Dezinformacja - Marcin Ogdowski - ebook
Opis

Czy wojna wybuchnie? Ona już trwa!

 

Rosja koncentruje duże siły w obwodzie kaliningradzkim i na Białorusi. Moskwa twierdzi, że to ćwiczenia, ale z ustaleń polskich służb wynika, że manewry są jedynie przykrywką do rozpoczęcia inwazji na Rzeczpospolitą i kraje nadbałtyckie.

 

Osłabione politycznymi czystkami i niedoposażone Wojsko Polskie nie będzie w stanie stawić skutecznego oporu. Sojusznicy zaś zwlekają z udzieleniem deklaracji pomocy coraz bardziej monopartyjnemu państwu, które samo izoluje się na arenie międzynarodowej.

 

Czy wojna wybuchnie? Ona już trwa! Sterowanie strumieniami informacji i dezinformacji z wykorzystaniem najnowszych technologii przypomina rzucanie do ataku kolejnych fal wojska. Polem bitwy jest telewizor, komputer i telefon. Celem – umysł, Twój umysł, Czytelniku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 229

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MARCIN OGDOWSKI

Dezinformacja

 

 

© 2018 Marcin Ogdowski

© 2018 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

 

eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Projekt okładki: Paweł Gierula

Zdjęcie na kładce: Marcin Ogdowski, Paweł Gierula

 

 

ISBN 978-83-65904-11-9

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

 

Dedykuję Córce Magdalenie

Ta książka jest nowelą osadzoną w nurcie political fiction. I tylko tak należy ją traktować.

Wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób są przypadkowe.

Prolog

War­sza­wa, Biu­ro Kontr­wy­wia­du Woj­sko­we­go, 19 paź­dzier­ni­ka

– Jak mija służ­ba? – Ko­bie­ta ze ster­tą akt pod pa­chą sta­nę­ła przy drzwiach po­ko­ju. Mia­ła pięć­dzie­siąt lat i fry­zu­rę, któ­ra Bart­ko­wi Kar­czew­skie­mu przy­wo­dzi­ła na myśl sty­li­za­cję Ra­isy Gor­ba­czo­wej, żony ostat­nie­go przy­wód­cy ZSRR. Bar­tek skrzy­wił się lek­ko – mi­nę­ło wie­le lat, a on wciąż pa­mię­tał swo­je prze­ra­że­nie wi­do­kiem ra­dziec­kiej pierw­szej damy. Wy­da­wa­ła mu się wte­dy taka po­są­go­wa, zim­na. Wo­lał­by po­dejść do Mi­cha­iła, któ­ry śmiał się jak do­bry wu­jek, ale ten za­szczyt przy­padł w udzia­le ko­le­żan­ce Kar­czew­skie­go. On, chło­piec, miał się za­jąć żoną Wspa­nia­łe­go Go­ścia. „Je­ste­śmy tu w imie­niu wszyst­kich pol­skich dzie­ci, wi­ta­my w War­sza­wie” – dziew­czyn­ka wy­gło­si­ła tę kwe­stię po pol­sku, Bar­tek po ro­syj­sku. By ni­cze­go nie po­krę­cić, wbił wzrok po­nad czo­ło pani Ra­isy. I wpa­tru­jąc się w jej on­du­lo­wa­ną grzyw­kę, wy­re­cy­to­wał for­muł­kę jed­nym tchem. Ro­sjan­ka po­da­ła mu rękę, tłum wo­kół za­czął bić bra­wa, a ope­ra­to­rzy spusz­czać mi­gaw­ki apa­ra­tów. Po­tem głos za­brał Gor­ba­czow, a Kar­czew­skie­go i jego ró­wie­śnicz­kę ja­kiś wiel­ki es­bek za­pro­wa­dził do lot­ni­sko­wej sa­lon­ki. Do­sta­li oran­ża­dę, pącz­ki – i tak skoń­czył się ich udział w przy­wi­ta­niu pary dy­gni­ta­rzy. Bart­ko­wi na trwa­łe wdru­ko­wa­ło się po nim wspo­mnie­nie fry­zu­ry żony gen­se­ka. – Halo, mło­dy czło­wie­ku – ko­bie­cy głos przy­wo­łał Kar­czew­skie­go do rze­czy­wi­sto­ści. – Je­steś tu?

– Je­stem, je­stem – Kar­czew­ski po­czuł się nie­co zmie­sza­ny. Zi­miń­ska, nie­za­leż­nie od tego, co mia­ła na gło­wie, nie po­win­na przy­pra­wiać go o taki stan. „Na służ­bie ma­cie być czuj­ni, go­to­wi, trzeź­wi jak świ­nie!” – ma­wiał ulu­bio­ny wy­kła­dow­ca z kur­su ofi­cer­skie­go, któ­ry Bar­tek ukoń­czył kil­ka mie­się­cy temu. On tym­cza­sem znów, na wi­dok tej ko­bie­ty, po­pły­nął w za­ka­mar­ki pa­mię­ci. – Służ­ba? – po­wtó­rzył pierw­sze py­ta­nie. – Na ra­zie spo­kój – uśmiech­nął się. – Ale nasi w Afga­ni­sta­nie mają waż­ną ope­ra­cję, cze­kam na ra­port.

– O! – Zi­miń­ska we­szła do po­ko­ju. Usia­dła na­prze­ciw­ko Bart­ka, przy biur­ku, któ­re zwy­kle zaj­mo­wał dru­gi dy­żur­ny, dziś nie­obec­ny z po­wo­du zwol­nie­nia cho­ro­bo­we­go. – Mo­żesz po­wie­dzieć wię­cej? – Pu­ści­ła oczko.

Kar­czew­ski spoj­rzał na przy­nie­sio­ne przez nią tecz­ki. Le­ża­ły te­raz na bla­cie, grzbie­ta­mi w jego stro­nę, mógł więc od­czy­tać ty­tu­ły akt. Wszyst­kie mia­ły tę samą te­ma­ty­kę, róż­ni­ły się tyl­ko da­ta­mi. Spra­woz­da­nia dzien­ne z prac Ko­mi­sji We­ry­fi­ka­cyj­nej. „Hmm” – Bar­tek zmarsz­czył czo­ło. „Czy ona ma pra­wo prze­glą­dać te kwi­ty?” – spy­tał sa­me­go sie­bie.

– Nie­ee – po­wie­dział na głos. – Do­brze wiesz, do­brze pani wie – po­pra­wił się za­raz – …że nie po­win­ni­śmy o ta­kich spra­wach roz­ma­wiać. – Kar­czew­ski bar­dzo chciał, by za­brzmia­ło to sta­now­czo. I pro­fe­sjo­nal­nie. Dla więk­sze­go efek­tu wy­pro­sto­wał się i jesz­cze bar­dziej zmarsz­czył czo­ło.

Zi­miń­ska zro­bi­ła to samo, by kil­ka se­kund póź­niej uśmiech­nąć się sze­ro­ko.

– Fa­cho­wiec z cie­bie, Bar­tecz­ku – po­wie­dzia­ła. – Oczy­wi­ście, że nie po­wi­nie­neś o tym roz­ma­wiać ze zwy­kłą tłu­macz­ką – do­da­ła.

– Ha! – Kar­czew­ski udał roz­ba­wio­ne­go. „Ja­kaś ty, kur­wa, skrom­na” – w my­ślach po­zwo­lił so­bie na odro­bi­nę zło­śli­wo­ści. Zer­k­nął na prze­pust­kę, któ­rą Zi­miń­ska przy­pię­ła do kla­py ża­kie­tu. Z za­war­tych tam in­for­ma­cji wy­ni­ka­ło, że ko­bie­cie przy­zna­no pra­wo wstę­pu do wszyst­kich po­miesz­czeń cen­tra­li – tak­że do ar­chi­wum, gdzie znaj­do­wa­ły się naj­bar­dziej taj­ne zbio­ry da­nych. Wzrok Bart­ka raz jesz­cze za­trzy­mał się na tecz­kach przy­nie­sio­nych przez tłu­macz­kę. „Ona może wszyst­ko…” – uznał. – Szef bar­dzo pani ufa – rzekł. – Wie pani o na­szej fir­mie tyle, że gło­wa mała. Ale tu cho­dzi o za­sa­dy. – Ostat­nie zda­nie Kar­czew­ski wy­po­wie­dział tak, jak­by był ka­pła­nem pryn­cy­pial­no­ści.

– Bar­tecz­ku, prze­cież żar­to­wa­łam… – Zi­miń­ska wsta­ła, po­de­szła do Kar­czew­skie­go i z mat­czy­ną czu­ło­ścią uca­ło­wa­ła go w czo­ło. – Chcesz kawy? – Ru­szy­ła w stro­nę eks­pre­su, a on po­krę­cił gło­wą. – Nie in­te­re­su­ją mnie ra­por­ty służ­by dy­żur­nej – za­pew­ni­ła tłu­macz­ka. – Mam dość swo­jej ro­bo­ty – po­wie­dzia­ła, przy­sta­wia­jąc fi­li­żan­kę espres­so do ust. Wy­pi­ła za­war­tość jed­nym hau­stem i znów na­peł­ni­ła por­ce­la­no­we na­czy­nie.

– Dwie moc­ne kawy o tej po­rze? – zdzi­wił się Kar­czew­ski.

– Nie tyl­ko ty masz dziś noc­ną zmia­nę. – Ko­bie­ta wró­ci­ła do biur­ka, na któ­rym zo­sta­wi­ła akta. Wzię­ła tecz­ki pod pa­chę i ru­szy­ła ku drzwiom.

– Jak idzie tłu­ma­cze­nie ra­por­tu? – Bar­tek, pra­cow­nik cen­tra­li Biu­ra Kontr­wy­wia­du Woj­sko­we­go, do­brze wie­dział, ja­kie za­da­nie po­sta­wio­no przed jego roz­mów­czy­nią.

– Kak kro­wi z nosa – usły­szał w od­po­wie­dzi. Ro­syj­ski, w mu­rach tej in­sty­tu­cji, brzmiał jak bluź­nier­stwo. – Spo­koj­nej służ­by, Bar­tecz­ku – do­da­ła już po pol­sku Lud­mi­ła Alek­san­dro­wa Zi­miń­ska.

***

„Chuj ci w dupę!” – Kar­czew­ski po­słał Zi­miń­skiej po­że­gnal­ną wią­zan­kę. „Faj­ną dupę” – przy­znał, od­pro­wa­dza­jąc wzro­kiem tłu­macz­kę.

– By­ła­by z cie­bie wciąż nie­zła la­ska, gdy­by nie ten krzyk­liwy ma­ki­jaż i kask na gło­wie – wy­szep­tał. Lud­mi­ła była nie­co pulch­na, ale w spo­sób, któ­ry Kar­czew­ski uwa­żał za wy­jąt­ko­wo ko­bie­cy. Mia­ła zgrab­ne nogi, cze­go nie ukry­wa­ła, no­sząc spód­nicz­ki przed ko­la­na. „I ten chód…” – Bar­tek przez mo­ment miał ocho­tę wyjść na ko­ry­tarz. „Jak­by uro­dzi­ła się w szpil­kach” – za­śmiał się z wła­sne­go dow­ci­pu. – One tak mają – rzu­cił bez­wied­nie, a jego wy­obraź­nię wy­peł­ni­ły scen­ki, któ­rych na­oglą­dał się w te­le­wi­zji i na stro­nach dla do­ro­słych. „O tak” – ko­men­to­wał w du­chu te pro­jek­cje. „Dla was, Ro­sja­nek, ob­ca­sy to jak­by część cia­ła” – skwi­to­wał. – Ro­sja­nek… – po­wtó­rzył na głos, czu­jąc, jak ucho­dzi z nie­go przy­jem­ne na­pię­cie.

Szef BKW na­pa­wał Bart­ka lę­kiem, spra­wiał bo­wiem wra­że­nie czło­wie­ka tro­chę sza­lo­ne­go, a na pew­no nie­prze­wi­dy­wal­ne­go. Lecz Kar­czew­ski trak­to­wał zwierzch­ni­ka ni­czym guru – i da­rzył cał­ko­wi­tym za­ufa­niem. „Wie le­piej” – wma­wiał so­bie, gdy na­cho­dzi­ły go wąt­pli­wo­ści. Zi­miń­ska, daw­niej Kli­mow, nie raz już na­mie­sza­ła w gło­wie Bart­ko­wi. I wca­le nie cho­dzi­ło o fry­zu­rę à la Ra­isa, przy­wo­łu­ją­cą wsty­dli­we wspo­mnie­nie usłuż­nej roli wo­bec so­wiec­kiej pierw­szej pary. Bar­tek był wte­dy dziec­kiem, a dzie­ci ro­bią róż­ne rze­czy – i ła­two to uspra­wied­li­wić, zwłasz­cza gdy za wszyst­kim sto­ją do­ro­śli.

Kło­pot z Lud­mi­łą po­le­gał na tym, że nie­gdyś była żoną ra­dziec­kie­go woj­sko­we­go – do­wód­cy puł­ku my­śliw­skie­go, któ­ry sta­cjo­no­wał na Ślą­sku. I choć roz­wio­dła się jesz­cze przed upad­kiem ZSRR, a po la­tach wró­ci­ła do Pol­ski jako żona oby­wa­te­la RP – biz­nes­me­na han­dlu­ją­ce­go z Ro­sja­na­mi ropą naf­to­wą – wciąż, tak to czuł Kar­czew­ski, była „nie-na­sza”. Moż­na zmie­nić pasz­port, po­cho­dze­nia już nie – ta sen­ten­cja od­da­wa­ła isto­tę Bart­ko­wych prze­ko­nań. Zi­miń­ska, z jej ob­cym ak­cen­tem, osten­ta­cyj­nie przy­wo­łu­ją­ca ro­syj­skie po­wie­dze­nia, do­brze tę tezę po­twier­dza­ła. A mimo to – mimo tego, że szef oso­bi­ście spo­ty­kał się z każ­dym nowo przy­ję­tym funk­cjo­na­riu­szem i już na wstę­pie mó­wił mu o Ro­sji jako naj­więk­szym za­gro­że­niu dla Rzecz­po­spo­li­tej – Lud­mi­ła Alek­san­dro­wa swo­bod­nie po­ru­sza­ła się w cen­tra­li BKW.

Ja­kiś czas temu Kar­czew­ski pró­bo­wał o tym po­ga­dać z ko­le­gą, z któ­rym naj­czę­ściej peł­nił zmia­ny w ra­mach służ­by dy­żur­nej. „A co cię to ob­cho­dzi? Sta­ry na pew­no wie, co robi, nie są­dzisz?” – kum­pel ob­da­rzył Bart­ka spoj­rze­niem neo­fi­ty, go­to­we­go zde­ma­sko­wać nie­zbyt gor­li­we­go współ­wy­znaw­cę. Za­raz jed­nak zła­god­niał i wy­znał: „Mąż Zi­miń­skiej to przy­ja­ciel sze­fa, zna­ją się jesz­cze z lat osiem­dzie­sią­tych, ra­zem byli w an­ty­ko­mu­ni­stycz­nej opo­zy­cji”. Kar­czew­ski po­ki­wał wów­czas gło­wą i skoń­czył roz­mo­wę. Ale te­mat Lud­mi­ły nie da­wał mu spo­ko­ju. Nie był asem kontr­wy­wia­du, nie­wie­le wie­dział o isto­cie swo­jej pro­fe­sji. Jesz­cze dwa lata temu pra­co­wał w skle­pie z de­wo­cjo­na­lia­mi, a ofi­ce­rem BKW zo­stał po sie­dem­na­sto­dnio­wym kur­sie. Do­brze strze­lał – le­piej niż więk­szość kur­san­tów, któ­rzy do koń­ca szko­le­nia z tru­dem tra­fia­li w tar­czę – dla­te­go od razu awan­so­wa­no go na po­rucz­ni­ka. Jed­nak z tego, że han­del ropą musi ozna­czać kon­tak­ty z ro­syj­ski­mi służ­ba­mi, zda­wał so­bie spra­wę, jesz­cze za­nim za­ło­żył mun­dur. W pra­wi­co­wej pra­sie, któ­rą na­mięt­nie czy­tał, spo­ro się o Ro­sji pi­sa­ło, czę­sto na­zy­wa­jąc ten kraj „sta­cją ben­zy­no­wą z ra­kie­ta­mi ją­dro­wy­mi”. I choć w isto­cie było to po­gar­dli­we okre­śle­nie, traf­nie de­fi­nio­wa­ło naj­waż­niej­sze ro­syj­skie atu­ty. Na­iw­no­ścią by­ło­by za­tem są­dzić, że Fe­de­ral­na Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa „nie sie­dzi w te­ma­cie ropy” – je­śli od niej za­le­ża­ło być albo nie być Mo­skwy. A sko­ro tak…

Bar­tek bał się tego swo­je­go „a sko­ro tak”. Myśl, że szef mógł być na­iw­nym fra­je­rem i trzy­mać z nie­wła­ści­wy­mi ludź­mi – ba, otwie­rać przed nimi bra­my swo­je­go taj­ne­go kró­le­stwa – nie mie­ści­ła mu się w gło­wie. Gdy po raz pierw­szy w niej za­go­ści­ła, Kar­czew­ski szyb­ko uznał, że ma do czy­nie­nia z sy­tu­acją, któ­rą do­brze od­da­je stwier­dze­nie: „po­zo­ry mylą”. Lud­mi­ła była czy­sta, jej mąż do­brze za­bez­pie­czo­ny przed wpły­wa­mi FSB, zaś szef naj­pew­niej pro­wa­dził ja­kąś grę, któ­rej re­guł i ce­lów on, ma­lucz­ki, nie mógł, a może i nie po­wi­nien ro­zu­mieć. „Tak wła­śnie jest!” – prze­ko­ny­wał sam sie­bie Bar­tek. I choć wąt­pli­wo­ści co ja­kiś czas wra­ca­ły, wia­ra w prze­ło­żo­ne­go wy­da­wa­ła się sil­niej­sza.

Kar­czew­ski spoj­rzał na ze­ga­rek – wy­bi­ła 23.00. Po­tarł oczy dłoń­mi.

– Czas się po­ra­to­wać – orzekł i pod­szedł do eks­pre­su. Wi­dok zo­sta­wio­nej przez Zi­miń­ską fi­li­żan­ki znów przy­wo­łał nie­chcia­ne re­flek­sje. – Kur­wa mać! – wy­rzu­cił z sie­bie.

Coś mu tu nie gra­ło. Szef za­trud­nił Lud­mi­łę, by prze­tłu­ma­czy­ła ra­port o roz­wią­za­niu po­przed­nicz­ki BKW. Zli­kwi­do­wa­nej, gdyż obec­ny rząd – do spół­ki z pra­wi­co­wą stro­ną opo­zy­cji – uznał tę in­sty­tu­cję za sko­rum­po­wa­ną i in­wi­gi­lo­wa­ną przez Ro­sjan. Zle­ce­nie dla Zi­miń­skiej samo w so­bie było dziw­ne – bo po co komu ro­syj­skie tłu­ma­cze­nie do­ku­men­tu? Ale nie to zaj­mo­wa­ło te­raz gło­wę Bart­ka. Ra­port z li­kwi­da­cji mie­ścił się w jed­nym se­gre­ga­to­rze, li­czył 350 stron – Kar­czew­ski brał udział w kon­wo­ju, któ­ry ko­pię tego opra­co­wa­nia za­wiózł pre­zy­den­to­wi do jego pa­ła­cu. Ob­szer­ne spra­woz­da­nia, któ­re mia­ła ze sobą Lud­mi­ła, nie sta­no­wi­ły na­wet za­łącz­ni­ków do ra­por­tu. „Po co jej ste­no­gra­my z prze­słu­chań?” – męż­czy­zna prze­łknął gło­śno śli­nę. Do­brze wie­dział, co znaj­du­je się w ta­kich ak­tach. Za­wie­ra­ły za­pi­sy roz­mów z pra­cow­ni­ka­mi Woj­sko­wych Służb Spe­cjal­nych, na pod­sta­wie któ­rych ko­mi­sja we­ry­fi­ka­cyj­na po­dej­mo­wa­ła de­cy­zje o ich zwol­nie­niu, za­wie­sze­niu bądź prze­nie­sie­niu do no­wych struk­tur. Kar­czew­ski był świad­kiem kil­ku ta­kich „we­ry­fi­ka­cji” – jako asy­stent jed­ne­go z człon­ków ko­mi­sji, pro­fe­so­ra hi­sto­rii, u któ­re­go pi­sał ma­gi­ster­kę. Ile on się wów­czas na­słu­chał…

Dzia­ło się to nie do koń­ca le­gal­nie, gdyż do­pie­ro po wszyst­kim zo­stał za­przy­się­żo­ny i zo­bli­go­wa­ny do do­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy. Te­raz jed­nak był ofi­ce­rem no­wych służb, miał urzę­do­we pra­wo do wie­lu z tych se­kre­tów. A Zi­miń­ska, za­trud­nio­na na umo­wę zle­ce­nie, chy­ba właś­nie prze­kro­czy­ła swo­je kom­pe­ten­cje. „Wścib­ski babsz­tyl albo szpieg” – sko­men­to­wał w my­ślach Kar­czew­ski. I wte­dy znów ją zo­ba­czył. Mi­ja­ła wła­śnie jego po­kój, idąc pod rękę z… sze­fem BKW. Roz­ma­wia­li o czymś we­so­łym, obo­je śmia­li się gło­śno i ser­decz­nie. Lud­mi­ła – gdy doj­rza­ła Bart­ka – mach­nę­ła mu ręką, jej to­wa­rzysz na­wet nie spoj­rzał w otwar­te drzwi po­miesz­cze­nia.

– Hmm – chrząk­nął po­rucz­nik i roz­pro­mie­nił się. Ucie­szył go ów wi­dok, gdyż roz­wiał wąt­pli­wo­ści i złe my­śli. – Sta­ry na pew­no wie, co robi – po­wie­dział ci­cho, lecz zde­cy­do­wa­nie. I po­sta­no­wił nie wra­cać do te­ma­tu te­czek, któ­re wzię­ła ze sobą Zi­miń­ska.

***

Kar­czew­ski zro­bił so­bie kawę z mle­kiem – naj­więk­szą, jaką ofe­ro­wał eks­pres – i usiadł przy kom­pu­te­rze. Okien­ko z otwar­tą pocz­tą ścią­gnął na pa­sek i klik­nął iko­nę in­ter­ne­to­wej prze­glą­dar­ki. Jesz­cze rok temu – w tym po­ko­ju i na tym kom­pu­te­rze – nie spo­sób było po­łą­czyć się z „cy­wil­nym” in­ter­ne­tem. Sta­rym, tym z cza­sów WSS, włos sta­wał na gło­wie, gdy do­wie­dzie­li się o no­wych zwy­cza­jach dy­żur­nej służ­by ope­ra­cyj­nej. Ale więk­szość tych lu­dzi już wy­la­no, a tym, któ­rzy zo­sta­li, dano do zro­zu­mie­nia, że są re­lik­ta­mi daw­nej epo­ki. Tak jak re­lik­to­we było ich prze­ko­na­nie, że po­rząd­ny fi­re­wall to nie­wy­star­cza­ją­ce za­bez­pie­cze­nie.

– Pie­przyć „wsio­ków”. – Bar­tek uśmiech­nął się pod no­sem. Miał dość tych prze­mą­drza­łych typ­ków, któ­rym zda­wa­ło się, że po­zja­da­li wszyst­kie ro­zu­my. Na­dal nie mógł po­zbyć się zło­śli­wej sa­tys­fak­cji, gdy na służ­bie sur­fo­wał po sie­ci, a ad­mi­ni­stra­tor – fa­cet ze sta­re­go roz­da­nia – choć wi­dział jego ak­tyw­ność, nie był w sta­nie nic mu zro­bić. No do­bra, za­blo­ko­wał stro­ny por­no, ale to nie przez Kar­czew­skie­go i jego wir­tu­al­ne po­dró­że.

Bar­tek wo­lał Na­szą Kla­sę. Za­gwiz­dał prze­cią­gle, gdy zo­ba­czył zdję­cia za­miesz­czo­ne w ser­wi­sie przez ko­le­gę z kur­su ofi­cer­skie­go.

– Nie­zła eki­pa – stwier­dził, przy­glą­da­jąc się jed­nej z fo­to­gra­fii. Było na niej trzech męż­czyzn, w peł­nym rynsz­tun­ku, z bro­nią w ręku. Za nimi stał ame­ry­kań­ski wóz typu Hu­mvee w pu­styn­nym ka­mu­fla­żu. Gdzieś na ro­bo­cie w Afga­ni­sta­nie… – taki opis wid­niał za­rów­no przy tym, jak i przy dwóch po­zo­sta­łych zdję­ciach, przed­sta­wia­ją­cych tę samą gru­pę w nie­co in­nych uję­ciach.

Kum­ple wy­glą­da­li na żoł­nie­rzy nie tyl­ko dla­te­go, że za ta­kich mie­li ucho­dzić – Bar­tek wy­czuł coś wię­cej niż for­mal­ną przy­kryw­kę. Chłop­cy po­zo­wa­li i uda­wa­li twar­dzie­li, od daw­na wal­czą­cych z ter­ro­ry­zmem w od­le­głym kra­ju.

– Skur­czy­by­ki. – Kar­czew­ski po­czuł na­ra­sta­ją­cą za­zdrość. Wszy­scy, któ­rych wi­dział na ekra­nie, prze­szli to samo szko­le­nie co on. Ba, za­li­czy­li je z gor­szy­mi wy­ni­ka­mi. A mimo to wy­je­cha­li na eg­zo­tycz­ną mi­sję. Co praw­da z ra­por­tów ja­sno wy­ni­ka­ło, że ich ro­bo­ta da­le­ka była od tego, co su­ge­ro­wa­ły zdję­cia – ale przy­naj­mniej mie­li moż­li­wość ich wy­ko­na­nia. Bar­tek, sie­dząc na du­pie w War­sza­wie, mógł o ta­kiej opcji tyl­ko po­ma­rzyć.

– Ehh – wes­tchnął. Wszyst­ko przez nie­zna­jo­mość an­giel­skie­go. Tam­ci też or­ła­mi nie byli, ale przy­naj­mniej po­tra­fi­li się do­ga­dać. W sy­tu­acji, w któ­rej ofi­cjal­nym ję­zy­kiem ope­ru­ją­cych w Afga­ni­sta­nie sił NATO był właś­nie an­giel­ski, ta­kiej umie­jęt­no­ści nie dało się prze­ce­nić. Kar­czew­ski już daw­no obie­cał so­bie, że na­uczy się tego ję­zy­ka. Sam z sie­bie nie miał dość za­par­cia, ale wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej fir­ma wy­śle go na wie­lo­mie­sięcz­ny kurs.

Dźwięk przy­cho­dzą­cej ko­re­spon­den­cji wy­rwał go z roz­my­ślań. Zwi­nął kar­tę prze­glą­dar­ki. In­ter­fejs służ­bo­wej skrzyn­ki pocz­to­wej miał te same funk­cjo­nal­no­ści co nor­mal­na wer­sja. Bar­tek otwo­rzył ma­ila za­ty­tu­ło­wa­ne­go Ra­port z wy­da­rzeń w miej­sco­wo­ści Dhe­ri.

– Ja pier­do­lę… – wy­szep­tał chwi­lę póź­niej. Prze­czy­tał wia­do­mość jesz­cze raz i ko­lej­ny. Klik­nął pa­sek u dołu mo­ni­to­ra. – Co wy­ście zro­bi­li!? – rzu­cił w stro­nę trój­ki dziar­skich chło­pa­ków „gdzieś na ro­bo­cie w Afga­ni­sta­nie”.

Wyj­rzał na ko­ry­tarz – tak jak my­ślał, w po­ko­ju na koń­cu holu wciąż świe­ci­ło się świa­tło. Wró­cił do kom­pu­te­ra i wy­dru­ko­wał ma­ila. Po­pra­wił mun­dur, wziął ra­port z po­daj­ni­ka dru­kar­ki i ru­szył ku drzwiom ga­bi­ne­tu sze­fa. De­li­kat­nie za­pu­kał, czu­jąc, że ser­ce wali mu co­raz moc­niej.

– Pro­szę – usły­szał zza drzwi.

Chwy­cił za klam­kę i wszedł do środ­ka.

– Co tam, Bar­tuś? – Nie­speł­na sześć­dzie­się­cio­let­ni męż­czy­zna z gę­stą siwą bro­dą pa­trzył na nie­go tym swo­im słyn­nym spoj­rze­niem, w któ­rym jed­ni wi­dzie­li życz­li­wość, a inni głę­bo­ką po­gar­dę.

– Chy­ba mamy pro­blem. – Kar­czew­ski nie był w sta­nie po­wie­dzieć nic wię­cej.

– Gdzie? – Star­szy męż­czy­zna odło­żył trzy­ma­ny w dło­ni do­ku­ment.

– W Afga­ni­sta­nie – wy­du­kał po­rucz­nik. Wrę­czył prze­ło­żo­ne­mu ra­port, wcze­śniej upew­niw­szy się, że nie robi tego do góry no­ga­mi.

– Po­waż­ny? – Szef BKW za­sło­nił twarz wy­dru­kiem.

– Tak mi się wy­da­je… – Bar­tek naj­chęt­niej uciekł­by z tego cho­ler­ne­go po­ko­ju. – Bar­dzo po­waż­ny – po­pra­wił się, cho­wa­jąc drżą­ce dło­nie za ple­ca­mi. ■

Dwanaście lat później

Część I

War­sza­wa, re­dak­cja por­ta­lu Fak­ty, 7 paź­dzier­ni­ka

– Pe­tar­da! – Mi­chał Bera nie krył sa­tys­fak­cji, jaką dał mu skoń­czo­ny wła­śnie tekst. Wyj­rzał po­nad mo­ni­tor – tro­je współ­pra­cow­ni­ków po­chy­la­ło się nad kla­wia­tu­ra­mi. Wszy­scy mie­li na uszach słu­chaw­ki, nikt nie za­re­ago­wał na jego en­tu­zja­stycz­ną opi­nię. „Chrza­nić łach­ma­nia­rzy” – Bera po­sta­no­wił nie przej­mo­wać się bra­kiem od­ze­wu. „Pew­nie prze­kle­ja­ją de­pe­sze agen­cyj­ne, mi­strzo­wie Ctrl C-Ctrl V” – nie mógł po­wstrzy­mać się od zło­śli­we­go ko­men­ta­rza. Był na­bu­zo­wa­ny, no­si­ło go – jak za­wsze, gdy wpa­dał w szał pi­sa­nia. Więk­szość tej ener­gii wy­ko­rzy­sty­wał po­zy­tyw­nie, twór­czo, te­raz zma­gał się z jej nad­wyż­ką – jak roz­pę­dzo­ny au­to­bus, któ­re­mu wła­śnie skoń­czy­ła się dro­ga. „Au­to­bus…” – uśmiech­nął się do swo­ich my­śli. Spodo­ba­ło mu się to po­rów­na­nie. „No do­bra, ko­leż­ko, mu­sisz wy­ha­mo­wać” – uznał.

Wstał od biur­ka i wy­szedł z po­ko­ju. Po ko­ry­ta­rzu krę­ci­ło się mnó­stwo lu­dzi, w więk­szo­ści dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­ków, któ­rych Mi­chał na­wet nie znał z imie­nia. W Fak­tach pra­co­wał trzy­na­ście lat, sam wła­śnie prze­kro­czył czter­dziest­kę; w tym to­wa­rzy­stwie czuł się jak dzia­dek, di­no­zaur. Gdy za­trud­niał się w fir­mie, mó­wio­no mu, że jest zwia­stu­nem re­wo­lu­cji – Fak­ty, po­dob­nie jak inne duże por­ta­le, sku­pia­ły się wów­czas na wtór­nym ob­ro­cie in­for­ma­cją. Pu­bli­ko­wa­ły tre­ści po­cho­dzą­ce z tra­dy­cyj­nych me­diów, sa­mo­dziel­nie nie two­rząc wła­ści­wie nic. Bera miał pi­sać, pi­sać i jesz­cze raz pi­sać. I tak było przez kil­ka na­stęp­nych lat. Fak­ty ni­g­dy nie sta­ły się re­dak­cją z praw­dzi­we­go zda­rze­nia – wciąż ba­zo­wa­ły głów­nie na ze­wnętrz­nych źró­dłach – ale do­ro­bi­ły się gru­py nie­złych dzien­ni­ka­rzy, z któ­rych kil­ku zy­ska­ło sta­tus roz­po­zna­wal­nych i wpły­wo­wych. Mi­chał był jed­nym z nich.

Two­rzył dla nie­du­żej gru­py – użyt­kow­ni­cy, któ­rzy mie­li gdzieś am­bit­ne dzien­ni­kar­stwo, za­wsze sta­no­wi­li więk­szość. To z my­ślą o nich pro­fi­lo­wa­no ofer­tę por­ta­lu. In­for­ma­cje z ży­cia gwiazd i gwiaz­de­czek, wszel­kiej ma­ści po­rad­nic­two, tro­chę spor­tu, mo­to­ry­za­cji – wszyst­ko w for­mie pap­ki, nie­wy­ma­ga­ją­cej na­wet śred­nich kom­pe­ten­cji in­te­lek­tu­al­nych. Mi­chał nie za­sta­na­wiał się, co było pierw­sze – przy­sło­wio­we jaj­ko czy kura. Czy to oni „wy­pro­du­ko­wa­li” in­ter­nau­tę kre­ty­na, czy je­dy­nie wy­szli na­prze­ciw jego ocze­ki­wa­niom. To było aka­de­mic­kie roz­wa­ża­nie, tym­cza­sem li­czył się fakt, że na ta­kim od­bior­cy za­ra­biał por­tal. A że za­ra­bia­nie za­wsze sta­no­wi­ło nad­rzęd­ny cel fir­my – i w tym za­kre­sie czy­nio­no wszyst­ko, aby zwięk­szyć efek­tyw­ność – par­cie na wła­sne tre­ści z cza­sem dra­ma­tycz­nie osła­bło. Wła­ści­ciel fir­my – duży nie­miec­ki kon­cern – uznał, że ma gdzieś wzglę­dy wi­ze­run­ko­we, i prze­stał in­te­re­so­wać go udział Fak­tów w pu­blicz­nej de­ba­cie. Ze­spół mógł wy­brać do­wol­ną li­nię re­dak­cyj­ną – byle się sprze­da­ła. Przy mi­ni­mal­nych na­kła­dach. Tak za­czę­ło się pi­sa­nie o spra­wach po­waż­nych – po­li­tycz­nych, spo­łecz­nych, oby­cza­jo­wych – w for­mu­le in­fo­ta­in­men­tu, hy­bry­dy łą­czą­cej roz­ryw­kę z in­for­ma­cją. Po­wierz­chow­nie, sen­sa­cyj­nie, byle jak, byle dużo.

Już przed pię­ciu laty dział han­dlo­wy prze­rósł re­dak­cję – 95 pro­cent przy­cho­dów fir­my po­cho­dzi­ło z re­klam umiesz­cza­nych na stro­nie głów­nej i we­wnątrz pu­bli­ko­wa­nych ma­te­ria­łów. Taki ob­rót spra­wy był za­tem nie­unik­nio­ny, choć – mimo wszyst­ko – nie spo­dzie­wa­no się go w Fak­tach tak szyb­ko. Ko­lej­ny sym­bo­licz­ny mo­ment na­stą­pił rok póź­niej – gdy pod­czas jed­ne­go z pod­su­mo­wań oka­za­ło się, że re­dak­cja ser­wi­sów ko­bie­cych ow­szem, na­dal pi­sze wła­sne tek­sty, ale trzy czwar­te z nich to zle­ce­nia od re­kla­mo­daw­ców. To już na­wet nie no­si­ło zna­mion dzien­ni­kar­stwa. Eki­pa, któ­ra mia­ła za­po­cząt­ko­wać re­wo­lu­cję, za­czę­ła się wy­kru­szać. A miej­sca do­świad­czo­nych dzien­ni­ka­rzy zaj­mo­wa­li „mło­dzi gniew­ni”. Ich luki warsz­ta­to­we po­ra­ża­ły, rosz­cze­nio­wa po­sta­wa – przy jed­no­cze­snym bra­ku am­bi­cji – wpra­wia­ła Mi­cha­ła w zdu­mie­nie i nie­smak. Fru­stru­ją­ca była ko­niecz­ność współ­pra­cy z ta­ki­mi ludź­mi.

„Źle ci, to odejdź” – na­ma­wia­ła Berę żona. To był ku­szą­cy sce­na­riusz, ale Mi­cha­ło­wi bra­ko­wa­ło od­wa­gi. Osta­tecz­nie miał do­brą pen­sję, etat, u sze­fo­stwa wy­tar­go­wał sta­no­wi­sko re­dak­to­ra se­nio­ra, co ozna­cza­ło, że od cza­su do cza­su mógł zro­bić coś wła­sne­go, du­że­go, „wy­cho­dzo­ne­go”, nie oglą­da­jąc się na re­dak­cyj­ną „bie­żącz­kę”. Te re­por­ter­skie wy­pa­dy były jego od­skocz­nią, wen­ty­lem bez­pie­czeń­stwa, sku­tecz­nie po­pra­wia­ły sa­mo­oce­nę. Do cza­su. Czte­ry lata temu, je­sie­nią, Bera był już pe­wien, że to jego ostat­ni rok w Fak­tach – w grud­niu za­mie­rzał zło­żyć wy­po­wie­dze­nie. Tyle że wte­dy świat za­czął sta­wać na gło­wie. Re­zy­gna­cja z bez­piecz­nej po­sa­dy „u Niem­ca” prze­sta­ła być do­brym po­my­słem. Te­raz by­ła­by wręcz fa­tal­nym.

– Je­bań­cy! – Mi­chał za­klął pod no­sem. Znów po­czuł nad­wyż­kę ener­gii – tym ra­zem zło­ści na po­li­ty­ków. Wszedł do ła­zien­ki i sta­nął przed umy­wal­ką. Od­krę­cił zim­ną wodę i ochla­pał nią czo­ło. Raz, dru­gi, trze­ci. Wciąż w nim bu­zo­wa­ło. „Szko­da, że nie mogę wyjść i po­bie­gać” – po­my­ślał. Wie­dział, że go­dzin­ny jog­ging do­brze by mu zro­bił. Dzie­sięć ki­lo­me­trów zwy­kle wy­star­cza­ło, by się wy­ci­szyć. Ale nie miał na to cza­su. Prze­tarł twarz jed­no­ra­zo­wym ręcz­ni­kiem, któ­ry ro­ze­rwał mu się w dło­ni. „Są co­raz gor­szej ja­ko­ści” – za­uwa­żył, wrzu­ca­jąc zmię­ty pa­pier do ko­sza. „Wszyst­ko wo­ko­ło robi się ja­kieś skur­wia­łe” – po­my­ślał po­nu­ro. Wró­cił do po­ko­ju i usiadł przed kom­pu­te­rem.

Po­lo­wa­nie – taki ty­tuł no­sił tekst, któ­ry kil­ka mi­nut wcze­śniej osa­dził w for­mat­ce. Za­łą­czył do nie­go pięć zdjęć i dwa krót­kie fil­my. Te ostat­nie po­zy­skał od in­for­ma­to­ra, co było ewi­dent­ną sła­bo­ścią ma­te­ria­łu. Bio­rąc pod uwa­gę ich za­war­tość, le­piej by­ło­by, gdy­by za­re­je­stro­wał je sam au­tor ar­ty­ku­łu. „Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma” – sko­men­to­wał w my­ślach Bera. Ko­le­dzy z por­ta­lo­wej te­le­wi­zji za­pew­ni­li go, że oba za­pi­sy nie no­si­ły śla­dów mon­ta­żu. „Do­sta­łeś ory­gi­nal­ne pli­ki” – stwier­dził je­den z nich. To Mi­cha­ło­wi wy­star­czy­ło.

Wy­ge­ne­ro­wał link i prze­kle­ił go do za­kład­ki z no­wym ma­ilem. Nim za­czął pi­sać wia­do­mość, zer­k­nął na gra­fik urlo­po­wy. „Szlag!” – skrzy­wił usta. Po­trze­bo­wał ak­cep­ta­cji ar­ty­ku­łu od bez­po­śred­nie­go prze­ło­żo­ne­go, sze­fa dzia­łu re­por­ta­żu. Ten tym­cza­sem prze­dłu­żył nie­obec­ność do koń­ca ty­go­dnia, po­wie­rza­jąc swo­je obo­wiąz­ki „Ża­bie”, kie­row­ni­ko­wi dzia­łu po­li­tycz­ne­go. Bera zaś miał z „Żabą” od lat na pień­ku – nie z po­wo­du wła­sne­go wy­bu­cho­we­go tem­pe­ra­men­tu, ale dla­te­go, że tam­ten czer­pał sa­tys­fak­cję z moż­li­wo­ści za­zna­cze­nia wyż­szej po­zy­cji. Co praw­da zwy­kle wy­cho­dził z tego ża­ło­sny spek­takl – któ­ry tyl­ko uwy­pu­klał kiep­skie za­wo­do­we przy­go­to­wa­nie re­dak­to­ra z wy­łu­pia­sty­mi ocza­mi – lecz i Bera cza­sem prze­gry­wał. Zwłasz­cza gdy w spór an­ga­żo­wa­ła się na­czel­na. To była jed­na z nie­od­gad­nio­nych przez Mi­cha­ła ta­jem­nic re­dak­cji. Re­por­ter nie miał po­ję­cia, z ja­kie­go po­wo­du sze­fo­wa por­ta­lu trzy­ma­ła na wy­so­kim sta­no­wi­sku tak nie­kom­pe­tent­ne­go pra­cow­ni­ka. I dla­cze­go tak czę­sto sta­wa­ła w jego obro­nie, na­ra­ża­jąc na szwank swój au­to­ry­tet.

Bera jesz­cze raz prze­czy­tał tekst. Prze­ana­li­zo­wał go do­kład­nie, aka­pit po aka­pi­cie. „Z tym, co mam, nie je­stem w sta­nie na­pi­sać tego le­piej” – uznał po dłuż­szej chwi­li i wró­cił do nie­skoń­czo­ne­go ma­ila.

(…) Ar­ty­kuł jest – jak wi­dzisz – wła­sny. Szcze­rze mó­wiąc, to naj­moc­niej­sza rzecz, jaką mie­li­śmy w tym roku. Udo­ku­men­to­wa­na, jak tyl­ko się dało. Na jego przy­go­to­wa­nie po­świę­ci­łem wie­le dni. Za go­dzi­nę spo­ty­kam się z na­czel­ną, by usta­lić szcze­gó­ły pro­mo­cji ma­te­ria­łu. Będę na­le­gał na emi­sję ju­tro od rana – za­po­wie­dział na wstę­pie.

Nie mógł li­czyć na ty­tuł Po­lo­wa­nie na stro­nie głów­nej. Był za krót­ki, zbyt ogól­ni­ko­wy, przede wszyst­kim jed­nak za mało dra­stycz­ny. Me­dia – nie tyl­ko elek­tro­nicz­ne – już od lat prze­ści­ga­ły się w kon­stru­owa­niu przy­cią­ga­ją­cych uwa­gę za­ja­wek. Por­ta­le do­szły w tym za­kre­sie do gra­nic ab­sur­du, wy­ko­rzy­stu­jąc okre­śle­nia typu „szok” czy „dra­mat”, całe, czę­sto ob­ra­zo­bur­cze fra­zy, do opi­su naj­ba­nal­niej­szych sy­tu­acji. Co za­ska­ku­ją­ce, to cią­gle dzia­ła­ło. Chciał więc czy nie, Bera nie miał wyj­ścia – i on mu­siał po­je­chać po ban­dzie.

Zbru­ka­ny ho­nor – co tak na­praw­dę robi WP i na­ro­dow­cy?, Ofi­cer Woj­ska Pol­skie­go: Każ­de­go dnia wy­ła­pu­je­my masę bru­da­sów, Pol­scy żoł­nie­rze ni­czym es­es­ma­ni – po­lu­ją na lu­dzi – wy­stu­kał na kla­wia­tu­rze. Za­wa­hał się na mo­ment przy trze­ciej z pro­po­zy­cji. Na­wet wie­dząc to, co wie­dział, jesz­cze kil­ka lat temu nie użył­by ta­kie­go po­rów­na­nia. Po­krę­cił gło­wą, gdy po raz ko­lej­ny zdał so­bie spra­wę, czym sta­ło się dzien­ni­kar­stwo. A po­tem wci­snął ikon­kę „wy­ślij”, za­ło­żył ręce za szy­ję i od­chy­lił się w fo­te­lu. Nie mógł po­bie­gać, po­sta­no­wił więc głę­bo­ko po­od­dy­chać.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej do­stał od­po­wiedź. Aż syk­nął z wście­kło­ści, czu­jąc, jak wy­peł­nia całe jego cia­ło.

Mi­cha­le, obo­je wie­my, że je­steś uprze­dzo­ny do Wojsk Obro­ny Te­ry­to­rial­nej. Do wszyst­kie­go, co stwo­rzy­ła i robi obec­na wła­dza. Wi­dać to tak­że w tym tek­ście. Jest ten­den­cyj­ny i nie na­da­je się do pu­bli­ka­cji w obec­nej for­mu­le – pi­sał kie­row­nik dzia­łu po­li­tycz­ne­go.

– Co za gnój! – krzyk­nął Bera.

Chwi­lę po­tem stał przed wej­ściem do po­ko­ju, w któ­rym pra­co­wał „Żaba”. Szarp­nął klam­kę i bez­ce­re­mo­nial­nie wpa­ro­wał do po­miesz­cze­nia.

– Nie na­da­je się do pu­bli­ka­cji!? – po­wtó­rzył sfor­mu­ło­wa­nie z ma­ila. – Z chu­jem na łby się za­mie­ni­łeś!? – wrzas­nął w stro­nę pulch­ne­go blon­dy­na.

„Żaba” się za­czer­wie­nił i pró­bo­wał coś z sie­bie wy­du­sić, skry­ty za mo­ni­to­rem. Mi­chał po­słał mu spoj­rze­nie peł­ne po­gar­dy. Wie­dział, że tak to wła­śnie bę­dzie wy­glą­dać. Blon­dyn ucho­dził w fir­mie za „moc­ne­go w ma­ilach, sła­be­go w py­sku”; ta opi­nia nie bra­ła się zni­kąd.

– Co ty wiesz o pi­sa­niu tek­stów!? – Bera zni­żył ton, ale wciąż brzmiał gło­śno i nie­przy­jem­nie. – Kie­dy ostat­nio na­pi­sa­łeś coś swo­je­go!? Ja­kiś re­por­taż!? Zwy­kłą, kur­wa, no­tat­kę!? – py­tał re­to­rycz­nie, wie­dział bo­wiem do­brze, że kie­row­nik nie ma w tym ob­sza­rze im­po­nu­ją­cych do­świad­czeń. – Mnie chcesz uczyć!?

– Je­steś nie­obiek­tyw­ny. – Blon­dyn wresz­cie prze­mó­wił.

– Ja!? – Mi­chał po­chy­lił się nad „Żabą”. Ob­na­żył zęby w zło­śli­wym uśmie­chu. – Ja!? – po­wtó­rzył. – Mówi to gość, któ­ry na każ­dym kro­ku robi la­skę Mar­kow­skie­mu. – Bera miał na my­śli sy­tu­acje, kie­dy „Żaba” pro­mo­wał w Fak­tach ma­te­ria­ły sta­wia­ją­ce pre­mie­ra rzą­du RP w ko­rzyst­nym świe­tle. Głów­nie prze­dru­ki z pań­stwo­wych me­diów, ma­ją­ce pro­pa­gan­do­wy cha­rak­ter. – Je­steś w tej re­dak­cji ostat­nią oso­bą, któ­ra może mi po­sta­wić taki za­rzut – wy­sy­czał.

– Na­pi­sa­łeś gnio­ta… – Blon­dyn od­wa­żył się spoj­rzeć Be­rze w oczy.

Tra­fił w czu­ły punkt. Wy­rzut ad­re­na­li­ny spra­wił, że Mi­cha­ło­wi za­szu­mia­ło w uszach. Ob­szedł biur­ko „Żaby” i sta­nął u jego boku. Po­ło­żył rękę na gło­wie re­dak­to­ra i z ca­łej siły wy­rżnął nią o kla­wia­tu­rę. Blon­dyn wrza­snął z bólu.

– Mi­chał! – w po­ko­ju roz­legł się krzyk Agniesz­ki, re­por­ter­ki po­li­tycz­nej. – Prze­stań, bo za­dzwo­nię po ochro­nę! – Głos ko­bie­ty zdra­dzał au­ten­tycz­ne prze­ra­że­nie.

Bera z miej­sca oprzy­tom­niał. Po­czuł się jak ba­lon, z któ­re­go na­gle ucho­dzi po­wie­trze. Nos „Żaby” pęcz­niał i krwa­wił, on sam sie­dział nie­ru­cho­mo, po­zwa­la­jąc, by krew i łzy ka­pa­ły mu na uda. Ten wi­dok wy­wo­łał u Mi­chał żal – doj­mu­ją­cy, nie­zno­śny, prze­mie­sza­ny z wy­rzu­ta­mi su­mie­nia. Po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu blon­dy­na.

– Odejdź – usły­szał ci­chą proś­bę.

Bera nie miał siły się ru­szyć. Usiadł, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o ścia­nę. Prze­łknął gło­śno śli­nę.

– Prze­gią­łem… – wy­szep­tał.

Kra­ków, 8 paź­dzier­ni­ka

– Je­steś na miej­scu – oznaj­mił dam­ski głos wy­do­by­wa­ją­cy się z gło­śni­ka. Na co dzień, zwłasz­cza do jaz­dy po mie­ście, Ju­sty­na Ko­niecz­na nie po­trze­bo­wa­ła GPS-u. Dziś jed­nak był jej nie­zbęd­ny – roz­ko­ja­rzo­na, z pę­ka­ją­cą gło­wą i obo­la­łym brzu­chem, bez prze­wod­ni­ka nie za­je­cha­ła­by da­le­ko. „To nie było zbyt mą­dre…” – stwier­dzi­ła, wy­cią­ga­jąc klu­czyk ze sta­cyj­ki. „Znów sia­dłam za kół­ko w ta­kim sta­nie” – my­śla­ła o so­bie z przy­ga­ną. Nie dla­te­go, że było jej wstyd. Zwy­czaj­nie bała się kon­se­kwen­cji. Tych za­wo­do­wych – gdy­by przy­pad­kiem tra­fi­ła na ja­kie­goś służ­bi­stę.

Za­mknę­ła auto, ale wy­pro­sto­wa­na po­zy­cja nie była tym, cze­go w tej chwi­li po­trze­bo­wa­ło cia­ło Ko­niecz­nej. Po­ło­ży­ła rękę na drzwiach sa­mo­cho­du i opar­ła o nią czo­ło. Wzię­ła kil­ka głę­bo­kich od­de­chów – o tej po­rze roku kra­kow­skie po­wie­trze nie było jesz­cze tak bar­dzo ska­żo­ne smo­giem. Mimo to nie po­czu­ła się le­piej.

– Uuu-ła – usły­sza­ła mę­ski głos. Wie­dzia­ła czyj. – Pa­nien­ka ma kaca czy okres? – Wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny sza­tyn po czter­dzie­st­ce sta­nął za ple­ca­mi Ju­sty­ny. Ko­niecz­na ob­ró­ci­ła się gwał­tow­nie, nie zwa­ża­jąc na wa­lą­ce w czasz­kę mło­ty. Mu­sia­ła za­drzeć gło­wę, by spoj­rzeć mu w twarz.

– Chuj ci do tego! – od­pa­ro­wa­ła i choć bar­dzo chcia­ła, nic wię­cej do­dać nie mo­gła. Tre­ści, któ­re po­de­szły jej do gar­dła, nie za­mie­rza­ły dłu­żej cze­kać. Ju­sty­na po­bie­gła na po­bli­ski traw­nik i zwy­mio­to­wa­ła.

Sta­ła przez chwi­lę skrzy­wio­na, z ni­sko po­chy­lo­ną gło­wą.

– Masz chu­s­tecz­ki? – spy­ta­ła.

Sza­tyn wy­jął z kie­sze­ni kurt­ki pacz­kę jed­no­ra­zó­wek.

– Dzię­ku­ję. – Ko­niecz­na wy­tar­ła do­kład­nie usta. – Nie wi­dzia­łeś tego – po­wie­dzia­ła, sta­ra­jąc się, by jej sło­wa za­brzmia­ły do­bit­nie. Męż­czy­zna po­ki­wał gło­wą i uśmiech­nął się sze­ro­ko. Zbyt sze­ro­ko – Ju­sty­na po­czu­ła, że wra­ca jej złość. Zbli­ży­ła się do sza­ty­na na od­le­głość kro­ku i wbi­ła mu pa­lec w brzuch. – Nie na­zy­waj mnie pa­nien­ką – to był ra­czej roz­kaz, nie proś­ba. – Do­brze, kur­wa, wiesz, że nią nie je­stem, praw­da? – Nie ocze­ki­wa­ła od­po­wie­dzi, bo ta była oczy­wi­sta. „Je­stem pier­do­lo­ną roz­wód­ką” – do­da­ła w my­ślach. „Po­dwój­ną, trzy­dzie­sto­sied­mio­let­nią roz­wód­ką”.

Lecz to nie przy­tyk do­ty­czą­cy sta­tu­su ma­try­mo­nial­ne­go tak ją zde­ner­wo­wał. Ko­niecz­na mia­ła dość mi­zo­gi­nii, z któ­rą czę­sto sty­ka­ła się w pra­cy. I tak mo­gła mó­wić o szczę­ściu – jesz­cze nie­daw­no ar­mia dys­po­no­wa­ła wła­sną pro­ku­ra­tu­rą, któ­rej pra­cow­ni­cy funk­cjo­no­wa­li w tym sa­mym śro­do­wi­sku co resz­ta ka­dry. Oby­cza­jo­wość „tre­pów” była oby­cza­jo­wo­ścią pro­ku­ra­to­rów, ze wszyst­ki­mi tego kon­se­kwen­cja­mi. Re­for­ma sprzed kil­ku lat zli­kwi­do­wa­ła od­ręb­ne, woj­sko­we struk­tu­ry – od tej pory śled­czy w mun­du­rach zaj­mo­wa­li się rów­nież spra­wa­mi cy­wil­ny­mi. A wła­ści­wie przede wszyst­kim nimi, bo do­cho­dzeń do­ty­czą­cych kwe­stii czy­sto woj­sko­wych wca­le nie było dużo. Ko­niecz­na mia­ła więc je­dy­nie spo­ra­dycz­ny kon­takt z ko­sza­ro­wą rze­czy­wi­sto­ścią. To, cze­go wów­czas do­świad­cza­ła, uzu­peł­nia­ły re­la­cje ko­le­ża­nek, któ­re słu­ży­ły w jed­nost­kach. Po dwóch de­ka­dach otwar­cia na ko­bie­ty na­stał dla nich w ar­mii zły czas. Wie­lu ge­ne­ra­łów gło­śno już mó­wi­ło, że pora za­koń­czyć „nie­uda­ny eks­pe­ry­ment z czę­ścio­wą fe­mi­ni­za­cją sił zbroj­nych”. „Miej­scem ko­bie­ty nie jest po­li­gon czy pole bi­twy, tyl­ko dom” – prze­ko­ny­wa­li. To nie była jesz­cze for­mal­na po­li­ty­ka ka­dro­wa, ale taki stan rze­czy wprost wy­ni­kał z kli­ma­tu po­li­tycz­ne­go, jaki pa­no­wał w kra­ju. Rzą­dzą­ca pra­wi­ca, moc­no zwią­za­na z Ko­ścio­łem, w eman­cy­pa­cji do­pa­try­wa­ła się za­gro­że­nia. Pol­ska mia­ła stać się wzo­rem „tra­dy­cyj­nych war­to­ści” – jed­ną z pierw­szych ofiar tego pro­jek­tu pa­dły wła­śnie ko­bie­ty.

W ar­mii na­si­le­nie mi­zo­gi­nii przy­bra­ło wy­miar spek­ta­ku­lar­ny, lecz zja­wi­sko do­ty­czy­ło wszyst­kich in­sty­tu­cji pu­blicz­nych, tak­że wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści. Co gor­sza, ule­ga­li mu na­wet męż­czyź­ni, któ­rych trud­no było po­są­dzać o nie­na­wiść do ko­biet. Jak sza­tyn, któ­ry stał przed Ju­sty­ną.

Ko­niecz­na wes­tchnę­ła. „Nie mam sił na sprzecz­ki” – uzna­ła, wciąż nie czu­jąc się naj­le­piej. Zresz­tą lu­bi­ła tego żan­dar­ma, na­wet bar­dzo.

– Mam kaca i za chwi­lę będę mia­ła okres – po­wie­dzia­ła. „Niech wie, sko­ro bę­dzie­my ra­zem pra­co­wać” – uspra­wie­dli­wi­ła w my­ślach swo­ją od­po­wiedź na nie­sto­sow­ne py­ta­nie. – I nie po­win­no mnie tu w ogó­le być. Po­pi­ły­śmy wczo­raj z są­siad­ką, zgło­si­łam urlop na żą­da­nie, ale mój prze­ło­żo­ny uznał, że le­piej zor­ga­ni­zu­je mi dzień.

Żan­darm uśmiech­nął się.

– Dam ci coś – za­po­wie­dział. Otwo­rzył sto­ją­ce nie­opo­dal auto i chwi­lę póź­niej wrę­czył jej ter­mos. – Kawa z colą, po­sta­wi cię na nogi – za­pew­nił.

– Albo po­sa­dzi na ki­blu. – Ko­niecz­na wzię­ła spo­ry łyk. Sma­ko­wa­ło obrzy­dli­wie, ale Ju­sty­na mia­ła już oka­zję po­znać po­bu­dza­ją­ce wła­ści­wo­ści tej mie­szan­ki. – Do­bra, do ro­bo­ty – rze­kła z uda­wa­nym en­tu­zja­zmem.

Przed do­mem, któ­ry był ich ce­lem, sta­ło kil­ka sa­mo­cho­dów Żan­dar­me­rii Woj­sko­wej. Wej­ścia do czte­ro­pię­tro­wej ka­mie­ni­cy ze świe­żo wy­re­mon­to­wa­ną fa­sa­dą pil­no­wał funk­cjo­na­riusz w po­lo­wym mun­du­rze.

– Wi­tam. – Skło­nił gło­wę przed Ko­niecz­ną. Ich oczy na mo­ment się spo­tka­ły. „Wi­dział, jak rzy­ga­łam…” – pro­ku­ra­tor po­czu­ła lek­kie za­że­no­wa­nie. „Oby my­ślał, że je­stem w cią­ży” – przy­szło jej do gło­wy.

– Co tu mamy? – spy­ta­ła sza­ty­na, gdy byli już na klat­ce scho­do­wej.

– Puł­kow­nik Ry­szard Szczę­sny z Za­rzą­du Bez­pie­czeń­stwa In­for­ma­cji Nie­jaw­nych Biu­ra Kontr­wy­wia­du Woj­sko­we­go, trzy­dzie­ści sie­dem lat, w służ­bie od dwu­na­stu – wy­re­cy­to­wał z pa­mię­ci ofi­cer żan­dar­me­rii.

– Szyb­ko się u tych „be­ka­wi­ków” awan­su­je… – za­uwa­ży­ła zło­śli­wie Ju­sty­na. Mia­ła taki sam staż, nie­złe wy­ni­ki i sto­pień ka­pi­ta­na.

– Co mam ci po­wie­dzieć? – Idą­cy obok męż­czy­zna po­słał jej po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie. – Gość za­wie­sił sznur na haku od ży­ran­do­la, dyn­da mak­sy­mal­nie pięć go­dzin. Cud, że jesz­cze nie spadł, bo do ma­łych nie na­le­ży. – Żan­darm za­re­cho­tał. – Zna­la­zła go żona, ale nie miesz­ka­li ra­zem. Przy­szła w od­wie­dzi­ny. Szczę­sny wró­cił z dwu­mie­sięcz­nej de­le­ga­cji, byli umó­wie­ni na po­ran­ną kawę. Miesz­ka­nie po wstęp­nych oglę­dzi­nach czy­ste, bez śla­dów wła­mu, wal­ki, czy­jej­kol­wiek obec­no­ści poza sa­mym wła­ści­cie­lem. Nikt z są­sia­dów nic nie wi­dział, nie sły­szał. To samo w oko­licz­nych cha­łu­pach.

– Sa­mo­bój – ra­czej stwier­dzi­ła, niż spy­ta­ła Ko­niecz­na.

– No na to wy­cho­dzi, tyl­ko… – Męż­czy­zna za­wa­hał się.

– Tyl­ko co? – Ju­sty­na po raz pierw­szy tego dnia była czymś za­cie­ka­wio­na.

– Po co uma­wiał się z ko­bi­tą, sko­ro za­mie­rzał się po­wie­sić? – Ofi­cer zmarsz­czył czo­ło.

– Eee… – Ju­sty­na nie kry­ła roz­cza­ro­wa­nia. „De­tek­tyw z cie­bie, jak z ko­ziej dupy trą­ba” – orze­kła w gło­wie. – To pro­ste – po­wie­dzia­ła na głos. – Sko­ro nie byli ra­zem, to do­brze mię­dzy nimi się nie ukła­da­ło. Więc pan puł­kow­nik po­sta­no­wił na ko­niec zro­bić żo­nie wred­ny żart. Wi­dok wi­szą­ce­go tru­chła bę­dzie dziew­czy­nę prze­śla­do­wał już za­wsze. Wy­my­ślił­byś lep­szą ze­mstę?

– Je­steś szur­nię­ta… – pod­su­mo­wał żan­darm. Szcze­rzą­ca zęby Ju­sty­na po­ka­za­ła mu środ­ko­wy pa­lec.

We­szli do miesz­ka­nia na ostat­nim pię­trze. W lo­ka­lu wciąż pra­co­wa­ła eki­pa kry­mi­na­li­stycz­na. „Za­pew­ne do­sta­li pri­kaz, żeby zba­dać każ­de po­miesz­cze­nie cen­ty­metr po cen­ty­me­trze” – do­my­śla­ła się Ko­niecz­na. Tak na­praw­dę do­pie­ro te­raz do­tar­ło do niej, że Szczę­sny był nie lada szy­chą.

– Kur­wa… – wy­szep­ta­ła. W wy­obraź­ni wi­dzia­ła już inne szy­chy, mie­sza­ją­ce się do śledz­twa. „Obyś na­praw­dę się po­wie­sił” – Ju­sty­na pa­trzy­ła na wi­szą­ce w sa­lo­nie cia­ło bez śla­du współ­czu­cia. Je­śli je mia­ła, to wy­łącz­nie dla sie­bie.

Od­wró­ci­ła wzrok od tru­pa – jej uwa­gę przy­cią­gnął sto­ją­cy na ko­mo­dzie te­le­wi­zor.

– Czy jak we­szli­ście, był włą­czo­ny? – spy­ta­ła jed­ne­go z męż­czyzn w bia­łym kom­bi­ne­zo­nie.

– Tak – od­parł tam­ten. – Ści­szy­li­śmy go tyl­ko, bo nam prze­szka­dzał.

– Zmie­nia­li­ście ka­nał? – do­py­ty­wa­ła pro­ku­ra­tor.

Męż­czy­zna po­krę­cił gło­wą.

Wła­ści­wie to nie było istot­ne, a zwy­czaj­nie cie­ka­we. Wła­dze od kil­ku lat uzna­wa­ły dużą część pry­wat­nych me­diów, głów­nie sta­cje te­le­wi­zyj­ne, za an­ty­pol­skie. I szko­dli­we dla in­te­re­sów Rzecz­po­spo­li­tej. By zy­skać taką łat­kę, wy­star­czy­ło dać głos po­li­ty­kom opo­zy­cji i kry­ty­kom po­czy­nań par­tii wła­dzy. Rząd nie po­prze­stał na pa­trio­tycz­nej re­to­ry­ce. Uży­wa­jąc roz­ma­itych wy­bie­gów praw­nych, prze­jął spo­rą gru­pę mniej­szych pod­mio­tów bądź do­pro­wa­dził do ich za­mknię­cia. Te więk­sze nę­kał ka­ra­mi i groź­bą przy­mu­so­wej na­cjo­na­li­za­cji. Pew­nie i one wkrót­ce by upa­dły, gdy­by nie fakt, że stał za nimi za­gra­nicz­ny ka­pi­tał, wspie­ra­ny przez rzą­dy USA i Nie­miec. Za­wod­ni­ków z in­nej ligi, z któ­ry­mi War­sza­wa – choć ha­ła­śli­wa – nie chcia­ła wcho­dzić w ostry kon­flikt.

Co nie sta­ło na prze­szko­dzie, by oso­bom na pań­stwo­wych po­sa­dach za­su­ge­ro­wać igno­ro­wa­nie nie­wła­ści­wych me­diów. W in­sty­tu­cjach mun­du­ro­wych ta su­ge­stia przy­bra­ła for­mę ofi­cjal­nych roz­po­rzą­dzeń, w myśl któ­rych w służ­bo­wych od­bior­ni­kach mo­gła być nada­wa­na je­dy­nie te­le­wi­zja pu­blicz­na (to samo do­ty­czy­ło roz­gło­śni i apa­ra­tów ra­dio­wych). I choć ża­den z sze­fów re­sor­tów nie po­su­nął się tak da­le­ko, by na­ka­zać pod­wład­nym cał­ko­wi­ty boj­kot, było ja­sne, że ta­kiej po­sta­wy ocze­ki­wa­no. Tym­cza­sem Ko­niecz­na…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Podziękowania

Ta książ­ka po­wsta­ła w eks­pre­so­wym tem­pie (za­le­d­wie czte­rech ty­go­dni), ale doj­rze­wa­ła we mnie przez wie­le mie­się­cy. Dwa wy­da­rze­nia spra­wi­ły, że po­sta­no­wi­łem zmie­rzyć się z te­ma­tem. Pierw­szym była pre­mie­ra In­wa­zji Woj­cie­cha Mi­ło­szew­skie­go – to wte­dy uzna­łem, że czas na wła­sną wer­sję pol­sko-ro­syj­skie­go kon­flik­tu. Dru­gim – roz­mo­wa z Mar­ci­nem Dą­bro­wą, daw­nym współ­pra­cow­ni­kiem, fa­nem li­te­ra­tu­ry po­li­ti­cal fic­tion, któ­ry opi­sał, jak wi­dzi In­wa­zję w wy­da­niu Ogdow­skie­go. Osta­tecz­nie owa wi­zja ule­gła głę­bo­kim mo­dy­fi­ka­cjom, nie­mniej na­le­żą się Mar­ci­no­wi po­dzię­ko­wa­nia. Ko­le­dze po pió­rze rów­nież.

In­nym au­to­rem, któ­re­go trze­ba wspo­mnieć, jest Ju­liusz Ćwie­luch, dzien­ni­karz „Po­li­ty­ki”. Jego wy­wiad z by­łym in­spek­to­rem sił po­wietrz­nych, ge­ne­ra­łem To­ma­szem Drew­nia­kiem – opu­bli­ko­wa­ny w książ­ce Ge­ne­ra­ło­wie. Nie­wy­god­na praw­da o pol­skiej ar­mii – za­in­spi­ro­wał mnie do na­pi­sa­nia epi­zo­du gry szta­bo­wej. Jej prze­bieg to po­kło­sie roz­mo­wy, jaką od­by­łem z ge­ne­ra­łem Wal­de­ma­rem Skrzyp­cza­kiem – to od daw­ne­go do­wód­cy wojsk lą­do­wych do­wie­dzia­łem się, jak mo­gło­by wy­glą­dać pol­sko-ro­syj­skie star­cie. Rzecz ja­sna do­da­łem tam i „sie­bie”, za­tem wszel­kie nie­do­sko­na­ło­ści fa­bu­lar­ne epi­zo­du ob­cią­ża­ją wy­łącz­nie moje kon­to. Tak czy ina­czej, oby­dwu Pa­nom Ge­ne­ra­łom i Panu Re­dak­to­ro­wi skła­dam wy­ra­zy po­dzię­ko­wa­nia.

Na osta­tecz­ny kształt tej książ­ki wpływ mie­li moi pre­re­cen­zen­ci. Dzię­ku­ję Ali­cji Bart­nic­kiej za spoj­rze­nie zza Odry, Ju­sty­nie Gro­chal za osa­dze­nie mnie na grun­cie ję­zy­ko­wej pryn­cy­pial­no­ści. Ar­tu­ro­wi Ku­ra­siń­skie­mu za re­flek­sje czło­wie­ka no­wych me­diów, Rad­ko­wi Sa­wic­kie­mu za opi­nię w imie­niu śro­do­wi­ska mo­ich sta­łych Czy­tel­ni­ków. Po­dzię­ko­wa­nia prze­ka­zu­ję na ręce To­ma­sza Sy­gu­ta, za jego uwa­gi do­ty­czą­ce me­dial­nych i po­li­tycz­nych wąt­ków fa­bu­lar­nych. Wiel­kie dzię­ki tym, któ­rzy po­sta­no­wi­li po­zo­stać ano­ni­mo­wi – a wspar­li mnie swo­ją fa­cho­wą wie­dzą w kwe­stiach woj­sko­wych i praw­nych.

Po­nie­waż pi­szę książ­ki, krad­nąc czas naj­bliż­szym, dzię­ku­ję Ani i Mag­dzie za cier­pli­wość i wy­ro­zu­mia­łość. Moje Dro­gie Pa­nie, wciąż wie­rzę, że kie­dyś za­cznę żyć wy­łącz­nie z pi­sa­nia – wów­czas bę­dzie mnie dla Was znacz­nie wię­cej.

Marcin Ogdowski