Niewidzialni - Natalia Delewa - ebook + książka

Niewidzialni ebook

Delewa Natalia

4,1

Opis

Niewidzialni ludzie mają imiona, głos i tożsamość. Żyją obok nas. Wszędzie. Młoda kobieta, wychowana w domu dziecka, próbuje uporać się z traumami dzieciństwa. Romski chłopiec pragnie uratować swoją umierającą matkę. Niegdyś sławna baletnica, dziś – zapomniana przez świat kociara. Syryjska rodzina w obozie dla uchodźców walcząca o przetrwanie.

Dziewięć historii poruszających kwestie nierówności społecznej, queer, niepełnosprawności fizycznej, ubóstwa, wykorzystywania seksualnego i dyskryminacji.

Powieść wyróżniona w Bułgarii nagrodą „Debiut” 2018.

Lektura powieści „Niewidzialni” Natalii Delewej przypomniała mi, że w dzieciństwie ukrywałam się w szafie, na drzewie, na strychu i marzyłam o czapce niewidce. W zagrożeniu chciałam założyć taką czapkę na głowę, zniknąć ze świata, ukryć się w bezpiecznej przestrzeni, tam gdzie nikt mnie nie znajdzie. Potem zorientowałam się, że taką czapką niewidką może być literatura i moja wyobraźnia. Podobnie myśli narratorka „Niewidzialnych”. Ona zbiera strzępki artykułów, wsłuchuje się w siebie, w opowieści ludzi spotkanych na swej drodze, zagląda w przeszłość, mierzy się z traumami i wybijając czytelnika ze strefy komfortu, zadaje ważne pytania o nasz świat, imigrantów, ludzi wykluczonych, porzuconych, bezdomnych. Piękna, misternie utkana i poruszająca książka.

Wioletta Grzegorzewska, autorka „Guguł”

Niewidzialni” to powieść o ludziach z marginesu społeczeństwa. Linie tematyczne przeplatają się, by opowiedzieć jedną wspólną historię: historię niewidzialności. Powieść, która chwyta za gardło.

Georgi Gospodinow, autor „Fizyki smutku”

Książka została przetłumaczona dzięki wsparciu bułgarskiego Narodowego Funduszu Kultury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 131

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (118 ocen)
41
47
26
4
0
Sortuj według:
1003JULIAkkk882

Dobrze spędzony czas

Ciekawe są te opowieści, najbardziej wzruszyła mnie ta opowieść o chłopcu który chciał uratować swoją mamę. Dałam 4 gwiazdki dlatego że większość innych opowieści nie zapadła mi jakość bardzo w pamięć. Jednakże jest to dobra książka i myślę że dałam odpowiednio dobra ocenę do tej lektury.
10
KacperK11

Dobrze spędzony czas

Zmusza do przemyśleń.
00

Popularność




Stronice są jeszcze puste, lecz skądś wiadomo, że wszystkie słowa zostały już zapisane niewidzialnym atramentem i tylko błagają, by je ujrzano.

Władimir Nabokov

Nie wiem, dlaczego ludzie tak uwielbiają wystawiać na widok publiczny szczegóły swojego prywatnego życia; zapominają, jaką super-mocą jest niewidzialność.

Banksy

Świat już przestał być magiczny. Zostałeś porzucony.

Jorge Luis Borges, 1964

Słynne amsterdamskie okna bez zasłon obnażały wnętrza domów. Wnętrza obnażały nieobecność prywatności. Święte prawo do prywatności znajdowało paradoksalne potwierdzenie w jej nieobecności.

Dubravka Ugrešić, Ministerstwo bólu

Najpewniejszym sposobem na to, by pozostać niewidzialnym, jest powrót do rodzinnego miasta.

Georgi Gospodinow, Fizyka smutku

tytuł oryginału НЕВИДИМИ (ISBN 978-619-186-347-1)

text copyright © by Natalia Delewa (Наталия Делева) 2017

copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Ezop sp. z o.o. 2021

copyright © for the Polish translation by Hanna Karpińska 2021

projekt okładki i stron tytułowych / Rafał Kucharczuk

redakcja i korekta / Elżbieta Cichy

skład i łamanie / Mariola Cichy

Wydawca:

Wydawnictwo Wyszukane

Imprint Wydawnictwa Ezop sp. z o.o.

01-829 Warszawa, al. Zjednoczenia 1/226

tel. 22 834 17 56, e-mail:[email protected]

www.ezop.com.pl

ISBN  978-83-65230-78-2

Warszawa 2021

Zapraszamy do naszego sklepu internetowego www.ezop.com.pl

Książka została przetłumaczona dzięki wsparciu bułgarskiego Narodowego Funduszu Kultury.

Ludzie niewidzialni są wszędzie wokół nas. W tramwaju, na ulicy, w bloku, w sklepie, w szkole, w pracy, niezbyt często w nocnych klubach, ale tam również można ich czasem spotkać. Rozpływają się w tłumie i patrzą na otaczających ich ludzi smutnymi, niewidzialnymi oczami. Ponieważ są niewidzialni, nikt ich nie zauważa.

* * *

– No proszę, kup mi loda!

– Mówiłam ci, że nie.

– Dlaczego?

– Bo tak.

– Ale ja chcę.

– Proszę cię, przestań tupać.

– Dlaczego?

– Dlatego, że to niegrzecznie, a poza tym tupaniem nic nie wskórasz.

– Nie to. Dlaczego mi nie kupisz loda.

– Mówiłam ci, że nie można codziennie jeść lodów; od tego może cię rozboleć gardło.

– Ale ty sobie kupujesz codziennie lody, sama widziałam.

– Nic podobnego. Poza tym ja jestem dorosła.

– No to co?

– Dorośli mogą sami o sobie decydować.

– Dlaczego?

– Dlatego, że są… dorośli. Wiedzą, co jest słuszne, a co nie jest.

– A ty zawsze wiesz, co jest słuszne?

– Raczej tak. Przynajmniej mam taką nadzieję.

– Dla mnie też?

– Co dla ciebie?

– Czy dla mnie też wiesz, co jest słuszne?

– Dla ciebie na pewno.

– Mamo…

– Tak?

– Ty mi nie kupujesz lodów, bo jestem gruba, tak?

– No wiesz, skąd ci to przyszło do głowy?

– Tu nie ma nic do wymyślania, jestem gruba i już!

– Kto to mówi?

– Wszyscy.

– Jacy wszyscy?

– No wszyscy w szkole, dzieci na podwórku… Wszyscy.

– Nie słuchaj ich!

– Kiedy ja naprawdę jestem gruba. I nikt nie chce się ze mną bawić. Ani rozmawiać. W ogóle jakby nikt mnie nie widział.

– Jak to nikt? Przecież masz koleżanki? Megi?

– Magi. Ona też już ze mną nie rozmawia.

– Dlaczego?

– Dlatego, że jestem gruba. I jeszcze… dlatego, że jej zjadłam kanapkę.

– Czemu jej zjadłaś kanapkę?

– Czemu! Bo byłam głodna. Bałam się klasówki z matematyki, a kiedy się czegoś boję, to zaraz mi się chce jeść. A Magi zostawiła kanapkę w plecaku i to tak, że było ją widać. Na pewno to zrobiła naumyślnie. A ja… chciałam tylko spróbować, ugryźć malutki kęsik… ale… była pyszna, a zaraz miała być ta klasówka… coraz bardziej się bałam i… kanapka się skończyła. Magi, kiedy to zobaczyła, zaczęła na mnie krzyczeć przy całej klasie. Przeprosiłam ją, ale… przestała się do mnie odzywać.

– Posłuchaj, słoneczko. Wiesz, że tak nie należy robić. Cudzych rzeczy nie wolno ruszać bez pozwolenia, prawda? To się nazywa kradzież i za to jest kara.

– Wiem, ale… No dobrze, już nie będę.

….

– Mamo?

– Tak?

– Dlaczego ja jestem gruba?

– Co za pytanie!

– Chcę wiedzieć. Powiedz mi, dlaczego jestem gruba?

– Och, słoneczko… Czy ja wiem? Geny.

– Ale ty nie jesteś gruba.

– No i?

– To może… czy mój tata był gruby?

– Skąd ci przyszedł do głowy tata!

– Ale powiedz!

– Żeby zaraz gruby. Raczej dobrze zbudowany. I wysoki.

– A czy był przystojny?

– Skończmy z tym tematem, dobrze?

– Ale powiedz mi, mamo. Czy ja go kiedyś widziałam?

– Nie.

– Dlaczego?

– Dlatego, że ja sama go od tego czasu nie widziałam.

– Od kiedy się zdarzyła ta katastrofa?

– Czemu tak mówisz?!

– To ty tak mówisz. Słyszałam, jak kiedyś rozmawiałaś z ciocią Tanią.

– Posłuchaj mnie uważnie, słoneczko. Jeśli twoje pojawienie się można w ogóle nazwać katastrofą, to była to naj-, najwspanialsza katastrofa na całym świecie i jestem przeszczęśliwa, że mi się zdarzyła. Że ty mi się zdarzyłaś. Rozumiesz?

– Rozumiem. Ale…

– Co ale?

– To teraz kupisz mi loda?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo tak.

– Iiii…

– I dlatego, że cię kocham.

01

Tym dzieckiem byłam ja.

Ale mojej mamy w tej rozmowie na temat lodów nie było. Zarówno mama, jak i lody zostały przeze mnie wymyślone. Po prostu chciałam, żeby tak było – iść koło miłej, uśmiechniętej mamy, czuć jej rękę obejmującą moją, wiedzieć, że cokolwiek zrobię, będzie mnie kochać bezapelacyjnie i bezwarunkowo tylko za to, że istnieję, i z dziecinnym uporem domagać się lodów. I nie żeby mi się tych lodów nagle tak bardzo zachciało, tylko po prostu spodobała mi się myśl o tym, że jestem małą rozgrymaszoną i naprzykrzającą się dziewczynką, taką, jakie często widywałam na ulicach.

Chciałam jednym podskokiem znaleźć się w tym świątecznym, wspaniale namalowanym w mojej wyobraźni obrazie przedstawiającym wciąż czegoś żądające dzieci i ich niby to surowe, ale na końcu zawsze ustępujące matki, jak idą ulicami prowadzącymi do parków, parków z ogromnymi, roztapiającymi się porcjami czekoladowych, truskawkowych i waniliowych lodów, z rozszczekanymi yorkami, których wyfiokowane właścicielki raz po raz szarpią za smycze, ze sprzedawcami szeleszczących balonów z helem ozdobionych wizerunkami Myszki Miki i Kubusia Puchatka. Chciałam narysować także siebie na tym obrazie pełnym waty cukrowej i płaczących niemowląt, niewzruszenie kołysanych przez matki pełne bezwarunkowej miłości do tych zasmarkanych, rozdzierających swoim krzykiem sobotnie popołudnie istot.

Ale mnie tam nie było. Ten obraz wisiał bardzo wysoko na ścianie na starym zardzewiałym gwoździu, kuszący i nieosiągalny. Malowałam marzeniami swoją czułą i zawsze kochającą mamę, malowałam ją i uśmiechniętą, i rozgniewaną, i pogodną, i zmęczoną, i karcącą, i kojącą. Moją mamę. Tworzyłam tę mamę w swojej kruchej siedmioletniej wyobraźni i nigdy nie udawało mi się zrozumieć, jak matka może tak bezapelacyjnie i bezwarunkowo kochać swoje dziecko tylko dlatego, że istnieje.

Moja mama też istnieje. Tak, istnieje. Z całą pewnością gdzieś istnieje, w jakimś cudzym obrazie, który ktoś ostrożnie zdejmuje ze ściany i wszystkie przedstawione na nim dzieci, lody, długowłose yorki, balony, matki i waty cukrowe ożywają. W każde sobotnie popołudnie. Albo prawie w każde. Ale mama, moja mama wbrew swojej bezapelacyjnej i bezwarunkowej miłości usunęła mnie z tej akwareli. Stało się to w dniu, w którym obce ręce wydarły mnie z jej brzucha, a ona w tej samej chwili wydarła swoją miłość do mnie.

I odeszła.

A ja zostałam tam, w szpitalnym plastikowym łóżeczku, rozdzierając swoimi ledwie otwartymi do życia płucami sterylną szpitalną ciszę, boleśnie wdychając samotność, kładącą się właśnie wtedy piętnem na moim istnieniu, boleśnie wdychając niewiedzę na temat tej bezapelacyjnie i bezwarunkowo kochającej swoje dziecko matki, która odeszła w dniu, w którym się pojawiłam. Która stopiła się jak lody w upalny letni dzień.

I wtedy zaczęłam wymyślać swoje życie z nią.

02

Moje pierwsze świadome wspomnienie: siedzę na podłodze w niezbyt dużym, mrocznym pokoju, pachnie jednocześnie kurzem i pleśnią, naokoło mnie dzieci mniej więcej w tym samym wieku i nieco starsze kotłują się, popychają i krzyczą; posuwając się na czworakach docieram do kąta i zwijam się tam jak ślimak, przyciskając podbródek do kolan. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że znikam, że staję się niewidzialna i obserwuję cały ten zgiełk, nie będąc widziana przez innych. Miałam może trzy albo cztery lata. W tym momencie zapragnęłam dla siebie czegoś, z czego nieuchronności i wagi nie zdawałam sobie sprawy. Później miałam sama się oskarżać i szukać w sobie winy za to, co mnie spotyka, za to, że sama wybrałam sobie właśnie takie, a nie inne życie. I mogło się okazać, że miałam rację.

03

Czasami przychodziły nowe mamy, żeby wybrać któreś z nas. To były szczególne dni – zarówno dla mam i dla nas, jak i dla wychowawczyń w bidulu. Od świtu nas kąpały, ubierały w świeże ubrania, maluchom zmieniały pampersy, przecierały na mokro podłogę w pokoju, w którym się bawiliśmy, i sprzątały rozrzucone zabawki. Jednym słowem święto. Coś w rodzaju dnia dziecka, który u nas wypadał kilka razy w roku. Ale mieliśmy szczęście!

Niecierpliwie zaglądaliśmy do gabinetu dyrektorki i widzieliśmy, jak teczki z naszymi historiami coraz wyżej piętrzą się na jej wielkim biurku, które mimo swoich rozmiarów i tak było za małe, by je wszystkie zmieścić.

Potem przychodziły mamy razem z tatami. Otwierali drzwi naszego mrocznego pokoju, pachnącego pleśnią i brudnymi pieluszkami, i nagle na zabawki i na nas samych spadało lato – uśmiechnięte, zakurzone, zdyszane i lepkie. Od upału kręciło się w głowach i każde z nas było rozdarte między porywem rzucenia się do mamy z rozszlochanym błaganiem, by wzięła właśnie jego, a trwaniem w karbach powściągliwej uprzejmości, której uczyły nas wychowawczynie jako zwiększającej szanse wyboru. W rezultacie sterczeliśmy na swoich miejscach nieruchomo jak kamienne krzyże na starym cmentarzu i czekaliśmy. Wszystko toczyło się jakby w zwolnionym filmie i ciszę naruszało tylko brzęczenie kilku much nad stojącym w kącie nocnikiem.

Pierwsza podchodziła do nas matka; ojciec zwykle pozostawał pod ścianą i tłamsił spocone dłonie. Matka. To ona miała wybierać. Kobieta niezdolna do zostania matką przyszła tutaj, by wziąć jedno z nas i zaprowadzić do swojego świata. Reguła matrioszek – każda ma w sobie następną, dziewczyna zostaje matką i rodzi dziewczynkę, która dorasta i rodzi dziewczynkę, która rodzi dziewczynkę, która rodzi. Nigdy nieprzerwana nić odtwarzania rodu. Zastanawiam się, czy matki przychodzą do bidula, by uratować jedno z nas, czy też szukają ratunku dla siebie.

Matka jako pierwsza zdobywała się na to, by zwrócić uwagę na nasze błagalne spojrzenia, i oczy jej wilgotniały. Powoli przemierzała pomieszczenia, od czasu do czasu głaskała czyjąś potarganą głowę i przyjemny świeży powiew ożywiał zastygłe powietrze. Dostawaliśmy w prezencie odrobinę czułości od nieznajomej, obcej mamy i pochłanialiśmy ją łapczywie jak kawałek tortu z karmelową polewą.

Potem matka i dyrektorka o czymś rozmawiały w gabinecie, przeglądały zakurzone teczki zgromadzone na wielkim biurku, którego cały ciężar spadał na nasze głowy i rozbijał nasze nadzieje jak puste skorupki orzechów.

Salim

Salim spieszy do szpitala, gdzie w zeszłym tygodniu przyjęto jego mamę. Idzie boso po gorących od słońca płytach promenady, goły do pasa. Po jego śniadej twarzy spływają strużki potu, ociera je grzbietem dłoni i spieszy dalej. Zwykle stara się wybierać cieniste ulice, nadkłada drogi, by przejść pod szpalerem lip, ale dzisiaj ma pilną sprawę i nie zwraca uwagi na upał.

Salim ma prawie siedem lat i już od dawna chodzi po mieście sam. Na piąte urodziny odcięto mu duży palec prawej ręki – teraz niby go nie ma, ale w taki upał jak dzisiaj ten palec go swędzi. Salim nie wie, jak to jest możliwe, a najgorsze, że nie ma go jak podrapać. „Po co mu ten palec, i tak do szkoły nie będę go posyłać – powiedziała wtedy jego mama. – Uczonych jest dosyć, najważniejsze to mieć fach!” I nauczyła go wsuwać rękę do torebek nieznajomych pań i wyciągać im portmonetki.

Salim miał szczęście. Jego starszemu bratu obcięli do kolana nogę i teraz każą mu żebrać przed parkiem na głównej ulicy, czy to w mróz, czy w upał. Bo brat Salima jest żebrakiem, a sam Salim – kieszonkowcem, czyli od małego ma fach w ręku. Zresztą z kradzieży pieniądze są o niebo lepsze. Czasem wpadały mu w ręce skarby, tak o nich mówił – jakieś lusterko czy szczególnie atrakcyjny długopis. Tych skarbów nie pokazywał mamie i chował je w domu pod łóżkiem.

Taty już od dwóch lat nie widzieli, a mama poza nim i bratem ma jeszcze na głowie dwie dziewczynki – trzy i pięć lat. Mieszka z nimi też babcia, ale jest już stara i nie może ani zamiatać ulic, ani kraść, a w taki upał do żebrania też się nie nadaje. Mama w każdą środę sprząta dwie klatki w pobliskim bloku, za co dostaje w sumie czterdzieści osiem lewów, „aby tyle, co na chleb”. Tylko że w tych dniach zachorowała i wezwali doktora. Kiedy jej nacisnął brzuch, to krzyknęła jak oparzona. Zaraz ją zawieźli do szpitala, prześwietlali na komputerze, kłuli igłami i wreszcie powiedzieli, że trzeba jak najszybciej znaleźć nową nerkę, bo jej obie nerki przestały pracować.

Salim posiedział przy łóżku mamy i wyszedł, pogrążony w myślach. Tylu rzeczy go mama nauczyła, taki fach dała mu do ręki, ale nigdy nie powiedziała, jak ukraść cudzą nerkę. Czy z palcem, czy bez palca, łatwe to na pewno nie będzie. Poza tym Salim nie wiedział ani jak wygląda nerka, ani gdzie jej szukać. Już pięć dni nie je, nie śpi i tylko siedzi i myśli, jak znaleźć nerkę dla mamy.

Dzisiaj wcześnie wstał i poszedł pod spożywczak, który mama nazywa „garaż”, chociaż Salim nigdy tam nie widział żadnego samochodu. W końcu pojawiła się sklepowa, najwyraźniej nigdzie się nie spieszyła, i przekręcając klucz w wielkiej kłódce obrzuciła Salima podejrzliwym wzrokiem.

– Na co czekasz? Już cię tu nie ma!

– Ciociu, chciałem się tylko spytać, czy możesz mi dać jakiś karton?

– Karton? Na co ci karton?

– Bo ja… muszę napisać ogłoszenie. Tylko że nie umiem pisać, to ci powiem i napiszesz mi, ciociu, dobrze? Co?

– Jakie znów ogłoszenie? Co ty mi głowę zawracasz!

– Takie… żeby napisać, że potrzebuję nerki. Usiądę na ulicy koło galerii i… jakby kto miał niepotrzebną, to niech mi da.

Sklepowa popatrzała na niego ze zdumieniem, potem najwyraźniej doszła do wniosku, że ten cygański smarkacz stroi sobie z niej żarty i postanowiła odpowiedzieć mu tym samym.

– Co masz ludzi prosić? Idź do mięsnego, na rogu Botewa i Zielonej Polany, i sam sobie kup.

– To nerki można kupić w sklepie? – Salimowi aż się oczy zaświeciły.

– Pewnie że w sklepie, a coś ty myślał?

Dwa kroki od domu sprzedają nerki, a on przez pięć dni łamał sobie głowę, skąd nerkę wziąć! Salim pobiegł co sił w nogach do domu. Mieszkali w baraku za torami, jeśli szybko pobiegnie, to w pięć minut zdąży. Miał w domu schowane pieniądze z portmonetki, którą ukradł w dniu, w którym mamę zawieźli do szpitala. Na nerkę powinny wystarczyć. Pędził jak szalony. Złapał pieniądze, zacisnął w garści i kłusem pobiegł do mięsnego. Niemal bez tchu dotarł na miejsce, otworzył spoconą rękę i położył na ladzie pognieciony banknot dziesięciolewowy.

– Wujku, potrzebuję nerki dla mojej mamy.

Sprzedawca, postawny mężczyzna o mocnych rękach, z lekkim rozbawieniem pochylił się do małego cygańskiego klienta, ale odważył mu pół kilo nerek jagnięcych i nawet zwrócił resztę.

I teraz Salim spieszy się do szpitala z reklamówką zawierającą półkilową porcję nerek zawiniętych w pergamin. Dociera na miejsce i wbiega po schodach, przeskakując po dwa stopnie. Jest pełno ludzi, ale nikt go nie zatrzymuje. Mama nauczyła go, jak poruszać się w tłumie tak, aby nie być zauważonym. „No, synku, wkładaj swoją czapkę niewidkę i idź zarabiać pieniądze” – mówiła mu zawsze.

Dociera na trzecie piętro i wpada do pokoju. Tam pielęgniarka mierzy ciśnienie jakiejś starszej pani. Pani leży na tym samym łóżku, na którym do wczoraj leżała jego mama.

04