(nie)potrzebni - Marcin Ogdowski - ebook
Opis

Wojna obdarta z romantycznej ułudy, okrutna i brzemienna w skutki. Afganistan będzie nam ciążył latami, a jego żywym świadectwem będą weterani często zapomniani, lekceważeni, (nie)potrzebni. Mocna pozycja, obowiązkowa dla tych, którym roją się kolejne wojny.
Andrzej Rozenek, były dziennikarz śledczy, poseł na Sejm, wiceprzewodniczący Sejmowej Komisji Obrony Narodowej.


To było jak strzał defiblyratorem! Czytając kolejne kartki s
łyszałem rakiety lecące i wybuchające nieopodal, kule jazgoczące nad głową oraz kolegów którym w rocznice śmierci palę znicz na parapecie okna...
Jacek, weteran misji w Iraku i Afganistanie


Na polskim rynku wydawniczym nie znaleźliśmy pozycji, która tak obrazowo przedstawiałaby dalsze losy nie tylko tych, których na chwilę opuściło żołnierskie szczęście, ale też tych, którzy wrócili szczęśliwie. Jednak
cząstkę wojny mimowolnie przywieźli swoim bliskim.
Janusz Raczy, Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju


(Nie)potrzebni
, najnowsza powieść Marcina Ogdowskiego, to wojenny dramat i polityczny dreszczowiec w jednym.
Misja ISAF w Afganistanie dobiega końca, a wraz z nią kilkunastoletnie zaangażowanie Wojska Polskiego w konflikty „na drugim końcu świata”. Żołnierze wracają do domów, ale czy wrócą z wojny? Czy „stamtąd” w ogóle da się wrócić?
Co czeka weteranów w kraju, w którym toczy się cyniczna gra między rządem a opozycją? Gra, w której problem wojennej traumy to doskonały pretekst, by dołożyć politycznemu konkurentowi.
Co dalej z armią, która po Iraku i Afganistanie przeżywa kryzys? Czy ambitny plan modernizacji nie okaże się mrzonką?
Autor zabiera nas do ogarniętego chaosem Afganistanu, do „ludzkiej naprawialni” w Ramstein, w zacisze ministerialnych gabinetów. W jednej chwili jesteśmy świadkami krwawej potyczki na Highway One, by zaraz potem znaleźć się w domu wdowy po żołnierzu samobójcy.
Książka, będąca swoistym rozrachunkiem Autora z tematyką „polskiego Afganistanu”, to momentami bardzo bolesna lektura.
Niezwykle aktualna także z powodu wydarzeń na Ukrainie, które prowokują do przemyśleń nad stanem polskiej armii, jej pozycją w społeczeństwie i strukturach państwa.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 262

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kraków, Ghazni 2013–2014

© 2014 Marcin Ogdowski

© 2014 WARBOOK Sp. z o.o.

Redaktor serii: Sławomir Brudny

Redakcja i korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

Redakcja techniczna eBook i konwersja:

Dominik Trzebiński Du Châteaux, [email protected]

Ilustracja na okładce: Tomasz Tworek

ISBN 978-83-64523-11-3

Ustroń 2014

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

Tym, któ­rzy prze­ży­li „pol­ski Afga­ni­stan”

Wszel­kie po­do­bień­stwa do praw­dzi­wych osób są przy­pad­ko­we

WIOSNA

PROLOG

Szczecin, 21 marca

– Ta­to, bo­ję się… – Na dźwięk tych słów Jan Si­kor­ski otwo­rzył oczy. Przez kil­ka se­kund wpa­try­wał się w nie­wy­raź­ny ob­rys ko­mo­dy, sto­ją­cej na­prze­ciw­ko łóż­ka. Od­dy­chał ner­wo­wo, a po skro­niach spły­wa­ły mu kro­ple po­tu. Tym­cza­sem w sy­pial­ni pa­no­wał przy­jem­ny chłód. „Zły sen” – orzekł, lecz nie po­tra­fił przy­po­mnieć so­bie nic po­nad ów szept. Po­trzą­snął gło­wą, od­pę­dza­jąc reszt­ki ma­li­gny, i wte­dy zo­rien­to­wał się, że jest sam.

– Ma­ria! – Jan za­wo­łał żo­nę tak, by je­go szept nie brzmiał zbyt do­no­śnie. Od kie­dy Ma­rek – ich syn – po­now­nie z ni­mi za­miesz­kał, mi­nę­ły dwa ty­go­dnie. W cią­gu tych kil­ku­na­stu dni chło­pak ani ra­zu nie za­snął spo­koj­nie. Naj­pierw – przez dwie–trzy go­dzi­ny – mio­tał się po wła­snym po­ko­ju, znaj­du­ją­cym się nad sy­pial­nią ro­dzi­ców. A oni, pierw­sze­go wie­czo­ru wul­gar­nie za­ata­ko­wa­ni za prze­jaw tro­ski, nie wtrą­ca­li się. Pró­bo­wa­li nie sły­szeć kro­ków nad su­fi­tem, a gdy te usta­wa­ły, sta­ra­li się za wszel­ką ce­nę nie zbu­dzić sy­na.

Zwłasz­cza o trze­ciej trzy­dzie­ści.

– Ma­ria! – po­wta­rza­jąc imię żo­ny, Jan pod­niósł się i ru­szył do kuch­ni. „Mo­że nie mo­gła za­snąć i po­szła za­pa­rzyć so­bie me­li­sy?” – przy­szło mu do gło­wy.

– Je­stem tu! – Głos ko­bie­ty do­cho­dził z in­nej czę­ści do­mu.

„Kur­wa!” – za­klął w my­ślach Si­kor­ski, kie­ru­jąc się na schody. „Po­la­zła do gó­ry, pod Mar­ka drzwi!” – męż­czy­zna czuł, jak ogar­nia go złość. „Usły­szy ją i zno­wu bę­dzie chry­ja!”.

Le­d­wie po­ko­nał ostat­ni sto­pień, sta­nął jak wry­ty.

Żo­na fak­tycz­nie sie­dzia­ła przy drzwiach do po­ko­ju ich je­dy­na­ka. Obej­mo­wa­ła rę­ko­ma ścią­gnię­te pod bro­dę no­gi i bez­gło­śnie pła­ka­ła.

– Co jest…? – Męż­czy­zna ukląkł przy part­ner­ce, chwy­ta­jąc jej pra­wą dłoń.

– Ałł! – syk­nę­ła, a Jan przy­po­mniał so­bie, że mia­ła po­tur­bo­wa­ny nad­gar­stek – pa­miąt­kę sprzed dwóch dni po bru­tal­nie od­rzu­co­nej pró­bie ob­ję­cia sy­na.

– Prze­pra­szam – wy­szep­tał, ca­łu­jąc za­si­nia­czo­ny prze­gub. Usiadł obok i wes­tchnął. – Co się dzie­je?

Ma­ria prze­łknę­ła śli­nę, prze­tar­ła po­licz­ki i spoj­rza­ła w twarz mę­ża.

– Coś się sta­ło. – Mó­wie­nie szep­tem mu­sia­ło być dla niej nie la­da wy­zwa­niem. Za­mil­kła na kil­ka se­kund, ci­chut­ko wcią­ga­jąc po­wie­trze no­sem i prze­cie­ra­jąc oczy. – Sły­sza­łam ja­kiś dziw­ny ha­łas, po­tem jęk, a od go­dzi­ny nie sły­szę już nic.

– Sie­dzisz tu go­dzi­nę?! – Męż­czy­zna tro­chę za bar­dzo pod­niósł głos. Za­raz się zmi­ty­go­wał i po­wtó­rzył du­żo ła­god­niej: – Go­dzi­nę?!

– Ja­nek, nie ochrza­niaj mnie, ja na­praw­dę je­stem prze­ra­żo­na. – Ko­bie­ta mia­ła bła­gal­ne spoj­rze­nie. – On so­bie c-o-ś zro­bił, ro­zu­miesz?!

Si­kor­ski po­czuł zim­ne dresz­cze na ple­cach. Pod­niósł się, a ser­ce bi­ło mu co­raz szyb­ciej i moc­niej. Żo­na po­szła w je­go śla­dy i przez mo­ment pa­trzy­li na sie­bie, wi­dząc jed­no u dru­gie­go – ni­czym w lu­strza­nym od­bi­ciu – ma­lu­ją­ce się na twa­rzach prze­ra­że­nie.

To męż­czy­zna po­ło­żył dłoń na klam­ce i lek­ko ją na­ci­snął. Drzwi otwo­rzy­ły się bez żad­ne­go skrzyp­nię­cia. Przez de­li­kat­ne roz­war­cie na ko­ry­tarz prze­do­sta­ło się świa­tło ulicz­nej la­tar­ni. Pa­ra raz jesz­cze ob­da­rzy­ła się spoj­rze­nia­mi, a gdy obo­je kiw­nę­li gło­wa­mi, Jan zde­cy­do­wa­nym ge­stem pchnął skrzy­dło.

Prze­raź­li­wy krzyk Ma­rii roz­szedł się po do­mu, wy­peł­nia­jąc po brze­gi gło­wę jej mę­ża. Ten – gdy tyl­ko prze­mógł chwi­lo­wy pa­ra­liż – wbiegł do po­ko­ju i ob­jął w pa­sie wi­szą­ce nad pod­ło­gą cia­ło sy­na. Po­trzą­snął nim kil­ka ra­zy, lecz chło­pak nie da­wał zna­ków ży­cia.

Wciąż pod­trzy­mu­jąc zwło­ki dziec­ka, Jan ką­tem oka do­strzegł le­żą­cy na łóż­ku ży­ran­dol. Pa­trząc zaś w gó­rę, wi­dział za­ko­twi­czo­ny w su­fi­cie hak, któ­ry po­słu­żył Mar­ko­wi do za­wie­sze­nia sznu­ra. „Sam ten hak mo­co­wa­łem, dba­jąc, by nie wy­padł pod by­le cię­ża­rem…” – ta myśl na krót­ko za­ję­ła umysł Si­kor­skie­go.

Gdy się opa­no­wał, co sił w no­gach po­biegł do kuch­ni. Zła­pał pierw­szy z brze­gu nóż i ru­szył z po­wro­tem. W drzwiach sy­pial­ni sy­na za­trzy­mał się nie­spo­dzie­wa­nie. Wi­dok wi­siel­ca w świe­tle sto­ją­cej przed do­mem la­tar­ni był na ty­le upior­ny, że przez ułam­ki se­kund na­pa­wał go wręcz od­ra­zą. Chcąc się po­zbyć te­go uczu­cia, Jan spoj­rzał w bok, na żo­nę. Ko­bie­ta sie­dzia­ła na pod­ło­dze – pła­ka­ła, tłu­miąc krzyk wci­śnię­tą w usta dło­nią.

Si­kor­ski wie­dział, że wkrót­ce i on za­le­je się łza­mi. Zła­pał więc krze­sło, naj­pew­niej uży­te wcze­śniej przez sa­mo­bój­cę, i po­sta­wił je przy wi­szą­cym cie­le. Na­stęp­nie wszedł na sto­łek i jed­ną rę­ką ob­jął sy­na pod pa­cha­mi. Miał już swo­je la­ta, ale wciąż był sil­nym męż­czy­zną – gdy dło­nią uzbro­jo­ną w nóż od­ciął sznur, nie stra­cił rów­no­wa­gi. Ostroż­nie przy­siadł, kła­dąc so­bie gło­wę Mar­ka na ko­la­nach.

– Pier­do­lo­ny Afga­ni­stan! – wy­sy­czał, gła­dząc buj­ną czu­pry­nę sy­na. – Wszyst­ko przez ten pier­do­lo­ny Afga­ni­stan! ■

ROZDZIAŁ I

Między Warszawą a Krakowem, pokład samolotu CASA-295, 21 marca

Był prze­ra­żo­ny. Po raz pierw­szy w ży­ciu w tak du­żym stop­niu stra­cił kon­tro­lę nad wła­snym cia­łem. Nie po­mo­gły ra­dy żo­ny, by w chwi­li pa­ni­ki wy­ob­ra­ził so­bie wiel­ką, nie­bie­ską ku­lę, roz­sze­rza­ją­cą się we­wnątrz je­go klat­ki pier­sio­wej, w rytm wol­ne­go od­de­chu. Wi­zu­ali­za­cję szlag tra­fił za­raz po tym, jak ma­szy­na ode­rwa­ła się od pa­sa star­to­we­go na Okę­ciu.

Nie du­sił się. Wciąż ła­pał po­wie­trze, lecz ro­bił to jak wy­cią­gnię­ta z wo­dy ry­ba – szyb­ko i ner­wo­wo. Co rusz z naj­więk­szym tru­dem prze­ły­ka­jąc śli­nę, któ­rej za­pas dra­ma­tycz­nie się kur­czył. Ser­ce wa­li­ło mu jak osza­la­łe, a no­gi miał jak z wa­ty. Zim­ny pot na cie­le wy­wo­ły­wał po­wra­ca­ją­ce fa­le dresz­czy. „Mu­szę wy­glą­dać jak gów­no” – uznał i nie by­ło to przy­jem­ne stwier­dze­nie.

Pod­niósł i od­sło­nił za­kry­tą do­tąd twarz, a gdy spo­strzegł za­nie­po­ko­jo­ną mi­nę sie­dzą­cej na­prze­ciw­ko dzien­ni­kar­ki, z tru­dem się uśmiech­nął.

– Nie­na­wi­dzę la­tać! – po­wie­dział, usi­łu­jąc prze­krzy­czeć pa­nu­ją­cy w ma­szy­nie ha­łas. Czuł się fa­tal­nie ze świa­do­mo­ścią, że in­ni wi­dzą re­ak­cje je­go cia­ła. – Za­wsze tak mam przez pierw­sze kil­ka­na­ście mi­nut po star­cie! – do­dał.

Kła­mał. Uwiel­biał la­tać i do tej po­ry świet­nie zno­sił nie­wy­go­dy woj­sko­we­go trans­por­tu. Ale pół ro­ku te­mu sta­ło się coś, co spra­wi­ło, że Woj­tek Lau­dań­ski za­czął się bać ma­łych, cia­snych po­miesz­czeń. Zwłasz­cza w pół­mro­ku i ciem­no­ści.

Nie chciał te­go, lecz znów do­pa­dły go wspo­mnie­nia. Znów po­czuł szarp­nię­cie, gdy pod Ro­so­ma­kiem eks­plo­do­wał aj­dik1). Usły­szał ję­ki żoł­nie­rzy (sam też pew­nie wy­dał z sie­bie ja­kiś nie­ar­ty­ku­ło­wa­ny dźwięk…), gdy do czę­ści dla de­san­tu prze­do­sta­ła się for­mo­wa­na ki­ne­tycz­nie gło­wi­ca ła­dun­ku. Fa­la ci­śnie­nia wgnio­tła go wte­dy w klat­kę od­dzie­la­ją­cą prze­dział de­san­to­wy od wie­ży – trwa­ło to ułam­ki se­kund, lecz je­go umysł i to był w sta­nie za­re­je­stro­wać. Po­dob­nie jak przej­mu­ją­cą ci­szę, któ­ra na­sta­ła po wszyst­kim. I gry­zą­ce w oczy świa­tło, wdzie­ra­ją­ce się do trans­por­te­ra, gdy ktoś wresz­cie otwo­rzył tyl­ne drzwi…

1) Mi­na pu­łap­ka. „Aj­dik” to spo­lsz­czo­ny akro­nim an­giel­skie­go IED (im­pro­vi­sed explo­si­ve de­vi­ce – im­pro­wi­zo­wa­ne urzą­dze­nie wy­bu­cho­we).

Lau­dań­ski gwał­tow­nie pod­niósł się z nie­wy­god­ne­go krze­seł­ka – te­go by­ło już za wie­le. Bro­nił się przed ty­mi ob­raz­ka­mi, zwłasz­cza że jesz­cze bar­dziej przy­śpie­szy­ły je­go od­dech i za­po­trze­bo­wa­nie na śli­nę. „Za chwi­lę się zrzy­gam al­bo pad­nę w tym sa­mo­lo­cie nie­przy­tom­ny” – po­my­ślał, czu­jąc nie­przy­jem­ny na­cisk nad krta­nią. „To by­ła­by wi­ze­run­ko­wa kla­pa” – uznał, a na je­go twa­rzy po­ja­wił się ner­wo­wy uśmiech. „Po­ka­ra­ło cię, ciu­lu” – rzekł w my­ślach, gdy oczy­ma wy­ob­raź­ni zo­ba­czył wy­da­rze­nia sprzed kil­ku lat. Le­ciał wte­dy CA­SĄ do Ira­ku i gdy sa­mo­lot wpadł w bu­rzę pia­sko­wą, był świad­kiem że­nu­ją­ce­go spek­ta­klu w wy­ko­na­niu jed­ne­go z puł­kow­ni­ków. Źle zno­szą­cy szar­pa­nia ma­szy­ny ofi­cer naj­pierw zdjął mun­du­ro­wą blu­zę, po­tem ko­szul­kę, a osta­tecz­nie zla­ne­go po­tem męż­czy­znę prze­nie­sio­no do przed­sion­ka dla za­ło­gi, gdzie po­da­no mu tlen. Woj­tek na­igry­wał się póź­niej z bo­ha­te­ra tej hi­sto­rii – nie raz słu­ży­ła mu ona ja­ko aneg­do­ta na te­mat od­wa­gi „za­biur­ko­wych ofi­ce­rów”.

A te­raz sam zrzu­cił­by z sie­bie ubra­nie i przy­jął ogłu­pia­ją­cą daw­kę tle­nu…

Sie­dzą­cy obok żoł­nierz wy­cią­gnął w je­go stro­nę rę­kę z bu­tel­ką wo­dy mi­ne­ral­nej. „Że też, kur­wa, sam o tym nie po­my­śla­łem!” – Lau­dań­ski zga­nił się w my­ślach. Upił – naj­pierw ostroż­nie, a po­tem wziął kil­ka głęb­szych ły­ków. Spły­wa­ją­ca do żo­łąd­ka chłod­na ciecz po­dzia­ła­ła ko­ją­co. Woj­tek na­brał po­wie­trza w płu­ca i od­dał bu­tel­kę. Czuł się nie­co le­piej.

Po wy­bu­chu IED, pó­ki prze­by­wał w Afga­ni­sta­nie, wszyst­ko wy­da­wa­ło się w po­rząd­ku. Choć aj­dik za­bił sie­dzą­ce­go bez­po­śred­nio nad miej­scem tra­fie­nia żoł­nie­rza, je­mu nic się nie sta­ło. Już kil­ka dni póź­niej znów był w Ro­so­ma­ku – bał się jak dia­bli, ale nie na ty­le, by nie opusz­czać ba­zy. Pro­ble­my za­czę­ły się po po­wro­cie do do­mu. Nie­win­nie, bo w ki­nie. Gdy zga­sło świa­tło, Lau­dań­ski za­czął się wier­cić. Ja­koś uda­ło mu się sku­pić na fil­mie, ale dwa ty­go­dnie póź­niej mu­siał już wyjść, gdy tyl­ko zro­bi­ło się ciem­no.

„Po chuj się tam zno­wu pchasz?” – Woj­tek po raz ko­lej­ny za­dał so­bie py­ta­nie do­ty­czą­ce ko­lej­ne­go wy­jaz­du do Afga­ni­sta­nu. I za­raz te­go po­ża­ło­wał. Bo umysł znów po­sta­no­wił wy­sta­wić go na pró­bę, wci­ska­jąc przed oczy ob­raz­ki z fe­ral­ne­go pa­tro­lu. I tak wró­ci­ło wspo­mnie­nie prze­ra­że­nia, któ­re za­wład­nę­ło nim, gdy otwo­rzy­ły się drzwi tra­fio­ne­go Ro­so­ma­ka. Wte­dy – w kłę­bo­wi­sku ciał, w ja­kie zmie­ni­ło się sze­ściu męż­czyzn – trud­no by­ło oce­nić, do ko­go na­le­ży da­na koń­czy­na. Tym bar­dziej, że szok ni­we­lo­wał ból. Woj­tek zaś wi­dział tuż obok za­krwa­wio­ny ki­kut no­gi – uło­żo­nej tak, że zda­wa­ła się na­le­żeć do nie­go.

Lęk znów za­ata­ko­wał. I pew­nie zmu­sił­by Lau­dań­skie­go do wy­cią­gnię­cia to­reb­ki na wy­mio­ci­ny, gdy­by nie dźwięk in­for­mu­ją­cy o roz­po­czę­ciu lą­do­wa­nia. Woj­tek po­słusz­nie za­piął pas, dzię­ku­jąc opatrz­no­ści za zmia­ny w pla­nie lo­tu – jesz­cze w War­sza­wie do­wie­dział się, że nie po­le­cą pro­sto do Afga­ni­sta­nu. Że CA­SA naj­pierw wy­lą­du­je w Kra­ko­wie, by za­brać nie­pla­no­wa­ny wcze­śniej, ale pil­ny ła­du­nek. Gdy kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej ma­szy­na do­tknę­ła ko­ła­mi po­wierzch­ni pa­sa, męż­czy­zna pod­jął już de­cy­zję.

– Nie le­cę da­lej – oznaj­mił, gdy sa­mo­lot za­trzy­mał się na sto­jan­ce. Puł­kow­nik, któ­re­go z ra­cji naj­wyż­sze­go stop­nia mia­no­wa­no opie­ku­nem gru­py, ścią­gnął brwi. – Wła­śnie do­sta­łem ese­me­sa od żo­ny – Lau­dań­ski im­pro­wi­zo­wał na bie­żą­co. – Mu­szę być w do­mu – po­wie­dział twar­do i nie cze­ka­jąc na re­ak­cję ofi­ce­ra, za­ło­żył ple­cak. Ski­nął gło­wą na po­że­gna­nie i od­wró­cił się.

– Dzien­ni­ka­rze, psia mać – usły­szał drwią­cy ko­men­tarz za ple­ca­mi.

Kraków, 21 marca

Lau­dań­ski bił się z wła­sny­mi my­śla­mi. Naj­pierw szedł moc­nym, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem, a po­tem wy­raź­nie zwol­nił. Ja­kieś dwie­ście pięć­dzie­siąt me­trów od CA­SY zu­peł­nie się za­trzy­mał. Sza­ry ka­dłub sa­mo­lo­tu sta­no­wił te­raz nie la­da wy­zwa­nie – z jed­nej stro­ny, ku­sił do po­wro­tu, z dru­giej, ozna­czał mę­ki, któ­rych Woj­tek nie chciał już prze­ży­wać. Dzien­ni­karz zrzu­cił ple­cak na zie­mię i usiadł na mur­ku ota­cza­ją­cym za­sy­pa­ny śnie­giem klomb. Mu­siał po­my­śleć. I za­dzwo­nić.

Re­zy­gna­cja z wy­lo­tu mo­gła ozna­czać kło­po­ty w fir­mie. Aby wró­cić do Afga­ni­sta­nu, mu­siał od­świe­żyć kil­ka szcze­pio­nek, zdo­być wi­zę, wy­ku­pić ubez­pie­cze­nie. Spe­cjal­nie na tę oko­licz­ność re­dak­cja ku­pi­ła no­wą, na­heł­mo­wą ka­me­rę oraz lek­ki, po­ręcz­ny no­te­bo­ok – prze­pła­ca­jąc za je­go pa­ra­me­try, by­le tyl­ko Woj­tek do­stał go na czas. Sprzęt co praw­da mógł się przy­dać tak­że w in­nych oko­licz­no­ściach, ale co z resz­tą wy­dat­ków? Lau­dań­ski uśmiech­nął się po­nu­ro – lu­dzie z ze­wnątrz nie mie­li o tym po­ję­cia, ale dla wy­daw­nic­twa w cza­sach kry­zy­su na­wet kil­ka ty­się­cy zło­tych na po­je­dyn­czą de­le­ga­cję sta­no­wi­ło po­waż­ny koszt. A prze­cież nie pra­co­wał w lo­kal­nej ga­ze­cie, lecz w jed­nym z naj­więk­szych ty­go­dni­ków w Pol­sce…

„Mo­że po­wi­nie­nem wci­snąć ja­kiś kit?” – przy­szło mu do gło­wy. Coś, co prze­nie­sie od­po­wie­dzial­ność na ko­goś in­ne­go – na przy­kład na woj­sko. W ten spo­sób unik­nął­by za­rzu­tów o zmar­no­wa­nie nie­ma­łych środ­ków. Miał bo­wiem pew­ność, że gdy spra­wa się wy­da, ktoś w fir­mie ta­ki ar­gu­ment pod­nie­sie. Lau­dań­ski był w swo­im śro­do­wi­sku po­sta­cią kon­tro­wer­syj­ną – bez­par­do­no­wo za­bie­gał o moż­li­wość re­ali­za­cji wła­snych pro­jek­tów, nie go­dząc się na sta­tus ano­ni­mo­we­go re­dak­to­ra. To zaś w każ­dej fir­mie, nie tyl­ko me­dial­nej, sta­no­wi­ło nie­za­wod­ny prze­pis na ro­bie­nie so­bie we­wnętrz­nych wro­gów.

– Taa – wes­tchnął. Nie miał pro­ble­mów z okła­my­wa­niem lu­dzi, ale czuł jed­no­cze­śnie, że w tym przy­pad­ku by­ło­by to za­gra­nie wy­jąt­ko­wo nie fa­ir. Wy­cią­gnął z kie­sze­ni spodni ko­mór­kę i wy­brał nu­mer na­czel­ne­go.

– Ooo, czyż­by­ście za­li­czy­li ma­łą ka­ta­stro­fę? – Głos prze­ło­żo­ne­go zdra­dzał lek­kie roz­ba­wie­nie. „No tak, tuż przed star­tem w War­sza­wie wy­sła­łem mu ese­me­sa, że le­cę” – przy­po­mniał so­bie Woj­tek.

– I tak, i nie – od­parł po chwi­li i gło­śno wy­pu­ścił z płuc po­wie­trze.

Przez mo­ment na li­nii pa­no­wa­ła ci­sza.

– Prze­mek, nie mo­gę le­cieć, nie dam ra­dy – wy­du­sił w koń­cu z sie­bie Lau­dań­ski. – Ma­my mię­dzy­lą­do­wa­nie w Kra­ko­wie, ale ja już nie wsią­dę do te­go sa­mo­lo­tu…

– Dla­cze­go? – Na­czel­ny był wy­raź­nie za­sko­czo­ny.

– Mia­łem ja­kiś dziw­ny atak, pro­ble­my z od­dy­cha­niem. Coś jest ze mną nie tak. – Woj­tek mó­wił szyb­ko, świa­do­mie uni­ka­jąc ta­kich słów jak „pa­ni­ka” czy „lęk”. Bał się ich, wsty­dził.