Nie ma mnie - Małgorzata Sobieszczańska - ebook
NOWOŚĆ

Nie ma mnie ebook

Małgorzata Sobieszczańska

0,0

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Nad brzegiem stawu w parku w centrum Warszawy przypadkowy wędkarz znajduje zwłoki kobiety bez głowy i z wyciętymi opuszkami palców. Nie wiadomo, kim jest denatka ani jak się tu znalazła. Poprzedniej nocy w parku było sporo osób – to niemożliwe, by nikt niczego nie widział ani nie słyszał.

 

Prowadzący śledztwo znajdują informacje o trzech młodych kobietach, które w ciągu ostatnich dni wyszły z domów i zniknęły. Dlaczego to zrobiły? Czy były to ich decyzje, czy też padły ofiarą przemocy? Trop za tropem śledczy odkrywają historie ucieczek, przemocy i skrywanych dramatów. Gdy kolejne hipotezy okazują się fałszywe, sprawa zaczyna prowadzić w przeszłość…

 

„Nie ma mnie” to poruszający thriller o tożsamości, którą można utracić, i o prawdzie, której nie da się na zawsze ukryć. Mroczna, intensywna i pełna napięcia historia, w której każdy szczegół ma znaczenie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 411

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN 978-83-68817-08-9

To takie łatwe. Pstryk. Nie ma mnie. Zniknęłam.

*

Nie widziała go… trzy lata? Więcej. Będzie co najmniej cztery. Niewiele się zmienił. Ta sama pustka w oczach. Pozornie ujmująco nieśmiały. Jakby go nie było. Może właśnie tego chciał — pozostać niezauważonym?

Naraz poczuła znajomy ból, jakby uderzył ją w brzuch. Skuliła się. To tylko zdjęcie, nie może jej już dosięgnąć. Zrobiło jej się niedobrze. Cały obiad podszedł jej do gardła. Pobiegła do łazienki. Zdążyła. Zwymiotowała wszystko. Leciało z niej samo, całe pełne upokorzeń i przemocy życie. Z facetem, którego zdjęcie pojawiło się przypadkowo na jej Facebooku.

*

Płonęła Syberia i płonął amazoński las deszczowy. Topiła się Grenlandia. Na całym świecie fale upałów i susze krzyżowały się z powodziami i uderzeniami mrozu. Temperatura ziemi w ciągu ostatnich trzech stuleci podniosła się o półtora stopnia, a lipiec tego roku był najcieplejszy w historii pomiarów, czyli od ponad stu czterdziestu lat. Naukowcy z całego świata pisali alarmujące raporty, z których wynikało, że zostało nam co najwyżej kilkadziesiąt lat — trzydzieści, może czterdzieści — potem ziemia przestanie istnieć. A przynajmniej życie na niej takich organizmów jak Homo sapiens. Tymczasem w Nieporęcie najważniejsza była Pigoniowa, która staranowała w nocy drzwi zakładu fryzjerskiego, umyła sobie włosy, zaparzyła kawę, po czym beztrosko zasnęła na fotelu, gdzie rano zastała ją zdumiona fryzjerka, Ewa. Natychmiast zadzwoniła do właścicielki, a dopiero potem powiadomiła o zajściu policję. I teraz świeżo obudzoną Pigoniową zajmowali się Magda i Mariusz — dzielnicowi, funkcjonariusze miejscowej komendy — oraz zbudzona przedwcześnie, nieco skacowana właścicielka zakładu.

— Ile?

— Ponad trzy promile. — Mariusz odłożył alkomat.

Pigoniowa powoli dochodziła do siebie, rozglądała się zdumiona, jakby sama potrzebowała odpowiedzi na pytanie, co ona tutaj robi.

— W taki upał? Dziw, że jej szlag nie trafił w tym słońcu. — Magda się skrzywiła.

— Co robimy? — Mariusz, chociaż starszy stopniem, zerknął niepewnie na koleżankę.

Wzruszyła ramionami.

— Pigoniową na posterunek. Niech wytrzeźwieje. Właścicielkę i fryzjerkę wezwiemy na przesłuchanie. Niech Mucha i Janicki się nimi zajmą.

Mariusz uśmiechnął się do siebie z satysfakcją. Chętnie odda Pigoniową innym, nie miał ochoty babrać się w jej sprawie. Za każdym razem, kiedy zdarzało mu się spisywać jej zeznania, miał wrażenie, że sam jest po kilku głębszych, i to mocno mocnych.

— Idziemy! — Złapał Pigoniową pod ramię.

— Co jest?! — Pigoniowa usiłowała odzyskać pion.

— Kradzież z włamaniem — wyjaśniła jej Magda. — Dziesięć lat więzienia — uzupełniła z niezrozumiałym zadowoleniem.

— Co?! — Pigoniowa nieco wytrzeźwiała. — Jaja sobie robicie?

— Nie gadać. Wychodzimy — zadysponował Mariusz i zdecydowanie ruszył z chwiejącą się kobietą do wyjścia.

Pigoniowa dała się wyprowadzić, już nie protestowała. Z bogatego doświadczenia wiedziała, że lepiej wyjdzie na całej sprawie, kiedy podporządkuje się funkcjonariuszom. Bywała u nich regularnie, w krótkich przerwach między odsiadkami. Kodeks karny znała niemal na pamięć — gdyby nie życiorys, mogłaby być adwokatką albo prokuratorką.

Magda przyglądała się jej z niechęcią. Nie chodziło przy tym o samą Pigoniową, której pijacka fantazja ją bawiła, ale o zakres spraw, jakimi zajmowała się przez ostatnie miesiące. Tydzień wcześniej syn Pigoniowej, zwany powszechnie młodym Pigoniem, który najwidoczniej wyobraźnię odziedziczył po matce, wparował na stację benzynową i upierał się, że musi zapłacić za paliwo. Przydreptał tam piechotą, nigdy nie dorobił się prawa jazdy ani tym bardziej samochodu. Co mu strzeliło do głowy, żeby płacić za benzynę, której nie tankował i poza wszystkim kompletnie do niczego nie potrzebował, nie wiedział nikt. Również sam młody Pigoń, który po wytrzeźwieniu ze zdumieniem wysłuchał opowieści o swojej brawurowej wyprawie na stację.

„Przynajmniej na dziś koniec”, pomyślała Magda z ulgą, odstawiwszy Pigoniową do komendy. Całą noc rozważała, jak spędzi wolny dzień, wahając się między wyprawą do Warszawy a wyjściem nad zalew. Ale gdy dotarła do domu, jedyne, na co miała ochotę, to leżenie na sofie w towarzystwie dwóch kotek, Safony i Persefony. I kiedy zastanawiała się, głaszcząc mechanicznie zwierzaki, co takiego zrobiła albo co zaniechała, że znalazła się w takim miejscu życia, zadzwonił jej telefon.

*

— Nie wiem… Już nic nie wiem…

Miała rozbiegany wzrok i ledwo trzymała się na nogach. Według dokumentów dopiero skończyła pięćdziesiąt lat, ale wyglądała na znacznie więcej, co najmniej siedemdziesiąt. Siwe włosy, brak jakiegokolwiek makijażu, paznokcie, z których schodził lakier, i luźny, wytarty dres tylko potęgowały to wrażenie. Na twarzy miała czerwone wypieki, dłonie jej drżały.

Policjant podał jej kubek z wodą.

— Niech pani to wypije.

Piła szybko, jakby za nieposłuchanie groziła jej śmierć. Oddała mu kubek. Oddychała szybko i płytko. Policjant otarł pot z czoła. Gorąco stawało się nie do wytrzymania. Na Boga, mieszka przecież w Stegnie, nad Zatoką Gdańską, nie nad Morzem Śródziemnym! Znowu napełnił kubek wodą.

— Teraz wolniej.

Potulnie niespiesznie wypiła podany płyn.

— Niech pani kilka razy głęboko i wolno nabierze powietrza.

Kobieta posłuchała i po chwili nieco się uspokoiła. W każdym razie dłonie przestały jej tak strasznie drżeć i nie rzucała już wokół siebie spojrzeń przerażonej sarny.

Wskazał jej krzesło.

— Chce pani jeszcze wody?

Pokręciła przecząco głową.

— Albo tak — zmieniła zdanie.

Nalał i jej podał. Trzymała naczynie w dłoniach jak koło ratunkowe.

— Teraz niech mi pani opowie po kolei, co się wydarzyło.

Za oknem widać było las i drogę nad morze. Pogoda sprawiła, że już od wczesnych godzin porannych na plaży nie można było znaleźć ani skrawka wolnego miejsca. Usłyszał okrzyki jakichś nastolatków, idących o tej porze na plażę, poczuł aromat grillowanych w pobliskich domach i barach ryb oraz mięs.

— Wakacje — westchnął policjant sam do siebie, zamykając okno. — Najpodlejszy czas w roku.

*

Najgorsze są dobre dni. Miała wtedy wrażenie, że nagle na jej piersi spada wielkie, czarne ptaszysko, robi jej się coraz ciężej, nie może złapać oddechu, a ptaszysko wyszarpuje jej serce i wątrobę. Bolało. Zawsze. Dlatego wolała unikać radości. Nie chciała, żeby jej się udało. Cokolwiek. A jeśli już, to nie mogła o tym opowiedzieć. Nigdy i nikomu. Czasami o tym zapominała. Tak było, kiedy dostała się na studia, i tak było, gdy spotkała… Nie. Nie teraz. Jeszcze nie. Nie będzie o nim myśleć. Ani o niej. Nie może. Nie pozwala sobie na to. Zamknęła oczy. Kiedyś to wszystko przecież się skończy. Kiedyś przestanie tak strasznie boleć.

*

Dłonie kobiety, wsparte o kubek z wodą, przestały drżeć, za to drżały teraz jej wargi.

— Wczoraj… Trochę się pokłóciłyśmy. — Otarła łzy, wylewając nieco wody na podłogę. Natychmiast zerwała się z miejsca. — Przepraszam! Zaraz…

Machnął uspokajająco ręką.

— Nic się nie stało. To tylko woda.

Usiadła. Znowu zapadła się w sobie.

— Inga umówiła się z jakimiś ludźmi, których tutaj poznała. Denerwowałam się… Wie pan, tyle rzeczy się słyszy… Nie chciałam, żeby z nimi szła…

Odetchnęła, żeby powstrzymać czający się szloch.

— Gdzie ich poznała?

— Na plaży. Grali w siatkówkę. Siedziałyśmy niedaleko. Zaprosili ją do jakiejś kawiarni czy baru. Nie chciałam, żeby z nimi szła… — powtórzyła. — Mamy tu wynajęte dwa pokoje w pensjonacie. Rano Ingi nie było… Musiała wyjść w nocy. Przez okno. Nie spała w łóżku, jest nietknięte.

Policjant zerknął na zegarek, minęła właśnie czternasta. Dziewczyna mogła bawić się w nocy, może gdzieś zasnęła i zaraz pewnie się odnajdzie.

— Na pewno pani do niej dzwoniła.

— Zostawiła komórkę w pokoju.

— Może już wróciła do pensjonatu?

Kobieta pokręciła przecząco głową.

— Poprosiłam właścicielkę, żeby dała mi znać, gdyby Inga się pojawiła.

Siedziała bezradna, wpatrzona w podłogę. Policjantowi zrobiło się jej żal.

— Ma pani zdjęcia córki?

Skinęła i podała mu swój telefon.

— Ile lat ma pani córka? — Uniósł zdumiony brwi na widok ładnej kobiety, na pewno nie nastolatki, czego spodziewał się po rozmowie.

— Dwadzieścia cztery.

I spędzała wakacje z mamą? Policjant się zdziwił, ale swoje zdziwienie zachował dla siebie. Wyciągnął formularz. „Osoba zaginiona kategorii II…”

*

Impreza rodzinna zaczęła się zwyczajnie, aż nagle konwersacja zachwiała się niebezpiecznie i skręciła w stronę katastrofy.

— Ale jak to?… — Mama Magdy, Beata, rozglądała się bezradnie, patrząc na pozostałe osoby siedzące przy stole, jakby ktoś z nich miał czarodziejską różdżkę, mogącą wymazać z rzeczywistości słowa, które przed chwilą padły.

— Właśnie, właśnie… — mruczał ojciec Magdy, pochrząkując niepewnie.

— I tak już na zawsze? Na zawsze? Zawsze? — Ciocia brzmiała jak płyta, która się zacięła.

Jedynie wujek Waldek, brat mamy Magdy, kontynuował niezrażony konsumowanie sałatki śledziowej, wyjątkowo jego zdaniem udanej, przepijając ją kolejnymi setkami, które znikały niezauważone przez zajętą świeżą plotką żonę.

— Co zrobiłam źle?! — zawołała nieoczekiwanie z rozpaczą mama Magdy w stronę córki.

— Dlaczego źle? — zdziwiła się Magda. — Co w tym złego?

— Nie kłóć się z mamą. — Tata wyrzucił gwałtownie ręce do góry. — Ona cię urodziła i wychowała!

— Ja się wcale…

— Może da się to jeszcze odkręcić? — Wtrąciła ciocia.

— Jutro porozmawiam z komendantem! — ożywiła się mama.

— Nie jestem już dzieckiem…

Magda poczuła, że w jej oczach za chwilę pojawią się łzy. Tego tylko brakowało, żeby mama poszła do komendanta niczym do wychowawczyni na wywiadówkę.

— Ale my wciąż jesteśmy za ciebie odpowiedzialni — zganił ją tata.

— Od dawna jestem pełnoletnia!

— No wiecie, tam jest więcej mężczyzn — odezwał się nieoczekiwanie wujek. W salaterce z sałatką dogrzebał się dna, wódka przyjemnie szumiała mu w głowie i zdecydował, że to czas, by dołączyć do rodzinnej debaty.

Wszyscy zamilkli, przetrawiając jego słowa.

— Oni są niebezpieczni… — wyszeptała mama Magdy ze zgrozą.

— No to przecież nie wszyscy — zdziwił się wujek. — Zdecyduj się: ma ich unikać czy znaleźć męża? Albo, albo.

Cisza.

— No tak czy nie? — zniecierpliwił się wujek.

Magda uśmiechnęła się nieznacznie i spojrzała na niego z wdzięcznością.

— No wiesz… — Tata Magdy najwyraźniej zupełnie nie wiedział, co powiedzieć, ale czuł, że musi się odezwać.

— Tutaj są znajomi. — Beata z hukiem odstawiła na stół kubek, rozlewając nieco herbatę. — A tam co? Sami obcy… — wysyczała niczym wąż.

— I kogo znajomego dla niej tutaj widzisz? Starego Burasa czy może młodego Pigonia?

Pigoń przesądził sprawę.

— Ale co ty tam będziesz, dziecko, jeść? — Zmartwiła się mama, atakując z nowej strony.

— Z tego, co wiem, jest w Warszawie kilka sklepów.

— Nawet, wyobraź sobie, Beatko, więcej niż u nas. — Wujek wsparł Magdę.

— A co ta wódka tak szybko zniknęła? — zainteresowała się nagle zawartością butelki ciotka.

Wujek błyskawicznie rozlał resztę, po sprawiedliwości, do wszystkich kieliszków.

— Za awans Magdy! — zawołał, unosząc swój.

— I oby znalazła tam w końcu męża… — Toast mamy zabrzmiał nieco melancholijnie. — Przestanę się wtedy wreszcie tak o nią martwić. Niech już mąż się martwi…

Wypili. Magda spojrzała na rodziców. Wiedziała, że są przestraszeni, naprawdę się o nią boją. Ile batalii kosztowało ją przekonanie ich, że fakt, iż z nimi nie mieszka, nie znaczy, że ich nie kocha. A przeprowadziła się tylko do sąsiedniej wsi. Teraz sprawa była poważniejsza. Właśnie zaproponowano jej pracę w Warszawie. I tak poszło całkiem łatwo, łatwiej, niż przypuszczała. Zależało jej na tej pracy. I dobrze wiedziała, komu tę propozycję zawdzięcza…

*

Właściwie żadna z nich nie umiała powiedzieć, dlaczego wciąż kontynuują tę tradycję. Mama upiekła tort, robiła go dwa dni, przygotowała wystawną kolację, którą spokojnie mogłaby obsłużyć całą klatkę, a na stole czekał zapakowany w czerwony papier prezent. Aneta kończyła trzydzieści sześć lat. I jak co roku spędzała ten dzień z mamą. Wcześniej, dawniej, był z nimi jeszcze tata.

— I kiedy mi cię przynieśli, tak strasznie płakałam… — To również należało do ich rytuału. Co roku mama wspominała cały poród, od momentu, gdy odeszły jej wody płodowe, do chwili, kiedy pielęgniarki dały jej niemowlę do karmienia.

Aneta otworzyła butelkę wina.

— I tym sposobem od trzydziestu sześciu lat jestem na świecie — podsumowała i upiła łyk alkoholu.

Mama sięgnęła po swój kieliszek.

— Nie chcesz zobaczyć prezentu?

Aneta niepewnie sięgnęła po pakunek. Trochę obawiała się tego, co jest w środku. Rozwiązała kokardę, rozdarła papier…

— Piękny, prawda? — Mama uśmiechała się, zadowolona, zaglądając jej w oczy.

Aneta trzymała w ręku kuchenny fartuszek obszyty obficie falbanką.

— Prześliczny — zapewniła pospiesznie.

— Pomyślałam, że przyda ci się w nowej kuchni…

Miesiąc wcześniej Aneta się przeprowadziła. Wytrzymała jeszcze pół roku w kawalerce, która codziennie przypominała jej o śmierci Doroty. Czuła się winna. Śmierci i oszustwa. Oszukała ją, że mogą być razem. Gdyby wcześniej jej to powiedziała, gdyby miała odwagę, być może dziś Dorota… Nie. Nie chciała o tym myśleć. Spojrzała na mamę, która nie przestawała mówić.

— I oczywiście jadą na Kretę — dotarł do niej jej świdrujący głos. O kimś opowiadała. Aneta nawet nie próbowała odgadnąć, o kim. — A córka Joli…

Aneta ponownie się wyłączyła. Miała nieodparte wrażenie, że mama mówi cokolwiek, byle zagadać ciszę, byle tylko nie pojawiło się przy stole milczenie. Sięgnęła po kawałek tortu.

— Poczekaj! — wykrzyknęła mama i poderwała się z krzesła. — Świeczki!

Wyjęła z szuflady dwie świeczki w kształcie cyfr trzy i sześć.

— Dla mojej ukochanej córeczki… — Ustawiła je na torcie i podpaliła knoty. — A teraz pomyśl życzenie.

O czym ona mogła marzyć? Już tak dawno nie zadawała sobie tego pytania, że nagle poczuła się zaskoczona. Więc w ogóle można mieć życzenia? Jakie? Żeby Dorota ożyła?

— Pół roku temu… Nie, trochę więcej. Prawie osiem miesięcy temu ktoś zabił moją kochankę — powiedziała nagle. — Albo myślał, że to ja, albo chciał mnie nastraszyć. Wszystko jedno. Zginęła przeze mnie.

Mama patrzyła na nią oszołomiona. Szybko się opanowała. Uśmiechnęła się.

— Ty to masz pomysły. No już. Pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki.

— Mamo, już dawno chciałam ci to powiedzieć. Jestem lesbijką.

— Oj tam, te wasze nowomodne żarty. Dmuchaj.

— Miałam kochankę. Niejedną. Ale tę jedną ktoś zabił.

— Dmuchaj te cholerne świeczki!

— Dlaczego mnie nie słuchasz?

— A dlaczego ty mnie nie słuchasz?! Dmuchaj, do cholery!

— Mamo, ktoś zabił moją kochankę! To była moja wina!

Kobieta zasłoniła sobie dłońmi uszy.

— Nie słucham cię! Nie słucham cię! La, la, la!

W Anecie coś naraz pękło. Wstała.

— Mamo, jestem lesbijką! Podobają mi się kobiety!

Matka opuściła dłonie, przez chwilę stała bez ruchu, a potem nieoczekiwanie uderzyła Anetę w twarz.

— Nie waż się więcej tak mówić!

Złapała się za policzek. Bolało. Ale jeszcze bardziej zabolało upokorzenie. Odwróciła się i po prostu wyszła z mieszkania matki.

*

— Chanel numer pięć… Chanel numer pięć… — podśpiewywała zadowolona Basia, obracając się przed lustrem i psikając perfumami na wewnętrzną stronę nadgarstków.

Wróciła właśnie od fryzjerki, zdążyła jeszcze poprawić makijaż, gdy January przyszedł z perfumami. Tego ranka dzieci wyjechały na wakacje nad morze z rodzicami Basi, a oni mieli trzy tygodnie tylko dla siebie.

— Zawsze chciałaś… — powiedział January, wręczając jej flakonik.

Zdziwiła się. Naprawdę. Nie spodziewała się. Już chciała zapytać o cenę, gdy położył jej dłoń na ustach.

— Ani słowa o pieniądzach.

Skinęła. Nikt nie znał jej tak dobrze jak on. Czytał jej w myślach.

— A teraz bądź moją Marilyn Monroe…

Basia, stojąc przed lustrem w łazience, wolno zsunęła ramiączka stanika. Poczuła się jak kotka, która dostała właśnie najtłustszą śmietankę.

Kiedy leżeli później w ciemności, nadzy, otuleni zapachem Chanel numer pięć, wszystko stało się tak idealne, że Basia nie wytrzymała — rozpłakała się. January przytulił ją mocno, chowając jej twarz w swoim ramieniu. Szlochała rozpaczliwie. January czekał, wciąż trzymając ją blisko siebie. W końcu jej szloch osłabł.

— Boję się.

— Wiem.

— Nie dam rady, January…

— Może pójdziesz na terapię?

Wyrwała mu się. Wstała wściekła, zabierając koc, którym szybko się owinęła, by zasłonić nagość.

— Jak tylko coś się dzieje, każesz mi iść do specjalisty!

January wstał, złapał ją za ramiona i spojrzał jej w oczy.

— Chcę ci tylko pomóc. Nie wiem, jak mam to zrobić. Możemy iść razem.

Przez chwilę patrzyli na siebie w napięciu. W oczach Basi widział rozpacz i bezradność. W końcu położyła głowę na jego ramieniu i się przytuliła. Jak dziecko.

*

Mucha leniwie przeglądał Tindera. Blondynka, po rozwodzie, w odległości trzech kilometrów od niego. Duże usta. Mhm… Prawo. Ruda, dwa koty… Nie czytał dalej. Lewo. Nie lubił rudych. Najbardziej podobały mu się blondynki, ale nie gardził też brunetkami. A rudych się zwyczajnie bał. Szatynka, wolna, lubi zabawę — prawo…

Trzask! Ktoś wszedł do komendy. Mucha niechętnie odłożył telefon i podniósł wzrok. W jego stronę szło małżeństwo, chyba małżeństwo, kobieta i mężczyzna, koło sześćdziesiątki. Wyglądali na spłoszonych, przestraszonych. Kot im zaginął czy chłopak ich okradł metodą na wnuczka? Piknął dźwięk w jego telefonie. Któraś laska z aplikacji randkowej odpowiedziała. Ciekawe która i ciekawe, co napisała. Para podeszła do niego. Musi się ich szybko pozbyć.

— Dzień dobry… — odezwał się mężczyzna i chrząknął.

Mucha skinął.

— No, co tam? — powiedział zachęcająco. Chciał to mieć jak najszybciej za sobą.

— Chcieliśmy zgłosić zaginięcie córki — powiedziała jakby z gniewem kobieta.

Mucha westchnął, sprawa była z tych poważniejszych, których nie mógł zlekceważyć. Zerknął tylko przelotnie na swój telefon. Ma nową parę, z Blondyną. Uśmiechnął się, ale natychmiast zgasił uśmiech, przybierając służbową postawę.

— Dowody poproszę.

Podali. Maryna Kropisz i Antoni Kropisz. Zgadza się, małżeństwo. Ona sześćdziesiąt dwa lata, on sześćdziesiąt.

— Nazwisko córki?

— Emilia Dobraczewska.

Dopiero teraz to zauważył. Zameldowani w Warszawie, zamieszkali w Konstancinie Jeziornej. „No to jednak będzie szybka piłka”, pomyślał z satysfakcją.

— Niech państwo zgłoszą zaginięcie w Warszawie.

— Ale ona wyjechała wczoraj do Nieporętu — powiedział mężczyzna, Antoni. — Napisała, że dojechała, i od tego czasu nie mamy z nią kontaktu.

— Przyjechaliśmy dziś jej tu poszukać. Nikt jej nie widział.

— Dlatego przyszliśmy do pana — uzupełnił mąż.

Piknął telefon Muchy, zerknął. Blondyna napisała. Diabli nadali tych Kropiszów akurat teraz.

— Może jest u kochanka? — zasugerował. Żaden inny powód najzwyczajniej nie przyszedł mu do głowy.

— Córka ma męża — odezwała się z godnością kobieta, Maryna.

No to akurat o niczym nie świadczy. Mucha miał naprawdę bogate doświadczenie z aplikacjami randkowymi.

— Na stałe mieszka w Danii, z mężem i synkiem. Przyjechali do nas na pogrzeb mojej mamy — wyjaśniał Antoni Kropisz. — Zięć wyjechał z wnukiem w sobotę, Emilka została, chciała jeszcze pojechać z przyjaciółmi do Nieporętu. Na dziś miała wykupiony bilet na samolot.

— To może odleciała? — powiedział zniecierpliwiony, zerkając jednocześnie na swój telefon. Ciekawe, co napisała Blondyna…

— Zięć wyszedł na lotnisko w Kopenhadze. Nie doleciała.

„Rany koguta!”, zawyło wszystko w duszy Muchy. Jak nic dziewczyna urwała się na romans, niszcząc jednocześnie szansę na jego obiecująco zaczynającą się znajomość z Blondyną! To właśnie nazywa się złośliwość losu.

— A znajomi, z którymi była w Nieporęcie?

— Nie widzieli jej. Dojechała, ale się z nimi nie skontaktowała.

„No to trochę głupio to urządziła. Trzeba było lepiej przygotować sobie grunt, żeby romans nie doszedł do wiedzy męża”, zdążył pomyśleć Mucha.

— Od dwóch dni nikt nie ma z nią kontaktu — powiedział twardo Antoni Kropisz i Mucha skapitulował. Szlag by to trafił…

Nagle wpadł na genialny pomysł.

— Muszę do toalety! — wykrzyknął i niemal wystrzelił w górę z telefonem w ręku.

*

Chodzi tylko o to, żeby zasnąć i już się nie obudzić. I żeby nie bolało. Zawsze bała się bólu. Kiedy stanęła na dziesiątym piętrze wieżowca i przełożyła nogę przez barierkę, wystraszyła się tego momentu, gdy uderzy w ziemię i poczuje ból roztrzaskującej się czaszki. Cofnęła nogę. Od tego czasu ma lęk wysokości. Cała zresztą jest zbudowana z lęków. Z lęków i poczucia winy. Zamknęła oczy. Może dziś się uda. Może dziś zamknie powieki, zaśnie i już się nie obudzi.

*

— Do kiedy zostajesz?

Magda patrzyła na siedzącego naprzeciwko Krystiana, bawiąc się jednocześnie trzymanym w dłoni kieliszkiem białego wina. Spotkali się w Tawernie, ale tym razem Krystian tu nie pracował — przyjechał na kilka dni z Dublina załatwić jakieś sprawy i odwiedzić rodziców.

— Za dwa dni wracam.

Magda pokiwała głową. Tego właśnie się spodziewała, kiedy nie zobaczyła go w Tawernie na początku lata. Napisała wtedy do niego, odpisał, że jeszcze nie wie, kiedy będzie mógł się wyrwać. A tego ranka wysłał jej wiadomość z propozycją spotkania. Ucieszyła się, że go zobaczy, a jednocześnie czuła się niepewnie po tym, co się wydarzyło, gdy widzieli się ostatnio. Zaproponował jej wtedy małżeństwo, a ona odmówiła. Przyjechał później na Boże Narodzenie, ale był tylko kilka dni, a ona w tym czasie albo pracowała, albo świętowała z rodzicami i rodziną. Nie zobaczyli się w grudniu. Dopiero teraz.

— Jak ci tam?… — Machnęła ręką w nieodgadnionym kierunku. Ale zrozumiał.

— Coraz lepiej. Mam pracę, zacząłem nawet studia.

Kiedyś studiował psychologię. Ale przerwał, chyba po trzecim roku, i wyjechał do Irlandii.

— Jakie?

— Psychologię. — Uśmiechnął się.

Odwzajemniła uśmiech. Naprawdę zawsze go lubiła. Może zbyt pochopnie wtedy odmówiła? Zafascynowana była Januarym, ale to przeszło jej całkowicie. Nie widziała go od ponad pół roku i prawie o nim zapomniała. Prawdę mówiąc, sama sobie się dziwiła, dlaczego tak nią wtedy zakręcił. A Krystian jest. Zawsze był.

— Wiesz, kiedy ostatnio rozmawialiśmy… na lotnisku…

— Spotkałem kogoś — wszedł jej w słowo.

W pierwszym momencie ją zatkało, tego się nie spodziewała. Ale już po chwili poczuła wdzięczność — przerwał jej, zanim powiedziała coś, czego potem na pewno by żałowała.

— Opowiedz — poprosiła.

— Nicole. Jest Australijką. Spotkaliśmy się w Kilmainham Gaol… — Zachichotał nieoczekiwanie. Po chwili spoważniał, ale jego oczy pozostały radosne. — Byłe brytyjskie więzienie, dzisiaj to muzeum. Wiem, to zupełnie nieśmieszne. Ale jak na początek znajomości niezłe, nie? Poznaliśmy się w więzieniu… Nicole skończyła prawo, zaczyna pracę w kancelarii. I chyba zamieszkamy razem.

Magda przyjrzała się Krystianowi uważnie. Nie był może jakoś uderzająco przystojny, nieco rudawy, z szeroką twarzą, ale miał w sobie tyle ciepła, że przez chwilę pozazdrościła nieznajomej Australijce.

— Zasługujesz na fajną miłość — powiedziała w końcu.

— Ty też — odpowiedział naraz bardzo poważnie, aż się tej powagi przestraszyła. — I dostaniesz ją. Jak tylko przestaniesz się tak potwornie bać.

Chciała odpowiedzieć, że nic podobnego, jaki strach, ona się wcale… Ale nagle poczuła, że ma dość wygłaszania tych głupich, bezsensownych kłamstw. Przynajmniej do Krystiana. Zawsze był wobec niej uczciwy.

— Chciałabym — odparła po prostu i nieoczekiwanie poczuła, że to prawda.

*

Kolejna babka z aplikacji randkowej dla lesbijek. Carmen. Swoją droga ciekawe, jak naprawdę się nazywa. Na zdjęciu wyglądała młodziej.

— Mam sześćdziesiąt lat — przedstawiła się natychmiast. — Jeżeli to ci przeszkadza, możemy w tej chwili zakończyć spotkanie.

Aneta wzruszyła ramionami. Carmen była dwa lata starsza od jej matki. Ale przynajmniej na pierwszy rzut oka wyglądała sympatyczniej.

— Spoko. Idziemy do knajpy?

— Lubię Fridę na Nowym Świecie.

— Może być.

Anecie było wszystko jedno. Mogła równie dobrze wylądować w jakiejkolwiek mordowni. Albo na Dworcu Centralnym. Albo na ławce w parku. Byle tylko nie siedzieć samotnie i nie gapić się na świeżo pomalowaną ścianę w świeżo kupionej kawalerce na Ochocie.

Kobieta była wysoka i postawna. Idąc, stawiała mocno kroki i nie sprawdzała, czy Aneta za nią nadąża.

— Miałam kiedyś męża — mówiła beznamiętnie, jakby recytowała to samo po raz nie wiadomo który. — Rozwiedliśmy się dawno temu, bo odkrył, że mam kochankę. Kochankę, nie kochanka. To chyba wkurzyło go jeszcze bardziej. Mam syna, mieszka w Kanadzie. Pracuję w bibliotece. Lubię książki. A ty? — Powiedziała to wszystko jednym tonem, w jednym ciągu, bez znaków przestankowych.

Anetę lekko zatkało.

— Też.

— Co „też”? — Carmen się zatrzymała i spojrzała na drobiącą za nią w pośpiechu Anetę. — Też masz syna w Kanadzie?

— Też lubię książki.

Kobieta skinęła z aprobatą. Ruszyła w stronę Nowego Światu, teraz trochę wolniej.

— Mąż, dzieci?

— Nie i nie. Zawsze byłam lesbijką.

— A ja bi. To już zresztą wiesz. Nawet nie powiem ci, kogo wolę, bo tak jakoś po równo się rozkłada. Czym się zajmujesz?

— Kiedy odkryłaś, że lubisz kobiety?

Aneta miała od dawna wypracowany system, jak uniknąć mówienia o sobie. Zadawała pytania. A każdy chętnie odpowiadał, zapominając tymczasem, o co ją wcześniej pytał. Dotarły właśnie do wejścia do Fridy.

— Nie powiedziałaś, czym się zajmujesz.

Kobieta zdążyła opowiedzieć historię czterdziestu lat odkrywania własnej tożsamości, a o zadanym Anecie pytaniu jednak nie zapomniała. Aneta spojrzała na nią z mimowolnym podziwem.

— Pracuję w archiwum.

Ta odpowiedź z reguły zamykała temat. Nikt nigdy nie chciał wnikać, jakimi dokładnie dokumentami się zajmuje.

— Którym?

No nie, zdaje się, że babka minęła się z powołaniem. Powinna być częścią ich zespołu. Na szczęście dla Anety właśnie w tym momencie zadzwoniła jej komórka. Odebrała.

— Zaraz będę — powiedziała do słuchawki. Rozłączyła się, spojrzała na Carmen. — Sorry, praca. Pilna.

— W archiwum? — Całkiem słusznie nie uwierzyła.

— Zdarza się.

Kobieta wyglądała na rozczarowaną. Ale ukryła to uczucie pod lekceważącym wzruszeniem ramion.

Kiedy pół godziny później Aneta szła przez Pole Mokotowskie, zastanawiała się, dlaczego właściwie ją okłamała. Bo zadała o jedno pytanie za dużo? To naprawdę taki straszny grzech? Nie, to nie to. Starała się być ze sobą uczciwa. Nie lubiła mówić o sobie, to prawda, ale nie miała kłopotu z tym, żeby skłamać albo powiedzieć wprost, że nie ma ochoty odpowiadać. Z tą kobietą było inaczej. „Było w niej coś odpychającego”, stwierdziła w końcu. Nie z każdym pojawia się chemia i tyle w temacie. „Swoją drogą facet, który zamierzał opowiedzieć mi o nowej ofercie telefonii komórkowej, musiał być zdziwiony”, pomyślała i parsknęła śmiechem.

Mijała właśnie Pub Lolek, zerknęła mimochodem na ludzi siedzących przy stołach — wyglądali na zrelaksowanych, zadowolonych, pili, śmiali się, niektórzy pochyleni do siebie pogrążeni byli w rozmowie. Odwróciła wzrok. Wolała widok samotnego staruszka, prowadzącego na smyczy jamnika. Samotność. A więc już zawsze będzie z nią tylko ona. Trudno. Zawsze może być przecież gorzej.

*

Przed policjantem stały dwie młode dziewczyny, brunetka i blondynka, miały po dwadzieścia parę lat i jednakowy popłoch w oczach.

— Wyszła wczoraj po południu…

— Tylko do sklepu…

— Zabrakło nam herbaty…

— I miałyśmy ochotę na piwo. — Brunetka spojrzała wymownie na blondynkę. — Taka prawda.

— Czekałyśmy godzinę. — Blondynka skinęła potakująco. — Myślałyśmy, że może kogoś spotkała i się zagadała…

— Dzwoniłyśmy, ale nie odbierała.

— A potem w ogóle wyłączyła komórkę…

— Albo ktoś jej wyłączył.

— Wyszłyśmy jej poszukać…

— Zrobiło się już ciemno, niewiele było widać…

— Pytałyśmy ludzi, nikt jej nie widział.

— A w sklepie w ogóle jej nie było…

Zaaferowane wchodziły sobie w słowa, ale mimo zdenerwowania opowiadały składnie i logicznie. Policjant, który miał akurat dyżur w komisariacie przy Opaczewskiej, przyglądał się im tak, jakby oglądał mecz ping-ponga. Doszły do końca opowieści, urwały. Jego kolej. Wyciągnął formularz. Na razie — zaginiona kategorii II.

— Imię i nazwisko.

— Anna Malinowska.

— Wiek.

— Dwadzieścia cztery lata.

— Miejsce zameldowania.

— Przyjechałyśmy tu na wakacje…

— Na tydzień.

— Anka jest z Sokołowa Podlaskiego.

— Nie znamy jej adresu… Mieszka chyba gdzieś przy Fabrycznej…

Spojrzały na siebie niepewnie. Gdyby nie różny kolor włosów, mógłby przysiąc, że są bliźniaczkami. A przynajmniej zachowywały się identycznie.

— My jesteśmy z Węgrowa. Z Anką znałyśmy się tak… no… przelotnie…

— Na dyskotece się poznałyśmy.

— Tydzień temu? — Brunetka nie była pewna.

— No, mniej więcej.

— Dowody. — Funkcjonariusz wyciągnął dłoń w stronę kobiet.

Podały. No proszę, miał rację. Siostry z Węgrowa. Brunetka o rok starsza od blondynki. Co jednak niewiele wprowadzało do sprawy zaginionej Anny Malinowskiej. Westchnął i spisał dane.

*

Czasami miała wrażenie, że żyje wyłącznie siłą rozpędu. Albo że umarła, wszyscy umarli i tylko udają, że żyją. Rzeczywistość wokół niej wydawała się… nierzeczywista, nic nie działo się naprawdę, jakby to był teatr albo film, w każdej chwili wszystko mogło się zmienić. I nic nie miało znaczenia. Mogła wyjść do pracy albo do niej nie wychodzić. Zadzwonić albo nie. Odpisać albo nie. Wszystko było płynne, nieistotne.

Przypomniała sobie, jak ona powiedziała kiedyś o niej „ta osoba”. Skuliła się wtedy, jakby dostała pięścią w brzuch. A potem, dużo później, kiedy leżała w łóżku i nieprzyjemnie świdrujące słowa powróciły, dostrzegła w nich coś więcej. Więc jest osobą. O-sobą. Sobą wewnątrz „O”. Tam się ukryje. Bezpiecznie. Nareszcie nietykalnie.

*

W Parku Szczęśliwickim o tej porze nie było nikogo. Dzień zaczął się zaledwie parę minut wcześniej, pierwsi spacerowicze, ci z psami, powinni pojawić się za godzinę, potem dołączą do nich dzieci z opiekunami. A później cała reszta społeczeństwa, ale to dopiero koło południa. Tutejsi wędkarze lubili pory popołudniowe. Miał czas na spokojne rozstawienie sprzętu i zarzucenie wędki, zanim ktokolwiek się tu pojawi. Usiadł w swoim ulubionym miejscu, między krzakami, na małym cypelku, gdzie mieściły się krzesło, wiadro i wędka. Słońce jeszcze nie grzało, dopiero zamierzało to zrobić, wtedy pobyt tu stanie się nie do wytrzymania. Zarzucił wędkę i dopiero wtedy się rozejrzał. Z szuwarów wystawała noga. Trudno nawet stwierdzić, czy należała do kobiety, czy mężczyzny, była w spodniach i trampkach. „Najwyraźniej ktoś tu w nocy zabalował i znalazł może wilgotne i niewygodne, ale na pewno spokojne miejsce do wytrzeźwienia”, pomyślał. Noga poruszała się powoli, ale rytmicznie. Ryb mu nie płoszyła, więc nie zwracał na nią więcej uwagi. Każdy ma prawo do własnego życia i własnych wyskoków. „No i własnych błędów”, westchnął refleksyjnie, myśląc o żonie, z którą z niewiadomych przyczyn pokłócił się poprzedniego wieczora. On przyszedł z pracy wściekły, ona była zmęczona i rozgoryczona i tak sobie obie te frustracje rozładowali, nie mogąc się porozumieć w kwestii wyboru programu w telewizji. Rozstali się w gniewie, każde sięgnęło po swój telefon, a ogromny telewizor, kupiony sporym wysiłkiem, wisiał obojętnie na ścianie.

Wędkarz westchnął. Czuł się nieco obolały po nocy spędzonej na kanapie. Wymknął się wcześnie, niepostrzeżenie, nikogo nie budząc. „Niech śpi”, pomyślał naraz z czułością o żonie, którą poza wszystkim zwyczajnie kochał, i po poprzednim wieczorze miał jakieś takie lekkie i niejasne poczucie winy wobec niej. Mógł w końcu obejrzeć z nią ten mecz. Tak się u nich ułożyło — on lubił filmy dokumentalne, najbardziej przyrodnicze, a jego żona sport, zwłaszcza piłkę nożną. Jak się wyśpi, może zapomni o wczorajszej awanturze.

Myśl o śnie sprawiła, że przyjrzał się jeszcze raz nodze w szuwarach. Dopiero teraz dostrzegł, że noga nie poruszała się sama z siebie, w ruch wprawiały ją delikatne fale. W pierwszej chwili chciał uciec, niech ktoś inny sprawdzi, w jakim stanie jest reszta ciała od tej wystającej nogi, ale jednocześnie pomyślał, że może rzeczywiście ktoś po prostu śpi, więc lepiej, żeby kontynuował drzemkę na suchym podłożu. Wędkarz podszedł, nie wiadomo dlaczego nagle ostrożnie, pociągnął delikatnie za nogawkę.

— Ej! — zawołał w stronę ukrytego w szuwarach ciała.

Ciało nie odpowiedziało. Wędkarz rozsunął szuwary i z wrażenia klapnął na mokrą trawę. Ciało nie zareagowało, bo nie mogło. Kończyło się na szyi. A głowy nigdzie nie było widać.

*

— Boję się za każdym razem, kiedy dzwoni jego telefon.

— Czego się boisz?

— Że to kochanka. Albo ktoś z pracy, kto mi go zaraz zabierze.

— Dlaczego boisz się, że ktoś ci go zabierze?

January przyglądał się uważnie żonie, gdy odpowiadała na pytania terapeutki. Basia siedziała skulona, w dłoniach trzymała chusteczkę, którą co jakiś czas ocierała łzy. Chciał przytulić żonę, pocieszyć, wesprzeć, ale terapeutka powiedziała, żeby na razie nic nie robił.

— Nie wiem. Boję się.

— Zawsze tak było? Pamiętasz, od czego to się zaczęło?

Basia zerknęła niepewnie na Januarego. Zawahała się.

— Nie. Nie dokładnie. Było już kilka takich sytuacji…

— Kochanka? — Terapeutka spojrzała na Januarego.

Pokręcił przecząco głową.

— Nigdy.

Terapeutka przeniosła spojrzenie na Basię. Kobieta poruszyła się niespokojnie na krześle.

— To nie on… To znaczy…

W gabinecie zapadła gęsta cisza. Terapeutka i January czekali w napiętym milczeniu.

— Nie chcę o tym mówić — wyszeptała w końcu.

Wiedział, co chce ukryć. Wciąż czuła idiotyczną lojalność, nawet w gabinecie terapeutycznym, nawet gdy historia sprzed lat wciąż nie pozwalała jej normalnie żyć. Zacisnęła powieki. Dostrzegł na jej twarzy łzę, która pojawiła się w kąciku oka.

— To zresztą nie ma nic wspólnego… z niczym…

Nabrał powietrza, chciał odpowiedzieć za nią, ale dostrzegł dyskretny ruch głową terapeutki: „Nie”. Więc milczał. Przyglądał się swojej żonie, wydała mu się taka krucha, niepewna, zagubiona, jak dziecko.

— Jak się teraz czujesz? — odezwała się w końcu terapeutka, gdy cisza się przedłużała i miał wrażenie, że nigdy się nie skończy.

Basia wzruszyła ramionami, nabrała powietrza, odetchnęła kilka razy.

— Chcę stąd wyjść.

— Dlaczego?

— Bo nie chcę brać w tym udziału. To głupie.

— Co jest w tym głupiego? — drążyła terapeutka.

Basia już schowała się w sobie. Spojrzała wyzywająco w oczy kobiety. Znał to spojrzenie.

— Mieliśmy rozmawiać o kłopotach w naszym małżeństwie. Ale chyba wolę przegadać je z mężem. Sama.

Terapeutka zerknęła na Januarego.

— Basiu…

— Jak chcesz, to sobie tu zostań.

Basia wstała, nawet skinęła głową na pożegnanie w stronę terapeutki, odwróciła się i wyszła, stukając głośno obcasami. January westchnął. Poczuł się bezradnie. Mimo ogromnych kolejek dzięki pomocy przyjaciół udało mu się zapisać na sesję do znanej terapeutki. Miała czas tylko o dziewiątej rano, w porządku. January dał znać, że będzie w pracy o dziesiątej, Basia zaczęła dwa miesiące wakacji, całe dnie miała wolne. I teraz skapitulowała, zanim jeszcze zaczęła.

— Zapisuję was na przyszły tydzień…

— Jak to…? — Chciał zaprotestować.

— Myślę, że wróci.

Zamierzał powiedzieć, że się myli, on swoją Basię zna lepiej, ona już tu nie przyjdzie, ale zrezygnował. Chciał wierzyć, że to terapeutka ma rację, nie on. Wstał, odruchowo sięgnął po telefon. Kilkanaście nieodebranych połączeń. „No tak… Zaczyna się”.

*

— Ostatni raz, błagam cię.

Magda planowała, że tylko spakuje swoje rzeczy i uporządkuje dokumenty. Ostatni dzień jej pracy w komisariacie policji w Nieporęcie. Ostatnia godzina. Od jutra będzie w Warszawie. Nareszcie.

— Nie możesz sam? — Skrzywiła się.

Mucha patrzył na nią, starając się wyglądać jak kot ze Shreka. Słabo to wypadło. Przypominał raczej osła.

— Proszęęę…

Westchnęła, wiedząc, że się zgodzi. Przed chwilą zadzwoniła do nich spłoszona urzędniczka jednego z sołectw w okolicy. Tego ranka sołtys wparował do urzędu nagi i zrobił awanturę starszej kobiecie, która przyszła w sprawie ustalenia wysokości podatku od nieruchomości.

— Pijany? — zapytał bystro Mucha urzędniczki.

— Na trzeźwego nie wygląda…

Trudno, Magda aż jęknęła w duchu, to ostatnie takie wezwanie. A Muchy lepiej pilnować, miał wspaniały talent do komplikowania najprostszych spraw.

W sporej wsi panowały cisza i spokój, aż trudno uwierzyć, że jeszcze pół godziny temu biegał tędy nagi sołtys, który swoim niecodziennym wyglądem musiał wzbudzić zainteresowanie mieszkańców. Zaparkowali i ruszyli do budynku sołectwa, który wyglądał jak wymarły. Nikt do niego nie wchodził, nikt z niego nie wychodził.

— Może zabił ich wszystkich? — zasugerował Mucha, któremu najwyraźniej udzielił się apokaliptyczny nastrój wsi.

Magda wzruszyła ramionami, na głupie pytania nie było sensu odpowiadać. Weszli.

Kobieta siedząca nieopodal drzwi, najprawdopodobniej urzędniczka, która do nich dzwoniła, wstała na ich widok. Wyglądała na spłoszoną. Zanim zdążyła się odezwać, z gabinetu obok wyszedł sam sołtys. W garniturze.

— Tak, wiem, wiem — zagadnął niemal towarzysko, jakby wpadli na wieczornego grilla. — Narozrabiałem. — Uśmiechnął się przy tym rozbrajająco i pokazał na drzwi swojego gabinetu. — Zapraszam. Poniosę konsekwencje. — Na dowód uderzył się pięścią w pierś. — Pani Haniu — zwrócił się do urzędniczki — poproszę trzy kawy.

Weszli. I w tym momencie pożałowali. Usłyszeli trzask zamykanych z zewnątrz ciężkich dębowych drzwi i zgrzyt klucza w zamku. Mucha miał bliżej, dopadł do drzwi, bezskutecznie usiłując je otworzyć.

— Co jest?! — wrzasnął, kopiąc je z wściekłością.

Usłyszeli stłumiony chichot sołtysa i jego szybko oddalające się kroki. Magda podbiegła do okien. Uchyliła je, ale krata z zewnątrz uniemożliwiała wykorzystanie ich jako ewentualnej drogi ewakuacji. Na ścieżce przed oknem pojawił się sołtys. Wciąż chichocząc, pokazał klucz, który schował do kieszeni. Wsiadł do auta.

— Niech pan tu wraca!!! — wrzasnęła Magda, nie mając nawet cienia nadziei, że jej posłucha.

I słusznie, bo natychmiast odjechał w siną dal, uwożąc ze sobą klucz do drzwi gabinetu.

— O ja pierdolę — jęknął Mucha, a Magda pierwszy raz w życiu się z nim zgodziła.

Zadzwonił jej telefon. Aneta. I co ona ma jej powiedzieć?

*

Kiljańczyk patrzył zdegustowany na policjantów zabezpieczających teren wokół szuwarów, w których znaleziono tajemnicze zwłoki.

— Naprawdę potrzebowaliście lekarza, żeby stwierdzić zgon? — Spojrzał powątpiewająco na Januarego.

Stojąca obok Aneta poruszyła się, najwyraźniej dotknięta.

— Ucieklibyśmy z krzykiem, gdyby okazało się, że żyje.

— Kiedy zginęła? — wtrącił January.

— Na pierwszy rzut oka wczoraj albo przedwczoraj. Nie całkiem świeża denatka. À propos, wiecie, gdzie można dostać świeże ryby?

Ani January, ani Aneta nie byli zaskoczeni nagłą zmianą tematu przez lekarza patologa, z którym współpracowali od jakiegoś czasu. January dłużej, Aneta krócej. Taki sobie sposób wypracował, żeby nie zwariować.

— Nie mam pojęcia — burknął January, dla którego pytanie o świeże ryby brzmiało niemal jak pytanie o możliwość lotu w kosmos. Wiedział o tym mniej więcej tyle samo.

— Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam ryby… — rzuciła Aneta. Jedzenie było ostatnią rzeczą, o jakiej teraz myślała. Na widok martwej dziewczyny czuła, że do gardła podchodzi jej wszystko, co miała w żołądku.

— Irenka mnie ciśnie. Chce na kolację… — westchnął. — No nic, poszukam. — Kiljańczyk się rozejrzał. — Nie zawiadomiliście prokuratora?

Aneta wzruszyła ramionami.

— Owszem. Przyjechał, rozejrzał się i powiedział, że czeka na ciebie w laboratorium.

— Nowakowski — westchnął mężczyzna.

January skinął głową. Każdy z prokuratorów, z którymi współpracowali, miał swój sposób działania, po metodach można było rozpoznać, komu przydzielono sprawę. Nowakowski miał alergię na świeże powietrze, dlatego zabezpieczenie terenu i śladów pozostawił ekipie dochodzeniowej. Wolał duszną atmosferę laboratoriów i swojego własnego gabinetu.

Policjanci kończyli robienie zdjęć ciała bez głowy, dopiero po wyciągnięciu go z szuwarów odkryli, że ofiara miała zabandażowane dłonie. Usiłowali pobrać odciski linii papilarnych, marudzili przy tym i mamrotali niezrozumiale do siebie. W końcu wstępne czynności mogli uznać za zakończone.

— To co? Zabieram dziewczynę do siebie?! — zawołał dziarsko Kiljańczyk, ruszając w stronę parkingu.

January skinął nieuważnie. Przyglądał się szuwarom i trawie w pobliżu znalezienia zwłok.

— Ktoś ją tu przeniósł… — zaczął.

— Co ty nie powiesz. — Aneta uniosła ironicznie brwi.

— Chodzi mi o to, że nie ciągnął ciała po ziemi. Musiało brać w tym udział więcej osób…

— Nie wiem, czy zauważyłeś, ale dziewczyna była raczej drobna. Jeden osiłek by wystarczył.

— Może. — Najwyraźniej nie był przekonany, ale i tak nie miał żadnych dowodów poza przeczuciem. — Zobacz tutaj, połamane gałązki na krzaku.

— Odcisków stąd nie ściągniemy… — westchnęła Aneta, myśląc jednocześnie, że trafiają do nich same najbardziej idiotyczne sprawy. Żadnych śladów, zero świadków, nic. — Pogadałabym z tym wędkarzem.

January pokiwał głową. Na razie nie mieli kompletnie żadnego innego punktu zaczepienia.

— Co z tą małą?

— Zaczyna jutro.

— Mogłaby dziś.

Jak na zawołanie dostrzegli biegnącą od strony parkingu Magdę.

— Jestem! Jestem! Już…

Zdyszana, przystanęła, opierając się dłońmi o kolana, by choć trochę wyrównać oddech, zanim zacznie swoją pierwszą sprawę jako nowa pracowniczka wydziału zabójstw Komendy Stołecznej Policji.

*

Wędkarz po raz kolejny odpowiadał na te same pytania. Co dziwne, wcale nie był tym znużony ani zniecierpliwiony. Przeciwnie. Za każdym razem, gdy powtarzał opowieść, czuł się spokojniejszy. Wstrząsający widok sprzed kilku godzin stawał się coraz bardziej wspomnieniem, coraz mniej realny, jak film, który obejrzał dawno temu. A poza tym nieoczekiwanie poczuł się ważny, jak na razie był najważniejszym, bo jedynym świadkiem w całej sprawie.

— Z domu wyszedłem o czwartej rano, na miejsce dotarłem po jakichś pięciu, może dziesięciu minutach.

Siedzieli na ławce w parku, niedaleko cypla, gdzie wcześniej tak niefortunnie wędkował.

— Zauważył pan kogoś po drodze? — zapytała ewidentnie najmłodsza z tej trójki dziewczyna.

„Niebrzydka”, skonstatował wędkarz mimowolnie.

— Nie. Było kompletnie pusto.

— Jakiś samochód?… — zasugerowała druga z kobiet.

Miała krótko ścięte włosy, może na centymetr, i sprawiała wrażenie dość… jak by to powiedzieć… „Groźne”, pomyślał wędkarz. „A przynajmniej niepokojące”.

Pokręcił przecząco głową.

— Nic. Nawet dostawczaka.

— Może pan coś usłyszał? Silnik, pies, cokolwiek? — Mężczyzna przyglądał się wędkarzowi uważnie. Pewnie kobiety uważają go za przystojnego. Jego żonie by się podobał.

— Ptaki zaczynały się budzić. Nic poza tym.

Wyglądali na rozczarowanych. Nie chciał ich zawieść.

— O tej porze zawsze tak jest. To najspokojniejszy moment, dlatego wtedy idę na ryby. Lubię ciszę. I lubię przyrodę.

— Z miłości do przyrody łowi pan ryby? — zdziwiła się ta groźna.

„A co jedno ma wspólnego z drugim?”, zdziwił się, ale nie powiedział tego na głos.

— Może ciało wydało się panu znajome? — zapytała ładna. — Spodnie, buty…

— Nie. Dżinsy i trampki, każdy takie nosi. Nie wydaje mi się… To znaczy… — zaplątał się.

— A zauważył pan coś już na miejscu? Coś nietypowego? — zapytał szybko mężczyzna.

— Poza ciałem bez głowy? Bo to na pewno było nietypowe. — Zamyślił się. Gdyby nie był tak zajęty analizowaniem kłótni z żoną, może zwróciłby większą uwagę na otoczenie… — No… Trawa była zadeptana… Jakby tam impreza jakaś była. Ja w ogóle myślałem, że ktoś tam śpi, tylko jedna noga wystawała. I ruszała się…

— Ruszała? — zdziwiła się ładna.

— Przez wodę. Najpierw myślałem, że ona tak sama z siebie. Kto mógł zrobić coś takiego? — Pokręcił z niedowierzaniem głową.

To właśnie zamierzali odkryć.

*

Nie dowiedzieli się niczego, czego nie wiedzieliby już wcześniej. Taką samą relację zdali im policjanci miejscowej komendy. Przypadkowy wędkarz znalazł w stawie ciało bez głowy, niczego nie widział, niczego nie słyszał, a oni nic o trupie nie wiedzą. Tyle tylko, że odnalezione ciało należy do młodej kobiety. Nie znaleźli przy niej niczego, żadnych dokumentów, portfela, nawet głupiej chustki do nosa. Ślady wokół, owszem, były, ale rozmyte przez wodę. A wyżej, skąd mogliby ewentualnie pobrać odciski, znaleźli ich stanowczo za dużo. Zdeptane przez dziesiątki spacerowiczów, mogły należeć do kogokolwiek. January zaproponował, żeby przeszli się trochę po okolicy i sami zorientowali w topografii miejsca, gdzie została znaleziona dziewczyna.

— Zaginięcia — rzucił January.

— Jasne. Sprawdzimy — zapewniła go szybko Magda.

— Dowiedziałabym się więcej o tym wędkarzu. — Aneta zapaliła papierosa.

— Myślisz, że on ją załatwił? — zdziwiła się Magda.

— Skąd mogę wiedzieć? Na tym etapie podejrzewam wszystkich — burknęła.

— Ale jeżeli mówił prawdę… — wtrącił January.

— Nikt jej nie mówi — mruknęła Aneta.

— Jeżeli mówił — powtórzył dobitnie January— to znaczy, że ciało znalazło się tutaj mniej więcej między północą a czwartą rano.

— Zginęła tutaj? — chciała wiedzieć Magda.

Przyjechała prosto z sołectwa, drzwi otworzył w końcu miejscowy ślusarz, i zdążyła dowiedzieć się tylko tyle, że będą badać sprawę morderstwa kobiety.

— Czekamy na wyniki od Kiljańczyka — przypomniał January. — Ale badanie terenu to wykluczyło. Technicy nigdzie w okolicy nie znaleźli śladów krwi. Ani śladów walki.

— Park jest dość spory… — zauważyła Magda, rozglądając się wokół.

Zbliżała się pierwsza, dzień był słoneczny i upalny, alejki zapełniły się spacerowiczami. Pomału robiło się tłumnie. Oprócz matek z dziećmi, rowerzystów i biegaczy dostrzegli rodziny arabskie, ukraińskie, wietnamskie… Niektórzy rozkładali się z piknikiem nad jeziorkiem, inni szykowali grilla na górce, której część przeznaczona była dla narciarzy. Słychać było muzykę i głośne rozmowy. Panował nastrój letniskowy.

— Parszywa sprawa. — Aneta zgasiła papierosa w mijanym koszu na śmieci.

Zaczęła regularnie palić po śmierci Doroty, jakby w ten sposób chciała zachować pamięć o niej. Sama zdawała sobie sprawę z tego, jak dziwaczny był to pomysł, ale na inny nie wpadła. A papierosy jej zwyczajnie smakowały.

— Na dobrą sprawę trzeba by przesłuchać wszystkich w okolicy. Może ktoś z nich cierpi na bezsenność i widział tych, którzy nieśli ciało do jeziorka.

— Na razie sprawa przypomina wróżenie z fusów — westchnęła Magda i zatrzymała się przy stoisku z kawą. — Chcecie coś? — Obejrzała się na Januarego i Anetę.

Pokręcili przecząco. Zamówiła kawę u chłopaka prowadzącego bike cafe, kawiarnię na rowerze.

— Przyjemna praca… — zauważyła. — Na powietrzu, na rowerze, w parku…

Chłopak się skrzywił.

— Każdy jakoś orze, nie?

Nie zaprzeczyła.

— To raczej spokojne miejsce, prawda?

— No… Raczej tak. Ale ludzie są podli.

— Różni bywają. Coś się stało?

— Lód mi w nocy ukradli. Po co komu lód?

— Może się roztopił? — zasugerowała Magda, odebrała kawę i przyłożyła kartę kredytową do czytnika.

— To zostałaby woda, nie? A tak to nie miałem jak robić zimnych napojów. Złośliwi tacy.

— Współczuję.

Odeszła, zostawiając chłopaka z jego zadawnionym już problemem. January i Aneta oddalili się nieznacznie. Przyspieszyła.

January zatrzymał się przy plakacie wiszącym na drzewie. Zapowiadał przedstawienie teatralne z Izraela Ludzkość w oszukiwaniu sensu istnienia.

— Chcesz poznać odpowiedź? — Aneta się uśmiechnęła. — Chyba nikt jej jeszcze nie znalazł.

— Nikt jeszcze nie oszukał sensu istnienia? — January również mimowolnie się uśmiechnął.

Aneta dopiero teraz dostrzegła swój błąd. Uniosła zaskoczona brwi.

— Trochę się spóźniliśmy — zauważyła Magda. — Spektakl był wczoraj.

— Właśnie — przytaknął January. — Wczoraj. W nocy. Spójrzcie na datę.

Więc spacer miał jednak jakiś sens.

*

— To cykliczna impreza — wyjaśniał organizator ulicznego festiwalu, w ramach którego odbywało się przedstawienie w Parku Szczęśliwickim. — Robimy ją co roku, w różnych miejscach w Warszawie…

Podjechali do jego biura, miał akurat trochę pracy administracyjnej, od której się dla nich oderwał. Z ulgą, czego nie ukrywał.

— Interesuje nas spektakl z Izraela — wtrąciła Aneta.

— Świetne przedstawienie. — Mężczyzna skinął z uznaniem w jej stronę. — Oparte na motywach utworów pisarzy izraelskich: Amosa Oza, Zerui Shalev, Kereta…

— Chodzi nam bardziej o okoliczności — wtrącił January. — Był pan wczoraj w parku?

— Oczywiście. Musiałem wszystkiego dopilnować. Zawsze jestem.

— O której spektakl się skończył?

— Przed północą. Zanim wszyscy się rozeszli, a my spakowaliśmy scenografię i kostiumy, zrobiła się już pierwsza.

— Widzieliście wtedy kogoś w parku? — zapytała Magda. — Już po rozejściu się widzów?

— Trudno powiedzieć… — Mężczyzna się zamyślił. — Część widzów podeszła do aktorów, żeby im podziękować albo tak po prostu porozmawiać. Może byli wśród nich ludzie, którzy wcale spektaklu nie oglądali? Nie znam ich wszystkich.

— Rozpoznałby ich pan? — zainteresowała się szybko Aneta, na co mężczyzna spojrzał na nią spłoszony. — Szukamy świadków — uspokoiła go natychmiast.

— Nie wiem… Chyba nie. To znaczy chcę powiedzieć, że nie było wśród nich nikogo znajomego… Zazwyczaj przychodzą ludzie z okolicy, z Ochoty, niektórzy dojeżdżają samochodami, ale to już rzadziej. Ja tam nie mieszkam…

— Przedstawienie odbyło się na boisku? — wtrąciła się Magda, a mężczyzna przytaknął. — A gdzie mieliście samochód?

— Podjechaliśmy alejką. Mamy pozwolenie.

Magda spojrzała na Januarego. Alejka, przy której parkowali aktorzy, znajdowała się po przeciwnej stronie stawu, ale niemal dokładnie naprzeciwko cypelka, gdzie kilka godzin później zostało znalezione ciało.

— Widział pan kogoś nad wodą? Kogokolwiek? — zapytała Aneta.

Mężczyzna pokręcił przecząco głową.

— Może w nocy, po przedstawieniu, podjechał jakiś samochód gdzieś niedaleko? — zainteresował się January. — Na parking wokół parku?

— Nie… Ale… — Mężczyzna znów się zamyślił. Po chwili na nich spojrzał. — Może to nic nie znaczy… To znaczy… — zapętlił się. Odetchnął i podjął jeszcze raz: — Mieliśmy już wyjeżdżać, kiedy ktoś skręcił z ulicy w parkową alejkę. Tu nie wolno jeździć, tylko ze specjalnym pozwoleniem. Oślepiły mnie światła. Prowadziłem. Aktorzy siedzieli z tyłu, zmęczeni, niczego nie zauważyli. Samochód natychmiast się wycofał. Może ktoś chciał tylko tutaj zawrócić — zakończył niepewnie.

— Może — przytaknęła mu Magda.

„A może wystraszył się świadka”, pomyśleli wszyscy troje jednocześnie.

— Jaki to był samochód?

— Nie mam pojęcia! Nie wiem nawet, czy był duży, czy mały, jasny, czy ciemny. Wiem tylko, że miał światła. Nic więcej.

Niewiele. Na razie nie wiedzieli kompletnie nic.

*

Gdyby mogła, zdjęłaby z siebie skórę. Słońce piekło niemiłosiernie. Po spotkaniu z organizatorem festiwalu teatrów ulicznych wracali do Komendy Stołecznej Policji. Magda miała poczucie porażki. Niby rzeczywiście nie mogli dowiedzieć się więcej, ale miała wrażenie, że coś im umknęło, coś przegapili. Powinna zwrócić uwagę… Tylko na co?

January zatrzymał się na parkingu, Magda zaparkowała tuż obok. Wysiedli. Nagle poczuła, że wie, co musi zrobić.

— Wracam tam. — Otworzyła drzwi swojego auta.

— Dokąd? — zdziwił się January.

— Do parku.

— Po co?

— Nie wiem… Porozmawiam z ludźmi. Może zapukam do sąsiadów? Tych, których okna wychodzą na alejkę parkową.

— Jedź. — Mężczyzna szedł już w kierunku komendy. — I tak musimy to zrobić. Im szybciej, tym lepiej.

Aneta poszła za nim. Magda wsiadła do samochodu i ruszyła. Wciąż dręczyło ją poczucie winy, że spóźniła się na swoją pierwszą sprawę. Nawet jeżeli nie miała na to wpływu. I nawet jeśli nie musiała tu być, bo formalnie zaczynała jutro. Dla samej siebie musiała zrobić coś, co zatrze pierwsze niefortunne wrażenie.

Powinna dziś zainteresować się mieszkaniem. Powinna wynająć coś dla siebie w Warszawie, na miejscu. Nie będzie przecież codziennie wracać do Nieporętu. Swoje wynajmowane cztery kąty oddała, przeniosła się tymczasem do rodziców, którzy nieoczekiwanie wydawali się jakby mało zadowoleni z tej decyzji. Zapewniła, że to tylko tymczasowo, szuka czegoś na miejscu, żeby mieć blisko do pracy. Może chodziło o Safonę i Persefonę, które pierwszego dnia, by okazać swoje niezadowolenie z przeprowadzki, nasikały na wypieszczoną salonową sofę… Może… A może o to, że tak naprawdę rodzice przyzwyczaili się do życia we dwoje, bez niej? Jakkolwiek było i tak musi znaleźć mieszkanie w Warszawie.

Jadąc wzdłuż parku, nieoczekiwanie dostrzegła samochód, który opuszczał miejsce parkingowe. Przyspieszyła i po chwili zatrzymała auto, co o tej porze nie było proste. Zapadł wieczór, a park pełen był spacerowiczów. Teraz wydawało się, że jest ich jakby więcej. Do rodzin, z których niemal każda mówiła innym językiem — słyszała ukraiński, angielski, hiszpański, niemiecki, arabski — dołączyły zakochane pary. Od strony boiska dobiegła ją muzyka. Dostrzegła prowizoryczną scenę, zaraz pewnie zacznie się tu koncert. Muzyka jej nie interesowała, interesowali ją mieszkańcy domu naprzeciwko parkowej alejki. „Typowe zamknięte osiedle dla bogaczy”, skonstatowała, dzwoniąc do portiera.

— Halo? — usłyszała.

— Policja.

— W sprawie? Ktoś wzywał?

— Szukam świadków.

W słuchawce zaszumiało, zaszemrało i ucichło. Magda rozejrzała się niepewnie. Co teraz? Ma dzwonić jeszcze raz i domagać się wpuszczenia? Nie musiała. Po kilku sekundach stał przed nią ochroniarz, starszy, postawny mężczyzna. Wyciągnęła legitymację.

— Muszę porozmawiać z mieszkańcami, którzy mają okna wychodzące na ulicę.

Przeczytał uważnie jej dokumenty, zanim zdecydował się otworzyć bramę. Weszła.

— Który dom panią interesuje? — zapytał.

Pokazała na budynek stojący na rogu ulicy Drawskiej i Chińskiej Róży.

— Jakieś konkretne piętro?

— Najchętniej wszystkie.

Skinął głową.

— O tej porze powinni być w domach.

— Na to liczę.

Dwie godziny później szczerze żałowała, że nie urodziła się na Islandii. A jeszcze lepiej — na Grenlandii. Całe ubranie miała mokre, włosy od wilgoci poskręcały się w loki, woda kapała z jej czoła niczym z kranu. Obeszła nie tylko budynek, który wskazała ochroniarzowi, ale na wszelki wypadek i sąsiedni. I nie dowiedziała się niczego. Wszyscy w nocy spali. W ciągu dnia ciężko na swoje mieszkania pracowali, noc służyła do odpoczynku, by od rana znów mogli wrócić do walki o pieniądze. Zostało jej jedno, ostatnie mieszkanie. Gdy tam zapukała pierwszy raz, w mieszkaniu na drugim piętrze nikogo nie było. Teraz wróciła i bez wielkiej nadziei zadzwoniła jeszcze raz, raczej po to, by nie mogła zarzucić sobie, że coś przegapiła, pominęła.

Drzwi otworzyła zadbana kobieta koło czterdziestki.

— Policja. — Magda pokazała legitymację. — Szukam świadków.

Taki początek rozmowy z reguły otwierał drzwi. Wszystkich na tyle intrygowało, co wydarzyło się w ich okolicy, że nie tylko zapraszali ją do środka, ale proponowali kawę, herbatę, niekiedy alkohol. Niektórzy dostrzegli poranne zamieszanie przy stawie i policyjne radiowozy, więc tym bardziej chcieli wiedzieć, co się za tym kryje.

— Jakich świadków? — Kobieta pozostała jednak nieufna.

— Szukam kogoś, kto nie spał dzisiaj w nocy.

— Wróciliśmy dopiero…

— Wczoraj! — usłyszała głos nastolatka, dobiegający z głębi domu. — Wróciliśmy wczoraj wieczorem!

Kobieta się zmieszała.

— Tak, oczywiście… Wróciliśmy ze Stanów. Jet lag…

— Mogę? — Magda już postawiła stopę między drzwiami a futryną, by nie dać kobiecie czasu do namysłu, po którym na pewno by ją wyprosiła.

Ta z wyraźną niechęcią otworzyła szerzej drzwi, wpuszczając policjantkę do wnętrza. W ogromnym przedpokoju stał chłopak, mniej więcej piętnastoletni, i przyglądał się Magdzie z ciekawością.

— Naprawdę jest pani policjantką? — zdziwił się.

Magda miała na sobie dżinsy i luźny T-shirt.

— Aha. I szukam świadków.

— Ekstra!

— Jacek! — skarciła syna kobieta.

— Chodzi mi o dzisiejszą noc. Jak rozumiem, wtedy wróciliście do domu. O której?

— Koło północy.

— Tylko pani i syn?

— I mąż. Ale natychmiast poszedł spać. I wstał dopiero koło drugiej po południu.

— Ja nie spałem! — wykrzyknął Jacek.

— Gdzie jest twój pokój? — Pierwszy świadek, który przyznał się do bezsennej nocy. Chociaż znając życie, chłopak mógł kłamać, by zwrócić na siebie uwagę.

— Tutaj. — Wskazał na drzwi i je otworzył.

Magda zajrzała. Miał widok na ulicę i na… alejkę. Nie może go teraz spłoszyć, żeby nie zaczął konfabulować.

— Działo się coś w nocy?

— A co miało się dziać? — Wzruszył ramionami. — Nuda była.

— Chodzi mi o wszystko, co widziałeś. Patrzyłeś w ogóle przez okno?

Chłopak zerknął niepewnie, a zarazem z wyrzutem na matkę.

— Mama zabrała mi telefon i laptopa, to co miałem robić?

— Opowiedz mi teraz wszystko, co pamiętasz. Wszystko.

Chłopak spojrzał zdumiony na Magdę.

— Wszystko, wszystko?

— Wszystko, wszystko.

— No to sąsiedzi z dołu, z parteru, wrócili z parku, coś tam było, światła błyskały…

To wiedziała. Oglądali izraelskie przedstawienie. Natychmiast po zakończeniu przyszli do domu, zasnęli i niczego nie zauważyli.

— Potem kręciło się tam trochę osób, ale dokładnie nie widziałem, bo to daleko…

Magda słuchała w napięciu.

— Później jakiś palant próbował tu wjechać, o, w tę alejkę. — Pokazał w kierunku alejki parkowej.

— Jaki palant? Jak wyglądał samochód?

— Duży i jasny. Nie wiem, jaka marka. Mercedes, Kia albo Hyundai. Albo jeszcze coś innego.

— Widziałeś kogoś w środku?

— Prowadził facet. Chyba facet. W każdym razie miał krótkie włosy i taki raczej przy sobie. No. Bary takie miał. Oprócz niego wydaje mi się, że były jeszcze dwie osoby. Ale ich już tak dokładnie nie widziałem. To znaczy to niekoniecznie byli ludzie. Może tobołki.

— Jak mogłeś cokolwiek zobaczyć? — włączyła się do rozmowy przysłuchująca się im z progu matka.

— Tamci z parku wyjeżdżali i oświetlili ich na chwilę. Facet wycofał i odjechał.

Magda wypuściła powietrze. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że słuchając chłopaka, przestała oddychać.

— Rozpoznałbyś tego faceta?

— Twarzy nie widziałem.

— Co było potem?

— Ten z parku odjechał. A ten biały ruszył… O, gdzieś tam… — Machnął ręką w stronę pętli autobusowej. A więc miejsce tuż obok cypelka. — I wtedy wpadła matka i kazała mi iść spać. Więcej nie widziałem.

Magda była gotowa zrobić awanturę matce Jacka — przerwała mu obserwację w kluczowym momencie. Kto wie, co by jeszcze zobaczył. Pętli autobusowej nie było stąd, co prawda, widać, cypelka, na którym znaleźli ciało bez głowy, też nie, ale samochód mógł tędy wracać. No trudno.

— Dziękuję. — Magda mimo wszystko się uśmiechnęła. — Bardzo mi pomogłeś.

— A co oni zrobili? — Dopiero teraz zainteresował się chłopak.

— Dowiesz się w swoim czasie.

Mimo widocznego rozczarowania Jacek i tak miał satysfakcję. Uczestniczył w śledztwie. Będzie miał co opowiadać kumplom w szkole. Bo co tam Stany, wszyscy z jego klasy już tam byli…

*

— Miała jakieś dwadzieścia trzy lata, góra dwadzieścia sześć. Mniej więcej, bo mogła przedwczoraj mieć urodziny, jasnowidzem nie jestem… — Kiljańczyk przyjechał z wynikami do komendy stołecznej. Twierdził, że i tak musiał tu przyjść, a poza tym miał po drodze. Siedział teraz przy biurku i swoje wywody zagryzał parówkami. — Zabezpieczyliśmy tkanki, próbki krwi i DNA. Na razie nic z tego nie wynika. No i ten brak odcisków palców…

— Co? — zdziwiła się Aneta. — Jak to?

— A tak to. Już przy pobieraniu marudzili, coś było nie halo.

— Powiesz, o co chodzi? — zniecierpliwił się January.

— Odcięte opuszki palców. Wszystkie. Po odciskach jej nie znajdziecie.

— Fuck.

— Coś jeszcze znalazłeś?

— Co najmniej raz rodziła.

— Kiedy? — zapytała szybko Aneta.

— Diabli wiedzą. Macie musztardę?

January pokręcił przecząco głową, a potem przypomniał sobie, że gdzieś ją schował. Dawno temu, ale powinna jeszcze… Była. W szufladzie. Podał Kiljańczykowi.

— Nie wiem, kiedy rodziła, i nie wiem, czy dziecko żyje. — Z lubością zanurzył parówkę w słoiku. — Jeśli tak, to dzieciak ma nie więcej niż cztery lata.

— Rodziła w szpitalu? — Chciała wiedzieć Aneta.

— Mam ci jeszcze powiedzieć, jakiej dzieciak jest płci i jak ma na imię? — Musztarda spłynęła Kiljańczykowi po brodzie. Wytarł ją. — Skąd mogę wiedzieć?

— Jak umarła? — dociekał January.

— O! Widzisz! — Podniósł parówkę. — I to jest ciekawe. — Zamilkł, by przegryźć. Skrzywił się nagle. — Chleba pewnie nie macie?

Aneta sięgnęła do torby i podała mu bułkę, którą kupiła sobie na wieczór. Nie szkodzi, i tak zamierzała zrobić zakupy w drodze do domu. Kiljańczyk rzucił się na bułkę i niemal całą wepchnął sobie do ust.

— Od rana nic nie jadłem — wybełkotał z pełnymi ustami. — Tylko te trupy i trupy…

— Trupów, mam nadzieję, nie jadłeś? — Aneta uniosła brwi.

— Nie zniżę się do odpowiedzi — odparł z godnością. — Wody!

January zerknął na Anetę i westchnął. Wyszedł i po chwili wrócił z butelką, którą rzucił w kierunku Kiljańczyka. Patolog wypił kilka łyków i wreszcie odchylił się na krześle, zrelaksowany.

— No, od razu lepiej. Wiecie, gdzie można dostać świeże ryby?

— Już nas o to pytałeś — przypomniał January.

Kiljańczyk machnął ręką zrezygnowany.

— Irenka mnie zabije…

— To jak zginęła? — przypomniała Aneta.

— Właśnie. — Patolog się ożywił. — Ślady na ciele wskazują na udział kilku osób… W każdym razie więcej niż jednej.

— Gwałt?

— Nie. Nic seksualnego. Najpierw ją udusili, świadczy o tym stan płuc. Mamy jakieś ślady na szyi, ale ta, jak wiecie, nie jest kompletna. Jest też coś na nadgarstkach, siniaki. Ale nic pod paznokciami.

— Wzięli ją z zaskoczenia?

— Możliwe. Ja wam mówię, co jest, wy wyciągacie wnioski.

— Ile osób brało udział w morderstwie?