Nie chcę prawdy - Klara Zglińska - ebook + audiobook

Nie chcę prawdy ebook

Klara Zglińska

4,0
19,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wiktor Kiriłłow działa na kobiety i ma tego pełną świadomość. Jego wschodni zaśpiew przykuwa uwagę, a wyniosły, arystokratyczny styl bycia przyciąga jak magnez przedstawicielki płci przeciwnej. Wykładowca kryminalistyki poślubił Olgę, która akceptowała jego skoki na bok i nie robiła scen - doskonale dopasowała się do zasad jego gry. Tak mu się w każdym razie wydawało. Gdy Olga zostaje odnaleziona martwa w pustym mieszkaniu, śledczy zaczną drążyć, jak naprawdę wyglądały relacje pomiędzy małżonkami.

Prawdziwa uczta dla miłośników kryminałów z mocno zarysowanym wątkiem obyczajowym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 480

Oceny
4,0 (47 ocen)
21
13
8
4
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
masza186

Nie oderwiesz się od lektury

świetny debiut👍 bardzo ciekawie zarysowane postacie 😊 bardzo dobrze się czyta i finał jest naprawdę niespodzianką. Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy👍
20
bulpek

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo wciągająca, dobrze wykreowani bohaterowie. Dla mnie jest to bardziej powieść obyczajowa, niż kryminalna.
10
Maadlenm

Nie polecam

Audiobook jest niekompletny, brakuje kilku części.
00
melchoria

Nie oderwiesz się od lektury

Wątek kryminalny owszem wciąga ale ważniejsze jest jego tło, ludzie, ich postawy i przeżycia, które warunkują sposoby zachowań. Bardzo.
00
gaga1405

Dobrze spędzony czas

Po „Nie chcę prawdy”, autorstwa Klary Zglińskiej, sięgnęłam dzięki uprzejmości autorki, od której otrzymałam egzemplarz książki do recenzji. Byłam bardzo ciekawa co kryje się za tą intrygującą okładką.   Małżeństwo Olgi i Wiktora Kiriłłów jest dalekie od ideału. Z pozoru szczęśliwi, uśmiechający się do obiektywu aparatu, w rzeczywistości prowadzą całkowicie odrębne życia, a to co ich łączy to w gruncie rzeczy czysto biznesowy układ. Adelę, będąca zastępcą naczelnego redaktora w Magazynie Kobiecym, łączy z Wiktorem relacja oparta na wzajemnej przyjemności. Jest równocześnie przyjaciółką jego siostry Nadii, na której ślubie ma być świadkową. Pomagając dopiąć dziewczynie zbliżające się wielkimi krokami wesele, przyjeżdża do podlaskiej posiadłości Kiriłłów na przyjęcie przedweselne. Uroczystość sprowadza do willi wielu znakomitych gości, w tym żonę Wiktora, której nie w smak jest obecność kolejnej kochanki małżonka. Sprawy komplikują się, gdy kolejnego dnia Olga zostaje znaleziona martwa ...
00



Klara Zglińska

Nie chcę prawdy

Saga

Nie chcę prawdy

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Redakcja: Aleksander Stańda Korekta: Bogusława Brzezińska

Copyright © 2022, 2022 Klara Zglińska i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728395639

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Kwiecień

Gdy trio Harriet Tubman zaczęło improwizować na scenie, Wiktor Kiriłłow przymknął oczy, by lepiej wczuć się w muzykę. Słuchając, jak gitara Rossa tańczy z basem Gibbsa, myślał o tym, że brzmi to jak rozmowa dwóch dusz. Gdy Lewis wreszcie dołączył z poruszającymi uderzeniami bębna, serce Wiktora zaczęło bić szybciej. Odnalazł rękę Adeli, ale gdy chciał pogładzić jej dłoń, wyrwała się.

– Kurwa, już nie mogę – jęknęła.

Zaskoczony otworzył oczy. Było gorzej niż myślał. Jego przyjaciółka wstała i zaczęła przepychać się między wąskim rzędami krzeseł.

– Możesz zostać – rzuciła na odchodne.

Zdezorientowany Wiktor patrzył, jak jej krągłe pośladki w obcisłej mini zasłaniają scenę kolejnym gościom. Słyszał niezadowolone mlaski, kilka osób rzuciło teatralnym szeptem niewybredne komentarze. Piotr, jego znajomy grający w amatorskim zespole jazzowym, odwrócił się ze swojego pierwszego rzędu i puścił mu oko.

Wiktor szybko ocenił sytuację. Mógł zostać, udawać, że jej nie zna i dalej słuchać koncertu. To byłoby najrozsądniejsze. Wystarczyło jednak krótkie spojrzenie za oddalającą się, pozbawioną gustu muzycznego i etykiety sylwetką, by mieć pewność, że jeśli zaraz nie pójdzie w jej ślady, Adela wyląduje dziś w łóżku kogoś innego. Przełknął ślinę i zaczął szybko przeciskać się w jej kierunku.

Dogonił ją, gdy wyszła z przestrzeni zorganizowanej pod koncert i zamawiała drinka przy barze.

– Jednak wyszedłeś? – Uśmiechnęła się zalotnie. – Przykro mi, że popsułam ci zabawę.

– Było aż tak źle? – spytał swoim śpiewnym głosem, który nie pozostawiał złudzeń, że pochodzi ze wschodu, mimo że po polsku mówił bezbłędnie.

– Jeszcze pytasz?

– Trzeba było powiedzieć, że nie lubisz jazzu.

– Myślałam, że będzie jakieś pianino, trąbka i najwyżej usnę. A to? Oni nie stroją tych instrumentów? Naprawdę nie słyszałeś, jak rzępolą?

Mógłby wytłumaczyć jej, że Harriet Tubman definiuje na nowo podejście do jazzu, ale nie miało to sensu. Objął Adelę w pasie, a ona pocałowała go w usta, ignorując zaciekawione spojrzenie barmana. Gdy jej ciało przylgnęło do niego, wiedział, że podjął jedyną słuszną decyzję.

– Jedziemy do hotelu? – szepnął jej do ucha.

– Do mnie jest bliżej.

Nie było na co czekać. Zostawił stuzłotowy banknot przy nietkniętym drinku i razem skierowali się do wyjścia.

Zaraz za drzwiami Adela zachwiała się. Wiktor przytrzymał ją, by nie upadła. Spojrzeli w dół. Jej wysoki obcas utkwił w nieużywanej od dawna szynie tramwajowej.

– Fuck, nie cierpię loftowych miejscówek – burknęła. Próbował jej pomóc, ale zosia samosia szybko wyswobodziła obcas z szyny i pierwsza ruszyła do jego maserati.

Czasami irytowało go, z jakim uporem nie pozwalała mu być dżentelmenem w swojej obecności. Przecież nie potrafił inaczej. Chociaż poznali się kilka lat temu, spotykali się dopiero od kilku miesięcy, do tego rzadko i niezobowiązująco. Fajny układ – taki, jaki oboje lubili.

Samochód lekko zamruczał, gdy Wiktor odpalił silnik. Kiedy przesuwał skrzynię do pozycji drive, musnął niby przypadkiem jej udo. Uśmiechnęła się zalotnie, ale była wyraźnie rozdrażniona. Nie sądził, żeby wyjście w trakcie koncertu zrobiło na niej takie wrażenie, zwłaszcza że sam już o tym zapomniał. Musiało chodzić o coś więcej. Prowadził w ciszy, czekając aż sama coś powie.

– Czemu nie uprzedziłeś mnie, że Nadia chce mnie wziąć na świadkową? – spytała, gdy mijali Stadion Narodowy. – Zgodziłam się, ale to szalony pomysł.

– To akurat jeden z lepszych pomysłów mojej siostry.

Zaśmiała się, odsłaniając równe zęby.

– Wiesz, że jestem ateistką? A już na pewno nie jestem prawosławna.

– Świadek jest tak naprawdę potrzebny urzędowo. Rozmawialiśmy z batiuszką i się zgodził.

Oderwał wzrok od jezdni i patrzył, jak jego przyjaciółka kręci niepewnie burzą jasnych loków.

– Czyli skrobnę coś na dokumentach i nie będę musiała nic robić?

– Mniej więcej – odpowiedział nie do końca zgodnie z prawdą. W tradycji prawosławnej świadkowie mieli dodatkowe obowiązki, ale nie chciał jej zniechęcić. Poza tym już wyobrażał sobie jej komentarze, gdy dowie się, że w cerkwi nowożeńcom nakłada się korony na głowę.

Czerwiec. Sześć dni do ślubu.

Komisarz Marek Woliński nie był zdziwiony, gdy drugiego dnia konferencji, o siódmej rano zobaczył na wyświetlaczu komórki nazwisko szefa. Zaklął w duchu, miał przed sobą ciekawie zapowiadający się wykład profilera z Katowic. Był i tak mile zaskoczony, że udało mu się wyrwać do Ciechocinka. Poprzedni szef nigdy by się na to nie zgodził. Szczycił się, że nawet szkołę oficerską skończył tylko dla awansów. A co dopiero takie profilowanie! Nowy naczelnik skończył z wyróżnieniem prawo na Uniwersytecie Warszawskim i potrafił docenić interdyscyplinarne podejście do prowadzenia śledztwa.

– Tak, szefie?

Siedział już na łóżku i przecierał zaspane oczy.

– Mamy trupa. Pakuj się do wozu – Marek od razu zrozumiał, że zamiast świeżego powietrza w miejscowej tężni, będzie musiał zmierzyć się z fetorem zwłok. Miał w tym większe doświadczenie, ale jakoś dalej nie udało mu się przyzwyczaić.

– Nikt inny nie może ruszyć dupy? – Próbował się jeszcze bronić. – Potrzebuję ze trzech godzin.

– Bądź za dwie. Prokuratura już wie. Lisiak będzie na miejscu.

Dlaczego znów będę musiał pracować z tym kretynem?

– Co wiemy? – zapytał, powoli przełączając się w tryb pracy. Wszedł już do łazienki, żeby oblać twarz zimną wodą, co było jego sposobem na szybkie orzeźwienie.

– To wygląda na wypadek…

Komisarz z wrażenia upuścił telefon. Był przekonany, że wyrobił sobie na tyle dobrą pozycję, że szef nie wyciągałby go w połowie konferencji w tak trywialnej sprawie.

– Serio? Lisiak sobie poradzi – jęknął, podnosząc smartfon z umywalki.

– Myślę, że jednak chcesz tam być. To Olga Kiriłłow.

Zimna woda nie była mu już potrzebna.

– Wiktor już wie?

– Kazałem Lisiakowi czekać na ciebie. Chcę, żebyś się rozeznał w sytuacji. Jedź prosto do jej mieszkania na Powiślu, wyślę ci adres.

– Nie trzeba.

Woliński wpadł do pokoju, złapał torbę z ubraniami i wybiegł, nie zważając na to, że w łazience zostawił płyn i szczoteczkę do zębów. Rzucił zaskoczonemu portierowi klucz, mówiąc, że już nie wróci i wsiadł do swojej calibry. Komisarz lubił dźwięk, jaki opel wydawał przy ruszaniu. Gdy słyszał ten miły pomruk, od razu czuł się na swoim miejscu. Nacisnął gaz, wyjechał na główną drogę i przyspieszył tak, że czuł zgrzytanie kręgosłupa wbijanego w fotel. Kochał to auto i prawie zapomniał, że dopiero co wydał równowartość trzech pensji na kompletny remont silnika. Pożyczył pieniądze od ojca, który marudził, że nie powinien inwestować w tego grata. Rzucił je jak jałmużnę i tym razem również nie oszczędził mu pogadanki o tym, że powinien wreszcie wydorośleć i skorzystać ze swojego wykształcenia. Ojciec był notariuszem i sam pomysł, żeby jego syn został policjantem, jawił mu się jako przerażający sen. Marek chciał jak najszybciej pokazać mu, na co go stać. Od razu po maturze zgłosił się do służby, ale po wielu kłótniach i pod wpływem łez matki rozpoczął równolegle zaoczne studia prawnicze. Uczelnia nie była tak prestiżowa jak UW, a jego oceny mocno odbiegały od wyobrażeń ojca, ale liczył się papier. Teraz, gdy powoli zbliżał się do czterdziestki, wiedział już, że to była dobra decyzja. Bez wyższych studiów nie dostałby się tak szybko do wydziału kryminalnego, a na pewno nie awansowałby w takim tempie. Mimo tego, że był jednym z najmłodszych komisarzy w kraju, ojciec ciągle traktował jego zajęcie jak wybryk.

Ale w tym momencie komisarz myślał o Oldze. Tak samo jak mąż, była wyniosła i skryta, ale Woliński zawsze uważał, że stoi za tym duma z arystokratycznego pochodzenia. Kiriłłowie pochodzili z przedrewolucyjnej rosyjskiej arystokracji i ciągle wierzyli, że to ma jakieś znaczenie. Dla Olgi było to nawet ważniejsze, niż dla męża. Media okrzyknęły ją drugą księżną Dianą, bo prowadziła szeroką działalność charytatywną – z tego co Woliński kojarzył – skupioną głównie na imigrantach ze wschodu. Razem z Wiktorem wyglądali idealnie w prasie i telewizji, chociaż już z dziesięć lat temu Olga wyprowadziła się z Podlasia do Warszawy. Mimo że ciężko było mu w to uwierzyć, nie wydawała się zainteresowana romansami męża, które zresztą były przypadkowe i czysto fizyczne. Na pozór para idealna, była taką w istocie, tylko gdy widywali się rzadko i nie wchodzili sobie w drogę.

Wydawało się, że Olga Kiriłłowa miała wszystko.

Dokładnie to samo powiedział prokurator Trojanowski, którego komisarz w ostatniej chwili złapał na miejscu zbrodni.

– Ale to widać nie jest takie proste, odsetek samobójstw wśród bogaczy jest wyższy niż wśród przeciętnych Kowalskich – powiedział mu tamten.

– Tak myślicie? Zabiła się?

– Może się zabiła, może zachlała. Rozpytaj delikatnie ludzi, sprawdźcie dowody, jakby to było zabójstwo. Nie możemy dać dupy w takiej sprawie.

– Jasne.

Prokurator pokiwał głową i zrobił krok w kierunku swojego samochodu.

– Aha, Woliński. – Zatrzymał się. – Lisiak prowadzi czynności. Przypilnuj wszystkiego, ale na papierze ma tam być ciebie jak najmniej.

– To absurd!

– Dobrze wiesz, że nie. Zgadzam się, żebyś tam był, tylko dlatego, że ci ufam – powiedział. – W ogóle nie powinieneś brać udziału w sprawie.

Woliński zastanawiał się, czy ma na myśli jego wieloletnią przyjaźń z mężem zmarłej, czy raczej ich głośną kłótnię na posterunku. Z Trojanowskim nie było sensu się spierać, komisarz kiwnął więc tylko głową na znak zgody.

– Chcę, żebyście wykluczyli udział osób trzecich – kontynuował prokurator. – Ostrożnie.

– Zawsze jestem ostrożny – odburknął.

– To pilnuj Lisiaka. Nie chcę, żeby prasa zwietrzyła, że węszymy. Najlepiej niech myślą, że to wypadek.

– Co tam się w zasadzie stało?

– Technicy jeszcze pracują, idź zajrzyj.

Marek odwrócił się w stronę klatki schodowej, ale prokurator położył mu rękę na ramieniu.

– Komisarzu – zaczął. – Kiriłłow nie może dotykać żadnych śladów.

– Oczywiście.

– Ja nie żartuję. Żadnego kombinowania na boku.

– Oczywiście – powtórzył policjant.

Pożegnał się i szybko pobiegł na górę.

W pokoju krzątało się kilku techników, których nie mógł rozpoznać. W ubraniu ochronnym, zwanym potocznie pandą, każdy z nich wyglądał tak samo. Gdy wreszcie wypatrzył charakterystyczne wąsy, kiwnął głową do Witka, który pobierał odciski z kieliszków. Sam włożył ochraniacze i podszedł do zwłok. Olga wyglądała spokojnie. Przeszło mu przez myśl, że widział ją już w gorszym stanie. Gorszym niż śmierć? – skarcił się w myślach. Przed oczami miał jednak scenę sprzed kilku lat. To była zima, Olga z Wiktorem pojechali na święta do Francji. Po kłótni ze stryjem Olga zniknęła. Nie mogli jej znaleźć, więc przyjaciel poprosił, żeby Marek pojechał do niej i sprawdził, czy nie wróciła do Polski. Znalazł ją w mieszkaniu. Była niemal tak samo blada, jak teraz. Wokół leżało pełno butelek wódki, cała kanapa była w wymiocinach. Chciał wezwać karetkę, ale niespodziewanie się ożywiła.

– Na chuj żeś przyszedł? – wychrypiała. Wiedział już wtedy, że miała problemy z alkoholem, ale ten widok go poraził. Znał ją przede wszystkim jako wyniosłą damę – zimną sukę, która uśmiechała się tylko przed obiektywami plotkarskich mediów. Teraz wyglądała jak najgorszy element.

– Na chuj – powtórzyła i znów zaczęło jej się zbierać na wymiociny. Ukucnął obok i podtrzymał jej głowę tak, by się nie zadławiła.

– Wiktor się o ciebie martwi – powiedział.

– Lepiej mu będzie, jak zdechnę – wymamrotała i zaczęła płakać.

Marek poszedł do łazienki po ręcznik i próbował wytrzeć jej twarz. Zadzwonił do Wiktora, który zaczął ją uspokajać. Nie słuchał ich szybkiej wymiany zdań po rosyjsku, ale gdy oddała mu telefon, była już spokojniejsza. Dwa tygodnie później widział w telewizji relację z karnawałowego balu jej fundacji. Olga uśmiechała się od ucha do ucha i nawet oczy błyszczały jej nie mniej, niż brylanty w masywnej kolii. Nigdy nie rozgryzł tej kobiety.

– E, Woliński, nie ma co się modlić – wyrwał go z rozmyślań medyk sądowy. – Ona nie zmartwychwstanie.

Marek uśmiechnął się blado.

– Jak sądzisz, co tu się stało? – spytał.

– Wygląda na to, że szła w stronę sypialni i przewróciła się do tyłu.

– Nie za duża ta rana. To przyczyna śmierci? – dopytywał.

– Powiem ci, jak ją pokroję.

Marek rzucił okiem na salon. Obok ciała stał stolik z zakrwawionym rogiem. Wszystko wyglądało na nieszczęśliwy wypadek.

– No i gdzie wy tu macie samobójstwo? – rzucił komisarz.

– Aspirant Lisiak mówił, że… – zaczął młody technik, jednak poirytowany Woliński od razu mu przerwał.

– Gówno mnie obchodzi, co on mówił. – Zabrzmiało to gorzej, niż chciał. – Znaleźliście jakieś ślady, które by na to wskazywały?

– W kuchni miała dużo leków uspokajających – wtrącił się Stefan. – Na wierzchu był otwarty diazepam i resztka clonozepamu.

– Otwarty? Resztka? Znaleźliście jakieś puste opakowania?

Witek pokręcił głową.

– Ślady osób trzecich?

– Jak to w mieszkaniu. Na kieliszku zabezpieczyliśmy odciski palców, ale szminka wskazuje, że to ona piła.

Woliński wziął głęboki oddech.

– Podsumujmy – powiedział. – Pijana kobieta, alkoholiczka, pod pięćdziesiątkę, upadła w swoim mieszkaniu, co prawdopodobnie spowodowało utratę świadomości i być może śmierć. Ale od razu samobójstwo? Znałem ją. To była jednak twarda babka.

– Wyślemy jej krew na toksykologie. Niech sprawdzą też, ile miała promili, ale obstawiam, że blisko dawki śmiertelnej – burknął Stefan.

– Ona nie dotyczy Polaków i Rosjan, nie wiesz? – krzyknął ktoś z tyłu. Marek pomyślał, że trochę im za wesoło, jak na miejsce zbrodni. Stefan musiał mieć podobne zdanie, bo uniósł wysoko brwi.

– Do tego wystarczy wziąć kilka tabletek klonów i nikt nie wytrzyma.

Marek pokręcił gwałtownie głową.

– Myślcie, kurwa! Że niby Olga chciała się zabić, pijąc alkohol? Słyszeliście o kimś, kto w ten sposób popełnił samobójstwo?

– Ja tu jestem od oględzin zwłok, sam musisz poukładać klocki. To Lisiak wymyślił samobójstwo.

– A tak w ogóle, gdzie jest ten matoł?

– Nikt ci nie mówił? – spytał komisarza Witek. – Zabrał mundurowego i pojechali do Kiriłłowa.

Wolińskiemu pociemniało przed oczami. Jeśli chciał uniknąć katastrofy, nie mógł zostawić Lisiaka z Wiktorem sam na sam zbyt długo. Miał nadzieję, że pojechali radiowozem. Bez problemu wyprzedzi ich calibrą. Zwłaszcza po remoncie silnika.

Czerwiec. Miesiąc do ślubu.

Gdybym miała tyle pieniędzy, co Wiktor, na pewno nie zamieszkałabym na podlaskiej wsi. Nie kupiłabym też zrujnowanego neoklasycznego pałacyku, nawet gdyby prowadziła do niego piękna kasztanowa aleja. Dla Kiriłłowa ten zakup był jednak oczywisty i trzeba przyznać, że po generalnym remoncie dom prezentował się pięknie. Od frontu wejście zdobił typowy dla polskich posiadłości czterokolumnowy portyk. Budynek nie był duży, jak te w amerykańskich filmach, ale miał ciekawe wykusze i gustowne gzymsy. Wolałabym wielką oszkloną chałupę napakowaną elektroniką, ale cóż poradzić. To tylko miesiąc wakacji, potem ślub i wracam do Warszawki.

Naiwnie liczyłam, że chociaż wnętrze będzie bardziej nowoczesne, ale niestety – można się tu było poczuć jak w muzeum. No dobrze, może trochę techniki dotarło, ale klimat był przytłaczający. W dodatku Iwan – starszy służący – patrzył na mnie spode łba, gdy tylko Wiktor i Nadia nie widzieli. Czułam na sobie ten wzrok przez cały czas. To był ten typ służącego, którego nigdy nie widać, ale gdy tylko któreś z państwa czegoś potrzebowało, pojawiał się w mgnieniu oka, jakby stał tuż obok. Przerażające. Czułam, że ciągle jest gdzieś blisko i na pewno obserwuje mnie tym swoim świdrującym wzrokiem. Oczywiście zawsze był dla mnie niesłychanie uprzejmy.

– Dziś na kolację przyjdą Wiera i Sasza – nasi kuzyni – którzy mieszkają w dalszej części posiadłości, szybko wczujesz się w klimat – powiedział Wiktor, gdy piliśmy kawę w saloniku prasowym. – To bliźniacy i są mniej więcej w twoim wieku, na pewno się dogadacie.

– A kiedy zacznie się zjeżdżać rodzina? – spytałam z obawą, rozglądając się po starodawnym pokoju. Nie bardzo miałam ochotę na to spotkanie. Podejrzewałam, że nie będę tam specjalnie mile widziana. Zamierzałam przedstawiać się, w zasadzie zgodnie z prawdą, jako koleżanka i świadkowa Nadii, ale Wiktor nie krył się z charakterem naszej znajomości. Ze swoją żoną nie mieszkał już od lat i w tym czasie przez jego życie przewinęło się sporo kobiet, a jednak tych dwoje łączyła jakaś niezrozumiała dla mnie więź. Otwarcie mówił mi od początku, że nie zamierza się z nią rozwieść, a ja nigdy nie traktowałam romansu z nim na poważnie i było mi to na rękę. Nie chodziło o to, że z Wiktorem było coś nie tak. Po prostu małżeństwo i stałe związki nie są dla mnie. Za szybko się nudzę.

– Tydzień przed ślubem zaplanowaliśmy małe przyjęcie, mam nadzieję, że nie pojawią się wcześniej – odpowiedział. Widocznie on też niespecjalnie się cieszył na zjazd rodzinny.

– Przyjęcie tydzień przed ślubem? – upewniłam się.

Wiktor był zupełnie inny niż siostra – zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Jedyne, co mieli ze sobą wspólnego, to skrytość. W przeciwieństwie do niej był raczej ponury, autorytarny. Ludzi traktował z wyższością, z chęcią pozwalał, by zabiegali o jego względy. Choć nie wspominał o tym, jestem przekonana, że uważał, że zobowiązuje go do tego zamożność i książęce pochodzenie. Już wcześniej zauważyłam, że przedrewolucyjną Rosję traktował jak magiczną krainę, coś na kształt Narnii, która istnieje gdzieś za pięknie zdobionymi drzwiami szafy. W Warszawie wydawało mi się to nawet urocze. Zawsze jakaś odskocznia od nudnych facetów, których spotykałam na pęczki.

Dopiero tutaj, w towarzystwie portretów przodków i ukłonów Iwana, pomyślałam, że Kiriłłowowie zachowują się zupełnie tak, jakby ojczyzna ich wysoko urodzonych przodków nie wyparła się całej tej klasy społecznej ponad sto lat temu.

– Och, Adèle… – Uwielbiał zwracać się do mnie francuską wersją imienia. I trzeba przyznać, że w jego ustach brzmiało to uroczo. – Moja rodzina uwielbia przyjęcia – uśmiechnął się zgryźliwie. – W zasadzie nie zajmują się niczym innym. A przecież nie było jeszcze okazji uczcić zaręczyn Nadii i Aleksieja.

– Nie wytrzymają tydzień do wesela? – Pomyślałam, że nawet ja nie zrobiłabym imprezy tydzień przed ślubem, a bycie większym imprezowiczem ode mnie to wyczyn.

Zrzuciłam buty i podkuliłam nogi. Fotel w stylu rokoko zaskrzypiał.

– Gdyby nie to, do organizacji przyjęcia wystarczyłby sam fakt, że się spotkali. A to zdarza się coraz rzadziej. Stryj z Anglii już od dawna nie był u ciotki w Stanach i vice versa. Jest jeszcze garstka rodziny od strony mojej matki, mieszkają w Paryżu, nie byli u mnie od jej śmierci. Są oczywiście przekonani, że to wyprowadzka ją dobiła. Do końca mam nadzieję, że jednak nie przyjadą… Dla mnie by nie przyjechali, ale Nadia to ich mały, wyrwany siłą z Francji, aniołek.

Tak, ewidentnie nie miał ochoty na tę wizytę – tak samo, jak ja. Zresztą we wszystkim, co mówił mi kiedykolwiek o rodzinie, zawsze słyszałam niechęć. Oczywiście poza Nadią, która – jak widać – łagodzi stosunki w całym klanie Kiriłłowów.

– Widzę, że może być wesoło – skwitowałam. A potem pomyślałam, że może w całym tym zamieszaniu nie zwrócą na mnie uwagi.

Wiktor skorzystał z mojego zamyślenia i musnął mnie wargami.

Wielu robiło to przed nim, ale w jego pocałunkach było coś oryginalnego. Moi partnerzy zazwyczaj śpieszyli się, nigdy nie mając pewności, czy za chwilę się nie rozmyślę. Nie zgadzałam się na byle jaki seks, jeśli szybko, to musiało być bardzo intensywnie. Czułam, jak serca wychodziły im z piersi, jak chłonęli każdą sekundę mojego podniecenia, marząc, by jak najszybciej dostać się do środka. Lubiłam to zdecydowanie bardziej niż mniej gorące numerki z rana, zaraz przed krępującym śniadaniem, gdy zastanawiałam się, czy sami dojdą do tego, że nie mam już ochoty na ich towarzystwo, czy też będę musiała wywalić delikwenta za drzwi. Pocałunki Wiktora były metodyczne, mogłoby się wydawać, że bardziej przypominały poranne zabawy, a jednak – mimo braku pośpiechu – były bardzo namiętne, sprawiały, że robiło mi się gorąco wewnątrz. Gdy niespiesznie błądził rękami po moim ciele, czułam jego podniecenie, nie mniejsze, niż u bywalców dyskotek, a jednak wiedziałam, że czeka mnie cała gama odczuć, o których niewiele wiedziała nawet tak wytrawna znawczyni seksu, jak ja.

*

Pierwszego dnia ciężko mi było dłużej porozmawiać z Nadią sam na sam. Gdy wreszcie około południa udało nam się usiąść we dwie na tarasie, opowiedziała mi kilka słów o rodzeństwie, które przyjdzie do nas wieczorem.

– Sasza będzie świadkiem. To miły chłopak, ale nie liczyłabym na niego z pomocą. Jego siostra to jędza, ale gdy już kogoś polubi, da się z nią wytrzymać.

Najbardziej interesował mnie jej narzeczony, Aleksiej. Wspomniała tylko, że miał przyjechać zaraz po mnie, ale coś go zatrzymało w Anglii i dojedzie, jak tylko będzie mógł. Cały dzień była rozkojarzona, próbowałyśmy rozmawiać o tym, jak wyobraża sobie ślub, ale ciężko jej było się skupić.

*

Wiktor spacerował między terrariami, obserwując zachowanie swoich gadów. Machinalnie notował, czy chętnie zjadają pokarm, czy nie wykazują oznak choroby lub nie szykują się do wylinki. Odkąd przyjechała Adela ciężko było mu skupić się na czymkolwiek poza nią. Chociaż nie dopuszczał tego do świadomości, bał się o jej spotkanie z żoną. Im głośniej mówił Adeli, że wszystko będzie dobrze, tym mniej w to wierzył. Nie chodziło o komentarze Olgi, nie miał wątpliwości, że jego młoda przyjaciółka świetnie sobie z nimi poradzi. Bał się o Olgę. Z dnia na dzień było z nią coraz gorzej, a przecież nie był w stanie zakazać jej picia alkoholu. Wiedział, że stryj Feliks jej nie przepuści. Nie lubił jej od początku. Dał jej tylko jedną szansę ze względu na Nikołaja. A ona ją koncertowo spierdoliła. Oczywiście, on też powinien był zająć się synem. Ale czyż nie wziął ślubu z Olgą właśnie dlatego, że nie chciał być mężem i ojcem? Układ wydawał się idealny, która inna dziewczyna by się na to zgodziła? Ba, Olga sama mu to zaproponowała. Była silna i pewna siebie, jasno mówiła, na czym jej zależy. A przecież tytuł książęcy i iluzja dobrego małżeństwa to było właśnie to, co mógł jej dać. To od początku tak miało wyglądać. Na to go szykowali. Tyle że inne dziewczyny nie były jak Olga. Ona stąpała twardo po ziemi, rozumiała na czym polega ta gra i wydawała się kimś, kto naprawdę nie będzie robił płaczliwych scen, ani wyciągał nieprzytomnego męża z imprez. Na co więcej mógł liczyć człowiek, który już nie potrafił kochać? Gdyby jeszcze wychowała naszego syna, byłoby perfekcyjnie. Ale ona nie potrafiła. Tak, jak ja – myślał. – A jednak bycie księżną też nie dało jej szczęścia. Może byłoby to coś dla niej, gdyby urodziła się sto lat wcześniej? Próbowała więc być taką księżną, jaką byłaby w tamtych czasach, ale i tak piła coraz więcej i coraz gorzej nad tym panowała. Czy byłaby teraz szczęśliwa, gdybym ją pokochał? Czy powinienem to zrobić, widząc jej nieszczęście? Pewnie tak. Ale tego nie było w ugodzie. Nie umawialiśmy się na prawdziwe uczucia.

Był jej wdzięczny za wiele lat udanego małżeństwa, ale teraz, gdy zaczęła robić mu sceny, czuł do niej głównie litość. A jednak w pewien pokrętny sposób była mu bliska. I ciągle jeszcze potrzebna.

A potem pojawiła się Adela.

Zatrzymał się na chwilę przy terrarium węża koralowego, który intensywnie pocierał głową o korę. Dostrzegł też zamglenie w jego oczach.

– Czy to nie za wcześnie na wylinkę, kolego?– mruknął, wracając do rzeczywistości. Szybko przekartkował zeszyt i uspokoił się, gdy doczytał, że dwa miesiące temu liniał lancetogłów mleczny. Pomyliłem je, jak pierwszy lepszy uczniak – westchnął. Te dwa gatunki, oba w pięknym, ciemnokoralowym odcieniu poprzecinanym czarnymi i żółtymi pasami, były do siebie faktycznie bardzo podobne. Pierwszy z nich, w którym paski czerwone układały się obok żółtego, był silnie jadowity, a drugi, który paski czerwone miał obok czarnych, był niegroźny. Dla wytrawnego biologa, jakim był Wiktor, różnica ta była oczywista jak między bielą i czernią, ale teraz myślami był zupełnie gdzie indziej.

Ciągle widział przed oczami Adelę taką, jaką zostawił w łóżku. Uwielbiał patrzeć, jak jej ciało drży w jego ramionach, sprawiać jej rozkosz na wiele sposobów. Była świetną kochanką, ale takie już miewał. Dawno już za to nie miał kobiety, z którą mógłby zarówno podyskutować o ostatnio przeczytanej książce, poradzić się przed podjęciem różnych decyzji, a dodatkowo kochać się bez opamiętania. Świetnie się rozumieli. Oboje chcieli tego samego: miło spędzić czas, czy to na rozmowach, czy na seksie. Nie chodziło o deklaracje, uczucia, wymuszenia… to było wręcz zakazane. Chcieli siebie nawzajem i to tylko wtedy, gdy akurat mieli na to ochotę. Tyle że on miewał tę ochotę znacznie częściej. To martwiło go coraz bardziej.

Gdy doszedł do ostatniego terrarium zorientował się, że zapis o liniejącym koralowcu był ostatnim, jaki dziś zanotował.

*

Jak zapowiedziano, wieczorem pojawili się goście i z tej okazji kolację podano w większym saloniku. Stół uginał się od przystawek, tak jakby na każdą proszoną kolację obowiązywała zasada dwunastu wigilijnych potraw. Wodę i wódkę podano w kryształowych karafkach, co mogło czasem nastręczać trudności. Dla ułatwienia, do wody dodawano cytrynę. Wino zawsze przynoszono w butelkach, a Wiktor jako pierwszy je próbował. Wina było zawsze najwięcej, w końcu Wiktor wychował się we Francji. Trochę przestraszyłam się, gdy dostałam trzy kieliszki. Nie bardzo mogłam sobie przypomnieć, który kieliszek jest do białego, a który do czerwonego (w moim domu był tylko jeden rodzaj), ale przecież nie będę musiała sobie sama nalewać.

– Książęta Aleksandr Siergiejowicz i jego siostra, Wiera Siergiejowa – zaanonsował ich Iwan. Ledwo powstrzymałam się od śmiechu, nie przywykłam jeszcze do tych ich tytułów. Śmieszne wydało mi się to zwłaszcza w stosunku do ubogich krewnych. Nadia zdążyła powiedzieć mi, że Wiera i Sasza przyjechali tu jako nastolatkowie, gdy wyszło na jaw, że ich rodzicom we Francji dawno skończyły się rodowe klejnoty i toną w długach. Spytałam wtedy Nadii, czemu ona i Wiktor przyjechali do Polski. Odpowiedziała zdawkowo, że Wiktor po śmierci ojca chciał się wyrwać z Francji, jego żona miała polskie korzenie a w dodatku mogli się błyskawicznie nauczyć języka, bo był podobny do rosyjskiego.

– Witajcie – powiedział Wiktor, podchodząc do kuzynów. Najpierw pocałował Wierę w policzek, a potem podał rękę jej bratu. Ciekawe, że Wiktor i Nadia zawsze mówili o nich Wiera i Sasza – w tej kolejności, a Iwan zaczął od przedstawienia brata. Tak pewnie wypadało zgodnie z ich zwyczajami. Ale ze zdawkowych opowieści o tej parze wynikało, że to siostra nosiła w tej rodzinie spodnie.

– Poznajcie Adèle – ciągnął Wiktor. Wiera skinęła głową w moją stronę, obdarzając mnie bardzo nieprzychylnym spojrzeniem. Odpowiedziałam jej tym samym, w tym czasie jej brat podszedł do mnie z serdecznym uśmiechem. Gdy próbowałam podać mu rękę na przywitanie, ujął ją w obie dłonie i pocałował, prosząc by mówić do niego Sasza. Przestało mnie już to dziwić. Myślę, że Wiktor już im o mnie opowiadał, bo nie padły żadne dalsze zapowiedzi ani pytania.

Podczas jedzenia Wiera niewiele mówiła, a jeśli już, zwracała się głównie do Wiktora. Obserwowała każdy mój ruch, zupełnie się z tym nie kryjąc. Myślę, że chciała mnie rozgryźć, sprawdzić, czy mogę być dla niej zagrożeniem. Tak więc i ja ją obserwowałam, żeby zrozumieć o co jej chodzi. Patrzyłam jej, dosłownie, na ręce. Kiedy kroiła mięso swoimi drobnymi paluszkami dociskała nóż tak mocno, jakby podcinała komuś gardło. Patrzyła przy tym na mnie.

Wiktor tego nie widział albo przynajmniej udawał, że tak jest. Nadia za to wyczuła atmosferę i nerwowo plotła wszystko, co jej ślina przyniosła na język. Sasza początkowo tylko przytakiwał swojej siostrze.

– A więc Adela poznała naszą Nadiuszkę na studiach? – Wiera zwróciła się do Wiktora, a nie do żadnej z nas.

– Tak, dokładnie – odpowiedziałam, też przepuszczając konwersację przez pana domu.

Bursztynowe oczy Wiery zwęziły się, jakby pod ciężarem mojego głosu. Zwróciłam uwagę, że miała brwi i rzęsy tak samo czerwone, jak płomienny kok z tyłu głowy. Czy to możliwe, że kolor był naturalny, czy po prostu były tak dobrze ufarbowane?

– Przyjechałaś się rozeznać? – Tym razem zwróciła się wprost do mnie. – Zostaniesz do ślubu?

Wyższość w jej głosie mówiła, że moja obecność w tym domu to tylko chwilowy wybryk przyszłej panny młodej i że nikt nie bierze mnie tu na poważnie. Ale mogła mówić tylko za siebie, bo nawet jej brat wzdrygnął się, gdy to powiedziała. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, zareagował Wiktor. Położył swoją dłoń na mojej i pogłaskał kciukiem mój nadgarstek. Przebłagana, szepnęłam coś nieznaczącego. Wiera była naburmuszona przez cały wieczór.

Gdyby ktoś spytał, nazwałabym to najbardziej niezręczną kolacją w życiu, a trzeba wiedzieć, że mam duże doświadczenie, jeśli chodzi o intrygi, kłamstwa i niedopowiedzenia. Skąd mogłam wiedzieć, że oni mają większe?

Wiera nieustannie ze mną walczyła. Popisywała się, próbując przy tym zachować twarz. Niby przypadkiem naprowadzała rozmowę na tematy, które Wiktor chętnie podejmował.

Patrzyłam na nią, a całe jej zachowanie zdawało się mówić: – Ach, jak zgodnie dyskutujemy. Jak cudnie się dogadujemy! No, co sobie wyobrażałaś, prosta dziewucho, wchodząc z butami w nasze poukładane życie, wciskając się ze swoimi blond loczkami i bezwstydnie dużym biustem w nasze ściśle określone relacje?

Tylko się uśmiechałam i pozwalałam jej przez chwilę triumfować. Nie wtrącałam się do rozmowy, ale kiedy przysunęłam się do Wiktora, żeby poprosić o cukier, otarłam się kolanem, niby przypadkiem, o jego udo. Sposób, w jaki na mnie spojrzał, przekreślił całe starania Wiery. Widziałam, jak ze złości zaciska zęby. Wiktor chętnie wdawał się z nią w dyskusje, wydawał się zupełnie naturalny, ale starał się, aby i mnie włączyć do rozmowy. Pytał mnie o coś albo po prostu opowiadał o mnie. Było widać, że w tej chwili jest tylko mój. Mimo to, nie miałam nastroju na świętowanie. Zastanawiałam się, ile jeszcze takich potyczek będę musiała odbyć, gdy zaczną zjawiać się kolejni członkowie rodziny. O żonie wolałam nawet nie myśleć, jeśli tak przywitała mnie krewna. Gdy zaczęło się robić mniej formalnie, wyszłam na taras zapalić. Powiew chłodnego, wieczornego wiatru wywołał gęsią skórkę. Mimo to, zbliżyłam się do barierki i obserwowałam, jak wydychany dym oddala się w stronę lasu.

– Proszę wybaczyć mojej siostrze – zza moich pleców usłyszałam Saszę. Nawet nie zauważyłam, że za mną idzie. – Nie mamy tu zbyt wielu gości.

Uśmiechnęłam się na znak, że się nie gniewam.

– Nasza matka jest taka sama. Zadziera nosa, jakby była Wielką Księżną, nawet po tym, kiedy wyszły na jaw wszystkie jej kłamstwa. – Zatrzymał się. – Zapewne słyszałaś o naszej sytuacji.

Mówił oczywiście o bankructwie. Zamyśliłam się nad rozróżnieniem Wielkiej Księżnej od księżnej – bo przecież tak przedstawił Wierę Iwan. Sasza jednak poczuł się zmieszany po tym wyznaniu, szybko zapewniłam go, że coś tam słyszałam, ale niewiele mnie to interesuje.

– Widzisz, Sasza, ja doskonale wiem, że ani trochę tu nie pasuję – powiedziałam, odwracając się w jego stronę z serdecznym uśmiechem.

– Ależ skąd, klasyka i piękne kobiety zawsze idą w parze. Wiktor rzadko zapoznaje nas ze swoimi przyjaciółkami, ale nigdy nie wątpiłem, że ma dobry gust – mówił to spokojnie, nie wyczułam w nim nieszczerości albo próby poderwania mnie. Dlatego znów obrzuciłam go uśmiechem na znak, że przyjmuję komplement, a potem powiedziałam:

– Przyjechałam na ślub Nadii, pamiętasz? Dla Wiktora bym tu nie wytrzymała.

Zapadła chwila ciszy i pomyślałam, że spróbuję wykorzystać sytuację, gdy jestem z nim sam na sam.

– Bardzo żałuję, że pan młody jeszcze nie przyjechał, chętnie bym go poznała. Jaki on jest?

Sasza przez chwilę milczał, wpatrując się w las.

– Nie wiem o nim za dużo. Jego rodzina nie jest nam znana. – Ostatnie zdanie powiedział tak, jakby krąg ich znajomych był jedynym właściwym. – W zasadzie jego rosyjskie pochodzenie jest mocno naciągane.

– Nadia mi wspominała, ale myślałam, że jednak… Nie poznałeś go?

– Poznałem. To był szok dla mnie i Wiery. Od dawna mówiło się o tym, że Nadia musi wziąć ślub, wiesz… rodzina, majątek, takie tam sprawy. Po tym, jak wróciła ze studiów, nawet Wiktor ją pospieszał. I nagle przyprowadziła tego Aleksieja. Nikt go nie znał, a on przedstawił historyjkę o dziadku białogwardziście, który, uciekając przed rewolucją wylądował z żoną w Polsce. Jego syn, ojciec Aleksieja, ożenił się z polską wieśniaczką, a potem szybko ją zostawił z małym dzieckiem. Nie zrozum mnie źle, nie wykluczam go z tego powodu. Nie mam, aż tyle śmiałości w swojej sytuacji – zakończył zgaszonym tonem. – Ale on jest jakiś dziwny.

Myślałam, że powie coś jeszcze, ale tylko wyciągnął papierośnicę, wziął papierosa i odpalił od mojego. Kiedy już wydawało mi się, że to wszystko, niespodziewanie wrócił do opowieści:

– Wiesz, Adela, może nie patrzę przytomnie. Zanim go przyprowadziła, przez krótką chwilę wydawało mi się, że Wiktor chciałby mnie widzieć jako swojego szwagra… tak wiem. – Źle odczytał zdziwienie na mojej twarzy. – Ale on bardzo się mną i Wierą opiekował, wierzył w nas. Rozmawiał ze mną o Nadii, nic nie powiedział, ale widziałem, że ta myśl przeszła mu przez głowę. A może to tylko złudzenie głupiego… Nie sądzę, żebym podobał się Nadii. Nigdy nic między nami nie było, ale…

– No dobrze, ale co z tym Aleksiejem? Co ci mówi twoja subiektywna intuicja? – przerwałam mu, zanim na dobre się rozczulił. Poczułam na skórze lekkie dreszcze – ciężko powiedzieć, czy z powodu zimna, czy może z niepokoju.

– Pojawił się znikąd, a po niespełna pół roku poprosił ją o rękę. Nie przypominam sobie, żeby ona się wcześniej spotykała z kimkolwiek.

– Ja też nie – dodałam na zachętę. – Myślisz, że zależy mu na jej forsie?

Sasza pokiwał smutno głową.

– Ta myśl mnie dręczy. Ona potrafi być taka naiwna – powiedział. Nie mogłam zaprzeczyć, że ja też miałam podobne obawy. – A gość nie ma pieniędzy. Jest tłumaczem, zarabia, ale nic poza tym. Wiktor za wszystko płaci. Do tego jego zachowanie… jest taki układny, zawsze się ze wszystkimi zgadza. To jest nienaturalne.

– Mam nadzieję, że to tylko zazdrość – powiedziałam. – Nie mogę się doczekać, aż go poznam i sama ocenię.

Starałam się to ukryć, ale bardzo mnie zaniepokoiły te teorie. Miałam nadzieję, że coś jeszcze wydobędę od Saszy, niestety, widocznie poczuł, że za bardzo się odsłonił.

– Oby – skwitował smutno. – Siostra mnie już na pewno szuka.

I wszedł z powrotem do domu, zostawiając mnie z ponurymi myślami.

*

– Powiedz mi, kochana, jaki on jest? – spytałam, gdy wreszcie zostałam sam na sam z przyjaciółką. – Mówiłaś, że krótko się znacie.

Nastrój popsuł Iwan zbliżający się do nas z dzbankiem herbaty. Nalał jej do zdobionych złotem filiżanek i stanął obok, gotowy w każdej chwili służyć swojej pani.

– Możesz już odejść – powiedziała Nadia stanowczo, jak na nią. – Chcemy porozmawiać na osobności.

Iwana też zdziwił ten ton, mlasnął zmieszany i odszedł. Zanim to zrobił, zdążył jednak obdarzyć mnie spojrzeniem, które nie pozostawiało wątpliwości, że to ja jestem winna takiego zachowania Nadii, która w moim towarzystwie gotowa jest sama sobie dolewać herbaty. Tfu, co za okropność.

Nadia poczekała, aż Iwan wyjdzie.

– Iwan to dobry człowiek, zupełnie nam oddany, ale czasem przesadza. Zachowuje się, jakbyśmy siedzieli na carskim dworze przynajmniej sto lat przed rewolucją – zaśmiała się szczerze. – A Aleksiej jest taki… Nie umiem tego opisać. Mam takie małe doświadczenie.

– Zapewniam cię, że jeśli chodzi o romantyczne uniesienia, to jesteś dalej niż ja – zaśmiałam się.

– A co ty czujesz do mojego brata? – zapytała. Zbiła mnie tym zupełnie z tropu. Wiktor, dzięki Bogu, nigdy nie zadawał takich głupich pytań.

– Mam nadzieję, że ty jednak czujesz coś więcej do narzeczonego – ponownie zaśmiałam się, mając nadzieję, że zmieni temat.

– Wiktor jest tobą zafascynowany – ciągnęła mimo to. – Gdy mówił mi, że cię spotkał i że potem umówiliście się kilka razy… Pierwszy raz go takim widziałam. Jakby zaraz chciał mnie prosić, żebym cię zaprosiła.

– Po prostu bardzo dobrze robię laskę – powiedziałam zbyt wulgarnie, jak na uszy Nadii. Odkryła, że poczułam się niekomfortowo, ale źle to zinterpretowała.

– Och, Ada, ale ja już wcześniej chciałam cię poprosić na świadkową. Nie miałam tylko śmiałości się odezwać po takim czasie. Powiedziałam Wiktorowi, że ty już na pewno o mnie nie pamiętasz, a potem on wypalił, że się z tobą czasem widuje i że na pewno mnie pamiętasz. A nie na odwrót.

– Wiele razy widziałaś, jak faceci za mną szaleją i zapewniam cię, że nie chodzi tu o nic więcej. Miałyśmy rozmawiać o twoim związku. To ty bierzesz ślub.

Wydawała się mocno zmieszana.

– No dobrze, dobrze – wydukała w końcu. – Poznałam go w Londynie, gdy byliśmy u rodziny. Mieli tam rosyjską wystawę, pamiątki po rodzinie Romanowów. Umówiłam się z Wiktorem, miał przyjść, jak coś załatwi, ale oczywiście zapomniał. Kupował jakiegoś trującego węża, a siostra zawsze przegrywa z tymi ohydnymi gadami – zaśmiała się. Była już rozluźniona. – Chodziłam więc sama, a on zagadał do mnie. Spytał, czy jestem Rosjanką, a widząc moje zdziwienie, odpowiedział, że w Anglii nie ma takich pięknych kobiet… Tak. Wiem, co sobie myślisz – zmieniła nagle ton. Owszem, myślałam, że to podryw na miarę tekstu „czy bardzo się potłukłaś, kiedy spadłaś z nieba?”, ale serdecznym uśmiechem nakłoniłam ją, żeby kontynuowała. – Poszliśmy do kawiarni przy muzeum, powiedział mi, że on też ma korzenie rosyjskie, ale urodził się w Polsce. Czy to nie cudowny zbieg okoliczności? Zaczęliśmy rozmawiać. Był miły, taktowny i taki normalny, nie zwracał się do mnie per księżno, ale też rozumiał życie człowieka bez ojczyzny. Po prostu, bardzo dobrze nam się rozmawiało.

No cóż, muszę przyznać, że brzmiało to jak romantyczna historia, jakich wiele. Co prawda, w moim świecie ludzie poznawali się częściej poprzez Tindera, ale mogłam sobie wyobrazić, że delikatne, dobrze wychowane dziewczyny, jak Nadia, właśnie w ten sposób poznają mężów.

– I co dalej? Przedstawiłaś go od razu Wiktorowi?

– Nie. Bałam się, że zaraz zacznie wybrzydzać. Zwłaszcza że byliśmy z wizytą u stryja, a on od dawna nakreślił siatkę powiązań różnych kandydatów na mojego męża i potrafił godzinami gadać o zaletach małżeństwa z każdym z nich. A ja nie chciałam takiego życia. Większość z tych facetów znałam tylko z widzenia, nie wydawali mi się ciekawi ani nawet atrakcyjni fizycznie. Nie chciałam skończyć jak Wiktor, w fikcyjnym związku, który od początku opiera się głównie na unikaniu się.

– Od początku tak mieli? – postanowiłam wydobyć od niej trochę informacji, które ciekawiły mnie, odkąd zdecydowałam się na przyjazd na Podlasie.

– Och, tak. Nikt nie chciał tego małżeństwa. Ale Wiktor zrobił jej dziecko więc z potomkiem Kiriłłowów w brzuchu zyskała plus sto do atrakcyjności – zażartowała.

– No skoro zrobił jej dzieciaka, to chyba nie było tak źle…

– Oj wiesz, jaki jest Wiktor. On hojnie rozdaje spermę.

Jak na nią, był to bardzo frywolny żart. Śmiejąc się, uszczypnęłam ją w ramię. Ona też się śmiała.

– Była z wystarczająco dobrej rodziny, nasz ojciec niedawno umarł, poczekali aż będzie wypadało i zorganizowali ślub. Taki na bogato, ma się rozumieć. Jakby była jego wymarzoną żoną. Tylko inne kandydatki były zawiedzione. Ale matka był dumna, zwłaszcza że już przed ślubem było wiadomo, że to chłopiec.

– I Wiktor się zgodził? – zaciekawiłam się.

– Oj, był bardzo młody. Nie wiem dokładnie jak to było, byłam dzieckiem. Może jeszcze wtedy był mniej uparty. Potem stał się głową rodziny, ona zamieszkała z nami, a on wrócił na studia do Paryża i tyle się wdzieli. A po studiach wymyślił, że przeprowadzimy się do Polski.

Faktycznie, jeśli Wiktor był bardzo młody, to Nadia musiała być dzieckiem i niewiele rozumieć z całej sytuacji. Nie wiem dokładnie, o ile mógł być od nas starszy, ale myślę, że przynajmniej piętnaście lat, a może i więcej.

– No dobrze, a co dalej z tobą i Aleksiejem?

Zarumieniła się. Myślę, że sama chciała mi to opowiedzieć, bo nie musiałam jej długo ciągnąć za język.

– Byliśmy w Londynie jeszcze dziesięć dni. Wymykałam się, mówiąc, że idę na spacer albo obejrzeć ciuchy. W tym drugim przypadku miałam pewność, że Wiktor nie będzie chciał iść ze mną, a kuzynki mogłam łatwo zbyć. Nikt się niczego nie domyślał! – wykrzyknęła wesoło.

Jakoś mnie to nie zdziwiło. Wcześniej podejrzewałam nawet Nadię o to, że jest aseksualna, ale może wynikało to ze staromodnego wychowania. Uwielbiała Jane Austin i gdy mówiła o miłości, to wyobrażała sobie połączenie dusz, czy jakieś inne popieprzone uczucia, których nikt w szarym świecie nie doświadcza. Co prawda, jej świat był raczej złoty niż szary, więc kto ją tam wie. Jednak mimo bogactwa, Nadia zawsze sprawiała wrażenie skromnej. Na studiach nie utrzymywała bliskich kontaktów z nikim, oprócz mnie. Większość roku uważała ją za ukraińską imigrantkę, a nawet ci, którzy wiedzieli, że jest Rosjanką, nie podejrzewali, że zamiast zamieszkać w akademiku, brat kupił jej stumetrowe mieszkanie w kamienicy na Nowym Świecie, ani że jej klasyczne, niewyróżniające się ciuchy są szyte specjalnie dla niej przez znanych projektantów i że jej matka pochodziła z rodziny Romanowów. Za to wszyscy uważali ją za miłą, fajną dziewczynę, która zawsze wiedziała, co trzeba było przygotować na zajęcia i z którą można było pogadać w przerwie między wykładami. Na to wspomnienie przyszło mi do głowy pewne pytanie, które dręczyło mnie od rozmowy z Saszą.

– Nadia, jeśli nie chcesz, to nie odpowiadaj, ale zawsze mówisz, że Wiktor kupił ci to i tamto. Ale wy chyba odziedziczyliście po rodzicach po połowie, co nie? Czy to też jakieś zwyczaje o panu na włościach i posagu dla szlachetnie urodzonej panny?

Nadia wybuchła śmiechem.

– Posag dla szlachetnie urodzonej panny? – powtórzyła, nie przerywając śmiechu. – Tak mnie postrzegasz?

– Postrzegam cię jako fajną, bystrą dziewczynę. Ale wszyscy zachwycają się tylko majątkiem Wiktora, więc zaczęłam się obawiać, czy nie zostaniesz wydziedziczona – niby zażartowałam, niby mówiłam poważnie. A tak naprawdę to kłamałam. Chciałam się dowiedzieć, ile jest warte małżeństwo z nią. I w tej chwili byłabym bardzo zadowolona, gdyby Wiktor dziedziczył wszystko, pod warunkiem, że Aleksiej by o tym wiedział.

– Nie wkurzaj się, tak się tylko śmieję – odpowiedziała. – To żadna tajemnica. Rodzice tak podzielili majątek, żeby Wiktor dziedziczył naszą rodzinną posiadłość we Francji, ten dom też matka kupiła od razu na niego. Pozapisywała też na niego większość klejnotów rodowych z herbem, ale resztę majątku dostaliśmy na pół. Tyle że po śmierci matki on był moim opiekunem prawnym, potem też nie chciało mi się zajmować pieniędzmi, więc on nimi zarządza. Ale dobrze mu idzie, nie martw się, mam teraz więcej pieniędzy niż zostawili mi rodzice. Spokojnie, on mnie nie oszuka – ostatnie zdanie dodała już poważnie.

Zapewniłam ją, że nie wątpię w uczciwość Wiktora. W końcu to facet, który niedługo przedstawi swojej żonie kochankę – uczciwość ma wyrytą głęboko w głowie. Ale ten przykład zostawiłam dla siebie.

– Zresztą Wiktor też ma rozdzielność majątkową z Olgą. Nasza rodzina nie wierzyła, że długo z nią wytrzyma.

Chciałam powiedzieć Nadii, że boję się spotkania z żoną Wiktora, że przeżyłabym to spotkanie sam na sam, ale w gronie całej rodziny może być za trudno, że chyba porzygam się ze strachu, gdy będę siedzieć przy głównym stole weselnym, a kilka krzeseł obok mnie będzie miejsce Wiktora i jego żony. Że do białej gorączki doprowadza mnie postawa Wiktora, który jest przekonany, że jego żonie wisi i powiewa, z kim on sypia, a ja nie wierzę, że jakaś kobieta może być na to obojętna. Zwłaszcza że Nadia miała rację. Wiktor gapi się na mnie wzrokiem, który nie pozostawia złudzeń co do charakteru naszej relacji. A ja mam chwilami wszystkiego dość, mogłabym go po prostu rzucić albo kazać się pilnować przy rodzinie, ale potem przychodzi do mnie i już nie umiem mu tego wygarnąć. Mogłabym powiedzieć Nadii o tym wszystkim, ale duma każe mi utrzymywać pozory kobiety, której nic nie rusza. Więc tylko wzdycham za każdym razem, gdy przyjaciółka mówi, że nie może się doczekać, aż poznam Aleksieja i wiem, że nie ma już ochoty na moje pytania. Należało wreszcie zdecydować się na menu.

*

Narzeczony pojawił się bez zapowiedzi, niecałe dwa tygodnie przed ślubem.

– Przyjechał Aleksiej Leopoldowicz Bezrukow – powiedział Iwan, wchodząc do saloniku, w którym Wiktor przeglądał codzienną prasę, a ja z Nadią dyskutowałyśmy, czy na weselnym stole będą stały kwiaty, czy tylko świeczniki. Nadia od razu się poderwała, a ja za nią. Wiktor też się podniósł, ale szedł powoli, z dostojnością godną głowy rodziny.

Aleksiej był drobnym, niewysokim, ale całkiem przystojnym mężczyzną. Z Nadią przywitał się bardzo serdecznie. Gdy rzuciła mu się w ramiona, tulił ją i całował w policzek. Nie było między nimi czuć namiętności, aczkolwiek nie wiadomo, ile było w tym jego woli, a ile podporządkowania się charakterowi narzeczonej, czy nawet lęku przed reakcją brata.

– Kochanie, to jest właśnie Ada – przedstawiła mnie przyjaciółka.

Aleksiej uśmiechnął się od ucha do ucha. Sasza miał rację, że wydawało się to sztuczne.

– Miło mi poznać. – Podał mi rękę. O dziwo normalnie, bez całowania. Może jednak byłam uprzedzona? – Nadia mi wiele dobrego o pani mówiła.

– Chyba tylko Nadia jest w stanie znaleźć we mnie dużo dobrego – zaśmiałam się. – Mnie również miło poznać. Nie mogłyśmy się ciebie doczekać.

– Dzień dobry, Wiktorze – powiedział, kiwając głową do pana domu, który stał kawałek za nami.

– Dobrze, że jesteś – odpowiedział, ale głos miał jednak raczej szorstki. – Pewnie chcesz odpocząć po podróży.

Aleksiej słuchał Wiktora z taką uwagą, że mógłby konkurować tylko z Iwanem.

– W zasadzie nie jestem zmęczony, odświeżę się tylko i przebiorę – powiedział.

– Świetnie, postaraj się zdążyć do kolacji – odpowiedział Wiktor ciągle tym samym tonem.

– Oczywiście – przytaknął posłusznie.

– Gdybyś nas uprzedził, przygotowalibyśmy coś specjalnego – dodała radośnie Nadia.

– U was zawsze jest coś wytwornego – powiedział niby do Nadii, ale obserwował reakcję Wiktora. – Chciałem ci zrobić niespodziankę.

– I zrobiłeś. Świetną!

Aleksiej skłonił się lekko, jakby nie bardzo wiedział, jak się zachować i odszedł.

– Dziś też będzie przyjęcie? – spytałam Wiktora.

– Nie, dziś nie – odparł krótko.

Nadia pobiegła do pokoju, żeby wyszykować się na kolację z ukochanym, a ja i Wiktor wróciliśmy do saloniku.

– Nie mówiłeś, że go nie lubisz – zagadnęłam. Wiktor spojrzał na mnie zdziwiony.

– Bo tak nie jest – powiedział, siadając w fotelu. – Mam do niego neutralny stosunek. Ważne, że Nadii się podoba.

Usiadłam mu na kolanach, nogi przewiesiłam przez oparcie fotela. Wiktor objął mnie, dzięki czemu nie straciłam równowagi. Raz już spadłam z tego fotela, ale to inna historia.

– Nie martwisz się? Wziął się znikąd, znają się tak krótko… – zagadnęłam.

Wiktor westchnął.

– Ze swoją żoną znam się od dziecka, nasze rodziny znały się od pokoleń. I co? Oczywiście, że się martwię, ale prędzej czy później i tak trzeba by ją namówić na ślub. Stryj Feliks w kółko mi to wypomina. Lepiej, żeby sama sobie wybrała męża.

– Wszystkie kobiety w waszej rodzinie mają mężów? – spytałam.

– Poza ciotką Irminą. Ona jest artystką, maluje te swoje obrazy i jeździ po całych Stanach z wystawami, chociaż wątpię, żeby ktoś je kupował. Poza tym jest lesbijką. Stryj jej ciągle wypomina, że nie zachowuje się, jak na Kiriłłowów przystało.

– To pewnie strasznie nudny facet.

Wiktor zaśmiał się.

– Tak bym tego nie ujął – odburknął, kręcąc się na fotelu tak, że o mało nie spadłam.

Ciągle dręczył mnie niepokój zasiany przez Saszę. Bardzo chciałam porozmawiać z Aleksiejem sam na sam. Nie było to jednak takie proste; zawsze albo przebywaliśmy razem z Nadią, albo oni znikali sami, gruchając – jak dwa małe gołąbeczki. Próbowałam go obserwować, gdy tylko mogłam, ale chyba to zauważył. Starałam się rozluźnić atmosferę, ale im bliżej było do ślubu, tym bardziej stawał się nerwowy. Widocznie jego też przerażała wizja rodzinnego zjazdu. Było nas przynajmniej troje. Tylko Nadia w tych dniach promieniała szczęściem, cieszyła się, że spotka się z dawno niewidzianą rodziną.

*

Wiktor przyszedł do mnie, gdy odpoczywałam w sypialni, przeglądając Facebooka.

– Rodzinka poszła odpocząć po podróży – powiedział, siadając obok mnie na łóżku. Mruknęłam coś zdawkowego, kończąc rozmowę z koleżanką z redakcji. – Zjedzą pewnie kolację w pokoju i pojawią się dopiero na śniadaniu.

Odłożyłam tablet.

– Oni mówią tylko po rosyjsku i angielsku – przypomniał. – No i jeszcze po francusku, ale z tego, co wiem – ty nie.

– I tak nie zamierzam z nimi dużo rozmawiać – burknęłam. – Może powinnam udawać, że nie rozumiem w żadnym z tych języków.

Wiktor zaśmiał się. Nadia twierdzi, że zanim mnie poznał, robił to rzadko, ale to może być tylko takie jej gadanie.

– O czym myślisz? – spytał Wiktor, kładąc się obok mnie. Postanowiłam wykorzystać moment.

– Opowiedz mi o swojej żonie – poprosiłam. – Dlaczego nie jesteście razem?

Zanim skończyłam pytanie, jego brwi uniosły się wysoko, a na twarzy pojawił się lekki grymas. Raczej nie tego się spodziewał.

– Naprawdę cię to interesuje? – jęknął.

– Jutro ją poznam, więc wolałabym wiedzieć, z kim mam do czynienia.

– Nie martw się ani o nią, ani o nikogo innego. – Cmoknął mnie w usta. – Gdyby ktokolwiek miał coś do ciebie… Najlepiej trzymaj się mnie albo Nadii – dokończył, bawiąc się moimi lokami: a to głaskał mnie po twarzy, a to nawlekał sobie złote spiralki na palec.

– Nie mówię, że się boję, tylko że chciałabym wiedzieć coś o niej. – Odsunęłam się od niego. Nie cierpiałam, gdy bawił się moimi włosami.

– A więc, hmm… – Oparł się na rękach tak, że pół leżał, pół siedział. – Czemu nie jesteśmy razem? A czemu mielibyśmy być? – zaczął zaczepnie. – Żadne z nas nie miało ochoty tworzyć związku. Przynajmniej ja nie chciałem. Jej zależało tylko ze względu na mój tytuł.

– A nie pieniądze?

– Pieniędzy jej rodzina miała zawsze dużo. W każdej sytuacji potrafili się dobrze urządzić. – Spojrzał na mnie z góry, jakby chciał się upewnić, czy naprawdę ma mówić dalej. Musiałam wyglądać na zaintrygowaną, bo kontynuował. – Pewnie dlatego ludzie zaczęli mówić, że układali się z komunistami.

– A tak było?

– Nie mam pojęcia. W pewnym momencie to już nie miało znaczenia. Ziarno zostało zasiane i chociaż nie mówiło się o tym głośno, to ich rodzina bardzo straciła na znaczeniu. A właśnie na pozycji Oldze zależało najbardziej. Jest ich ukochaną jedynaczką, w dodatku urodzoną tak późno, że już tracili nadzieję na dziecko. Wyobrażam sobie, jakie musiała im tam robić awantury, gdy nie zapraszali jej na przyjęcia – zaciął się, wyraźnie rozbawiony swoim wspomnieniem. – Tak się złożyło, że byłem najlepszą partią w okolicy. Przekalkulowała wszystko i już nie wyobrażała sobie innego męża.

– Może naprawdę się w tobie zakochała? – wtrąciłam pół żartem, pół serio.

– Nie, Ada, to nigdy nie było romantyczne – zwrócił się do mnie tak, jak wszyscy. Chyba zaczynał się denerwować. – Łaziła za mną, napraszała się. Byłem młody i głupi. Mój ojciec umarł i nagle musiałem stać się głową rodziny.

– A ona nie była przypadkiem w ciąży?

– Widzę, że moja siostrzyczka już ci trochę powiedziała – westchnął. Nie zareagowałam na zaczepkę.

– Aborcja była już wtedy legalna we Francji – powiedział poważnie. – I uwierz mi, ona nie chciała tego dziecka. To był tylko środek do osiągnięcia celu. Olga jest ode mnie kilka lat starsza i to wtedy miało znaczenie. Wszystko sobie ułożyła, a ja dałem się prowadzić jak na sznurku. To ona pierwsza zaproponowała fikcyjne małżeństwo. Rodzina miała swoją kandydatkę – Marię. Tak samo mi nie pasowała, ale z nią już nie dałoby się tak łatwo dogadać.

– Taki młody, a taki perfidny.

– W tym zakresie mogłem się dużo nauczyć od Olgi. Na początku mieszkaliśmy w moim domu rodzinnym w Prowansji. To znaczy ona, moja matka, Nadia i mały Niki. Ja dalej studiowałem w Paryżu, musiałem się trochę wyszaleć. Inaczej byśmy się pozabijali.

Na wspomnienie studiów i owego „wyszalenia się” – tematu, do którego kiedyś wrócę – znów się rozluźnił.

– Kiedy poznam Nikołaja? – skorzystałam z okazji. Wyobrażałam sobie dziecko Wiktora jako małego chłopca, ale jeśli Wiktor był na początku studiów, gdy Olga zaszła w ciąże, to chłopak musi być już co najmniej nastolatkiem.

– Już niebawem, ale nie ma się z czego cieszyć. Wyjechał ze Stanów razem z ciotką, ale stwierdził, że najpierw pokaże swojej dziewczynie Paryż. Będzie lada dzień. Uprzedzam, to najbardziej rozpuszczony dzieciak, jakiego kiedykolwiek spotkałaś.

– A jak się dogadywaliście z Olgą, gdy w końcu skończyłeś studia?

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.