstawić to jako przypadek czysto fizjologiczny, a optyczka zaprowadziła mnie na zaplecze. Wygrzebała mi soczewki z oczu, podała chusteczkę higieniczną, powiedziała, że powinnam zrobić sobie przerwę, dać sobie czas na rekonwalescencję, owszem, użyła tego właśnie słowa i z pewnością miała na myśli moje oczy, lecz ja wyobraziłam sobie drinka z parasolką na plaży.

Wgapianie się w wieczność, w morze, coś, co by mi przypominało, że wszystko przemija, że emocje, również one, nie trwają wiecznie.

Otarłam łzy i przeciągnęłam kartą przez terminal, płacąc za „konsultację optyczną”, jak wyszczególniono na paragonie (519 koron), po czym uciekłam półślepa do domu. Znalazłam okulary (trochę za słabe) i paszport, wyciągnęłam spod łóżka starą torbę na kółkach. Musiałam wyjechać. To właśnie zaleciłyby mi wszystkie blogerki tego świata: zmień otoczenie, poznaj nowych ludzi, przestrzegaj zasady „zero kontaktu”, więc zarezerwowałam sobie w biurze podróży wyjazd last minute na wczasy w Grecji („Dla jednych kryzys, dla innych możliwość”). Samolot do Aten odlatywał o szóstej następnego ranka. Stamtąd miałam popłynąć statkiem na jakąś wyspę na zadupiu, a hotel miał na TripAdvisorze nieprzeciętnie wiele negatywnych opinii, ale mnie to nie obchodziło. Nienawidziłam latania, ale to też mnie nie obchodziło. Wzięłam truxal, zwykłą dawkę, trzydzieści miligramów.

Sześć godzin później wstałam i pomyślałam sobie: Trzeba się ogarnąć.

Zaciągnęłam zasłony i wzięłam prysznic w kabinie zamontowanej w kuchni.

Ustawiłam na kuchennym blacie lusterko i się nad nim pochyliłam: założyłam nowe miesięczne soczewki, ułożyłam włosy, wyskubałam sobie brwi (kichnęłam), posmarowałam łokcie kremem Clinique z pięćdziesięciomililitrowej tubki, psiknęłam sobie poison Diora na dłonie i wtarłam zapach wanilii za uszy. Pokryłam skórę podkładem Maxa Factora w odcieniu soft beige, nanosząc, zgodnie z tym, co wyczytałam, odpowiednio cienką warstwę. A potem: lekkie muśnięcie różu, odrobina tuszu na końcówki rzęs i niemal bezbarwna pomadka, żeby ledwie się dało zobaczyć, że jestem umalowana. Była to procedura, którą opanowałam do perfekcji. Niektórzy nazwaliby to próżnością. Ja nazywałam to sztuką przetrwania. Bo tak łatwo jest stracić kontrolę, freelancerzy to wiedzą, mają świadomość, że otchłań jest niebezpiecznie blisko. Jak powiedziała kiedyś Kajsa Ekis Ekman: „Jeśli pozwoliłabym sobie spędzić cały dzień w spodniach od dresu, to co by było dalej?”. Ja pewnie nie zdołałabym się oprzeć promocji – 24 korony za tabliczkę – na czekoladę z migdałami przy sklepowej kasie, zaczęłabym spędzać dni na twitterowych debatach, podając dalej statusy Kanyego Westa opatrzone sarkastycznymi komentarzami, a jakbym już z tym ruszyła, to mogłabym równie dobrze oglądać Z kamerą u Kardashianów, rzecz jasna, ironicznie, ale w głębi duszy wiedziałabym, że to moje nowe przyjaciółki. Wszystkie Kardashianki. Siostry, których nigdy nie miałam. Takie rzeczy często spadają na ludzi. Zaczęłabym chodzić na skróty, zapisałabym się do Partii Pracy i wzięła kredyt hipoteczny z rekordowo niskimi odsetkami. No nie, trzeba się w końcu ogarnąć. Trzeba wstawać, ubierać się, regularnie uprawiać sport, czytać porządne książki, nawet ze złamanym sercem, a jeśli ktoś z tego powodu – co ciągle mi się zdarza – zaczynał rzucać w moją stronę uwagi w rodzaju „syndrom zdolnej dziewczynki”, to podciągałam rękawy, demonstrując wewnętrzną stronę moich przedramion.

Wyglądam, jakbym się cięła?

Widzisz jakieś blizny? Jebany seksista.

Nożeż kurwa, miałam pozwalać oceniać się debilom, którzy naczytali się psychopapki? Tylko dlatego, że chodziłam na obcasach, trzymałam się prosto jak baletnica, miałam wąskie biodra i długą szyję? Nigdy w życiu nie dotknęłam nawet noża z intencją pocięcia własnego ciała, czy to wzdłuż, czy to wszerz, nigdy umyślnie nie rzygałam po jedzeniu i miałam serdecznie dość słuchania, że ta lub inna koleżanka chciałaby móc zjeść spaghetti bolognese i nie czuć do siebie odrazy przez cały następny tydzień. Byłam właściwie zachwycona, gdy skończyłam trzydziestkę, a nad paskiem dżinsów pojawił się pierwszy wałeczek. Umówiłam się na eks-seks z typem, który zawsze, gdy jeszcze byliśmy razem, ględził o mojej „wiotkiej talii”, i pamiętam, że na nim siedziałam, a mój tłuszczyk falował: dumny, pełen mściwej satysfakcji, niczym deklaracja niepodległości.

[...]

Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku

na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –

do czytania i dobrej prozy zagranicznej.

Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,

która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.

Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki

z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.

Odmawiam myślenia to pięćdziesiąta trzecia książka

Wydawnictwa Pauza.

Wcześniej ukazały się:

2018

Legenda o samobójstwie – David Vann

Pierwszy bandzior – Miranda July

Nasz chłopak – Daniel Magariel

Historia przemocy – Edouard Louis

Tirza – Arnon Grunberg

2019

Pasujesz tu najlepiej – Miranda July

O zmierzchu – Therese Bohman

Piękna młoda żona – Tommy Wieringa

Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug

Floryda – Lauren Groff

Przyjaciel – Sigrid Nunez

Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall

Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh

Brud – David Vann

Koniec z Eddym – Edouard Louis

2020

Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz

Linia – Elise Karlsson

Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry

Ta druga – Therese Bohman

Dorośli – Marie Aubert

Turbulencje – David Szalay

Nikolski – Nicolas Dickner

Fauna Północy – Andrea Lundgren

Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård

Pełnia miłości – Sigrid Nunez

Przejście – Pajtim Statovci

Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros

Dziennik upadku – Michel Laub

2021

Halibut na Księżycu – David Vann

Zabierz mnie do domu – Marie Aubert

Utonęła – Therese Bohman

Koniec dnia – Bill Clegg

Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez

Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh

Ostatnie stadium – Nina Lykke

Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell

Wyznanie – Domenico Starnone

Za otrzymane łaski – Valeria Parrella

Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg

Kto zabił mojego ojca – Edouard Louis

Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli

2022

Komodo – David Vann

Londyn – David Szalay

Wyspa kobiet – Lauren Groff

Wizyta – Katharina Volckmer

Ostatni wywiad – Eshkol Nevo

Strega – Johanne Lykke Holm

Intymności – Lucy Caldwell

Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride

Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride

Dla Rouenny – Sigrid Nunez

Zmagania i metamorfozy kobiety – Edouard Louis