Nadkobieta - Adam Gawłowski - ebook

Nadkobieta ebook

Adam Gawłowski

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Nadkobieta" to literacki debiut Adama Gawłowskiego – powieść z pogranicza thrillera polityczno-biznesowego i powieści psychologicznej, której premiera odbędzie się 20 lutego 2026 roku. To historia inspirowana realnymi mechanizmami rynku energetycznego i geopolityki, opowiedziana w niezwykle filmowy, dynamiczny sposób. Akcja toczy się w latach 2014–2015 i prowadzi czytelnika od Warszawy i Sopotu, przez Moskwę, Chicago i Mediolan, po Monaco, Johannesburg i Wiedeń. W tle: walka rosyjskiego i amerykańskiego wywiadu o wpływy w polskiej energetyce, miliardowe kontrakty, luksus i zakulisowe decyzje. Na pierwszym planie – bohaterowie uwikłani w namiętności, manipulacje i moralne kompromisy. Główny bohater, Adam – były koszykarz i skuteczny menedżer sprzedaży – wchodzi w relację, która burzy jego poukładany świat i zmusza do wyborów, od których nie ma odwrotu. Postaci drugoplanowe mogłyby bez trudu odnaleźć się w prozie Johna le Carré czy Roberta Harrisa, a tempo narracji i dbałość o detale sprawiają, że książka czyta się jak gotowy scenariusz serialu.

„Nadkobieta" ukaże się w trzech formatach:

- książka drukowana

- e-book

- audiobook czytany przez Leszka Lichotę

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 353

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AnetaWawryk

Nie oderwiesz się od lektury

Interesujaca historia, jestem ciekawa jak rozwinie sie wątek tej historii. Dziekuje serdecznie
00

Popularność




Spis treści
OD AUTORA
MOSKIEWSKI DRIFT
SOPOCKI HIPODROM
LAGO DI COMO
WARSAW BY NIGHT
CHICAGO BLUES
ALPY, TU SIĘ ODDYCHA...
CAPE OF GOOD HOPE
GRAND PRIX MONAKO
BUGARSKI ŁĄCZNIK
OGRODY SŁOŃCA
DOM ZDROJOWY
WISŁA
EPILOG
WENECJA PÓŁNOCY

ISBN: 978-83-972782-2-6

Copyright © 2024 Adam Gawłowski

Redakcja: Anita Zuchora

Korekta: Joanna Dzik

Ilustracja na okładce oraz ilustracje rozdziałów: Ernest Błędowski

Mentor: Maciej Chmiel

Wydawca, PR i Managment: IMAGE FACTORY Jakub Zadrożny

Łamanie oraz opracowanie graficzne okładki: Cezary Jaworski sumer.pl

Drukarnia: Białostockie Zakady Graficzne S.A.

OD AUTORA

Wiele lat temu, siedząc przy stoliku do ruletki w kasynie hotelu Victoria, pamiętającym czasy Jerzego Urbana grającego w towarzystwie różnych dam, stawiałem właśnie na „kocioł ósemkowy”, kiedy kątem oka dostrzegłem szpakowatego jegomościa z piękną kobietą w średnim wieku. Podeszli do naszego stolika z wysokimi limitami. On rzucił na stół dwie paczki grubych nominałów, prosząc o „rozmianę” na żetony, i zagaił: „Witam panów, przedstawiam swoją pierwszą żonę…”.

Ja przedstawiam wam swoją pierwszą książkę.

Wszystkie fakty i postacie występujące w tym pamiętniku z niecałego roku z życia handlowca marki premium są całkowicie zmyślone i powstały w mojej wyobraźni. Proszę ich nie łączyć z mającymi miejsce w nieodległej przeszłości zdarzeniami. Narrator nie chce, aby te wytwory fantazji miały wpływ na jego teraźniejsze i przyszłe funkcjonowanie w branży elektroenergetycznej, którą kocha nad życie.

Napisałem tę książkę, aby oddać hołd prawdziwym sprzedawcom z krwi i kości. Zamykam w ten sposób klamrę ostatnich dwudziestu lat mojego życia. Wystarczy przeczytać, by zrozumieć, jak ciężko jest być skutecznym handlowcem i dlaczego tylko nieliczni są w tym wybitni.

MOSKIEWSKI DRIFT

Rok 2014. Obudziłem się około siódmej rano w stanie dramatycznego niedowładu funkcji życiowych i niedostatku płynów ustrojowych. W takich momentach przysięgałem sobie, że nie napiję się alkoholu do końca życia. Około dziesiątej, gdy już mogłem zjeść coś z dużą ilością cukru, wzrok się wyostrzał, nastrój lekko poprawiał, zmieniałem wewnętrzny komunikat na zapewnienie, że nie piję do końca roku. Przy obiedzie łagodniałem i zakładałem brak alkoholu w moim życiu do końca miesiąca. Przy kolacji misją było niespożywanie do końca tygodnia. Potem już walczyłem, by nie pić do końca dnia. I tak w kółko, jak w jakimś pierdolonym dniu świstaka.

Wydarzenia poprzedniej nocy pamiętałem mgliście. Pierwsze pytanie: gdzie jestem? Wiem, Moskwa, hotel Sheraton przy dworcu Belorusskaya. Moskwa to miasto i kraj. Jest Rosja i jest Moskwa. Pobyty tu różnią się od innych delegacji. Można dotknąć rzeczy wielkich. Oczywiście tylko wtedy, gdy rozmawia się z odpowiednimi ludźmi o ważnych sprawach. Rosjanie. Bracia Słowianie. Mamy podobne cechy charakteru, lubimy dobrą zabawę i alkohol, znamy się na wszystkim i na niczym bardzo dobrze. Z tą jedynie różnicą, że niestety, gdy przychodzi do interesów, to albo mamy ich przy gardle, albo musimy trzymać pod butem. Trudno o położenie neutralne.

Niczym wymyślona na potrzeby serialu „Gambit królowej”, Beth Harmon, znajdowałem się przed jedną z najważniejszych szachowych partii swojego życia, a stałem się ofiarą autodestrukcji. Patrzę na telefon, siedem nieodebranych od Saszy. Matko! Czym prędzej oddzwaniam: – Sasza, przepraszam. Nastawiłem budzik na czas polski. Będzie dzwonił za godzinę – tłumaczę nerwowo.

– Spokojnie, mamy jeszcze trochę czasu, czekam przed hotelem. – Jego głos brzmiał zupełnie jak dzień wcześniej. Bez śladu alkoholu, który wypiliśmy. Musiałem się spieszyć.

Golenie, koszula i garnitur, bez krawata. Bez prysznica i śniadania, a i tak zajęło mi to dwanaście minut. Jeszcze tylko setka Ararata wypita w hotelowym barze i wybiegam na zewnątrz. Kac jest potrójny, bo oprócz wódki były też nocne degustacje koniaków gruzińskich i cygaretek. W ustach mam trampek o smaku tutejszej nikotyny. Sasza prowadzi samochód i, tak jak się spodziewałem, wygląda sto razy lepiej ode mnie. Ich przewagą nad nami jest właśnie ten drugi dzień. Mimo że obaj mamy na sobie drogie garnitury, eleganckie koszule i wypastowane pantofle, różnica wydaje się oczywista.

Jest koniec września, wyjątkowo ciepło jak na to miasto o tej porze roku. Proszki od Saszy nieco pomagają. Nawet nie pytam, co to było. W tym kraju są proszki na wszystko. Nie dostaniesz takich nigdzie na świecie. Są niekorporacyjne i ekologiczne. Leczą wszystko lepiej, nawet ich odpowiednik viagry jest skuteczniejszy od tej naszej, z Eurosojuza.

Znam Saszę szesnaście godzin, a już jesteśmy prawie przyjaciółmi. Taki kraj. To on ma mnie poznać z Nim – kimś, kto dysponuje miliardami i ma do nas interes. Zdaję sobie sprawę z wagi tego spotkania. Chociaż doskonale wiem, że proces zarabiania dużych pieniędzy jest długotrwały i wymaga cierpliwości. Szybki deal się przydaje, ale niesie za sobą konieczność kolejnych kroków i realizowania przemyślanej strategii. Teraz byłem na pierwszej linii, zaczynałem. Kiedy Stalin rzucał prostych, ruskich ludzi bez broni i wsparcia na niemieckie czołgi nacierające pod Moskwą, dawał im dwie setki wódki i mówił: „Ani kroku w tył!”. Jestem w tej samej sytuacji. Pierwsza linia ataku czy pierwsza linia obrony, obrywa się zawsze najbardziej.

Wczorajszy wieczór zaczął się nad rzeką Moskwa, pod hotelem Ukraina, który przypomina nasz Pałac Kultury (jest takich siedem w Moskwie). Na przystani zacumowane dwa duże, ekskluzywne promy. Wewnątrz, na poziomie zero, wielkie przeszklone sale, wypełnione stolikami. Miejsca trzeba rezerwować z wyprzedzeniem. Przez okna widok kozacki – z każdego zakątka sali można obserwować oświetlone brzegi rzeki. Spotkaliśmy się przed dwudziestą. Trasa rejsu: hotel Ukraina – okolice Kremla i placu Czerwonego – hotel Ukraina.

Sasza czekał na mnie w towarzystwie dwóch pięknych Rosjanek. Blondynka to jego dziewczyna, Ksenia. Druga, ciemnowłosa, to jej przyjaciółka, Wiera. Sasza wyglądał europejsko, wysoki, przystojny, ubrany w markowe ciuchy, wystylizowany. To pewnie wpływ Kseni. Wysoka, trochę młodsza od niego, z wyrazistym makijażem. W krótkiej, czarnej spódnicy i obcisłej bluzce, dzięki której można było podziwiać niewątpliwie poprawiony biust, prezentowała się imponująco. Do tego wysokie szpilki i kremowy płaszcz. Wiera ubrana nieco mniej wyzywająco, nie rzucała się tak w oczy. Wyglądała na kogoś, kto dopiero szuka swojego miejsca w życiu. Długie skórzane spodnie i luźna koszula w kratkę Burberry. Płaszcz tej samej firmy, ale szpilki o pięć centymetrów niższe. To na nich obu skupia się wzrok wszystkich pasażerów rejsu. Jestem w dobrym towarzystwie.

Ruszyliśmy w stronę statku, Sasza pokazał bilety przy zejściu z trapu. Oprócz marynarzy dostrzegłem kilku barczystych gości kręcących się w pobliżu. Usiłowali sprawiać wrażenie zagubionych, ale wiedziałem, że są w pracy. Na sali przejął nas kelner i pokazał stolik. Sasza zamówił wódkę i szampana oraz dużą butelkę wody niegazowanej. Choć Rosjanie zazwyczaj wódki nie popijają, wolą zakąski. Skądinąd słusznie, następny dzień staje się dzięki temu łatwiejszy. Rozejrzałem się, uczestnicy rejsu byli w naszym wieku albo starsi. Ubrani bez przesadnej elegancji, ale widocznego wyrazu spełnienia i wyższości nad tymi, którzy się dopiero bogacą, nie da się nie zauważyć. Wystarczy spojrzeć na ich nadgarstki. Zegarki Richarda Mille’a i innych szwajcarskich manufaktur, wartość – minimum sto tysięcy euro. Do tego charakterystyczny wyraz twarzy – pewny siebie, nieco znudzony, wypoczęty. Południowa opalenizna zdradza posiadanie willi gdzieś na Lazurowym Wybrzeżu. Plus jacht i odrzutowiec Gulfstream, który przy okazji lata z dziećmi do popularnej wśród rosyjskiej elity Sevenoaks School. Tradycja, elegancja, golf, krykiet, maniery i kultura.

Na szczęście słynnych pozłacanych chłopców i dziewcząt nieudolnie szlifowanych przez brytyjskie szkolnictwo, hucznie bawiących się w najatrakcyjniejszych miejscach Moskwy i Londynu, nie ma dzisiaj na pokładzie. Tutejsza młodzież bawi się ostro i bez pardonu, zawsze mając za plecami ratunek wpływowych rodziców. Dzisiaj ochroniarze się nie przydadzą.

– Za nas, za was, za gaz, za Specnaz – pierwszy toast Saszy, klasyczny o tej porze w tym mieście. Wypiliśmy po porcji zmrożonej wódki.

Było jasne, że dzisiaj się bawimy, a jutro będziemy rozmawiać o interesach. Kiedy statek był w połowie drogi do Kremla, na szerokim zakolu rzeki, ruszyliśmy do tańca w rytm rosyjskich przebojów granych na żywo. Wokół rozpościerały się zjawiskowe widoki, po lewej oświetlony stadion na Łużnikach, po prawej spektakularne nocą Worobiowe Wzgórza. „Kto chce poznać Rosję, musi zobaczyć Moskwę stąd”, pisał Czechow, oglądając panoramę miasta ze szczytu tego kilkusetmetrowego wzniesienia. Też jestem sentymentalny, bez wahania pocałowałem Wierę w rękę i poprosiłem o taniec. Akurat grali moje ulubione „Podmoskownyje wieczera”. Dobra rosyjska wódka i uroda zaproszonych dam poprawiały zdolności taneczne.

Minęliśmy okazałe mury Kremla i oświetloną, majestatyczną cerkiew Wasyla Błogosławionego, wizytówkę miasta widoczną na prawie wszystkich pocztówkach z Moskwy. Od strony rzeki tego nie widać, ale przed wejściem do cerkwi stoi pomnik Minina i Pożarskiego, przywódców zbrojnych oddziałów ochotniczych, którzy w 1612 roku podczas wielkiej smuty wyparli z Moskwy wojska polsko-litewskie. Lepiej o tym nie wspominać w rozmowie z Rosjanami, ale mało brakowało, aby nad tymi murami zawisła na zawsze biało-czerwona flaga. Zawracaliśmy za Kremlem. Czas na wymianę pustych już butelek i coś do jedzenia. Wybraliśmy smażoną siewrugę (łososia gwiaździstego) z purée marchewkowym, przysmak tutejszej kuchni. Kawior z siewrugi jest wyśmienity, zaraz po tym z bieługi. Też go skosztowaliśmy z szampanem. Z bułką, odrobiną masła i cytryną smakował bajecznie.

Rejs nie zakończył wieczoru. To był dopiero początek wrażeń, w końcu godzina jeszcze wczesna. Po krótkiej naradzie wybór padł na restaurację Lesnoy, znajdującą się niedaleko mojego hotelu w kompleksie podobnych lokali gastronomicznych, które wieczorem zmieniają się w kluby nocne. Długie bary z półkami uginającymi się od najlepszych alkoholi. Im wyżej, tym wyższa cena. Jedni piją przy barze, inni elegancko, przy stolikach. O tej porze już wszyscy tańczą, gdzie się da. Widok bananowej młodzieży z Rublowki, która ćpa na umór, pije litrami alkohole z górnej półki i bawi się na całego, zostanie ze mną na długo. Przegląd zegarków, ciuchów, torebek z największych domów mody. Wszyscy wyglądają jak milion dolarów. Tylko przez chwilę, kiedy już nieźle pijany patrzyłem na wirujące piękne dziewczyny, pomyślałem o tym, w jakim stanie będę na jutrzejszym spotkaniu.

Jazda po Moskwie wymaga cierpliwości, samochodów jest tu za dużo. O wiele za dużo. Jechaliśmy nowiutkim lexusem RX Saszy do centrum biznesu, ale takiego naprawdę first class. Wcale nie w luksusowych, szklanych wieżowcach położonych w Moscow-City nad rzeką Moskwą. Zmierzaliśmy do niepozornego, odrapanego budynku z lat 90. z kilkupiętrowym garażem podziemnym w centrum Moskwy. Ci, którzy mają odpowiednią kartę (za członkostwo płaci się sto tysięcy dolarów rocznie), zjeżdżają przez trzy szlabany na parking. Winda, która także uruchamia się po włożeniu karty, ma tylko dwa przyciski -7 i 7.

Sasza wciska 7 i przyznaje, że możliwość opłacenia członkostwa nie wystarczy, żeby się tu dostać. Nikt nie zna listy członków i nigdzie nie ma informacji, jak się zgłosić. W recepcji musimy oddać kartę. Była jednorazowa, dla gości. Jestem zdziwiony, że piękna Rosjanka mówi do mnie po angielsku. Przecież wyglądam i mówię jak oni. – Jak byś był Rosjaninem, mówiłaby do nas po rosyjsku. Ma swoje sposoby, żeby was rozpoznać. – Sasza uśmiecha się z przekąsem.

Czekamy, a ja czuję, że proszki od Saszy przestają działać. Chciałbym jeszcze kilka, ale właśnie mamy wejść do jednego z pomieszczeń. Wygląda jak biblioteka – przestronna sala wypełniona regałami, tylko jedno wejście i zarazem wyjście, otwierane elektronicznie. Na środku stolik przygotowany dla czterech osób. Podłoga wyciszona, sufit ciemny, ściany też. W głowie mi szumi. Czuję się jak nowicjusz, który przegrał z nocnym życiem stolicy. Tutaj nie powinienem okazywać najmniejszej słabości. Raczej szukać ich u przeciwnika i wykorzystywać dla swoich celów. To jedyna szansa na zwycięstwo.

Siadamy po jednej stronie skromnie nakrytego stolika. Tylko szklanki do wody, kieliszki do wina, podstawowe sztućce i serwetka. Po włosku. Italia to ich ulubiony kraj. Mój też. Kolejna elegancka młoda kobieta informuje nas, że przyszliśmy piętnaście minut spóźnieni, ale… spotkanie przed nami też się przedłużyło. Mamy kilka minut. Niewiele myśląc, zamawiam szampana i wodę, zestaw ratunkowy. Rozumiem, dlaczego Rosjanie piją rano szampana. Alkohol i bąbelki ułatwiają funkcjonowanie. Szampan to tylko francuski z Szampanii, powie ktoś, ale to nieprawda. Chirac, pijąc lata temu z Jelcynem, załatwił, że Rosjanie nie mogą używać terminu „szampan”, bo jedyny prawdziwy to ten francuski. Teraz w Rosji żałują, bo ich Igristoje nie odstaje od drogich trunków królujących na europejskich salonach.

Zamówiłem Abrau-Durso Imperial Brut Vintage 2009 z Krasnodaru. O wiele lepszy niż wszystkie francuskie marki. Ma wtórną fermentację w specjalnych małych grotach pod ziemią, po jednej na każdą butelkę. Wystarczy dodać, że wychodzi spod ręki francuza, Victora Dravigny, który porównując swoje rosyjskie i francuskie włości, te pierwsze stawia dużo wyżej. Jednak Sasza musiał też odczuwać wczorajszy wieczór, bo jak ja wypił jednym haustem duży kieliszek. Świat znowu nabrał kolorów. Wszystko, co dzieje się na tym łez padole, o czym czytacie w internecie i co oglądacie w telewizji, zaczyna się od takiego spotkania. Różne są okoliczności, miejsca i liczby uczestników, ale taki jest początek. Rzeczy pierwsze są najważniejsze. Zanim zaczniemy, jeszcze jeden kieliszek.

– Dzień dobry. – Wszedł starszy mężczyzna o wyglądzie poczciwego emeryta. Obaj wstajemy.

– Witajcie towarzyszu. – Poszedłem na całość. Mój rosyjski po szampanie jest lepszy niż zazwyczaj. Nawet się nie skrzywił.

Widziałem, że Sasza jest spięty. Przed nami stał gość ubrany tak, aby nie zwracać na siebie uwagi. Garnitur z końca XX wieku, koszula wysłużona, pantofle starego typu, ale wypastowane. Typowy wojskowy w cywilu. A jednak jego pewność siebie mówiła, że jest osobą o nieograniczonych znajomościach i zasobach.

– To jest nasz gość z Polski? – Spojrzał na mnie trochę lekceważąco. – Witamy w Moskwie. Widzę, że Sasza już zamówił coś dobrego. Ja, niestety, od kilku lat nie piję.

Siadamy. Czas na pokaz moich zdolności konwersacyjnych: – To ja zamówiłem tego najlepszego na świecie szampana. Kocham wasz kraj! Jesteście tacy jak my, bracia Słowianie. Tylko my potrafimy tak biesiadować i rozprawiać o życiu – moja nieskładna przemowa w stylu Jordana Belforta z „Wilka z Wall Street” nie zrobiła na nim wrażenia.

– Wcześniej się dziś upiłeś, młody człowieku – stwierdził spokojnie. Nie takie rzeczy widział.

– Ze wszystkich biesiadników tylko ja tak fatalnie wyglądam, a jeszcze gorzej się czuję – przyznaję skruszony.

– Widocznie jako jedyny nie oszukiwałeś – stwierdził. Sasza taktycznie milczy. – Aperitif macie za sobą, zamówię coś ciepłego. Skoro tak lubisz Krasnodar, wypijemy czerwone wino z tego regionu.

Na razie jemy, nie ruszamy tematu. Najbardziej oprócz świetnego gotowanego sandacza z purée z batata smakuje dobry rocznik czerwonego krasnodarskiego wytrawnego Fantoma. On dopytuje, czy nam smakuje, i zamawia desery. Włoska panna cotta, do tego gruziński koniak. Narzeka, że najlepszy armeński Ararat został sprzedany Francuzom i nie jest taki jak dawniej. Teraz najlepsze koniaki robią Gruzini. W końcu przechodzimy do sprawy.

– U was w kraju jest taki państwowy holding, a częścią tego holdingu jest duża spółka, która niedługo zostanie wystawiona na sprzedaż. Wy kupicie tę spółkę, bo nam ruskim jej nie sprzedadzą. Co za czasy! Wasi handlują z Chinolami, Niemcami, Francuzami, a z nami nie. Nasze pieniądze śmierdzą?

– Polityka, ale jesteśmy od tego, żeby wam pomóc. Nam nie śmierdzą.

– Przekaż swojemu szefowi, że daję dziesięć procent prowizji od wartości transakcji. Rozmawiamy o pół miliarda euro. Za tyle chcę tę spółkę kupić.

– Konkurenci?

– Dwóch, mocnych. Jeden powiązany ze służbami amerykańskimi, który zainicjował ten proces i ma największe wejścia w holdingu i poparcie waszych polityków. Ma też wsparcie waszych służb specjalnych, choć nie wiemy dlaczego, bo nie mają z tego żadnego interesu. Drugi to inny państwowy koncern, który niby chce kupić, ale to „zając”, istnieje tylko, żeby wszystko wyglądało prawidłowo. Jest jeszcze dwóch–trzech, ale o tych się nie martwcie. Zajmą się nimi ci od służb. Zrozumiałeś? Trochę szczegółów wieczorem przekaże ci Sasza. Tylko pijcie z umiarem. Na odpowiedź czekam do końca przyszłego tygodnia. Jeśli w to wchodzicie, złożycie ofertę jako konsorcjum z bankiem, na przykład chińskim, który przedstawi gwarancje finansowe na pokrycie transakcji. Kiedy wracasz do Polski?

– Jutro.

– Dobrze. Żegnam. Zorganizuj sobie duży bagaż, Sasza kupi ci parę butelek tego szampana i wina, bo inaczej tego do Polski nie ściągniesz. – Zostawił nas, a ja się zastanawiałem, skąd wiedział, że w tę stronę leciałem z podręcznym.

Droga powrotna okazała się zaskakująca. Recepcjonistka zwiozła nas inną windą na VI piętro, potem jeszcze inną na II i wskazała kolejną z jednym przyciskiem 0. Wylądowaliśmy przy wyjściu z budynku.

– Co z samochodem? – Zdziwiłem się.

– Nie będzie nam potrzebny – skwitował. – Pojedziemy taksówką.

Sasza telefonicznie załatwił mi walizkę i alkohole, a ja przez asystentkę dokupiłem duży bagaż.

Tym razem zabrał mnie do jednego z najbardziej prestiżowych miejsc w Moskwie. Restauracja Beluga, która nazwę wzięła od znanej także w Polsce luksusowej i drogiej wódki (niekoniecznie najlepszej w Rosji), znajduje się niedaleko od Kremla od strony pomnika marszałka Żukowa. To on w miejsce Stalina, który bał się jechać na koniu, prowadził zwycięską defiladę w Moskwie. Sasza poszedł szeroko: na przystawkę kawior z belugi prosto z Astrachania (170 dol. porcja) i zupa ucha za drobne 20 dol. Do tego Beluga Gold Line (40 ml za 40 dol.) i kwas chlebowy (cena atrakcyjna).

Przeszliśmy do konkretów. Zasugerowałem, zakładając, że to zostaje między nami, załatwienie sprawy tak, aby oficjalna prowizja dla naszej firmy wynosiła tylko pięć procent, ale za to dla mnie jeden procent od całości transakcji plus zaliczka w gotówce – sto tysięcy euro. Przybiliśmy piątkę. Z zastrzeżeniem pełnej dyskrecji i zaufania. To pomoże doprowadzić do pozytywnego zakończenia tę skomplikowaną transakcję i wygrać wyścig o zakup firmy znajdującej się pod kontrolą państwa i służb. I mieć z tego coś dla siebie.

– Kiedy przyjedziesz? – zapytał Sasza, gdy wracaliśmy znowu nieźle wstawieni.

– Jak najszybciej. To dla mnie priorytet. Jak wygramy, jestem ustawiony do końca życia.

– Dobrze, że masz taką motywację. Jemu to też się spodoba. Bo dla nas to tylko kolejny biznes, jak nie wypali, najwyżej przepadnie zaliczka.

Byłem zadowolony, choć zdawałem sobie sprawę, że nie ma pewności, czy cała operacja się uda. Dużo pracy przed nami. Zasnąłem spokojny.

O ósmej rano obudził mnie budzik i lekki jak na rosyjskie warunki kac. Po szybkim śniadaniu ruszyłem na dworzec Belorusskaya i AeroExpressem na lotnisko Szeremietewo. Pierwsza kontrola już przy wejściu do terminala. Wszystko z powodu zamachów czeczeńskich terrorystów sprzed kilku lat. Podczas skanowania walizek, gruba baba, podręcznikowa rosyjska kuma z bazaru, śmieje się, patrząc na monitor. W walizce mam dwanaście butelek – prezent od nowych przyjaciół.

– Przygotowania do sylwestra? – pyta.

– Nie wiem, czy do świąt wytrzyma, za dobre – odpowiadam, puszczając do niej oko. Mam dobry humor, za dwie godziny lotu będę w Polsce.

Kiedy śpię we własnym domu, mam poczucie, że nic się nie dzieje, brak akcji. Teraz powrót sprawił mi przyjemność. Rozpakowałem się, przygotowałem rzeczy do pralni i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku położyłem się, żeby wyspać się przed jutrzejszym dniem.

Do centrum jadę od siebie uberem dziesięć minut. Wpadłem jeszcze na śniadanie do Marriotta i na piechotę doszedłem do naszego biurowca. Branża elektroenergetyczna to specyficzna część biznesu B2B. W większości przypadków o udanej sprzedaży lub zawarciu umowy decydują relacje, znajomości. A tak naprawdę, wspólne picie oraz odpowiednie wynagradzanie partnerów za pomoc i ciężką pracę na rzecz wspólnego celu. Czasem informacja jest warta majątek, bo pozwala uczestniczyć w transakcjach z gigantycznymi marżami. Zajmowaliśmy się wszystkim, zaczynając od ryzykownych transakcji sprowadzania węgla z Rosji przez trzy spółki pośredniczące, z których ostatnia legalizowała surowiec w Europie. Po klasyczne przejęcia spółek, konsolidacje, wygrywanie przetargów o dużych wartościach. Jednym słowem, byłem wszędzie tam, gdzie nie kręciło się zbyt dużo konkurencji, bo barierę stanowił albo duży kapitał na wejście, albo wieloletnie znajomości z uczestnikami rynku (klientami, konkurencją, dostawcami technologii i urządzeń).

Inwestycje w tych przedsiębiorstwach, w dziewięćdziesięciu kilku procentach kontrolowanych przez państwo, to dziesiątki miliardów rocznie. Nam wystarczył skromny kawałek tego tortu. Żeby mieć kontrolę nad tym, co się dzieje, uczestniczyliśmy we wszystkich spotkaniach branżowych. Interesował nas każdy sektor energetyki: górnictwo, wytwarzanie energii, dystrybucja, trakcja (kolejowa i miejska), infrastruktura, budownictwo kubaturowe, OZE (odnawialne źródła energii). A dodatkowo nieustanne delegacje – nieoficjalne spotkania w różnych miastach, na rautach, kolacjach, striptizach, meczach, eventach.

W ten sposób przez kilkanaście lat poznałem większość mistrzów sprzedaży z mojej branży z Polski i wielu z Europy. Profesjonalistów, a jednocześnie normalnych chłopaków od sprzedaży bezpośredniej, którzy piją, jedzą kebaby i chodzą po przeróżnych przybytkach z klientami. Największe wrażenie robili na mnie ci, którzy oddawali temu serce. Byli konsekwentni i nawet wobec najbardziej kapryśnych klientów „gwiazdorów” zachowywali spokój i robili swoje. Wierzyli w siebie, swój produkt i potrafili sprzedawać. Też chciałem być taki, oddać się całkowicie sprawie i osiągać cele. Sprzedać solarium w Egipcie? Proszę bardzo.

Nasza firma należała do trzech właścicieli, Polaków, którzy założyli ją piętnaście lat temu. Nie wtrącali się w działalność prezesa, bo spółka wciąż rosła. Pierwsze lata nieznacznie i powoli, ale konsekwentnie. Dołączyłem do niej dziesięć lat temu i wtedy właśnie nastąpiło przyspieszenie, którego zazdrościł nam cały rynek. Z prezesem jestem w dobrej komitywie. Wie o prawie wszystkim, co robię, a ja przynoszę zlecenia i prowizje, które odgrywają znaczącą rolę w rocznych sprawozdaniach spółki. Zajmuję się kluczowymi klientami i transakcjami, które wymagają precyzji i dyskrecji. O detalach wielu postępowań i przyjętej strategii wiemy tylko on i ja.

– Prezes czeka – powiedziała Edytka, cudowna blondynka. Wiele razy ratowała mi dupę w trudnych i nieraz nawet intymnych sytuacjach. Oficjalnie była asystentką zarządu, ale dla mnie była moja. Nigdy nie mieliśmy romansu, ale jestem pewien, że wystarczyłaby tylko iskierka i natychmiast poszedłby wielki pożar. Na razie jej nie odpalam, głównie z braku czasu. Istnieje też ryzyko, że popsułoby to nasze służbowe relacje.

Wchodzę do gabinetu prezesa. Jest fantastyczny, ale nie chciałbym takiego mieć, bo musiałbym do niego codziennie przychodzić. Designerskie meble, olbrzymie biurko i fotel za kilkadziesiąt tysięcy, z boku stolik do rozmów dla kilku osób, przez olbrzymie okna widok na centrum Warszawy i jej wciąż nowe wieżowce. Siadam przy stoliku, na swoim ulubionym miejscu, i nalewam sobie wody z cytryną. Prezes siada na szczycie, to jego miejsce. Szanuję takie rytuały. Siadając nie tam, gdzie trzeba, można kogoś zrazić do siebie na zawsze. Nawet swojego szefa. Inteligencja emocjonalna to dobra cecha zawodnika z pierwszej linii ataku.

– Chcesz kawę?

– Nie, dzięki, pewnie masz mało czasu.

– Dla swoich celebrytów mam go mnóstwo. – Śmieje się. – Sprawa numer jeden – konferencja w Sopocie. Wtorek–czwartek. Dam ci Kaśkę i Agnieszkę z marketingu, żeby cię wspomogły.

– To się może źle skończyć – zażartowałem.

– Chyba dla ciebie. Nie potraktuj ich jak ten gość z dowcipu o metalowych kulkach, co jedną zepsuł, a drugą zgubił.

– Będę grzeczny, obiecuję.

– Zrobisz nam PR, popijesz z najważniejszymi w branży, przygotujesz grunt pod dobry interes. Zresztą, co ja mam ci tłumaczyć. Co z Rosją?

– Interes ryzykowny, ale wielkie pieniądze do zarobienia.

– Jakie?

– Pięć procent wartości transakcji, czyli plus minus dwadzieścia pięć milionów euro za domknięcie transakcji i pięćdziesiąt tysięcy zaliczki w gotówce.

– Wziąłeś tę zaliczkę?

– Nie, czekają na naszą decyzję.

– Co myślisz?

– Temat trudny, bo służby w tle. Tak naprawdę mamy tylko jednego przeciwnika, amerykański fundusz, który jest powiązany ze służbami, i to jest groźne. Ale gra warta ryzyka.

– Też tak myślę. Dogrywaj szczegóły, składamy ofertę.

– Nie ma pewności, że wygramy.

– Też w to nie wierzę, za fantastycznie brzmi.

W ten szybki sposób już zarobiłem pięćdziesiąt tysięcy euro. Ten jeden procent, gdyby transakcja wyszła, ustawiłby mnie na resztę życia. Wcześniejsza emerytura w brawurowym stylu. Ale jestem ostrożny wobec wielkich strzałów, mała łyżeczka jest bezpieczniejsza.

Usiadłem na chwilę w najmniejszej sali konferencyjnej. Nie miałem gabinetu, bo go nie potrzebowałem. Tacy jak ja w ogóle nie powinni nadmiernie istnieć w świadomości otoczenia. Zarabiałem dla spółki miliony rocznie. Nie potrzebowałem codziennych gabinetowych hołdów od asystentek. Dla mnie istotą był respekt kompetentnych ludzi potrzebnych mi do realizowania zadań. Moim gabinetem, fotelem i biurkiem był samochód, samolot, hotel, bezpośredni kontakt z klientami.

Zadzwoniłem do Saszy. Był podekscytowany, ustaliliśmy kilka ważnych rzeczy. Scenariusz wyglądał tak: złożenie oferty wstępnej (będzie kilka ofert, mamy na to trzy tygodnie), złożenie oferty wiążącej – dwa miesiące od zaproszenia, po zakwalifikowaniu nas do drugiego etapu, i trzeci etap, czyli tylko złożenie ceny – jedna koperta i od razu decyzja.

Teraz zaplanowanie spotkań: w Moskwie za dwa tygodnie i tym zajmie się Sasza, a potem prezes holdingu, który sprzedaje swoją spółkę (tu musi być zbliżenie), minister nadzorujący branżę i jego dyrektor odpowiedzialny za ten sektor.

Poszedłem do Edyty z dwiema prośbami: o cappuccino i Kasię, szefową działu ofertowania. Edyta ma swoje zasady, więc dostałem espresso, bo „mleko po czterdziestce jest niewskazane”. Wchodzi Kasia. Jest bystra – ledwie po studiach, a prowadzi swój dział z zaskakującą pewnością.

– Wysyłam ci link i materiały e-mailem, chodzi o złożenie wstępnej oferty zainteresowania dużą spółką krajową, wchodzącą w skład państwowego holdingu. Składamy ofertę wstępną, termin – za trzy tygodnie, szczegóły masz już w e-mailu. Potem drugi etap, najważniejszy, po due diligence będziemy składać ofertę wiążącą w konsorcjum z dużym światowym bankiem, który zapewni finansowanie na poziomie do miliarda euro.

– Taka będzie wartość naszej oferty? – Szybko orientuje się w temacie.

– Jeszcze nie wiem. Takiej oferty nigdy nie składaliśmy. To musi być zrobione na tip-top, przejść przez co najmniej kilka rąk. Jak nas wypieprzą proceduralnie, polecą głowy, łącznie z moją. Zdajesz sobie sprawę ze stawki? Od dzisiaj jesteśmy w kontakcie 24 godziny na dobę, weekendy też – mówię stanowczo. Ona kiwa głową. Wiem, że rozumie wagę sytuacji. – Możesz przy okazji zawołać tu Kaśkę i Agę z marketingu?

– Słyszałam o przyszłym tygodniu. Wam to dobrze.

– Uwierz mi, z chęcią bym się z tobą zamienił.

Dostaję espresso i wodę, przychodzą dziewczyny. Siadają na krzesłach z eleganckimi notatnikami.

– Rozumiem, że pierwszy raz jedziecie na taką imprezę?

Przytakują.

– Przyjadę po was we wtorek rano firmową furą do domów i w czwartek odstawię. Startujemy o szóstej rano. Wyślijcie mi swoje adresy. Zapakujcie dwa banery i foldery do bagażnika. Auto stoi na podziemnym parkingu. Mamy tam wystawkę i wy się tym zajmiecie. Jedna z was musi tam być przez cały czas w godzinach referatów. Moje wystąpienie jest we wtorek po lunchu. Ty, Aga, jesteś z nimi w kontakcie i wszystkiego pilnujesz?

– Tak. Na miejscu mamy być około jedenastej, do lunchu rozłożymy stoisko, a potem masz prezentację. My śpimy w dwójce, ty masz apartament.

– Super. Dziewczyny, głowa do góry, stonowane stroje, bojowe nastroje. Resztę opowiem wam po drodze.

Miałem czas na zbieranie sił i snucie planów, jak zostać miliarderem. Zawsze cieszę się na wizytę w Trójmieście. Uwielbiam Sopot, a miejsce tej konferencji jest idealne. Dawna Mera SPA, pięćdziesiąt metrów od plaży, półtora kilometra od mola. Niby na uboczu, ale w samym centrum zdarzeń. Jak zawsze w takiej sytuacji czekają na mnie morze alkoholu, papierosy, cygara, kobiety, kasyna, czasem koks. To nieodzowna część tej pracy. Żeby to zrównoważyć, uprawiam fit weekendy: bieganie, wdychanie czystego powietrza w lesie, treningi indywidualne z przystojną trenerką, sushi i ryby, 1500 kcal dziennie. Dr Jekyll i Mr Hyde. Z piekła do nieba, a od poniedziałku z powrotem. I tak bez końca.

SOPOCKI HIPODROM

Mglisty poranek. Jesteśmy w drodze do Sopotu, autostradami A2, a potem A1. Może osiemdziesiąt kilometrów dłużej niż starą siódemką i już częściowo oddaną S7, ale za to bezpieczniej i płynniej. Kto by pomyślał, że po ponad milionie kilometrów wiecznego wyścigu superszybkimi samochodami po zbyt wąskich drogach jazda zacznie mnie nudzić. Elegancka, dwupasmowa jezdnia z pasem awaryjnym, prędkość znośna, na tempomacie ustawione sto osiemdziesiąt, ruch nie za duży. Mogliśmy swobodnie pogadać. Od czasu do czasu będą nam przeszkadzać dzbany z tą ich potrzebą walki i jazdą lewym pasem z zawrotną prędkością sto dwadzieścia na godzinę. Ewentualnie kierowcy tirów, niezrażeni nieustannym wzajemnym wyprzedzaniem. Zestarzałem się. Kiedyś brałem ich awaryjnym pasem, wzbudzając strach współpasażerów. Teraz mam luz. Wiozę na konferencję adeptki naszej branży, muszę im dawać przykład chłodnego wyrachowania.

– Dziewczyny, przed nami megacyrk. Musicie być rozważne – nie ulegajcie łatwo. Najważniejsze to wyczuć, czy klient jest naprawdę ważny. Jeśli tak, atencja na sto procent. Dla innych – tylko uprzejmość. Nie musi być szczera. Pierwsza weryfikacja – prośba o wizytówkę. Jeśli nie ma, pytacie o firmę. Jakby co, konsultujcie się ze mną. Nie będę was zabierał wszędzie, gdzie mnie wciągnie. Zbyt szybko straciłybyście dobre zdanie i o branży, i o mnie – przemawiam, one słuchają. Dobrze.

Kilka godzin niezobowiązujących rozmów o wszystkim i o niczym. Wolę nie koncentrować się na zadaniu, przecież po części oficjalnej i kolacji i tak przejdziemy do improwizacji. Takie spotkania w każdej branży zawsze dzielą się na dzień pierwszy, kiedy wieczorem odbywa się zwyczajna jazda bez trzymanki, psy spuszczone z łańcucha na gwałt szukają wódki, krwi, chleba i samicy. Potem dzień drugi – lekkie hamowanie lub dla niektórych nawet wytrzeźwienie i powaga. Tylko wybitni wytrzymują zabawę trzeciego dnia. I oczywiście najważniejsze ustalenia odbywają się gdzieś na mieście, nad ranem, z kilkoma promilami we krwi. Te sojusze zmieniają się potem w wygrane kontrakty i zarobione pieniądze.

Był kiedyś z nami taki gość – arcymistrz sprzedaży. Ktoś, kogo pamięta cała branża, mimo że minęło już kilka lat od jego śmierci. Takiego pogrzebu nigdy nie widziało jego małe miasteczko Mieroszów, które wychowało chlubę sprzedaży B2B w energetyce i gdzie spędzał spokojne weekendy, odpoczywając od brutalnej konkurencji. Potem wieszał w samochodzie pęk koszul, pakował do bagażnika walizkę i ruszał w Polskę. Gość nigdy nie rozmawiał o produkcie, stawiał na autentyczność. Na jego pogrzeb przyszli nawet ci, którzy nigdy od niego nic nie kupili. Żeby oddać hołd mistrzowi sprzedaży. Zawsze, kiedy przyjeżdżam na kolejną konferencję, wypatruję go... Ostatnie wspomnienie: na totalnym zadupiu czekaliśmy sporą grupą na autokar, który miał nas wywieźć na ognisko za miasto. Wszyscy ubrani ciepło, dżinsy, kurtki, był maj. Arcymistrz sprzedaży wychodzi przed hotel w krótkich spodenkach, T-shircie i klapkach: „Jadę z wami!”. Takiego chcę cię pamiętać, Arturo.

Wjeżdżamy na małe rondo przed hotelem. Otwieram bagażnik, wyładowujemy torby oraz banery i gadżety reklamowe. Dziewczyny zręcznie pakują wszystko na wózek hotelowy i ruszają w kierunku recepcji. Jeszcze szybka rejestracja na konferencji i zostawiam rzeczy w pokoju. Apartament na trzecim piętrze z wielkimi oknami, przez które widać morze i w oddali Półwysep Helski. Standard wysoki, oddzielona część sypialna od salonu, przestronna łazienka z prysznicem. Szybko zakładam służbowy garnitur, krawat, koszula, pantofle… Schodzę na dół.

Podglądam, jak dziewczyny rozkładają firmowy stolik z banerami i materiałami przed salą konferencyjną na pierwszym piętrze. Kiwam do nich z aprobatą i ruszam dalej. Wiara pomału się zbiera. Można się przywitać i sprawdzić, kto z ważnych przyjechał, a kogo nie ma. Oficjalne otwarcie konferencji zaczyna się około trzynastej. Przydługie przemówienia i kilku „naukowych” delegatów. To ta część, dzięki której można powiedzieć, że przyjeżdżamy posłuchać mądrych przemówień profesorów, choć tak naprawdę większości te wywody zupełnie nie interesują. Wszyscy są gotowi na część po lunchu – ja i jeszcze kilku znanych w branży opowiemy przystępnie, z gracją, o swoich produktach i usługach. Te wystąpienia wychodzą najlepiej, kiedy to, co prezentujesz, jest wartościowe. Ale i tak wszyscy czekają na wieczór. Upragniona kolacja to jeszcze odległy kosmos.

Mimo że byłem lekko stremowany, wystąpienie się udało – wzbudziłem zainteresowanie, dostałem kilka ciekawych pytań. Po mnie w planie było jeszcze kilka referatów, ale ulatniam się i szukam ważnych klientów. Wiem, gdzie są. Kilka godzin wcześniej dostałem informację o zamkniętej imprezie na dachu hotelu, przy basenie dostępnym dla wybranych. To już prawie jesień, dochodzi piąta, ale dzień jest słoneczny, dwadzieścia stopni. Zrzucam garnitur, zakładam kąpielówki, szlafrok i w windzie wybieram najwyższe piętro. Wejścia na basen na dachu broni ochroniarz, ale pod ciężarem mojego spojrzenia otwiera drzwi. Wchodzę i jestem w swoim żywiole. Znajome twarze, kluczowi klienci, paru sprzedawców, trochę konkurencji. Konkurencję z klasą lubię, kilku z nich to moi byli pracownicy. Myślę, że oni też mnie lubią, skoro dostałem to zaproszenie.

– No wreszcie, teraz mamy komplet! Szefie, po kieliszeczku, mały kieliszeczek nie doleci do kiszeczek! – woła Paweł, konkurent, którego wyhodowałem i uwielbiam. Podając mi szkło, dodaje: – Na topie jest dzisiaj czysta.

Na dachu znajduje się niewielki barek w oszklonym wnętrzu, z wyjściem na taras i widokiem na drugą stronę hotelu, czyli miasto. Najważniejszym punktem jest jednak odkryty, 12-metrowy basen. Po jednej stronie stoją leżaki i stoliki, po prawej basen kończy się aluminiowymi barierkami. Z wody można podziwiać widok na morze i przy dobrej widoczności Hel. Miejsce wyjątkowe, choć podobno trudne w utrzymaniu, miejscowe mewy systematycznie tu srają,co wpływa zarówno na czystość drewnianego wykończenia, jak i wody w basenie. Ale teraz nikt się tym nie przejmuje. Wszyscy są zajęci piciem, żartami i podrywaniem wynajętych pań.

Pijemy cały czas, tempo jest wysokie, wszyscy zachowują się, jakby alkohol miał im uratować życie. Dołączają kolejni, rozbrzmiewa muzyka, część jest przy barze, druga połowa na leżakach przy basenie bajeruje dziewczyny. Po kilku kieliszkach sprawdzam wodę, nie jest źle… i wtedy nagle z boku – plusk. Trzech już w basenie, nie będę pierwszy. Podejrzewam, że za chwilę wszyscy wylądują w wodzie.

– Idziemy na papierosa? – pytam Pawła. Po wyjściu z oszklonego baru siadamy na patio, gdzie panuje spokój. Ci w barze skupiają uwagę na basenie i dziewczynach.

– I co, fajnie? – pyta zadowolony z siebie.

– W porządku – przyznaję z uznaniem.

– Teraz właściwie nie ma po co iść na kolację. Mamy tu wszystkich ważnych.

– Kto ma rację, stawia kolację! – rzuca Paweł i zgodnie ruszamy na kolejną rundę czystej. Już wiedziałem, że jest raczej mało prawdopodobne, byśmy się stąd ruszyli do rana. Sytuacja rozwijała się nadzwyczaj szybko i efektownie. Nikt się nie oszczędzał, a dziewczyny jeszcze podkręcały atmosferę. Za chwilę będą tańce, pływanie i inne atrakcje…

Pierwsze przebudzenie zaliczyłem około jedenastej i nie było fajnie. Przypomniałem sobie, jak całą ekipą pojawiliśmy się na kolacji około trzeciej nad ranem.

Dobrze, że większość już sobie poszła, ale i tak będziemy bohaterami plotek, bo wpadliśmy na salę w szlafrokach, mokrzy, niezgrabnie piliśmy barszczyk, oblewając białe szlafroki, i dopijaliśmy ostatnie lufki wódki. Jest środa, gdzieś trwa dzień pracy – piętnaście nieodebranych połączeń, trzydzieści ważnych e-maili i niepodjęte decyzje, które nie mogą czekać. Na razie muszą, bo poprawi mi się pewnie dopiero po obiedzie. Prysznic, golenie, wszystko w wolnym tempie. Trzeba się elegancko ubrać, zejść na dół… Może jednak przed obiadem zdążę coś pozałatwiać, odebrać e-maile, oddzwonić… Sięgam po colę i małe piwo z minibaru.

Jak zwykle pojawiam się jako jeden z ostatnich. Większość już na lekkim rauszu, ale starają się dla swoich szefów, korporacyjnych szczurów, kapitalistów wyzyskiwaczy, często niekompetentnych. Robią to dla pieniędzy. Rozumiem. Ja też piłem, bawiłem się, narobiłem sobie wstydu, zagadywałem, bajerowałem, naciągałem i obiecywałem w imię tego samego celu. Nie dla sławy, wielkości, popularności, tylko dla pieniędzy. To one powodują, że robimy rzeczy, o które sami siebie byśmy nie posądzali. Najpierw jesteśmy biedni i chcemy je zarobić, a potem już bogaci wydajemy je na podreperowanie zdrowia nadszarpniętego na takich eventach. Zaczynałem być znudzony tą powtarzalnością. I to nie był efekt dzisiejszego kaca, myślałem o tym od kilku miesięcy.

Szukam swoich dziewczyn. Może zrobi mi się lepiej na duszy, jak zjem z nimi obiad. Wypijemy dobre wino i łagodnie wrócę do równowagi. Schodzę, rozglądam się, są przy stoisku.

– Dziewczyny, może lunch? – zagaduję schrypniętym głosem.

– Jak te historie, które słyszałyśmy, są prawdziwe, to wyglądasz naprawdę dobrze – kwituje Kasia.

– Ale żebyś wiedziała, jak się czuję. – Klasyczna odpowiedź. Nie będę komentował i przytaczał szczegółów wczorajszego podniebnego show, bo skoro one o nim wiedzą, to wiedzą wszyscy. I plotkują z zazdrości, że ich tam nie było. Każde branżowe środowisko to kłębowisko plotek i nieprawdopodobnych historii nakręcanych kompleksami, ambicjami, chęcią zysku, interesami.

Chciałem teraz spokoju, chwilowej ucieczki od sprowadzających mnie na złą drogę watażków. Usiedliśmy w restauracji na parterze, przy oknie z widokiem na ścieżkę rowerową i pieszą, w oddali zatoka. Fajna pogoda. Oficjalny lunch dopiero za godzinę w specjalnie przygotowanej sali na pierwszym piętrze, więc zamawiamy dania z karty na mój rachunek. Mam nadzieję, że nikt nas tu nie dopadnie. Niestety, z daleka słyszę znajome głosy.

– Mógłbyś nas zapoznać z koleżankami, a nie tak sam, w ukryciu – mamroczą nieźle już podpici klienci. Dziewczyny się śmieją. Nie ma odwrotu. Dostawiamy dwa stoliki, robi się niezły melanż. Na stół, oprócz zamówionej butelki włoskiego wina, wjeżdża także wyborowa (Dobre, bo polskie. Nasze będziemy pić, nie obce jakieś).

Bajerują dziewczyny. Nie podejrzewałbym ich o taką elokwencję w tym stanie. Nazywam go środkowym. Nie dlatego, że jest środa. To punkt w drugim dniu konferencji, kiedy trzeba podjąć ostateczną decyzję: albo rzucasz się w wir bez powrotu, albo czeka cię spokojna kolacja z leśnymi dziadkami oraz prawdopodobnie nieudana próba pogrążenia się we śnie. Wydaje się, że zapada nieodwołalna decyzja – teraz jeden będzie nakręcał drugiego. Jedliśmy zupę, przekąski typu tatar/śledź, a panie – sałatki. Czas mijał bezpowrotnie, więc puściłem oko do dziewczyn. Wstały i wykręciły się koniecznością powrotu do stoiska.

– Idę z wami – zadeklarował jeden z klientów.

– Kupisz coś ode mnie? – Szybko zareagowała Kasia.

– Kobiety! Z wami tak zawsze. Kupię! – zawołał, ale zabrakło mu przekonania. Wolał zostać z nami. – Wpadnę później, obiecuję – usprawiedliwił się jeszcze.

– Skończmy flaszkę i chodźmy na Monciak – zaproponowałem. – Przewietrzymy się, pospacerujemy i może coś nas spotka po drodze.

Poszło siedmiu najwytrwalszych. Czułem, że to może się źle skończyć, ale w tym towarzystwie musiałem trzymać fason. Mogłem tylko minimalizować straty. Sam nie przepadam za tymi, co to niby piją, a w rzeczywistości oszukują i są dużo trzeźwiejsi niż reszta, burząc symetrię towarzyską.

Powoli zmierzamy w stronę deptaka. Jeden z klientów zostaje ze mną z tyłu i omawiamy pewien przetarg, który ma się odbyć niebawem. Nie będzie oficjalny, bo spółka nie musi stosować procedury zamówień publicznych. Wartość – kilkanaście milionów złotych. Może wybrać procedurę, ogłosić na platformie. Wiadomo, że dostęp do niej ma cały świat. Jednak kryteria doboru oferentów są tak sformułowane, żeby ofert było cztery i wszystkie pod kontrolą. Temat będzie mój, myślę, ale wiem, że dopóki nie podpiszemy umowy, wszystko jest możliwe. Klienci obiecają ci wszystko, bo mają w tym interes. Często opowiadają te same historie kilku oferentom. Nikt ci tyle nie da, ile oni obiecają. W zamian dostają leczenie kompleksów, komplementowanie ich wątpliwych atutów, wchodzenie w dupę, umizgi, kolacje, pieniądze, alkohol, dziewczyny i wszystko, czego sobie zażyczą. Nazwijcie to, jak chcecie, ale takie rzeczy się dzieją na całym świecie i nie ma tylu funkcjonariuszy CBA, ABW, CBŚP i tym podobnych, by to skontrolować. Taki jest prawdziwy biznes. Realne konkurowanie nie ma sensu. Ważne jest maksymalizowanie marży i zdobywanie kontraktów tam, gdzie jest niewielu konkurentów i wszyscy pod kontrolą albo rynek jest jeszcze na tyle duży, że dla wszystkich starczy. Kluczem są relacje i jeśli ktoś w naszej energetycznej branży B2B myśli inaczej, znajdzie się w czarnej dupie.

Śmialiśmy się zawsze, co by powiedział prawdziwy amerykański strateg w koszuli z podwiniętymi rękawami, jak McKinsey, gdyby przyjrzał się, jak tutaj działa nasza branża. Liderem sektora jest firma w upadłości, którą na siłę ratują syndyk do spółki z wątpliwej reputacji najemcą. Tylko dlatego, że jej ludzie pracowali kilkadziesiąt lat nad relacjami z klientami, ułożyli sobie pajęczynę wzajemnych powiązań w całym kraju i nie tylko. Wszyscy magicy od strategii i sprzedaży, co wystawiają grube faktury, musieliby pracować latami, żeby tę misternie utkaną plątaninę rozerwać. A i tak pewnie by im się nie udało. Trzeba konsekwentnie rozsnuwać swoje pajęczyny, także na takich imprezach jak ta. Przez ostatnie lata napracowałem się jak całe stado pająków i dzięki temu mimo silnych graczy na rynku trafiają mi się czasem tłuste tematy. Ta jedna piętnastominutowa rozmowa wystarczyła, by jeśli wszystko wypali, sfinansować moje działania na kilka lat.

Poszliśmy do Domu Whiskey, gdzie można w specjalnym pokoju degustować whiskacze po pięćset złotych za dwadzieścia mililitrów, zapalić dobre cygaro i popatrzeć na ładne niewiasty. Wchodzimy z gestem i głośno. Widzę, że siedzą tu cztery młode dziewczyny. Siadamy niedaleko, po przeciwległej stronie. My spoglądamy ukradkiem w ich stronę, one w naszą.

– Dzień dobry, panie inżynierze – zwracam się do młodego kelnera.

– Czego panowie sobie życzą?

– Raczej państwo. Zamawiam dla całej sali!

Dziewczyny spojrzały w naszą stronę, ale żadna się nie odzywa.

– Dzisiaj są urodziny kolegi, osiemnaste. Może też wypijecie za jego zdrowie? – Spoglądam w ich stronę.

– Nie wyglądacie tak młodo – odzywa się ona. – Raczej dziękujemy.

– Bardzo przepraszam za siebie i kolegów. – Staram się być przekonujący. Wiem, że na mnie patrzą. – Jeden drink, co chcecie. Nasz jubilat jest wprawdzie chamem, ale bardzo bogatym. Jemu bez różnicy.

– Nie będziecie się na siłę przysiadać? – zapytała. Spojrzała mi prosto w oczy. Było w nich to, co powinno być. Chyba wiedziała, że teraz obiecamy wszystko. Nie znoszę teorii o dwóch połówkach jabłek czy strzałach amora, ale poczułem dziwne ukłucie. Może to był brak alkoholu we krwi, a może coś poważniejszego.

– Nie będę oszukiwać, będziemy. Za ładne jesteście.

– To wychodzimy.

– Proszę, nie. – Próbuję. – Wypijemy po drinku, i to my wychodzimy. Czego się napijecie?

Chwilę się zastanawiają.

– Zgoda. To pijemy szampana.

– Möet czy Dom Perignon? – pyta kelner, który cały czas przyglądał się tej wymianie zdań.

– Möet Ice, jeśli jest. Na tego drugiego pewnie ich nie stać. Poza tym to byłoby naciąganie – rzuciła. Podoba mi się ta dziewczyna.

– Dla dziewczyn Möeta, a dla nas siedem razy czterdzieści mililitrów Glenmorangie Signet i oczywiście dużo wody – potwierdzam zamówienie.

– Dziewczyny, zapraszamy do nas – wyrwał się Paweł. – Wypijemy i zaraz nas nie ma – zapewnił. Był wstawiony, ale przystojny, ładnie ubrany i przekonujący.

Spojrzały po sobie. Połączyliśmy stoliki i tak zajęliśmy cały pokój degustacji. One pytały, co robimy, my – co one. Okazało się, że są zaraz po studiach i pracują w różnych branżach: IT, HR i bankowość. Początkujące, ambitne. Czas płynął szybko, kolega sypał dowcipami jak z rękawa, dziewczyny dobrze się bawiły. Półtorej godziny – rachunek cztery tysiące. Przed wyjściem podszedłem do Sandry, tej, z którą wcześniej negocjowałem.

– O co chodzi? – spytała, kiedy stanęliśmy z boku. I jeszcze raz te oczy, ciemne, głębokie, wpatrzone. Pokazujące jednoznacznie, że nie jestem jej obojętny. Była kilkanaście centymetrów ode mnie. Zakręciło mi się w głowie. Czasem czujesz coś takiego… Wiesz, że to właśnie ten moment. Intuicja nie mogła kłamać.

– Chciałbym się jeszcze z tobą spotkać. Zaprosić na kolację, porozmawiać…

– Wydaje mi się, że jesteś dla mnie za stary. Poza tym mam chłopaka. – Popatrzyła z przewrotnym uśmiechem. Ona nie mówi nie, ona rozgrywa. Negocjuje.

– Zawsze mam pecha. Dlatego tak szybko się zestarzałem i zostałem starym kawalerem – westchnąłem.

– Nie masz żony? Ile ty masz lat? – zapytała zdziwiona.

– Czterdzieści pięć.

– Wyglądasz o dziesięć młodziej. – Uśmiechnęła się.

– Spotkania z ludźmi, rozmowy są niezbędne do życia. Poszerzają horyzonty. Jestem w Trójmieście w przyszłym tygodniu, w piątek. Mam wykłady na Politechnice – przekonywałem, przy okazji popisując się pracą na uczelni.

– Zadzwoń, jeśli nic mi nie wyskoczy, możemy się spotkać.

– Teraz nie będę spał do rana.

– Nie żartuj.

Wymieniliśmy się numerami telefonów. Byłem spokojny, mogłem się już nawalić z tymi niby-kolegami. Plan przyszłego tygodnia był pełen wyzwań: Moskwa, wykłady, a potem… Sandra. Opłaciłem rachunek, wziąłem fakturę na firmę. – Chłopaki, w górę ptaki, idziemy coś zjeść do Gesslera – zarządziłem.

W tej jednej z najlepszych knajp ever: live cooking, dobre wina, wódka, śledzik, tatar, kaczka, polędwiczki, beza truskawkowa i inne przysmaki, zamówiliśmy mnóstwo jedzenia i sporo alkoholu. Siedmiu chłopa potrafi wciągnąć tego towaru – butelka na jedno rozdanie. Rozmowom nie było końca i wszystko zmierzało do rajdu po tanecznych klubach: Spatifie, Krzywym Domku i Mandarynce. Pamiętam jeszcze, że o czwartej rano jedliśmy tatara w jakimś barze, ale już tylko ja z Pawłem byliśmy w stanie wypić po kolejnym kieliszku zmrożonej wódki.

Obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Południe. Ledwo się podniosłem, założyłem szlafrok. Przed drzwiami zobaczyłem Agnieszkę. Spojrzała na mnie ze współczuciem. Dałem jej kluczyki do samochodu i poprosiłem, żeby przedłużyła nasze pokoje do siedemnastej (ostatnie picie około czwartej rano plus dwanaście godzin bez alkoholu i godzina zapasu). Gdy dziewczyny pakowały nasze stoisko, wziąłem prysznic, potem dżinsy, koszula, lekka kurtka. Życie uratował mi proszek przeciwbólowy popity coca-colą. W ustach został jeszcze smak tego ostatniego, niezbyt świeżego tatara. Nawet umycie zębów nic nie dało. Jestem prawie spakowany. Mogę skoczyć na spacer, pozbędę się ostatnich gramów alkoholu z poprzedniej nocy. Raczej już nikogo nie spotkam, większość towarzystwa miała kierowców, więc po śniadaniu ruszyli w drogę. Nam się nie spieszy – wyjedziemy o siedemnastej, do Warszawy dojedziemy w cztery godziny. Bez korków i pośpiechu. Dziewczynom dam jutro wolne, sam w pracy pojawię się około jedenastej – zostało mi tylko kilka drobiazgów do ustalenia w związku z Moskwą.

W drodze myślałem o Sandrze. Musi być moja. Chyba byłem gotowy się zakochać. Przydałoby mi się trochę hormonów szczęścia. Chciałem już kogoś mieć, a nie ciągle zdobywać. Stabilizacja, jak ta, którą mam w pracy, wydawała się przyjemna. Nie byłem całkiem pewien, czy w stabilizacji emocjonalnej się odnajdę, ale przecież nigdy nie próbowałem. Zawsze żyłem kolejnym dniem, tygodniem, bez dalszych planów. Może pora na zmiany? Sandra, Moskwa, obie były szansą zmiany na lepsze. Podczas podróży uśmiechałem się do siebie, a dziewczyny umilały nam czas anegdotami o idiotach, którzy próbowali nieudolnie zrobić na nich wrażenie.

Piątek, weekendu początek. Wstałem o dziesiątej. Szybki prysznic, golenie, ciuchy casual i lecę do biura. Kilka nic nieznaczących rozmów o bieżących ofertach, półgodzinna pogawędka z prezesem o tym samym plus Moskwa, dwie kawy, szybki lunch i zmykam do domu. Nie mam limitowanego czasu pracy, bo w mojej profesji liczą się wyłącznie efekty, a do tego potrzeba pajęczyny wzajemnych i sprawdzonych kontaktów oraz oczywiście szczęścia. Odezwałem się do Sandry, odebrała – dobry znak. Przeprosiłem za nasze pijackie zachowanie i przypomniałem o spotkaniu. Umówiliśmy się w restauracji True. Sama ją zaproponowała, podobno miejsce słynie z dobrych win i owoców morza, a ona to uwielbia. Zarezerwowałem pokój w gdańskim Radissonie, niedaleko restauracji. Zmieniłem też wcześniejszy plan podróży: powrót z Moskwy do Warszawy zgodnie z planem, a potem przesiadka na samolot do Gdańska. Przylecę w czwartek wieczorem, w piątek dwa-trzy spotkania ze znajomymi dyrektorami koncernów państwowych, potem wykłady, a o osiemnastej spotkanie z nią.

W sobotę czekało mnie spotkanie z moimi słupami. Trzej zaufani koledzy z dawnych lat przewiozą mi po trzydzieści tysięcy euro. Odpalę im po tysiąc, a dodatkowo impreza w Moskwie. Sam wezmę dziesięć tysięcy, które mogę legalnie wywieźć. Im mogą najwyżej zabrać nadwyżkę, ale ryzyko było niewielkie. Sasza zapewniał, że w ostatnich latach wywozili nie takie sumy. Wybrałem kolegów z zapadłej dziury pod Warszawą, z której pochodziłem i której się nie wstydziłem, podobnie jak rodzinnego kraju. Wstydziłem się jedynie za Polaków, za te dziewięćdziesiąt dziewięć procent rodaków, którzy działają mi na nerwy.

Proste cepy, dla których hitem dnia jest grill w domowym ogródku, piwo w puszce, kiełbasa nafaszerowana azotanami z lokalnego dyskontu i obgadywanie wszystkich na zmianę z narzekaniem na swój los. Ich nos sięga ledwo do granicy powiatu, a poznanie świata zawdzięczają trzem kanałom państwowej telewizji. Wybrałem normalnych gości, którzy coś w życiu zrobili, nie są skrajnymi pijakami bez perspektyw. Wyjazd zapowiadał się interesująco, dawno się nie widzieliśmy, i szykował się niezły balet w Rosji.

Spotkaliśmy się w kawiarni na terenie uroczego otwockiego parku miejskiego, gdzie w sobotę spaceruje dużo par z dziećmi. Zielona oaza dla tych z małych miasteczek, których nie stać na egzotyczne miejsca lub oszczędzają na lepszy samochód czy po prostu odkładają, żeby odkładać. Mały drewniany budynek, na piętrze duża lada, gdzie zamawia się słodycze i napoje. Wybraliśmy stolik na samym końcu przeszklonej sali, z widokiem na ulicę.

Andrzeja poznałem, jak miałem szesnaście lat. Razem upiliśmy się po raz pierwszy. To on zabrał mnie na pierwszą wiejską dyskotekę i podstawił mi jakąś niewyględną, młodą dziunię. Z nią przeżyłem pierwszy seks na jednej z prywatek w świdermajerach pamiętających jeszcze dwudziestolecie międzywojenne. Był dla mnie jak brat, w ostatnich latach z powodu mojego ciągłego biegania po świecie i Polsce widywaliśmy się rzadziej, ale za to intensywniej.

Damiana i Krzyśka poznałem trochę później. Widywałem ich wcześniej, kiedy mieli już swoje interesy typu handel złomem. O kilka lat starsi i dopiero, jak dorosłem do kolegowania z nimi, zaczęły się balety. Piliśmy strasznie dużo, podrywaliśmy dziewczyny w knajpach, których w tych czasach było może cztery. Stan emocjonalny tych chwil niech odtworzy jeden z fragmentów pamiętników Andrzeja, które spisywał namiętnie i czasami dawał mi do czytania, żebym ocenił jego wątpliwy kunszt literacki. Jak wiemy, pisywać prozę powinni ludzie, którzy mają naturalny talent, a tych jest na świecie niewielka garstka, cała reszta męczy się nad tekstem i powoduje jeszcze większe męczarnie u inteligentnego czytelnika. Taki też był jego styl, ale z grzeczności i z powodu wspomnień brałem do poczytania fragmenty jego wypocin.