Wydawca: Zysk i S-ka Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Powiedz, że jesteś moja - Elisabeth Noreback

Każdy myśli, że umarła.

Ty wiesz, że żyje.

Ktoś robi wszystko, żeby ukryć prawdę.

Gdyby twoja roczna córka zaginęła, czy rozpoznałabyś ją dwadzieścia lat później?

Pierwszy szwedzki thriller psychologiczny, który stał się sensacją światowego rynku wydawniczego -

prawa do wydania sprzedano do kilkudziesięciu krajów.

Przekonaj, się, dlaczego!

"Autorka trzyma czytelnika w bezustannym napięciu i uwalnia go z rozedrganym z emocji sercem dopiero po ostatniej stronie książki".

BOGFIDUSEN

Opinie o ebooku Powiedz, że jesteś moja - Elisabeth Noreback

Fragment ebooka Powiedz, że jesteś moja - Elisabeth Noreback

Elisabeth Noreback Powiedz, że jesteś moja Tytuł oryginału Säg att du är min ISBN Copyright © Elisabeth Norebäck, 2017 by Agreement with Grand AgencyAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2018 Redakcja Janusz Bojarski Projekt graficzny okładki Anna M. Damasiewicz Łamanie Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Stella

Nadal leżę na podłodze.

Z podciągniętymi nogami, obejmując kolana.

Wdech. Wydech.

Tętno pulsuje mi w uszach, ból brzucha przeszedł w mdłości i przestałam się trząść.

Nazywam się teraz Stella Widstrand, nie Johansson. Mam trzydzieści dziewięć lat, nie dziewiętnaście. I nie zdarzają mi się już ataki paniki.

Do pokoju wpada szare, jesienne światło. Słyszę odgłosy deszczu, ulewa wciąż trwa. Mój gabinet wygląda jak zawsze. Wysokie okna, ściany w kolorze mchu. Rozległy pejzaż na ścianie i drewniana podłoga z ręcznie tkanym chodnikiem. Moje stare, wysłużone biurko, fotele w rogu przy drzwiach. Pamiętam, jak sama urządzałam to pomieszczenie, jak doglądałam każdego szczegółu. Już nie potrafię przypomnieć sobie, dlaczego to było takie ważne.

Zawsze wyobrażałam sobie, że to ja ją znajduję. A nie odwrotnie. Może odszukała mnie z ciekawości, chciała zobaczyć, kim jestem. Może chciała mnie oskarżyć, sprawić, bym nigdy nie zapomniała.

A może się zemścić. Odbudowanie mojego życia, dotarcie do punktu, w którym jestem, zajęło mi wiele lat. Jednak nawet jeśli zostawiłam za sobą wszystko to, co się wydarzyło, nie zapomniałam. Czegoś takiego nie da się zapomnieć.

Nadal leżę na podłodze.

Z podciągniętymi nogami, obejmując kolana.

Wdech. Wydech.

Henrik pocałował mnie w policzek i pojechał do pracy. Zjadłam śniadanie z Milem, wysadziłam go pod szkołą i pojechałam dalej w kierunku Kungsholmen. Wszystko było jak zwykle. Para na szybie, korki na moście Traneberg, mgła nad szarymi wodami jeziora Melar i mało miejsc parkingowych w mieście.

Jej wizyta przypadła na godzinę przed lunchem. Zapukała do drzwi, ja otworzyłam i od razu wiedziałam. Podałyśmy sobie ręce i przedstawiłyśmy się. Powiedziała, że nazywa się Isabelle Karlsson.

Zaczęłam się zastanawiać, czy zna swoje prawdziwe nazwisko.

Wzięłam jej przemoczoną kurtkę. Powiedziałam coś o pogodzie i poprosiłam, aby weszła. Isabelle uśmiechnęła się i usiadła w jednym z foteli. Miała dołeczki w policzkach.

Jak zwykle na pierwszym spotkaniu z pacjentem, kazałam jej powiedzieć, dlaczego szuka pomocy. Isabelle była przygotowana. Bardzo dobrze odgrywając swoją rolę, stwierdziła, że od śmierci ojca cierpi na problemy ze snem. Potrzebowała pomocy w pogodzeniu się z żałobą. Mówiła, że czuje się zagubiona, niepewna siebie i że sytuacje społeczne są dla niej kłopotliwe.

Wszystko miała dokładnie przećwiczone.

Dlaczego?

Mogła przecież powiedzieć prawdę. Nie musiała ukrywać rzeczywistego powodu wizyty.

Skończyła dwadzieścia dwa lata, była średniego wzrostu, miała wąską talię i figurę klepsydry. Krótkie, niepomalowane paznokcie. Żadnych tatuaży ani kolczyków, nawet przekłutych uszu. Czarne, proste włosy opadały nisko na plecy. Mokre od deszczu błyszczały na tle jej bladej skóry, a ja myślałam o tym, jaka jest piękna. Piękniejsza, niż mogłabym się spodziewać.

Reszta rozmowy przepadła we mgle. Trudno mi przypomnieć sobie, co wtedy mówiłam. Coś o dynamice terapii grupowej, może o komunikacji albo o tym, jak obraz samego siebie wpływa na sposób patrzenia na innych.

Isabelle Karlsson zdawała się słuchać uważnie. Potrząsnęła włosami i znów się uśmiechnęła. Była jednak spięta. Miała się na baczności.

Najpierw nadeszły mdłości, potem zawroty głowy i ucisk w piersiach utrudniający oddychanie. Rozpoznałam te objawy. Przeprosiłam, wyszłam z pokoju i poszłam do toalety w korytarzu. Serce biło mi jak szalone, zimny pot spływał po plecach, a pulsujący ból w oczodołach miotał błyskawice przeszywające głowę. Poczułam skurcze żołądka, uklęknęłam przy muszli klozetowej i próbowałam zwymiotować. Bez skutku. Usiadłam na podłodze, oparłam się o muszlę i zamknęłam oczy.

Przestań myśleć o tym, co zrobiłaś.

Przestań myśleć o niej.

Przestań myśleć.

Przestań.

Po kilku minutach wróciłam i powiedziałam, że zapraszam na terapię grupową w przyszłą środę o pierwszej po południu. Isabelle Karlsson włożyła kurtkę, przesunęła włosy na kark i potrząsnęła nimi. Chciałam wyciągnąć rękę i dotknąć ich, ale się powstrzymałam.

Zauważyła to.

Spostrzegła moje wahanie, chęć nawiązania kontaktu.

Może właśnie o to jej chodziło? Abym poczuła się niepewnie?

Przewiesiła torbę przez ramię, otworzyłam jej drzwi i wyszła.

Śnił mi się ten dzień. Fantazjowałam o tym, jak będzie wy­g­lądał. Co będę czuła, co powiem. Nie tak miało być. Czuję większy ból, niż mogłabym sobie wyobrazić.

Nadal leżę na podłodze. Z podciągniętymi nogami, obejmując kolana.

Wdech. Wydech.

Wróciła.

Ona żyje.

Isabelle

Isabelle!

Słyszę głos Johanny i odwracam się. Jestem z powrotem w budynku M, na samym skraju kampusu. Minęła połowa przerwy obiadowej i salę wypełniają studenci, wszystkie stoliki i krzesła są zajęte. W porze lunchu zawsze jest tutaj komplet. Obracam się w kółko, ale nie widzę Johanny, dopóki nie wstaje i nie zaczyna machać.

— Chodź tutaj! — woła.

Nie mam ochoty. Przez ostatnią godzinę pozostawałam w maksymalnym napięciu. Czuję się tak, jakbym miała eksplodować od tłumienia w sobie wszystkich uczuć.

Smutku. Gniewu. Nienawiści. Od prób ukrycia wszystkiego. Od uśmiechania się i udawania radosnej. Od bycia kimś innym, niż naprawdę jestem.

Najchętniej zjadłabym kanapkę sama, zanim zacznie się następny wykład. Chciałabym przemyśleć to wszystko, co się wydarzyło u terapeutki. Ale nie potrafię odmawiać. Zarzucam torbę na ramię i zaczynam lawirować pomiędzy ludźmi, torbami na podłodze, zielonymi stolikami i czerwonymi krzesłami. W końcu docieram do celu.

Johanna jest najbliższą przyjaciółką, jaką mam. Jaką kiedykolwiek miałam. Już od czasu pierwszych, przerażających chwil w Królewskim Instytucie Technologicznym KTH, kiedy się mną zaopiekowała i pozwoliła, abym się do niej wprowadziła. Nie wiem dlaczego. Kompletnie się różnimy. Ona jest doświadczona i robiła w życiu mnóstwo rzeczy, jeździła po całym świecie. Ufarbowała włosy na fioletowo, ma przekłute uszy, kolczyk w nosie, tatuaż nad pośladkami i jeszcze jeden na ramieniu — jednorożca zionącego ogniem. Johanna jest cool, pewna siebie i wie, czego chce.

Susie i Maryam, które siedzą obok niej, też są bardzo miłe. Jednak właśnie przy Johannie się odprężam, mam odwagę być sobą.

— Gdzie się podziewałaś? — pyta Maryam. — Nie widziałam cię na matmie.

— Bo mnie nie było — odpowiadam.

— Co? Co się stało? — Susie kładzie rękę na sercu. — Nigdy nie opuszczasz lekcji.

— Musiałam załatwić jedną sprawę. — Wysuwam krzesło stojące obok niej, wieszam swoją przemoczoną kurtkę na oparciu i siadam. Nadal czasem się dziwię, że ludzie wiedzą o moim istnieniu. Że ktoś mnie zauważa. A może nawet za mną tęskni. Jestem przyzwyczajona do bycia niewidzialną.

Otwieram torbę i wyciągam z niej opakowaną w folię kanapkę, którą kupiłam, w 7-Eleven. Stwierdzam, że już nie nadaje się do jedzenia, i wrzucam ją z powrotem do torby.

— Wciąż pada? — pyta Johanna.

— Tak samo jak rano — odpowiadam.

— Poniedziałkowy niepokój — oznajmia Susie, przeglądając podręcznik do mechaniki. — Rozumiecie w ogóle coś z tego?

— Ostatnio dużo pisałam o momencie pędu — odpowiada Johanna — ale nie jestem pewna co.

Śmieją się. Ja też się śmieję. Ale jakaś część mnie siedzi w przezroczystej szklanej klatce i wygląda na zewnątrz. Wiem, że jestem dwiema różnymi osobami. Jedna to ta, którą widzą wszyscy. Prawdziwą, autentyczną, widzę tylko ja, a różnica między jedną a drugą jest przepastna. Mam w środku wąwóz pełen mroku. I tendencję do uderzania w melodramatyczne tony.

— Ty przecież rozumiesz, Isabelle — mówi Maryam i odwraca się do mnie. — Ogarnia mnie panika, niedługo musimy zacząć zakuwać do egzaminów.

— Wystarczy poczytać podręcznik i wszystko się rozumie — mówię.

— Ech, powiedz to wprost. Gdybyśmy, zamiast imprezować, poświęcały tyle czasu na naukę co ty, też byśmy rozumiały. — Susie trąca mnie w bok i szczerzy zęby.

— Przyznaj, że tak jest. — Zmięta serwetka Johanny trafia mnie w głowę. — Przyznaj, Isabelle.

— Uważacie mnie za nudziarę? — pytam. — Za smutasa, nerda, który nie potrafi się bawić? Beze mnie nie miałybyście szans, leserki.

Rzucam serwetką z powrotem w Johannę i rżę ze śmiechu, bo natychmiast dostaję w głowę dwiema kolejnymi. Rzucam też w Susie i Maryam i wkrótce przy naszym stoliku rozkręca się serwetkowa wojna. Śmiejemy się, krzyczymy, wszyscy w całej stołówce wstają, zagrzewają nas do boju i…

Dzwoni mój telefon.

Robię to o wiele za często. Znikam w fikcyjnym świecie marzeń. Odgrywam w głowie krótkie, śmieszne filmiki. Scenki, w których jestem równie spontaniczna i wyluzowana jak wszyscy inni.

Wygrzebuję telefon z kieszeni, patrzę na wyświetlacz.

— Kto dzwoni? — pyta Maryam. — Nie odbierzesz?

Odrzucam połączenie i odkładam telefon.

— To nic ważnego.

*

Po wykładzie jadę sama do domu. Johanna jest umówiona ze swoim chłopakiem, Axelem. Właściwie najchętniej pojechałabym prosto do domu po wizycie u Stelli, bo spotkanie z nią bardzo mnie wyczerpało, ale nie chciałam przegapić czegoś ważnego w szkole.

Teraz siedzę w metrze. Samotna, jedna z obcych. Kiedy się tu przeprowadziłam, myślałam, że to straszne, ale dziś nie mam nic przeciwko temu. Po roku pobytu w Sztokholmie dobrze znam okolicę. Na początku byłam przerażona, że się zgubię. Myliłam Hässelby z Hagsätrą, sprawdzałam trzy razy, jak dotrzeć tam, gdzie chciałam. Mimo to sporo jeździłam i odwiedziłam większość centrów handlowych w zasięgu komunikacji miejskiej.

Jeździłam kolejką do stacji końcowych, sprawdziłam wszystkie linie metra i większość autobusów miejskich. Spacerowałam po Söder, Vasastan, Kungsholmen i Norrmalm, ale najczęściej po centrum Sztokholmu.

Patrzę na moich towarzyszy podróży i udaję, że wiem o nich wszystko. Ta starsza pani o pomarańczowych włosach i we wściekle czerwonych okularach dwa razy w tygodniu ćwiczy we Friskis & Svettis ubrana w kolorowe rajtuzy z lat osiemdziesiątych i odważnie obczaja facetów na siłowni.

Ci dwoje, którzy trzymają się za ręce i całują — on jest studentem medycyny, a ona nauczycielką młodszych klas szkoły podstawowej. Jadą do swojej kawalerki na Brommaplan. Razem przygotują kolację, będą oglądali film i przysną na kanapie. Potem ona pójdzie położyć się do łóżka, a on weźmie komputer i będzie surfował po sieci, szukając pornosów.

Szczupły, wysoki mężczyzna w garniturze. Tak kaszle, że aż zgina się wpół. Umiera na raka płuc. Nikt nie wie, ile życia jeszcze mu zostało.

Ile zostało komukolwiek z nas? Życie może się skończyć w każdej chwili. Może nawet dzisiaj.

Tęsknię za tatą. Od tego majowego dnia minęły cztery miesiące. Cztery puste, długie miesiące. Po wszystkim dowiedziałam się, że już od kilku tygodni czuł, że jest chory. Oczywiście nie poszedł do lekarza. Ja o niczym nie wiedziałam. Tata nie bywał chory. Dlaczego miałby mnie niepokoić bez potrzeby?

Powiedzieć, że mam wyrzuty sumienia, to za mało. Bywałam w domu o wiele za rzadko. Po raz ostatni widziałam go w Wielkanoc. Nie zostałam nawet na cały weekend.

Czy przeprowadzka była z mojej strony aktem egoizmu? Tata chciał, abym wykorzystała okazję. Zachęcał do zostawania tutaj, spędzania weekendów z nowymi przyjaciółmi, przecięcia pępowiny.

Dopiero po jego śmierci poznałam prawdę. Nigdy jej nie wybaczę tego, co zrobiła. Z całego serca pragnę jej śmierci. Nienawidzę jej.

Nienawidzę.

Nienawidzę.

Nienawidzę.

Stella

Budzę się w naszym domu przy Alviksvägen w Brommie. Spałam na łóżku przykryta kocem. Czuję się tak, jakbym leżała tu kilka dni.

Poprosiłam Renate, aby odwołała resztę moich pacjentów, wymówiłam się migreną. W deszczu na Sankt Eriksgatan zatrzymałam taksówkę. Reszta wyparowała mi z głowy. Z pewnością po dotarciu na miejsce zapłaciłam kierowcy, wysiadłam z samochodu i weszłam do środka. Zdjęłam buty, płaszcz i ruszyłam na górę do sypialni. Nic z tego nie pamiętam.

Oczy mnie pieką, czuję ćmiący ból głowy i przez chwilę zastanawiam się, czy to wszystko nie jest przywidzeniem. Może tylko mi się śniło, że mój gabinet odwiedziła kobieta przedstawiająca się jako Isabelle Karlsson.

Chciałabym.

Chęć uniknięcia bólu jest podstawowym odruchem człowieka. Lepiej uciec niż zetknąć się z czymś bolesnym.

Chciałabym móc uciec.

Słyszę dźwięk range rovera Henrika na podjeździe. Wstaję z łóżka i podchodzę do okna. Nadal pada. Nasz sąsiad stoi przy ogrodzeniu w płaszczu przeciwdeszczowym ze swoim poszczekującym pieskiem. Milo wyskakuje z samochodu i biegnie w stronę domu. Henrik wita się z sąsiadem i idzie za nim. Drzwi się otwierają, słyszę, jak krzyczy „halo!”. Na kilka sekund zamykam oczy, biorę głęboki oddech i schodzę.

Milo przechodzi obok mnie, powłócząc nogami i pyta, co będzie na obiad. Kiedy odpowiadam, że nie wiem, idzie do dużego pokoju i rzuca się na jedną z kanap. Henrik podnosi mój płaszcz z podłogi w przedpokoju. Wiesza go i mówi, że próbował się ze mną skontaktować.

Odpowiadam, że moja komórka na pewno dalej leży w torebce. Henrik odwraca wzrok i patrzy w podłogę. Telefon leży obok moich butów. Podnosi go i podaje mi.

— Zastanawialiśmy się, czy kupić coś po drodze — mówi. — Nie zrobiłaś obiadu.

To bardziej stwierdzenie niż pytanie.

— Nie zdążyłam.

— Coś się stało?

— Dlaczego tak myślisz?

— Twój samochód?

Moje audi stoi nadal na Kungsholmen, nie na podjeździe.

— Przyjechałam taksówką.

Henrik patrzy na mnie uważnie. Daję mu szybkiego buziaka, unikam jego spojrzenia i wchodzę do kuchni. Idzie za mną.

— Milo musi coś zjeść — stwierdza i otwiera lodówkę. — Niedługo jedzie.

Zapomniałam, że Milo ma trening koszykówki. W normalnej sytuacji nigdy bym o tym nie zapomniała. Siadam przy stole w kuchni, sprawdzam komórkę. Dwa nieodebrane połączenia i jeden esemes. Henrik wyjmuje z zamrażalnika plastikowy pojemnik i krzyczy do Mila, że zaraz będzie jedzenie.

— Jak ci minął dzień? — pyta po chwili.

— Dobrze.

— Wszystko okej?

— Tak — odpowiadam.

— Na pewno?

— Na pewno.

Henrik miesza makaron i podgrzewa sos boloński. W międzyczasie mówi coś o odwiedzinach u jego rodziców na wsi w przyszły weekend, o sobotnim meczu koszykówki Mila. O pracy. Układa talerze, sztućce i szklanki, nalewa wody do karafki. Gada w dalszym ciągu o pracy.

Jest poniedziałek jak każdy inny, spotykamy się w domu po dniu pracy, gawędzimy w kuchni. Nasz piękny dom jest taki jak zawsze. A jednak wyczuwam coś obcego. Jakbym się stała kimś innym. Obcą we własnym życiu.

Henrik krzyczy do Mila, że jedzenie jest gotowe. Z dużego pokoju nie słychać żadnej reakcji. Henrik prosi go, żeby przyszedł, ale Milo się ociąga. Idę do dużego pokoju i podchodzę do kanapy. Zdejmuję mu słuchawki i wyrywam iPada z rąk. Warczę, że ma mało czasu. Milo najpierw jest zdziwiony, a potem mija mnie nadąsany i siada przy stole w kuchni.

Kiedy nie patrzy, Henrik kładzie mi dłoń na ramieniu. Dokładnie wiem, co chce mi przekazać. „Spokojnie. Co z tobą?”

Powinnam opowiedzieć, co mnie spotkało. Porozmawiać z nim. Robienie tajemnic to nie mój styl. W końcu jestem psychologiem i dyplomowanym psychoterapeutą. Mówię, co czuję, dyskutuję i staram się ustalić, na czym może polegać problem. Zwłaszcza jeśli dotyczy czegoś, co kompletnie zmieni życie nas obojga. Henrik jest moim najlepszym przyjacielem. Zawsze mówimy sobie wszystko otwarcie, rozmawiamy o wszystkim. On zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny, co jednocześnie sprawia, że trudno mi cokolwiek przed nim ukryć. Nigdy zresztą nie czułam, że chcę coś ukrywać. Aż do teraz.

Nie jestem w stanie przełknąć jedzenia. Henrik i Milo rozmawiają. Nie wiem o czym. Słyszę ich, a jednocześnie nie słyszę. Moje myśli przez cały czas uciekają do niej.

Do Isabelle Karlsson.

Zastanawiam się, dlaczego używa tego nazwiska. Jak dużo wie.

Milo opowiada o zarąbistym rowerze, który chciałby dostać. Wyciąga komórkę i ma zamiar pokazać zdjęcie. Przepraszam, wstaję od stołu i wychodzę z kuchni. Idę do pralni i próbuję zebrać myśli.

Atak paniki. Pierwszy od dwunastu lat. Tracę kontrolę i nie mogę nic na to poradzić. Paniczny strach i paraliżujący niepokój przenikają moje ciało, atakują moje myśli i uczucia. Czuję się tak, jakbym wsiadła do pędzącego pociągu i musiała nim jechać aż do stacji końcowej. A ja nigdy więcej nie chcę tam jechać. Zrobię co w mojej mocy, żebym nie musiała przechodzić przez to jeszcze raz. Myśl, że ponownie naraziłabym na to swoją rodzinę, napawa mnie śmiertelnym przerażeniem.

Czy gdybym wiedziała, co będzie oznaczało to spotkanie, dopuściłabym do niego? Czy gdybym wiedziała, kim ona jest, miałabym odwagę się z nią spotkać?

O ile to naprawdę ona.

Wyobrażam sobie, że pytam ją wprost. Patrzę jej w oczy, zadaję pytanie i widzę, jak moje słowa zagnieżdżają się w jej świadomości i powodują reakcję łańcuchową.

„Nie, to nie ja”.

Prawda? Kłamstwo?

„Tak, to ja”.

Prawda? Kłamstwo?

Nie ufam Isabelle Karlsson. Jak mogłabym jej ufać? Jak mogłabym zadać te pytania, skoro wciąż nie mam pojęcia, czego chce? Muszę dowiedzieć się czegoś więcej. Muszę wiedzieć.

Henrik staje za moimi plecami i kładzie mi ręce na ramionach.

— O co chodzi? — pyta. — Porozmawiaj ze mną, Stella.

— Jestem zmęczona.

— Nie tylko o to chodzi. Widać, że coś się stało.

Widzę, że nie ustąpi. Odwracam się.

— Miałam cholernie trudny dzień — mówię. — Rozbolała mnie głowa, odwołałam wszystko i poszłam do domu.

Celowo daję mu do zrozumienia, że chodzi o Linę — pacjentkę, z którą miałam problemy. Widzę po nim, że rozumie. Wiedziałam, że tak to zinterpretuje.

Gładzi mnie po policzku i przytula. Pyta, czy dostałam wiadomość z Inspektoratu ds. Zdrowia i Opieki Społecznej. Nie dostałam. Jeszcze.

Mówi, że ostatnie miesiące były wyczerpujące, ale wszystko się ułoży. Że zawiezie dziś Mila na trening, a ja mogę zostać w domu.

Kiedy odjeżdżają, stoję przy oknie w kuchni i patrzę za nimi.

Idź na poddasze. Zajrzyj do torby.

Torba na poddaszu. Nie ruszałam jej, odkąd się tu wprowadziliśmy, ale nawet po dwunastu latach wiem dokładnie, gdzie jest. Nie zamierzam do niej zaglądać. Jeśli to zrobię, znów oszaleję.

Dwadzieścia jeden lat temu moje życie się zawaliło, ale je odbudowałam. Nie wolno mi o tym zapomnieć. Postanowiłam żyć, nie mogłam inaczej. Alternatywą była śmierć, lecz na taki krok nie byłam gotowa.

Skupiłam się całkowicie na wykształceniu, na osiąganiu celów. Pięć lat później poznałam Henrika i zakochałam się.

Pogrzebałam ją. Co nie oznacza, że zapomniałam.

Zajrzyj do torby, na poddaszu.

Atak paniki, którego dzisiaj doznałam, był jednorazowy.

Nie powtórzy się.

Nie muszę wchodzić na poddasze. Potrzebuję snu.

W sypialni czuję, że jestem zbyt zmęczona, żeby wziąć prysznic, zbyt zmęczona, żeby zmyć makijaż. Nie mam nawet siły, by umyć zęby. Ściągam zegarek, który dostałam od Henrika, i kładę go na komodzie. Spodnie i sweter rzucam na krzesło przy drzwiach. Zdejmuję stanik i wchodzę pod kołdrę.

Deszcz nadal bębni o szyby, kiedy się budzę w środku nocy. Musiałam mocno spać, bo nie słyszałam, jak Henrik i Milo wrócili do domu. W pokoju dzięki grubym zasłonom panuje nieprzenikniona ciemność. Zazwyczaj tak wolę, ale dziś w nocy ciemność wydaje mi się dusząca.

Wejdź na poddasze. Zajrzyj do torby.

Henrik obejmuje mnie w talii. Chrząka, kiedy odsuwam jego rękę. Wychodzę z łóżka i wkładam szlafrok. Wymykam się z sypialni i zamykam drzwi. Na końcu korytarza wysuwam krzesło i podstawiam je pod klapę zasłaniającą przejście na poddasze. Wchodzę na krzesło, łapię uchwyt i ciągnę. Kiedy słychać zgrzyt, wstrzymuję oddech. Opuszczam drabinkę, wchodzę na poddasze i włączam światło.

Torba stoi w kącie. Żeby ją zobaczyć, muszę najpierw przesunąć kilka kartonów. Jest w bordowo-niebieski wzór paisley, dostałam ją od mamy wiele lat temu. Podnoszę torbę, siadam na podłodze i rozsuwam zamek.

Pająk ma miękkie, wiotkie nogi w fioletowo-żółtym kolorze i wielki, głupkowaty uśmiech. Ciągnę za sznurek pod jego brzuchem, ale nic się nie dzieje. Zwykle grał kilka taktów Itsy Bitsy Spider.Pękaliśmy od tego ze śmiechu.

Biały koc w szare gwiazdy. Mała, niebieska sukienka z koronką wokół szyi i na rękawach — jedyny ciuch, który zachowałam. Zagłębiam w nią nos, ale czuję tylko kulki na mole.

Zdjęcia. Na jednym z nich widzę troje radosnych nastolatków. Daniela, jego siostrę Marię i mnie.

Prawie zawsze miałam długie włosy. Są gęste, ciemnobrązowe i kręcone. Kiedy zrobiono to zdjęcie, spływały mi nisko na plecy. Miałam żółtą sukienkę z szerokim, czarnym, elastycznym paskiem. Daniel obejmuje mnie ręką. Jest dumny i pewny siebie. Jego czarne włosy są rozczochrane jak zwykle, ma na sobie wytarte dżinsy i flanelową koszulę z obciętymi rękawami.

Zastanawiam się, co teraz robi. Czy jest szczęśliwy. Czy czasem myśli o mnie.

Przyglądam się Marii. Jej sięgające do talii proste włosy są równie czarne jak włosy Daniela. Podobieństwo do Isabelle Karlsson jest porażające. Mogliby być rodzeństwem. Bliźniakami.

Ale to zbieg okoliczności. Na pewno.

Więcej zdjęć. Siedemnastolatka trzymająca malutkie dziecko. Sama właściwie jest jeszcze dzieckiem. Oboje się śmieją. Mają dołeczki w policzkach.

Oczy mnie pieką, pocieram je rękawem szlafroka. Na samym dnie torby leży książka w czerwonej oprawie. Wyciągam ją.

DWUDZIESTY DZIEWIĄTY GRUDNIA, 1992

Pomoooooocy! Kurde, kurde, kurde. Jestem w ciąży. Jak to się stało? To znaczy: wiem przecież. Ale i tak. To na pewno dlatego przez cały czas jestem taka zmęczona. Dlatego mam zmienne nastroje i jestem płaczliwa.

Jak dzisiaj. Ja, Daniel i Pernilla pojechaliśmy do centrum Farsty przymierzać ubrania. Znalazłam ekstradżinsy, ale nie mogłam ich zapiąć, choć rozmiar był dobry. Naprawdę walczyłam, ale po prostu się nie dało.

Wiem, że moja reakcja była przesadzona. Po prostu usiadłam w przymierzalni i zaczęłam płakać. Daniel niczego nie pojął i zachował się gruboskórnie, jak to on potrafi. „Masz okres, czy jak? Zmierz większy rozmiar, co za problem?” Tak się zdenerwowałam, że płakałam jeszcze mocniej. Pernilla go ochrzaniła. Daliśmy sobie spokój z ubraniami i poszliśmy na kawę.

Jak mam to powiedzieć mamie? Wścieknie się. Helena będzie uważała, że to okropne. A Daniel? Co on na to powie? Zostanie tatą. Nie tak to sobie wyobrażaliśmy.

Uczucia szaleją. Całe moje życie zawirowało.

Nie rozumiem, jak mogliśmy być tak nieostrożni. Tak nieodpowiedzialni. A miałam takie plany. Co ja teraz zrobię?

Czuję się, jakbym oszalała. Na przemian się śmieję i po­chlipuję. Jestem przeszczęśliwa. Jestem przerażona. Człowiek. Tak po prostu? Czy da się od razu pokochać tę małą istotę?

Chcę mieć to dziecko. Z nim. Mam nadzieję, że on też go pragnie, bo nie mogę dokonać innego wyboru.

A więc witaj, kimkolwiek jesteś. Wszystko inne może poczekać.

Isabelle

Sam środek porannego zgiełku. Susie stoi kilka stopni za mną na ruchomych schodach Östra Station. Przed chwilą odwróciłam się i zauważyłam, że mnie dostrzegła. To znaczy, że będę musiała rozmawiać przez całą drogę. Udawać beztroskę, być normalna.

Normalna. Nawet nie wiem, co znaczy to słowo.

Być jak wszyscy inni? Czy kiedykolwiek opanuję to do końca? Tak że nikt nie będzie widział, jak pokręcona tak naprawdę jestem? Jak zła?

Zła. Nie potrafię tego inaczej nazwać. Nigdy nie wyrządzam innym krzywdy. Ale czasami boję się, że zacznę. Nienawiść w środku, wzbierająca wściekłość — to one powodują, że jestem zła. Nie wiem, za co się zabrać, co z tym począć. Wciąż czuję, że to się źle skończy. Że myśli w mojej głowie, wszystkie wirujące we mnie uczucia doprowadzą do czegoś strasznego. Czy znów uderzam w melodramatyczne tony?

Schodzę z ruchomych schodów i czekam na Susie.

— Czeeeść, Isabelle! — krzyczy i podchodzi do mnie. Zawsze mówi wykrzyknikami. — Super, że nie pada! Przez kilka dni pogoda była do dupy! Gdzie Johanna?

— Chyba kupuje coś do jedzenia.

— Coś do jedzeeenia — Susie ze śmiechem naśladuje moją intonację rodem z Dalarny. Zdarza się to rzadziej niż kiedyś i nie przeszkadza mi tak jak na początku.

— Gdzie mamy wykład?

— W Q1 — odpowiadam.

— Zrobiłaś zadania przygotowawcze?

— Tak. A ty? — pytam i potrząsam włosami. Próbuję skończyć z tym nawykiem.

Susie się krzywi.

— Jesteś tak strasznie zdolna. Mam nadzieję, że nie będę musiała dzisiaj odpowiadać.

Przez resztę drogi mówi — jak fajnie, że jest piątek i co będzie się działo w weekend. Umówili się w kilka osób na sobotę i mogę iść z nimi, jeśli chcę. Jej pies wczoraj wymiotował, ale ona ma znajomego, który jest weterynarzem — ci to dopiero muszą się naoglądać obrzydliwości, ha, ha. Przypomina mi, że minęła już połowa września, czas szybko płynie i na pewno znów zacznie padać.

Słucham, czasami odpowiadam pomrukami. Kiedy docieramy na miejsce, Susie skręca do toalety. Ja otwieram drzwi do sali Q1 i wchodzę, choć wykład ma się zacząć dopiero za jedenaście minut. Schodząc po stopniach, rozglądam się po sali. Wybieram miejsce na skraju trzeciego rzędu.

Zawsze siadam w którymś z pierwszych rzędów. I przychodzę punktualnie. Z zeszytem i przyborami do pisania przed sobą, gotowa zapisać wszystko. Każdą cyfrę i literę. Używam kolorów do zaznaczania, podkreślania i łączenia, żeby zapamiętać i lepiej rozumieć. Jest w tym coś lekko neurotycznego. Wiem, czytałam o tym. Tak już mam z cyframi. Wszystko zapamiętam i nigdy nie będę musiała czytać ponownie, ale i tak zawsze zapisuję.

Do zobaczenia dwadzieścia po trzeciej. 15.20.

Wsiądź w autobus 515 albo 67 na Odenplan. 515, 67.

Masz sto sześćdziesiąt trzy centymetry wzrostu, ważysz pięćdziesiąt sześć kilogramów. 163, 56.

Wielu ludzi uważa, że jestem stanowczo zbyt poważna. Wszyscy, których poznałam na KTH, traktują studia poważnie, ale też dużo imprezują. W piątki chodzą do pubu Nymble, organizują studenckie imprezy gasque, konkursy w piciu piwa na czas i rundki po pubach, a sesje egzaminacyjne zawsze kończą się wielką imprezą na terenie kampusu. Do tego dochodzą domówki.

Johanna i Susie zawsze próbują wyciągnąć mnie, ale poszłam z nimi tylko kilka razy. Wiosenna impreza dla pierwszego roku była jedyną większą imprezą, w jakiej brałam udział.

Nie chodzi o to, że nie chcę. Chcę być częścią ekipy i żałuję, że nie przychodzi mi to łatwiej. Chciałabym mieć większą łatwość zapominania, kim jestem.

Mimo to przeprowadzka tutaj to najlepsze, co zrobiłam. Liczba moich znajomych na Facebooku wyraźnie się zwiększyła. Mam więcej obserwatorów na Instagramie. I założyłam konto na Snapchacie. Uwielbiam to! Dokumentuję codziennie życie i robię selfie. Moja cyfrowa rzeczywistość jest cudowna, pokręcona, zwariowana. Wszyscy, którzy oglądają moje zdjęcia, wiedzą, że moje życie jest pełne wyjątkowych chwil i cudownych przyjaciół, którzy mnie kochają. Każde polubienie, każda odpowiedź, sprawia mi radość. Wiem, że to płytkie, ale mam to gdzieś. W byciu płytkim nie ma nic złego. Aż do przełomu wiosny i lata utrzymywałam też kontakty towarzyskie IRL, nie tylko w necie.

A potem umarł tata.

Kątem oka rejestruję jakiś ruch i podnoszę głowę. To chłopak, którego nie kojarzę. Dobrze wygląda. Pyta, czy może przejść, a ja chyba się czerwienię. Wstaję, a on posyła mi uśmiech i przeciska się do rzędu. Obrzuca długim spojrzeniem moją krótką sukienkę i buty do kolan.

Przez ten rok musiałam przywyknąć, że chłopaki na mnie patrzą. W domu byłam niewidzialna. Zadowolona i dumna byłam tylko z włosów. Ale ciało? Czasem chłopaki obczajająmnie, tak jak teraz. To dziwne. Ale jednocześnie bardzo przyjemne. Wszyscy patrzą tylko na wygląd, nie wiedzą, co się za nim kryje. Jak fałszywa, paskudna, zepsuta i wykolejona tak naprawdę jestem. Nikt nie może zajrzeć do mojego wnętrza.

Johanna i Susie zafundowały mi zmianę wizerunku. Na początku pożyczyłam od Johanny koszulkę, naprawdę obcisłą. Kazały mi przymierzyć jedną z jej najkrótszych sukienek. Stanowczo za krótką. Twierdziły jednak, że o to właśnie chodzi. Że moje nogi zasługują, aby je pokazywać.

Zaciągnęły mnie do H&M, Monki, do Giny Tricot, byłyśmy wszędzie. Odkryłam, że w second-handach są ubrania, których nie można dostać u nas w Borlänge. Teraz mam całkiem nową garderobę. Rozmiary i fasony, których nigdy wcześniej nie kupowałam.

Nauczyłam się być widziana. To wcale nie jest takie niebezpieczne. Wręcz przeciwnie. Wtedy łatwiej się schować. Podoba mi się, że mogę decydować, kim będę w oczach innych.

Moja świeżo zdobyta wolność. Nowa siła.

Chciałabym tylko móc zupełnie zapomnieć o swoim prawdziwym „ja”.

W tym momencie do akcji wkracza Stella Widstrand.

Moje rozmyślania zostają przerwane, kiedy zaczyna się wykład. Słucham w skupieniu i notuję aż do przerwy. Potem wstaję i schodzę z drogi, żeby wszyscy, którzy siedzą w tym samym rzędzie, mogli wyjść. Zastanawiam się, czy wyjść z sali, czy siedzieć dalej, kiedy nagle słyszę, że ktoś wykrzykuje jego imię.

Fredrik.

Rozglądam się po gwarnej sali. Kilka rzędów nade mną siedzi on. Podnosi wzrok, napotyka moje spojrzenie i kiwa głową. Wiem, że patrzę na niego o wiele za długo. Wstaje i przenosi wzrok na Mehdiego, który siedzi kawałek dalej. Krzyczy do niego coś, czego nie rozumiem.

Fredrik jest szczupły i trochę wyższy ode mnie. Ma dużą, jasną, ukośną grzywkę, którą odrzuca na bok albo przeczesuje dłońmi. Często się uśmiecha, potrafię sobie wyobrazić, jak wygląda na szkolnym zdjęciu z czasów, kiedy miał siedem lat. Prawie jak teraz, tyle że ze szczerbami.

Nosi dżinsy albo chinosy, które wiszą nisko na biodrach i prawie zawsze dobiera do nich wzorzyste T-shirty. Jeździ na longboardzie i raz dał mi spróbować. Biegł obok, trzymał mnie za rękę i ryczał ze śmiechu. Kiedy zapytałam dlaczego, odparł, że piszczałam jak dziewczyna. Jest słodki, fajny i przystojny. No i dobrze tańczy, wiem to z własnego doświadczenia po imprezie dla pierwszego roku. Nigdy nie może się dowiedzieć, jaka jestem naprawdę.

Obok niego siedzi zabójczo piękna brunetka, chuda jak patyk. Wstaje i ciągnie go za rękę, a on patrzy na nią. Śmieje się z jej słów, kiedy wchodzą po stopniach do wyjścia. Znudził się. Może coś przeczuwa. A może wie.

Może wszyscy wiedzą, że coś jest ze mną nie tak.

Siadam z powrotem. Żałuję, że moje życie nie jest inne. Że nie pasuję do reszty i nie jestem pod każdym względem taka jak wszyscy. Gdybym nie miała w sobie tego mroku. Gdybym już nie musiała się chować. Ale nic w moim życiu nie jest takie jak u innych.

To wszystko jej wina.

Chciałabym się zemścić.

Chciałabym, żeby cierpiała tak samo jak ja.

Chciałabym, żeby nie istniała.

Chciałabym, żeby umarła.

Stella

STUK, STUK, STUK. Piłki odbijają się od podłogi i od ścian. Co jakiś czas z trzaskiem trafiają do kosza. Natężenie dźwięku ogłusza.

Schodzę po schodach trybun w hali Vasalund w Solnie. Mocno ściskam kartonowy kubeczek z gorącą kawą. Siadam i kiwam głową w kierunku znajomych twarzy, a po chwili skupiam się na telefonie, aby nie przegapić rozmowy. Przez cały tydzień chodziłam do pracy, wysłuchiwałam moich pacjentów, robiłam zakupy, gotowałam, prałam. Bawiłam się w udawanie, że wszystko jest po staremu. Ale potrafiłam myśleć tylko o Isabelle Karlsson. Myślę o niej przez cały czas. Nie miało znaczenia, że Henrik codziennie pracował do późnego wieczora albo że Milo był bez reszty pochłonięty kolegami.

Marcus wysłał mi esemesa: „Kolacja w środę, może być? Mój brat odsyła mnie do ciebie”. Zawsze lubiłam młodszego brata Henrika, ale teraz nie mam najmniejszej ochoty z kimkolwiek się spotykać. Mimo to odpowiadam, że nie możemy się doczekać, aż wreszcie poznamy jego nową miłość. No i oczywiście zobaczymy się z nim i dziećmi.

Inna koszykówkowa mama, którą znam z widzenia, pyta, czy może się przysiąść. Przesuwam się na ławce i patrzę na boisko. Milo drybluje kawałek dalej. Macham, ale mnie nie widzi. Wyjmuję pamiętnik z torby, trzymam go na kolanach. Jako nastolatka pisałam pamiętnik prawie codziennie, ten był ostatni.

Wiele stron, rzecz jasna, dotyczy Daniela, ale są tam też rozważania o tym, co chcę zrobić ze swoim życiem. Nastoletnie myśli, plany i marzenia. Chciałam być krawcową. Albo ceramiczką. Albo zająć się projektowaniem lub urządzaniem wnętrz. Chciałam robić wszystko. Być wszechstronna, mieć twórczą pracę, podróżować po całym świecie, a może tylko zatrzymywać się na miesiąc tu czy tam.

Daniel nie podzielał moich marzeń. Nie interesowało go podróżowanie, zakuwanie ani nauka języków obcych. Chciał zostać w Kungsängen i z czasem otworzyć warsztat samochodowy. Lubił samochody, wyścigi uliczne, browary z kolegami w weekend. Bardzo wiele nas różniło. Ale byłam zakochana i byliśmy szczęśliwi.

Jesienią tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku Daniel i ja spędzaliśmy razem każdą chwilę. Jeździliśmy jego czerwoną impalą, cieszyliśmy się życiem i nie wiedzieliśmy nic o tym, co nas czeka. I oboje chcieliśmy mieć dziecko. Rozmawialiśmy nawet o kolejnych.

Pisałam o ciąży, o oczekiwaniu i strachu. O spojrzeniach otoczenia. Byliśmy dwójką nastolatków, którzy czekali na narodziny dziecka. Nie dla każdego wyglądało to tak fantastycznie jak dla nas.

Poród. Pierwszy raz, kiedy trzymałam ją przy piersi. Daniel ze łzami w oczach i Alice u mnie na rękach.

Początkowy okres, kiedy poznawaliśmy małego człowieka, który przewrócił nasze życie do góry nogami. Jej zapach. Mogłam ją wąchać w nieskończoność. Jej słodkie, małe usta. Dołeczki w policzkach.

Spodziewałam się, że podczas lektury będę czuła więcej. Że każde słowo chwyci mnie za serce, przyniesie radość i śmiech albo smutek i łzy. Szczerze mówiąc, nie pamiętam wielu rzeczy, o których pisałam. Czuję się tak, jakby daleka znajoma dzieliła się ze mną wspomnieniami.

Jak dotąd wzbraniałam się przed myśleniem o dniu, który nastał rok później. Na razie potrafię sprawić, że drzwi do tego pokoju pozostają zamknięte. Nie wiem, czy będę miała odwagę zmierzyć się z tym bólem, czy dam radę wysłuchać oskarżeń. Raczej nie jestem w stanie do tego wrócić i pozwolić, aby poczucie winy znowu mnie przygniotło.

Dlaczego cię tam nie było?

Wzdrygam się, kiedy piłka trafia do kosza, a mężczyzna za moimi plecami wydaje ryk.

Milo przejmuje piłkę i drybluje przez całe boisko.

Kiedy był młodszy, przychodziłam na każdy trening, na każdy mecz. Zarówno koszykówki, jak i tenisa. Już nie muszę, ale zazwyczaj nadal się pojawiam. Ma trzynaście lat, a ja jestem beznadziejnie nadopiekuńcza. To moje jedyne dziecko.

Ciekawe, kiedy przestałam o nim myśleć jako o drugim dziecku.

Oboje odziedziczyli po mnie dołeczki w policzkach. Milo ma moje kręcone włosy, a Alice moje oczy. Poza tym są bardzo podobni do swoich ojców.

Alice do Daniela.

Milo do Henrika.

Dwa różne życia.

Czy właśnie teraz się zderzają?

Jak to wpłynie na mnie? Na moją rodzinę?

To musi być zbieg okoliczności. Na pewno wmówiłam to sobie. Już dość dużo czasu poświęciłam na nadzieję i wiarę. Nie zniosę więcej niepokoju i bezsensownego oczekiwania. Nikt nie może odmienić tego, co się stało. Nigdy nie odzyskam straconego czasu.

Kiedy wychodzimy z hali Vasalund, wyrzucam pamiętnik do kosza na śmieci.

DWUDZIESTY DZIEWIĄTY LIPCA, 1993

Zostałam mamą!

Alice Maud Johansson skończyła dziś tydzień.

Teraz wiem, że nigdy nie mogłabym wyobrazić sobie, jak to będzie. Moje życie kompletnie się zmieniło.

Że też potrafię czuć taką natychmiastową miłość do innej istoty. Jest tak idealna, jak tylko można sobie wyobrazić. Ma małe, malutkie i pulchne palce u rąk i nóg. Okazałą czuprynę, która sterczy na wszystkie strony. Daniel mówi, że urodziła się w futrzanej czapie. Takiej, jaką sam ma. Gęste, czarne włosy.

Najsłodsze usteczka na świecie. Chyba ma dołeczki w policzkach. Szczególnie po lewej stronie, jak ja. Jej prawe ucho wygląda identycznie jak u Daniela i Marii. Ucho elfa. To rodzinne.

Najbardziej przypomina tatę, ale ma moje oczy. Jest mieszanką nas obojga. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa.

Jest bezbronna, całkiem zależna ode mnie.

To dopiero odpowiedzialność.

Nie tak dawno przywlokłam się do domu z torbami zakupów, a Daniel mnie skrzyczał. Nie wolno mi było nosić ciężarów, nawet litra mleka i bochenka chleba. Leżał z uchem przy moim brzuchu i nasłuchiwał. Śpiewał piosenki Elvisa — Teddy Bear i Love Me Tender. Potem umilkł, popatrzył na mnie szeroko otwartymi oczami i szepnął, że poczuł, jak się poruszyła. Zaczął przesuwać dłońmi po brzuchu, szukał naszej córeczki, próbował wyczuć jej stopy. To było zaledwie tydzień temu. Mam wrażenie, że działo się w zupełnie innym czasie.

Poród trwał całą noc. Potwornie bolało i myślałam, że ona nigdy nie wyjdzie. To było straszne, a jednocześnie nigdy nie doświadczyłam czegoś tak intensywnego. Kiedy położyli mi ją na piersiach — siną, pomarszczoną, patrzącą wielkimi oczami prosto na mnie, to była najwspanialsza chwila w moim życiu.

Daniel bardzo się męczył, kiedy widział, jak mnie boli. Myślał, że zemdleje, bo tak mocno ściskałam go za rękę.

I naprawdę zemdlał! Dokładnie w momencie, kiedy urodziła się Alice. Zwalił się jak kłoda i uderzył głową o krzesło. Teraz niechętnie o tym mówi, ale musieli mu założyć pięć szwów u nasady włosów. Moje kochanie. Mój bohater.

Kiedy ją trzymał po raz pierwszy, płakał.

Jestem w nim zakochana bardziej niż kiedykolwiek.

Były tu dzisiaj mama i Helena. Nawet jeśli mama uważa, że jesteśmy o wiele za młodzi, siedziała tutaj i nie chciała wypuścić Alice z rąk. Helena zachowywała się dość sztywno zarówno w stosunku do mnie, jak i do Daniela. Nadal nie potrafi się przy nim wyluzować. I nie chciała potrzymać mojej córki. To mnie zasmuciło.

Z biegiem czasu coraz więcej nas różni.

Ja sporo myślę nad wszystkim i może czasami jestem zbyt introwertyczna. Ale jak można do czegokolwiek dojść bez refleksji i zastanowienia? Moja siostra po prostu działa, nie myśli zbyt wiele. Prze do przodu, nie oglądając się na uczucia. Ja zaszłam w nieplanowaną ciążę i nie bardzo wiem, co będę robiła w przyszłości, a ona ma całe życie zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach.

Czy chciałabym, żeby było inaczej? Jak mogłabym tego chcieć? Kim bym wtedy była?

Życie jest nieprzewidywalne. Wszystko może się zdarzyć.

Cokolwiek bym myślała, jakiekolwiek plany ułożyłaby Helena. Nikt z nas nie wie, co go czeka. Czy nie na tym polega urok życia? Wiem, że teraz gadam bzdury. Nastolatka siląca się na głębię i tak dalej.

Chyba muszę się przespać. Daniel i Alice leżą tu koło mnie i śpią słodko. Moja rodzina.

Stella

Dziś jest środa. Czas płynie strasznie powoli.

Dopijam kawę, wstawiam filiżankę do zmywarki i zamykam pamiętnik leżący w kuchni. Wyrzucenie go było idiotyczne. Jakby mogło to coś zmienić. Kiedy siedzieliśmy w samochodzie na parkingu pod halą Vasalund, poprosiłam Mila, żeby zaczekał. Pobiegłam z powrotem i wygrzebałam pamiętnik z kosza. Otrzepałam go i schowałam do torby.

Tak jak się spodziewałam, lektura budzi wszystko do życia. Poczucie winy, niepokój. Świadomość tego, co zrobiłam i czego nigdy nie da się cofnąć. Ale nie mam wyboru, muszę kontynuować. W międzyczasie próbuję udawać, że nic się nie stało. Henrik nie może się o niczym dowiedzieć. Jeszcze na to za wcześnie.

Zamykam drzwi na klucz i idę do samochodu, a nasz sąsiad zaczyna krzyczeć i machać. Johan Lindberg ma zdolność pojawiania się przed drzwiami zawsze, kiedy przyjeżdżamy albo przychodzimy do domu. Niedawno został zwolniony z posady doradcy finansowego w znanej spółce inwestycyjnej. Musiał odejść w dniu, kiedy wyszło na jaw, że zdjęcia penisa, które jego koleżanki z pracy dostawały w mejlach, wysyłał właśnie on. Oczywiście miękko wylądował. Jak zwykle, kiedy człowiek na tym poziomie przekracza wszystkie granice, otwiera się spadochron. Johan Lindberg nie musi już nigdy więcej pracować. Nazywamy go „inwestorem”. Siedzi w domu i chwali się swoim nowym życiem day tradera. Jest męczący, ale nieszkodliwy i czasami naprawdę miło się z nim rozmawia. Dziś jednak nie mam na to ochoty, macham do niego i odjeżdżam.

W poradni witam się z recepcjonistką Renate. Pyta, jak się czuję, i stwierdza, że wyglądam blado. Nie mówię nic o tym, że źle sypiam lub straciłam apetyt. Uśmiecham się i zrzucam winę na geny — przecież zawsze jestem blada. Renate się śmieje. Ja też, na wszelki wypadek, i idę dalej korytarzem do swojego gabinetu. Wieszam płaszcz i zmieniam buty. Siadam przy biurku, wyjmuję kalendarz i macbooka air. Przeglądam kalendarz, przypominam sobie, jakie sesje czekają mnie tego dnia. Dwie przed południem, potem terapia grupowa po lunchu i jeszcze jedna sesja.

Minęło dziewięć dni od mojego spotkania z kobietą, która przedstawiła się jako Isabelle Karlsson. Dziewięć dni po brzegi wypełnionych poczuciem bezsensu. Dziewięć dni duszącej pustki. Wypiłam więcej, niż powinnam. Samoleczenie, rzecz jasna, cóż innego?

Nie lubię czerwonego wina, które Henrik uparcie kupuje do domu. W ogóle nie lubię wina. Ma cierpki smak, boli mnie po nim głowa i zawsze jest mi niedobrze, gdy wypiję więcej niż dwa kieliszki. Przez kilka wieczorów i tak je w siebie wlewałam, żeby zasnąć. Ale nawet i to nie pomagało. Choć było lepsze niż tabletki nasenne. Jeśli je zażywam, następnego dnia mój mózg przestaje funkcjonować. Ale alkohol też nie jest dobrym rozwiązaniem. Im więcej piję, tym większe jest ryzyko nawrotu.

Nie mogę znieść tej niewiedzy. Tego, że nie znam odpowiedzi, nie potrafię wyciszyć roju myśli i pytań szumiących we mnie bez przerwy. Kilka razy przechodziłam od pewności do wątpliwości. Byłam pewna, że instynkt mnie nie zawodzi, i równie pewna, że się myli. Mój nastrój jest gorszy niż kiedykolwiek, nie mam za grosz cierpliwości.

Isabelle Karlsson. Dziś po raz pierwszy weźmie udział w terapii grupowej. Nie pamiętam, kiedy ostatnio denerwowałam się przed sesją. Albo się bałam jak teraz. Moja pewność siebie jako terapeutki być może została zachwiana. Ale to, co się stało z Liną Niemi, nie było moją winą. Jestem dobra w swoim fachu.

Mój błąd polegał na tym, że wcześniej powinnam była się zorientować, co jest nie tak. Zbyt długo próbowałam, ale nie mogłam jej pomóc. Uzależniła się ode mnie, chciała, żebym zawsze była do jej dyspozycji.

Zainscenizowana próba samobójcza Liny Niemi miała miejsce po mojej decyzji o skierowaniu jej do kogoś innego. Na początku maja wzięła garść swoich tabletek antydepresyjnych i popiła alkoholem. Została znaleziona przez mamę i spędziła noc w szpitalu, gdzie leczono jej bóle brzucha, to wszystko.

Jej życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Jednak sama Lina uważała, że jest na krawędzi śmierci. Oskarżała mnie, twierdziła, że wszystko to moja wina, bo nie byłam wystarczająco uważna podczas naszych rozmów, nie przejmowałam się jej problemami, nie słuchałam jej wołania o pomoc. Utrzymywała, że działałam nieprofesjonalnie i wywołałam u niej niezdrowe uzależnienie od siebie.

Rodzice Liny słuchali tylko córki. Co pewnie jest zrozumiałe. Ale od tamtej pory Agneta, mama Liny, zaczęła wspominać o mnie na swoim blogu. Pisała, że jestem manipulantką, moje metody są wątpliwe, że dostaję kopa, kiedy się czuję potrzebna. Moje nazwisko nie zostało podane, ale w Kungsholmen nie ma chyba wielu psychoterapeutek o inicjałach SW.

Mimo to byłam zdziwiona, kiedy tuż przed nastaniem lata zaskarżyły mnie w Inspektoracie ds. Zdrowia i Opieki Społecznej. Ciężko to przeżyłam. Czyżby, zajmując się Liną, popełniłam jakiś błąd? W nieskończoność poddawałam samą siebie wiwisekcji i za każdym razem dochodziłam do tego samego wniosku.

Nie, nie popełniłam błędu.

Niemniej wiele brakowało mi do pewności, że moi koledzy podzielają ten pogląd. Oni oczywiście chcieli oszczędzić sobie nieprzyjemności. Wielokrotnie pytali, czy rzeczywiście nie było żadnych oznak zachowania autodestrukcyjnego. Za każdym razem zapewniałam, że zrobiłam dla Liny Niemi wszystko, co mogłam. Pytali, czy nie potrzebuję przerwy, i proponowali mi urlop. Dałam jasno do zrozumienia, że nie uważam tego za konieczne.

Przesłałam kartę Liny i przedstawiłam moją wersję Inspektoratowi ds. Zdrowia i Opieki Społecznej. Nadal czekam na decyzję.

W obecnej sytuacji nie mogę sobie pozwolić na kolejne skargi.

Z całą pewnością muszę profesjonalnie podejść do Isabelle. Problem w tym, że nie mam pojęcia, jakie są jej zamiary. I to mnie przeraża.

Rozlega się pukanie do drzwi. Jest dziewiąta i czeka pierwszy pacjent.

Dochodzi pierwsza. Strach narasta we mnie. Nie zniosę kolejnego ataku paniki. Próbuję się zmusić do zachowania spokoju. Próbuję nie pozwolić, aby uczucia wzięły górę. Próbuję nie tracić głowy, zachować rozsądek.

To jest tylko w twojej głowie, Stello.

Istnieje jakieś wytłumaczenie.

To przypadek.

Nieporozumienie.

To nie ona.

Wdech. Wydech.

Nie pomaga.

Nic nie pomaga.

Niepokój wgryza się w żołądek, a pole widzenia jest tylko rozmazaną plamą światła.

Wybiegam na korytarz i wpadam do toalety. Klękam przed miską sedesową i wymiotuję. Potem wstaję, trzymam się krawędzi umywalki i zamykam oczy. Czekam, aż zawroty głowy ustąpią.

Przepłukuję usta, wycieram czoło i pozostałą część twarzy papierowym ręcznikiem. Studiuję swoje odbicie w lustrze. Próbuję się uśmiechnąć. Wychodzę z toalety i idę do salonu.

Widzę dziewięć czerwonych foteli wokół dużego, okrąg­łego dywanu. Ktoś, pewnie Renate, otworzył wcześniej okno i powietrze w pokoju jest świeże. Siadam na moim miejscu i po raz kolejny zmuszam się do odprężenia, oddechu.

Sonja wchodzi za mną w ostatniej chwili, zanim drzwi się zamkną. Opada na najbliższe krzesło. Kiedy czas się kończy, to ona wychodzi pierwsza. Ma fobię społeczną i jest w grupie najdłużej. Nadal nic nie mówi. Witam się z nią, a ona odpowiada nieśmiałym ruchem ręki.

Mój fotel stoi tyłem do okna. Po lewej mam ścianę z wysokimi oknami, drzwi są po prawej. Patrzę na zegar nad drzwiami i porównuję ze wskazaniem mojego zegarka. Zawsze staram się przyjść tuż przed rozpoczęciem sesji i zakończyć dokładnie dziewięćdziesiąt minut później.

Jeszcze dwie minuty.

Wciąż nie ma Isabelle Karlsson.

Clara już przyszła — zawsze obawia się spóźnienia. Siedzi po mojej lewej stronie. Wymagania, które sama sobie stawia, są niebotyczne. Mimo dobrze płatnej pracy kierownika projektu w uznanej firmie medialnej wciąż wątpi w swoje umiejętności.

Magnus też tu jest. Siedzi na skraju krzesła naprzeciwko mnie i wpatruje się w swoje znoszone buty. Podnosi wzrok, odgarnia grzywkę z oczu i znów patrzy w dół. Jest w chronicznej depresji.

Isabelle otwiera drzwi.

Czarne, błyszczące włosy ma upięte w wysoki kok. Tym razem jest ubrana w dżinsy, czarny top i ciemnobrązową, skórzaną kurtkę. Ostrożnie zamyka za sobą drzwi i osuwa się na fotel obok Sonji.

Zauważam, że wstrzymywałam oddech. Wypuszczam powietrze.

Z wyrazu jej twarzy nic nie da się odczytać. Zwalczam impuls nakazujący mi się w nią wpatrywać. Ku mojej wielkiej uldze nie towarzyszą mi już tak silne uczucia jak podczas poprzedniego spotkania. Ona nie jest tak podobna do Marii, siostry Daniela, jak mi się wydawało za pierwszym razem. W każdym razie próbuję przekonać samą siebie, że tak jest.

Nasze spojrzenia się spotykają. I wtedy zdaję sobie sprawę, że nic nie jest przypadkiem ani prostym zbiegiem okoliczności.

Isabelle trafiła tu z jakiegoś powodu.

Zapisała się do mnie, żeby zobaczyć, kim jestem. Nie chce terapii. Muszę ustalić, o co tak naprawdę jej chodzi. Muszę wiedzieć więcej, zorientować się, jaki ma cel i dlaczego jest taka tajemnicza. Zanim się odważę przyprzeć ją do muru. Wszystko byłoby o wiele prostsze, gdyby wybrała szczerość. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie jest ze mną szczera.

Już mam rozpocząć, kiedy drzwi gwałtownie się otwierają i do pokoju wpada Arvid. Siada obok Magnusa. Posyłam mu długie spojrzenie i mam nadzieję, że rozumie, jak bardzo nie lubię jego ciągłych spóźnień. Ignoruje mnie. Wyjmuje pudełeczko cukierków Läkerol i wkłada jeden do ust.

*

Zabieram głos: Witam. Tak jak mówiłam w zeszłym tygodniu, od dzisiaj będziemy mieli w grupie nową osobę, Isabelle.

Krótka cisza. Wszyscy patrzą na Isabelle. Ona się uśmiecha, udaje nieśmiałą. Dobrze jej to wychodzi. Gdzie się nauczyła tak przekonująco grać?

Magnus: Nie uważam, że Anna zrobiła słusznie, przerywając terapię. Właśnie zaczęła do czegoś dochodzić.

Clara: Przecież powiedziała, że musi ją przerwać, by móc pójść dalej. Chyba chodzi ci bardziej o siebie, bo sam nie radzisz sobie ze zmianami.

Magnus: Może. Ale mimo wszystko.

Cisza.

Clara: A właśnie, Arvid, jak było? Na weekend pojechałeś, zdaje się, do domu na przyjęcie rodzinne?

Arvid: Boże święty. Myślałem, że oszaleję. Mieszkać z rodziną przez kilka dni, co za jebany koszmar. Siostra dziwnie się zachowywała. Jak zwykle. Staruszek pił, matka była neurotyczna. Potem, kiedy przybyła reszta gości, bawiliśmy się w szczęśliwą rodzinkę. Kurwa mać. Totalny pierdolony fałsz.

Drzwi się otwierają, wchodzi Pierre.

Pierre: Sorry. Utknąłem w korku.

Posyłam jeszcze jedno długie spojrzenie. Wątpię, czy Pierre w ogóle to zauważa. Wysuwa fotel stojący koło Isabelle. Siada. Ona wygląda na zakłopotaną.

Zabieram głos: Witaj, Pierre. Miło, że mogłeś przyjść. Jak już powiedziałam reszcie, od dzisiaj jest z nami w grupie Isabelle.

Pierre: Cześć, Isabelle. Mam nadzieję, że mówisz więcej niż niektórzy tu obecni.

Spogląda znacząco na Sonję. Isabelle opuszcza wzrok i patrzy w dywan. Czyżby była zdenerwowana?

Pierre: To bez sensu chodzić na terapię i nie puszczać pary z gęby. No więc, dlaczego tu jesteś?

Isabelle: Jakiś czas temu zmarł mój tata.

Jej głos się załamuje. Isabelle chrząka, patrzy na mnie, znowu opuszcza wzrok. Wydaje się autentycznie smutna. Czyżbym źle ją oceniła? A może to nadal gra?

Isabelle: To się stało tak szybko. Nie zdążyłam pojechać do domu. Nie zdążyliśmy się pożegnać. Nawet nie wiedziałam, że chorował.

Arvid: Do domu? Skąd jesteś, czy to akcent z Dalarny?

Isabelle: Pochodzę z Borlänge.

Czerwieni się. Jeśli gra, robi to naprawdę dobrze.

Isabelle: Przyjechałam tu w sierpniu zeszłego roku na studia.

Ja: Urodziłaś się w Dalarnie?

Reszcie grupy moje bezpośrednie pytanie rzuca się w oczy. Ale nie mogę się powstrzymać.

Isabelle: Urodziłam się w Danii. Ale prawie całe życie mieszkałam w Borlänge.

Magnus: Dobrze się czujesz w Sztokholmie?

Isabelle: Jestem tu właśnie dzięki tacie.

Wybucha śmiechem, wydaje się zawstydzona. Uśmiecham się zachęcająco. Nie wiem, co myśleć. Czy rzeczywiście jest tak podobna do Marii? Mogę się mylić.

Ja: Wygląda na to, że ty i tata byliście sobie bliscy.

Isabelle patrzy na mnie. Jej spojrzenie jest wyzywające i przekorne. Agresywne.

Ona wie.

Nie ma już najmniejszych wątpliwości. Ona wie. Ale czy widzi, że się zorientowałam? Że wiem, kim jest? A jeśli tak, to czy zdaje sobie sprawę, że przejrzałam jej starannie skonstruowaną fasadę?

Isabelle: Był dla mnie wszystkim. Dlatego przeżyłam szok na wieść, że nie jest moim prawdziwym ojcem.

Teraz jesteśmy blisko. Zaraz to padnie. Za chwilę wszyscy się dowiedzą, dlaczego tak naprawdę tu przyszła.

Arvid: To znaczy, że wcześniej tak myślałaś? Że jest twoim biologicznym ojcem?

Isabelle: Tak. Ale mnie adoptował, kiedy mama i tata się poznali. Nie wiem, kim jest mój prawdziwy ojciec.

Adoptowana?

Mówiła to na naszym pierwszym spotkaniu? Nie pamiętam. Kim jest kobieta, o której mówi „mama”? Jej matką? Biologiczną?

Rozmowa trwa dalej, ale nie mogę się skoncentrować na tym, co mówią ludzie z grupy. Czy czas się zatrzymał? A może płynie szybciej niż kiedykolwiek?

— Stella? Dzięki za dzisiaj.

Wzdrygam się, napotykam szydercze spojrzenie Pierre’a i spoglądam na zegar na ścianie. Druga trzydzieści trzy. Mój zegarek wskazuje tę samą godzinę. Nie mając pewności, czy głos nie odmówi mi posłuszeństwa, tylko kiwam głową i wstaję.

Mam świadomość tego, że dziwnie się zachowywałam. Marnowałam czas, byłam nieobecna i zadawałam bezpośrednie pytania Isabelle, z pozoru zupełnie bez powodu. Zazwyczaj zabieram głos tylko wtedy, kiedy rozmowa utknie, czasem po to, żeby pomóc komuś kontynuować wywód. Nie tak. Nie w taki nieporadny sposób.

Sonja pierwsza wychodzi z pokoju, pozostali idą za nią. Zazwyczaj też wychodzę od razu. Teraz jednak stoję w miejscu i nie jestem w stanie się ruszyć. Jestem spocona pod pachami, mam nadzieję, że tego nie widać.

Nie mogę oderwać wzroku od Isabelle.

Podnosi torebkę i wiesza ją na ramieniu. Strzyka jej w karku. Odwraca się.

Jej prawe ucho jest spiczaste i trochę dłuższe od lewego.

Na świecie są jeszcze tylko dwie osoby z takim uchem.

Jej prawe ucho wygląda dokładnie tak jak u Daniela i Marii.

Ta myśl sprawia, że żołądek wiąże mi się w supeł. Mdłości powracają.

Słyszę głos Daniela. Tak wyraźny, jakby rozbrzmiewał w tym samym pokoju. „Tak, mam ucho elfa, zamierzasz mi przez to dokuczać, Stello? To przecież znaczy, że dodaję twojemu życiu magii”.

— Isabelle? — odzywam się.

— Tak? — odpowiada ona.

Chcę jej powiedzieć, że czekałam na ten dzień ponad dwadzieścia lat. Chcę podejść, objąć ją i już nigdy nie puścić.

— Dzięki za dzisiaj — mówię szeptem. Tylko tyle potrafię wykrztusić.

Isabelle odpowiada uśmiechem. Dołeczek w jej policzku się powiększa. Odchodzi.

Nie ma jej.

Opadam na fotel, zamykam oczy i splatam drżące dłonie.

Pochowałam cię.

Stałyśmy przy kamieniu pamięci na cmentarzu. Płakałyśmy i pożegnałyśmy się.

A mimo to szukam dalej. Próbowałam cię znaleźć wśród nieznajomych w tłumie, szukałam twojej twarzy w autobusach, pociągach i wśród przechodniów. Rok za rokiem.

Miałam nadzieję. Marzyłam. Czekałam.

Pewnego dnia miałaś wrócić.

Ale potem przestałam. Przestałam mieć nadzieję, przestałam marzyć. Byłam zmuszona pójść dalej. Wiedziałam, że mogę zrobić albo to, albo sama zniknąć tak jak ty. Poszłam dalej. Dla siebie, dla mojego syna. Czy to był błąd?

Nie rozumiem, dlaczego zachowujesz się, jakbyśmy były sobie obce.

Chcesz zobaczyć, jakim jestem człowiekiem?

Chcesz zobaczyć, czy żałuję? Czy dręczy mnie poczucie winy?

Nienawidzisz mnie tak, jak sama siebie nienawidziłam?

Chcesz mnie ukarać? Sprawić mi ból?

Już go czuję.

Ból z twojego powodu nigdy mnie nie opuści. To dzięki niemu pamiętam. Ten ból jest częścią mnie tak samo jak ty.

Co chcesz usłyszeć, co mam ci powiedzieć?

Mogę tylko powiedzieć: przepraszam.

Przepraszam, Alice.

Kerstin

Kładę komórkę na stole i patrzę na nią. Czekam, aż zadzwoni. Isabelle ostatnio rzadko odbiera ode mnie telefony. I nie oddzwania. To niesprawiedliwe, że mnie tak traktuje. Po tych wszystkich latach, po wszystkim, co dla niej zrobiłam. Starałam się, jak mogłam. Nie można się wznieść ponad maksimum swoich możliwości. Człowiek jest tylko człowiekiem.

Wstaję i podchodzę do ekspresu do kawy stojącego przy zlewozmywaku. Sięgam do szafki po kubek, ale żadnego nie ma. Zaglądam do zlewozmywaka. Odkąd zmywarka się zepsuła, zawsze jest pełny.

Hans od razu by ją naprawił. Hans Karlsson wszystko załatwiał. Ale teraz go nie ma, zostałam sama.

Czuję nieprzyjemny zapach. Brudnych talerzy, brudnych szklanek, kubków, filiżanek i sztućców. Wszystko jest powrzucane byle jak. Powinnam pozmywać. Nie mogę. Poza tym gotowanie i jedzenie w samotności jest straszliwie nudne. Lepiej zjeść kanapkę i wypić kawę. Poza tym komu przeszkadza, że w zlewie stoją naczynia? W domu jestem tylko ja.

Podwijam rękawy i przepłukuję kubek. Nalewam do niego kawy, dodaję dwie kostki cukru i sięgam po trzecią, kiedy słyszę napominający głos Hansa: „Myśl o tym, co w siebie wpychasz, Kerstin”. Zawsze mnie strofował za tę ostatnią kostkę cukru.

Jak to możliwe, że go nie ma? Wprawdzie był ode mnie o dwanaście lat starszy, ale pięćdziesiąt dziewięć lat to żaden wiek. A on prowadził się wzorowo. Nie palił, wypijał tylko filiżankę kawy dziennie, pił z umiarem i pilnował wagi ciała. Najwyraźniej nie miało to znaczenia. Zmarł na wylew.

Przekornie dorzucam trzecią kostkę cukru i idę z filiżanką do biblioteki. Na drzwiach małego pokoju za kuchnią Hans miał swoją wizytówkę. Wypijam łyk, patrzę na półki wypełnione książkami. Jego książkami, najróżniejszymi. Sama rzadko czytam. Nie rozumiem, co w tym takiego szczególnego. Siedzieć i odpływać w marzeniach do innego świata, słyszeć w głowie słowa, które nawet nie są moje. Nie, dziękuję. Wolę pooglądać telewizję. Jakiś sympatyczny i zabawny film albo serial. Może być trochę romantyzmu, ale najlepiej bez żadnych scen łóżkowych. Choć one są przeważnie obowiązkowe. Nie można już włączyć tego pudła i nie być zmuszonym do oglądania nagości.

Czy ściany nie są tu trochę ponure? No tak, chyba tak. Kiedy urządzaliśmy pokój, sądziłam, że brązowy jest pięknym i uspokajającym kolorem. Może już czas na zmiany w domu?

Próbuję oszukać samą siebie, to jasne. Rozumiem przecież, że nigdy do tego nie dojdzie. Teraz już tylko ja muszę się gapić na te ściany, więc szkoda zachodu.

Odkąd Hans odszedł, a Isabelle się wyprowadziła, dom jest stanowczo zbyt pusty i cichy. Zegar z wahadłem tyka na ścianie: tik-tak, tik-tak, tik-tak. Mimo to czas stoi w miejscu, można odnieść wrażenie, że nie przesuwa się ani o odrobinę. Nie mogę już znieść tego dźwięku.

Idę naprzód, a potem żwirową ścieżką dookoła na tył domu. Powietrze jest czyste, świeci słońce. Mimo to ogród leży w cieniu. Drzewa dookoła mocno urosły i prawie nie przepuszczają już światła. To tak, jakby mieszkać w lesie świerkowym.

Podnoszę wzrok i patrzę na dom — kolor faluńskiej czerwieni i białe naroża. Był w sam raz dla naszej rodziny — łazienka i osobne sypialnie na piętrze, salon, biblioteka i kuchnia na dole. Choć dawniej wyglądał inaczej. Teraz z okien odpada farba, a rynna krzywo wisi. Czerwień też należałoby odnowić.

Jakby tego było mało, w łazience przecieka rura, a na stropie w kuchni widać coraz większe plamy.

Jak mam to wszystko naprawić? Skąd wziąć pieniądze?

Siadam na schodach werandy z kubkiem w ręku i patrzę na zarośnięty trawnik. Byłam w stanie go przystrzyc tylko jeden raz. Nalegałam na posiadanie ogrodu, kiedy się tu sprowadziliśmy prawie dwadzieścia lat temu. Każdej wiosny Isabelle pomagała mi sadzić. Ale kiedy podrosła, zaczęło ją to nudzić. Ostatnio i ja machnęłam ręką. Teraz wszystko jest zarośnięte.

Powinnam wstawić meble ogrodowe do szopy. Nasze piękne meble. Kiedyś plastik był śnieżnobiały. Teraz jest szary.

— Halo, Kerstin, dawno cię nie widziałam na dworze.

Za płotem stoi moja sąsiadka.

— Cześć, Gunillo — odpowiadam.

Gunilla zdejmuje jedną z rękawic ogrodowych i ociera czoło rękawem bluzy. Ma mniej więcej pięćdziesiąt, pięćdziesiąt pięć lat. Farbuje włosy na kolor miedzianego brązu, wyraźnie próbując ukryć siwe pasma. Ale ciało ma zadbane, jest energiczna i wysportowana.

Szczyci się tym, że co roku uczestniczy w kobiecym narciarskim Biegu Wazów, startuje w zawodach pływackich w Wansbro, w biegach Vårruset i Tjejmilen i zapewne również w wyścigu rowerowym Vätternrundan.

Ona i jej mąż, Nils, spędzają dużo czasu na dworze. Nie mają dzieci i poświęcają cały swój czas na sport i wysiłek fizyczny. Może jakoś się w tym realizują, nie wiem. Po sezonie składują sprzęt w pedantycznie wysprzątanym garażu obok przytulnego domu z zadbanym ogrodem. Żadne z nich nie ma najdrobniejszego pojęcia, co to znaczy opiekować się dzieckiem. Troszczyć się przede wszystkim o kogoś innego niż o siebie, wciąż zaspokajać czyjeś potrzeby. Trudno się na nich nie złościć. Są wściekli, że to ja jestem ich sąsiadką.

— Doskonały dzień na pracę w ogrodzie, prawda? — pyta ona.

— Może i tak — odpowiadam.

Gunilla przekrzywia głowę. W jej spojrzeniu widać jednocześnie zrozumienie i pogardę.

To sprawia, że zastanawiam się, jak odbierają mnie inni. Spoglądam w dół na nieforemny sweter rybacki, w którym zazwyczaj chodzę. Przeczesuję dłonią włosy, w których rzeczywiście uzbierała się pokaźna liczba siwych pasm. Nie ma się co dziwić, kiedy wziąć pod uwagę, co dostałam od życia. Zmarszczki poszerzyły się i pogłębiły, oczy są zapadnięte, a skóra pod brodą luźno zwisa. Poza tym ostatnio przybrałam na wadze. Czuję się o wiele starsza od Gunilli. Wyglądam na o wiele starszą od niej.

— Słuchaj, Nils wybiera się dzisiaj do stacji recyklingu w Fågelmyrze — mówi ona. — Ma jeszcze miejsce, jeśli chcesz pomocy, aby coś wywieźć.

Krótkie wahanie mówi wszystko. Stos śmieci z szopy, które Hans i ja zaczęliśmy segregować — to ma na myśli. Leżały przed domem, kiedy jego samopoczucie zaczęło się pogarszać. Sól w oku wszystkich idealnych sąsiadów. Niech sobie leżą. Mam prawo robić, co chcę. Nie muszę przed nikim się tłumaczyć.

— Nie, dziękuję — odpowiadam.

Gunillia wzdryga się i przeciąga, przygotowuje do wyjścia.

— To tylko przyjacielska propozycja.

Wzdycham, żeby zrozumiała, że jest mi głupio i mam świadomość, jak niewdzięcznie to zabrzmiało.

— Wybacz — mówię. — Dzięki za propozycję.

Uśmiecham się do niej, ale czuję tylko napięcie mięśni twarzy. Gunilla siada na stopniu.

— Słuchaj, Kerstin, chyba wiesz, że chętnie ci pomożemy? Po śmierci Hansa naprawdę musi być strasznie pusto. Tym bardziej że Isabelle się wyprowadziła. Bardzo się o ciebie martwimy.

Kładzie dłoń na moim kolanie, ale cofa ją, kiedy sztywnieję.

— Troszczymy się o ciebie.

— Dziękuję. Bardzo miło powiedziane — odpowiadam.

— Kiedyś zawsze przebywałaś w ogrodzie.

— Nie jestem w stanie.

— Rozumiem to. Rozumiem.

— Naprawdę?

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Najpierw moja córka się wyprowadza. Potem tracę męża. Jestem teraz zupełnie sama. Jak myślisz, jak to jest? Jak mogłabyś zrozumieć?

— Próbuję tylko powiedzieć, że tu jesteśmy. Nie chcemy ci przeszkadzać, ale izolacja nie może być dobra.

— Ja jestem w żałobie, Gunillo. To pewna różnica.

Opuszcza wzrok na kolorowe buty do biegania i wzdycha. Przez długą chwilę żadna z nas nic nie mówi.

— Po prostu powiedz, jeśli będziemy mogli jakoś pomóc — odzywa się w końcu Gunilla. Potem wstaje i wraca do swojego ogrodu.

Szkoda, że nie jestem lepsza w pogaduszkach o niczym. Wolę siedzieć i myśleć w samotności. Z Hansem wszystko było łatwiejsze. Z perspektywy czasu rozumiem, że dzięki niemu stałam się lepszym człowiekiem. Na swój sposób byliśmy szczęśliwi. Wspólnie tworzyliśmy dobrą rodzinę. A Isabelle nie była taka gniewna jak teraz.

Zmieniła się. Nie wiem dlaczego. Już mi się nie zwierza. Po prostu jest niedostępna i ostra. Coś się wydarzyło, ale nie mogę pojąć co. Nie chodzi tylko o to, że jest w żałobie po ojcu. Każdego dnia zastanawiam się, jaki ciężar dźwiga. Chciałabym, żeby mi to powiedziała, podzieliła się tym ze mną. Jak zawsze, kiedy była małą dziewczynką. Moją laleczką. Słodką małą dziewczynką. Tak dobrze się rozumiałyśmy, rozmawiałyśmy o wszystkim, zawsze nawzajem rozśmieszałyśmy się i pocieszały w smutnych chwilach.

Nagle chce mi się płakać. Nie tak wyglądały moje marzenia. Nie takie miało być życie. Wylewam resztkę kawy obok schodów i wstaję. Otwieram drzwi na werandę i wracam do ciemnego, cichego domu.

Isabelle

Stacja metra Fridhemsplan. Stoję na peronie i czekam na pociąg zielonej linii. Dziewiętnastka w kierunku Hässelby przyjedzie za trzy minuty.

Myślę o Stelli. Myślę o niej przez cały czas, nic nie mogę na to poradzić. Jest piękna, wygląda młodzieńczo. Ciekawe, ile ma lat? Z drugiej strony daje się u niej zauważyć jakąś surowość. Na pewno sama nie zdaje sobie z tego sprawy. Sądzi, że może coś ukryć — co to takiego? A może chce się przed tym obronić. Czy czuje strach? Możliwe.

Powinna się bać. Nikt nie wie, co może się wydarzyć.

Nikt.

Tłumię ziewnięcie i siadam na ławce. Jestem zmęczona, ledwo mam siłę czuć złość.

Paznokcie Stelli dziś były pomalowane na inny kolor. Wiśniową czerwień. Nie odstawał jej ani jeden włos. Miała elegancki makijaż, dyskretną szminkę, czarujące kolczyki, które wyglądały na drogie. Jej czarne spodnie leżały idealnie, szary top był z dobrego materiału. Wygląda na naprawdę dobrze sytuowaną. Na pewno jest bogata. Ma męża, nosi szerokie, złote pierścionki na lewym palcu serdecznym — jeden nawet wysadzany diamentami.

Dla Stelli Widstrand wszystko jest oczywiste.

Siedzi wyprostowana i odprężona, wydaje się całkowicie pewna siebie. Jak się taką stała? Może dobrze wychodzi jej noszenie maski? Jak wygląda, kiedy ją zdejmuje? Czy jest równie brzydka i zła jak ja? Chciałabym więcej o niej wiedzieć.

Zanim weszłam do pokoju, nie byłam pewna, czy dam radę. Chciałam wyrzucić z siebie mnóstwo rzeczy. Wszystko powiedzieć. Ale to było za trudne. Wszyscy na mnie patrzyli. Słowa uwięzły mi w gardle, po prostu nie mogłam. Nie dałam rady wydobyć ich z siebie, były zbyt ciężkie.

A Stella patrzyła.

Czy ona wie?

Czy rozumie?

Miałam szansę wszystko wyjawić, kiedy Pierre zapytał, co tam robiłam. Wszyscy czekali na moją odpowiedź. Ja jednak nie mogłam nic wykrztusić. Ani jednego cholernego słowa z tego, co sobie przygotowałam. Czułam na sobie pytający wzrok Stelli. Byłam pewna, że przejrzała mnie na wylot.

Gdyby którekolwiek z nich wiedziało, co naprawdę czułam, domyślało się, kim jestem. Jak to możliwe, że mija mnie tylu ludzi i nikt tego nie dostrzega?

Pociąg metra wjeżdża na peron. Wchodzę do wagonu i siadam naprzeciwko starszej kobiety. Mocno ściska torebkę, ale uśmiecha się, kiedy napotyka mój wzrok. Ona też tego nie widzi. Odpowiadam uśmiechem, pochylam się do okna i zamykam oczy. Czuję na czole chłód szyby.

Każdy się boi. Każdy. Ale uśmiechamy się, udajemy, kłamiemy twarzą, żeby to, co ukryte, nie wyszło na wierzch.

Ale teraz już podjęłam decyzję. Następnym razem powiem.

Powiem wszystko.

Całą prawdę.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki