Nie będę twoim Kopciuszkiem - Anna Abramowska - ebook
NOWOŚĆ

Nie będę twoim Kopciuszkiem ebook

Anna Abramowska

4,0

444 osoby interesują się tą książką

Opis

Ava Foster, studentka uczelni gastronomicznej w Paryżu i prowadząca kanał kulinarny Ms. Kitchen, bierze udział w prestiżowym konkursie dla młodych kucharzy. Niestety przegrywa, ale los stawia przed nią zupełnie inne wyzwanie. Nazajutrz budzi się w hotelowym pokoju obok członka jury, Marcusa Benetta. Kiedy w pośpiechu opuszcza pokój, gubiąc but, nie podejrzewa nawet, że zgubiła właśnie coś znacznie ważniejszego - swoje serce. Znajomość z młodym szefem kuchni staje się jednak dla niej zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 469

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (5 ocen)
3
1
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mkrynia65

Dobrze spędzony czas

Książka niezła, szkoda że nie pisze, że to pierwszy tom
martapompa83

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna książka tylko Lisa i Marcus zachowanie do poprawy.
kaajaah20

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna powieść pełna emocji, kulinarnych zapachów i przygotowań, tutaj miłość wisi w powietrzu a może i nie… nic nie jest oczywiste nawet tytułowy Kopciuszek. ♥️ Polecam z całego serca! 🙌🏻
basia31

Nie polecam

Straszny gniot, przebrnelam przez połowę. Idę szukać czegoś lepszego.



Copyright ©

Anna Abramowska

Wydawnictwo White Raven

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Kopiowanie, reprodukcja, dystrybucja lub jakiekolwiek inne wykorzystanie niniejszej publikacji w całości lub w części, bez wyraźnej zgody autora lub wydawcy, jest surowo zabronione zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa o prawach autorskich. Niniejszy tekst stanowi wyłączną własność autora i podlega ochronie zgodnie z przepisami międzynarodowymi oraz krajowymi dotyczącymi praw autorskich.

Redakcja

Dominika Surma @pani.redaktorka

Korekta

Dominika Kamyszek @opiekunka_slowa

Skład i łamanie

Anna Hat @_anislowa

Okładka

Ars Mundi – Maria Kecman

www.wydawnictwowhiteraven.pl

Numer ISBN: 978-83-68175-76-9

Nie będę twoimKopciuszkiem

Anna Abramowska

Dla wszystkich, którzy odważyli się zawalczyć o swoje marzenia – nawet wtedy, gdy było trudno.

Dla J, L i A – bo bez Was ta książka by nie powstała. Kocham Was!

PLAYLISTA

Wishing Girl – Lola Marsh

Tu trouveras – Natasha St-Pier

Aimer jusqu’à l’impossible – Tina Arena

Si mes larmes tombent – Christophe Willem

Dog Days Are Over – Florence and the Machine

The Greatest – Cat Power

Feel Fine – Emilie Nicolas

Born to Die – Lana Del Rey

Blue Jeans – Lana Del Rey

Cold Heart (PNAU Remix) – Elton John, Dua Lipa

Don’t Start Now – Dua Lipa

Watermelon Sugar – Harry Styles

Lies in the Dark – Tove Lo

Blinding Lights – The Weeknd

Stay – Rihanna

Without Me – Halsey

Słuchaj na Spotify

Rozdział 1

– Proszę państwa, w czarnej skrzynce znajdują się jadalne kwiaty, dzikie grzyby, świeża ryba i egzotyczne owoce. – Przewodniczący jury, Pierre Dubois, starszy mężczyzna z siwą brodą, wypowiadał te słowa pięknym, melodyjnym francuskim, który zawsze sprawiał, że moje serce zaczynało bić odrobinę szybciej.

Uwielbiałam ten język – jego elegancję i rytm. Choć w domu, w Bayshore Cove, mówiłam po angielsku, od dziecka uczyłam się francuskiego. To była moja druga wielka miłość, zaraz po gotowaniu. Teraz, stojąc w gmachu uczelni kulinarnej Le Cordon Bleu w Paryżu, w której studiowałam, czułam, jak język, który tak kocham, otacza mnie ze wszystkich stron.

Byłam dokładnie tam, gdzie zawsze chciałam być. A jednak serce waliło mi jak oszalałe.

Pierre Dubois potarł palcami swoją starannie przystrzyżoną brodę, po czym z satysfakcją spojrzał na nas i na zgromadzoną widownię. Jego doświadczone oczy zdradzały pewność siebie człowieka, który doskonale zna wagę tej chwili.

Znajdowaliśmy się w jednej z nowoczesnych sal, gdzie miały odbyć się eliminacje do Międzynarodowego Konkursu Kulinarnego Jeunes Chefs Rôtisseurs. Światło, wpadające przez ogromne okna, rozświetlało przestrzeń, odbijając się od stalowych blatów i najnowocześniejszego sprzętu kuchennego. Skrzynka z misternym zdobieniem, na którą padły promienie, była symbolem naszego wyzwania – małym, niepozornym pudełkiem, które mogło zdecydować o naszej przyszłości. Zjechaliśmy się z całej Francji, by walczyć o miejsce w głównym konkursie, który miał odbyć się za kilka miesięcy w Bukareszcie.

Choć znajomość tego miejsca dodawała mi pewności siebie, wywoływała też pewien wewnętrzny nacisk. Nie reprezentowałam tylko siebie. Reprezentowałam Le Cordon Bleu.

Ubrana w nieskazitelnie biały uniform oraz wysoką kucharską czapkę, rozejrzałam się po długich rzędach stacji roboczych, które za moment miały stać się areną naszych kulinarnych zmagań. Panoramiczne okna wpuszczały do środka jasne światło, oświetlając lśniące stalowe blaty, gotowe do pracy. Na końcu sali znajdowała się strefa prezentacji, gdzie nasze dania miały być oceniane jak dzieła sztuki – pod bezlitosnym spojrzeniem jury.

Wszystko było gotowe – sprzęt, składniki, plan, który układałam w głowie przez ostatnie tygodnie. A jednak mój żołądek skręcał się w supeł.

Masz przechlapane, Av…

Fala niepewności uderzyła we mnie z pełną siłą. Byłam gotowa, prawda? Przepracowałam tygodnie w kuchni, ćwicząc każdy krok, każdy detal moich dań. A jednak strach, że coś pójdzie nie tak, paraliżował mnie od środka. Co jeśli się pomylę? Co jeśli ryba będzie zbyt sucha, sos zbyt kwaśny, a kwiaty nie będą pasować do kompozycji? W tej chwili wszystko wydawało się kruche.

Z jednej strony czułam ekscytację – możliwość pokazania, co potrafię, była spełnieniem marzeń, które towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Ale z drugiej… bałam się zawieść. Wspomnienia godzin spędzonych pod okiem surowych wykładowców, którzy wymagali perfekcji, nie dawały mi spokoju. Czułam, jak ręce zaczynają mi lekko drżeć, ale starałam się to ukryć, nie chcąc zdradzić swoich emocji innym uczestnikom.

Nikt nie może zobaczyć, że się boisz. Weź się w garść.

Nie było czasu na wątpliwości. Każdy z nas stał tu pełen nadziei i niepokoju. Wszyscy marzyliśmy o tym samym – o uznaniu, które mogło otworzyć nam drzwi do międzynarodowej kariery.

W oddali, na tle rozpromienionej widowni, dostrzegłam rudowłosą Claire Montgomery. I nagle oddech stał się nieco łatwiejszy. Zawsze wydawała się uosobieniem spokoju. Jej optymizm działał na mnie kojąco, jak promień słońca w środku kulinarnej burzy. Była dla mnie oparciem od pierwszego dnia w kampusie, kiedy zostałyśmy przydzielone razem do pokoju. Uczelnia chyba martwiła się, jak dwie Amerykanki poradzą sobie na francuskiej uczelni, w dodatku kulinarnej, gdzie kultura i język były zupełnie inne. Claire, wychowana w Nowym Jorku, od razu poczuła się jak u siebie. Z jej pewnością siebie i światowym obyciem odnalezienie się w nowym środowisku przyszło jej naturalnie. Ja potrzebowałam trochę więcej czasu.

Można powiedzieć, że pokochałyśmy się od pierwszego wejrzenia. Choć zupełnie różne, niczym ogień i woda, stanowiłyśmy zgrany duet. Claire, ze swoim nieposkromionym entuzjazmem i spontanicznością, była dla mnie jak ożywczy powiew, który zawsze pomagał mi odzyskać równowagę. Ja natomiast byłam tą bardziej uporządkowaną. Tą, która wszystko planowała z wyprzedzeniem i nie zostawiała miejsca na przypadek. Może właśnie dlatego tak dobrze się uzupełniałyśmy.

Mimo że była daleko, jej obecność dodawała mi otuchy. Choć niepokój wciąż ściskał mi żołądek, wiedziałam jedno. Nie byłam w tym sama.

Stałam nieruchomo wśród uczestników, kierując wzrok na Pierre’a Dubois, do którego dołączyli pozostali członkowie komisji. Marie Leclerc, francuska mistrzyni kuchni o łagodnym, ale przenikliwym spojrzeniu, oraz Alejandro Mendoza, argentyński szef kuchni, znany z odważnych, innowacyjnych połączeń smaków, zajęli swoje miejsca na podeście. Oboje mieli około czterdziestu pięciu lat, a ich doświadczenie i talent były nam wszystkim dobrze znane. Jednak to Dubois, starszy i najbardziej utytułowany, nadawał wydarzeniu szczególną wagę.

I wreszcie Marcus Benett… „Kulinarny geniusz” – tak nazywali go wszyscy w branży. Jego obecność wśród jury dodawała konkursowi dodatkowego blasku. Czarnowłosy, dobrze zbudowany, w idealnie skrojonym kitlu, przyciągał wzrok nie tylko swoją pozycją, ale też czymś trudnym do nazwania – magnetyczną aurą, której nie sposób było zignorować. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć, dlaczego tyle się o nim mówiło.

Jego przystojna twarz sprawiła, że serce zabiło mi mocniej, choć szybko zganiłam się za tę chwilę słabości. Wiedziałam, że jest nie tylko odnoszącym sukcesy szefem kuchni, ale także znanym uwodzicielem – plotkarskie media nie pozwalały o tym zapomnieć. Podobno kobiety traciły dla niego głowę szybciej, niż rozchodziły się rezerwacje w restauracjach z gwiazdkami Michelin.

Czułam, jak każdy nerw w moim ciele napina się, oczekując na sygnał do rozpoczęcia. Dla mnie, młodej i ambitnej studentki, ten konkurs był czymś więcej niż rywalizacją. To była szansa – drzwi do świata, o którym marzyłam od lat.

– Drodzy uczestnicy – rozpoczął Pierre Dubois.

Wciągnęłam głęboko powietrze, próbując opanować rosnące we mnie zdenerwowanie.

– Znacie już produkty, które muszą znaleźć się w waszych trzech potrawach. Przypominam, że macie trzy i pół godziny, by zaplanować, ugotować i zaprezentować nam przystawkę, danie główne oraz deser.

Gdy słuchałam o składnikach, w mojej głowie zaczęły kiełkować pomysły na wyjątkowe dania. Kiedy Dubois skończył mówić, kiwnęłam głową z determinacją. Planowanie – to było coś, co uwielbiałam najbardziej.

Przypomniały mi się zajęcia z gotowania i praca w grupach. Zawsze to ja przejmowałam inicjatywę, planując każdy szczegół. Nigdy nie zostawiałam niczego przypadkowi – każdy składnik był starannie przemyślany, a każdy krok dokładnie zsynchronizowany. Moi koledzy polegali na mojej wizji, nawet gdy czasem mieli wątpliwości. Ktoś musiał trzymać w ryzach kulinarny chaos. Wiedziałam, że jeśli dobrze zaplanujemy, stworzymy coś niezwykłego. To była moja rola – przewodniczka w kulinarnym chaosie, zawsze znajdująca sposób, by składniki zaczęły ze sobą rozmawiać. Bo dobra kuchnia to nie przepis. To dialog smaków. Teraz, stojąc tutaj, czułam, że jestem w swoim żywiole.

– Udział w tej rywalizacji to test waszych umiejętności kulinarnych, a wygrana może otworzyć wam drzwi do międzynarodowej kariery – mówił dalej Dubois.

Jego słowa wyrwały mnie z zamyślenia, dotykając struny, która wibrowała gdzieś głęboko w mojej duszy.

Podróże, odkrywanie nowych kulinarnych szlaków i spotkania z utalentowanymi ludźmi z całego świata. O tym marzyłam bardziej niż o samej karierze. Chciałam poznawać świat przez jedzenie. Smakować, jak różne kultury interpretują te same składniki. Uczyć się od mistrzów, którzy poświęcili swoje życie kuchni.

Musiałam jednak przyznać, że w kontaktach międzyludzkich nie radziłam sobie najlepiej. W przeciwieństwie do Claire, która zawsze była pewna siebie, ja zdecydowanie nie stanęłam w kolejce po odwagę i seksapil. Ona wchodziła do pokoju i natychmiast przyciągała uwagę. Ja wolałam zniknąć między kuchennymi blatami.

– Pozostaje mi w imieniu swoim i reszty jury życzyć wam powodzenia – zakończył przewodniczący komisji, unosząc dłoń w geście zachęty, a jego głos wypełnił salę, wywołując ciche poruszenie wśród uczestników. – Zaczynamy odliczanie! – Jego spojrzenie prześlizgnęło się po każdym z nas, jakby dawał nam ostatni, niewerbalny sygnał.

Zegar na ścianie zaczął tykać, a napięcie w powietrzu stało się niemal namacalne. Moje serce zaczęło bić szybciej, ale starałam się zachować spokój. Każda minuta od teraz była na wagę złota. Zamknęłam na chwilę oczy. To był moment, na który przygotowywałam się przez ostatnie tygodnie. Wszystko, nad czym pracowałam, miało teraz zostać poddane próbie. Kiedy otworzyłam oczy, poczułam przypływ adrenaliny, który rozlał się po całym ciele. Spojrzałam na zgromadzoną publiczność, której entuzjazm i wsparcie niemal uderzyły mnie w serce. Kiedy w sali rozległy się oklaski, poczułam, jak dodają mi skrzydeł. Z uśmiechem na twarzy i nowo nabytą pewnością siebie skierowałam się do swojej stacji roboczej. Byłam gotowa na wyzwanie, gotowa pokazać światu swoją pasję, talent i ciężko wypracowane umiejętności.

Gdy oklaski ucichły, a uczestnicy zajęli swoje stanowiska, sala wypełniła się gwarem przygotowań. Dla mnie to była chwila, od której wszystko się zaczynało. Wiedziałam, że niezależnie od wyniku to doświadczenie zmieni moje życie.

Stanęłam przy swoim stanowisku do gotowania, które sąsiadowało z innymi, równomiernie rozmieszczonymi w przestronnej sali. Przede mną leżał zestaw składników z czarnej skrzynki. Ich intensywny zapach wypełniał powietrze – ziemisty aromat dzikich grzybów mieszał się ze świeżością ziół i delikatną, morską nutą ryby. Egzotyczne owoce emanowały słodką wonią, która przywoływała wspomnienia tropikalnych krajów.

Kątem oka dostrzegłam swoje odbicie w błyszczącej powierzchni metalowej stacji. Kilka niesfornych czarnych kosmyków włosów wydostawało się spod mojej kucharskiej czapki, a przestraszone niebieskie oczy patrzyły na mnie w niemym pytaniu. Moje malinowe usta, delikatnie muśnięte błyszczykiem, zdawały się nie pasować do całej sytuacji. Ten moment, to odbicie przypomniały mi, że stawka jest wysoka.

Wzięłam głęboki oddech, a zapach słodkich egzotycznych owoców zadziałał na mnie kojąco. Skupienie wróciło, a moje ręce zaczęły działać niemal instynktownie – bez wahania, z pewnością siebie, która przychodziła powoli, ale zdecydowanie.

– Powodzenia – szepnął z mojej lewej strony Thierry, który reprezentował École Supérieure de Cuisine Française. Jego ciemne oczy były spokojne, choć zaciśnięte szczęki zdradzały napięcie.

– Dzięki. Przyda mi się – odpowiedziałam, starając się ukryć drżenie w głosie.

Spojrzałam na moją sąsiadkę po prawej, Elizę z Paryskiego Instytutu Kulinarnej Sztuki. Jej drobne dłonie lekko drżały, gdy poprawiała kitel. Jasne włosy miała starannie upięte pod kucharską czapką, ale wyraźnie było widać, że napięcie dotknęło nas wszystkich.

Na ścianie wielki zegar zaczął odmierzać czas. Nie było już odwrotu. Każdy z nas z wypiekami na twarzy skupił się na swoich zadaniach, gotowy stawić czoła wyzwaniu.

Kwiatki, grzyby, ryby i owoce… Myśl, Avo Foster. Szybko.

Szukałam w swojej głowie inspiracji, zastanawiając się, które potrawy pobudzą kubki smakowe jury. Czas przyspieszał, niczym nieokiełznany koń, a ja, świadoma, jak cenne są te minuty, gorączkowo próbowałam ułożyć w głowie i zapisać na kartce idealne menu. Determinacja tliła się we mnie niczym ogień – nie miałam zamiaru ustąpić bez walki.

Gdy intensywnie rozmyślałam nad przystawką, pochylona nad składnikami, nagle poczułam czyjąś obecność tuż za sobą. Delikatne włoski na moim karku stanęły dęba, a atmosfera wokół nagle jakby zgęstniała.

– Co planuje pani przygotować? – Usłyszałam niski, ciepły głos, który przeszył mnie dreszczem.

Zamarłam na sekundę, a moje serce zaczęło bić szybciej. Ten głos był zbyt znajomy, by się pomylić – to był Marcus Benett. Wstrzymałam oddech, czując, jak policzki zaczynają mnie piec. Jego bliskość była przytłaczająca. Sprawiała, że poczułam się dziwnie odsłonięta, jakby każdy mój ruch był uważnie obserwowany.

Zebrałam się na odwagę i powoli się odwróciłam, by stanąć z nim twarzą w twarz. Świat wokół nas zdawał się na moment zniknąć. Jego ciemne, przenikliwe oczy patrzyły na mnie z zaciekawieniem.

– Sądzę… – zaczęłam, starając się zapanować nad drżącym głosem. – Spróbuję połączyć te nietypowe składniki w coś harmonijnego. Może przystawka z carpaccio z sandacza podana z jadalnymi kwiatami i delikatnym sosem cytrusowym? Co pan o tym myśli? – Celowo użyłam formalnej formy, wiedząc, że to zwróci jego uwagę. Chciałam, żeby poczuł, jak bardzo zależy mi na jego opinii.

Nawet jeśli media rozpisywały się o jego podbojach i romansach, w tej chwili nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Liczyła się jego wiedza i doświadczenie – w końcu w zeszłym roku wygrał ten konkurs. Dla mnie był kimś, kto zna się na gotowaniu, a jego opinia mogła przesądzić o sukcesie lub porażce.

Marcus uniósł lekko brew, a w jego oczach pojawił się błysk zainteresowania. Subtelny uśmiech rozświetlił jego twarz, jakby docenił tę drobną grę formalności.

– Brzmi obiecująco, pani Foster – odpowiedział z delikatnym naciskiem na moje nazwisko, jakby chciał pokazać, że zauważył i podjął moją grę. Jego głos był spokojny, ale wywołał u mnie lekki dreszcz.

– Panno Foster – poprawiłam go odruchowo, czując, że moje serce zaczyna bić szybciej.

Zauważył to, bo natychmiast się poprawił.

– Oczywiście, panno Foster – dodał z lekkim, niemal niezauważalnym uśmiechem, który sprawił, że moje policzki się zarumieniły. W jego tonie było coś, co zdecydowanie wykraczało poza zwykłą uprzejmość. Przez ułamek sekundy przemknęło mi przez myśl, że może to flirt, ale natychmiast wybiłam sobie to z głowy.

– Trzymam kciuki – rzucił, odchodząc do innego stanowiska.

Przez chwilę stałam nieruchomo, wciąż czując na skórze ślad jego obecności. Nogi miałam jak z waty, serce biło mi szybciej, ale to poczucie chwiejności szybko ustąpiło miejsca przypływowi determinacji.

Może, tylko może, naprawdęmam szansę na sukces.

Ta myśl, choć jeszcze niepewna, zaczynała wypełniać mnie od środka, podsycając moje skupienie.

Zdecydowanie podniosłam nóż i zaczęłam pracować nad przystawką. Każdy ruch był teraz precyzyjny i pewny, jakby cały świat skurczył się do cienkich, niemal przezroczystych plastrów sandacza, które kroiłam z pełnym skupieniem. Gdy układałam je na talerzu, delikatny, świeży zapach ryby unosił się wokół mnie, przypominając morską bryzę, a jadalne kwiaty dodały daniu żywych kolorów.

Zanim polałam carpaccio sosem cytrusowym, zatrzymałam się na sekundę. Dyskretnie spróbowałam odrobinę na łyżeczce, upewniając się, że smak jest idealny. Świeży, lekko kwaśny, z nutą słodyczy – dokładnie taki, jak chciałam.

Delikatnie skropiłam rybę sosem, a jego cytrusowy zapach natychmiast uniósł się w powietrzu, podkreślając świeżość dania. Byłam zadowolona z efektu – moje carpaccio nie tylko wyglądało pięknie, ale też kusiło zapachem.

Nie jest źle…

Przekazałam przystawkę sędziom i od razu zabrałam się za danie główne. Pieczony sandacz z dzikimi grzybami i sosem z egzotycznych owoców miał być moim popisowym daniem, ale od samego początku coś szło nie tak. Gdy tylko wrzuciłam rybę na patelnię, usłyszałam zbyt intensywne skwierczenie – temperatura była za wysoka, a skórka zaczęła się przypalać. W mojej głowie natychmiast rozległ się alarm. Przez chwilę ogarnęła mnie panika, a w gardle poczułam gorzki smak porażki.

Zacisnęłam dłonie na uchwycie patelni, wzięłam głęboki oddech i zmusiłam się do zachowania spokoju. Nie mogłam sobie pozwolić na błędy, nie teraz. Zamiast wyrzucać przypalony kawałek, zatrzymałam się na moment, analizując sytuację. Musiałam zmienić plan. Obniżyłam temperaturę, wzięłam świeży kawałek ryby i zaczęłam od nowa, bardziej skupiona i ostrożna. Powtarzałam sobie, że czas nie jest moim wrogiem, o ile zachowam zimną krew.

Podczas gdy ryba smażyła się równomiernie, poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Podniosłam wzrok i zobaczyłam Marcusa, który stał nieopodal, obserwując mnie. Nie odezwał się ani słowem. Po prostu patrzył. Wiedziałam, że widział moment, kiedy sytuacja zaczęła wymykać mi się spod kontroli. Przez sekundę serce zabiło mi szybciej. Jego obecność, zamiast mnie zniechęcić, była dziwnie mobilizująca. Z każdym precyzyjnym ruchem noża, z każdym delikatnym przyprawieniem grzybów odzyskiwałam kontrolę. Sos z egzotycznych owoców powoli nabierał idealnej konsystencji, a ryba zyskała złocistą, równomierną skórkę.

Kiedy w końcu nasze spojrzenia znów się spotkały, Marcus lekko pokiwał głową z uznaniem. Wiedziałam, że dałam z siebie wszystko. Jego milcząca aprobata była jak cichy egzamin, który właśnie zdałam.

Z nową pewnością siebie oddałam danie główne do oceny, a następnie bez wahania przystąpiłam do przygotowania deseru.

Praca nad tartą z egzotycznych owoców, udekorowaną jadalnymi kwiatami, wydawała się teraz znacznie łatwiejsza. Choć czas uciekał, starałam się zachować spokój, skupiając się na każdym szczególe. Gdy kroiłam owoce, ich intensywny, słodki zapach unosił się w powietrzu, przywołując wspomnienie tropikalnych wysp. Aromat marakui i mango mieszał się z delikatną nutą cytrusów, tworząc prawdziwą ucztę dla zmysłów. Każdy kawałek owocu układałam starannie na kremowej bazie, a jadalne kwiaty dodały deserowi lekkości i elegancji.

Chociaż czas naglił, czułam dziwny spokój. Każdy mój ruch wydawał się naturalny, jakby moje ciało działało w harmonii z umysłem i sercem. Kiedy w końcu deser został zaniesiony do stolika sędziowskiego, poczułam, jakby kamień spadł mi z serca, ale jednocześnie jakbym przebiegła maraton. Każdy ich gest, każde spojrzenie miały dla mnie ogromne znaczenie. Stałam tam, oddychając ciężko, czując w powietrzu mieszankę wyczerpania i ulgi.

Dopiero teraz pozwoliłam sobie na chwilę, by rozejrzeć się po sali. Kilku uczestników, podobnie jak ja, zakończyło już swoje dania. Odeszli na bok wyraźnie zmęczeni. Widać było, że walczyli o każdą sekundę, ale teraz mogli już odetchnąć. Inni wciąż desperacko zmagali się z czasem, układając w pośpiechu ostatnie elementy swoich potraw. Kilka stanowisk dalej ktoś nerwowo dekorował talerz, a po drugiej stronie kuchni usłyszałam stłumiony dźwięk upadającego garnka – ktoś rozpaczliwie próbował nadrobić stracone sekundy.

W sali unosiło się napięcie, powietrze było gęste od aromatów i emocji. Obserwując tę gorączkową końcówkę, poczułam wdzięczność, że udało mi się ukończyć wszystko na czas. Mimo wyczerpania czułam wewnętrzny spokój – zrobiłam, co mogłam, a teraz pozostawało tylko czekać na werdykt.

– Szanowni państwo, koniec czasu! – ogłosiła Marie Leclerc, a sala natychmiast wypełniła się brawami.

Wśród tego gwaru cały stres, który towarzyszył mi przez ostatnie godziny, wreszcie zaczął opuszczać moje ciało.

Eliminacje, kilka godzin pełnych skupienia i kulinarnych zmagań, wreszcie dobiegły końca. Stojąc tam, zanurzona we własnych myślach, przypomniałam sobie o nadziejach, jakie pokładał we mnie François Blanchard, rektor Le Cordon Bleu. Wybór tak młodej, niedoświadczonej studentki, a w dodatku Amerykanki, do reprezentowania szkoły był nie tylko zaszczytem, ale i wielkim wyzwaniem. Musiałam sprostać oczekiwaniom – nie tylko jego, ale także własnym.

Chciałam udowodnić sobie, a jeszcze bardziej rodzinie mojego ojca, że mam siłę, ambicję i determinację, by osiągnąć sukces na własnych warunkach. Chciałam pokazać im, że nie dadzą rady mną manipulować, tak jak manipulowali moją mamą. Nie pozwolę, by moja historia skończyła się tak jak jej. Ich intrygi nie mogły zatrzymać mojego dążenia do spełnienia marzeń o wkroczeniu w wielki kulinarny świat – marzeń, które kiedyś dzieliłam z mamą, a które teraz były na wyciągnięcie ręki.

Myśl o tym, że już jej przy mnie nie ma, przeszywała mnie bólem. Tak bardzo chciałam podzielić się z nią wrażeniami. Mogłam jedynie opowiedzieć o nich przez telefon tacie. Chociaż wiedziałam, że jego życie kręciło się teraz wokół nowej żony i jej córki, które zamieszkały w naszym domu w Bayshore Cove, próbowałam pogodzić się z tą nową rzeczywistością. Nie zawsze mi się to udawało. Wyjazd do Francji stał się moją ucieczką – moją szansą na oddech od rodzinnych dramatów.

Gdy jurorzy ponownie stanęli na podwyższeniu, moje myśli natychmiast ucichły. Choć dłonie już nie drżały tak mocno, wewnętrzna burza emocji nie ustępowała – mieszanina ekscytacji i niepokoju wciąż mnie przepełniała, nie dając wytchnienia. Głęboki oddech, który wzięłam, był próbą uspokojenia galopującego serca. Pełna oczekiwań i napięcia czekałam na dalsze słowa jury.

– Drodzy uczestnicy oraz zgromadzeni goście. Jury teraz uda się na obrady. Zapraszamy państwa na ogłoszenie wyników jutro o dwunastej – oznajmił Marcus Benett, a moje serce natychmiast przyspieszyło. Znałam już jego głos. Był niski, spokojny, a jednak potrafił przebić się przez cały gwar sali.

Na chwilę jego spojrzenie zatrzymało się na moich oczach, jakby chciał mi coś przekazać – ta krótka wymiana była niczym iskra rozpalająca moje myśli.

Marcus przez sekundę milczał, pozwalając, by wszyscy w sali skupili na nim uwagę.

– Chciałbym wam pogratulować – zaczął. – Dla mnie, tak jak i dla was, ten konkurs to coś więcej niż tylko eliminacje. Pamiętam zeszłoroczny finał: emocje, które mu towarzyszyły. Jednak najbardziej pamiętam drogę pełną wyzwań, niepewności, ale i sukcesów. To właśnie ta droga jest kluczowa. Jutro ogłosimy, kto przejdzie dalej, ale sam fakt, że dziś stoicie tutaj, to dowód waszej wytrwałości i pasji. – Brzmiał pewnie, a każde słowo zdawało się płynąć z jego osobistego doświadczenia. – Finał był dla mnie niezwykłym przeżyciem – dodał. – Spotkałem ludzi, którzy całe życie poświęcili gotowaniu, i zrozumiałem, że kuchnia to coś więcej niż technika. To wyraz naszej kreatywności, naszych osobistych historii i marzeń. Już dziś możecie czuć się wygranymi, bo osiągnęliście coś, co wielu tylko sobie wyobraża. Życzę wam powodzenia, ale pamiętajcie, że już teraz jesteście zwycięzcami.

Jego słowa wypełniły salę, a ja wciąż czułam, jak echo jego przemowy we mnie rezonuje. Każde zdanie przypominało mi, że droga, którą obrałam, była pełna wyzwań, ale też możliwości.

Przez tygodnie spędzałam długie godziny w uczelnianej kuchni, doskonaląc techniki i testując smaki pod czujnym okiem wykładowców. Każdy szczegół, od krojenia warzyw po komponowanie dań, był analizowany, poprawiany, a potem wykonywany raz jeszcze. Czasem wracałam do kampusu wykończona, z bolącymi stopami i zmęczonymi rękami, ale teraz czułam, że ta ciężka praca w końcu może przynieść owoce.

Obserwując innych uczestników, widziałam te same emocje – nadzieję, niepewność, a nawet strach. Wszyscy marzyliśmy o przejściu dalej. Byliśmy jak kalejdoskop marzeń, w którym każdy z nas walczył o swoje miejsce w kulinarnym świecie.

Gdy sala zaczęła pustoszeć, a ostatnie grupki uczestników powoli się rozchodziły, kątem oka zauważyłam Marcusa. Stał kilka jardów dalej, rozmawiając z jednym z jurorów. W pewnym momencie spojrzał w moją stronę. I wtedy uśmiechnął się lekko. Ten uśmiech… nie potrafiłam go zignorować. Był subtelny, niemal dyskretny. Czy naprawdę był skierowany do mnie? A jeśli tak… co właściwie chciał mi nim powiedzieć?

Spis treści

Kopciuszek Ebook

Lista stron

1

2

3

4

5

6

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

87

88

89

90

91

92

94

95

96

97

98

99

100

101

103

104

105

106

107

108

109

110

111

112

113

114

115

116

117

119

120

121

122

123

124

125

126

127

128

130

131

132

133

134

135

136

137

139

140

141

142

143

144

145

146

147

149

150

151

152

153

154

155

157

158

159

160

161

162

163

164

166

167

168

169

170

171

172

173

174

175

176

177

179

180

181

182

183

184

185

186

187

188

190

191

192

193

194

195

196

197

198

199

200

202

203

204

205

206

208

209

210

211

212

213

214

215

216

217

218

219

220

222

223

224

225

226

227

228

229

230

231

233

234

235

236

237

238

239

240

241

242

243

244

245

246

248

249

250

251

252

253

254

255

256

257

258

260

261

262

263

264

265

266

268

269

270

271

272

273

274

275

276

277

278

279

280

281

282

283

284

286

287

288

289

290

291

292

293

294

295

296

297

299

300

301

302

303

304

305

306

307

308

309

310

312

313

314

315

316

317

319

320

321

322

323

324

325

327

328

329

330

331

332

333

334

335

336

337

339

340

341

342

343

344

345

346

347

348

349

350

352

353

354

355

356

357

358

359

361

362

363

364

365

366

367

368

369

370

371

372

373

375

376

377

378

379

380

381

382

383

384

386

387

388

389

390

391

392

393

395

396

397

398

399

400

401

402

403

404

405

407

408

409

410

411

412

413

414

416

417

418

419

420

421

422

424

425

426

427

428

429

430

431

432

433

434

435

436

437

438

439

440

Punkty orientacyjne

Cover