Niebo w kolorze siarki - Kjell Westö - ebook + książka

Niebo w kolorze siarki ebook

Kjell Westö

0,0
39,90 zł

lub
Opis

Wciągająca powieść o dorastaniu w Finlandii u schyłku XX wieku.

„Mówimy, że istnieje czas niewinności: dzieciństwo. Kiedy człowiek żegna się z dzieciństwem, traci niewinność. A przecież w dzieciństwie wielu ludzi kryją się problemy, mrok i sprzeczne uczucia, nie dla wszystkich jest to bezgrzeszny czas”.

W 1969 roku na wakacjach w Ramslandet niebo ma kolor siarki. To tam chłopiec z Helsinek poznaje Alexa i Stellę, dzieci z bogatej i wpływowej rodziny, zupełnie innej niż jego własna. Wkrótce z rodzeństwem zaczyna łączyć go coraz więcej – wspólne sekrety i rodzące się uczucia. Młodych bohaterów napędzają marzenia, a paraliżuje rozczarowanie. Wraz z upływem lat ich relacje wcale nie staną się mniej burzliwe.

Kjell Westö jest najbardziej cenionym, wielokrotnie nagradzanym fińskim autorem piszącym po szwedzku. „Niebo w kolorze siarki” to stworzona z rozmachem powieść o tym, jak jesteśmy kształtowani przez środowisko oraz czasy, w których przyszło nam żyć.

„Ogromnie intensywna powieść. Czytanie jej jest mieszanką przyjemności, smutku oraz współczucia dla bohaterów i otaczającego nas świata”.

Dagens Nyheter

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 600

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



KJELL WESTÖ to urodzony w 1961 roku szwedzkojęzyczny fiński prozaik i poeta, eseista, dziennikarz. Jego powieści tworzą serię portretującą Helsinki i przemiany społeczne w Finlandii w XX wieku. Zadebiutował tomikiem poezji Tango orange, wydanym w 1986 roku. Jest laureatem wielu nagród literackich w Szwecji i Finlandii, m.in. Nagrody Finlandia i Nagrody Literackiej Rady Nordyckiej.

W SERII DZIEŁ PISARZY SKANDYNAWSKICH UKAZAŁY SIĘ DOTYCHCZAS:

Roy Jacobsen, Tylko matka, przełożyła Iwona Zimnicka

Knut Hamsun, Szarady, przełożyła Maria Gołębiowska-Bijak

Laura Lindstedt, Oneiron, przełożył Sebastian Musielak

Roy Jacobsen, Oczy z Rigela, przełożyła Iwona Zimnicka

Stig Dagerman, Poparzone dziecko, przełożyła Justyna Czechowska

Auður Ava Ólafsdóttir, Blizna, przełożył Jacek Godek

Jonas T. Bengtsson, Życie Sus, przełożyła Iwona Zimnicka

Roy Jacobsen, Białe morze, przełożyła Iwona Zimnicka

Carl Frode Tiller, Początki, przełożyła Katarzyna Tunkiel

Karen Blixen, Pożegnanie z Afryką, przełożyli Józef Giebułtowicz i Jadwiga Piątkowska

Helga Flatland, Współczesna rodzina, przełożyła Karolina Drozdowska

Roy Jacobsen, Niewidzialni, przełożyła Iwona Zimnicka

Tytuł oryginału: Den svavelgula himlen

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2021

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Tubylewicz, 2021

Copyright © Kjel Westö, 2017

Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen

Książka została opublikowana przy wsparciu FILI – Finnish Literature Exchange

Redaktorki prowadzące: Adriana Biernacka, Weronika Jacak

Marketing i promocja: Katarzyna Kończal

Redakcja: Iwona Gawryś, Karolina Borowiec-Pieniak

Kolacjonowanie przekładu: Agata Teperek

Konsultacja językowa: Sebastian Musielak

Korekta: Joanna Jeziorna-Kramarz, Anna Nowak

Pro­jekt okład­ki: Ula Pągowska

ISBN 978-83-66736-83-2

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.pl

Perhaps my best years are gone. When there was a chance of happiness. But I wouldn’t want them back. Not with the fire in me now.

Samuel Beckett, Krapp’s Last Tape

Wrażenie déjà vu to tylko rodzaj lęku przed tym, że życie jest tak nierealne.

Stella Rabell

(październikowy wieczór)

Kiedy do tego doszło, mieszkałem tam już nieco ponad rok.

W szeregowcu w dzielnicy Drumsö1, daleko na południe, w pobliżu Mörtnäs. Było to przestronne, dwupoziomowe mieszkanie.

Na górze znajdował się mój gabinet połączony z salonem, jego okna wychodziły na zatokę Västerviken i szkiery wyspy Ormkobbarna. To o tym marzyłem przez całe życie, o mieszkaniu w mieście z widokiem na morze.

W którąś październikową sobotę pracowałem do późna wieczorem. Pisałem obiecany pewnemu periodykowi esej o lite­raturze południowoamerykańskiej. Roboczy tytuł brzmiał Od Borgesa do Bolaño — chciałem pokazać, co ich łączy, ale zbyt mało czytałem Bolaño, żeby przyszło mi coś do głowy. Z łokciami na blacie biurka podpierałem brodę zaciśniętymi dłońmi, czując w sobie pustkę. Czytałem i pisałem — to był mój sposób na życie — a pomimo to niewiele wiedziałem i miałem bardzo mało do powiedzenia. W gruncie rzeczy nie wiedziałem nawet, kim jestem ani czy to, co pamiętam, to moje prawdziwe wspomnienia.

Jesień weszła już w fazę pozbawioną nadziei, żółte liś­cie kleiły się do chodników i przez całą dobę siąpił albo lał deszcz. Moje okno było pokryte wilgocią, wokół czerwonawego odbicia latarń stojących nad brzegiem morza zbierały się tysiące niedużych kropel w puentylistycznym wzorze.

Wzdłuż wybrzeża ciągnęła się oświetlona ścieżka, którą lubili biegacze i spacerowicze z kijkami do nordic walking. Latem zasłaniały ją nieduży lasek i plac zabaw otoczony gęstymi krzakami, ale teraz widok wydawał się niemal idealny. Za to pogoda była fatalna, więc i tak nie dało się dostrzec żadnego biegacza ani spacerowicza.

Mimo to nagle zacząłem mieć wrażenie, że na dole ktoś się porusza. Za rosochatymi krzakami przy placu zabaw, tuż przy brzegu, obok pomostu wspólnoty mieszkaniowej.

Nie chodziło o zwykłego przechodnia, taką osobę po prostu bym zobaczył. To był raczej ktoś, kto siedział w kucki i naraz wstał, bo musiał rozprostować plecy, czy coś takiego.

Ponieważ padało, a wiatr szarpał nagimi krzakami i koronami drzew, trudno było mieć pewność.

Z początku odepchnąłem tę myśl jako absurdalną. Mieszkałem sam, moje mieszkanie było dla mnie za duże. Wiedziałem, że sąsiedzi po obu stronach — rodzina Hakalów i małżeństwo von Schantzów — wyjechali. Poza tym na dworze zrobiło się piekielnie ciemno i ponuro, więc wszystko razem niepotrzebnie rozhuśtało moją wyobraźnię, aż zobaczyłem coś, czego nie było. Jako dziecko bałem się ciemności i najwyraźniej znowu mi to groziło. Dlaczego ktoś miałby w taką pogodę tkwić nad brzegiem morza?

Tyle że z myślami jest tak, że kiedy przyszła ci do głowy jedna, podążają za nią kolejne, jedna rodzi drugą, robi się ich coraz więcej i jeśli nie zatrzymasz tej inwazji, wyobraźnia ponosi cię coraz bardziej.

Po chwili już kogoś wypatrywałem tak intensywnie, że do oczu napływały mi łzy, kilka razy wydawało mi się, że go widzę. Wymyśliłem sobie, że osoba na zewnątrz ma zadanie, by mnie śledzić, i że siedzi w tym samym miejscu, odkąd zapadł zmrok: byłem w domu przez cały wieczór, a teraz dochodziła dwunasta.

Potem doszedłem do wniosku, że gapienie się przez okno nie ma sensu. Włożyłem wełniany sweter i wyszedłem na balkon, po którym zacząłem chodzić w tę i we w tę, przyglądając się wybrzeżu pod różnymi kątami. Panował na nim martwy spokój, zaledwie sto metrów ode mnie. Stanąłem pośrodku balkonu i wychyliłem się przez drewnianą barierkę, mokrą i lepką. Przez długą chwilę tkwiłem tak bez ruchu z kołaczącym sercem, myśląc, że jeśli ktoś tam jest, to ja poczekam; miałem lata na to, by nauczyć się cierpliwości. Doprowadziłem się do autentycznego przerażenia, walczyłem z chęcią, żeby schować się z powrotem do mieszkania, zaciągnąć zasłony i zabarykadować drzwi — zarówno prowadzące na ulicę, jak i te do ogrodu.

Jednocześnie usiłowałem przywołać się do porządku, powiedziałem sobie, że powinienem wziąć latarkę i zejść na dół, by sprawdzić, co tam się dzieje, bo to zaledwie sto metrów, a w jednym z domów w sąsiedztwie w kilku oknach paliły się światła, dające poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy skoczyć na dół, zobaczyć pustkę, a potem wrócić do siebie i kontynuować pracę nad Borgesem i Bolaño. Albo jeszcze lepiej — dać sobie spokój z pracą, napalić w kominku, nalać sobie kieliszek wina i przed snem obejrzeć film albo odcinek serialu na Netflixie.

Wtedy ponownie zauważyłem jakiś ruch za krzakami.

Straciłem panowanie nad sobą, wyciągnąłem z szafy dużą latarkę i wróciłem z nią na balkon, żeby wymachiwać nią w ferworze, który później uznałem za przejaw paniki. Dawała mocne światło, ale i tak go nie starczało, więc wzmocniłem przekaz okrzykami w dwóch językach: „Kuka siellä?”, „Jest tam kto?”.

Ja sam słyszałem lęk w swoim głosie. Obok strachu czułem też własną śmieszność. Co ja wyprawiam? Jestem w Helsinkach, a nie w lasach Trollshovda czy w jakimś odosobnionym gospodarstwie. Co zrobiliby sąsiedzi, gdyby zobaczyli, co wyprawiam? Zadzwoniliby do gazet plotkarskich z informacją o kolejnym byłym celebrycie, któremu zaczyna odbijać od alkoholu i narkotyków?

Zdecydowałem, że wchodzę do środka. Jeszcze tylko raz sprawdzę, pomyślałem, kierując po raz kolejny latarkę w stronę placu zabaw — snop światła przesunął się po drabinkach linowych i huśtawkach, ale krzaki i ścieżka spacerowa były nadal pogrążone w mroku.

I wtedy zobaczyłem, że w dole, dokładnie za krzakami, ktoś podnosi się z ziemi. Cień zaledwie, niewyraźny, z naciągniętym na głowę kapturem bluzy. Bez wątpienia był to jakiś człowiek.

Chwycił coś z ziemi, plecak albo torbę, i zgarbiony zaczął się wycofywać. Oczywiście unikał światła mojej latarki i miał dostatecznie dużo rozumu, by omijać snop padający z latarni na ścieżkę spacerową, więc rozpływał się w osłonie krzaków i pni drzew.

Potem zniknął. Zostały po nim ciemność, deszcz i wiatr.

Byłem tak przerażony, że miałem ochotę uciec z domu; chciałem zamówić taksówkę i jechać do centrum, między banery reklamowe i bary, iść do nocnego klubu, a potem przespać się w hotelu i nie wracać do siebie, aż będzie długo po świcie. Jednak nie zrobiłem tego, nie byłem w stanie: centrum stało się dla mnie czymś jak obcy kraj, rządziły w nim młodsze pokolenia, to do nich należały bary, kluby i hotele.

Powoli udało mi się opanować i pojąć, że bez względu na to, kto siedział tam w dole, udało mi się tę osobę odstraszyć.

Byłem pełen niepokoju, ale człowiek z deszczu uciekł i nie odważy się już wrócić. Muszę się opanować, jestem we własnym domu, tu nic nie może mi się przydarzyć.

Na wszelki wypadek zamknąłem się od środka na dwa zamki i założyłem łańcuch na drzwi. Zamieściłem też wymuszenie wyluzowany wpis na Facebooku, w którym oświadczyłem, że burza i deszcz trwają już tak długo, że zaczynam widzieć w parku duchy. Potem spróbowałem zadzwonić do kilku przyjaciół, do Stelli Rabell, do Kristera Tuominena i do Lindy Vogt. Nikt nie odbierał. Wtedy nalałem sobie kieliszek mocnego zinfandela i wypiłem kilka łyków, więc strach zaczął odpuszczać.

Postanowiłem, że obejrzę odcinekHouse of Cards i pójdę do łóżka.

Zobaczyłem siedem odcinków i nie spałem całą noc, aż do czasu, kiedy zaczęło się robić jasno.

Nie zgłosiłem nigdzie tego incydentu, bo nie miałem pojęcia, kto się tam chował i dlaczego. Nie było też żadnych świadków.

Jakieś dwa tygodnie później, dziewiątego listopada, Alex Rabell został ugodzony nożem na ulicy. Następnego dnia policja weszła do domu na północy miasta i znalazła tam broń palną oraz macbooka z czyimś dziennikiem, w którym odnotowywano wszystko: od koszmarów sennych po wyrazy nienawiści względem Alexa, mnie i innych ludzi, zarówno znanych, jak i nieznanych. W szopie odkryto też chemikalia, których można użyć do produkcji bomb. Część zapisków była także zamieszczona na YouTubie, gdzie przeczytało je wielu ludzi, zanim zostały usunięte.

Kilka miesięcy później zapytałem komisarza Sorvalego, czy policja wie, czy mężczyzna, który przyznał się do tego, że chował się w krzakach koło mojego domu, był tamtego wieczoru uzbrojony.

Sorvali odparł, że według własnych zeznań miał broń, a policja sądzi, że nie kłamie.

— Naprawdę… uzbrojony? — powtórzyłem z głupawym sceptycyzmem. — Więc gdyby chciał… mógł…

— Tak — potwierdził Sorvali. — Mógł. To, co wziął pan za torbę, było pokrowcem na broń. Na karabin.

— Ale… dlaczego w takim razie tego nie zrobił?

— Tego nie wiemy — odparł Sorvali. — Oczywiście podczas przesłuchania padło to pytanie. Nie chciał na nie odpowiedzieć.

Nie zadałem mu już więcej pytań. Zamiast tego po raz ostatni spróbowałem o wszystkim zapomnieć.

Wiedziałem jednak, że nie potrafię tak zrobić, że jestem więźniem tego, co się stało — i to nie tylko tego, co wydarzyło się niedawno, ale także wszystkiego, co działo się wcześniej przez całe lata, dziesiątki lat; wszystkiego, co doprowadziło do punktu, w którym się teraz znajdowałem. Punktu, w którym, tak jak wielu innych, miałem wrażenie, że wpatruję się w gęstniejącą ciemność, czarną jaskinię przyszłości, gdzie tańczą cienie nadchodzących wojen i przemocy.

(twarz Sandrine)

Tydzień po ataku na Alexa gazety przestały trąbić na pierwszych stronach o tym wydarzeniu. Lekarze zapewniali, że Alex wróci do zdrowia — czuł się już dużo lepiej i udzielał wywiadów na temat swoich planów na przyszłość.

Wtedy zaginęła Sandrine.

Przez osiem dni nikt nie wiedział, czy uciekła za granicę, została porwana czy może wpadła do jeziora i się utopiła albo zwyczajnie miała wszystkich dość.

Kiedy myślę o tym, co się wydarzyło, przypuszczenie, że Sandrine sama chciała zniknąć, wydaje mi się prawdopodobne.

Minęło zaledwie dziesięć miesięcy od jej krytykowanej wystawy. Sandrine podpisywała fotografie, używając nazwiska swojego ojca — Miller — ale i tak powszechnie było wiadomo, że jest córką Stelli Rabell oraz siostrzenicą kontrowersyjnego Alexa, który niedawno ledwo uszedł z życiem. Ponownie zrodziło to dużo wpisów na Twitterze i ciekawskich postów w innych mediach społecznościowych, a popołudniówki oraz telewizja za tym podążały.

Wytoczono teraz ciężkie działa i prześwietlano całą rodzinę. Przygotowano materiał o historii interesów Alexa, o jego sukcesach w latach osiemdziesiątych oraz o późniejszych spółkach fasadowych i przekrętach podatkowych, pisano o jego dziadku Poa, o tacie Jakobie i o sprzedaży posiadłości w Ramsvik, sugerowano wrogość pomiędzy Alexem a Stellą, wspominano o Thei i o wypadku na łodzi. Najwięcej uwagi poświęcano, rzecz jasna, świeżej próbie morderstwa. Sugerowano jakiś związek między zniknięciem Sandrine a atakiem na Alexa, ale były to luźne spekulacje.

Dziennikarze wyszukali role filmowe Stelli z początku lat dziewięćdziesiątych, zwłaszcza tę z filmu Przyjaciel z przeszłości, grzebali też w jej związkach ze znanymi i mniej znanymi mężczyznami — byłem wśród nich i ja, pisarz o sławie zbudowanej na powieści, którą wydano w latach dziewięćdziesiątych. Nie doszli jednak do tego, że Stella i ja byliśmy ze sobą nie raz, tylko dwa razy, z piętnastoletnią przerwą. Albo wyszukali to, ale nie uznali tego za interesującą okoliczność.

Nie znaleźli chłopaków Sandrine i Thei z czasów lice­um. Mieli za to Alexa i nieokiełznaną Theę, mieli Stellę oraz jej pełną sukcesów i wybojów drogę życiową, mieli krytykę, z jaką spotkało się zdjęcie, które Sandrine zrobiła jedenastoletniemu Fikru, a z dawniejszych czasów mieli poświęcenie dla ojczyzny, którym wykazał się Poa, oraz przedziwny los jego spadkobiercy Jakoba. Wkrótce popołudniówki dokonały więc podsumowania tego typu, jakie zazwyczaj robią jedynie dla monarchów i miliarderów:

CENA SUKCESU

PRZEŚLADOWANE PRZEZ TRAGEDIE RODZINY RABELLÓW I SPÅRENÓW

Ataki terrorystyczne — samobójstwa — tajemnicze wypadki — kłótnie rodzeństwa — skandaliczna nagość

W podobny sposób da się podsumować sporo rodzin. Teraz jednak chodziło o Rabellów. O Alexa, mojego przyjaciela z dzieciństwa. O jego siostrę Stellę. O Sandrine, z którą spędziłem na rozmowach wiele wieczorów, kiedy mieszkałem w domu w Mankans. Nie wiem dużo o rodzicielstwie, ale zrobiłem, co się dało, żeby zastąpić jej ojca. Przypomniała mi się teraz jej twarz, miny, które Sandrine robiła, żeby wyrazić swoją hardość i nonszalancję. Na próżno, bo jej twarz była tak naga, że wciąż widziało się w niej małą dziewczynkę o poważnych, błękitnych oczach i z nadąsanymi ustami. Przez te dni, kiedy jej nie było, przekonywałem siebie samego, za każdym razem myśląc o jej nastoletniej twarzy, że Sandrine żyje i ma się dobrze; miałem też nadzieję, że znajduje się gdzieś, gdzie nie widzi tytułów gazet i nie czyta artykułów.

1 Od tłumaczki: dzielnica Drumsö w Helsinkach w języku fińskim nazywa się Lauttasaari, jednak Kjell Westö, fiński autor należący do szwedzkojęzycznej mniejszości w Finlandii i piszący po szwedzku, używa w powieści tylko szwedzkich odpowiedników fińskich nazw własnych. Jest to z jego strony świadomy wybór i z tej przyczyny w przekładzie na język polski zachowuję nazewnictwo z oryginału powieści, a więc szwedzkie. Tłumaczenie tych nazw na fiński byłoby nadmierną ingerencją w zamysł pisarza i odbierałoby czytelnikowi świadomość tego, że trzyma w rękach książkę fińską, ale napisaną w języku szwedzkim; opowiadającą o Finlandii z perspektywy szwedzkojęzycznego Fina i napisaną językiem finlandssvenska, czyli fińską odmianą szwedzkiego (który zresztą niewiele różni się od szwedzkiego w Szwecji). Szwedzki jest jednym z oficjalnych języków w Finlandii — wiele ulic nosi tam podwójną nazwę. Co więcej, język szwedzki pełnił funkcję jedynego oficjalnego języka na terenie Finlandii od XVI do XIX wieku. Dopiero w 1863 roku język fiński uzyskał równy status i zaczął dominować w życiu publicznym. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

I ALEX

1

(na temat tajnego korytarza)

Jako dziecko wierzyłem, że przyszłość będzie świetlana i spokojna. Wiedziałem, że dzielę to przekonanie z moim ojcem. Nie pytajcie mnie, skąd ta pewność, bo nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale panowała między nami jednomyślność, najsilniejsza wtedy, gdy siedzieliśmy we dwóch w wypełnionej dymem tytoniowym simce taty.

Nasza wiara była irracjonalna. Inna rzecz, że tamte lata faktycznie miały barwną oprawę: muzyka pop, wyprawy w kosmos, kolorowa telewizja, jaskrawe ciuchy i coraz bardziej zwariowane fryzury. Jednak pod podszewką świat był tak samo zanurzony w wojnach, intrygach i terroryzmie jak zawsze. Z biegiem czasu tatę zdegradowano w pracy i między nim a matką przestało się dobrze układać, a ja sam starałem się unikać postrachu mojej dzielnicy, wielkiego Jana-Rogera Johanssona, który mieszkał ze swoim zapijaczonym ojcem w ciasnym, brudnym mieszkaniu kilka kamienic dalej i nienawidził wszystkich mających trochę lepiej niż on.

Pomimo to optymizm mój i taty nie znał granic. Jadąc niedużą simcą z cienkiej blachy, nigdy nie zapinaliśmy pasów. Tata palił trzydzieści papierosów bez filtra dziennie, a ja odmawiałem używania znaczka odblaskowego, kiedy szedłem do szkoły w zimowych ciemnościach, bo głupio się z nim wyglądało. Ojciec pochodził ze wsi, podobnie jak matka, oboje urodzili się przed wojną i oboje doświadczyli w dzieciństwie biedy. Miałem przed oczami obraz tego, jak żyli na kaszy żytniej i solonej rybie, bolały ich plecy od dźwigania drewna na opał i tylko w niedzielę po nabożeństwie wrzucano im do miski odrobinę masła, przez co nieustannie groziły im krzywica i szkorbut. Ale były to tylko moje fantazje, bo naczytałem się starych książek przygodowych, Opowiadań Felczera2, Jacka Londona i innych, lubiłem też wymyślać różne rzeczy. Tata odniósł sukces i to się liczyło: udało mu się przeprowadzić nas z przedmieść, takich jak Kånala i Botby, do porządnego Bortre Tölö.

A dla świata i dla naszej małej rodziny nadchodziły jeszcze lepsze czasy. Moja i ojca wiara w przyszłość była absolutna, nie było sposobu, żeby nam się nie powiodło, żebyśmy zostali pokonani. Już wtedy, chociaż miałem dopiero jakieś dziesięć lat, wiedziałem, że jesteśmy inni od Rabellów. Tyle że wówczas uważałem po prostu, że rodzina Rabellów jest od nas dużo lepsza. Wokół Alexa Rabella i wszystkich jego bliskich unosiła się złota poświata, Rebellowie sami nie mieli niedostatków i musieli mieć wszystkiego pod dostatkiem. Ojciec i ja byliśmy niezniszczalni na swój sposób, ale Rabellów nie dalibyśmy rady przewyższyć.

Któregoś dnia zeszłej zimy jechałem tramwajem do centrum — po jednym z kolejnych spotkań z komisarzem Sorvalim na komendzie w Böle — i nagle przytłoczyły mnie wspomnienia. Było mroźne popołudnie, na dworze łagodnie padał śnieg, z ust ludzi unosiła się para jak zgniły dym z wnętrzności i za każdym razem, kiedy otwierały się drzwi tramwaju, do środka wpadał lodowaty podmuch. Później myślałem, że to właśnie padający śnieg i zimny wiatr przyniosły moje wspomnienia.

Siedzę w naszej simce, jest niedziela. Ojciec prowadzi, jesteśmy w drodze na narty do Luk czy Noux, a może jedziemy na Drumsö, żeby napić się kawy z termosu w ogródku działkowym ciotki Toini i popatrzeć na morze. Matki nie ma z nami, skarżyła się na ból głowy i zmęczenie, w tamtych latach często jej się to zdarzało. Być może później ojciec zawiezie mnie do Rabellów, którzy mieszkali w Eirze, najbogatszej dzielnicy Helsinek, żebym pobawił się z ­Alexem. Nie ma znaczenia, czy jedziemy do Rabellów, czy gdzie indziej. Kocham samą podróż, poczucie bycia w drodze, to, że poruszam się po wolnej i nieokreślonej ziemi niczyjej. Wówczas, w moim dzieciństwie, zawsze świeciło słońce i wiał lekki wiatr, tak okłamuje mnie pamięć, niebo było zawsze bezchmurne, do tego wiatr o tej samej sile. Drzewa się kołyszą, świat lśni na złoto i niebiesko, a ja jestem szczęśliwy, kiedy na tylnym siedzeniu słucham ryku silnika: jego dźwięk ogłusza, bo ojciec zawsze jedzie za szybko.

Minął rok, siedzę w tramwaju w drodze do Alexa albo od niego do naszego mieszkania na Messeniusgatan. Alex z mamą i młodszą siostrą Stellą mieszkają poza centrum, nad morzem, na ulicy Ehrensvärdsvägen, w pobliżu Munkholmen i stoczni. Tata Alexa, rzecz jasna, też tam mieszka, ale zawsze jest w podróży. Alex mówi, że jego tata ma własną firmę i robi interesy za granicą, wielkie interesy za wiele milionów fińskich marek. Tak naprawdę z Bortre Tölö do Ehrensvärdsvägen najłatwiej dojechać autobusem, ale wolę jazdę tramwajem. Tramwaj wolno pokonuje odcinek od Muzeum Narodowego wzdłuż domów towarowych, a potem pod górę i przez Skillnaden, mija Dianaparken i nabierając prędkości, wjeżdża w elegancką dzielnicę Ulrikasborg. Właśnie tam, na stoku niewielkiego wzgórza wznoszącego się ku ulicy Högsbergsgatan i boiska Johannesplan, zaczyna się świat z bajki. Dianaparken to korytarz, tajemne przejście, które prowadzi do innej epoki. Za skwerem wszystkie domy są piękne, z wieżyczkami i blankami, ze śmiało umieszczonymi balkonami, są tam chodniki z kocich łbów i przyćmione światło, tak jakby upływ czasu i bliskość morza dały Ulrikasborg większy blask. Najlepiej pamiętam, jak jeździłem tamtędy zimą, płatki śniegu ześlizgiwały się po szybach tramwaju i zimne powietrze wpadało do środka po każdym otwarciu drzwi, a kiedy wysiadałem na drugim końcu ulicy Skarpskyttegatan, pod podeszwami skrzypiał śnieg. Schodziłem w dół do Femkanten i dalej w stronę morza, do dużego mieszkania rodziny Rabellów, a potem nadchodził skrzący mrozem i samotnością zimowy wieczór, gdy wiele godzin później wsiadałem do tramwaju jadącego w stronę domu.

Lata płyną coraz szybciej, którejś jesieni czekam przed szkołą francuską na Stellę. Opieram się o mój pierwszy samochód i palę papierosa, mam cytrynowożółtego citroëna 2CV, kupiłem go na raty dzięki pracy biurowej w firmie dziadka Rabella. Znowu pamiętam wiatr: wczesną październikową bryzę, która jeszcze nie szczypie policzków, ale chłodzi, wszystkie kolory wokół mnie są mocne i wyraźne. Kiedy Stella pojawia się w drzwiach szkoły i schodzi po schodach, jest zazwyczaj w towarzystwie dwóch lub trzech dziewczyn, ale to ona stanowi centrum, pozostałe słuchają jej uważnie i wybuchają lekkim jak piórko śmiechem, równie przyjemnym jak wiatr głaszczący moje policzki. Czasami Stella idzie po schodach z którymś z kolegów z klasy, najczęściej z przystojnym Sebastianem Askelöfem, czuję wtedy, jak wzbiera we mnie zazdrość. Jednak kiedy Stella natrafia na mnie wzrokiem, rozjaśnia się w uśmiechu, macha do mnie ręką, pospiesznie żegna się z Sebastianem i podbiega w moją stronę.

Po czterdziestu latach od tamtych wydarzeń z mojego dorastania nie zostało nic więcej. Zaledwie kilka wspomnień, tramwaj, który zatrzymuje się na przystanku, otwiera drzwi i wpuszcza nowych ludzi oraz mroźne, zimowe powietrze. Nie łudzę się, że te obrazki z przeszłości są szczególnie ważne. Zachowały się w mojej pamięci, bo podobały mi się ich kolory i nastrój, a także dlatego, że jest w nich coś, czego mi zawsze brakowało: spokój.

Moje wczesne lata z Alexem i Stellą miały w sobie blask. Były tam też głębokie cienie — należałem do nielicznych, którzy je zauważali, ale dopóki byłem dzieckiem, a potem nastolatkiem, odwracałem od nich wzrok, próbując dostrzegać tylko to, co jasne i piękne. Teraz tamte lata otacza też mrok i wiem, że nie było go tam od samego początku. Tyle tylko, że ja go nie widziałem. Kiedy miałem jedenaście lat i mój tramwaj wjeżdżał przez korytarz skweru Dianaparken, a potem na Ulrikasborg, byłem zbyt mały, by rozumieć, co sprawia, że bajki wywołują nasze poruszenie: w każdej dobrej bajce jest miejsce na bezkresną ciemność, a ciemność ta pochodzi z przeszłości.

2Fältskärns berättelser (Opowiadania felczera) Zachariasa Topeliusa — cykl opowiadań z okresu romantyzmu przedstawiających historię Szwecji w latach 1631—1772; w okresie tym Finlandia była integralną częścią Szwecji.

2

Wiosną 1969 roku ojciec i matka wynajmowali od bogatego chłopa Lindqvista z gospodarstwa Syd-Ollas drewniany dom w lesie, zwano go Skogstorpet. Pewnego zimowego popołudnia Lindqvist, poseł do parlamentu z ramienia Szwedzkiej Partii Ludowej3, robił zakupy w sklepie z elektroniką i urządzeniami domowymi, w którym mój tata był zastępcą kierownika. Sklep znajdował się na ulicy Kajsaniemigatan i Lind­qvist kupił w nim dużo rzeczy, a potem został zaproszony przez ojca na kawę z koniakiem i cygaro. Panowie pogadali i od słowa do słowa doszli do tego, że marzeniem ojca jest jakieś siedlisko na lato dla rodziny. Kilka miesięcy później tata podpisał na dwadzieścia pięć lat umowę najmu chałupy znajdującej się dokładnie tam, gdzie pola i gęste lasy stykały się z Ramslandet4, dużym półwyspem, który wychodził na Zatokę Fińską i zwężał się w stronę południa. Miejsce to leżało niecałe czterdzieści kilometrów od Helsinek. Tamtego lata kończyłem dziesięć lat i wcześniej nie mieliśmy żadnego stałego miejsca na wakacje. Pojedyncze tygodnie spędzaliśmy u babci i kuzynostwa mamy w Ostrobotnii, a na weekendy zdarzało nam się jeździć do dziadka i babki ze strony taty, do Kyrkslätt. Najwięcej czasu spędzałem jednak w mieście, z kluczem od domu zawieszonym na szyi, trzymając się jak najdalej od siejącego postrach Jana-Rogera Johanssona. Nie należałem do tych, których Jan-Roger regularnie powalał na ziemię, a potem bił i kopał, krzycząc, że są tchórzliwymi pedałami i że trzeba ich zastrzelić w ciemnym rogu. Byłem wyrośniętym dzieciakiem i Jan-Roger zdawał się żywić wobec mnie niechętny szacunek. Jednocześnie byłem z natury tchórzem i nie umiałem się bić, więc sam bałem się go jak ognia, dokładnie tak jak wszyscy inni. Umiałem to jednak ukryć: kiedy spotykałem Jana-Rogera, witałem go chłodnym skinieniem głowy, próbując wyglądać jak ktoś silny i niebezpieczny.

Wiem na pewno, który to był rok, bo pamiętam, że w pierwszą niedzielę czerwca tata włączył w salonie płytę z While My Guitar Gently Weeps, a potem wsiedliśmy do wynajętej furgonetki i ruszyliśmy przed siebie z naszymi meblami i sprzętem kuchennym. Ojciec urodził się na początku lat trzydziestych i był w zasadzie za stary na pop, ale w tamtym czasie narodziła się jego miłość do George’a Harrisona. Miał gdzieś Beatlesów, matka też, ale piosenki, które napisał Harrison: While My Guitar, Something, Here Comes The Sun, All Things Must Pass, coś z moim tatą robiły. Harrison nie był dla niego Harrisonem, tylko George’em, jakby byli przyjaciółmi, i piosenki George’a nigdy się ojcu nie nudziły. Wiele lat później, kiedy dopadły mnie złe recenzje i spadające nakłady, a do tego nie mogłem pisać, bo nie byłem w stanie powtórzyć sukcesu Marzyciela ze Smedsplan, ojciec przypominał mi, że George też nie napisał specjalnie dużo przebojów, ale wystarczy jedna piosenka taka jak Something, żeby uczynić artystę nieśmiertelnym. Jednak wtedy George już oczywiście nie żył.

Przywiązałem się do drewnianego domu i Ramslandet już pierwszego lata. Na moje urodziny na początku lipca — a urodziłem się w amerykański Dzień Niepodległości — dostałem rower i zacząłem na nim jeździć po okolicy. Mamie się to nie podobało, martwiła się, że ktoś mnie przejedzie. W tamtym czasie jeździło się szybko i ginęło przez to na drogach tylu ludzi, że prezydent poruszył temat śmiertelnych wypadków w jednym ze swoich noworocznych przemówień i nakłaniał obywateli do zredukowania prędkości. Żwirowa droga prowadząca przez Ramslandet, która rozgałęziała się na drogę do przylądka Ramsnäsudd i węższą do posiadłości Ramsvik Gård, nie stanowiła wyjątku. Wszyscy dociskali na niej gazu, samochody i motory wzbijały kurz, wpadając w poślizg na zakrętach, a już nikt nie jeździł szybciej od żylastego starszego mężczyzny — prowadził on granatowego saaba i z surową miną włączał kierunkowskaz na zakręcie do Ramsvik Gård, posiadłości, która leżała daleko na południowy zachód. Był to radca górniczy5 ­Per-Olof Rabell, czyli dziadek Poa, ale o tym dowiedziałem się dopiero pod koniec tamtego pierwszego lata.

Ziemia graniczna pomiędzy stałym lądem a półwyspem Ramslandet stała się moim domem. To tu znajdowało się gospodarstwo Syd-Ollas, rozległe pola pszenicy i owsa, a pomiędzy nimi ciemne świerkowe lasy. Samo gospodarstwo składało się z pięknego, pomalowanego na żółto budynku głównego i ciemnoczerwonych szop oraz dwóch wielkich dębów na zboczu opadającym do drogi. To właśnie tam, na terenach wokół Syd-Ollas, pojąłem, jak bardzo kocham sierpień. Nauczyłem się miłości do ciepłych dni, kiedy pszenica i owies w spokoju oczekują na żniwa, i pokochałem też słomianożółte, ostre rżyska, które potem pozostawały. Kochałem zapach poziomek i koniczyny, utrzymujący się na obrzeżach pól, kochałem trzepotliwe ucieczki motyli cytrynków i szarpane, niepewne naloty ważek na podwórze przed naszym domem. Kochałem wieczorne światło, tak nasycone i ciężkie w porównaniu ze światłem lipcowym, kochałem biczujące uderzenia szczupaków, które wpływały między sitowie, żeby polować w chłodniejszej wodzie, lubiłem nawet roje muszek wlatujących prosto w otwarte usta, jeśli jadąc na rowerze, zapomniałem je zamknąć.

Sam dom w lesie nie miał w sobie nic szczególnego. Zniszczona chałupa z lat trzydziestych, pomalowana na czerwono z obłażącymi z białej farby winklami, z kuchnią, dużym pokojem i małą sypialnią, w której spałem, a także strychem tak niskim, że gdy ojciec po nim chodził, musiał się pochylać, uważając na zardzewiałe gwoździe, które wystawały z desek sufitu. Okna kuchni wychodziły na wschód, więc wieczorami panował tam mrok i matka często sprawiała wrażenie zagubionej, kiedy o zachodzie słońca stawiała na stole herbatę, chleb, salami i kefir. W tym czasie tata zazwyczaj rąbał drewno albo siedział na werandzie, czytając gazetę „Hufvudstadsbladet”. Zdarzało się też, że przerywał czytanie i siedział, patrząc na podwórze i pogwizdując jakąś znaną melodię. Nie rozumiałem tego wtedy, ale nasz drewniany dom był w większym stopniu marzeniem ojca niż matki: myślę, że matka wolałaby przez całe lato pracować w kancelarii parafialnej ze mną jako dzieckiem z kluczem na szyi na podwórkach Tölö i z ojcem w białej koszuli z podwiniętymi rękawami w sklepie na ulicy Kajsaniemigatan.

Na południe od Ramslandet znajdowało się morze i właśnie tam, na południowej części półwyspu, narodziła się także Przygoda. Owa Przygoda nie zaczęła się w sierpniowy dzień, kiedy po raz pierwszy spotkałem Alexa Rabella — zaczęła się już podczas pierwszej wyprawy simcą do sklepu kupca Berglunda, a potem była kontynuowana podczas niemal codziennych samotnych wycieczek rowerowych na przylądek Ramsnäsudd.

Droga z naszego domu do Ramsnäsudd miała siedem kilometrów. Prowadziła najpierw przez las mieszany z łąkami i polanami, na których rosły kurki; nie miał on wielu bocznych dróg i ścieżek, bo większość letnich domów znajdowała się dalej na południe. W połowie trasy leżało leśne jezioro; za nim półwysep się zwężał, wzdłuż żwirowej ścieżki rosły wielkie sosny, które przepuszczały dużo światła, a podczas zachodu słońca ich pnie nabierały pomarańczowoczerwonej barwy. Rosły tam też wrzosy i borówki, a kiedy zbliżałem się do południowego brzegu, pojawiało się coraz więcej kamieni i skał, sosny za to kurczyły się i stawały sękate.

Po jakichś pięciu kilometrach można było skręcić na zachód, do Ramsvik Gård. Jednak tam nie miałem odwagi jeździć, bo któregoś wieczoru, kiedy moja matka parzyła w mrocznej kuchni herbatę i wykładała na stół chleb i kefir, z werandy przyszedł ojciec; rodzice zaczęli rozmawiać o Lindqvistach z gospodarstwa Syd-Ollas, a także o innych ludziach z okolicy i usłyszałem wtedy, jak ojciec mówi do matki, że rodzina z Helsinek, do której należy Ramsvik, uważana jest za dziwną i wyniosłą. Nie wiedziałem, co oznacza słowo „wyniosły”, a w letnim domu nie mieliśmy słownika, ale domyślałem się, że nie może to być nic dobrego. Dlatego skręcałem zawsze na wschód i jechałem jeszcze dwa kilometry do Ramsnäsudd.

Skalisty przylądek ciągnął się daleko na południe i dopiero pod koniec robił się płaski. Na jego czubku znajdował się pomalowany na czerwono sklepik i zakurzona droga do zawracania, gdzie klienci Berglunda parkowali samochody, a poza tym pompy z paliwem i trzy długie pontonowe pomosty, z których składał się port gościnny. Za cieśniną pomiędzy dwiema większymi wyspami było widać otwartą Zatokę Fińską, dalej na morzu stawę, której czerwone światło z upływem letniego wieczoru coraz ostrzej przecinało mrok. Czasem szlakiem żeglowym przepływał jakiś frachtowiec; w bardzo spokojne wieczory dało się słyszeć odgłos jego silników. Dystrybutory cuchnęły benzyną i olejem napędowym, a zdarzało się też wywąchać zapach kiełbasy z grilla i rozpałki z domków w głębi lądu. Polubiłem przylądek Ramsnäsudd od pierwszej chwili, ale nie było tam nic do roboty. Prawie nigdy nie miałem pieniędzy, żeby coś kupić, więc z reguły stałem tylko, patrząc na letników, którzy przyjeżdżali samochodami, wchodzili do sklepu, a potem z niego wychodzili. Kilka razy w tygodniu duże łodzie straży granicznej i służby celnej wpływały do portu, aby zatankować, i wtedy robiło się tam spore zamieszanie. Jeden z pograniczników miał zwyczaj ze mną żartować, a któregoś razu kupił mi loda i podając go, zmierzwił mi włosy. Najczęściej jednak się nudziłem — i lubiłem to. Była to intensywna i dobra nuda: serce waliło w piersi, bo mimo braku wydarzeń miało się przeczucie, że gdzieś dalej jest większy, inny świat.

3 Szwedzka Partia Ludowa (Svenska Folkpartiet) — fińska partia liberalna reprezentująca interesy mniejszości szwedzkojęzycznej w Finlandii.

4 Półwysep Ramslandet nie istnieje w rzeczywistości, wraz z otaczającym go krajobrazem archipelagu został wymyślony przez autora.

5 W Finlandii honorowy tytuł radcy górniczego jest przyznawany przez prezydenta wybitnym reprezentantom świata przemysłu. Przyznanie go wiąże się z uiszczeniem wysokiej opłaty skarbowej, dlatego najczęściej to duże firmy ubiegają się o przyznanie go swoim liderom i ponoszą całość kosztów.

3

Rok 1969 był ostatnim, w którym szkoła zaczynała się dopiero we wrześniu, więc końcowy tydzień sierpnia spędziłem w naszym letnim domu razem z ojcem. Matka wróciła już do pracy w kancelarii, ale ojciec przez pół lipca sprzedawał lodówki i zamrażarki w sklepie na Kajsaniemigatan, więc miał jeszcze tydzień urlopu i chciał w tym czasie łowić szczupaki w trzcinowych szuwarach na północ od naszej działki. Żywiliśmy się szpetnymi szczupakami taty i konserwami, były to „Klopsy w sosie” i „Grochówka z prawdziwą wieprzowiną”, a po jedzeniu brałem rower i jechałem na południe Ramslandet. Ojciec zawsze pytał, czy chcę z nim iść w szuwary i zarzucić wędkę, ale między trzcinami było parno i pełno komarów, a poza tym wędkarstwo w ogóle mnie nie obchodziło.

W jedno z upalnych popołudni jak zawsze spędzałem czas przed sklepem Berglunda. Dość długo nie było żadnych ludzi, ale potem nadjechał złoty samochód — miałem się wkrótce dowiedzieć, że był to peugeot — i wysiadła z niego blondynka, która do sklepu weszła razem z kłócącymi się i opierającymi dziećmi: chudym, ciemnowłosym chłopcem i jasnowłosą dziewczynką.

Ciemnowłosy chłopiec, wchodząc do sklepu, rzucił mi spojrzenie i zaledwie kilka minut później był z powrotem na zewnątrz. Trzymał dziewczynkę za rękę i było wyraźnie widać, że robi to niechętnie. W drugiej ręce każde trzymało loda na patyku, jej był czerwony, a jego żółty, dziewczynka odgryzała loda po kawałku i krzywiła się, kiedy zimno drażniło jej zęby. Jednak nie kłóciła się już, sprawiała wrażenie zadowolonej.

Chłopiec popatrzył na mnie i zapytał:

— Jesteś z Helsinek, co nie?

Brzmiało to bardziej jak rozkaz niż pytanie, ton jego głosu budził we mnie pragnienie sprzeczki i bicia. Popatrzyłem na niego tak ostro, jak umiałem, i odpowiedziałem obojętnie:

— Czemu tak myślisz?

Chłopiec emanował jeszcze większym poczuciem wyższości niż wcześniej.

— Byłeś tu w sklepie w lipcu. Nie widziałeś mnie. Przyszedłeś z ojcem. Słyszałem, jak rozmawiacie.

— Ano tak — odparłem niechętnie.

Podczas zakupów u Berglunda ojciec lubił używać helsińskiego slangu — na portfel mówił plåmsa, o sklepie lafka i tak dalej. Nigdy nie używał tych słów u nas w domu, w Helsinkach, tylko tutaj.

— Mieszkasz gdzieś blisko?

Chłopiec sprawiał przyjazne wrażenie, a ja zapomniałem o podejrzliwości i nabrałem entuzjazmu.

— Nie. Mieszkamy w Skogstorpet. Blisko Syd-Ollas.

— Koło zatok z sitowiem? Przyjechałeś aż stamtąd na rowerze?

Słychać było, że jest zdumiony, i zanim zdążyłem potwierdzić, dodał:

— Nie żrą tam komary?

Poczucie zagrożenia powróciło.

— Nie. Teraz nie — odpowiedziałem.

— Mam na imię Alex. To my mieszkamy w Ramsvik Gård. Wiesz, gdzie to?

Gdy zadawał pytanie, słychać było w jego głosie dumę. Kiwnąłem głową i powiedziałem mu, jak się nazywam.

— Dziwne imię. — Alex wyszczerzył zęby. — Co robi twój tata?

— Jest dyrektorem sklepu — odparłem, zapominając dodać słowo „zastępca”. — Träskman & Antell.

— Niedaleko dworca? Pralki i takie rzeczy?

— Zgadza się — odpowiedziałem z dumą.

— To moja młodsza siostra Stella — oznajmił Alex, wskazując na dziewczynkę, która puściła jego rękę, odeszła kilka kroków i wylizywała resztkę czerwieni z patyczka po lodzie. — Masz rodzeństwo?

— Nie.

— Chcesz wpaść do nas któregoś dnia? — zapytał nagle.

Odgryzł niemal połowę tego, co zostało na patyku, siorbnął i dodał:

— Wpadnij dziś. Jutro przychodzi do nas kolega z domu obok, ale dzisiaj nie mam nic do roboty.

— No, nie wiem — odparłem. — Muszę chyba pojechać do domu i spytać tatę.

W tym samym momencie ze sklepu wyszła blondynka. Kiedy nas zobaczyła, na jej czole pojawiła się zmarszczka niezadowolenia.

— Powiedziałam, żebyś trzymał siostrę za rękę. Tu jeżdżą samochody!

— To Stella nie chciała — odpowiedział Alex.

— Stella! — syknęła kobieta, ale dziewczynka stała uparcie z naburmuszoną miną w tym samym miejscu.

Dopiero teraz zauważyłem, jak bardzo wysoka jest blondynka: wysoka i opalona. Elegancka. Jednak było w niej też coś, co mnie przerażało, coś nieprzychylnego i surowego.

— Czy on może nas odwiedzić? — zapytał Alex.

Dokładnie tak to powiedział — „on” zamiast mojego imienia. Jego młodsza siostra podeszła do nas, usiadła na schodach i przyglądała mi się z zaciekawieniem.

Podszedłem do wysokiej kobiety i przedstawiłem się tak, jak nauczyli mnie tego matka i ojciec, imieniem i nazwiskiem, patrząc jej w oczy i wyciągając do niej rękę. Kiedy na mnie spojrzała, w jej wzroku było coś nieobecnego i zmarszczka pomiędzy brwiami się pogłębiła. Przyszło mi do głowy, że może niewyraźnie artykułuję słowa. Któregoś wieczoru podsłuchałem, jak tata mówił coś takiego do mamy: że ci z wyższych sfer zawsze bardzo wyraźnie artykułują, kiedy rozmawiają, i że z państwem należy rozmawiać na ich sposób, w przeciwnym razie robią się nieprzyjemni i patrzą, nie widząc cię, tak jakbyś naprawdę nie istniał. W końcu kobieta uśmiechnęła się przelotnie tylko ustami i podała mi dłoń.

— Clara Rabell. Mama Alexa i Stelli.

Odwróciła się w stronę syna i dodała:

— Obawiam się, że niestety dziś to niemożliwe, przychodzą do nas na obiad babcia i dziadek.

Rzuciła mi litościwe spojrzenie i uzupełniła:

— Może nas odwiedzić w jakiś inny dzień. On ma rower, więc może mógłby sam do nas przyjechać.

— W takim razie pojutrze — zdecydował Alex i spojrzał na mnie tak przyjaźnie, że wydawało się, iż wybraliśmy ten dzień wspólnie. — I możesz zostać na noc, jeśli chcesz.

4

Dwa dni później zjadłem kawałek wyjątkowo dużego szczupaka, którego tata złowił rano, zabił i odfiletował, a potem usmażył w grubych, twardych porcjach, na których zostały pod spodem kawałki żółto-zielonej skóry. Po jedzeniu po raz pierwszy w życiu przejechałem na rowerze sześć kilometrów z naszego Skogstorpet do Ramsvik Gård. Tego dnia Lindqvist z Syd-Ollas kosił wielkie pole pszenicy w pobliżu trzcinowych szuwarów, jego żniwiarka z klekotem przesuwała się przez złocistą żółć; jej dźwięk wypełniał łagodny wieczór, gdy wsiadałem na rower i zaczynałem pedałować. Kiedy piszę te słowa, minęło od tamtego dnia czterdzieści siedem lat, ale pamiętam go, jakby to było wczoraj. Jest tak, jak gdyby całe moje życie było następstwem i przedłużeniem tamtej wyprawy rowerem do Rabellów. Pastwiska, nieduże jezioro, wysokie sosny, czerwonawe światło: w środku nadal jestem chłopcem, który wstaje z siodełka i pedałuje na stojaka przez Ramslandet, podczas gdy wieczorne słońce grzeje go w prawy policzek.

Ojciec uważał, że wyruszam trochę za późno, a kiedy wyjaśniłem, że zostanę na noc, zapytał, czy mam numer telefonu do Ramsvik Gård. Odparłem, że nie, ale mama kolegi nazywa się Clara Rabell. Ojciec popatrzył na mnie w zamyśleniu, kiwnął głową i powiedział, żebym wziął ze sobą szczoteczkę do zębów i że sam sprawdzi numer, bo miał w Skogstorpet książki telefoniczne z zeszłego roku.

Dwadzieścia minut później skręciłem w prawo do Ramsvik, zamiast pojechać w lewo w stronę Ramsnäsudd. Z przejęcia ściskał mi się żołądek, a na ostatnim kilometrze drogi wydawało mi się, że cały czas słyszę za sobą silnik samochodu, i czekałem, aż wyprzedzi mnie ponury, żylasty mężczyzna w granatowym saabie. Ale tamtego wieczoru w ­Ramsvik nie było mężczyzn z rodu Rabellów. Znajdowali się tam tylko: Clara Rabell z dziećmi, dozorca Lahtinen, mieszkający w domku obok, i Barbro, dziewczyna do pomocy z Ostrobotnii, która opiekowała się Alexem i Stellą, kiedy Clara rozmawiała przez telefon w sprawach biznesowych, pisała listy albo zajmowała się czymś innym, równie ważnym.

Posiadłość Ramsvik Gård leżała na południowym zachodzie, w samym rogu Ramslandet. Skalisty brzeg opadał stromo ku zachodniemu północo-zachodowi, a otoczona sitowiem zatoczka miała wąskie ujście na południe. Pośrodku osłoniętej ze wszystkich stron zatoki mieściły się szeroki pomost, hangar na łodzie i sauna. Kiedy podjeżdżało się do posiadłości samochodem lub rowerem z północnego wschodu, żwirowa droga zwężała się, ale nie zamieniała się w leśną dróżkę, do samego końca rosły po obu jej stronach rozłożyste drzewa: dom przy wjeździe — ten, w którym mieszkał Lahtinen — zbudowano właściwie w środku lasu.

Pomimo wielu drzew główny budynek posiadłości był widoczny z kilkuset metrów. Duży i otynkowany na biało, stał na wzniesieniu, otoczony kwiatowymi rabatkami i starannie przystrzyżonym trawnikiem, który dochodził aż do brzegu. Na północ od domu znajdowało się miejsce do zawracania samochodów z zagrabionym żwirem i małą fontanną pośrodku, były tam też wspaniałe schody z granitu i potężne czarne drzwi ze złotą kołatką. A to tylko tył domu. Główna fasada budynku skierowana była na południe, na zatokę i przesmyk wodny. Od południowej strony na piętrze widniał czarny balkon z kutego żelaza — wychodziły na niego drzwi sypialni rodziców — i jasnozielone markizy, które pięknie kontrastowały z białą ścianą. Była tam też ogromna weranda z meblami z ratanu, kanapami i poduszkami oraz altana z pnącymi różami i groszkiem, a dalej ścieżka z łupkowych płytek, która przecinała trawnik, prowadząc obok kilku grusz, aż do klonów przy brzegu, przystani i sauny.

Tego wieczoru Alex zachowywał się jak bardzo grzeczny, ale i dumny gospodarz. A mnie nie było trudno zaimponować. Wszystko wyglądało tak pięknie i okazale, a w domu było tak dużo pokoi, że pogubiłem się w obliczeniach, jeszcze zanim weszliśmy krętymi schodami na piętro, gdzie znajdowała się większość sypialń.

Pokój Alexa mieścił się na samym końcu zachodniego skrzydła; z czasem miałem z niego zobaczyć wiele fantastycznych zachodów słońca. Jednak pierwszego wieczoru nie zobaczyłem zachodu i nie widziałem też, jak niebo przed zapadnięciem mroku robi się siarkowożółte, bo zaczęło lać jak z cebra, a poza tym była to już za późna pora roku. Powoli ciemniejące siarkowożółte niebo stanowiło ozdobę wczesnego i pełnego lata — pod koniec sierpnia ciemność zapadała szybko i zamieniała się w worek z czarnego aksamitu, i jeżeli człowiek nie zapalił światła lub nie włączył latarki, to nie był w stanie zobaczyć przed sobą własnej ręki.

Wydaje mi się, że już wtedy w pokoju Stelli były tapety w kolorze kwiatów lipy. Tyle że właściwie jej nie spotkałem, bo młodsza siostra denerwowała Alexa i chciał, żeby trzymała się z daleka od naszych zabaw. Zanim zaczęło zmierzchać, zdążyliśmy rozegrać set badmintona w deszczu. Alex zwyciężył piętnaście do jedenastu — nie grał dobrze, ale ja byłem jeszcze gorszy. Potem nadszedł czas na wieczorną kąpiel, skakaliśmy do wody z pomostu, chociaż Clara nam tego zabroniła, a później jedliśmy. Podano nam pieczonego bażanta w sosie śmietanowym z konfiturą z jarzębiny, bajecznie pysznego, a Clara wyjaśniła mi życzliwie, że to stary przepis rodzinny i że ptaka ustrzelił Lahtinen, który był też strażnikiem leśnym, a część jego wynagrodzenia stanowiło pozwolenie na polowanie na ptaki i drobną zwierzynę.

Alex był zadowolony i rozmowny, ton jego głosu zmienił się tylko raz, gdy spytałem, czy żylasty mężczyzna w granatowym saabie to jego tata. Wróciliśmy wtedy do jego pokoju i Alex wyjaśnił krótko, że ów mężczyzna to Poa, dziadek, który jest właścicielem Ramsvik i czasem też tu mieszka. Potem powiedział, że jego tata ma na imię Jakob i że dopiero co musiał wyjechać do Anglii, żeby doprowadzić tam do końca jakiś duży interes.

Tata ma własną firmę, kontynuował Alex. Mama też. Ale firma taty jest dużo większa, firma mamy importuje tylko kosmetyki do makijażu. Jest tak mała, że mama może nią zarządzać, nie ruszając się stąd.

A potem dodał coś, co — jak pamiętam — wydało mi się dziwacznym określeniem; już samo w sobie było oryginalne, ale brzmiało jeszcze dziwniej w ustach dziesięcioipółletniego chłopca:

— Jesteśmy klanem przedsiębiorców. Ten dom zbudował mój pradziadek i to on był pierwszym, który prowadził własną firmę.

Altana. Balkon z kutego żelaza. Strażnik leśny. Drobna zwierzyna. Dziewczyna do pomocy. A teraz klan przedsiębiorców. Tamtego wieczoru usłyszałem tak dużo nowych i dziwnych słów, że mogłem tylko niemo potakiwać.

— Właśnie jego widać na obrazie w pokoju z kominkiem — ciągnął Alex w odpowiedzi na moje milczenie. — To ten w futrzanej czapie i mundurze.

Alex siedział na swoim łóżku z podciągniętymi do tułowia kolanami, opowiadał mi to wszystko ubrany we wzorzystą piżamę w kolorze morskiego błękitu. Zajmował miejsce w nogach łóżka, spodnie piżamy były podwinięte, tak że dało się widzieć jego chude łydki, a kiedy mówił, sprawiał wrażenie ważnego. Posłusznie kiwałem głową i myślałem o moim ojcu, który sprzedawał pralki, i o mojej matce, która pracowała w kancelarii parafialnej, wszystko to do momentu, aż zgasiłem stojącą obok łóżka lampę. Alex nie dodał nic więcej i także zgasił światło, a ja natychmiast zasnąłem w gościnnym łóżku, które Barbro, dziewczyna do pomocy, przyniosła do pokoju Alexa, a potem zasłała gładką, pachnącą pościelą.

Następnego dnia, kiedy się obudziłem, okazało się, że nocny deszcz minął. Nastał wspaniały, mokry od rosy, sierpniowy poranek; kiedy udałem się do toalety — w domu było ich aż kilka — z parteru pachniało kawą, a przez okno wychodzące na morze zobaczyłem, że Clara Rabell ubrana w szlafrok i kapcie idzie w stronę pomostu, żeby popływać, a za nią opornie wlecze się Stella.

5

W zimie po naszym pierwszym spotkaniu mój ojciec zaczął mnie wozić do mieszkania rodziny Rabellów przy Ehrensvärdsvägen. Nie działo się to jednak zbyt często. Był to nasz ostatni rok w sześcioletniej podstawówce i nie chodziliśmy jeszcze z Alexem do jednej szkoły. Nasza przyjaźń zaczęła się w Ramsnäsudd i nadal wiązała się mocno z Ramslandet, ale kiedy zaczęliśmy uczęszczać do tej samej szkoły w Helsinkach, pojawiło się także miasto. Kolejnej zimy jeździłem już do Alexa samodzielnie, tramwajem, chodziliśmy wtedy obaj do szwedzkiej szkoły numer trzy. Dla mnie był to oczywisty wybór, Trzecie Szwedzkie znajdowało się kilka kilometrów na północ od Bortre Tölö. Natomiast nie rozumiałem, dlaczego Alex jeździ co rano na przedmieścia, skoro w centrum była inna szkoła. Kiedy go o to zapytałem, wyjaśnił, że zarówno jego tata, jak i dziadek też chodzili do tej szwedzkiej szkoły w centrum miasta, choć nazywała się wtedy Szkołą Męską imienia de Bruyna. Wtedy pojąłem, o co chodzi, bo zaczynałem już się orientować, iż w życiu rodziny Rabellów liczy się to, że pewne rzeczy zawsze były takie same i nie powinno się ich zmieniać.

*

Optymizm ojca był niezłomny, podobnie jak mój. Jednak lata, w których trzymałem się z Alexem Rabellem, nie były dobre ani dla taty, ani dla mnie. Istniał konkretny powód, dla którego zacząłem jeździć do Alexa tramwajem i nie podwoził mnie już ojciec — chodziło o to, że ojca zdegradowano w Träskman & Antell z zastępcy dyrektora sklepu na zwykłego sprzedawcę. Stracił przez to możliwość układania swojego grafiku tak, by odpowiadał jego potrzebom, i stał się jak inni sprzedawcy niewolnikiem zegara kontroli czasu pracy, o czym prawdopodobnie długo bym się nie dowiedział, gdyby ojciec nie miał zwyczaju włączać na cały regulator muzyki, kiedy był zadowolony lub smutny.

Któregoś szarego kwietniowego popołudnia wróciłem do domu po tym, jak Jan-Roger Johansson złamał naszą niepisaną umowę, że zostawi mnie w spokoju. Dopadł mnie na dziedzińcu szkolnym i zażądał, bym pozwolił mu przeszukać moją teczkę; chciał obrazków do kolekcjonowania, papierosów i czegoś tam jeszcze. Potrząsnąłem głową i rzuciłem mu zimne spojrzenie, a potem oddaliłem się krokiem tak wolnym i pewnym siebie, jak tylko się dało. Czułem jednak, że drżą mi nogi, a kroki wbrew mojej woli wydłużają się i przyspieszają, co nie uszło uwadze Jana-Rogera. Dogonił mnie w Författarparken, wykręcił mi ramię i wyrwał teczkę. Kiedy nie znalazł w niej nic wartościowego, zaklął i wrzucił ją do błotnistej kałuży, a mnie samego popchnął na mokrą zeszłoroczną trawę i powiedział, że jestem tchórzliwym pedałem, którego powinno się zastrzelić w ciemnym rogu. Potem sobie poszedł. Podniosłem się, wyłowiłem teczkę z kałuży i ciężkim krokiem ruszyłem w stronę Messeniusgatan. Ku mojemu zdumieniu i ojciec, i matka byli już w domu: ojciec włączył Abbey Road tak głośno, że nie usłyszeli, jak wszedłem i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Chciałem iść do łazienki i zmyć z teczki plamy błota, ale zmieniłem zdanie i rzuciłem ją na dywan w przedpokoju, a potem odwiesiłem kurtkę na wieszak i wszedłem w głąb mieszkania. Do salonu szło się obok kuchni, ale rodzice byli tak pochłonięci rozmową, że mnie nie zauważyli. Dostrzegłem za to, że przed siedzącym tatą stoi butelka piwa i szklanka, choć nie pijał alkoholu w zwykłe dni. Położyłem się na musztardowożółtej kanapie w salonie i zamknąłem oczy. Wyobraziłem sobie, jak upokarzam Jana-Rogera Johanssona, wpychając go do błotnistej kałuży, a potem waląc pięścią tak, że jego twarz zmienia się w krwawą masę, i mówiąc mu przy tym, że jego stary jest pijusem bez grosza, proletariackim śmieciem. W tym momencie muzyka ucichła i usłyszałem, o czym rozmawiają matka i ojciec.

— Ale muszą podać ci jakiś powód — powiedziała matka pełnym niepokoju głosem.

— Podali — odparł ojciec. — Twierdzą, że samowolnie zarządzam godzinami pracy i wychodzę załatwiać swoje sprawy, i nie notuję, kiedy wychodzę.

— A robisz to? — spytała matka.

— Nie — zaprzeczył ojciec. — To znaczy kiedyś wyszedłem coś załatwić, na poczcie czy gdzieś, i się nie wpisałem. Ale to nie ma znaczenia i oni o tym wiedzą.

— No to dlaczego? — dociekała matka. — Musi istnieć jakiś powód. Mówiłeś przecież, że dyrektor Träskman wychwalał cię na śledziku.

— To prawda — odparł ojciec. — Oczywiście, że jest powód i łatwo się go domyślić. Jego najstarszy syn Antell skończył Wyższą Szkołę Handlową i potrzebuje dobrej pracy. Była o tym mowa w lutym, podczas lunchu szefostwa.

— Czyli to on będzie… — zaczęła matka, ale ojciec przerwał jej poirytowanym głosem:

— Nic nie zostało jeszcze powiedziane, ale tak to będzie wyglądało.

— W takim razie nie da się nic poradzić — stwierdziła matka. — Obniżą ci też pensję?

— To już kwestia negocjacji — odpowiedział zdecydowanie ojciec, a potem usłyszałem szurnięcie odsuwanego w tył krzesła, bo ojciec wstał.

— Szczęście, że oboje mamy pracę — zauważyła matka.

Wtedy jednak ojciec wszedł już do salonu, zobaczył mnie na kanapie i ze zdumieniem powiedział:

— A co ty robisz, do cholery, w domu?

Potem jego oczy się zwęziły i dodał:

— Jak długo tu leżałeś? Podsłuchiwałeś?

— Dopiero co wróciłem — odparłem. — I nie słucham. Myślę o swoich sprawach.

— Masz twarz całą w błocie. Co ty wyprawiałeś?

— Graliśmy w piłkę. Upadłem.

— Nie wiedziałem, że w ogóle grasz w piłkę — zdziwił się ojciec.

— Czasem tak.

— Może chcesz się zapisać do klubu? — zapytał, a na jego twarzy odmalowała się nadzieja.

— Nie, chcę sobie grać z kumplami — odpowiedziałem.

Zobaczyłem, jak nadzieja na twarzy ojca gaśnie. Znowu wyszedł do kuchni, usłyszałem, jak otwiera gwałtownie lodówkę, wyjmuje kolejną butelkę piwa i zdejmuje kapsel.

*

Z zimowymi wizytami na Ehrensvärdsvägen wyglądało dokładnie tak, jak z wizytami w Ramsvik: trzeba było je starannie zaplanować. Nie dało się wskoczyć do tramwaju czy na rower i po prostu wpaść, bo już wtedy Alex miał swoje sposoby sygnalizowania, że jest ważną i zajętą osobą.

Pierwszej zimy nadal pracowała u nich dziewczyna do pomocy o imieniu Barbro, następnego lata pojawiła się inna dziewczyna ze wsi, mająca na imię Anni, kolejnej zimy była to Kerstin. To wtedy określenie „dziewczyna do pomocy” zostało zastąpione nowym, bardziej eleganckim słowem, którego Alex nauczył się od swojej mamy Clary — au pair, wymawiało się toto „oopeer”. Młodsza siostra Alexa Stella, która zazwyczaj wykazywała się inteligencją i miała dobre oceny ze wszystkich przedmiotów, nie rozumiała tego słowa i przez kilka lat mówiła o „opalowych dziewczynach”, jakby Anni, Kerstin i reszta były jakąś biżuterią. Ponieważ pilność i krnąbrność Stelli irytowały mnie i Alexa, jej błąd bawił nas i nigdy jej nie poprawiliśmy. Kiedy Stella nareszcie pojęła swoją wpadkę i nauczyła się mówić au pair, obraziła się na nas i przez całą zimę się ze mną nie witała.

Zimowe obiady na Ehrensvärdsvägen wyglądały identycznie jak ten pierwszy w Ramsvik. Byli na nich Clara, Alex, Stella, dziewczyna do pomocy i ja. Czasami gotowała Clara, czasami pomoc domowa. W którąś przejmująco mroźną niedzielę w styczniu tamtej pierwszej zimy w obiedzie uczestniczyli też dziadek Per-Olof, czyli Poa, i jego żona Gerda. Poa ze smakiem pałaszował stek cielęcy, ale zaznaczył, że nie lubi brokułów, a sos jest trochę za słony. Przypominająca ptaszka babcia Gerda prawie nic nie jadła, z roztargnieniem grzebała widelcem w steku i brała udział w rozmowie przy stole, rzucając cicho krótkie komentarze korygujące to, co właśnie powiedział jej mąż. Poa z Gerdą siedzieli do późna, pili razem z Clarą kawę i sherry i prowadzili niegłośną rozmowę w salonie, podczas gdy my z Alexem oglądaliśmy telewizję, a Stella ćwiczyła zadaną lekcję na pianinie. Kiedy usiedliśmy do stołu, odpowiedziałem na pytanie Poa — „A co to w ogóle za chłopiec?” — przedstawiając się tak grzecznie i kulturalnie, jak tylko umiałem. Okazało się, że nawet wpływowy Poa zna sklep Träskman & Antell na Kajsaniemi, co przydało mi poczucia własnej wartości pośród całej nieśmiałości i niezadowolenia z siebie, które czułem. Potem Poa już mnie nie zauważał.

Pod koniec pierwszej zimy — po tym, jak parę razy odwiedziłem mieszkanie przy Ehrensvärdsvägen — zacząłem się zastanawiać nad tatą Alexa, Jakobem. Dlaczego nigdy nie ma go w domu? Oczywiście, spędzał długie dni w pracy i dużo podróżował, ale dla mnie, z moim ojcem, którego klucz każdego dnia chrobotał w zamku kilka minut po wpół do szóstej, ta wielka nieobecność była niepojęta. Któregoś wieczoru, gdy siedzieliśmy z Alexem w jego pokoju z poleceniem od Clary, żeby odrobić lekcje, poruszyłem ten temat.

— Twój stary naprawdę dużo podróżuje — zauważyłem.

Alex spojrzał na mnie i odpowiedział z dumą w głosie:

— Tak jest. I nie tylko. Jeśli chcesz, mogę ci zdradzić tajemnicę. Ale musisz mi obiecać, że będziesz milczał jak głaz.

Alex nie miał w zwyczaju używać tak dramatycznych określeń, mówił prosto i ostro, z dużą liczbą przekleństw. „Milcz jak głaz” — to brzmiało jak wers z którejś z czytanych przeze mnie książek przygodowych.

— Rzecz jasna — odparłem. — Obiecuję.

— Muszę być pewny, że mogę ci zaufać — powiedział z powagą Alex. — To się nie może wydać.

— Masz moje słowo — powtórzyłem i pomyślałem, że sam zaczynam mówić jak bohaterowie moich książek.

Alex siedział przy biurku, staromodnym, masywnym meblu z ciemnego drewna, z krzesłem o grubych, toczonych nogach do kompletu. Niedawno skończył jedenaście lat i na tym miejscu wydawał się bardzo mały. Sam rozwaliłem się w jego wygodnym fotelu i czekałem, aż wyjawi mi swoją tajemnicę, Alex jednak oparł prawy łokieć na blacie biurka, a brodę na dłoni i przez dobrą chwilę jego twarz wydawała się nieodgadniona, aż w końcu zaczął mówić:

— Tata wyprowadził się do Nowego Jorku, żeby lepiej zadbać o firmę. Podróże już nie wystarczały. Mieszka tam od Nowego Roku.

— Przeprowadził się do Nowego Jorku? Naprawdę?

W zasadzie nie powinienem być zaskoczony. Wszystko w życiu rodziny Rabellów było okazałe i pompatyczne. Adresy, samochody, meble, kolacje. Ale to przerosło wszystko, co mogłem sobie wyobrazić.

— Mieszka na Manhattanie — powiedział ze spokojem Alex. — Na zachód od Central Parku. W wieżowcu, na dwudziestym siódmym piętrze.

Manhattan. Central Park. Alex mówił już wtedy dobrze po angielsku i nazwy te brzmiały w jego ustach magicznie.

Wyprostował się i szybkim, świadomym ruchem zapukał w blat stołu, zanim dodał:

— Tak to jest. Tęsknię za ojcem. Ale firma jest najważniejsza. A on szykuje tam coś wielkiego.

Jeśli miałem jeszcze jakieś wątpliwości co do prawdziwości opowieści Alexa, to zniknęły one podczas mojej następnej wizyty na Ehrensvärdsvägen. Była już wiosna: u nas w domu ojciec planował pierwszy weekendowy wyjazd do Skogstorpet, a w rodzinie Rabellów ich nowa au pair Anni otrzymała zadanie, by wybrać się do Ramsvik i przeprowadzić rozmowę z Lahtinenem o tym, co musi zostać zreperowane i zrobione przed latem. Wieczorem usiedliśmy do kolacji — Stella została u koleżanki z klasy, był maj i słońce zaczynało już zachodzić, Rabellowie często jadali późno — wtedy Alex zapytał:

— Mamo, mogę pokazać kartkę? Tę od taty.

Clara Rabell uśmiechnęła się przyjaźnie, odłożyła nóż i widelec i wstała z miejsca.

— No skoro musisz to zobaczyć — powiedziała i zaczęła czegoś szukać na kuchennej półce, gdzie stały książki kucharskie i leżały wycinki z gazet z przepisami, a potem wyciągnęła stamtąd lśniącą pocztówkę, którą podała Alexowi. Alex przekazał ją z kolei mnie, a ja obracałem ją w rękach, podziwiając zdjęcie mostu Brooklińskiego w wieczornym świetle z rozjarzonym, strzelistym Manhattanem w tle. Jeszcze raz odwróciłem kartkę i pokazałem palcem amerykański znaczek — zbierałem znaczki i miałem w swojej kolekcji właśnie ten — a potem przeczytałem krótki tekst napisany tak eleganckim charakterem pisma, że wyglądał niemal kobieco:

4 maja 1970 r.

Drogi Synu i Droga Córko!

U Was, tam w domu, był właśnie Valborg6, a tu buduje się dwa najwyższe na świecie wieżowce. Czas płynie przeraźliwie szybko, już wkrótce będzie lato i czas wakacji, wtedy przyjadę do domu, bo bardzo za Wami tęsknię!

Wielkie uściski od Waszego Tatka w The Big Apple

Kiedy oddawałem Alexowi pocztówkę, było w tym coś uroczystego. Alex wziął ją ode mnie bez słowa, kiwnął głową i uśmiechnął się tajemniczo, ale też z aprobatą, jakbyśmy już w momencie, w którym powiedział mi o przeprowadzce Jakoba, stali się wspólnikami. Potem wstał, podszedł do półki i położył kartkę dokładnie tam, gdzie znalazła ją Clara.

6 Valborg — noc Walpurgi.

6

Pomimo obietnicy Jakob Rabell nie przyjechał do domu na lato. Kiedy cały czerwiec już minął i zostało zaledwie kilka dni do moich jedenastych urodzin, zapytałem Alexa o plany ojca. Alex potrząsnął głową i odparł, że interesy okazały się bardziej absorbujące, niż tata sądził, i konieczne były nie tylko jego obecność w Nowym Jorku, ale także systematyczne odwiedziny w Chicago i Londynie, więc możliwe, iż uda mu się wyrwać na jakiś tydzień czy dwa w sierpniu, żeby przyjechać do Ramsvik, ale nawet co do tego nie ma pewności.

— Ale o jakie interesy chodzi? — spytałem. — Tak strasznie długo nie widział już swojej rodziny.

— Aż tak źle nie jest — odparł Alex. — Spędził przecież z nami całe ferie zimowe. Szkoda, że byliście na nartach w Ellivuori, bo kiedy wpadłeś do nas w niedzielę, to tata już wyjechał. No i był też tu w maju z mamą i Stellą, kiedy ja pojechałem na wycieczkę w góry.

Mimo że mieszkaliśmy w różnych częściach miasta, obaj należeliśmy do tej samej drużyny skautowskiej, do Sokołów. Do wstąpienia do skautów zmusili mnie rodzice. Alex awansował już wtedy na pomocnika zastępowego i wyróżniał się, w czym tylko się dało — od wiązania węzłów po koleżeństwo. Osobiście nie znosiłem wszystkiego, co miało związek ze skautingiem, i czekałem tylko na właściwy moment, żeby powiadomić matkę i ojca, że chcę z tym skończyć. Nienawidziłem wiązania węzłów. Nie znosiłem dziarskich gadek o byciu zespołem i chęci poświęcenia się dla innych. Nie cierpiałem spania w śpiworze w przeciekającym podczas deszczu namiocie. Nienawidziłem siedzenia na nieheblowanej desce, srania do dołka i wyciągania drzazg z pośladków. Poza tym wiedziałem, że Alex pozuje, bo kiedy byliśmy sami, bez umiaru nabijał się z dziwactw drużynowego Theslöfa i obgadywał naszych kolegów.

— W kwestii interesów… — zaczął Alex, podczas gdy ja milczałem, ale zaraz przerwał i wbił wzrok w Stellę, która siedziała w fotelu na tarasie, wystawiając twarz do słońca.

Stella jakby wyczuła spojrzenie Alexa, bo nagle odwróciła głowę, popatrzyła na nas i pokazała język, a ja uznałem, że skierowała to do mnie. Była dziwną dziewczynką, naburmuszoną i upartą, ale czarującą, nie dało się jej nie lubić. Jej relacja z bratem była jednak uciążliwa: często się kłócili, krzyczeli i przeklinali, a czasem nawet się bili. Pomimo to miałem wrażenie, że są ze sobą związani.

— No cóż — kontynuował Alex — przykro mi, ale nie mogę o tym mówić. Trochę wiem i jeśli się wygadam, to interesy mogą się nie udać. Idziemy na pomost popływać?

— Okej — odparłem, bo byłem przyzwyczajony do tego, że zawsze robimy to, co chce Alex.

— A jutro musisz jechać do domu po śniadaniu. Przyjdzie tu Kride z Ramsnäsudd, nie znacie się, więc byłoby męczące mieć was tu razem.

— Okej.

*

Tamtego lipca spędziłem w Ramsvik Gård tyle czasu, ile się dało. U nas, w Skogstorpet, atmosfera robiła się coraz bardziej napięta, bo ojciec nie potrafił uporać się z myślą, że został zdegradowany na rzecz młodego Nilsa-Henrika Antella. Zachowywał spokój, dopóki zajmował się jakąś fizyczną pracą, na przykład rąbaniem drewna, układaniem dachówek albo zarzucaniem sieci na okonie i szczupaki. Ale gdy tylko siedział bezczynnie, przypominał sobie upokorzenie; stawał się wtedy humorzasty i poirytowany. Czasami był w tak złym humorze, że nie pomagało nawet Here Comes The Sun ani Something. Odtwarzał te piosenki na nowym magnetofonie kasetowym, który kupił po cenie dla pracowników, i być może to było problemem: supernowoczesny magnetofon z Träskman & Antell budził wspomnienie o poniżeniu, jakiego ojciec doznał.

Jednak nie chodziło tylko o ojca.

Nie dało się już nie zauważyć, że mama nie czuła się w drewnianym domku jak u siebie i że z upływem letnich tygodni była coraz bardziej niezadowolona. Wieczorami w ciemnej kuchni wydawała się coraz smutniejsza, z miną cierpiętnicy stawiała na stół chleb, kiełbasę i kefir, a ja zgadywałem, że myśli o kawiarniach, kinach i wszystkim innym, co kochała w mieście i czego jej brakowało każdego dnia. Moja matka lubiła marzyć, w młodości była też bardzo piękna i podrywało ją wielu mężczyzn, zanim w końcu zdecydowała się na ojca. Taka młodość pozostawia po sobie ślady, bo człowiek jest jak paw, próżna istota, która wyobraża sobie, że ma pióropusz ze złota tam, gdzie siedzą dusza i poczucie własnej wartości. Wyjdź z tego mroku — chciałem powiedzieć matce — zapomnij to, co było kiedyś, wyjdź przed dom, popatrz z nami na zachód słońca, chodź, pooddychaj wieczornym powietrzem, poczuj, jakie jest rześkie, odświeżające i wilgotne.

Ale nie wydobywałem z siebie ani słowa. To był mój problem w relacji zarówno z matką, jak i z ojcem — wcześnie nauczyłem się rozumieć, co czują, tak samo jak później umiałem wyczuwać innych ludzi, choć siebie samego było mi zawsze trudno pojąć, nigdy jednak nie miałem odwagi powiedzieć im, co widzę. Bałem się, że mnie za to znielubią, że nie będą rozumieli, po co w ogóle jest taki człowiek jak ja, jaka z niego pociecha, z kogoś, kto ma w oczach rentgen, kto gardzi skautingiem, chęcią poświęcenia się dla innych, piłką nożną i Bogiem.