Nocny łowca - Szczyżowski Jarosław - ebook + audiobook + książka

Nocny łowca ebook

Szczyżowski Jarosław

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

WITAJCIE W SUDECKIM TWIN PEAKS

ZNAJOMYM JAK SEN, OBCYM JAK JAWA

W Sokołowsku – małej górskiej miejscowości, gdzie mgła rzadko podnosi się z dolin, a stare legendy wciąż mają władzę nad ludźmi – nic nie jest tym, czym się wydaje.

Jesienią 2006 roku sześcioro licealistów outsiderów zafascynowanych lokalnym folklorem spotyka się w blasku ogniska pod ruinami zamku Radosno. Do domu wraca tylko pięcioro z nich.

Niewyjaśniona śmierć Anny kładzie się cieniem na życiu jej przyjaciół, zwłaszcza zadurzonego w niej Rafała, na którego od razu padają podejrzenia. Zabójstwo nosi znamiona mordu rytualnego, a po okolicy zaczynają krążyć plotki o powrocie kultu Nocnego Łowcy – mrocznej istoty z ludowych wierzeń, której towarzyszy sfora upiornych psów.

Gdy po dwudziestu latach w Górach Suchych znów zaczynają ginąć ludzie, przyjaciele z dawnych lat ponownie spotykają się w rodzinnych stronach, a zapomniana legenda ożywa z przerażającą siłą. Co ukrywali przez cały ten czas? Czy policji uda się wpaść na trop mordercy? Czy Nocny Łowca to tylko mit, wytwór chorego umysłu czy też coś znacznie realniejszego?

W nowej powieści Jarosława Szczyżowskiego, autora bestsellerowego Obserwatorium, dawne i współczesne zbrodnie oraz niewyjaśnione zjawiska z iście lynchowską fantazją splatają się w opowieść o winie, pamięci i naturze zła.

Najstraszniejsze legendy to te, w których widzimy odbicie własnych lęków.

*

Jarosław Szczyżowski – miłośnik Sudetów i doświadczony przewodnik. Autor bestsellerowych thrillerów: rozgrywającego się na Śnieżce Obserwatorium (nominacja w konkursie Książka Roku 2024 Lubimy Czytać) oraz opowiadających o Górach Izerskich Błędnych łąk (nagroda za najlepszą powieść w konkursie Górska Książka Roku 2025). Jego bohaterowie mierzą się z zagadkami, których rozwiązanie wykracza poza granice racjonalności. W mistrzowski sposób oddaje klimat wędrownych szlaków i pokazuje nieznane, tajemnicze i niebezpieczne oblicze polskich gór.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 343

Data ważności licencji: 5/20/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Jarosław Szczyżowski

Projekt okładki

Magda Kuc

Fotografie na okładce

© Zocha_K/E+/Getty Images

Fotografia autora

© Olga Orlińska-Szczyżowska

Mapka z oznaczeniem trasy turystycznej

(© Wydawnictwo Turystyczne PLAN)

Redaktorka inicjująca

Dominika Kardaś

Redaktorka prowadząca

Izabela Marszał

Redakcja

Dominika Kardaś

Adiustacja

Dorota Ponikowska

Korekta

Magdalena Wołoszyn-Cępa Obłędnie Bezbłędnie, Edyta Chrzanowska

Opieka promocyjna

Bogna Piechocka

ISBN 978-83-8427-255-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Mąż Luizy Steckel nazywał się Beniamin Sender. Któregoś dnia wyszedł na dwór o siódmej wieczorem i woła do małżonki: „Chodź szybko! Widziałem Nocnego Łowcę!”. Ona wybieg­ła przed drzwi, ale nic już nie zobaczyła, tylko psy szczekały.

Will-Erich Peuckert

Najbardziej przerażającą rzeczą jest całkowita akceptacja samego siebie.

Carl Gustav Jung

Prolog

Wczoraj i dziś nie miały już żadnego znaczenia. Czas stał się nieistotny, tak jak nieistotni stali się ludzie goniący za codziennymi sprawami. Te ich żałosne problemy… Są tacy groteskowi, miałcy i słabi… A przede wszystkim zbyt głupi, aby zrozumieć wagę tego, czego właśnie są świadkami. Dane im zostało obejrzeć finał wielkiego spektaklu na scenie teatru świata, lecz oni wolą odwrócić wzrok.

Po tygodniu nikt nie będzie pamiętał, co się tutaj wydarzyło. Wszyscy zajmą się sobą i wrócą do swoich pożal się Boże obowiązków, a do tego jeszcze przeinaczą fakty, bo ich ptasie móżdżki nie są zdolne, by nawet przez chwilę się zastanowić, co niesie ze sobą ten moment. Właśnie teraz następuje ostatni akt jego opus magnum. Do diabła z nimi i podłością tego świata!

Wśród neogotyckich ścian rozległ się ogłuszający huk, a echo poniosło się po ruinach.

Mężczyzna osunął się na ziemię. Półprzymknięte oczy sprawiały, że wyglądał jak prorok z bizantyjskiej ikony. Wyrażały jakiś rodzaj ulgi, odprężenia i chyba smutku. Patrzył – choć przecież widzieć nie mógł – w zwieńczone ostrymi łukami okna, przez których rozbite szyby wlewały się chłód i czerń listopadowej nocy.

Ubrany był w sportową kurtkę i ciemne spodnie z goreteksu, ale na nogach zamiast butów trekkingowych miał ciężkie czarne buciory z wysokimi cholewami, stare i zniszczone, zupełnie niepasujące do współczesnego ubioru. Wokół głowy rozlała się krwawa aureola.

Spektakl skończony. Kurtyna opadła. Uderzenia kropel deszczu niosły się po neogotyckiej hali kurhausu Brehmera niczym szum oklasków. Artysta jednak nie reagował. Nie było czerwonego dywanu, nie było fleszy, aktor monodramu nie błyszczał brylantyną ani olśniewającym uśmiechem.

Kawalkada samochodów pędziła długą prostą w kierunku centrum Sokołowska. Gdy dotarła na miejsce, stroboskopowe niebieskie światło zatańczyło wśród mokrych ceglanych ścian dawnego sanatorium i starodrzewu pobliskiego parku, po którym niegdyś przechadzali się kuracjusze.

Ubrani na czarno funkcjonariusze wyskoczyli z radiowozów i nieoznakowanych furgonetek. Na ulicę wylegli gapie. Czarne parasole, pod którymi kryli się przed deszczem, przypominały rozwinięte błoniaste skrzydła nietoperzy. W obejściach psy wyły i ujadały, jakby odzierano je ze skóry. Ktoś coś krzyczał, ktoś wydawał polecenia, ktoś z gapiów zaklął, inny robił zdjęcia albo kręcił film smartfonem.

Dawny kurhaus nie przypominał już opuszczonego budynku, mimo że takim był od lat. Dziś stał się sceną i widownią, na której rozgrywał się spektakl ars moriendi.

Rozdział 1

Puszka Pandory

Andrzejówka

listopad 2026

Lało jak z cebra. Było jeszcze przed południem, gdy chmury się obniżyły i pogrzebały zalesione szczyty w gęstej ­szarości.

Pogoda nie ułatwiała pracy operatorowi koparki. Każdy kolejny metr rowu oznaczał walkę z wodą zalewającą wykop. Na domiar złego zbliżał się koniec roku, a wraz z nim nadciągały terminy, odbiory i rozliczenia. W styczniu przy podpisywaniu umowy czasu na wykonanie pracy zdawało się aż nadto, ale jak to w życiu bywa, nagle ze stycznia zrobił się czerwiec, a potem nadeszła końcówka października. Wykonawca zaczął gonić terminy, ale jak zwykle biednemu wiatr w oczy – podła pogoda, ktoś zapił, ktoś nie przyszedł do roboty, a do tego kilka zaczętych zleceń i wszystko w ciemnej dupie… Tak ciemnej, jak te chmury, które zawisły nad Górami Suchymi.

Na Ostatnią Chwilę powinno zostać świętem państwowym wolnym od pracy – rozmyślał gorzko koparkowy, rozcierając zmarznięte ręce. A żeby zrobić z tego długi weekend, należałoby dodać jeszcze jedno święto: Spokojnie, Będzie Pan Zadowolony.

Na przekór żywiołom łyżka koparki pracowicie usypywała obok rowu coraz większą hałdę ziemi. Spływające po szybie krople deszczu rozmazywały mokry, szary krajobraz. Nieoczekiwanie uwagę mężczyzny zwrócił pewien szczegół. Coś okrągłego wypadło z łyżki i potoczyło się wprost pod gąsienicę koparki. Narzucił na głowę kaptur i wysiadł z kabiny.

Pod jego nogami szczerzyła zęby blada, oblepiona ziemią czaszka. W pierwszej chwili pomyślał, że to zwykły kamień, ale gdy się przyjrzał, nie miał żadnych wątpliwości. To była ludzka czaszka, a obok niej leżały rozrzucone w nieładzie kości, które również nie przypominały zwierzęcych… Kolejna czaszka, fragment kręgosłupa i coś, co wyglądało jak żebra, spoczywały kawałek dalej. Mężczyzna wzdrygnął się i zaklął.

Przez chwilę się zastanawiał, co ma zrobić. Szef pewnie kazałby to wszystko zasypać i robić swoje. Każde takie znalezisko wiązało się z opóźnieniami, koniecznością składania zeznań i papierkową robotą. Gdyby to była jedna kość, to jeszcze pal diabli, powtarzał w myślach. W końcu wyciągnął z kieszeni telefon i pospiesznie wybrał numer sto dwanaście.

Niecałą godzinę później przy Andrzejówce stały już policyjne radiowozy, a technicy kryminalistyki zaczynali oględziny. Prace wstrzymano, teren otoczono taśmą policyjną. Na miejscu pojawili się także prokura­tor i antropolog sądowy, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości i oficjalnie ustalić, czy znalezione szczątki nie są pochodzenia zwierzęcego. Bardzo szybko się okazało, że nie były.

Tydzień później

Przestało lać, ale wisząca nad Górami Suchymi Altocumulus lenticularis już zwiastowała kolejną zmianę pogody. Kształtem przypominała olbrzymią soczewkę wygładzoną przez wiatr. Ciepły, suchy fen zstępował ze szczytów niczym niewidzialna fala i budził niepokój. Starsi mieszkańcy gór powtarzali, że wiatr ten jest posłańcem mrocznych, nieokiełznanych sił. Wierzono, że potrafi skłębić w głowie najczarniejsze myśli, doprowadza do samobójstw, ataków agresji, a nawet psychozy. Pod jego wpływem ludzie błąkali się ponoć bez celu, a w najciemniejszych zakamarkach ich psychiki budziło się uśpione szaleństwo.

Listopad zaczął się na dobre. Okolica, jak zwykle o tej porze roku, zasępiła się szarością. Koloru dodawały tylko resztki rdzawożółtych liści buczyny, jaworów, jesionów i zrudziałych modrzewi. Liście poderwały się z wiatrem jak spłoszone wróble. Omiotły Andrzejówkę, by po chwili opaść z powrotem na ziemię.

Jordan Pilski, wysoki, szczupły mężczyzna z kędzierzawą, opadającą na czoło czupryną i lekkim zarostem, krzątał się przy bufecie. Od wielu lat razem z Andrzejem Sową i Natalią Kanclerz prowadził schronisko, które było jednocześnie jego domem. Gdy pytano go, czy czasem nie tęskni za życiem tam na dole, odpowiadał, że mógłby co najwyżej tęsknić za ludźmi, a ci przecież sami do niego przychodzą. W prostych wnętrzach schroniska wyróżniał się fantazyjnym strojem, który bardziej przywodził na myśl ubiór wielkomiejskiego hipstera niż miłośnika gór. Jordan był jednak właściwym człowiekiem na właściwym miejscu – świetnie znał teren, zawsze służył radą, miał w zanadrzu mnóstwo ciekawostek o regionie i chętnie się nimi dzielił, łatwo nawiązywał relacje z ludźmi, a do tego był mistrzem ciętej riposty, co przydawało się zwłaszcza w kontaktach z turystami.

Lubił, gdy schronisko wypełniał gwar rozmów, ale nie narzekał też, gdy ruch na szlakach zwalniał, a on miał czas ogarnąć rzeczy, które długo czekały na swoją kolej. Właśnie porządkował szafki za barem, gdy zza okien dobiegł warkot terenowych samochodów, zauważył też błysk niebieskich świateł. W kierunku Przełęczy Trzech Dolin pędziły dwa czerwone Land Rovery GOPR-u.

Po chwili drzwi na zaplecze się otworzyły i główną salę schroniska zalały psychodeliczne dźwięki utworu The Ghosts gotyckiego zespołu Sopor Aeternus. Tuż potem do pomieszczenia wmaszerowała Natalia. Jej ręce były ozdobione pełnymi ezoterycznych symboli tatuażami. Podkreślone czarną kredką orzechowe oczy, blada cera, wysoka i smukła sylwetka, opadające do pasa kruczoczarne włosy (teraz splecione w gruby warkocz) powodowały, że ta trzydziestoparolatka z Unisławia Śląskiego wyglądała jak żywcem wyjęta z filmów Tima Burtona. Kilka lat temu dołączyła do schroniskowego teamu jako menadżerka i szefowa kuchni. Rozdzielała zadania, robiła listy zakupów i stawała przy garach. Jak sama podkreślała, najbardziej w swojej pracy lubiła to, że od tłumu turystów oddziela ją wydawcze okienko. Wydawało się, że jest całkowitym przeciwieństwem Jordana. Była skryta, zawsze lekko naburmuszona i nieprzystępna, ale jeśli komuś udało się zdobyć jej sympatię, mógł liczyć na kubek grzańca z plastrem pomarańczy, a nawet postawienie tarota.

Jordan czasem żartobliwie nazywał Natalię ich schroniskową wiedźmą, ale ona zupełnie poważnie odpowiadała wtedy, że astrologia i magia ludowa czasem pomagają lepiej zrozumieć siebie i świat niż zdrowy rozsądek. Faktycznie, musiała mieć jakiś szósty zmysł, bo niemożliwe, by przez dudniącą z głośników muzykę usłyszała dźwięk silników. Jordan gestem wskazał jej znikające już za zakrętem samochody GOPR-u.

– Znów coś się dzieje – mruknęła Natalia, a on przytaknął. Odkąd operator koparki natrafił w pobliżu schroniska na ludzkie szczątki, w tkance tego miejsca coś uległo zmianie. Gdy człowiek mieszka w górach wystarczająco długo, uczy się odczytywać pewne znaki. Oboje doskonale to wyczuwali.

Rejon Waligóry

listopad 2026

Zaledwie kilkadziesiąt minut przed tym, jak Pilski zauważył pędzące szutrową drogą Land Rovery, dyżurny Sudeckiej Grupy GOPR otrzymał zgłoszenie od zaniepokojonych mieszkańców wsi o zaginięciu Józefa Kwiatka z Sokołowska. Naczelnik przydzielił Rafała Sikorę do poszukiwań w rejonie Waligóry, Przełęczy Trzech Dolin i najbliższej okolicy schroniska.

Porośnięty świerczyną i buczyną szczyt Waligóry przypominał z wyglądu kopiec kreta. Sięgał prawie tysiąca metrów nad poziomem morza i opadał stromo ku malowniczo położonej Andrzejówce. Od Przełęczy Trzech Dolin wschodnim zboczem Waligóry trawersował szlak turystyczny, być może nie bez przyczyny oznaczony kolorem czarnym. Dawniej miejscowi nazywali goTotenweg, czyli drogą umarłych, ale tej nazwy prawie nikt już nie pamiętał.

Prawie, bo akurat Józek Kwiatek – lokalny pijaczyna uznawany przez wielu za element wiejskiego folkloru – znał takich ciekawostek bez liku i w zamian za piwo, a czasem dwa, opowiadał je turystom i wszystkim, którzy byli zainteresowani jego bajaniem.

W zasadzie było ich dwóch, on i Jurek Gwiazda, podobny agent. Można było odnieść wrażenie, że ci dwaj czasem wręcz prześcigają się w tym, który z nich opowie bardziej niesamowitą historię i bardziej zaszokuje słuchaczy. W ich ustach lokalne legendy nabierały kolorów i urastały do absurdalnych rozmiarów: leśne ścieżki roiły się od duchów, w górach straszył Nocny Łowca, a całą okolicę otaczał nimb tajemniczości. Kwiatek i Gwiazda z pełną powagą mówili, żeby nie lekceważyć tych opowieści, a gdy zdarzy się komuś spacerować nocą po górach i usłyszy gwizd przypominający wiatr w szczelinach skał oraz wycie i ujadanie psów, niech lepiej bierze nogi za pas i ucieka, bo to Nocny Łowca ze swoją sforą czyha na zbłąkanych wędrowców.

Rozdziawiającym coraz szerzej usta turystom opowiadali, że to duch niemieckiego wojaka, którego potępiona dusza włóczy się po lesie. Zapewniali nawet, że widzieli czasem na śniegu odbite podeszwy Knobelbecherów – ciężkich wojskowych butów, których używano w armii Cesarstwa Niemieckiego jeszcze przed pierwszą wojną światową i w jej trakcie. Ślady zawsze urywały się nagle, jakby ich właściciela pochłonęła ziemia. I ani w lewo, ani w prawo, mawiał stary Gwiazda, rozkładając ręce.

Rafał każdą z tych historyjek słyszał już przynajmniej kilka razy, ale darzył obu staruszków ciepłymi uczuciami. Wciąż pamiętał, jak w czasach licealnych (gdy nosił długie włosy i wyglądał jak Eddie Vedder z Pearl Jam) razem z kumplami chłonęli wszystkie mroczne tajemnice związane z regionem. A Kwiatek i Gwiazda byli ich niewyczerpaną skarbnicą.

Teraz pewnie Józek zapił i leży gdzieś w śniegu, pomyślał Rafał z lekkim uśmiechem, choć wiedział, że jeśli to prawda, muszą znaleźć zaginionego jak najszybciej, by nie zamarzł. O ile to już się nie wydarzyło. Sąsiedzi nie potrafili dokładnie powiedzieć, jak dawno Kwiatek zniknął im z radaru.

Rafał szedł szybkim krokiem i nasłuchiwał. Góry i cała okolica tonęły w lepkiej od wilgoci mgle. Listopadowa aura dodawała tajemniczości. Odgłosy dochodzące z głębi lasu przypominały bardziej ludzkie szepty niż dźwięki natury, a rosnące wzdłuż traktu strzeliste świerki wyglądały jak zakutani w czarne płaszcze żałobnicy.

Rafał poczuł dziwne mrowienie pod mostkiem. Żałobnicy na Totenweg… już szykują się na pogrzebowy orszak, przemknęło mu przez myśl, ale szybko odgonił nieprzyjemne skojarzenie. Czasem był zbyt podatny na mroczny klimat tych gór.

W zasadzie była to leśna droga, jakich wiele w pobliżu. Wiodący nią szlak przebiegał od górnej części Rybnicy Leśnej ku Andrzejówce i dalej w kierunku polsko-czeskiej granicy, pod grzbiet Ruprechtickiego Špičáka. Całkiem niedaleko znajdował się stary, zapomniany cmentarzyk. To od niego trakt wziął swoją nazwę, ale ponieważ zachowała się w niewielu niemieckich dokumentach, wiedzieli o niej tylko znawcy i tacy zapaleni odkrywcy lokalnych historii jak Rafał. Oraz rzecz jasna duet Kwiatek i Gwiazda. Ci z kolei swoim zwyczajem dopowiadali też, że na leśnym trakcie straszy, a obok starego buka, który rośnie na rozwidleniu dróg przy Totenweg, można spotkać ducha powieszonej kobiety.

Na rozgałęzieniu szlaku Rafał skręcił w wąską, stromą ścieżkę. Wysoki i dobrze zbudowany, zwinnie przeciskał się przez świerkowy młodnik. Był doświadczonym ratownikiem i dbał o kondycję, więc długie marsze w terenie, nawet w trudnych jesiennych warunkach, nie były mu straszne. W końcu dotarł do ruin starej owczarni i pozostałości pałacyku myśliwskiego Hochbergów. Postanowił dokładniej sprawdzić miejsce, które jeszcze niecałe sto lat temu tętniło życiem, a dziś popadło w zapomnienie. Kwiatek mógł się schować w ruinach przed wiatrem – zresztą latem często przychodzili tam razem z Gwiazdą na popijawy, może i teraz naszła go ochota, by się w nich zabunkrować?

Rafał nie potrafił jednak się opędzić od złych przeczuć. Nieprzyjemny, przeszywający dreszcz wyostrzył jego zmysły. Gdzieś w pobliżu trzasnęła gałąź. Spomiędzy drzew zerwał się z wrzaskiem drozd. Mężczyzna rozejrzał się dokoła i przedarł się przez młodnik. Przed nim wyrósł kamienny mur. Wdrapał się na niego, przeskoczył i znalazł się w budynku, który kiedyś służył za owczarnię. Na przestrzeni lat zdążyło w nim wyrosnąć kilka okazałych świerków.

Pod jednym z nich Rafał zauważył leżący but. Mocno zdezelowany, ale wyglądał, jakby właściciel zgubił go całkiem niedawno. Ratownik jeszcze raz rozejrzał się wokół, gdy nagle usłyszał w myślach głos: „Spójrz w górę”.

Prokurator Krzysztof Malawski wysiadł z policyjnej terenówki i postawił kołnierz skórzanej kurtki. Na pierwszy rzut oka wyglądał raczej na lidera hardrockowej grupy niż na funkcjonariusza publicznego. Czarne martensy, czarne jeansy, czarny szalik owinięty wokół szyi, a spod rozpiętej skórzanej kurtki wyłaniał się nadrukowany na bluzie, szczerzący zęby Eddie, upiorna maskotka zespołu Iron Maiden. Nieco podkrążone oczy i blada cera zdradzały przemęczenie prokuratora, ale rekompensowały to starannie przystrzyżona broda i elegancko zaczesane blond włosy.

Chwilę później na miejsce dotarł lekarz sądowy. Kilku ratowników GOPR-u w jaskrawoczerwonych kurtkach stało z zadartymi głowami, patrząc na coś, co wyglądało jak bezwładna kukła zawieszona na czubku drzewa.

– Rafał Sikora – przedstawił się jeden z nich i podał rękę nowo przybyłym. – To ja znalazłem ciało i wezwałem na miejsce kolegów.

Prokurator wsunął ręce do kieszeni i milczał.

– Szczerze mówiąc, myśleliśmy, że się powiesił – dodał najstarszy z ratowników. Malawski znał go, był to Paweł Kmita, naczelnik Sudeckiej Grupy GOPR. Jeśli coś się działo, zazwyczaj to on przejmował kontakt z wymiarem sprawiedliwości.

Wszyscy zebrani unieśli wzrok. Zmarły tkwił kilkanaście metrów nad ziemią. Jego ramiona wciąż były oplecione wokół drzewa, choć już bezwładnie, a na twarzy – na tyle, na ile dało się to dostrzec z dołu – rysowało się przerażenie.

– Może serce? – zapytał jeden z ratowników.

– To się okaże – odparł lekarz sądowy. – Dość dziwny pomysł, żeby w tym wieku wspinać się aż tak wysoko na drzewo.

– Dziwny to mało powiedziane – mruknął Malawski. – Człowiek nie wchodzi przecież na czubek drzewa, żeby się napić herbaty z termosu. Swoją drogą ostatnio sporo się dzieje w waszej okolicy – zwrócił się do ratowników. – Najpierw kości pod schroniskiem, teraz to…

Po chwili do grupy dołączyli policjanci przeszukujący teren.

– Wstępnie żadnych śladów oprócz buta znalezionego przez pana Sikorę – zameldował policjant.

– Zabezpieczyć wszystko – polecił prokurator. – Dokumentacja fotograficzna, pełne oględziny.

Po zakończeniu procedur goprowcy zabezpieczyli ciało za pomocą lin i ostrożnie opuścili je na ziemię.

– Musiało go coś nieźle wystraszyć, skoro tam wlazł – zauważył jeden z ratowników.

– Pewnie wilki – zasugerował policjant. – Ostatnio mamy sporo zgłoszeń w tej sprawie.

– Józka wilk by nie wystraszył – stwierdził Rafał, nie spuszczając wzroku z ciała.

– Znał go pan? – zainteresował się prokurator.

– Niech pan zapyta, kto go nie znał – odparł Rafał. – Józef Kwiatek był chodzącym okazem lokalnego folkloru. Łapał się różnych robót po ludziach i był bardzo rozmowny, więc każdy w Sokołowsku przynajmniej go kojarzył.

Malawski spojrzał na ratownika badawczym wzrokiem.

– Wygląda na to, panie Sikora, że będziemy musieli się jeszcze spotkać celem złożenia zeznań. Wydaje się pan cennym źródłem informacji na temat denata. – Prokurator wyciągnął wizytówkę i wręczył Sikorze.

Andrzejówka

listopad 2026

Goprowskie Land Rovery zaparkowały na rozmokłym parkingu przed schroniskiem. Mgła zgęstniała i zaczął siąpić deszcz. Powietrze pachniało mokrym drewnem i przesiąkniętymi wilgocią liśćmi.

W głównej sali było pusto. Jordan siedział za barem i odpisywał na maile. Gdy ratownicy weszli do środka, oderwał wzrok od komputera i przywitał ich mocnym uściskiem dłoni i klepnięciem w plecy.

– Co się stało, że goniliście w taką pogodę do góry?

– Trup – odparł krótko naczelnik Kmita. – I to na drzewie. Przy ruinach zameczku Hochbergów.

Jordan powiódł po nich wzrokiem, zdezorientowany.

– Jak to na drzewie? Znaczy wisielec?

– No właśnie… nie – wtrącił się drugi z ratowników. – Wlazł tam i prawdopodobnie dostał ataku serca. Paskudny widok… – Pokręcił głową.

– Turysta? – drążył Pilski.

Ratownicy spojrzeli po sobie, a Kmita przyzwalająco skinął głową. Prędzej czy później i tak wszystko wyszłoby na jaw.

– Jordan… To Józek Kwiatek – oznajmił Rafał z grobo­wą miną.

W pomieszczeniu zapadła cisza. Tylko krople deszczu bębniły o parapet.

– Kwiatek?! A po kiego ciula wlazł na to drzewo? – Pilski nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał.

Józef Kwiatek był dobrze znany całej ekipie schroniskowej, bo dorabiał czasem w Andrzejówce. Pomagał przy remontach i drobnych pracach, a po dwóch piwach zabawiał turystów swoimi opowieściami. Jordan lubił go i uważał, że taki lokalny gawędziarz dobrze robi atmo­sferze w schronisku. Goście chyba byli podobnego zdania, bo bez większych zachęt stawiali mu kolejki jedna za drugą, żeby opowiadał dalej.

– Nie wiemy, dlaczego to zrobił, a czegoś więcej dowiemy się pewnie dopiero po sekcji. Po wstępnych oględzinach prokurator nic nie wspomniał o udziale osób trzecich – odparł Paweł i dodał: – To Rafał go znalazł.

Jordan spojrzał na postawnego ratownika. Przyjaźnili się od podstawówki, Pilski był tym gadatliwym i zabawnym, a Rafał… Cóż, był raczej skryty i małomówny, niezbyt odnajdywał się w grupie. Ze względu na wzrost nauczyciele sadzali go w ostatniej ławce, a przerwy spędzał zazwyczaj sam nad jakąś książką fantasy. Aż pojawił się Jordan i po prostu postanowił zaadoptować Sikora. Odtąd byli właściwie nierozłączni. Razem poszli do liceum, gdzie znaleźli paczkę znajomych, których połączyła pasja do lokalnych historii i legend. Pilski doskonale pamiętał, że to od Kwiatka po raz pierwszy usłyszeli o Nocnym Łowcy, starym cmentarzu przy Totenweg i wielu innych rzeczach, które potem wytrwale tropili w archiwach.

– Cholera, Rafał, tak mi przykro. Wiem, że go lubiłeś… Wszyscy go lubiliśmy. – Jordan pokręcił głową. – Co tu się wyrabia? Najpierw te kości, teraz Kwiatek…

Sikor milczał. Nigdy nie należał do gadatliwych, ale tym razem było widać, że coś go mocno gryzło.

– A co z tymi kośćmi? Wiadomo coś? – Do rozmowy wtrącił się któryś z pozostałych ratowników.

– No, z tym jest niezła draka, powiem wam. – Jordan się ożywił. – Zagadałem do jednego z archeologów i powiedział mi, że jak odkryli większy kawałek, to okazało się, że ciał jest w sumie sześć! Wszystkie były zdekapitowane, a głowy położono między stopami.

– Zabiegi apotropaiczne… – Rafał rzucił porozumiewawcze spojrzenie Jordanowi.

– Zabiegi apo-co…?

– Apotropaiczne, czyli mające odegnać zło – wyjaśnił pozostałym ratownikom Jordan. – Kojarzycie historię upiora z Reimswaldau?

Wszyscy poza Rafałem pokręcili głowami.

– Moi panowie, w takim razie zapraszam na odcinek opowieści niezwykłych z Gór Suchych! Niejaki Georg Eichner był stolarzem i ponoć wielce dobrodusznym człowiekiem. Mieszkał tutaj, w Reimswaldau, czyli Rybnicy Leśnej. – Jordan był już w swoim żywiole, bo podobnie jak Józek Kwiatek uwielbiał opowiadać historie i robił to z prawdziwie aktorskim zacięciem. W przeszłości myślał nawet o studiach na akademii teatralnej, a niektórzy twierdzili wręcz, że minął się z powołaniem. – Nie wiedzieć czemu, po śmierci nasz Eichner zaczął wstawać z grobu i dręczyć ludzi. Niektóre kobiety pod przysięgą zeznawały, że upiór molestuje je seksualnie! – Po widowni przebiegł nerwowy rechot, ale Pilski zachował całkowitą powagę. – W tej sprawie do Maksymiliana von Hochberga, właściciela okolicznych ziem i pana na Zamku Książ, udał się ówczesny sołtys wsi, by jakoś zaradzić kłopotliwej sytuacji. Dobry pan pochylił się nad losem dręczonych przez upiora wieśniaków i oto co rozkazał: w obecności egzorcysty, grabarza i samego Hochberga wyciągnięto stolarza z grobu, przebito mu serce osinowym kołkiem, a głowę na wszelki wypadek odcięto. Tak oto nasz upiór został unieszkodliwiony i poczciwe mieszkanki Reimswaldau mogły się czuć bezpiecznie!

– Czyli… chcesz powiedzieć, że w Rybnicy właśnie rozkopano groby sześciu upiorów? – Jeden z ratowników przełknął głośno ślinę.

– A co, boisz się, że zaczną cię napastować seksualnie? – odezwał się niski kobiecy głos.

Zebrani mężczyźni aż podskoczyli, bo Natalia wychynęła z zaplecza tak cicho, że nikt jej nie usłyszał.

– Jezusie słodki, Natalka, ty czarownico! Mówiłem ci, że masz się tak nie skradać! – zawołał Jordan, ostentacyjnie łapiąc się za serce.

– Skąd wiesz, że po prostu się tutaj nie teleportowałam? – zapytała Natalia ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy. – W końcu jestem wiedźmą.

– Słyszałaś? Józek Kwiatek nie żyje, Rafał go znalazł.

– Oczywiście, że słyszałam. Byłam tu prawie cały czas.

Jordanowi mogło się wydawać, ale stojącego najbliżej niej ratownika chyba na te słowa autentycznie przeszedł dreszcz.

– Szkoda chłopa – stwierdziła.

– No szkoda – zgodził się Kmita. – Ale ja myślę, że wszystko wyjdzie na dniach, nie ma co się straszyć upiorami. Chłopaki, dopijajcie herbatę i zbieramy się – zarządził.

Goście niechętnie zaczęli się zbierać do wyjścia.

– Ja się przejdę – powiedział Sikor.

– W taką pogodę? – zdziwił się Paweł. – Nie wygląda, jakby miało przestać padać.

– Poradzę sobie – odparł Rafał stanowczo i naczelnik zrezygnował z dalszej dyskusji.

Ratownicy zamienili jeszcze kilka słów, dopili herbatę i wyszli ze schroniska. Jordan powstrzymał Sikora przed wyjściem, łapiąc go za ramię.

– Wszystko w porządku, Rafał?

Pilski zmierzył przyjaciela badawczym wzrokiem. Na przystojnej twarzy o rysach wyostrzonych górskim powietrzem widać było ślady zmęczenia i przygnębienia.

– Dbasz o siebie? – dopytywał Jordan. – Nie chciałbym, żeby znowu… No wiesz.

– Jasne, chłopie, nie martw się o mnie. Pójdę już. – Sikor zarzucił na ramię plecak i wyszedł na zewnątrz.

– Wpadnij do nas niedługo, dobra? Dawno nie gadaliśmy! – zawołał jeszcze za nim Pilski, ale Rafał już się nie odwrócił, a jedynie uniósł dłoń na znak pożegnania.

Andrzejówka – Sokołowsko

listopad 2026

Deszcz nie odpuszczał, mgła snuła się po zwiędłej, mokrej łące. Zielony szlak prowadził od Andrzejówki w dół do skrzyżowania, skąd można było wyruszyć w kierunku ruin Zamku Radosno.

Średniowieczna warownia cieszyła się popularnością wśród turystów i stanowiła jeden z najczęstszych celów górskich wędrówek w tej okolicy, choć na pierwszy rzut oka otoczenie zamku do nich nie zachęcało – wystające korzenie drzew, kamienie i mokre liście tworzyły naturalne przeszkody. Od strony Andrzejówki dało się tam dojść bez większych problemów, ale znacznie gorzej wyglądało podejście żółtym szlakiem od Sokołowska. Szczególnie niebezpiecznie robiło się zimą, gdy szlak był oblodzony.

Sama budowla była dość siermiężna i wzbudzała dziwny niepokój. Tego wrażenia nie łagodziły nawet jesienne kolory drzew, a teraz, gdy liście opadły i wszystko wokół nabrało odcieni szarości, całość stanowiła doskonałe miejsce do nakręcenia sudeckiej wersji Blair Witch Project.

Rafał czasem miał wrażenie, że Góry Suche zagięły parol na człowieka. Nie dość, że każde wejście na szczyt wiązało się z piekielnie stromymi i kamienistymi podejściami, to na dodatek trudów wspinaczki wcale nie rekompensowały piękne widoki. Trzeba było naprawdę dobrze znać topografię regionu, by znaleźć miejsca, które pozwalały nasycić oczy panoramą Gór Sowich, Wałbrzyskich czy Karkonoszy.

Sikora dotarł do kolejnego skrzyżowania, skąd ruszył szlakiem w lewo, przez cmentarz Römplerów. Niemiecką rodzinę pochowano na zboczach Włostowej, tuż przy leśnej ścieżce odchodzącej od szlaku łączącego Sokołowsko z Andrzejówką. Rafał często tu przychodził. Czuł się nawet w jakiś sposób odpowiedzialny za to miejsce. Sprzątał wypalone znicze i zapalał nowe.

Doktor Theodor Römpler był pulmonologiem, który współtworzył uzdrowisko w Sokołowsku i specjalizował się w leczeniu ciężkich chorób płuc – między innymi gruźlicy. Wkrótce uzdrowisko stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i prestiżowych w Europie. Nazywano je śląskim Davos. Zainspirowało Thomasa Manna do stworzenia Czarodziejskiej góry, a lata później Olgę Tokarczuk, która osadziła tu akcję powieści Empuzjon.

To między innymi z inicjatywy Römplera wokół Sokołowska powstały romantyczny park zdrojowy i zameczekFriedenstein, gdzie Sikor i Jordan za dzieciaka urządzili sobie bazę wypadową do poszukiwań skarbów ukrytych przez Niemców podczas wojny. W tamtych czasach wiele się o nich opowiadało i szybko można było dojść do wniosku, że u każdego sąsiada w piwnicy jest Bursztynowa Komnata.

Rafał przystanął na chwilę i pozwolił, by to, co spotkało go w ciągu dnia, rozpłynęło się w jego głowie. Ciszę przerwał głuchy trzask gałęzi. Coś przebiegło między drzewami, ale we mgle i siąpiącym deszczu trudno było cokolwiek zauważyć. Sikor zdjął kaptur i nasłuchiwał. Miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Gdzieś w koronach drzew poderwały się spłoszone ptaki i dało się słyszeć coś, co przypominało dziecięcy chichot, który raptem zamienił się w warczenie psa.

W lesie coś się czaiło. Sikor wyczuwał tę samą dziwną, niepokojącą obecność jak wtedy, gdy spostrzegł żałobne sylwetki drzew przy Totenweg. Na wszelki wypadek wycofał się na szlak. Żałował, że nie ma przy sobie czekana. Rozejrzał się wokół i ruszył szybkim krokiem w kierunku Sokołowska, oglądając się co chwilę przez ramię. Teraz był już pewien, że nie jest sam. Ktoś-niektoś szedł tuż za nim. W polu widzenia Rafała zamajaczył cień. W głowie odezwały się szepty. Mężczyzna w panice rzucił się do szaleńczego biegu.

W końcu wypadł na skraj lasu, gdzie stał niewielki drewniany schron. Ratownik się odwrócił i jego wzrok padł na ciemną sylwetkę. Ktoś-niektoś stał przez moment nieruchomo, by zaraz zniknąć we mgle.

Sikor zdjął plecak i wydobył z górnej klapy neuroleptyki, które pozwalały mu w miarę normalnie funkcjonować. Łyknął tabletkę i popił wodą. Ostatnio zdarzało mu się zapominać o regularnym przyjmowaniu zapisanej dawki i teraz miał za swoje. Nie przepadał za nimi, bo czuł, że pod wpływem leków jego odczuwanie świata spłaszcza się i ubożeje. Ale jeśli chciał uniknąć kolejnych spotkań z kimś-niekimś, nie miał wyjścia.

Od najbliższych zabudowań Sokołowska dzieliło go dwieście, może trzysta metrów. Wziął kilka głębokich oddechów i ruszył szybkim krokiem w dół. Tętno wracało do normy. Obejrzał się za siebie jeszcze raz, ale oprócz deszczu i mgły nie było za nim nic.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Prolog

Rozdział 1. Puszka Pandory

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Epigraf

Meritum publikacji