Drugi koniec świata - Małgorzata Sobieszczańska - ebook
Opis

Opowieść o tym, że nic nie jest nam dane na zawsze, o dziedzictwie, które nieświadomie w sobie nosimy, o przemijaniu i przebaczeniu.

Nowa powieść autorki bestsellerowych Kilku dni lata

Jest rok 1938. W Mirabilii pod Nowogródkiem mieszkają obok siebie Polacy, Białorusini, Tatarzy i Żydzi. Są wśród nich gospodarze, jest pisarz ikon, żydowski skryba, szeptucha i jurodiwy. I dwie siostry – Olga, która chce tylko przyzwoicie przeżyć swoje życie, oraz Joanka, marząca o tym, by zostać aktorką. Świat, który miał trwać wiecznie, nieoczekiwanie kończy się we wrześniu 1939 roku, gdy do Nowogródka wkraczają Rosjanie. 

Kilkadziesiąt lat później, we współczesnej Warszawie, poznajemy Joasię, wnuczkę jednej z sióstr. Skończyła właśnie wydział aktorski i walczy o pracę w zawodzie. Śni jej się wielka kariera, a tymczasem nie zawsze stać ją na opłacenie czynszu. Nieoczekiwanie otrzymuje propozycję zagrania epizodu w filmie fabularnym. Wszystko jednak przebiega zupełnie inaczej, niż przypuszczała… 

Drugi koniec świata to opowieść o pasji i sile przetrwania na przekór wszystkiemu, o sztuce i miłości, o naszej bezradności wobec zła i ulotności istnienia. Czy sami kształtujemy nasz los, czy jest on już zdeterminowany genami, miejscem i czasem urodzenia? 

Przedwojenny Nowogródek i tętniąca życiem współczesna Warszawa – w nowej powieści Małgorzaty Sobieszczańskiej te światy doskonale się przeplatają. Autorka po raz kolejny udowadnia, że jak mało kto potrafi pisać o ludziach, ich sile, wytrwałości, marzeniach i namiętnościach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 555

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA
Redakcja: PAULINA ORŁOWSKA-BAŃDO
Korekta: EWA KOCHANOWICZ, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, BARBARA TURNAU
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl
Zdjęcie na okładce: © Tijana Moraca / Trevillion Images
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Infomarket
© Copyright by Małgorzata Sobieszczańska © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2017
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05983-8
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

6.

Zimę i wiosnę trzydziestego dziewiątego roku Joanka spędziła z Olgą w Nowogródku. Kilka lat wcześniej rodzice kupili niewielkie mieszkanie przy ulicy Sportowej, blisko rynku, by córki mogły bez przeszkód chodzić do swoich szkół. Przez ostatnie dwa lata mieszkały tu z Weronką, tego roku Olga dostała w styczniu pracę sekretarki w Urzędzie Wojewódzkim i rodzice uznali, że jest wystarczająco dorosła, by samodzielnie opiekować się młodszą siostrą. Sami zostali na zimę w Mirabilii. Jeśli tylko pogoda pozwalała, w sobotę Kazimierz przyjeżdżał po córki i odwoził je z powrotem do mieszkania w Nowogródku w niedzielę po mszy. Joanka była zachwycona, mogła bez przeszkód i ciekawskiego ucha Helki ćwiczyć z Olgą fragmenty nie tylko Księcia niezłomnego, ale także Szekspirowskiego Hamleta czy Fausta Goethego. Olga lubiła te wieczory ze wspólną recytacją. Joanka wybierała bohatera i domagała się, by Olga czytała kwestie pozostałych postaci. Wkrótce obie znały dramaty na pamięć. Czasami wpadała do nich Lilka, przyjaciółka Olgi, zawsze elegancka i pełna najnowszych wiadomości o tym, kto z kim zamierza się żenić i jakie kapelusze są najmodniejsze w tym sezonie w Warszawie. Olga nie interesowała się modą, plotki też puszczała mimo uszu, ale towarzystwo Lilki sprawiało jej przyjemność, bo przyjaciółka była wesoła, pogodna i ogólnie życzliwa światu. Kiedy dowiedziała się, że Joanka chce zostać aktorką, natychmiast uznała, że musi się tym zająć. Aktorki po pierwsze i najważniejsze, zdaniem Lilki, są zawsze dobrze ubrane. Przerabiała więc dla Joanki swoje stare sukienki, znajdując w tym zajęciu sporo frajdy. A Joanka była wdzięcznym modelem, szczupła i drobna, poddawała się Lilce bez zastrzeżeń. Wkrótce szafa w pokoju Joanki była pełna sukienek jasnych, ciemnych, wieczorowych, popołudniowych, letnich i zimowych.

Joanka postanowiła, że w tym roku na świadectwie będzie miała wyłącznie oceny bardzo dobre. Do tej pory na ocenach jako takich jej nie zależało, teraz miały udowodnić rodzicom po pierwsze, że może mieszkać sama z Olgą, a po drugie miała nadzieję, że dzięki nim może nie będą tak protestować, gdy w październiku pójdzie na spotkanie z Juliuszem Osterwą. Do tematu jej przyszłości ani Weronka, ani Kazimierz przezornie nie wracali, mając cichą nadzieję, że córka sama o nim z czasem zapomni. Mogli jeszcze przymknąć oko na udział Joanki w wystawianych w Białej Farze jasełkach, w których grała Marię, mogli ostatecznie zaakceptować to, że ich córka recytuje poezję Mickiewicza w otwartym niedawno muzeum poety, ale z całą pewnością gdyby dowiedzieli się, że Joanka poważnie przygotowuje się na spotkanie z Osterwą, wzbudziłoby to ich zdecydowany sprzeciw. Joanka tymczasem z trzpiotowatej stała się poważna i znacznie bardziej powściągliwa w okazywaniu uczuć i emocji, czytanie dramatów i studiowanie książki Stanisławskiego pochłaniało ją na tyle, że razem ze szkołą i udziałem w amatorskich akademiach nie zostawiało czasu na nic innego.

Tak nadeszło lato. Joanka po odebraniu świadectwa wróciła do Mirabilii, Olga została w mieście sama. Mieszkanie bez siostry zrobiło się puste, wieczory samotne, kiedy więc Lilka oświadczyła, że organizuje wieczorek taneczny, przyjęła zaproszenie z ochotą. Nawet poświęciła więcej czasu na przygotowanie, wybrała jedną z sukienek Joanki, letnią, nieco za dużą na siostrę, dla niej zaś wystarczająco odpowiednią, zakręciła wałki na włosach, które na co dzień spinała w kok, a tym razem rozpuściła na ramiona. Przyszła wcześniej do Lilki, by pomóc jej w przygotowaniach, ale okazało się, że wszystko jest już gotowe, przyjaciółka natomiast uznała, że koniecznie musi jej zrobić makijaż. Olga broniła się nieudolnie i za mało stanowczo, została posadzona na krześle, a Lilka kilkoma sprawnymi ruchami zmieniła jej twarz, podkreślając brwi i wydłużając rzęsy. Olga nie była klasyczną pięknością jak jej młodsza siostra, miała surowe rysy, głęboko osadzone oczy, wyraźne kości policzkowe, nieduży, dość ostry nos i wąskie usta. Nie przyglądała się nigdy sobie, uznając to za stratę czasu. Ale po poprawkach Lilki musiała przyznać, że wyglądała przynajmniej interesująco.

Wkrótce przyszli goście. Olga wszystkich znała, niektórych całkiem dobrze, innych przelotnie. Lilka włączyła płytę, rozległ się głos Wiery Gran, śpiewającej Tango Notturno. W salonie, z którego usunięto meble, tworząc miejsce do tańca, zawirowały pierwsze pary. Olga odsunęła się pod ścianę, blisko okna, odmówiła tańca Antkowi, koledze z pracy, wymawiając się bólem głowy, wolała się przyglądać, niż brać udział w zabawie. Wciąż przychodzili nowi goście, w salonie zrobiło się gwarno, hałaśliwie, ktoś przesunął igłę na płycie w gramofonie, ponownie rozległy się dźwięki tanga: „o tobie śniłam wciąż, kiedy tango notturno cicho brzmiało z oddali, niosąc tęskną swą pieśń”... I wtedy go zobaczyła. Stał w drzwiach salonu, rozglądając się leniwie. Mimo że widziała go tylko raz i od tego czasu minęło kilka miesięcy, natychmiast go rozpoznała. Ręce trzymał w kieszeniach, patrzył na wszystkich z nieukrywanym lekceważeniem. Zatrzymał na chwilę wzrok na Oldze, ale nic nie wskazywało na to, by ją poznał, obojętnie spojrzał w drugą stronę. Olga odwróciła się szybko, jej oddech zrobił się płytki. Co on tutaj robił? Skąd się wziął?

– Zatańczymy? – usłyszała nagle.

Stał tuż przy niej.

– Głowa mnie boli.

Złapał ją stanowczo za łokieć i wyciągnął na środek salonu. Szarpnęła się, ale trzymał ją silnie.

– Po co przyszłaś tu z bólem głowy?

Poddała się, nie chciała robić zamieszania. I tak zauważyła, że kilka osób, w tym Lilka, zerka ciekawie w ich stronę. Zacisnęła wargi.

Tańczył świetnie, znacznie lepiej niż ktokolwiek, kogo znała, ciekawe, gdzie się tego nauczył, pomyślała. Kiedy tango dobiegło końca, zdecydowanie odsunęła się, bez słowa odwróciła i odeszła. Nie oglądając się za siebie, opuściła mieszkanie Lilki.

Dopiero gdy znalazła się na ulicy, odetchnęła. W ciemności rozjaśnionej światłem latarni rozlegały się śmiechy, muzyka i toasty. Zbliżał się koniec sierpnia i mieszkańcy Nowogródka, na przekór alarmującym artykułom w gazetach i wiadomościom w radiu, hucznie się bawili, świętując zakończenie wakacji.

– Zabawa jeszcze się nie skończyła – złapał ją mocno za ramię.

Podskoczyła spłoszona. Nie zauważyła go wcześniej, musiał wybiec za nią. Spojrzała mu w oczy.

– Dla mnie tak.

– Co z tobą nie tak?

– Ze mną? Może z tobą?

Uniósł brwi. A potem przyciągnął ją zdecydowanie i znowu próbował pocałować. Wyrwała mu się.

– Nie rozumiesz słowa „nie”?!

Na szczęście dla niej ktoś akurat wyszedł z domu, przy którym stali. Puścił ją. Oczy zwęziły mu się ze złości. Odepchnął ją.

– Jeszcze będziesz mnie prosić, żebym cię chciał.

Odwróciła się i odeszła. Czuła się okropnie, upokorzona i bezradna. Zagryzła mocno wargę.

Wróciła do mieszkania przy Sportowej, ale nie zapaliła światła. Siedziała po ciemku, usiłując opanować wzburzenie. I zrozumieć, dlaczego czuje się aż tak poruszona. Jak to możliwe, że jednocześnie fascynował ją i wywoływał odrazę. Jego dotyk sprawiał jej przyjemność i zarazem wzbudzał wstręt. Czy można kogoś w tym samym czasie pragnąć i odczuwać do niego niechęć? Nie potrafiła rozeznać się w swoich uczuciach, czuła wewnętrzny chaos. Postanowiła o nim zapomnieć. Tak, tak właśnie zrobi. Olga zdecydowanie wstała, weszła do łazienki i dokładnie umyła twarz, chcąc zmazać wspomnienie obu spotkań.

*

Na ścianie wisiał wielki portret Włodzimierza Iljicza Lenina, którego podobiznę znało każde dziecko w utworzonym zaledwie kilkanaście lat wcześniej Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. On pierwszy rzucił się w oczy Joachimowi, gdy wszedł do sali. Nieopodal portretu stał obecny przywódca kraju, rozglądał się zadowolony, sumiaste wąsy poruszały się, gdy zabierał głos, Joachim nie mógł oderwać od niego wzroku. Imponował mu i napawał niechęcią zarazem. Jako sprzymierzeniec był jednak nie do przecenienia. Ruszył w stronę stołu, przy którym czekał na niego premier i komisarz spraw zagranicznych, Wiaczesław.

Joachim sztywno podał mu dłoń. Wiaczesław stanowił jego całkowite przeciwieństwo: niższy, dość pulchny, z okrągłą, uśmiechniętą twarzą, wąsami, które strzygł na podobieństwo przywódcy swojego kraju, przywodził na myśl tych wszystkich wujków, którzy pobłażliwie i dobrotliwie poklepują po ramieniu, pytając „co w szkole”, a potem nie słuchają odpowiedzi. Joachim i Wiaczesław dyskretnie lustrowali się nawzajem, w ich spojrzeniach – na przekór słowom o przyjaźni i współpracy – czaił się lęk i pogarda. Dzieliło ich wszystko – narodowość, pochodzenie, mentalność – połączyła ta jedna sierpniowa noc w Moskwie. Wiaczesław, syn rosyjskiego kupca, wskazał Joachimowi, synowi pruskiego podpułkownika, miejsce przy stole, podał mu z uśmiechem długopis.

Żadnemu nie zadrżała dłoń, gdy podpisywał dokument eufemistycznie nazwany „paktem o nieagresji”, który w praktyce dawał przyzwolenie na agresję właśnie. Tym samym Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow przypieczętowali los milionów obcych sobie ludzi.

*

– Wyszłaś wczoraj tak szybko, nawet nie zauważyłam kiedy. – Lilka wpadła koło południa, jak zawsze w świetnie dobranej sukience i nienagannym makijażu.

Olga wstawiła wodę na piec, zapałki się kończą, zauważyła, musi kupić nową paczkę. Przygotowała dzbanek na kawę i dwie filiżanki. Na koszulę nocną miała narzucony naprędce szlafrok. Całą noc przewracała się w łóżku, zasnęła dopiero nad ranem, obudziło ją nadejście przyjaciółki.

– Głowa mnie rozbolała.

– Kto to był? Ten chłopak, z którym tańczyłaś? – chciała wiedzieć Lilka.

Olga spojrzała zdumiona.

– Myślałam, że ty będziesz wiedziała? W końcu to twój gość.

– Nie mam pojęcia, kto go przyprowadził. Pytałam chyba już wszystkich.

– To skąd się wziął?

Lilka wzruszyła ramionami.

– Pierwszy raz w życiu go widziałam. Przystojny, prawda?

– Tak sobie.

Lilka uśmiechnęła się i pokręciła głową.

– Oj, przystojny, nie powiesz chyba, że tego nie zauważyłaś. Szkoda, że wyszedł tak wcześnie... Nie zdążyłam z nim porozmawiać. Chętnie dałabym się zaprosić na kawę.

Lilka dość lekko, by nie powiedzieć frywolnie, traktowała chłopców, dawała się zapraszać do kawiarni albo do kinoteatru, a potem równie lekko odmawiała kolejnych spotkań. Traktowała to trochę jak sport, lubiła czuć się adorowana, podziwiana, uwielbiała, gdy stali pod jej domem, podrzucali listy i drobne podarunki. Czasami wzdychała, że chciałaby się wreszcie zakochać, tak naprawdę, na poważnie, żeby zapomnieć przy kimś o całym świecie.

– Lepiej nie.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Czuję, że trzeba trzymać się od niego z daleka.

Lilka machnęła lekceważąco ręką.

– Przesadzasz – i natychmiast zmieniła temat, zniżając głos. – Wyobraź sobie, że Michał...

Sąsiad Lilki od lat beznadziejnie się w niej kochał, a ona konsekwentnie go odrzucała. Nie było w tym nic dziwnego, Lilka była córką zamożnych ziemian, właścicieli dwóch wsi, a Michał – synem dozorcy. Na początku ją adorował i próbował zaprosić do kawiarni, kiedy odmawiała, zmienił taktykę. Chcąc, by go zauważyła, postanowił, że będzie jej utrudniał życie. Poprzedniej nocy wparował na przyjęcie z policjantami, twierdząc, że sąsiadka prowadzi nielegalną sprzedaż alkoholu.

– Poczęstowaliśmy ich winem, a z jednym zatańczyłam walca i dałam się zaprosić dziś na kawę. – Spojrzała na zegarek i otworzyła szeroko oczy. – Co?! Już pierwsza? Lecę, pewnie na mnie czeka!

Lilka wybiegła, powietrze, które zawirowało podczas jej obecności, ponownie znieruchomiało. Woda na piecu nareszcie się zagotowała.

Olga miała nadzieję, że nieznajomy więcej się nie pojawi i nie będzie się tłumaczyła Lilce ze swoich, przeczuć. Tak, na pewno więcej go nie zobaczy, pomyślała, zalewając kawę w dzbanku. Pomodli się o to w Białej Farze.

*

Joanka tego lata nie miała nic przeciwko zajęciom w gospodarstwie, szukała samotności, by w spokoju uczyć się kolejnych wierszy. I tak sadząc buraki, powtarzała Mickiewicza, wyrywając chwasty spomiędzy marchewek, mówiła wierszami Słowackiego, pieląc kapustę, recytowała Puszkina. Tego ranka, kiedy Lilka odwiedziła Olgę, ona prowadziła krowy z obory na pastwisko. Idąc za nimi z witką w jednej ręce, drugą wygrażała w stronę niewidzialnego rozmówcy, cytując Goethego.

„Jeśli się kiedyś w gnuśnym śnie pogrążę,

To niech przepadnę w jednej chwili!”[3]

Gdzie leziesz?

Jedna z krów, spłoszona jej gniewnym tonem, zrobiła znienacka krok w bok, prosto w porzeczki.

„Jeśli mnie kłamstwem w wir rozkoszy wciągniesz!”...

Joanka szła dalej, a tymczasem jej podniesiony głos obudził śpiącego w krzakach porzeczek mężczyznę. Rozglądał się, nie rozumiejąc, co też przerwało mu drzemkę.

„Jeśli pochlebstwem zdołasz tak mnie zmylić,

Że zacznę się zachwycać sobą samym”...

Dopiero teraz zauważył odchodzącą drogą Joankę. Starał się nie oddychać, by nie odkryła jego obecności. Z przedstawienia, którego stał się nieoczekiwanym widzem, nie chciał uronić ani słowa.

„To dokąd zechcesz, za tobą podążę!”

Z wyciągniętymi w górę dłońmi wyglądała niczym anioł gniewu. Uśmiechnął się do siebie, gdy to porównanie przyszło mu do głowy. W ogóle cała sytuacja wydała mu się absurdalna i zabawna jednocześnie. W całym swoim życiu nie spotkał jeszcze pastuszki recytującej wiersze krowom.

– No, gdzie idziesz?!

Joanka zmieniła ton głosu i uderzyła lekko witką w bok krowy, która skręciła w stronę rosnących w rowie kwiatów. Mężczyzna czekał, aż dziewczyna zniknie z krowami za zakrętem. Dopiero wtedy odważył się nabrać powietrza i powoli wstał, wytrzepując z włosów trawę i gałązki.

Ruszył w przeciwną stronę niż Joanka z krowami, przeciął placyk, przy którym stała kaplica i skręcił w stronę domu Anastazji. Nie pukając, nacisnął klamkę i wszedł do środka. Anastazja kręciła się po kuchni, przygotowując obiad. Mężczyzna stanął w drzwiach, oparł się o framugę. Anastazja odwróciła się i gdy go zauważyła, z wrażenia wypadł jej z ręki nóż.

– Andriusza... – wyszeptała. – Przestraszyłeś mnie.

Usiadł przy stole.

– Głodny jestem.

– Miałeś tu nie przychodzić.

– Poczęstujesz mnie obiadem?

Anastazja przyglądała mu się z wahaniem. Po chwili sięgnęła po talerz, nałożyła porcję kartofli, do kubka nalała mleko.

– Dziękuję, babciu – uśmiechnął się kwaśno, sięgnął po łyżkę i zabrał się z zapałem do jedzenia.

7.

Joanna zerknęła dyskretnie w stronę okna: słońce już zachodziło, czerwone promienie przenikały przez białe firanki, kładąc się na półkach biblioteczki. Z podwórka pod domem słychać było głosy bawiących się dzieci i nawoływania ich matek, po chwili wszystko umilkło, pewnie matki zabrały dzieci do domów na kolację. Uwagę Joanny przyciągnęło drzewo, za oknem widziała jego koronę, gałęzie i poruszane delikatnym wiatrem te resztki liści, które oparły się jesieni – zastanawiała się, jak udało mu się uniknąć ścięcia; na podwórku, przy którym wynajmowała pokój, już kilka lat wcześniej wszystkie drzewa zostały wykastrowane.

– Napijesz się wina?

Podniosła głowę. Nad nią stał Romek, gospodarz imprezy, z butelką w jednej ręce i kieliszkiem w drugiej. Uśmiechał się zachęcająco. Skinęła. Podał jej pełny kieliszek i odszedł do siedzącej w pobliżu stołu pary.

– Ale jakich on używa słów! – unosiła się dziewczyna.

– Raczej zestawień – skorygował ją chłopak.

– Przyznaj, że nikt tak nie pisze.

– Same słowa to za mało – skrzywił się chłopak, biorąc od Romka kieliszek z winem. – Ważne jest, co oznaczają. Czy to ma sens?

– Twoim zdaniem nie ma?

Joasia przeszła w stronę kuchni.

– Widziałeś jej ostatnie przedstawienie? – usłyszała męski głos.

– Moim zdaniem zdecydowanie za dużo formy, za mało treści – odpowiedział mu inny mężczyzna. – I skręca w stronę publicystyki.

– Zawsze miała takie inklinacje. Już od studiów...

– Ale Zbrodnię i karę zrobiła brawurowo!

W drzwiach kuchni Joasia zderzyła się z Romkiem. Uśmiechnął się do niej, niósł półmisek z wędlinami. Przesunął talerz w jej stronę. Pokręciła przecząco głową.

– Nie jem mięsa.

Zdziwił się.

– W ogóle? – Rozejrzał się niepewnie po kuchni i po chwili uśmiechnął się gościnnie, z ulgą, zadowolony, bo znalazł rozwiązanie. – O, jest łosoś...

– Tak, tak, weź sobie rybkę – jakaś dziewczyna podsunęła jej talerz z wędzonym łososiem.

– Ryb też nie jem.

– Nie? – zmarszczyła brwi.

Joanna pokręciła przecząco głową, sięgnęła po pieczywo i skubała je, popijając winem. Wszystko mija, przypomniała sobie. Ten wieczór też za chwilę stanie się przeszłością. Chleb był słodki. Poczekała, aż rozpuści się na języku.

Romek odszedł z półmiskiem do pokoju. W kuchni było niedużo osób, trzech chłopaków i dziewczyna, która zaproponowała jej łososia. Wszyscy palili. Joasia sięgnęła do torebki po paczkę, został jej ostatni papieros, zawahała się. Bardzo lubiła Romka, którego poznała w Akademii Teatralnej – gdy ona była na wydziale aktorskim, on równolegle studiował wiedzę o teatrze. Goście na imprezie to głównie znajomi z jego kierunku, znali się z widzenia, w czasie studiów czasami zamienili parę zdań i tyle. Teraz była zbyt zmęczona, by wchodzić w nowe relacje, zbyt skoncentrowana na filmie, w którym miała zagrać, by zajmować się książkami, których nie przeczytała, albo przedstawieniami, których nie widziała. Nie chciała robić przykrości Romkowi. Wyszła ukradkiem do przedpokoju, nikt nie zwrócił na nią uwagi, sięgnęła po kurtkę.

– Już wychodzisz? – zdziwiła się jakaś dziewczyna, która nagle zmaterializowała się obok niej. Joasia poznała ją, była z roku Romka.

– Wyskoczę tylko po fajki. Zaraz wracam.

Dziewczyna skinęła nieuważnie i odeszła do kuchni. Joasia ostrożnie otworzyła drzwi i wymknęła się na klatkę. Odetchnęła.

Schodząc, pomyślała, że zadzwoni jutro do Romka i przeprosi, że tak wcześnie wyszła, zrzuci to na zmęczenie. Może umówią się na spotkanie na mieście. Ruszyła przed siebie pustą boczną uliczką Wilanowa. Śnieg, który padał jeszcze poprzedniego dnia, leżał wciąż na poboczu, chodnik był śliski, musiała ostrożnie stawiać kroki.

Dotarła do głównej ulicy, skręciła na stację benzynową, wygrzebała z portfela pozostałe drobniaki, przypomniała sobie, że w lodówce został jeszcze pomidor i trochę twarogu, jakoś przeżyje. A papierosy chce palić. W budynku oprócz chłopaka z obsługi był tylko jeden klient, przy kasie, odwrócony do niej plecami. Stanęła za nim. Widziała, jak wyjmuje z kieszeni pieniądze i kładzie je na ladzie. Są ludzie, którzy nie mają kłopotu ze zdobywaniem kasy, westchnęła w duchu z zazdrością. Miał szczupłe, zadbane dłonie człowieka, który nie pracuje fizycznie. Zgarnął resztę i wsunął ją do kieszeni. Joanna przesunęła się w stronę lady, wyrzuciła na blat drobniaki, zabrzęczały głośno.

– Poproszę paczkę marlboro.

– Joasia? – usłyszała zdumione pytanie.

Spojrzała na chłopaka, który przed chwilą stał przed nią. Gdzieś go widziała, całkiem niedawno...

– Damian. Jestem drugim operatorem.

Przypomniała sobie, był na zdjęciach próbnych, które miała po przymiarce kostiumu. Nie zwróciła wtedy na niego uwagi, zajęta rozmową z drugim reżyserem i charakteryzatorką. Ale też nie był typem, który zwracał na siebie uwagę, spokojny i cichy, trzymał się trochę z boku. Nie spodziewała się, że ją zauważył i zapamiętał. Uśmiechnęła się do niego.

Wyszli z budynku stacji.

– Jak przygotowania do filmu? – zagadnęła.

Wzruszył ramionami.

– W porządku. Sprawdzamy teraz lokacje. Gdzie stoisz? – rozejrzał się w poszukiwaniu drugiego auta na pustej stacji.

– Tutaj – uśmiechnęła się, pokazując na siebie. – Przyszłam pieszo – wyjaśniła, widząc jego niepewną minę.

– Mieszkasz w okolicy?

– W centrum. Byłam u znajomych.

– Podrzucić cię? Jadę na Żoliborz, centrum mam po drodze.

Skinęła potakująco. Dzięki Bogu, że na niego wpadła i że jest taki uczynny. Wsiadła do starej toyoty. Damian ruszył.

– Za chwilę będzie ciepło – spojrzał na nią niepewnie.

Machnęła lekceważąco ręką.

– I tak jest cieplej niż na zewnątrz.

Po tych słowach zapadła cisza. Joanna zerknęła na niego. Prowadził ostrożnie, skupiony na drodze. Patrzyła na jego profil, nie był specjalnie przystojny, ale nieoczekiwanie dla siebie Joanna odkryła, że czuje się w jego towarzystwie swobodnie i bezpiecznie. Nawet w tej ciszy, nie miała potrzeby jej zagadywać. Damian odwrócił się, przechwycił jej wzrok i uśmiechnął się ciepło.

– Wiesz, że kamera cię lubi?

– Obawiam się, że ja lubię ją bardziej.

Roześmiał się.

– To trzeba było iść na operatorkę.

– Chyba koparki.

– Grałaś już w filmie?

– Nie. A ty? Zrobiłeś już film?

– Tylko etiudy.

Rozmawiając, podjechali pod kamienicę przy Wspólnej, w której wynajmowała pokój.

– Fajna miejscówka – stwierdził Damian, rozglądając się po okolicy.

– Chcesz zobaczyć mieszkanie? – zapytała nieoczekiwanie.

Spojrzał na nią. W pytaniu kryła się zupełnie inna propozycja i obydwoje o tym wiedzieli. W swobodną atmosferę w starej toyocie wkradło się naraz napięcie. Po chwili Damian przekręcił kluczyk w stacyjce, wyłączył silnik.

– Jasne.

W pustej klatce schodowej słychać było tylko ich ostrożne kroki i przyspieszone oddechy. Beaty i Anki nie było, obie wyjechały na weekend do rodziców, Anka była z Radomia, Beata ze wsi pod Olsztynem. Joanna otworzyła drzwi, zapaliła światło.

Nie patrzyli sobie w oczy, pojawiła się między nimi niezręczność, obydwoje świetnie wiedzieli, po co przyszli do mieszkania, ale teraz to, co przed chwilą wydawało się proste i oczywiste, stało się głupie, za trudne.

– Napijesz się herbaty? – Joanna przypomniała sobie, że jest gospodynią.

– Chętnie – Damian z ulgą przyjął propozycję.

Joanna wstawiła wodę w elektrycznym czajniku, wyjęła dwa kubki z Myszką Miki.

– Moja oszczędna matka uznała, że wszystko, co wezmę do Warszawy, na pewno przepadnie. Dała mi rzeczy, które zamierzała wyrzucić... – paplała byle co, trochę się tłumacząc, a trochę walcząc o powrót niezobowiązującej atmosfery.

– Może jednak pójdę... Późno jest.

W tym momencie pstryknął przycisk czajnika, znak, że woda się właśnie zagotowała. Joanna szybko zalała przygotowane herbaty. Dostała szansę, żeby się wycofać, i w pierwszej chwili pomyślała, że tak będzie lepiej. Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

– Po prostu napijemy się herbaty. Zostań.

Damian usiadł na rozchybotanym krześle, które pamiętało czasy realnego socjalizmu. Miał niewyraźną minę, jakby ta niewypowiedziana propozycja wcale się nie pojawiła, a on źle odczytał intencje Joasi i teraz zmagał się z poczuciem winy. Postawiła przed nim kubek z herbatą, sięgnął po cukiernicę, była pusta. Joanna pospiesznie otworzyła szafkę i wyjęła papierową torebkę. Zerknęła do środka i się skrzywiła.

– Cholera – zmięła pustą torebkę i wyrzuciła do kosza.

– Nie szkodzi. Wypiję gorzką.

Joanna otworzyła drugą szafkę. Rozejrzała się i sięgnęła po torebkę z cukrem pudrem. Podała ją Damianowi.

– Częstuj się. Czym chata bogata.

Zerknął pytająco, zaskoczony.

– To dziewczyny, z którą mieszkam. Odkupię jej.

Gdy Damian posłodził, Joanna schowała torebkę do szafki, a potem zdecydowanie wzięła oba kubki i ruszyła w stronę drzwi.

– Chodź. Nie będziemy siedzieć w kuchni.

Damian posłusznie ruszył za nią. Joanna weszła do pokoju, nogą odsunęła ubranie, którego nie zdążyła przed wyjściem schować do szafy, i teraz zagradzało przejście do sofy.

– Opowiedz o sobie – brzmiało jak rozkaz. – Jesteś z Warszawy?

Postawiła kubki na stoliku, sama usiadła na sofie i gestem pokazała Damianowi miejsce obok siebie. Usiadł niepewnie, trochę spłoszony.

– Z Warszawy.

– Super – upiła łyk herbaty i odstawiła kubek z niesmakiem. – Okropna.

– Na szczęście uroda gospodyni rekompensuje niedostatki kuchni... – roześmiał się i atmosfera nagle się rozluźniła.

Damian przejął kontrolę nad sytuacją. Położył rękę na jej kolanie. Pozwoliła na to. Spojrzeli na siebie i musiał zobaczyć w jej oczach jeśli nie zachętę, to przynajmniej przyzwolenie, bo nachylił się i ją pocałował, a potem zdjął jej sweter i rzucił na stertę ubrań pod drzwiami.

Kiedy po godzinie zamknęła za nim drzwi, umawiając się na telefon i spotkanie następnego dnia, miała poczucie, że dobrze się stało, gdy zdecydowała się potajemnie opuścić imprezę Romka. Weszła do łazienki, puściła wodę w prysznicu i podstawiła głowę pod strumień. Odkąd pamięta, pragnęła tylko normalnego życia i zwyczajnego domu, nic więcej. Takiego domu, jaki czasami obserwowała u koleżanek z klasy. Z rodzicami, którzy razem ustalają, kto i co będzie robić, z niedzielnymi obiadami i codzienną wspólną kolacją. Bez awantur i cichych dni, bez chowania się pod łóżko albo do szafy, by stać się niewidzialną. Przypomniała sobie, jak mając chyba pięć lat, po raz pierwszy spakowała torbę podróżną, włożyła tam tylko najpotrzebniejsze rzeczy, piżamę, sweter i ulubioną lalkę. Torba leżała pod łóżkiem. Wyciągnęła ją stamtąd i uciekła jakiś rok później. U rodziców byli wtedy znajomi, świętowali imieniny Roberta, ojczyma, który jeszcze wtedy nie był mężem matki. Nikt nie zwracał na nią uwagi, słyszała śmiechy i głośne rozmowy, potem ktoś włączył muzykę i zaczęły się tańce. Wyszła przez okno na parterze, nawet nie musiała zachowywać się specjalnie ostrożnie, dorośli byli całkowicie zajęci sobą, alkoholem i flirtami. Wybiegła na ciemną ulicę. Mieszkali w bocznej części miasta i wciąż czekali na zamontowanie latarń na ich ulicy. Trochę się wtedy przestraszyła. Tej ciemności i niewiadomej, jaka się w niej kryje. Zawahała się i odwróciła z powrotem w stronę domu. Wtedy zobaczyła twarz ojczyma w oknie, a matka wyszła na taras, krzycząc, żeby palili na zewnątrz, bo jej firanki prześmierdną. Odruchowo skryła się w pobliskich krzakach, a kiedy matka zamknęła drzwi na taras, opuściła kryjówkę i ruszyła przed siebie. Dokądkolwiek. Do babci. Drogę znała na pamięć. Dotarła, gdy zaczynało już świtać. Nie chciała jej budzić, więc położyła się na podłodze w komórce na drzewo, opierając głowę na miękkiej torbie.

Rano obudził ją krzyk babci, która potknęła się o nią, wchodząc po drewno do pieca. Nie rozumiała, co ona tutaj robi, jak się znalazła, zadzwoniła natychmiast do matki Joasi, okazało się, że szukała jej już cała policja w Świebodzinie. Siedziała spłoszona w kącie, obawiając się kary, jaka spotka ją za ucieczkę. Babcia po rozmowie z mamą przytuliła ją i powiedziała, że wszystko będzie dobrze, nie musi się o nic martwić. Zrobiła jajecznicę i kakao, schowane na święta. Kiedy przyjechała matka z Robertem, babcia zabrała matkę do ogrodu i długo z nią rozmawiała, Robert został z nią w kuchni i nie odezwał się ani słowem. Czuła się jak przestępca. Po powrocie do Świebodzina matka zwróciła się do niej z wyrzutem, jak Joasia mogła jej to zrobić, ma dom, którego ona nigdy nie miała i jeszcze jest jej źle. A potem odeszła do sypialni, mówiąc, że boli ją głowa. Robert wyszedł bez słowa, a ona została sama w przedpokoju.

Joanna wciąż pamiętała uczucie zagubienia i samotności, jakie towarzyszyło jej w tamto niedzielne popołudnie w pustym przedpokoju wielkiego domu na przedmieściach Świebodzina. I jeszcze tę pewność, że to ona jest wszystkiemu winna: przez nią mamę boli głowa, a Robert musi wyjść, bo nie może na nią patrzeć, co wypominała jej matka, kiedy potem wychodził coraz częściej.

Freud uważał, że sztuka to sublimacja popędu płciowego. Nie zgadzała się z nim. Sztuka to sublimacja bólu i rozpaczy. Dlatego wybrała aktorstwo. Emocje, które w sobie odcięła, domagały się ujścia, potrzebowały głosu, chociaż mówiła nie swoimi słowami, one nareszcie były prawdziwe.

Może z Damianem uda jej się zbudować dobry dom? Wychodząc spod prysznica, uśmiechnęła się do siebie, sięgając po ręcznik. Jutro go zobaczy. Fajnie. Naprawdę ucieszyła się na tę myśl.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[3] Johann Wolfgang Goethe, Faust, tłum. Adam Pomorski, Warszawa 1999. Wszystkie cytaty z dramatu Goethego pochodzą z tego wydania.