Nadia - Elisabeth Norebäck - ebook + książka
NOWOŚĆ

Nadia ebook

Elisabeth Noreback

3,9

Opis

Fascynujący thriller psychologiczny o obsesji, podwójnej lojalności i przekraczaniu ostatecznej granicy Wyobraź sobie, że zostajesz skazana na dożywocie, choć twierdzisz, że jesteś niewinna. Żeby przeżyć, musisz zacząć wierzyć w to, co ci mówią. Że zabiłaś męża… Linda Andersson miała wszystko. Jako dziecko często występowała z mamą, powszechnie uwielbianą piosenkarką Kathy, i cały kraj znał ją jako Słoneczną Dziewczynkę. Po latach wyszła za Simona, także znanego artystę. Kiedy jednak Kathy zapadła na śmiertelną chorobę wymagającą od Lindy pełnego zaangażowania, wyszła na jaw niewierność Simona. Obecnie Linda odsiaduje wyrok dożywocia za zabicie męża, w najniebezpieczniejszym szwedzkim więzieniu dla kobiet. Nikt, nawet jej siostra, nie uważa jej za niewinną.. Żeby się nie załamać, Linda musi zapomnieć o wcześniejszym życiu. Przestać obsesyjnie zadawać sobie pytanie, co tak naprawdę się wydarzyło. Nagle jednak dzieje się coś, co każe jej zakwestionować wszystko co wie o nocy, gdy jej życie legło w gruzach. Gdy obudziła się cała we krwi. Gdy policjanci kazali jej wyjść z rękami nad głową. Była Słoneczną Dziewczynką. Teraz jest Potworem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 272

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (30 ocen)
9
12
6
3
0
Sortuj według:
Felunia1981

Dobrze spędzony czas

Ciekawa książka. Bardzo szybko się czyta.
10

Popularność




Elisabeth Norebäck Nadia Tytuł oryginału Nadia ISBN Copyright © Elisabeth Norebäck, 2020 by Agreement with Grand AgencyAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Maciej Muszalski 2022 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2022 Cover design: Miroslav Sokcic Photo: Depositphotos Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redakcja Agnieszka Czapczyk Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla sióstr, które zawsze są przy mnie, Sary i Marie

Obcy krajobraz spoczywa w mroku. Nocne niebo jest zgaszone i nieme. Gdzieś daleko widać słabe światełko, które stopniowo rozprasza ciemności.

Obcy głos jest coraz bliżej, aż w końcu słyszę go tuż przy mnie. Wypowiada moje imię. Mówi, że muszę się obudzić. Słyszę go, ale nie jestem w stanie odpowiedzieć.

Dołącza do niego kolejny głos. Dwie kobiety rozmawiają o mnie szeptem po drugiej stronie horyzontu. Nowy głos pyta kobietę, która próbowała mnie obudzić, czy się nie boi.

— Niedawno przeszła poważną operację i jest przypięta do łóżka. Nie stanowi teraz dużego zagrożenia.

— Wiesz, kto to jest? Co takiego zrobiła?

— Wszyscy wiedzą, kim jest i co zrobiła.

— Nie chciałabym zostać z nią sam na sam.

— Przestań. Ona może nas słyszeć.

Wszyscy mówią o mnie w ten sposób. Jakbym była złym potworem z jakiejś baśni. Snują opowieści o moim życiu. Nie wiem, ile razy próbowałam zrozumieć, jak do tego wszystkiego doszło.

Czy życie może w okamgnieniu zmienić się na zawsze? Czy raczej jest to rezultat długiego łańcucha zdarzeń, mieszanina wyborów, których dokonujemy, i zwyczajnych zbiegów okoliczności? Może tylko przypadek decyduje o naszej przyszłości, szczęściu lub nieszczęściu?

Kobieta po raz kolejny pyta, czy się obudziłam. Ja jednak milczę i się nie ruszam, pozwalając, aby mrok przyciągnął mnie do siebie bliżej. Nie chcę się obudzić. Jeśli istnieje coś takiego jak nieubłagany los każdego z nas, to lepiej, żebym została tutaj i nigdy więcej nie oglądała światła dnia.

Potrząsają mną czyjeś dłonie, powrócił też głos powtarzający moje imię. Mogła minąć godzina albo wiele godzin. Może dryfowałam na granicy życia i śmierci przez kilka dni, zanim zostałam zmuszona do powrotu.

Czuję straszliwy ból. Światło jarzeniówki pod sufitem razi mnie w oczy, a powietrze, które czuję na skórze, jest zimne i suche. Wszystkie dźwięki są jak owady próbujące wcisnąć mi się do uszu.

Przyjazna twarz pochylająca się nade mną należy do czarnoskórej z długimi włosami zaplecionymi w warkocz. Kobieta mówi, że jestem w szpitalu.

— Wczoraj była pani operowana. To cud, że udało się pani przeżyć. Ale stan jest już stabilny.

Mam coś nie tak z oczami i ze słuchem. Usta kobiety się poruszają, ale słowa docierają do mnie z opóźnieniem. Wszystko zostaje w tyle, jakbym odbierała tylko echo. Poza tym widzę dwie twarze. Dwie głowy, które zlewają się i rozjeżdżają. Zaczynam się zastanawiać, czy nie doznałam uszkodzenia mózgu.

Kobieta pyta, czy chce mi się pić, i patrzy w jakiś punkt obok mnie. Z wysiłkiem odwracam głowę i widzę dwa białe plastikowe kubeczki na stoliku przy łóżku. Zlewają się w jeden, rozjeżdżają i zlewają z powrotem.

Czarnoskóra wskazuje na swój identyfikator i mówi, że ma na imię Helen. Nagle znika mi z pola widzenia. Słyszę odgłos nalewanej wody. Potem wraca i podaje mi kubeczek, jednak moje nadgarstki są przykute kajdankami do ramy łóżka, tak samo jak prawa stopa. Helen podsuwa mi kubeczek do ust i lekko podnosi moją głowę, żebym mogła się napić. Mamroczę podziękowanie i opadam z powrotem na poduszkę.

Aparatura po drugiej stronie łóżka mruga, piszczy i zmienia błyszczącą zieloną linię w przelatującą krzywą z górami i dołkami. Do klatki piersiowej mam przyczepione elektrody połączone z maszyną. Obok niej stoi kroplówka, w zgięciach rąk tkwią wenflony. Na lewą nogę założono mi duży okład, drugim owinięto mnie w talii, czuję też, że głowę mam okręconą bandażem, który zasłania mi lewe oko.

Helen sprawdza rurkę połączoną z moją ręką, spogląda na maszynę i zapisuje coś w notatniku. Potem patrzy na mnie i pyta, jak się czuję, a ja odpowiadam, że nie wiem. Po chwili zadaje pytanie o to, jak się nazywam i jaki jest mój numer osobowy.

— Wie pani, kim jestem — odpowiadam ochryple. — Już się przedstawiałam. Kilka razy. Moje nazwisko widnieje też na pewno na tej plastikowej opasce, którą mam na nadgarstku.

— To rutynowe pytania — kwituje. — Nazwisko i numer osobowy.

Szeptem wymawiam swoje imię i nazwisko i podaję cyfry, a ona chwali, że dobrze sobie poradziłam.

— Przebywa pani na oddziale Szpitala Uniwersyteckiego w Örebro. Wie pani dlaczego?

Patrzę na nią bez słowa. Przekrzywia głowę i czeka na odpowiedź.

— Pamięta pani coś z tego, co się wydarzyło? — pyta w końcu.

Zamykam oczy.

Ostra żelazna szyna przecina powietrze i trafia mnie w głowę. Rozcina mi lewą brew i policzek. Czuję gorącą krew spływającą po twarzy. Krzyczę i próbuję się obronić przed następnym ciosem.

— Tak — odpowiadam, znów na nią spoglądając. — Pamiętam.

To przypomina mi inne zdarzenie. Ale nie chcę go pamiętać, nie jestem w stanie się zastanawiać, czy tak jak ja bał się śmierci. Ja dałam sobie radę, a jego już nie ma.

— Proszę oddychać — mówi pielęgniarka, naśladuję więc jej oddech, dopóki ucisk w gardle nie ustępuje. Kobieta bacznie mnie obserwuje i nie mam wątpliwości, że chce zapytać o coś jeszcze, ale zmienia zamiar. Do sali wchodzi policjant i mówi zirytowany, że trzeba było go uprzedzić, że się ocknęłam. Nie słyszę, co odpowiada Helen. Widzę, jak ten człowiek gapi się na mnie, i wiem, jaką myśl próbuje ukryć jego pozbawiona wyrazu twarz: byłoby lepiej, gdybym już się nie budziła.

Zgadzam się z nim. Też jestem rozczarowana, że zmuszono mnie do pozostania przy życiu.

— Będzie mnie pan przesłuchiwał? — pytam.

— Jestem tu po to, by pani pilnować — odpowiada.

— Może pan to robić z korytarza — oznajmia Helen i odwraca się do niego plecami. — Ciśnienie krwi w dalszym ciągu jest zbyt niskie, podobnie jak poziom żelaza. Gdyby pani miała określić swój ból w skali od jednego do dziesięciu, to ile by to było?

— Siedemdziesiąt sześć — odpowiadam szeptem i próbuję się uśmiechnąć. Helen odpowiada uśmiechem i mówi, że dostanę więcej leków przeciwbólowych. Manipuluje przy kaniuli i wkrótce całe moje ciało ogarnia spokój. Oznajmia, że powinnam chwilę odpocząć, i stanowczo wyprasza policjanta z sali.

Morfina działa szybko. Moje uszkodzone ciało się rozluźnia, kiedy ból znika. Zamykam oczy, żeby przenieść się w przeszłość.

Sześć lat temu byłam innym człowiekiem. Myślałam, że moje życie będzie wyglądało zupełnie inaczej. Ale to było dawno. Jeszcze zanim trafiłam do najgorszego więzienia dla kobiet w Szwecji, na długo przed tym, jak inna osadzona próbowała mnie zabić zaostrzoną żelazną szyną. Byłam tak głupia, że kiedy zatrzymała mnie policja, myślałam, że to jakieś straszne nieporozumienie. Jeszcze wierzyłam, że wszystko będzie dobrze.

*

Nie wiem, jak długo siedzę w radiowozie i czekam, aż ktoś mi wytłumaczy, co się stało. Nie włożyłam na siebie nic więcej i pod szlafrokiem w dalszym ciągu jestem naga. Ramiona swędzą mnie od zakrzepłej krwi, nie udało mi się usunąć wszystkiego. A teraz jest już za późno. Ręce mam skute za plecami.

Próbuję zachować spokój. Staram się pytać opanowanym głosem, dlaczego siedzę na tylnym siedzeniu radiowozu. Nie ma odpowiedzi.

Kawałek dalej, przed letnim domem, stoją moi przyjaciele i zerkają w moją stronę. Ich spojrzenia są oskarżycielskie, ale też wystraszone i świadczące o tym, że tak samo jak ja nie rozumieją, co się dzieje. Kilka osób płacze, widzę, że policjantka rozmawia z nimi i robi notatki. Nie słyszę ani słowa.

Na miejscu jest kilkoro funkcjonariuszy policji, a na podwórku stoją dwa radiowozy. Za drzwiami samochodu na szeroko rozstawionych nogach stoi postawny mężczyzna i trzyma dłoń na kaburze, gotowy do użycia pistoletu. Na krańcu ogrodu, nieopodal domku dla gości, wiszą niebiesko-białe taśmy odgradzające teren i poruszają się na chłodnym porannym wietrze. Próbuję odpędzać myśli, które krążą mi po głowie, ale mój wzrok nieprzerwanie wędruje w stronę domu i sypialni w środku.

Policjantka odchodzi od moich przyjaciół i rusza w kierunku samochodu, mocno ściskając w ręku moją torebkę. Podaje ją koledze i otwiera mi drzwi, a ja próbuję wysiąść. Kładzie mi rękę na ramieniu i mnie powstrzymuje.

— Pani Lindo Andersson, zostaje pani zatrzymana, pojedziemy na komendę.

— Musicie mi powiedzieć, z jakiego powodu — odpowiadam. — Wyjaśnić, co się dzieje. Dlaczego mi to robicie?

Policjantka robi niecierpliwą minę, pochyla się nade mną, zapina pas bezpieczeństwa i mówi, że porozmawiamy o tym później.

Wszystkich słuchałam, przez cały czas robiłam to, o co mnie prosili. Kiedy wrzasnęli, że mam wyjść z domu z rękami nad głową, zrobiłam to. Rozkazali mi położyć się na brzuchu na ziemi i spleść ręce na karku — to też wykonałam bez protestów. W tym momencie jednak pękam. Zaczynam kopać, rzucać się i desperacko próbuję się uwolnić. Wołam Alexa i Mikaelę, apeluję, żeby mi pomogli.

Ale oni nawet nie odpowiadają. Stoją objęci i patrzą na mnie, jakby już nie wiedzieli, kim jestem. Płacząc, zaklinam, by powiedzieli policjantom, że nie zrobiłam nic złego. Mikaela się odwraca, Alex patrzy w inną stronę.

Zamykają się drzwi, kierowca włącza silnik. Wyjeżdżamy na żwirową drogę i zostawiamy domek w tyle. Przyciskam twarz do szyby i patrzę, jak znikają moi przyjaciele. Mój chłopak i moja siostra.

Zostaję wywieziona zupełnie sama, nie wiedząc, o co jestem oskarżona, i chociaż nie śpię, znajduję się w sennym koszmarze, w którym wszyscy obrócili się przeciwko mnie.

Co jakiś czas ogarnia mnie mgła głucho pulsującego bólu, a potem, gdy zaczyna działać morfina, otumaniona zapadam w drzemkę. Kiedy budzę się następnym razem, są u mnie pielęgniarka Helen i jej asystent. Przy drzwiach stoją policjanci. Nie mam elektrod na klatce piersiowej, maszyna przy łóżku nie wydaje dźwięków, przestała też mrugać. Pytam, czy to dobrze, czy źle. Helen odpowiada, że jestem na drodze ku poprawie i że opiekująca się mną lekarka później wszystko ze mną omówi. Asystentka pielęgniarki ma ze sobą kanapkę w folii i karton soku jabłkowego.

— Dobrze by było, gdyby spróbowała pani coś zjeść — mówi. Odwija kanapkę z folii i mi ją podaje. Wbija rurkę w kartonik z sokiem. Chleb jednak smakuje jak drewno, a sok ma chemiczny skład. Proszę o szklankę wody.

Helen pomaga mi wypić kilka łyków, a potem zwraca się do mnie:

— Chciałabym, aby poszła pani do toalety. Da pani radę?

Policjant rozpina kajdanki. Wyjście z łóżka i przeczłapanie krótkiego odcinka do toalety napawa mnie wręcz poczuciem wszechmocy, choć Helen i jej asystentka mi pomagają. Czuję pulsujący ból w całym ciele, nie mam odwagi ani nie wolno mi opierać ciężaru na lewej nodze. Policjant bacznie mnie obserwuje i śledzi każdy mój powolny krok.

— Proszę nie zamykać drzwi — mówi, kiedy wreszcie wchodzę do toalety. — Muszę mieć panią na oku, żeby żaden szalony pomysł nie przyszedł pani do głowy.

Helen protestuje, ale mówię, że nie ma po co. Zdążyłam się już przyzwyczaić, jak to wszystko przebiega. Siadam na desce, sikam i podcieram się na ich oczach, a potem pomagają mi wstać. Helen podtrzymuje mnie, kiedy myję ręce, a ja przyglądam się kobiecie, którą widzę w lustrze nad umywalką. Blada istota z obandażowaną głową wpatruje się we mnie obojętnym wzrokiem. Po jej lewej stronie spod bandaża wystają krótkie kosmyki — tylko tyle zostało z długich blond włosów, które kiedyś miała. Ledwo samą siebie poznaję.

— Nie mieli wyboru — oznajmia Helen, patrząc mi w oczy w lustrze. — Musieli zszyć ranę na głowie.

Obca kobieta, którą się stałam, spogląda na mnie. „Lepiej się przyzwyczaj”, zdaje się mówić. „Zostanę już na zawsze i nic na to nie poradzisz”.

Jeszcze zanim wracam do łóżka, jestem cała mokra od potu. Na ostatnim odcinku wiszę jak worek między Helen a młodszą pielęgniarką. Muszą mnie podnieść.

Później do pokoju wchodzi lekarka. Przedstawia się, ale natychmiast zapominam, jak ma na imię. Wyjaśnia, że szyna spowodowała poważne obrażenia. Trafiła w głowę i twarz, ale najgorsze są uszkodzenia lewej strony ciała. Rana zaczyna się tuż pod piersią i sięga aż do talii, biegnąc wzdłuż uda. Operacja była poważna. Lekarka chce mnie przygotować na to, co mnie czeka, gdy opatrunek wreszcie zostanie zdjęty. Niestety, już zawsze będę miała blizny na ciele i twarzy. Straciłam bardzo dużo krwi i mało brakowało, a bym nie przeżyła. Miałam szczęście, że znaleziono mnie, zanim wykrwawiłam się na śmierć.

— Zostanie pani tu jeszcze trochę, ale wkrótce znów stanie na nogi — mówi kobieta na koniec, klepiąc mnie po ramieniu. — Będzie pani żyła dokładnie tak samo jak przedtem.

Dokładnie tak samo jak przedtem.

To takie głupie, że nawet nie odpowiadam.

Kilka dni później odwiedza mnie komisarz policji kryminalnej z Örebro. Siada na taborecie obok łóżka i prosi, abym opowiedziała, co się wydarzyło w więzieniu.

Mówię, że dzień rozpoczął się jak najzwyklejszy czwartek. Strażnicy otworzyli nasze cele, jadłyśmy śniadanie, a potem zawieziono nas do pracy w fabryce w Biskopsbergu. Po przedpołudniowej przerwie brygadzista kazał mi przynieść z magazynu kilka pudeł, więc zjechałam tam windą z jednym ze strażników. Wzięłam wózek ustawiony pod ścianą przy wejściu i weszłam już sama. Magazyn jest tak samo duży jak pomieszczenie nad nim, w którym pracujemy. Pudła, które miałam przynieść, stały na półkach na samym końcu. Kiedy skończyłam je załadowywać, usłyszałam kroki. W magazynie był zatem ktoś jeszcze, ale kiedy zapytałam, kto to, kroki ustały. Krzyknęłam: „kto tam się skrada?” i już miałam wołać strażnika, kiedy zza rogu wyszła Anne, inna osadzona. Popatrzyła na mnie. Zapytałam, co ma w tym miejscu do roboty, ale nie odpowiedziała, tylko gapiła się na mnie wściekle. Strażnika nigdzie nie było widać. Chciałam minąć Anne i wtedy zauważyłam, że trzymała w ręce długi kawałek żelaza. Uniosła go i, nim zdążyłam zrobić unik, uderzyła mnie w głowę. Podniosła szynę, żeby zadać kolejny cios. Krzyknęłam, zatoczyłam się do tyłu i potknęłam o dyszel wózka akurat w ­chwili, gdy trafiła mnie po raz drugi. Prawdopodobnie dlatego przeżyłam.

— Z jakiego powodu panią zaatakowała? — pyta komisarz. — Dlaczego była tak wrogo nastawiona?

Tłumaczę, że Anne miała na moim punkcie obsesję i że nigdy nie dawała mi spokoju. Kiedy dałam jej do zrozumienia, że nie chcę mieć z nią do czynienia, zaczęła mnie nienawidzić.

— Ta kobieta twierdzi, że się broniła — odpowiada komisarz. — Że pani jej groziła, a w przeszłości próbowała ją udusić. Co pani na to?

— To ja tutaj leżę, prawda? — zauważam. — To nie ona została prawie przecięta na pół i będzie miała blizny na całym ciele.

Komisarz robi minę, która pokazuje dokładnie, co myśli, a ja wiem, że nie powinnam się dziwić. Znacznie łatwiej jest uwierzyć kobiecie skazanej za kradzież niż tej odsiadującej wyrok dożywocia za zabójstwo. Nie ufano mi i zdaję sobie sprawę, że moja wersja wydarzeń jest nic niewarta. Kiedy komisarz wychodzi, nawiedzają mnie myśli, że może zasługuję na to wszystko.

Jest wrzesień, prawie dokładnie sześć lat, odkąd zabiłam męża.

Tylko nielicznym pracownikom wolno u mnie przebywać. Oprócz Helen jest to jeszcze kilka osób. Zmieniają się w ciągu doby i zawsze towarzyszy im policjant w mundurze, ale czasami widzę też innych ludzi zaglądających przez szybę w drzwiach. Wszyscy już zdążyli się dowiedzieć, kim jest pacjentka z zakładu karnego w Biskopsbergu. Z pewnością krzyczy o tym każdy gazetowy nagłówek w całym kraju. Przez mamę moje nazwisko było znane, jeszcze zanim zostałam skazana za zabójstwo.

Teraz plotki znów nabiorą rozpędu. Ludzie będą gadali i spekulowali w czasie przerw na kawę w pracy. Albo w domu przed telewizorem, gdy reporter po raz kolejny opowie baśń o sławnej dziewczynce z dobrego domu, która wyrosła na morderczynię. To się nigdy nie skończy.

Nie chcę o tym myśleć. Nie chcę, aby mi przypominano o wszystkim, co straciłam. Wolałabym leżeć otulona oparami morfiny i nic nie wiedzieć o spojrzeniach, plotkach i szeptach. O zmieszanej ze strachem radości z tego, że Słonecznej Dziewczynce tak źle się ułożyło w życiu. Wystarczy mi pulsujący ból obrażeń na całym ciele i napięcie szwów na czole i policzkach. Wystarczy, że nie mogę się ruszać, bo cały czas jestem przypięta, tak jakbym mogła uciec w tym stanie. Pytałam tego policjanta, co jego zdaniem miałabym zrobić bez kajdanek. Czy obawia się, że mogłabym się okazać groźna. To wystarczyło, by młodsza pielęgniarka szybko zniknęła z sali. Szalona, skazana na dożywocie morderczyni wzbudza strach samym swoim istnieniem.

Po tym zdarzeniu policjant założył łańcuch łączący kajdanki z ramą łóżka i teraz przynajmniej mogę sama jeść. Wszyscy jednak pilnują, by nie zostawiać po sobie żadnych przedmiotów na stole, i kiedy odnoszą tacę, sprawdzają, czy nie brakuje sztućców.

Przychodzi lekarka, żeby zbadać moje rany, i kiedy zdejmuje opatrunki, korzystam z okazji i patrzę. Przez całe moje lewe udo biegnie na ukos postrzępione rozcięcie, które ciągnie się aż po bok brzucha. Na ranie tkwią duże klamry, jakby użyto na mnie gigantycznego zszywacza. Skóra jest groteskowo spuchnięta i przebarwiona.

Z mojej głowy zostaje odwinięty bandaż, żeby zdjąć mi szwy u nasady włosów i na twarzy. Pytam lekarki, jak jej zdaniem to wygląda, a ona otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale zaraz je zamyka. Posyła długie spojrzenie Helen, ta zaś bierze lusterko i mi je podaje. Patrzę na ranę, która zaczyna się nad nasadą włosów, przecina lewą brew i biegnie dalej w kierunku ucha, omijając łukiem oko. Skóra ma odcienie ciemnej czerwieni i błękitu. Krawędzie ran znajdują się obok siebie, ale wciąż są nabrzmiałe i brzydkie. Moja twarz jest zdeformowana.

Ostrożnie badam szwy palcami. To makabryczna ręczna robota, pełna grubych niebieskich supłów. Mamroczę, że mog­łabym wystąpić w horrorze.

— Plusem jest to, że zachowała pani wzrok — mówi lekarka.

Helen z przepraszającą miną bierze ode mnie lusterko. Próbuję się do niej uśmiechnąć, ale mój grymas skłania ją do spojrzenia w podłogę.

Kiedy szwy zostają zdjęte, lekarka zakleja blizny białą taśmą. Bandaże nie są mi już potrzebne. Po lewej stronie sterczą nierówno obcięte pasma, a okolice wokół taśmy są zupełnie łyse.

— Musi mi pani pomóc — szepczę do Helen, kiedy lekarka odchodzi. — Proszę spojrzeć, jak ja wyglądam.

— W czym potrzebuje pani pomocy? — pyta policjant, jakbyśmy planowały ucieczkę. Helen i ja nie zwracamy na niego uwagi.

— To trzeba usunąć — mówię, pociągając za krótkie pasma. — Nie mogę tak wyglądać. Jakby przejechała mnie kosiarka.

— Chyba damy radę to załatwić — odpowiada Helen ze sztucznym entuzjazmem w głosie. — Teraz proszę spróbować odpocząć. Myślę, że jest pani to potrzebne.

Po jej wyjściu gapię się w sufit. Helen ma rację, muszę odpocząć i wszystko odespać. Tylko że to niemożliwe. Myśli pełzają mi w głowie jak robaki żywiące się padliną. Zwalają się na mnie ze wszystkich stron i nie mogę im uciec.

Zmuszam się do patrzenia prosto w jarzeniówkę i myślę o twarzy w lustrze. Wyglądam jak żywy trup. I tak się czuję, to ciało nie należy do mnie. Należy do kogoś, kto nie jest już człowiekiem. To okaleczone zwłoki. One jednak nie mają uczuć, a łzy, które spływają mi po policzkach, są wywołane przez ostre światło, od którego pieką mnie oczy. Tak to sobie tłumaczę.

Na kolejnej zmianie Helen ma przy sobie maszynkę do golenia. Siedzę na krześle z rękami skutymi przed sobą i ręcznikiem na ramionach. Ona pyta, ile ściąć, a ja odpowiadam:

— Całość.

Maszynka brzęczy uporczywie, z każdym upadającym na podłogę pasmem czuję, że przejmuję kontrolę nad tą brzydką, przerażającą kobietą, która ukazała się w lustrze. Z pewnością chętnie by popatrzyła, jak się rozklejam, kiedy golą mi głowę, pozbawiając mnie blond włosów, które zawsze kochałam i tak starannie pielęgnowałam. Nie ma pojęcia, że już mi na nich nie zależy. Że przyjmę to wyzwanie, nie roniąc kolejnych łez nad tym, kim się stałam.

Po wszystkim Helen pozwala mi zobaczyć rezultat w lusterku.

— I jak? — pyta. — Mam nadzieję, że nie zaczęła pani żałować.

Mogłabym powiedzieć, że żal niczego nie zmieni, że niczego nie da się cofnąć, ale milczę.

Helen rozplotła warkocze. Podziwiam jej czarne błyszczące loki, które opadają na ramiona.

— Ja też miałam kiedyś piękne włosy — zaczynam, a potem opowiadam, jak mi się przesuszyły przez tani balsam, który mamy w więzieniu. Helen odpowiada, że to ważne, by używać odpowiednich produktów do pielęgnacji włosów, i w tym momencie jesteśmy dwiema zwykłymi kobietami, które dzielą najzwyczajniejszą chwilę w życiu. Potem pytam, co tak naprawdę myśli o moim nowym wyglądzie.

— Wygląda pani przepięknie, pani Lindo — odpowiada kłamstwem. — Naprawdę dobrze wyszło.

Nie przeszkadza mi, że nie mówi prawdy. Wiem, że teraz wyglądam jak potwór, za którego wszyscy mnie uważają.

*

— Linda, popatrz tutaj.

— Tu, Linda. Możemy prosić o uśmiech?

Moje długie włosy są idealnie ułożone, zajęła się mną stylistka, z której usług korzystam przy takich okazjach. Mam na sobie drogą sukienkę od projektanta i razem z mężem jestem gotowa na galę przyznania nagród Grammis. Odwracam się na czerwonym dywanie i uśmiecham jak najszerzej, tak jak robiła to zawsze moja mama. Błyskają flesze, nie przestaję się uśmiechać. Simon poprawia marynarkę, a ja obejmuję go w pasie, żeby zapozować do jeszcze jednego zdjęcia. Przyciąga mnie do siebie. Został nominowany do dwóch nagród i nikt nie jest z niego bardziej dumny niż ja. Razem promieniejemy. Świecimy światłem szczęścia i sukcesu.

— Kathy przyjdzie? — krzyczy jeden z dziennikarzy.

— Gdzie ona jest? — odzywa się drugi. — Zachorowała? Co się stało?

Chwilę później krzyczą już ze wszystkich stron, a ja w odpowiedzi na pytania o mamę uśmiecham się jeszcze szerzej. Nie daję po sobie poznać, co czuję. Pośród błysków fleszy, mijając ścianę szmeru i szeptów, kroczę po czerwonym dywanie, trzymając Simona za rękę.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki