Dziennik Dowodcy Rosomaka - Marcin Ogdowski - ebook
Opis

Wiosną 2011 roku w Afganistanie znalazła się 17 Wielkopolska Brygada Zmechanizowana – elitarna formacja Wojska Polskiego. Nieźle wyszkolona i wyposażona, stanęła do walki z przeciwnikiem, którego najważniejszą bronią okazały się miny-pułapki, znajomość terenu i przychylność miejscowej ludności. Technika musiała odejść na dalszy plan, kluczową rolę odegrać miały cechy charakteru wysłanych na tę dziwną wojnę żołnierzy. Czy „Wielkopolanie” podołali? Bywało z tym różnie, o czym bez owijania w bawełnę pisze kapral Jacek Dutkiewicz. Jego dziennik to świadectwo uczestnika wydarzeń, świetnego żołnierza, obdarzonego przy tym zmysłem obserwacji i talentem literackim. Zredagowany już po śmierci autora, jest pozycją obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych historią wojskowości.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© 2017 WARBOOK Sp. z o.o.

 

Redakcja: Marcin Ogdowski

Korekta językowa: Zespół redakcyjny

Okładka: Paweł Gierula

Fotografia na okładce: Szymon Pożoga

 

Redakcja techniczna, skład, eBook: Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Mapa: Wydawnictwo Gauss

 

ISBN 978-83-645-2392-2

Ustroń 2017

 

Wydawca: WARBOOK

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

WSTĘP

Był 20 maja 2015 roku. Jak co dzień rano zaj­rza­łem na „ścia­nę” swo­je­go Fa­ce­bo­oka. Nie­mal od razu na ekra­nie mo­ni­to­ra wy­świe­tlił się post au­tor­stwa Ra­fa­ła Mier­ni­ka. Puł­kow­ni­ka po­zna­łem nie­mal pięć lat wcze­śniej – ja by­łem wów­czas na wy­jeź­dzie re­por­ter­skim w Afga­ni­sta­nie, Ra­fał, wraz z gru­pą in­nych woj­sko­wych, od­by­wał re­ko­ne­sans w pro­win­cji Gha­zni. Miał do niej wró­cić wio­sną 2011 roku jako do­wód­ca Zgru­po­wa­nia Bo­jo­we­go „Alfa” w ra­mach IX zmia­ny Pol­skie­go Kon­tyn­gen­tu Woj­sko­we­go.

Jed­nym z pod­wład­nych Mier­ni­ka był Ja­cek Dut­kie­wicz, ka­pral, do­wód­ca Ro­so­ma­ka. To wła­śnie jego fo­to­gra­fie za­wi­sły tego ma­jo­we­go po­ran­ka na „łolu” puł­kow­ni­ka Mier­ni­ka.

– Mat­ko… – wes­tchną­łem, szyb­ko do­my­śla­jąc się, co ów set zdjęć ozna­cza.

„Dzi­siaj od­szedł od nas na wiecz­ną służ­bę Ja­cek Dut­kie­wicz” – pi­sał Ra­fał. „Strze­lec Kon­ny Wiel­ko­pol­ski z wy­bo­ru i pa­sji. We­te­ran Służ­by Oj­czyź­nie w Afga­ni­sta­nie, wszech­stron­ny spor­to­wiec i nade wszyst­ko Czło­wiek Wiel­kie­go Ser­ca i nie­spo­ży­tej ener­gii ży­cio­wej. Smut­ny to dzień, Jac­ku, kie­dy opusz­czasz nas bez roz­ka­zu! Co z przy­ja­ciół­mi, plu­to­nem, szwa­dro­nem i całą strze­lec­ką bra­cią?! Już nie zro­bi­my ra­zem niby nie­po­trzeb­nej ni­ko­mu in­no­wa­cji, nie przy­wie­ziesz zna­ko­mi­te­go piw­ka z Czarn­ko­wa i nie po­ga­wo­rzy­my o pla­nach na przy­szłość. Wiel­ka Stra­ta i wiel­ka pust­ka, Jac­ku, po To­bie zo­sta­nie, na­praw­dę nie­wie­lu żoł­nie­rzy tak wry­ło się w moją pa­mięć jak Ty. En­tu­zja­stycz­ny, pro­fe­sjo­nal­ny w Afga­ni­sta­nie, wraż­li­wy na dru­gie­go czło­wie­ka, fo­to­graf-es­te­ta (…). Tak wszech­stron­ny w co­dzien­nym ży­ciu – nie­któ­rzy ma­wia­li Czło­wiek Re­ne­san­su. Ry­zy­kant, nie­cier­pli­wy, z ema­nu­ją­cą nadak­tyw­no­ścią – ty­siąc srok za ogon, a jed­nak każ­de­mu zdą­ży­łeś po­móc. Po pro­stu żoł­nier­ski żoł­nierz. (…) Wie­rzę, że bę­dziesz miał co ro­bić w nie­biań­skim szwa­dro­nie. Nie za­po­mnę ni­g­dy st. kpr. Jac­ka Dut­kie­wi­cza! Dzię­ku­ję Ci za wspól­ną, wspa­nia­łą służ­bę! Cześć Two­jej Pa­mię­ci!”.

„Ja­sna cho­le­ra, ko­lej­ny…” – ta smut­na myśl za­go­ści­ła w mo­jej gło­wie. Ja­cek do­łą­czył do gro­na chło­pa­ków, któ­rzy po po­wro­cie z woj­ny – gdzie wie­lo­krot­nie na­ra­ża­li swo­je ży­cie – zgi­nę­li w bez­piecz­nej, zda­wa­ło­by się, Pol­sce. Kil­ka mie­się­cy wcze­śniej taki los spo­tkał mo­je­go zna­jo­me­go, któ­ry za­bił się, ja­dąc mo­to­cy­klem. Ze śro­do­wi­ska we­te­ra­nów i ich ro­dzin co ja­kiś czas do­cie­ra­ły do mnie in­for­ma­cje o po­dob­nych tra­ge­diach. Pa­skud­ny psi­kus losu…

Dut­kie­wi­cza owo fa­tum do­pa­dło, gdy ska­kał ze spa­do­chro­nem.

– I nie uda­ło nam się spo­tkać – wy­szep­ta­łem, wra­ca­jąc wspo­mnie­nia­mi do wy­da­rzeń sprzed czte­rech lat.

***

La­tem 2011 roku duża część mo­jej za­wo­do­wej ak­tyw­no­ści sku­pia­ła się wo­kół blo­ga „zA­fga­ni­sta­nu.pl”. Mi­ja­ły dwa lata, od­kąd za­czą­łem pro­wa­dzić swój in­ter­ne­to­wy, re­por­ter­ski dzien­nik, któ­ry z pro­jek­tu pla­no­wa­ne­go na chwi­lę (na po­je­dyn­czy wy­jazd do Afga­ni­sta­nu) zdo­łał się już prze­kształ­cić w praw­dzi­wą in­sty­tu­cję. Z licz­nym fo­rum, z całą sie­cią współ­pra­cow­ni­ków, któ­rzy po­ma­ga­li mi tym wszyst­kim za­rzą­dzać i dba­li o to, bym miał do­stęp do eks­klu­zyw­nych in­for­ma­cji. Jak­kol­wiek bo­wiem „solą” blo­ga były moje bez­po­śred­nie re­la­cje z Afga­ni­sta­nu, nie mo­głem prze­by­wać tam dłu­żej niż kil­ka ty­go­dni w roku.

27 lip­ca 2011 roku na moją skrzyn­kę ma­ilo­wą przy­szedł list o enig­ma­tycz­nym ty­tu­le „Dzien­nik”. Prze­czy­ta­łem dwa pierw­sze zda­nia i uśmiech­ną­łem się pod no­sem.

„Z ma­ilem do Pana zwle­ka­łem dość dłu­go i nie wiem do te­raz, czy po­wi­nie­nem pi­sać. Je­stem mi­sjo­na­rzem na IX zmia­nie, od po­cząt­ku swo­je­go po­by­tu na mi­sji, a wła­ści­wie od mo­men­tu przy­lo­tu do Ma­nas, sta­ram się pro­wa­dzić nie tyle blog, co coś w ro­dza­ju dzien­ni­ka” – pi­sał au­tor wia­do­mo­ści.

„zA­fga­ni­sta­nu.pl” był pierw­szą w Pol­sce tego ro­dza­ju for­mą wo­jen­nej ko­re­spon­den­cji. Suk­ces blo­ga za­chę­cił inne oso­by do pój­ścia moim tro­pem – w tak wą­skiej ni­szy trud­no mó­wić o wy­sy­pie, ale po­ja­wi­ło się jesz­cze kil­ka „afgań­skich” blo­gów. Ża­den z nich nie zdo­był jed­nak ta­kiej po­pu­lar­no­ści jak „zA­fga­ni­sta­nu.pl”. W mo­jej re­ak­cji kry­ło się za­tem tro­chę po­czu­cia wyż­szo­ści („ha, ko­lej­ny…”), wię­cej jed­nak było au­ten­tycz­ne­go za­cie­ka­wie­nia. „Żoł­nierz, w do­dat­ku tam, na miej­scu – tego jesz­cze nie było. Efekt może być cie­ka­wy” – kal­ku­lo­wa­łem.

„Je­że­li miał­by Pan czas i ocho­tę, to za­pra­szam do lek­tu­ry, choć pi­sma­kiem je­stem ra­czej mar­nym, a i fo­to­gra­fem kiep­skim. Chciał­bym jed­nak w ten spo­sób po­dzie­lić się wła­sny­mi ob­ser­wa­cja­mi go­ścia, któ­ry – jak to się mówi – jeź­dzi – ale i sta­ra się trzy­mać lek­ki dy­stans do ca­ło­ści ota­cza­ją­cych go wy­da­rzeń. Wpi­sy umiesz­czam nie­re­gu­lar­nie, nie są to dzie­ła sztu­ki, a fo­to­gra­fie wy­bie­ram z tych pstry­ka­nych przy oka­zji, cał­ko­wi­cie nie­pro­fe­sjo­nal­nym sprzę­tem i nie­pro­fe­sjo­nal­nym okiem. Mimo wszyst­ko za­pra­szam. Pro­szę jed­nak o nie­upu­blicz­nia­nie in­for­ma­cji, niech po­zo­sta­ną ta­jem­ni­cą dzien­ni­kar­ską. Po pro­stu pi­sa­nym na żywo pa­mięt­ni­kiem” – za­strze­gał au­tor li­stu. Do tych słów do­łą­czo­ny był ad­res WWW dzien­ni­ka.

Klik­ną­łem i na kil­ka go­dzin po­grą­ży­łem się w lek­tu­rze. Tak za­czę­ła się moja współ­pra­ca z Jac­kiem Dut­kie­wi­czem.

***

Po raz pierw­szy Ja­cek po­ra­to­wał mnie 29 lip­ca 2011 roku. Dzień wcze­śniej w Afga­ni­sta­nie – w wy­ni­ku eks­plo­zji miny pod Ro­so­ma­kiem – zgi­nął star­szy sze­re­go­wy Pa­weł Po­świat. Mia­łem ską­pe in­for­ma­cje na ten te­mat, na­pi­sa­łem więc do Dut­kie­wi­cza:

„Dziś nie mo­głem się po­wstrzy­mać (wciąż by­łem w trak­cie lek­tu­ry za­le­głych wpi­sów – dop. MO) i poza ko­lej­ką wsze­dłem we wpis z 28 lip­ca; chcia­łem zo­ba­czyć, czy za­re­ago­wał Pan na śmierć Paw­ła. Moc­ny ma­te­riał! Nie zna­łem kil­ku szcze­gó­łów zda­rze­nia, a chciał­bym o nim na­pi­sać. W związ­ku z tym mam proś­bę – czy mogę się po­si­lić 3–4 zda­nia­mi z Pań­skie­go wpi­su, pre­zen­tu­jąc je jako wy­po­wie­dzi ano­ni­mo­we­go żoł­nie­rza?”.

„Nie wi­dzę naj­mniej­sze­go pro­ble­mu” – Ja­cek od­pi­sał bar­dzo szyb­ko. „Pro­szę jed­nak – ze zna­nych Panu przy­czyn – o za­cho­wa­nie ano­ni­mo­wo­ści. Pro­szę rów­nież ko­niecz­nie prze­czy­tać wpis z dziś (…). Cały dzień do­cie­ra­ły bo­wiem do nas nowe in­for­ma­cje, czę­sto de­men­tu­ją­ce po­przed­nie”.

Owe „zna­ne mi przy­czy­ny” wkrót­ce dały o so­bie znać. 12 sierp­nia 2011 roku Ja­cek przy­słał mi krót­kie­go ma­ila z in­for­ma­cją, że za­bez­pie­czył do­stęp do dzien­ni­ka. Po­dał lo­gin i ha­sło, a dzień póź­niej wy­ja­śnił:

„Nie chciał­bym usły­szeć po ja­kimś cza­sie, że na­pi­sa­łem za wie­le. W ten spo­sób gru­pa od­bior­ców jest ogra­ni­czo­na, skła­da­ją­ca się tyl­ko z osób za­ufa­nych”.

Ja­cek nie zdra­dzał woj­sko­wych ta­jem­nic, nie był nie­świa­do­mie nie­dy­skret­ny. Znał świet­nie swój żoł­nier­ski fach, od­dał mu się bez resz­ty – da­le­ki za­tem był od szko­dze­nia ar­mii i ko­le­gom. Lecz jako in­si­der do­brze też wie­dział, że w woj­sku – któ­re­go część wciąż men­tal­nie tkwi­ła w cza­sach sprzed 1989 roku – nie wszyst­kim spodo­ba się na­wet ogra­ni­czo­na trans­pa­rent­ność. Wo­lał za­tem nie ry­zy­ko­wać kon­fron­ta­cji z ja­kimś – jak to zwykł pi­sać – „szta­bo­lem” czy „tre­pem”, któ­ry, gdy­by mu po­zwo­lić, utaj­nił­by na­wet ja­dło­spis.

***

La­tem 2011 roku by­łem już „po sło­wie” ze Sła­wo­mi­rem Brud­nym, sze­fem wy­daw­nic­twa En­der. Na po­waż­nie za­bie­ra­łem się za na­pi­sa­nie swo­jej pierw­szej książ­ki – „zA­fga­ni­sta­nu.pl. Al­fa­bet pol­skiej mi­sji”. Moż­li­wość czy­ta­nia dzien­ni­ka Jac­ka stwo­rzy­ła do­dat­ko­wą oka­zję, z któ­rej żal było nie sko­rzy­stać. 13 sierp­nia wy­sła­łem do Gha­zni ko­lej­ny list.

Autor w drodze do Manas.Fot. z ar­chi­wum Jac­ka Dut­kie­wi­cza

„Dzię­ku­ję za włą­cze­nie do gro­na wta­jem­ni­czo­nych. Mam też proś­bę – czy na ta­kiej sa­mej za­sa­dzie jak ostat­nio (czy­li ano­ni­mo­wa wy­po­wiedź) mogę przy­wo­ły­wać inne Pań­skie opi­nie i ob­ser­wa­cje? Py­tam na przy­szłość oraz w kon­tek­ście książ­ki, któ­rą przy­go­to­wu­ję, a któ­ra opie­ra się o blog”.

Dut­kie­wicz od­po­wie­dział nie­mal na­tych­miast:

„(…) Co do proś­by, tra­dy­cyj­nie nie ma pro­ble­mu. Oczy­wi­ście na tych sa­mych wa­run­kach jak po­przed­nio”.

Za­bra­łem się do pra­cy, „Al­fa­bet” tra­fił do księ­gar­ni w li­sto­pa­dzie 2011 roku. Nie po­wstał­by, gdy­by nie szcze­gól­na po­moc kil­ku osób, w tym Jac­ka. Chcia­łem mu za to po­dzię­ko­wać na kar­tach książ­ki, ale wów­czas usły­sza­łem:

– Mar­cin, te­raz wy­star­czy Two­je do­bre sło­wo, a ofi­cjal­nie po­dzię­ku­jesz mi po mo­jej śmier­ci.

Uśmiech­ną­łem się wte­dy, my­śląc so­bie: „Chło­pie, to pew­nie ja, star­szy, odej­dę prę­dzej”. Sta­ło się ina­czej…

***

Wrze­sień 2011 roku był szó­stym mie­sią­cem służ­by Jac­ka w Afga­ni­sta­nie. Za kil­ka ty­go­dni Dut­kie­wicz miał wra­cać do Pol­ski. Dzien­nik był za­tem już bli­ski do­ce­lo­wej for­my – i co­raz bar­dziej przy­po­mi­nał ka­wał so­lid­nej książ­ki. 15 wrze­śnia na­pi­sa­łem więc do Jac­ka:

„(…) Nie za­sta­na­wia­łeś się kie­dyś nad wy­da­niem dzien­ni­ka?”.

W od­po­wie­dzi prze­czy­ta­łem:

„(…) Co do dzien­ni­ka – kil­ka osób już mnie py­ta­ło i, szcze­rze mó­wiąc, jest to cie­ka­wa opcja. (…) Wy­ma­ga­ło­by to prze­czy­ta­nia ca­łe­go tek­stu, sko­ry­go­wa­nia, do­pi­sa­nia bra­ku­ją­cych dni, z któ­rych mam tyl­ko no­tat­ki. By­ła­by to jed­nak go­rą­ca pu­bli­ka­cja, po­nie­waż tekst jest dość moc­no kry­tycz­ny… Zo­ba­czy­my, co przy­nie­sie czas”.

Po tym ma­ilu opo­wie­dzia­łem o Jac­ko­wym dzien­ni­ku Sław­ko­wi Brud­ne­mu, a Dut­kie­wi­czo­wi prze­ka­za­łem na­mia­ry na wy­daw­cę. Uzna­łem, że na tym moja rola się skoń­czy­ła i póź­niej nie wra­ca­łem już w ko­re­spon­den­cji z Jac­kiem do te­ma­tu książ­ki.

Dut­kie­wicz przy­le­ciał do Pol­ski w li­sto­pa­dzie 2011 roku. Po nie­uda­nej pró­bie spo­tka­nia się na po­cząt­ku 2012 roku po­zo­sta­li­śmy wy­łącz­nie w kon­tak­cie ma­ilo­wym. Ja­cek jed­nak za­wsze ki­bi­co­wał moim ko­lej­nym wy­jaz­dom do Afga­ni­sta­nu, czy­tał i re­cen­zo­wał na­stęp­ne książ­ki. Ja zaś, ob­ser­wu­jąc zdję­cia na jego fejs­bu­ko­wym pro­fi­lu, wi­dzia­łem, że z pa­sją bie­gał ma­ra­to­ny, upra­wiał nur­ko­wa­nie i sko­ki spa­do­chro­no­we.

***

16 czerw­ca 2015 roku, nie­mal mie­siąc po śmier­ci Jac­ka, ode­bra­łem wia­do­mość od jego sio­stry, Mag­dy.

„(…) Wiem, że ma Pan kon­tak­ty w róż­nych wy­daw­nic­twach. Chcia­ła­bym uczcić pa­mięć mo­je­go ko­cha­ne­go bra­cisz­ka i wy­dać jego pa­mięt­nik z Afga­ni­sta­nu. Tyl­ko nie bar­dzo wiem, czy jest to moż­li­we, a je­śli jest, to od cze­go za­cząć?”.

Znów ode­zwa­łem się do Sław­ka Brud­ne­go, re­ko­men­du­jąc mu te­mat. Wy­daw­ca skon­tak­to­wał się z ro­dzi­ną Dut­kie­wi­czów, szyb­ko do­szli do wstęp­ne­go po­ro­zu­mie­nia. Ktoś jed­nak mu­siał się za­jąć re­dak­cją dzien­ni­ka. Po­mysł, by wziąć to zle­ce­nie, po­ja­wił się w mo­jej gło­wie już w 2011 roku, lecz była to luź­na idea, któ­ra w paź­dzier­ni­ku 2015 roku na­bra­ła zu­peł­nie in­ne­go wy­mia­ru.

„(…) Nie ukry­wam, że tak tro­szecz­kę i tak po ci­chu li­czę na Pana po­moc w tym przed­się­wzię­ciu” – pi­sa­ła mi w li­ście Sta­ni­sła­wa Dut­kie­wicz, mama Jac­ka. Od tej chwi­li zre­da­go­wa­nie dzien­ni­ka sta­ło się dla mnie zo­bo­wią­za­niem ho­no­ro­wym.

***

Do­pie­ro kil­ka­na­ście mie­się­cy póź­niej zdo­ła­łem wró­cić do lek­tu­ry Jac­ko­we­go blo­ga. W lu­tym 2017 roku przy­stą­pi­łem do pra­cy, z miej­sca prze­kli­na­jąc pew­ne ce­chy au­to­ra – Dut­kie­wicz miał bo­wiem non­sza­lanc­ki sto­su­nek do in­ter­punk­cji. I uwiel­biał zda­nia wie­lo­krot­nie zło­żo­ne. My­ślę, że uda­ło mi się za­ra­dzić tym sła­bo­ściom tek­stu.

Po­cząt­ko­wo za sła­bość uzna­wa­łem też nie­kon­se­kwen­cję Jac­ka w od­nie­sie­niu do cza­su – raz, w po­je­dyn­czym wpi­sie, uży­wał for­my cza­su prze­szłe­go, in­nym ra­zem te­raź­niej­sze­go. Szyb­ko jed­nak zro­zu­mia­łem, z cze­go to wy­ni­ka. Wpi­sy nie były pi­sa­ne „ciur­kiem” – Dut­kie­wicz no­to­wał z do­sko­ku, w wol­nej chwi­li, cza­sem za­pi­sy­wał bie­żą­ce spo­strze­że­nia, cza­sem zaś ro­bił to w try­bie re­tro­spek­cji. Róż­ni­ce we wspo­mi­na­nych for­mach są za­tem do­dat­ko­wą war­to­ścią dzien­ni­ka, od­sła­nia­ją­cą ku­li­sy jego po­wsta­nia.

Nie­ste­ty, nie uda­ło mi się do­trzeć do no­ta­tek, o któ­rych – w jed­nym z li­stów – pi­sał Ja­cek. Z tego po­wo­du w dzien­ni­ku nie ma do­dat­ko­wych tre­ści poza tymi, któ­re za­war­to w nim pod­czas mi­sji. A więc tak jak w wer­sji elek­tro­nicz­nej bra­ku­je wpi­sów z kil­ku­na­stu dni, ko­lej­nych kil­ka­na­ście ma po­stać le­d­wie wzmia­nek. W ar­chi­wum Jac­ka nie od­na­la­złem zdjęć z wrze­śnia i paź­dzier­ni­ka 2011 roku – więk­szość wpi­sów z tego okre­su nie była co praw­da ilu­stro­wa­na, jed­nak w książ­ce bra­ku­je kil­ku­na­stu fo­to­gra­fii obec­nych w ory­gi­na­le (te, któ­re są, po­cho­dzą ze stro­ny WWW dzien­ni­ka; ich ko­pio­wa­nie uzna­li­śmy za osta­tecz­ność z uwa­gi na sła­bą ja­kość pli­ków). Pod­pi­sy pod zdję­cia­mi – poza za­war­ty­mi bez­po­śred­nio w tek­ście – po­cho­dzą od re­dak­cji.

Zre­da­go­wa­ny dzien­nik jest krót­szy od ory­gi­na­łu o oko­ło 10 pro­cent. „Pod nóż” po­szły frag­men­ty, któ­re za­wie­ra­ły tre­ści nie­istot­ne (jak roz­wle­kłe opi­sy kra­jo­bra­zów) czy nie­zro­zu­mia­łe dla czy­tel­ni­ka.

Nie zmie­nia to fak­tu, że sta­ra­łem się za­cho­wać Jac­ko­wy styl. Zda­niem naj­bliż­szych au­to­ra – po­do­ła­łem temu za­da­niu. Ze spo­ko­jem du­cha mogę więc po­le­cić Pań­stwu „dzien­nik Du­die­go”, któ­re­go Mar­cin Ogdow­ski jest je­dy­nie re­dak­to­rem. Lek­tu­rę, któ­ra po­sia­da wszel­kie ce­chy do­sko­na­łe­go re­por­ta­żu. Moim zda­niem – a wy­gła­szam je jako au­tor kil­ku po­zy­cji po­świę­co­nych Afga­ni­sta­no­wi – to zde­cy­do­wa­nie naj­lep­sza książ­ka o pol­skiej mi­sji u pod­nó­ża Hin­du­ku­szu. Jest w niej wszyst­ko, cze­go moż­na ocze­ki­wać od wo­jen­nej re­la­cji bez­po­śred­nie­go uczest­ni­ka wy­da­rzeń – żoł­nie­rza „bo­jów­ki”. To dzien­nik z krwi, potu i łez, uka­zu­ją­cy praw­dzi­we ob­li­cza – czę­sto wsty­dli­wie prze­mil­cza­ne – „naj­więk­szej ope­ra­cji Woj­ska Pol­skie­go po II woj­nie świa­to­wej”.

 

Mar­cin Ogdow­ski

Dom We­te­ra­na w Ląd­ku Zdro­ju,

czer­wiec 2017

DZIENNIK

Autor „w zielonym” – mundurze polowym koloru zielonego (choć pokrowiec hełmu pustynny, co było typową niekonsekwencją wśród Polaków służących w Afganistanie).Fot. z ar­chi­wum Jac­ka Dut­kie­wi­cza

Manas, Kirgistan

6 kwietnia 2011 roku

W Pol­sce 7:06, u nas 11:06, a ja już po śnia­dan­ku. Dziś wzią­łem ja­jecz­ni­cę, za­pie­ka­ne pa­rów­ki, a do tego świe­ża su­ró­wecz­ka, po­mi­do­rek, oliw­ki. Na do­kład­kę ku­bek kawy (sty­ro­pia­no­wy…) i dwa ciast­ka zbo­żo­we.

Sia­dasz na sto­łów­ce, same Ame­ry­kań­ce, no i gru­pa na­szych. Kogo sły­chać? Na­szych! Tam­ci mają nie­sa­mo­wi­tą kul­tu­rę – nie ma wci­ska­nia się przed ko­lej­kę, cze­ka­ją, aż so­bie na­ło­żysz, do­pie­ro póź­niej pod­cho­dzą. Pew­nie taki woj­sko­wy ry­gor. Roz­mo­wy na sto­łów­ce też na wła­ści­wym po­zio­mie re­gu­la­to­ra vo­lu­me.

No i ko­lej­na róż­ni­ca – kul­tu­ra ubio­ru. Na­sze mun­du­ry są mier­ne­go wy­ko­na­nia, z mier­nej ja­ko­ści ma­te­ria­łu – o czym jesz­cze się nie prze­ko­na­łem, lecz ko­le­dzy za­pew­nia­ją, że nie­ba­wem się prze­ko­nam. U nich na­to­miast za­rów­no wy­ko­na­nie, jak i ilość wy­po­sa­że­nia eli­mi­nu­je „eks­pe­ry­men­ty mun­du­ro­we”, do ja­kich do­cho­dzi u nas. Nie wi­dzia­łem Ame­ry­kań­ca, któ­ry sie­dział­by na sto­łów­ce bez blu­zy, o wy­cho­dze­niu z na­mio­tu bez czap­ki w ogó­le nie ma mowy. A nasi? Ten bez blu­zy, ten z ja­kąś cho­le­ra wie jaką, o chło­pa­kach z jed­no­stek spe­cjal­nych nie mó­wię, bo u nich to już kom­plet­nie „każ­dy chuj na swój strój”. Ale szcze­rze – wca­le się tym eks­pe­ry­men­tom nie dzi­wię. Sam do­sta­łem ko­szul­kę na ma­mu­ta z za­pa­so­wym miej­scem na sło­nia, więc „czem­prę­dzej” uda­łem się do skle­pu dla żoł­nie­rzy, zwa­ne­go tu „pi-eks­em” (PX w za­pi­sie), w celu na­by­cia dro­gą kup­na, za je­dy­nie „ten najn­ti najn do­lars”, trzech ko­szu­lek w roz­mia­rze M. I niech mnie te­raz mun­du­ro­wiec z jed­nost­ki w czte­ry li­te­ry cmok­nie. Pol­skie ko­szul­ki pusz­czę na Al­le­gro. Pój­dą jak świe­że bu­łecz­ki wśród dzie­cia­ków ba­wią­cych się po la­sach w woj­sko, i jesz­cze to moje „ten najn­ti najn” zwró­ci mi się trzy razy.

Nie wie­dzia­łem, że Ame­ry­ka­nie mają osob­ny ka­nał TV, w któ­rym, w prze­rwach od re­la­cji spor­to­wych, za­miast blo­ków re­kla­mo­wych lecą fil­my pro­pa­gan­do­we ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie ma co, pod­bu­do­wu­ją chło­pa­ków. Sam ga­pi­łem się w nie jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny. Do kom­ple­tu: pro­gno­za po­go­dy dla re­jo­nów mi­sji: Ka­bul, Ma­nas, Bag­dad… Dwa te­le­wi­zo­ry LCD na sto­łów­ce za­pew­nia­ją peł­ny po­gląd na sy­tu­ację.

Moje dwie bel­ki ozna­cza­ją u nich KA­PI­TA­NA, i chło­pa­ki boją się mnie jak cho­le­ra. Do­szło do tego, że na uli­cy od­da­ją mi ho­nor­ki. Ja­sny gwint!

Wczo­raj, gdy wy­cho­dzi­łem ze skle­pu, za­ha­czył mnie ja­kiś go­ściu w ich­nim mun­du­rze – i mówi do mnie po pol­sku. Oka­za­ło się, że fa­cet fak­tycz­nie nasz, od ja­kie­goś cza­su słu­ży ku chwa­le Uni­ted Sta­tes of Ame­ri­ca i jest mu do­brze. Opo­wia­dał, że w ich przy­pad­ku nie ma zbie­ra­ni­ny chęt­nych na mi­sję, tak jak u nas. Je­dzie cała bry­ga­da, sto pro­cent lu­dzi. Na cały rok. Nie­za­leż­nie czy ktoś chce, czy nie chce.

Zmie­nia się data na­sze­go wy­lo­tu do Ba­gram. Nie pierw­szy i pew­nie nie ostat­ni raz. O zmia­nie do­wie­dzie­li­śmy się aku­rat, gdy mie­li­śmy ru­szać do prze­pa­ko­wy­wa­nia ba­ga­żu – czy­li o trze­ciej. Je­dy­na do­bra wia­do­mość: moż­na dłu­żej po­spać. Jed­no­cze­śnie kiep­ska, bo sie­dzi­my da­lej w tym sa­mym miej­scu i cze­ka­my.

Błą­ka­jąc się po po­łu­dniu, wpa­dli­śmy na lody do DI­FAC-u1). Dziś pierw­sze w mo­jej ka­rie­rze cze­ko­la­do­we z do­dat­kiem orze­chów. W po­roz­wie­sza­nych na ścia­nach te­le­wi­zo­rach wia­do­mo­ści z ca­łe­go świa­ta. Spra­wa smo­leń­ska do­cie­ra na­wet tu, za spra­wą ka­na­łu Rus­sia To­day. A my­śla­łem, że ode­rwę się od niej, bę­dąc poza kra­jem…

1) Stołówka (od ang. DI­FAC, Di­ning Fa­ci­li­ty).

Le­ci­my da­lej, wpa­da­my do klu­bu Pete’s Pla­ce. Tu moż­na po­prze­glą­dać in­ter­net, po­grać w bi­lard, spo­tkać Po­la­ka z USA. Dru­gie­go. Gość 15 lat słu­ży w Sta­nach jako re­ali­za­tor dźwię­ku dla US Air For­ce. Ob­słu­gu­je kon­cer­ty, wy­stą­pie­nia. Wy­emi­gro­wał 25 lat temu, zro­bił stu­dia i za­trud­nił się w woj­sku. Ko­lej­ny, któ­ry nie na­rze­ka.

Obiad: „czi­ken”, ryż po­la­łem so­sem He­inz 57, pa­pry­ka, sa­ła­ta cię­ta, oliw­ki, sok po­ma­rań­czo­wy, kawa. Ku­bek sty­ro­pia­no­wy prze­cie­ka w dro­dze do na­mio­tu. Ktoś pro­po­nu­je ame­ry­kań­ską tak­ty­kę – usiąść z je­dze­niem przy sto­le i sie­dzieć moż­li­wie naj­dłu­żej, jak się da. Je­śli za­brak­nie je­dze­nia albo kawy, za­wsze moż­na wstać i so­bie do­nieść.

Dla­cze­go ten in­ter­net tak prze­ry­wa? „Ma­nas mo­ra­le”2) po­łącz, po­łącz, po­łącz… Mi­nu­ta in­ter­ne­tu i 10 mi­nut prze­rwy. Tak, żeby z ra­do­ści nie ogłu­pieć.

2) Nazwa sieci.

Zro­bił się wie­czór, tym sa­mym tem­pe­ra­tu­ra po­ooooooszła w dół. Na­mio­ty są oczy­wi­ście ogrze­wa­ne, i to so­lid­nie. Od­czu­li­śmy to pierw­szej nocy, kie­dy nad ra­nem obu­dzi­li­śmy się zla­ni po­tem. Ta­kie „sał­na so­lu­szyn”. Roz­pra­co­wa­nie na­grzew­ni­cy nie trwa­ło dłu­go. Kto ją roz­pra­co­wał? Oczy­wi­ście my, Po­la­cy. Gdy­by nie na­sza pol­ska do­cie­kli­wość, miesz­ka­ją­cy z nami Ame­ry­ka­nie pew­nie do te­raz roz­pusz­cza­li­by się z go­rą­ca.

Autor w Manas.Fot. z ar­chi­wum Jac­ka Dut­kie­wi­cza

Manas, Kirgistan – Bagram, Afganistan

7 kwietnia 2011 roku

Dzień roz­po­czął się… nie­za­koń­cze­niem dnia po­przed­nie­go. Oko­ło pierw­szej w nocy cza­su kir­gi­skie­go wpa­dłem na póź­ną ko­la­cję i kawę, z peł­ną świa­do­mo­ścią do­brze wy­ko­na­ne­go prze­nie­sie­nia ba­ga­żu przed za­pla­no­wa­nym wy­lo­tem.

Go­dzi­na 3:45 – go­to­wość na hali od­praw, ko­lej­na kawa – bo prze­cież jak się coś dzie­je, i tak nie po­tra­fię za­snąć. Po­tem ame­ry­kań­ski tani film sen­sa­cyj­ny i wyj­ście do sa­mo­lo­tu oko­ło go­dzi­ny 5:30.

Mó­wi­li mi, że Her­cu­les jest duży. To ko­los. W tra­dy­cyj­nych bar­wach US Air For­ce, sza­ro-sza­rych, za­ska­ku­je po wej­ściu na po­kład nie tyl­ko prze­strze­nią, ale i bra­kiem wy­koń­cze­nia, do któ­re­go przy­zwy­cza­iłem się już w sa­mo­lo­tach pa­sa­żer­skich. Po pro­stu wszyst­kie ka­ble, rur­ki, czuj­nicz­ki i inne pier­dół­ki, łącz­nie z mo­co­wa­niem skrzy­deł, „na­gie” na mo­ich oczach. Miejsc sie­dzą­cych mul­tum. Wla­zło oko­ło stu chło­pa plus kil­ka pa­let ba­ga­żu za nami. Każ­dy do­stał kom­plet sto­pe­rów do uszu. To na ha­łas sil­ni­ków.

Dwu­dzie­sta trze­cia go­dzi­na bez snu.

Lot roz­po­czął się wraz ze wscho­dem słoń­ca nad lot­ni­skiem Bisz­kek-Ma­nas. Przez dwa okien­ka – je­dy­ne w ca­łej czę­ści trans­por­to­wej sa­mo­lo­tu, w do­dat­ku umiesz­czo­ne poza czy­im­kol­wiek za­się­giem – raz po raz, w za­leż­no­ści od po­ło­że­nia ma­szy­ny, wpa­da­ły po­ma­rań­czo­we pro­mie­nie. Kąt pa­da­nia świa­tła zmie­niał się rów­nie szyb­ko jak po­ło­że­nie Her­cu­le­sa. Bar­dzo szyb­ko. „Pa­sa­żer” ta­kich cu­dów nie wy­czy­nia. Przy­czy­na jest pro­sta: na­tych­miast po roz­po­czę­ciu pod­cho­dze­nia do lot­ni­ska Ba­gram Air Field sa­mo­lot leci jako lot bo­jo­wy. Jego gwał­tow­ne uni­ki i szyb­kie za­rzu­ca­nie ma­szy­ną są więc nor­mą. Mia­łem oka­zję zo­ba­czyć to nie­co póź­niej, po wy­lą­do­wa­niu, na przy­kła­dzie in­ne­go Her­cu­le­sa. Wła­ści­wie od razu, bo­wiem ruch na tym lot­ni­sku jest ogrom­ny. Sa­mo­lot czy he­li­kop­ter lą­du­ją­cy lub star­tu­ją­cy co czte­ry-pięć mi­nut ni­ko­go tu nie dzi­wi.

Po­czu­łem po­wiew woj­ny.

I zo­ba­czy­łem góry. Po­tęż­ne, ogrom­ne, wszę­dzie do­oko­ła. Do tej pory Afga­ni­stan mo­głem je­dy­nie wy­obra­żać so­bie na pod­sta­wie zdjęć i fil­mów. Te­raz już wiem, co to wszech­obec­ny, wy­bit­nie su­chy kurz, któ­ry osia­da na wszyst­kim i wszyst­kich…

W słoń­cu jest cie­pło, w cie­niu spo­ry chłód. Na ter­mi­na­lu kupa ko­czu­ją­cych żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich. Już nie­ba­wem wy­krzyk­ną ostat­nie „Ho­oah!” i po­wi­ta­ją swój „home, swe­et home”.

Au­to­bus prze­wo­zi nas przez Ba­gram. To prak­tycz­nie sa­mo­dziel­ne mia­sto woj­sko­we, któ­rym ob­ro­sło lot­ni­sko. Moż­na więc trak­to­wać je jako prze­ro­śnię­te ron­do z kil­ku­dzie­się­cio­ma do­jaz­da­mi. Te­ren w ca­ło­ści ogro­dzo­ny wy­so­kim na kil­ka me­trów mu­rem z płyt lub pło­tem z kon­cer­ti­ną – dru­tem kol­cza­stym w no­wym wy­da­niu. Lot­ni­sko jest w cen­trum, co spra­wia, że co chwi­lę coś mi ha­ła­su­je. A to my­śliw­ce hu­la­ją­ce nad gó­ra­mi, a to śmi­głow­ce zna­ne z fil­mu „Black Hawk Down”, czy mo­car­ne Her­cu­le­sy, któ­re po­zna­łem już od środ­ka.

Za­kwa­te­ro­wa­li nas w na­mio­cie, w czę­ści obo­zu zwa­nej „War­rior” (wo­jow­nik). We­wnątrz, tak na oko, łóż­ka dla pię­ciu­set osób. Pię­tru­sy. Dziś – PRE­MIE­RA! – będę spał na „ga­łę­zi”, czy­li na gó­rze.

Po roz­ła­do­wa­niu przy­wie­zio­nych pol­ską cię­ża­rów­ką (nową!) ba­ga­ży, stwier­dzi­łem, że nuda nie ma szans (pra­wie jak pra­gnie­nie!), i pu­ści­łem się „na mia­sto” z gru­pą lu­dzi, z któ­ry­mi wspól­nie krę­ci­my się od kil­ku dni. Baś­ką z El­blą­ga, sa­ni­ta­riusz­ką, Mać­kiem, do­brym ko­le­gą z Ba­ta­lio­nu Do­wo­dze­nia z Mię­dzy­rze­cza, no i z kimś jesz­cze. Au­to­bu­sy kur­su­ją tu co dwa­dzie­ścia mi­nut i jeż­dżą w kół­ko. Wo­kół lot­ni­ska, czy­li wo­kół bazy. Tak więc obo­jęt­nie w co i kie­dy wsią­dziesz, i tak do­je­dziesz. Albo w jed­ną, albo w dru­gą stro­nę. Przy­sta­nek to bud­ka zbi­ta z pły­ty MDF, oczy­wi­ście okle­jo­na pa­trio­tycz­ny­mi pla­ka­ta­mi ar­mii „ju-es-ej”.

Obiad jak każ­dy inny, tyle tyl­ko że na dużo więk­szej sto­łów­ce. Po­wi­nie­nem na­pi­sać „na dużo więk­szym DI­FAC-u”, praw­da? Uczę się jesz­cze tego słow­nic­twa.

Afgań­czyk po­da­ją­cy cie­płe pierw­sze da­nie pyta z ich­nim ak­cen­tem: „Ryź? Riba?”. I do­da­je: „Smać­ne­go!”.

W cza­sie „prze­rwy w ży­cio­ry­sie” – czy­li cza­su do ko­la­cji – po­bie­głem ku­pić do­stęp do in­ter­ne­tu. Jest bez­prze­wo­do­wy, się­ga mi do na­mio­tu i kosz­tu­je 5 albo 10 do­la­rów, da­jąc od­po­wied­nio 10 albo 20 go­dzin do­stę­pu do sie­ci. Coś nie za­try­bi­ło, coś się nie zga­da­ło, więc wzią­łem lap­to­pa do ple­ca­ka i po­le­cia­łem usiąść na sto­li­ku obok bud­ki, w któ­rej fa­cet sprze­dał mi do­stęp.

Vis-à-vis mnie ze zde­ner­wo­wa­nia czer­wie­ni się mło­dy Ame­ry­ka­niec. Ge­sta­mi daje mi znać, że coś nie dzia­ła. Po­sie­dział jesz­cze tro­chę, ze­rwał się i… my­śla­łem, że po­biegł za­tłuc fa­ce­ta od in­ter­ne­tu. Na szczę­ście po­biegł go tyl­ko ochrza­nić.

Ku za­sko­cze­niu Ame­ry­kań­ca za­czą­łem go wy­py­ty­wać w jego ję­zy­ku, co za­ła­twił, o co cho­dzi itp. Wy­tłu­ma­czył, po­śmia­li­śmy się i każ­dy po­szedł w swo­ją stro­nę. Na­wia­sem mó­wiąc, ar­mia USA jest strasz­nie mło­da. Chło­pa­ki mają po 18–20 lat. I już do Afga­ni­sta­nu. Na rok.

Jest 19:49 cza­su pol­skie­go, 22:19 cza­su Ba­gram i 23:49 cza­su Ma­nas. Wciąż nie spa­łem.

Nie po­bra­łem dziś ka­mi­zel­ki, bo roz­mia­ry za­czy­na­ją się od XL i idą tyl­ko w górę. No ale od cze­go mam ko­le­gę w Gha­zni?

Da­lej: do­sta­łem amu­ni­cję i od te­raz się z nią nie roz­sta­ję, mamy cho­dzić wszę­dzie z bro­nią.

Wieloosobowy namiot w Manas.Fot. Ja­cek Dut­kie­wicz

Da­lej: do ma­jo­rów i ka­pi­ta­nów mó­wię jak do swo­ich – w koń­cu je­ste­śmy na jed­nej mi­sji i tak się le­piej gada.

Da­lej: nie ku­pi­łem od­żyw­ki, ale ku­pię ju­tro – po­dob­no tu są naj­tań­sze. No ale ze skle­pu wy­mio­tło. No do­bra, z „pi-eksa” wy­mio­tło.

Ogo­lę się ju­tro rano. Wy­ślę ten tekst i idę spać. Już nie li­czę, któ­ra to go­dzi­na bez snu.

Bagram, Afganistan

8 kwietnia 2011 roku

W nocy co chwi­lę bu­dzi nas huk F-16 i he­li­kop­te­rów. Do tego ko­lej­na gru­pa, któ­ra mia­ła przy­le­cieć przed nami, a zo­sta­ła za­trzy­ma­na na lot­ni­sku Bisz­kek na do­dat­ko­we kil­ka­na­ście go­dzin, zwa­li­ła się oko­ło pierw­szej, nie da­jąc spo­koj­nie po­spać.

Nad ra­nem w śpi­wo­rze zro­bi­ło się go­rą­co. Wy­wa­lił mnie mój imien­nik, twier­dząc, że może war­to sko­czyć na śnia­da­nie. Była 8:00 cza­su Ba­gram. Śnia­da­nie: dziś wy­bra­łem ja­jecz­ko sa­dzo­ne, ryż na pa­rze, po­mi­do­ra – bar­dzo mi tu sma­ku­je – mle­ko cze­ko­la­do­we i kawę moc­ną (do wy­bo­ru jest i „sła­ba”).

Nie dzi­wię się, że w na­mio­cie było go­rą­co. Nikt nie kwa­pił się do prze­łą­cze­nia na­grzew­ni­cy na chło­dze­nie. Za­ni­ka pol­ska ce­cha kom­bi­na­to­ra?

Za­pla­no­wa­ne na 9:00 szko­le­nie wzię­ło w łeb. Po­mysł chwi­li to wy­pad „na mia­sto”, po­mysł jesz­cze krót­szej chwi­li to ku­pie­nie kok­taj­lu wa­ni­lio­we­go. Ogól­nie po­mysł do­bry, ale roz­miar kok­taj­lu już nie­ko­niecz­nie.

Za­bi­ja­nie cza­su na siłę wy­cho­dzi nam dziś wy­jąt­ko­wo prze­cięt­nie. Ja­kaś kawa, ja­kiś au­to­bus do cze­goś w ro­dza­ju cen­trum i ko­lej­na wi­zy­ta w skle­pie. Mo­no­to­nia. No bo jak ina­czej wy­tłu­ma­czyć chęć przej­ścia po­ło­wy Ba­gram pie­szo? Je­dy­ny plus – zna­la­złem mniej­szy PX, wy­po­sa­żo­ny le­piej niż jego więk­szy od­po­wied­nik dwa ki­lo­me­try da­lej.

Im póź­niej, tym gło­śniej. F-16 ro­bią po­twor­nie dużo huku, a za­wsze star­tu­ją w pa­rach. Ale ma to pęd! Pró­ba uchwy­ce­nia star­tu apa­ra­tem wy­cho­dzi rów­nie śred­nio jak za­bi­ja­nie cza­su.

Ktoś rzu­cił ha­sło, że wczo­raj roz­da­wa­li za­licz­ki. Nie wiem, gdzie ja wte­dy by­łem, na szczę­ście będą roz­da­wać też ju­tro. Po­cze­kam z tymi swo­imi 55 do­la­ra­mi w pra­wej kie­sze­ni blu­zy.

Nie lu­bię cwa­nia­ków. I nie po­lu­bię pa­lan­ta, któ­ry wra­ca­jąc z mi­sji, bę­dzie uda­wał, że wszyst­kie ro­zu­my po­zja­dał. Ta­kie re­flek­sje przy­cho­dzą do gło­wy po usły­sze­niu kil­ku zdań od wra­ca­ją­cych wła­śnie z Gha­zni. A im więk­szy „szta­buch”, tym wię­cej ma do po­wie­dze­nia…

Ta­kie samo po­dej­ście mam do wy­jeż­dża­ją­cych dru­gi lub ko­lej­ny raz. Nie do wszyst­kich, bo moż­na wy­cią­gnąć cie­ka­we in­for­ma­cje, któ­re na­praw­dę się przy­da­dzą. Wkur­wia­ją mnie jed­nak na­chal­ne typy udzie­la­ją­ce rad w to­nie „by­łem naj­lep­szy, a inni do dupy”. Boże, cho­ciaż nie­spe­cjal­nie w Cie­bie wie­rzę, uwol­nij mnie od ta­kich pa­ja­ców.

Prze­le­cia­ły F-16.

Wci­snę­li nam do na­mio­tu Fran­cu­zów i nikt z nimi nie gada. Mamy po­wód do za­do­wo­le­nia, bo oni nie do­sta­li mun­du­rów pu­styn­nych. Taki spo­sób na pod­bu­do­wa­nie so­bie mo­ra­le. W dru­gą stro­nę też to dzia­ła, kie­dy mi­ja­ją nas jan­ke­si. Wciąż nie mam rów­nież ka­mi­zel­ki, co robi się tro­chę iry­tu­ją­ce. Je­że­li do ju­tra nie do­sta­nę „elki”, bio­rę więk­szą i wy­mie­niam w Gha­zni.

I znów F-16. Po­czu­łem się jak za sta­rych do­brych cza­sów w Czarn­ko­wie, kie­dy star­tu­ją­ce z Piły Iskry zmu­sza­ły nas do ła­pa­nia wy­cho­dzą­cych z sza­fek szkla­nek.

Ko­la­cja to było coś. Pią­tek w ame­ry­kań­skim „di­fa­ku” to grill. Stek z gril­la, go­rą­cy, pach­ną­cy… Se­zon gril­lo­wy otwar­ty! Mia­ło to ina­czej wy­glą­dać, no ale mówi się trud­no. Przy­naj­mniej nie mu­sia­łem mę­czyć się z roz­pa­la­niem wę­gla.

F-16.

Cha­rak­te­ry­stycz­na ce­cha afgań­skiej ob­słu­gi kuch­ni to bro­da pod­wi­nię­ta i za­bez­pie­czo­na czymś ta­kim, jak no­szą na­sze pa­nie w skle­pach spo­żyw­czych na gło­wach. Wy­glą­da dziw­nie, ale pew­nie to nie­wiel­kie wy­rze­cze­nie w po­rów­na­niu z fak­tem za­trud­nie­nia i nie­złą jak na ten kraj pen­sją.

F-16. Daw­no nie prze­le­cia­ły, ja­kieś pięć mi­nut.

19:50, za na­mio­tem mor­dę drze ten ich świą­to­bli­wy. W su­mie robi to trzy razy dzien­nie.

Wie­czór już cie­kaw­szy. Ktoś wy­ka­po­wał, że naj­tań­sze roz­mo­wy do kra­ju są z bu­dek te­le­fo­nicz­nych AT&T, z kar­tą pre­pa­id. Za 20 do­la­rów, w za­leż­no­ści od tego, do ja­kiej sie­ci się dzwo­ni, moż­na ga­dać od 30 do 150 mi­nut. Ile do­kład­nie – to mówi uprzej­my głos pani w słu­chaw­ce, oczy­wi­ście in en­glish. Opła­ca się w po­rów­na­niu z afgań­ski­mi sie­cia­mi ko­mór­ko­wy­mi, gdzie kar­ta SIM kosz­tu­je 9 do­la­rów, do­ła­do­wa­nie od 20 do 57 do­la­rów, a roz­mów za tę kwo­tę jest chy­ba kil­ka­dzie­siąt mi­nut. Na­wia­sem mó­wiąc, do­sta­łem czte­ry SMS-y po­wi­tal­ne sie­ci Eti­sa­lat. Dzię­ku­ję, nie sko­rzy­stam.

Daw­no nie le­cia­ło F-16. Ko­le­ga na­to­miast ode­brał te­le­fon od uprzej­mej pani z ban­ku, że „wła­śnie na jego kon­cie do­ko­na­no trans­ak­cji z dziw­ne­go kra­ju”. Bez ko­men­ta­rza.

Po­ja­wia­ją się kon­kre­ty na te­mat wy­lo­tu do Sha­ra­ny, skąd prze­wi­dzia­no dal­szy lot he­li­kop­te­ra­mi już do Gha­zni. Przez me­ga­fon oznaj­mio­no mi, że lecę ju­tro o 16:45, a na spa­ko­wa­nie się będę miał pół go­dzi­ny. Z na­sze­go wspól­ne­go do­tych­czas lotu da­lej w tak szyb­kim ter­mi­nie leci nas tyl­ko czte­rech. Trud­no, za­bio­rę resz­cie moją przej­ściów­kę za­si­la­nia, niech kom­bi­nu­ją. A w Gha­zni po­dob­no bu­rza.

Afgań­czyk, po­pu­lar­nie zwa­ny „szu­sza­kiem”3), po­bił Ame­ry­kań­ca. Nie wiem o co, ale szyb­ko go zwi­nę­li i chy­ba jed­no­cze­śnie do­ko­nał sa­mo­zwol­nie­nia z pra­cy.

3) Określenie nagminnie używane przez Polaków w Afganistanie (a wcześniej w Iraku) wobec miejscowych, o negatywnej konotacji (szuszak – brudas).

W na­mio­cie ciem­no, mru­ga­ją świa­tła lap­to­pów. Po­bie­gał­bym za­miast spać, bo jest świet­na po­go­da, ale za głę­bo­ko scho­wa­łem buty do bie­ga­nia. Po­bie­gam w Gha­zni.

Idę spać, a przy­jem­niej spró­bu­ję. Taak… F-16, Black Hawk, F-16… – nici ze spa­nia.

F-16 i nici ze spania...Fot. Ja­cek Dut­kie­wicz

Bagram–Sharana–Bagram, Afganistan

9 kwietnia 2011 roku

Ko­lej­ny sło­necz­ny dzień w Ba­gram. W tem­pe­ra­tu­rze do­cho­dzą­cej do 27 stop­ni Cel­sju­sza w cie­niu prze­szli­śmy pierw­sze tu­taj szko­le­nie. W od­róż­nie­niu od szko­leń kra­jo­wych, od­by­wa­nych we­dług ści­śle na­rzu­co­nej me­to­dy­ki „bacz­ność, uczyć was będę”, to opie­ra­ło się na naj­prost­szej za­sa­dzie na­ucza­nia – or­ga­no­lep­tycz­nej. Do­tknąć, po­ma­cać, po­li­zać. Czte­ry go­dzi­ny mi­nę­ły jak z bi­cza strze­lił.

Przy­le­cia­ła ko­lej­na gru­pa z War­rio­ra4) i Gha­zni.

4) Druga (po Ghazni) co do wielkości baza naszego kontyngentu w Afganistanie, znajdująca się na południu „polskiej” prowincji. Nie należy mylić z „Warriorem”, częścią obozowiska w Bagram.

Zo­rien­to­wa­ny w sy­tu­acji i za­po­zna­ny ze spo­so­bem za­ła­twia­nia so­bie ka­mi­zel­ki, na­resz­cie zo­sta­łem szczę­śli­wym po­sia­da­czem je­dy­nej chy­ba tu­taj ka­mi­zel­ki odłam­ko­od­por­nej roz­mia­ru L. Spraw­dze­nie kom­ple­tu we­dług li­sty – wszyst­ko jest! Pro­blem drę­czą­cy mnie przez ostat­nie dwa dni znik­nął jak ręką od­jął. Na­wia­sem mó­wiąc, nie wy­obra­żał­bym so­bie sie­bie w ka­mi­zel­ce więk­sze­go roz­mia­ru. „Elka” to i tak spo­re by­dlę na mnie, a XL czy XXL? Dzię­ku­ję, z ta­ki­mi roz­mia­ra­mi nie tań­czę.

Każ­dy przy­lot grup ro­tu­ją­cych się z Afga­ni­sta­nu do kra­ju to ide­al­na oka­zja do zdo­by­cia in­for­ma­cji z pierw­szej ręki. Py­ta­nia typu „jak tam jest, jak czę­sto jeź­dzi­cie, jak wy­po­sa­żo­ny jest PX”, czy ob­li­ga­to­ryj­ne „a jak kon­takt z kra­jem” po­wta­rza­ją się na­gmin­nie.

Dziś usły­sza­łem rów­nież, że wra­ca­ją­cych do kra­ju py­ta­ją zło­śli­wie: „By­łeś na mi­sji czy w Gha­zni?”. Sły­sza­łem już, że Gha­zni, wła­śnie ze wzglę­du na sta­cjo­nu­ją­cy tam sztab PKW (Pol­skie­go Kon­tyn­gen­tu Woj­sko­we­go), jest spe­cy­ficz­ne. Na­wet pan Ogdow­ski, re­por­ter In­te­ria.pl pro­wa­dzą­cy stro­nę zA­fga­ni­sta­nu.pl, wspo­mniał o tej sy­tu­acji. Tak zwa­na „pe­da­łó­wa”, czy­li cze­pia­nie się o brak na­szyw­ki, o brak be­re­tu, o nie tak no­szo­ną blu­zę. Lu­dzie, tu jest woj­na! Już wcze­śniej wspo­mi­na­łem, że nie do­cho­dzi­ło­by do ta­kich sy­tu­acji jak misz­masz mun­du­ro­wy, gdy­by nie kiep­skie wy­po­sa­że­nie na­sze­go kon­tyn­gen­tu w po­rów­na­niu z na­wet stan­dar­do­wym wy­po­sa­że­niem żoł­nie­rzy USA. Cho­ciaż – co war­to pod­kre­ślić – na­szy­mi Be­ry­la­mi pod­nie­ca­ją się tak samo jak my ich em-czwór­ka­mi.

Przy­je­chał fa­cet z kasą, wy­pła­ca za­licz­ki. Już moż­na od­dy­chać tak jak­by spo­koj­niej.

Na go­dzi­nę 16:15 za­pla­no­wa­no nam pa­ko­wa­nie ma­nat­ków, na­to­miast pół go­dzi­ny póź­niej mie­li­śmy wy­jeż­dżać na lot­ni­sko. Rąk do ła­do­wa­nia ba­ga­żu na Sta­ra jak zwy­kle brak. Nie po­tra­fię znieść ta­kiej sy­tu­acji, sam więc, upa­ko­wa­ny w ka­mi­zel­kę, wsko­czy­łem na pakę i do­łą­czy­łem do i tak li­chej gru­py trzech „pa­ko­wa­czy”. A niech pa­trzą, mnie nie boli.

Go­dzi­na wy­jaz­du – pla­no­wa­na 16:45, wy­jazd 16:45. Pre­cy­zja jak ni­g­dy i ni­g­dzie. Pod­rzu­ce­ni na lot­ni­sko roz­ło­ży­li­śmy gra­ty i roz­po­czę­li­śmy po­szu­ki­wa­nia kawy. Oczy­wi­ście gra­tis dla żoł­nie­rzy. Od uprzej­mej pani „za ba­rem”, na py­ta­nie, czy wpi­sać się na li­stę, usły­sza­łem „si!”.

Lot roz­po­czął się pla­no­wo. Upa­ko­wa­ni wraz z ba­ga­ża­mi do C-130 wy­star­to­wa­li­śmy z kie­run­ku Sha­ra­ny. No i tu wy­ro­bi­ło się moje zda­nie o żan­dar­me­rii, po­pu­lar­nie w woj­sku zwa­nej „że­to­na­mi”. O cwa­nia­kach już pi­sa­łem? No, to mamy tu wy­da­nie cwa­nia­ków do kwa­dra­tu. Albo pół­głów­ków. Ro­zu­miem – nie na­le­ży uogól­niać i wrzu­cać wszyst­kich do jed­ne­go wor­ka, ale… Do rze­czy, wła­śnie zo­ba­czy­łem pol­skie cham­stwo w „naj­lep­szym” wy­da­niu, któ­re­go obiek­tem stał się pi­lot US Air For­ce. Nie­sub­or­dy­na­cja, to­tal­na głu­po­ta. Bo je­że­li pada ko­men­da „nie ro­bić zdjęć”, to do­ty­czy ona wszyst­kich, praw­da? „Że­to­nów” rów­nież, czy się mylę? Czy są lep­si i „lep­siej­si”?

Gdzieś w oko­li­cach lot­ni­ska do­ce­lo­we­go zła­pa­ła nas bu­rza. Je­den błysk, deszcz, dru­gi błysk, za­rzu­ca­nie sa­mo­lo­tem. Po trze­cim bły­sku po­czu­łem, jak sa­mo­lot za­wra­ca. Dla mnie wszyst­ko było już ja­sne – wra­ca­my do Ba­gram. To nie pierw­sza taka sy­tu­acja. W roz­mo­wie z ja­kimś ma­ri­ne do­wie­dzia­łem się, że on pró­bu­je le­cieć dziś już trze­ci raz. Wła­śnie trze­ci raz za­wró­ci­li jego lot prak­tycz­nie znad lot­ni­ska do­ce­lo­we­go.

Jacek – jego etatową bronią był Mini-Beryl.Fot. z ar­chi­wum Jac­ka Dut­kie­wi­cza

Wró­ci­li­śmy na Ba­gram Air Field. Ulo­ko­wa­li­śmy się wy­god­nie na pod­ło­dze lot­ni­ska i cze­ka­my na to, co się wy­da­rzy. Głod­ni wpa­dli­śmy na po­mysł po­szu­ka­nia naj­bliż­sze­go „di­fa­ku”. OK, py­ta­nie o dro­gę wy­cho­dzi… śred­nio, je­że­li Ame­ry­ka­nin cię nie zro­zu­mie. Ko­le­ga spró­bo­wał swo­ich sił w an­giel­skim. Z py­ta­nia o „di­fak” Ame­ry­ka­niec wy­ła­pał je­dy­nie „fuck”! No do­brze, nie każ­dy ope­ru­je ame­ry­kań­skim ak­cen­tem per­fek­cyj­nie.

Roz­pa­da­ło się na do­bre. To ide­al­na oka­zja, by prze­wieźć nas z lot­ni­ska z po­wro­tem na obo­zo­wi­sko. Sta­rem, bez plan­de­ki. Cała sy­tu­acja roz­ba­wi­ła nas tak bar­dzo, że żart za żar­tem pa­da­ły tak czę­sto jak kro­ple desz­czu. A niech nas zo­ba­czą znów w na­mio­cie. Po­wie­my, że już wra­ca­my z mi­sji!

Bagram, Afganistan

10 kwietnia 2011 roku

Leje. Deszcz tłu­cze w dach na­mio­tu. Mno­żąc to razy roz­miar da­chu, otrzy­mu­je­my nie­sa­mo­wi­ty ha­łas, któ­ry nie daje po­spać. Od sa­me­go rana ob­słu­ga obo­zo­wi­ska za­su­wa ze szczo­ta­mi, wy­mia­ta­jąc wodę, któ­ra za­czę­ła na­pły­wać do środ­ka. Zło­śli­wie moż­na po­wie­dzieć, że ma­ry­na­rze po­win­ni mieć te­raz raj!

Mimo ha­ła­su śpię moż­li­wie naj­dłu­żej, w koń­cu jest nie­dzie­la. Tej nocy za po­dusz­kę ro­bi­ła mi tor­ba od ka­mi­zel­ki.

10 kwiet­nia – rocz­ni­ca smo­leń­ska, a tu­taj ŚWIĘ­TY SPO­KÓJ. Jak do­brze, że ten cały te­atr roz­gry­wa­ją­cy się w kra­ju jest da­le­ko od nas.

No trud­no, pora wstać i iść coś zjeść. Dziś uda­ło się wy­jąt­ko­wo die­te­tycz­nie. Oprócz tego – jak to się pi­sze – kor­dą ble (?), zie­lo­no: po­mi­dor (wiem, jest czer­wo­ny), sa­ła­ta cię­ta, oliw­ki, ogó­rek ki­szo­ny, do tego kawa w sty­ro­pia­nie i moje ulu­bio­ne ciast­ka z orze­cha­mi.

Szko­da dnia na płasz­cze­nie tył­ka. Szyb­ka run­da na przy­sło­wio­we mia­sto to je­den ze spo­so­bów na za­bi­cie cza­su. W au­to­bu­sie „War­rior–PX Express Shut­tle Bus” tra­dy­cyj­nie już ra­dio­sta­cja Fre­edom (Wol­ność) – Ra­dio AFN Afga­ni­stan. To ame­ry­kań­ska sta­cja ra­dio­wa dla słu­żą­cych tu żoł­nie­rzy, na­da­ją­ca oprócz naj­now­szych prze­bo­jów mu­zy­ki dan­ce in­for­ma­cje ze Sta­nów oraz re­jo­nów mi­sji.

Po po­wro­cie po za­le­d­wie go­dzi­nie stwier­dzi­łem, że na­miot wciąż od­pły­wa. Za­tem ko­lej­na ewa­ku­acja – idę ku­pić kar­tę AT&T, za­dzwo­nię do domu. Może le­piej ode­zwać się gło­sem niż kle­pać wciąż na Gadu-Gadu. Pod­nie­sie­nie słu­chaw­ki, uprzej­my głos pani dzię­ku­je mi „za służ­bę dla na­sze­go wspa­nia­łe­go kra­ju”. Ko­mu­ni­kat był po an­giel­sku. Dzwo­nię. Re­ak­cja po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki skła­nia mnie do stwier­dze­nia, że to naj­lep­sze, co dziś zro­bi­łem. Ko­le­ga z pod­sta­wów­ki, z któ­rym spo­tka­łem się po la­tach na przy­go­to­wa­niach do wy­jaz­du na mi­sję, a co lep­sze – są­siad ma­muś­ki – wła­śnie wy­la­tu­je z kra­ju. Pew­nie się z nim tu nie spo­tkam, ale już wiem, że na­sze mat­ki mają wspól­ny te­mat do roz­mów i nie­po­trzeb­nych zmar­twień.

Wra­cam do na­mio­tu. A ten wciąż pły­nie. Wy­cho­dzę, lecę do skle­pu ku­pić lo­ke­ra. To po­pu­lar­na na­zwa du­że­go pla­sti­ko­we­go po­jem­ni­ka, skrzy­ni trans­por­to­wej z me­ta­lo­wy­mi za­mknię­cia­mi, kół­ka­mi i uchwy­ta­mi do trans­por­tu. Bar­dzo przy­dat­ny przy wy­jaz­dach na mi­sje, sta­bil­ny, nie da się go zgnieść ba­ga­żem wrzu­co­nym „przy­pad­kiem” na nie­go (patrz: pa­ko­wa­nie ba­ga­żu na Sta­ra), a przede wszyst­kim SZCZEL­NY. W ta­kim dniu jak dziś i przy dzi­siej­szym sta­nie na­mio­tu to chy­ba je­dy­ny do­bry po­mysł, aby ciu­chy nie wy­glą­da­ły jak po pra­niu.

Wpa­dam też do fa­ce­ta po in­ter­net. Za­do­wo­lo­ny, pod­ska­ku­je na fo­te­lu w okien­ku w rytm gło­śnej mu­zy­ki. „In­dish mu­sic my friend! Dan­ce!” (In­dyj­ska mu­zy­ka, przy­ja­cie­lu, za­tańcz!).

Prze­sta­ło pa­dać, na­miot do­bi­ja do por­tu. Pi­sa­nie dzi­siej­sze­go dzien­ni­ka prze­ry­wa mi za­pla­no­wa­ne na go­dzi­nę 17:00 roz­po­czę­cie ko­lej­ne­go kur­su. Spodo­ba­ło mi się stwier­dze­nie, któ­rym je­den z in­struk­to­rów roz­po­czął swo­ją gad­kę: „Je­że­li ktoś był już na mi­sji i twier­dzi, że wszyst­ko, albo co­kol­wiek, o mi­sjach wie, jest w da­le­kim błę­dzie. Nie wie nic. A je­że­li z tym zda­niem się nie zga­dza, szyb­ko zo­sta­nie wy­pro­wa­dzo­ny z błę­du”. Do­bre, zwłasz­cza w te­ma­cie wspo­mnia­nych już wcze­śniej „mi­syj­nych cwa­nia­ków”.

Leje deszcz….Fot. Ja­cek Dut­kie­wicz

Wra­ca­jąc pod na­szą przy­du­żą „pa­łat­kę”, nogą ścią­gam z łó­żek ja­kieś 10 lap­to­pów. Te prze­dłu­ża­cze na pod­ło­dze to zły po­mysł, tym bar­dziej…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej