Niezwykły koncert - Romulus Vulpescu - ebook

Niezwykły koncert ebook

Romulus Vulpescu

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kwidzynie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 103

Rok wydania: 1978

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Niezwykły koncert

Dyktator nie lubił muzyki, ale ją tolerował (co prawda tylko marsze) jako nieodzowną część polityki kulturalnej swojego programu rządowego. Muzycy — wyłącznie zawodowi — zostali podzieleni na dwie zasadnicze kategorie: czystej krwi i innych. Ci „inni” przestali go interesować. Tych czystej krwi jeszcze raz podzielono: na twórców marszów i innych. „Inni” go nie obchodzili, twórców marszów odznaczał. Wznosił im pałace i posągi konne. Wykonawców marszów dekorował medalami. Poświęcał im place i aleje. Gdy wszyscy mieli już pomniki, a medali nie było gdzie przypinać, dodawał im jako końcówkę do nazwiska jakiegoś sławnego kompozytora wyszukanego w encyklopedii. Starszym lub bardziej gorliwym, już dwukrotnie uhonorowanym za zasługi, dodawał do jednej końcówki jeszcze drugą. Po pewnym czasie spostrzegł, że nie ma już czego im dawać ani przypinać. Ginęli od nadmiernego ciężaru zaszczytów. Kurczyła się generacja „marszotwórców'', wymierała. Postanowił ją zasilić — na początek niewielką ilością tych „innych”. Naturalnie, czystej krwi. Jedni poddali się i z czasem wstąpili do orkiestry fanfarzystów, drudzy odmawiali i uczyniono z nich doboszów. Pozostał tylko jeden. Pianista. Porachunki z nim miał od dawna.

Dyktator uważał się i za muzykologa, aby więc mieć przeciwnika, pozostawił pianistę w granicach kraju. Przymusowo. Nie pozwolił mu jednak grać. Skoro nie grał, publiczność nie chodziła na jego koncerty. Dyktator mówił do swoich zaufanych: „Widać narodowi nie podoba się ten rodzaj muzyki. Tylko marsze. Muzyka to sztuka wyrafinowana. Dla tych, którzy szanują rytm”. Trzymał go w pięknym domu, lecz bez fortepianu. Skonfiskował mu partytury i patefon. Pozostawił płyty i aparat radiowy, który odbierał program rządowy transmitujący wyłącznie marsze. Wojskowe. Pianista przez jakiś czas grał na maszynie do pisania. Zabrano mu ją, bo stukot klawiatury denerwował strażnika przy bramie.

Pianista starzał się i wpadał w neurastenię szukając klawiatury na meblach. I znajdował ją. Dyktator sądził, iż jeśli uda mu się zachęcić pianistę, by wstąpił do jego osobistej orkiestry fanfarzystów, zapisze wielki sukces na swojej liście osiągnięć w dziedzinie muzykologii. Usiłował go zwabić przy pomocy gumy do żucia i helikoptera. Pianista wolał zostać doboszem. Dyktator zaczął rozmyślać: „Niech mi już dadzą spokój z tymi doboszami, bębnienia mam powyżej uszu. Tutaj trzeba zastosować szok psychologiczny: pozwolę mu grać — co chce, jak chce i ile chce. Niezwykły koncert!” Osobiście udał się do pianisty. Pianista sądził, że przyszedł mu skonfiskować ręce, lecz gdy pojął, że Dyktator oddaje mu instrument, zadrżały mu dłonie i zalał się łzami. Dyktator dał mu do dyspozycji największą salę koncertową w stolicy na 2000 miejsc i zezwolił na ćwiczenie w niej, ile tylko zechce. Po pewnym czasie pianista, pełen emocji jak podczas pierwszego egzaminu w konserwatorium, oznajmił, iż już jest przygotowany. Zadawniony strach kazał mu przedstawić Dyktatorowi program. Ze ściśniętym sercem. Dyktator zatwierdził go bez żadnych sprzeciwów. Pianista gotów był uwierzyć, że coś się zmienia lub już się zmieniło. Za stary był i za bardzo uradowany, by interesować się szczegółami. W wieczór koncertu Dyktator przysłał mu swój apartament na gumowych kołach, aby zabrał go z domu i dostawił przed tylne wejście dla artystów. Pianista wiedział, że Dyktator jest punktualny. O wyznaczonej godzinie wyszedł na scenę, oszołomiony, czerwony na twarzy, pocąc się coraz bardziej, patrząc prosto przed siebie i dostrzegając publiczność kącikiem lewego oka. Nie zatrzymując się, lekko się skłonił. Usiadł przy fortepianie. W zupełnej ciszy uniósł w górę ręce. Potrzymał je tak przez chwilę, a potem runął na klawisze atakując pierwszą w programie sonatę. Sonatę, której kompozytor stał się końcówką w nazwisku głównego dobosza w Orkiestrze Dyktatora. Po pierwszych taktach zaczął powoli przychodzić do siebie. Poprzez dźwięki instrumentu przebiło się na chwilę uczucie zdziwienia. Nikt nie powitał go oklaskami. Po latach milczenia. Zapomniano go! Zatraciło się pojęcie koncertu. Dopiero przy andante w drugiej części znalazł najbardziej naturalne, a zarazem najbardziej wstrząsające wyjaśnienie: w ten sposób podziwiano piękno jego postawy, oddawano hołd jego milczeniu. I być może stan łaski, w jakiej znalazł się znakomity wykonawca. A potem całkowicie zapomniał, gdzie się znajduje, bez reszty oddając się instrumentowi, z którym był rozdzielony przez osiem lat. Grał już nie dla publiczności znajdującej się na sali, nie dla ludzi słuchających go przez radio, lecz dla siebie. Prawie od dziesięciu lat się nie słyszał. Grał z pasją debiutanta i z doskonałością dojrzałości. Po dwóch godzinach skończył. Potrzebował dłuższej chwili, by się ocknąć — zdać sobie sprawę, gdzie się znajduje, i spojrzeć na salę w oczekiwaniu aplauzu. Nic.

Przerażenie. Jeszcze chwila. Niemożliwe. To jest niemożliwe. Podniósł się. Podszedł do rampy. Machinalnie wyciągnął okulary z kieszeni fraka. Nie pojął w pierwszej chwili ani w drugiej, ani w następnych. Z krzeseł, z balkonów, z lóż patrzyło na niego cztery tysiące oczu. Nieruchomych. Sala była pełna. Panie, panowie, dzieci. Manekiny z wszystkich wystaw sklepowych w kraju zaproszono tego wieczoru na nadzwyczajny koncert. Z loży Dyktatora rozległ się śmiech, suchy, straszny, zwielokrotniony milczeniem manekinów. Pianista odgarnął włosy z czoła i skierował się za kulisy. A wówczas buchnęły oklaski dłoni dwóch tysięcy manekinów, tłumiąc pełen przestrachu śmiech Dyktatora. Pianista nie usłyszał ich. Już był na ulicy.

Współczynnik czasu

Człowiek w pasiastym ubraniu spał. Przez cały dzień i całą noc spał, aby zapomnieć, że trapi go bezsenność. Skazany był na dożywocie. Ukradł budżet małego państwa, przeznaczony na cele kulturalne. Któregoś dnia, gdy jesień zawilgociła mu ostatni pakiet złudzeń, zabrakło mu pieniędzy na kupno paczki papierosów. Nudził się, ponieważ nie miał wspomnień. Kiedyś je miał, lecz oddał je innym skazańcom, którzy w ogóle byli ich pozbawieni. Lepiej snuć cudze wspomnienia: dlatego też więźniowie byli mu podwójnie wdzięczni — za to, że obdarował ich marzeniami (co prawda starymi i wyszłymi z obiegu, lecz przecież biedne dzieci uczą się z poplamionych podręczników bogatego z szóstej klasy) i za to, że nie ponosili za nie żadnej odpowiedzialności. Nie były ich. Tak jak miłość w kinie. Swoich wspomnień nie mieli, by móc je z nim wymienić. Pracowali przez całe życie mnożąc do n-tej potęgi podobne do siebie, od początku do końca zautomatyzowane dni. W zamian powierzyli mu więc jedną z więziennych tajemnic: należy spać w sposób męczący, wyczerpujący, aby w nocy być śpiącym i móc odpoczywać. Codziennie bezwiednie łykał porcję czasu, znieruchomiałą między dwoma wiecznościami zawsze równymi sobie. Nie wiedział, jak długo przebywa w celi: czas, który mu pozostał, był zawsze równy minionemu okresowi z dodatkiem dnia wczorajszego. Więzienna algebra. Podstawowa. Równanie pierwszego stopnia. Z jedną tylko różnicą: wszystkie człony były niewiadomymi z wyjątkiem jednego — współczynnika czasu, zawsze równego swoim ułamkom. Wiarygodny pewnik. Zawsze można go było dowieść. Lecz wszystko to prowadziło do jednego twierdzenia, które zaniepokoiło go. Układ jest tak dokładny i przejrzysty, iż bez wątpienia musi być oparty na fałszywych przesłankach. A on chciałby mieć pewność. Pewność czasu. Postanowił opuścić więzienie i powrócić między wolnych ludzi. Można zgodzić się, że wieczności są sobie nawzajem równe, lecz składają się z określonych odstępów czasu, którymi dysponujemy dzięki ludzkiej uprzejmości. Gdy połaził parę godzin po barach i automatycznych klozetach, znudził się. Ogarnęło go całkowite rozczarowanie. Jest tak samo jak tam, wewnątrz. Pija się sok owocowy i koktail mleczny z malinami (może być z pomarańczą, jeśli ktoś woli), i tyle. Ludzie śpią bez przerwy, od czasu do czasu plując na podłogę i narażając się na wyrzucenie. Ale tych jest niewielu. Większość uprawia filatelistykę wspomnień, a wymiana odbywa się po niepokojąco wysokim kursie. Wspomnienie miłosne warte jest co najmniej trzech wspomnień z podróży. Najbardziej jednak poszukiwane są wspomnienia o przyjaźni. Jeden do pięciu w stosunku do miłości.

Zdarzali się również i maniacy, którzy za wspomnienie o sumieniu oddawali cały komplet pozostałych. Lecz było ich niewielu i uważano ich za nieco podejrzanych, gdyż sypiali niewiele. Czytano mało, wyłącznie z dłoni. Z oczu nikt nie miał odwagi. Były zresztą zmącone od nadmiaru snu. Cóż można w oczach zobaczyć? Niektórzy specjaliści od komunikacji słuchali muzyki. Muzyki sfer, którą wygrywał wiatr. Jeśli wiał. Niektóre ze sfer przybrały formy kubiczne i lunatycy (było ich niewielu, lecz swoim uporem przysparzali niemało kłopotów) używali ich w celach sekretnych. Wszystko było sześcianem. Dowiedział się o tym od strażnika przy obelisku, mizantropa, który rozmawiał z cokołem monumentu („zamiast spać, biedaczek”). Przywołany nostalgią za celą powrócił o świcie i zmęczony rzucił się na łóżko. Przynajmniej tu, w celi, nuda panująca na zewnątrz była zredukowana do minimum. Do podstawowych konieczności życiowych. Gdy powrócił do tego mikroświata, mury oddały mu jego osobowość, zatrzymaną w chwili wyjścia. I zasnął. Kilka jeszcze razy wychodził do miasta, lecz nic się tam nie zmieniło. Z wolna dokonywał się proces przystosowywania człowieka do ciągłego snu. Do snu dożywotniego.

Którejś nocy spotkał samotną fajkę.

— Też skazana? — zapytał.

— Tak — odpowiedziała fajka. — Spacerujesz?

— Nie mogę spać. Za co cię ukarano?

— Nie ukarano, jestem obserwatorem sejsmicznym.

— Trzęsie się często?

— Rzadko, tylko wówczas, gdy nie śpi.

— Ach, ona także?

— Tak; chodź, napijemy się czegoś.

— Z przyjemnością.

— Odkryłam tu, zaraz za rogiem, podziemne źródło z doskonałą wodą. Jak za dawnych czasów. Jeśli sobie przypominasz...

— Nie mam wspomnień. Lecz jeśli jest dobra...

— Zejdziemy tym kanałem, a tam, tuż za tym występem wapiennym, jest źródło. No... co powiesz?

— Wspaniałe! I tryska tak bez przerwy?

— Tak, dopóki go nie odnajdą. Woda spływa do kanału i w końcu się spostrzegą. Gdy filtry zostaną zalane. Napijemy się jeszcze?

— Tak, dziękuję.

Pili aż do rana. Skazaniec powrócił rozbudzony, przytomny, tak rześki jak był tylko raz w życiu, wówczas gdy z pewną młodą dziewczyną pił wiosenne niebo. Gdzie też teraz ta dziewczyna śpi? Pewnie już dawno wyszła za mąż za jakiś zwyczajny sen biednego urzędnika, który śpi przez cały dzień, gdzie tylko może, za nędzny kawałek chleba z mlekiem. Lecz jakżeż to możliwe, aby pozostało mu wspomnienie o dziewczynie? Przecież pozbył się ich wszystkich. Niczego nie można być pewnym, nawet samego siebie. Następnej nocy udał się wprost do źródła i spotkał tam fajkę. Przez wiele nocy z rzędu tak się spotykali. Dowiedział się od niej, że takich jak on niewielu już jest w mieście. Niektórzy tak już przywykli do snu, że nawet nie pluli. Byli to ludzie, którzy mieli ciężkie życie i ciążyła na nich jakaś odpowiedzialność. Posiadali rodziny... Cóż chcecie? Innych wyłapano i unicestwiono. Publicznie. Dla przykładu. Sen zdobywał teren, ot co. Utożsamiał się z osobowością.

Lecz pewnej nocy, gdy jak zwykle gawędzili przy szklance, fajka zakaszlała, splunęła szybko i zasnęła. Przerażony skazaniec uciekł. Pozostał samotny. Całkowicie samotny. Przynajmniej w tym mieście. Nie znał już nikogo. W więzieniu przez kilka nocy nie spał, by jakoś ukoić swoje cierpienie. Bezustannie pragnął wody. Sok owocowy i mleczny koktail na malinach nie miały dla niego żadnego smaku. Obrzydzenie wzbudzał w nim kwas siarkowy i poncz na benzynie. Chciał wyjść i napić się wody, lecz w ciągu dnia było to niemożliwe. Gdyby strażnicy spostrzegli, że cela jest pusta, mogliby odkryć jego sekret. Nocą przerażała go myśl o opustoszałym mieście. Wytrwał przez jakiś czas, lecz pokusa ciągle była wielka. Szukał więc środków zaradczych. Postanowił spróbować wspomnień. Wślizgiwał się do cel i wykradał wspomnienia z całego więzienia. Zużywał je zbyt łapczywie i po trzech dniach nic mu już z nich nie zostało. Nie czuł się na siłach, by dłużej znosić ciężar podwójnej egzystencji. W drodze pomiędzy więzieniem a miastem postanowił wejść do dezynfektora i zniszczyć się, lecz nie wiedział, jak obchodzić się z aparatem i ubrudził sobie palce rozżarzonym irydem. Podenerwowany zadenuncjował się, ale strażnik mu nie uwierzył. Dobra ta historyjka dla dzieci, ale nie dla strażników. Splunął na podłogę. Strażnik doskoczył i uderzył go w twarz. Wściekł się i opuścił celę: choć był jasny dzień, poleciał do gabinetu dyrektora i zrobił awanturę. Ten moczył właśnie w spirytusie denaturowanym swój mały palec cierpiący na niewielkie wyrzuty sumienia: roześmiał się słysząc głos skazańca. Był pewien, że jest to głos palca. Słyszał go już tyle razy, ciągle bezskutecznie próbując go upić, aby go wyleczyć i uśpić. Zrezygnowany skazaniec pojął daremność wszelkiego wysiłku i wrócił do celi, zdając sobie po raz pierwszy w pełni sprawę z tragizmu tego sennego więzienia i drżąc wobec odkrycia, że tylko on sam pozostanie rozbudzony na wieki, w tej ograniczonej przestrzeni, dusząc się watą cudzych snów i wdychając wilgotny zapach nie swoich wspomnień, zbutwiałych od ciągłego używania. I pozostał tak z otwartymi oczyma, z pełną świadomością wpatrując się we współczynnik czasu.

Kierowca

Ekscelencja był człowiekiem przyzwoitym. Mając jednak wiele obowiązków handlowych, dyplomatycznych, politycznych i miłosnych, nieco przemęczał kierowcę. Ten człowiek w czapce i uniformie ozdobionym przedziwnymi galonami nie oznaczającymi żadnego stopnia woził go po mieście lub drogach kraju od szóstej rano, to jest od chwili, gdy gosposia wyruszała na targ po zakupy, aż do drugiej lub trzeciej w nocy, do chwili powrotu z baru. Bez odpoczynku. Na kilka godzin zaledwie odchodził od kierownicy, by wyciągnąć się na wznak na gołej pościeli. Nie spał, gdyż czynił to w dzień oczekując na ekscelencję, przebywającego na koktajl lub posiedzeniu rady zarządzającej. Gdy odpoczywał, spojrzenie miał puste, kręgosłup rozprostowany. Za napiwki kupował sobie kwiaty i powieści kryminalne. Jeśli nie spał na podworcu którejś ambasady, czytał sobie w cichej uliczce, gdzie znajdował się jeden z kilku apartamentów prywatnych, w których ekscelencja zwykł był się odprężać. Czasem przez chwilę słuchał muzyki. Aparat radiowy umieszczony w wozie irytował go. Ludzie przechodzili koło maszyny obojętni. Nikt się nie zatrzymywał, by spytać, która godzina lub gdzie jest ulica Mądrości. Raz tylko głucha staruszka spytała go, gdzie jest najbliższy przystanek autobusowy, gdyż padał deszcz. Zaprosił ją do wozu i odwiózł do domu: wiedział, że szef się odpręża i wyjdzie dopiero za kilka godzin. I tyle. Aha, był też którejś wiosny pies, który chciał podnieść nogę przy tyl