Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
175 osób interesuje się tą książką
Życie od najmłodszych lat nie rozpieszczało Blair O’Connor. Po śmierci rodziców na sześciolatkę spadł kolejny cios: w wyniku choroby straciła wzrok. Kilkanaście lat później siedemnastoletnia Blair pamięta ze swojej przeszłości jedynie przebłyski i to one, tak jak i sny, pozwalają jej oddawać się pasji – malowaniu. Kiedy do Southport przybywa Logan Walker, poukładane życie, które Blair wiedzie pod dachem babci, wywraca się do góry nogami.
Dla Logana dwa tygodnie z dala od słonecznej Kalifornii brzmią jak kara. Nie dość, że chłopak nie ma ochoty spędzać wakacji bez kumpli i swojej dziewczyny, to w dodatku musi zająć się dziadkiem. Nie mogąc odnaleźć z krewnym wspólnego języka, Logan spędza czas na surfowaniu i łowieniu ryb. To wtedy pierwszy raz zauważa Blair. Za namową przyjaciół, którzy przyjeżdżają w odwiedziny, oraz po kilku wypitych piwach przyjmuje zakład i zgadza się zaciągnąć dziewczynę do łóżka. Mimo że w Kalifornii czekana niego Audrey, Logan uwodzi Blair. Wyjeżdża następnego dnia.
Siedem lat później, kiedy wraca do Southport, aby załatwić sprawy związane z testamentem dziadka, nie jest już tym samym człowiekiem, którym był tamtego lata. Wydoroślał, a po niepokornym chłopaku nie został ślad. Pewnego dnia, robiąc zakupy w pobliskim sklepie, przegląda obrazy wystawione na sprzedaż – nie dowierza, gdy pośród nich zauważa swój portret. Zdziwienie jest potęgowane przez fakt, iż został namalowany przed jego pierwszym przyjazdem do miasta. Nie mając wątpliwości, kto jest ich autorem, postanawia odwiedzić Blair. Pragnie odkryć tajemnicę portretu i przeprosić dziewczynę za swoje zachowanie. Gdy w końcu zbiera się na odwagę, odkrywa, że obraz to niejedyna niewiadoma, którą będzie musiał wyjaśnić.
Książka dla czytelników 18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 512
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Aga Wysocka
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Redakcja: Marta Przypkowska
Korekta: Magdalena Osica, Anna Hat
Skład i łamanie: Anna Hat – anislowa.com.pl
Projekt okładki: Patrycja Tolarz
Wydanie I, 2026
Blush Books
ISBN 978-83-976821-4-6
Dla tych, którzy wiedzą, że nie potrzeba światła, aby odnaleźć prawdziwą miłość
Blair
Jedenaście lat wcześniej
W sali pomalowanej na błękitny kolor panuje zupełna cisza. Przez zamknięte drzwi nie dobiega do mnie żaden dźwięk, choć zwykle o tej porze na oddziale onkologicznym panuje spore zamieszanie. Tej nocy nikt nie odszedł – wiem, bo gdyby tak się stało, słyszałabym płacz. Myślę o Roselyn i Mabel, moich przyjaciółkach, i czuję ulgę.
– Gotowa? – Z zamyślenia wyrywa mnie głos babci. Jest łagodny i ciepły, tak jak zawsze, choć rozbrzmiewa w nim jakaś dziwna nuta. Nie znam jej, ale może się mylę. – Blair?
Kiwam głową i zaciskam dłonie w pięści. Mój wzrok powoli wędruje po białej szpitalnej koszuli, zsuwa się w dół i zatrzymuje na szarej podłodze. Jest brzydka, pokryta linoleum i cuchnie płynem do dezynfekcji. Zamykam oczy i przez chwilę wstrzymuję oddech. Mój słuch się wyostrza, zastępując zmysł wzroku, a wyobraźnia zaczyna pracować. W myślach widzę, jak babcia chwyta maszynkę, przystawia ją do mojej głowy i kładzie palec na włączniku.
– Nie! – Gwałtownie podrywam się z krzesła i z uporem kręcę głową. Otwieram oczy, widzę przed sobą jej zmęczoną, pokrytą głębokimi zmarszczkami twarz i zauważam, że patrzy na mnie w skupieniu. Zdziwiona unoszę wzrok i biorę głęboki wdech. Przecież stała za mną. – Jeszcze nie – szepczę tak cicho, że ledwo słyszę swój głos. – Chcę na siebie spojrzeć ostatni raz, zanim po mnie przyjdą. Proszę.
Babcia kładzie dłoń na moim ramieniu.
– Oczywiście, skarbie – odzywa się z troską.
Spuszczam głowę, a moje ciało zaczyna bezwiednie drgać. Nie mogę tego powstrzymać, choć tak bardzo staram się nie rozklejać, przecież powinnam być silna – tak myślę.
Chwytam lusterko, które mi podaje. Jest okrągłe, ozdobione kilkoma bursztynami oraz muszelkami wtopionymi w grubą, szeroką ramę. Pamiętam, że mama miała dokładnie takie samo i że kupiła je podczas ostatnich wakacji w Portland. Obracam je w palcach, zatrzymuję w płucach powietrze i otwieram je, po czym unoszę na wysokość twarzy. Przełykam ślinę, przyglądając się sobie z uporem. Staram się zapamiętać swoje rysy: zbyt szczupłą twarz, prosty, idealnie równy nos i duże granatowe oczy otoczone kilkoma rzęsami. Przenoszę spojrzenie na włosy – mają ten sam kolor co nocne niebo, jak mówi babcia, i sięgają prawie do pasa.
– One odrosną, Blair – słyszę i kolejny raz zagryzam wargi, zastanawiając się, skąd wie, o czym myślę.
Może jest czarodziejką? Dumam, jednak szybko przeganiam tę głupią myśl. Gdyby tak było, mama i tata nadal by żyli, a ja nie leżałabym teraz w szpitalu. Uświadamiam to sobie z żalem i zamykam puzderko tak głośno, że w pomieszczeniu rozlega się dźwięk przyciągających się magnesów.
– To na wypadek, gdybym się nie wybudziła – wyjaśniam głosem zbyt poważnym, jak na sześciolatkę, wyciągając przed siebie dłoń. – Wiem, że mogę umrzeć.
Babcia mruga, starając się powstrzymać łzy, choć i tak dostrzegam, że jej oczy robią się coraz bardziej szkliste. Jej palce drżą, gdy zaciska je na lusterku, a broda się marszczy i zaczyna drgać. Zapewne się zastanawia, skąd o tym wiem – przecież stara się zatajać przede mną większość faktów dotyczących mojej choroby – ale ja doskonale zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie dzieci wracają do zdrowia. Zaledwie wczoraj odszedł Rylan, a jeszcze wcześniej zmarła Ashley. Patrzę na swoją bladą, wychudzoną rękę i gdy babcia ją obejmuje, z jej gardła wydobywa się głośny szloch. Nie pamiętam, aby od pogrzebu rodziców płakała. Myślę o tym, co się stanie, gdy nie wybudzę się z narkozy albo umrę podczas operacji, i czuję wyłącznie żal, że zostanie na tym świecie sama.
Zbieram w sobie resztki sił i po raz ostatni, zatrzymując swój obraz w pamięci, odzywam się pewnym głosem:
– Jestem gotowa.
Zamykam powieki. Gdzieś w oddali słyszę karetkę, ktoś stuka butami o posadzkę. Nagle dźwięki zagłusza warkot maszynki. Dotykam palcami swoich włosów. Jedno z pasm opada na koszulę i sprawia, że wpadam w panikę. Nagle wszystko staje się takie realne: moja choroba i to, że mogę odejść tak jak moi przyjaciele. Ogarnia mnie lęk. Babcia wyczuwa mój nastrój i przytula mnie do siebie. Słyszę jej płacz.
– Moja Blair.
Ktoś otwiera drzwi. Gdy odwracam głowę, zauważam pielęgniarkę. Ma na imię Nancy i zagląda do mnie prawie codziennie, nawet gdy pełni dyżur w innej części oddziału. Podnosi dłoń i macha do mnie, jak to ma w zwyczaju, ale teraz widzę, że to powitanie wygląda inaczej. Jej ręka nie porusza się tak energicznie jak zawsze, a szeroki uśmiech jest przygaszony.
– Potrzebujecie pomocy?
Babcia rozluźnia uścisk. Nie odpowiada, ale jestem pewna, że kiwnęła głową, bo Nancy podchodzi, wyciąga spod łóżka taboret i siada naprzeciwko mnie.
– Jak ci minął poranek? – pyta, unosząc kąciki ust. Są pomalowane na jasnoróżowy kolor i delikatnie lśnią. Wzruszam ramieniem. Kolejne czarne pasma opadają na podłogę tuż obok moich stóp. – Malowałaś?
Niechętnie odsuwam się od babci, podchodzę do stolika, po czym podnoszę teczkę z rysunkami. Odwracam się i dostrzegam moje długie czarne włosy porozrzucane po całej podłodze. Zaciskam usta i starając się omijać kosmyki, które chwilę wcześniej wyrastały z mojej głowy, wracam na miejsce. Siadam na różowym krześle, podobnym do tego, które zrobił dla mnie nasz sąsiad, pan Walker, podaję Nancy rysunki, a mój wzrok zatrzymuje się na jej paznokciach. Przyglądam się im z zastanowieniem, bo przypominam sobie, że mama również malowała swoje paznokcie mlecznymi kolorami. Lubię tę barwę, kojarzy mi się z lodami oraz watą cukrową.
– Opowiesz mi o nich? – Nancy wyrywa mnie z zamyślenia. Odrywam wzrok od jej dłoni, spoglądam na kartki, które trzyma, ale nie odpowiadam. – Dobrze, w takim razie zobaczę sama – oświadcza łagodnym głosem i posyła mi jeden z tych ciepłych uśmiechów. Jej usta rozciągają się, a skóra na powiekach staje się dziwnie pomarszczona.
Zastanawiam się, czy często jest taka miła, i staram się przypomnieć sobie choć jeden raz, gdy miała zły dzień. Po chwili stwierdzam, że zawsze była wesoła. Może dzisiaj trochę mniej, bo kąciki jej ust nie unoszą się tak wysoko jak zwykle.
Nancy zatrzymuje spojrzenie na jednym z rysunków.
– To moja mama – wyjaśniam, choć wcale nie mam ochoty rozmawiać. – Zginęła w wypadku razem z tatą – dodaję, nie pamiętając, czy już o tym wspominałam.
– Bardzo mi przykro, kochanie – odpowiada, a ja przypominam sobie, że musiała o tym wiedzieć. Wszyscy wiedzą, bo jestem jedynym na oddziale dzieckiem, którego nie odwiedzają rodzice. – Była bardzo piękna. – Nancy kiwa głową z aprobatą i unosi rysunek. – Jesteś do niej podobna i niezwykle zdolna. Wiesz o tym, Blair? Może w przyszłości zostaniesz prawdziwą malarką?
Kolejny raz wzruszam ramionami. Gdy zauważam, że z mojej koszuli spadają włosy, zapisuję w głowie, aby tego nie robić. Kątem oka dostrzegam kosmyki na linoleum i wstrzymuję oddech. Mimo że babcia jeszcze nie dokończyła golić mi włosów, już teraz wiem, jak wyglądam – tak jak wszystkie dzieci z tego oddziału. Ponownie włącza maszynkę, a świdrujący dźwięk znów zagłusza wszystkie pozostałe. Nancy chwyta moją dłoń.
– To Rico, pies sąsiada – szepczę, spoglądając na portret owczarka. Jest na nim szczeniakiem ale, teraz już tak nie wygląda. Wyrósł, a jego łapy stały się duże i silne.
– Całkiem fajny ten Rico.
Rozchylam usta, pokazując przerwę między przednimi zębami. Wypadł mi jeden z nich i Roselyn mówi, że wyglądam śmiesznie. Myślę o mojej przyjaciółce i zastanawiam się, czy będę mogła ją odwiedzić przed operacją. Babcia sunie maszynką po mojej głowie.
– Jeszcze chwilę, Blair – słyszę zza pleców jej głos.
Przełykam ślinę i zaczynam drżeć. Dobrze, że Nancy trzyma moją dłoń, bo na pewno bym uciekła. Jednak się myliłam – upewniam się, gdy włosy po raz kolejny opadają na podłogę. Wcale nie jestem silna.
Zaciskam powieki i widzę ciemność. Po chwili stwierdzam, że wolę spoglądać na obrazy, które sobie wyobrażam, niż na te, które sprawiają mi ból.
– Kim jest ten chłopak? – Nancy kontynuuje rozmowę, starając się ze wszystkich sił oderwać moje myśli od tego przygnębiającego doświadczenia, lecz to nie pomaga. Spogląda na kolejny obrazek, z którego uśmiecha się blondyn o niebieskich oczach, i unosi kartkę. Promienie słońca wpadające przez szybę podkreślają kolory, których użyłam, aby go namalować. – To twój kolega? Starszy brat?
Podnoszę ramię, ale natychmiast się prostuję, bo wiem, co by się stało. Znów te włosy – myślę i zaciskam usta, jednak po chwili ponownie je rozchylam.
– Nie mam rodzeństwa – szepczę.
Babcia wyłącza maszynkę. Słyszę, jak nabiera powietrza do płuc.
– Gotowe, Blair.
Nancy puszcza moją dłoń i gładzi ją po wierzchu.
– Jesteś taka dzielna – oznajmia, a ja doskonale wiem, że kłamie. – Pójdę sprawdzić, jak idą przygotowania do zabiegu – informuje mnie, po czym wstaje. Mój wzrok spoczywa na jej białym uniformie. Boję się przesunąć go choćby o odrobinę w dół. – Będzie dobrze, operacja się uda i szybko wrócisz do zdrowia – kontynuuje, a ja milczę. Podkurczam nogi i obejmuję je ramionami. Babcia strzepuje z moich ramion resztki włosów. – Rico na pewno nie może się doczekać twojego powrotu. Twój kolega też.
Zdziwiona unoszę głowę i znów widzę ten słaby uśmiech.
– Mój kolega? – pytam. Nie mam pojęcia, o kim mówi Nancy. Jedynym moim kolegą był Rylan, ale jego już nie ma.
– Chłopak z obrazka – wyjaśnia, wskazując palcem na teczkę, do której schowała rysunki.
Prostuję się, choć nadal staram się nie dotykać stopami podłogi. W głowie widzę obraz, który namalowałam wczoraj wieczorem.
– Nie znam go – wyjaśniam, patrząc na pielęgniarkę. – Nigdy go nie spotkałam.
Logan
Jedenaście lat później
Budzi mnie wołanie dobiegające z parteru.
– Logan! – słyszę przytłumiony głos matki i z niechęcią przekręcam się na łóżku.
Mrużę powieki, które przed chwilą rozchyliłem, bo strumień jasnego światła wpadający przez nie do końca zasłonięte rolety działa na mnie drażniąco. Naciągam kołdrę i zakładam rękę za głowę. Nie mija nawet minuta, gdy drzwi do mojej sypialni otwierają się i z hukiem uderzają o szafę. Zamykam oczy i spinam się w sobie, ale nie reaguję. Dobrze wiem, że to Willow. Czekam, aż moja młodsza siostra rzuci jednym z tych swoich durnych powiedzonek i, wkurzona, obróci się na pięcie, ale nic takiego się nie dzieje. Kiedy już mam nadzieję, że zostawi mnie w spokoju, kołdra się ześlizguje i ląduje na podłodze.
– Wstawaj, glucie! – Pochyla się nade mną i energicznie potrząsa swoimi blond lokami. – Jest dziewiąta. Stary grozi, że jeśli w ciągu pięciu minut nie zjawisz się na śniadaniu, jadę do Southport razem z tobą. Podobno odbywasz dzisiaj staż w jego biurze – mówi z rękami skrzyżowanymi w miejscu, w którym powinny być jej piersi.
– W takim razie szerokiej drogi – odpowiadam, ignorując ją, i odwracam się plecami.
Willow najwidoczniej nie ma ochoty spasować, bo znów czuję nad sobą jej miętowy oddech i zapach obrzydliwie mdlących perfum, które zapewne należą do matki. Siadam i przeczesuję włosy palcami. Czasem ogarnia mnie nadzieja, że moja szesnastoletnia siostra została adoptowana, ale wystarczy, że na nią spojrzę, i natychmiast się rozwiewa. Ma usta w dokładnie takim samym kształcie jak moje i identyczny kolor włosów.
– Nie ma mowy. Wyjeżdżam jutro na obóz wraz z Miley. Przykro mi, ale musisz jechać sam. – Szczerzy zęby schowane za aparatem ortodontycznym i przewraca oczami, udając, że się namyśla. Jej wzrok zsuwa się z mojej klaty i zatrzymuje na bokserkach. – Co to za gacie? – prycha po chwili, spoglądając kpiącym wzrokiem na niebieskie bokserki w czerwone serca, a ja mogę dokładniej przyjrzeć się jej uzębieniu.
– Prezent urodzinowy od Audrey. Nie podobają ci się? – pytam z przekąsem, choć gówno mnie obchodzi jej zdanie.
Willow uparcie kręci głową i marszczy nos.
– W takim razie je zdejmę. – Wsuwam palce pod brzeg materiału i odchylam go odrobinę, udając, że zamierzam to zrobić. To wystarcza, aby pozbyć się siostry, która natychmiast czerwienieje.
– Jesteś szurnięty, Logan. Nie mam ochoty oglądać twojego fiuta! – Obraca się w stronę drzwi. – Masz pięć minut, aby zjawić się w jadalni. Zbieraj się na śniadanie, bo inaczej będę zmuszona spędzić z tobą najbliższe dwa tygodnie, a tego oboje nie chcemy.
W duchu przyznaję jej rację, podnoszę się z łóżka z przeciągłym ziewnięciem, a przez głowę przetacza mi się pulsujący ból. Nici ze spania – burczę pod nosem i rozmasowuję skronie. Narzucam kołdrę na łóżko, próbując sobie przypomnieć, jak wróciłem z imprezy u Cartera, ale nadmiar alkoholu sprawił, że w głowie mam pustkę. Podciągam rolety i gdy fala jasnego światła wpada do pokoju, mrugam intensywnie, po czym otwieram okno.
– Pośpiesz się, do cholery! – słyszę zza drzwi.
Spoglądam na ocean, od którego dzielą mnie tylko ulica i kilka stóp piasku. Zastanawiam się, w kogo wdała się Willow, lecz od razu w myślach widzę twarz ojca. Oboje są uparci i apodyktyczni i tak samo działają mi na nerwy. Pewny, że jeszcze chwila, a Grayson Walker faktycznie spełni swoje groźby, podchodzę do szafy i wyjmuję pierwsze lepsze ciuchy. Wchodzę pod prysznic. Zimna woda zmywa ze mnie zapach wódki i papierosów, przynosząc ulgę. Może nie taką, która zniwelowałaby gigantycznego kaca, ale przynajmniej jestem w stanie zejść do tej cholernej jadalni.
Ubieram się w pośpiechu i jednocześnie szczotkuję zęby. Odkładając szczoteczkę, zerkam w lustro i zauważam na szyi malinkę. Nie kojarzę, żebym minionej nocy zabawiał się z Audrey, jednak po chwili uświadamiam sobie, że właściwie od rozpoczęcia wakacji nie pamiętam żadnej imprezy. Wiedząc, że zapewne ojciec nie omieszka o tym wspomnieć przy śniadaniu, niechętnie opuszczam pokój i schodzę po schodach. Pociągam nosem. Wokół unosi się zapach naleśników i świeżo parzonej kawy, powodując ssanie w żołądku.
– Witaj, kochanie. – Mama na mój widok przystaje i posyła mi ciepły uśmiech. Wygląda jak zwykle nienagannie. Ma delikatny makijaż, a jej kręcone blond włosy upięte są w eleganckiego koka. Dopasowane spodnie wciąż podkreślają jej idealną sylwetkę oraz wąską talię. – Przygotowałam omlet, naleśniki i jajecznicę – wymienia. – Zrobi…
Kładę dłoń na poręczy i rozszerzam oczy ze zdumienia, bo nie jestem w stanie przypomnieć sobie, aby choć raz zrobiła sama kanapkę.
– „Przygotowałaś”? – wchodzę jej w słowo, a moje zdziwienie się pogłębia. – Przecież od lat wszystkie posiłki serwuje gosposia. – Przekręcam głowę i kieruję spojrzenie na kuchnię.
– Terry się rozchorowała – wyjaśnia, podając mi dzbanek z sokiem. – Zapomniałam o konfiturze.
Marszczę brwi i odwracam się w stronę jadalni. Przy dużym, okrągłym stole siedzi ojciec. Gdy zauważa, że rozmawiam z mamą, składa gazetę i odkłada ją na obrus.
– Cześć – rzucam niechętnie, wchodząc do środka. Odkładam dzbanek na stół, siadam naprzeciwko Willow i nakładam na talerz kilka plasterków boczku oraz jajka. Staram się udawać, że nie widzę grymasu na jego twarzy.
Ojciec odchrząkuje znacząco.
– Spóźniłeś się – oznajmia szorstko, wskazując palcem na zegarek. W jego głosie znów słyszę ten cholernie wkurwiający, despotyczny ton, który działa mi na nerwy. – I co to za ubranie? – dodaje, patrząc na moje dżinsowe szorty oraz T-shirt. – Chyba nie zamierzasz w takim stroju jechać ze mną do biura?
– Nie zamierzam nigdzie z tobą jechać – burczę, przeżuwając kanapkę. – To mój ostatni dzień przed wyjazdem i spędzę go tak, jak chcę. Możesz wziąć ze sobą Willow, ja się z tego miksuję.
– Nie ma mowy! Za godzinę zaczynam jogę. – Moja siostra posyła mi mordercze spojrzenie i podrywa się z krzesła. Dopiero surowy wzrok ojca sprawia, że siada z powrotem na miejsce.
– Umawialiśmy się…
– Nie ustalałem z tobą dzisiejszego dnia – wchodzę mu w zdanie. – To, że zgodziłem się pomagać ci w projektach, nie znaczy, że spędzę całe wakacje w twoim biurze. A właściwie nie całe – poprawiam zgryźliwym tonem. – Jest jeszcze Southport. – Nabijam plaster boczku na widelec i sięgam po karafkę z wodą. W ustach mam sucho jak po tygodniu na Saharze.
Ojciec poprawia się na krześle i stuka palcami o blat. Nie cierpię, gdy tak robi, a on doskonale o tym wie.
– Za godzinę mam spotkanie z nowymi inwestorami. Zależy mi, abyś wziął w nim udział.
– Dlaczego? – Wkładam kawałek mięsa do ust.
– „Dlaczego”? – powtarza za mną zdziwiony. Gula na jego szyi unosi się i opada. – Chyba nie muszę ci kolejny raz tłumaczyć, że gdy skończysz studia, dołączysz do mojego zespołu. Chcę…
– Dołączę albo i nie – wtrącam, wzruszając ramionami. – Kto wie, co będę robił za kilka lat. Może wcale nie będę miał na to ochoty. Dobra ta jajecznica. – Odwracam się do mamy, która usiadła obok.
– O czym rozmawiacie? – zagaduje, kładąc na talerz liść sałaty, plaster pomidora oraz grzankę. Gdy unosi głowę znad zastawy i zauważa gradową minę swojego męża, prostuje się. – Grayson?
Ojciec poprawia kołnierz idealnie wykrochmalonej koszuli i wzdychając, pociera dłonią czoło. Dopiero teraz dostrzegam głęboką zmarszczkę biegnącą centralnie przez jego środek.
– Mam spotkanie z jednym z klientów i zależy mi, aby Logan był na nim obecny.
– Logan? – Mama odzywa się przyjaznym głosem.
Zastanawiam się, skąd w niej tyle ciepła, skoro żyje u boku faceta zimnego niczym Antarktyda.
– Nic z tego. – Zakładam ręce i odchylam się na krześle. – Umówiłem się z Audrey. Chcemy spędzić trochę czasu, zanim wyjadę.
Mama odchrząkuje.
– Myślę, że nie powinieneś nalegać – zwraca się do męża. – Nie będą się widzieć dwa tygodnie – mówi, uśmiechając się przez zaciśnięte usta.
– Dwa tygodnie. – Ojciec prycha i odstawia filiżankę z kawą, wylewając odrobinę na spodek. – My widywaliśmy się tylko w niedzielę. Pamiętasz? – pyta, unosząc brew, na co mama nie odpowiada. – I to też nie zawsze, bo pracowałem na dwa etaty, aby zarobić na studia. Ten gówniarz ma wszystko, a i tak nie potrafi docenić! – warczy, uderzając pięścią w stół.
Mama podskakuje na krześle, a jej pogodna mina topnieje. Nawet Willow, która ma w zwyczaju się wtrącać, milczy.
– Gdybym nie potrafił doceniać, nie jechałbym jutro do Southport. Wiesz co? Jeszcze mogę zmienić decyzję. Doskonale wiesz, że wcale nie mam ochoty tego robić. – Wstaję i odsuwam talerz. – Dzięki, mamo, ale przeszła mi ochota na jedzenie. – Odwracam się na pięcie i kieruję w stronę holu. Przystaję jednak w progu. – Jesteś pieprzonym egoistą, wiesz? Nawet w obliczu choroby własnego ojca wysługujesz się innymi!
– Logan… – Mama odzywa się cicho, jednak ją ignoruję.
Robię krok do przodu.
– Powiedz: kiedy ostatni raz byłeś w Southport?! Rok temu? Dwa? A może wtedy, gdy urodziła się Willow? – dodaję, gdy zbywa moje pytanie milczeniem. – Taki jesteś: wielki Grayson Walker, idealny ojciec i mąż, właściciel najlepiej prosperującego biura architektonicznego w całym Long Beach i jeden z najbogatszych mieszkańców miasta to w rzeczywistości pieprzony egoista, który myśli tylko o swoim tyłku!
Mama podchodzi, chwyta mnie za rękę i wyprowadza na korytarz. Jej dłonie drżą, a na czole pojawiają się krople potu.
– Przepraszam – odzywam się cicho.
Gdy rozluźnia palce na mojej ręce, obracam się i wchodzę na piętro. Widzę w jej wzroku współczucie, ale dobrze wiem, że nie ma żadnego wpływu na ojca – nikt nie ma.
Otwieram drzwi do pokoju, zaciskając zęby, aby nie krzyknąć ze złości, i kopię w krzesło.
– Pieprzony skurwiel! – warczę pod nosem, gdy mebel uderza o ścianę.
Pakuję do plecaka bluzę, telefon i portfel, po czym zarzucam go na ramię. Wsuwam stopy w Jordany i wracam na korytarz, mając nadzieję, że ojciec nie wyładuje swojej złości na Willow ani na mamie. Przyspieszam kroku i przechodzę obok jadalni. Zauważam, że siostra wciąż siedzi na swoim miejscu. Przystaję.
– Ale mu dowaliłeś – rzuca, dojadając naleśnika.
– Gdzie mama?
– Minutę temu przyjechała ciotka Miley i zabrała ją na zakupy. Podrzucisz mnie do klubu? Nie chciałam jechać ze starym. Wkurwia mnie sposób, w jaki odnosi się do mamy, i nie podoba mi się, że cały czas nas ustawia. Wiesz, co powiedział wczoraj przy kolacji?
Kręcę głową.
– Że gdy skończę prawo, załatwi mi staż w kancelarii Williamsa, chociaż dobrze wie, że nie chcę zostać prawniczką, tylko pielęgniarką.
– A na chłopaka pewnie zaproponuje ci jego syna – dopowiadam, a Willow natychmiast sztywnieje.
– Nie patrz tak na mnie. – Wspieram się dłonią o futrynę. – Mój związek z Audrey też był wymuszony.
Willow odkłada sztućce i zagryza dolną wargę. W jej niebieskich tęczówkach dostrzegam zdumienie.
– Myślałam, że jesteś z nią, bo ją kochasz – odzywa się niemal szeptem.
– Kocham, nie kocham. – Wzruszam ramionami. – Wszystko i tak dawno zaplanował ojciec: moje studia, pracę, a w przyszłości ślub z córką jego przyjaciela. Nie ma się co oszukiwać, ciebie czeka podobna przyszłość – rzucam, pewny, że ojciec nie omieszka ustawić życia również swojej jedynej córki.
– Niedoczekanie! – Willow prycha z pogardą i wstaje od stołu, a jej jasna, niemal alabastrowa cera czerwienieje ze złości. Poprawia sukienkę i zaciska usta. Jestem pewien, że myśli o tym, co jej powiedziałem, ale więcej nie podejmuje tematu. Odzywa się, dopiero gdy wychodzimy z domu. – Naprawdę nie chcesz tam jechać?
– Gdzie? – Zerkam na nią kątem oka, otwierając bagażnik mojego czarnego Audi.
– Do Southport. – Podaje mi sportową torbę.
– A ty chciałabyś spędzić dwa tygodnie w jakiejś dziurze? Gdzie nikogo nie znasz i gdzie zanudzisz się na śmierć, wiedząc, że twoje kumpele spędzają czas, wygrzewając się na plaży, imprezując i popijając drinki?
– Pewnie nie. – Wzdycha i wsiada do środka.
– No właśnie. – Zajmuję miejsce obok Willow, kładę dłoń na kierownicy i odwracam twarz w jej stronę. – A wiesz, co mnie najbardziej wkurwia?
– Co takiego? – Marszczy brwi.
– To, że nasz ojciec kolejny raz zdecydował za mnie.
Willow rozchyla usta, ale nie odpowiada. Obraca głowę w stronę okna i opiera ją o szybę. Gdy jedziemy wzdłuż Ocean Avenue i dojeżdżamy do skrzyżowania z Kendall Road, prostuje się i związuje swoje rozsypane włosy gumką zdjętą z nadgarstka.
– Możesz mnie wysadzić tutaj – mówi i odwraca się za siebie. – Muszę się przejść. – Odpina pas.
Zjeżdżam na parking obok McDonalda i przekręcam kluczyk w stacyjce. Auto gaśnie. Przypominam sobie, że w bagażniku mam torbę Willow, więc zwalniam blokadę i spoglądam na siostrę.
– Myślisz, że mama jest z nim szczęśliwa? – pyta w tej samej chwili, unosząc brew.
Na jej twarzy widzę powagę i stwierdzam, że moja siostra w niczym nie przypomina tej potrzepanej nastolatki, która jeszcze godzinę temu wydzierała się w moim pokoju. Pocieram grzbiet nosa i uchylam drzwi, bo w powietrzu unosi się zapach tych cholernie słodkich perfum.
– A ty byłabyś szczęśliwa u boku tyrana, który nie liczy się z twoim zdaniem, zabrania ci pracować, mimo że skończyłaś trzy kierunki studiów, i pieprzy żonę swojego najlepszego kumpla?! – unoszę głos i dopiero wtedy dociera do mnie, że niepotrzebnie napomknąłem o tym ostatnim. Zmieszany poprawiam się w fotelu i przeczesuję palcami włosy opadające na moje czoło. – Sorry, nie chciałem ci o tym mówić.
Twarz Willow zastyga.
– Skąd o tym wiesz? – odzywa się po chwili nieswoim głosem, po czym mocno zaciska usta. Jej błękitne oczy robią się szkliste i mimo że stara się nie rozkleić, po jej policzkach spływają łzy, a broda zaczyna drgać.
– Usłyszałem kilka dni temu, jak się kłócili – odpowiadam, wyciągając ze schowka paczkę chusteczek. – Teraz wiesz, dlaczego jeszcze mocniej go nienawidzę – dodaję i wkładam je w dłoń Willow. – Pójdę po torbę, bo jeszcze o niej zapomnimy.
Wychodzę z auta i wyciągam bagaż, wkurwiony, że kolejny raz tak łatwo dałem się ponieść emocjom. Fakt, moja siostra bywa męcząca i jestem pewien, że to najbardziej irytująca panna, jaką znam, ale w tym momencie zaczynam dostrzegać, że jest kimś więcej: córką Graysona Walkera, kolejnym dzieckiem, któremu apodyktyczny skurwiel planuje spierdolić przyszłość.
Zamykam klapę, Willow rzuca krótkie „dzięki” i zarzuca torbę na ramię. Obraca się i rusza w stronę centrum, gdzie znajduje się klub sportowy, do którego regularnie chodzi. Dopiero gdy znika z zasięgu mojego wzroku, wsiadam do samochodu. Zastanawiam się, czy Audrey już wstała, i wyjmuję z kieszeni iPhone’a. Wybieram jej numer i przełączam połączenie na tryb głośnomówiący.
– Hejka, kotku! – Z głośnika niemal natychmiast rozbrzmiewa jej głos, po czym nastaje cisza.
– Audrey? – Marszczę czoło i odpalam stacyjkę, kątem oka zerkając na ekran.
– Sorry, ale musiałam przełożyć telefon do drugiej ręki. Buszuję z Courtney po sklepach – wyjaśnia pogodnym tonem. – Wcześnie wstałeś. Byłam pewna, że po tym, jak odpadłeś u Cartera, odezwiesz się dopiero w południe.
– Miałem ostatnio ciężkie dni – rzucam i na chwilę przymykam powieki, gdy przypominam sobie kłótnie rodziców. – Musiałem odreagować – dopowiadam, nie mając pojęcia, czy wyjaśniłem jej, dlaczego upiłem się niedługo po tym, jak zjawiliśmy się na imprezie.
Audrey chichocze.
– Doskonale ci się to udało – stwierdza z rozbawieniem. – Słaniałeś się na nogach, gdy holowałam cię do chaty.
Próbuję sobie przypomnieć cokolwiek z minionej nocy, ale w głowie mam pustkę.
– Przepraszam, powinienem się kontrolować. Wynagrodzę ci to, gdy się spotkamy.
– Liczę na to – ścisza głos, a ja słyszę w nim prowokacyjną nutę. – Za godzinę będę w domu.
Odchylam głowę i biorę głęboki oddech. Audrey kończy rozmowę. Zastanawiam się, w którym momencie tak naprawdę zacząłem ulegać ojcu i pozwoliłem mu przejąć kontrolę nad moim życiem, jednak za cholerę nie potrafię sobie tego przypomnieć. Może miało to miejsce wtedy, gdy chciałem trenować koszykówkę, a ojciec, mając w dupie moje zdanie, zapisał mnie na piłkę? A może wtedy, gdy dostałem się na medycynę, a on wściekł się tak mocno, że zrezygnowałem z marzeń i zacząłem studiować architekturę na Cal State?
Rozsiadam się wygodniej, myśląc, czym zająć czas przez najbliższe sześćdziesiąt minut, i spuszczam szybę. Powietrze jest rześkie, bo znad oceanu powiewa chłodny wiatr. Idealna pogoda do surfowania – stwierdzam, mając nadzieję, że Audrey da się wyciągnąć na plażę, zanim wrócę na chatę i zacznę pakować walizkę. Do mojego odlotu pozostało zaledwie dwanaście godzin, a ja wciąż się zastanawiam, czy dobrze robię, zgadzając się na wyjazd. Może gdybym regularnie odwiedzał dziadka, a między nami istniała więź, robiłbym to z chęcią. Tak, mam opory przed tym, co mnie czeka w Southport. Myśl, że Ethan Walker może być tak samo despotyczny i wkurwiający jak jego syn, wywołuje we mnie frustrację i wzmaga niechęć. Dwa tygodnie, pieprzone dwa tygodnie bez kumpli, bez deski i bez Audrey. Bez ojca.
Odpalam stacyjkę i zjeżdżam na drive’a. Kupuję kawę i frytki, bo zapach jedzenia unoszący się w powietrzu zaczyna mi przypominać, że na śniadanie nie zjadłem wiele. Zastanawiam się, dlaczego mama nie odeszła od ojca, dlaczego tkwi u boku faceta, który ją tłamsi i traktuje jak swoją kolejną rzecz – piękną, drogą i na pokaz – ale żadna odpowiedź nie przychodzi mi do głowy.
Czyżby zorał jej psychikę tak samo jak moją?
Wyjeżdżam z parkingu i kieruję się w stronę East Village. Na ulicach Long Beach panuje spory ruch, jak zawsze w poniedziałki. Stoję więc w korku, obserwując przez szybę ludzi spacerujących chodnikiem. Każdy gdzieś mknie, każdy ma swoje plany. Niby tak samo jak ja, jednak cały czas mam w głowie myśl, że moje działania nie należą do mnie, tylko są skutkiem presji, jaką wywiera na mnie mój ojciec. Nawet mój związek z Audrey. Nawet on.
Podjeżdżając pod dom jej rodziców, zauważam, że dochodzi dziesiąta. Brama jest otwarta na oścież, a pod wiatą stoi czerwony Mercedes, który Audrey dostała w zeszłym miesiącu na swoje dziewiętnaste urodziny. Jej ojciec ma tę samą przypadłość co mój: wszystko w jego otoczeniu musi być kurewsko drogie i wzbudzać ogólną zazdrość. Może nie posuwa żon kumpli, ale tak samo steruje życiem Audrey. I ona, tak samo jak ja, nie potrafi się od tego uwolnić.
Wchodzę po marmurowych schodach i naciskam na dzwonek. Rozglądam się po zadbanym ogrodzie i zahaczam kciukiem o kieszeń szortów. Słyszę kroki oraz dźwięk przekręcanego zamka.
– Cześć, przystojniaku. – Audrey wita mnie w progu, wspina się na palcach i zarzuca mi ręce na szyję. Nie zdążam odpowiedzieć, bo jej usta natychmiast przywierają do moich warg. – Jesteśmy sami. – Zauważa moją powściągliwość i uśmiecha się prowokująco.
– A starzy? – Zerkam nad jej głową w głąb korytarza i przesuwam dłonie z jej talii na tyłek. Dopiero teraz widzę, że pod krótkim topem nie ma stanika.
– Pojechali do Lakewood – odpowiada, pociągając za ramiączko i odsłaniając kawałek cycka. – Będą dopiero wieczorem. – Uśmiecha się słodko, zakładając tasiemkę na ramię.
Ma na sobie krótkie, głęboko wycięte spodenki i trampki od Ricka Owensa. Musiała wrócić tuż przede mną, bo w korytarzu stoją torby z markowych sklepów. Zastanawiam się, po co jej kolejne szpanerskie ciuchy, skoro jej szafy pękają w szwach, ale nie pytam.
Wchodzimy do środka. Zamykam drzwi, chwytam jej nadgarstki i przyciskając ją do ściany, unoszę je nad głowę. Wolną dłonią podciągam top i obejmuję jedną pierś.
– Napijemy się kawy czy od razu będziemy się pieprzyć?
Audrey wysuwa w moją stronę biodra.
– Zdecydowanie wolę to drugie – szepcze, patrząc mi w oczy. Zaczyna głęboko oddychać, a kiedy nachylam się nad jej twarzą, rozchyla usta.
Przybliżam się, aby ją pocałować, ale gdy dotykam jej warg, cofam się i wsuwam dłoń między jej uda. Odchylam kawałek materiału i zaczynam pobudzać ją przez bieliznę. Audrey dyszy i kołysząc biodrami, ociera cipkę o moją dłoń. Odsuwam kawałek koronki i wpychając język w jej gardło, wsuwam w nią palce. Kiedy kończę, jej opalone policzki są mocno zaróżowione, a oddech nierówny.
– Kurwa, Logan, przeleć mnie wreszcie – jęczy. Zaczyna drżeć, a ja czuję, jak mocno jest nakręcona.
– Chodźmy do twojej sypialni – mówię, rozluźniając uścisk, i poprawiam jej spodenki. – Jeśli twoi starzy wrócą wcześniej, nie chcę, aby zastali nas pieprzących się w korytarzu.
Audrey odsuwa z twarzy kilka brązowych kosmyków i zakłada je za ucho.
– Myślisz, że mieliby coś przeciwko? – Marszczy brwi. – Przecież sami nas do siebie pchali. Ostatnio nawet słyszałam, jak rozmawiali o ślubie.
– Kto rozmawiał? – Czuję, jak zasycha mi w ustach.
– No, mój stary i twój – odpowiada luźno, jakby ten fakt nie miał dla niej znaczenia. Poprawia koszulkę i unosi głowę. Jest sporo niższa i bardzo drobna. – Idziemy – dodaje zniecierpliwiona.
– Nie masz nic przeciwko? – zagaduję.
– „Przeciwko”? – Robi zdziwioną minę.
– Nie wkurza cię, że rodzice decydują za ciebie?
Wzrusza ramieniem.
– Chcą mojego dobra.
– A ty czego chcesz?
– Chyba tego samego co oni – stwierdza po chwili namysłu i wsuwa dłonie do kieszeni.
Chcę zrobić krok do przodu, ale nie mogę. Nagle czuję wewnętrzny opór, a wszystkie emocje, które próbowałem zatopić w alkoholu, wracają. Kręcę głową. Audrey podchodzi i zaczyna dobierać się do moich spodni. Odsuwam jej dłoń.
– Sorry, Audrey, ale chyba nic z tego dzisiaj nie będzie – mówię, wypuszczając powietrze z płuc. – Zacznijmy lepiej od tej kawy.
– Żartujesz? – Mruga i zdziwiona otwiera szerzej oczy, przez co jej zielone tęczówki wydają się jeszcze większe.
– Mówię całkiem serio. Pojedziemy na plażę, wypijemy latte w Starbucksie i przegadamy tę sytuację. Zaczekam na ciebie w aucie – dodaję, odwracając się w kierunku drzwi.
Wiem, że Audrey zapewne gotuje się ze złości, dlatego szybko wychodzę na zewnątrz. Wsiadam do samochodu, opuszczam szybę i opieram głowę o zagłówek. Zamykam oczy. Gdzieś w pobliżu słyszę warkot przejeżdżających aut oraz krzyki dzieci, zagłuszane przez odgłosy kosiarki. Zaczynam wyodrębniać poszczególne dźwięki i po chwili ta – wydawałoby się niepozorna – czynność zaczyna przynosić mi ulgę.
– Logan? – Z zamyślenia wyrywa mnie głos Audrey. Otwieram oczy i spoglądam na swoją dziewczynę. Przebrała się i ma na sobie koszulkę w paski oraz obcisłe dżinsy, które jeszcze mocniej uwydatniają jej szczupłą sylwetkę. – Na pewno nie chcesz zostać? – pyta, po czym przygryza dolną wargę.
Zwilżam usta.
– Nie – rzucam, zaciskając palce na kierownicy.
Audrey wzdycha, obchodzi samochód, siada obok mnie i zapina pas.
– Nie podobam ci się? – szepcze.
– Dlaczego tak myślisz? – Odwracam się w jej stronę i mrużę oczy.
– Każdy twój kumpel, mając przed sobą napaloną laskę, przeleciałby ją bez zastanowienia.
– Mam głupich kumpli – odpowiadam, zamykając okno. Silnik zaczyna warczeć. – Jedziemy?
Audrey niechętnie kiwa głową. Milczy, odwrócona twarzą w przeciwną stronę, nawet gdy przejeżdżamy obok naszej ulubionej knajpy, w której serwują najlepsze burgery w całym Long Beach.
– Chcesz coś zjeść? – przerywam męczącą ciszę. – Mogę jeszcze zawrócić.
– Nie – odpowiada półgłosem i ponownie odwraca się ku szybie, przez co zaczynam się czuć paskudnie.
Powinienem był zrobić to, czego chciała, a dopiero później poruszyć temat, który od dawna mnie nurtuje, ale na to jest już za późno. Docieramy w okolice zatoki. Gdy w końcu udaje mi się znaleźć wolne miejsce na parkingu, wyłączam auto i odwracam się w jej stronę.
– Myślałaś kiedyś o tym, żeby być z innym facetem?
Audrey prostuje się i rozchyla usta.
– Chcesz mnie zostawić? – Jej oczy nagle robią się szkliste.
– Nie, głuptasie. – Przesuwam palcem po jej dolnej powiece. – Po prostu myślę, czy to nie dziwne, że tak łatwo ulegliśmy starym, i zastanawiam się, co się stanie, jeśli któreś z nas zakocha się w kimś innym. Na przykład ty – dodaję, żeby znów nie pomyślała, że to ja mam taki zamiar.
– Nie wierzę w miłość, jest tandetna i przereklamowana – wyrzuca z siebie jednym tchem. – Spójrz na naszych znajomych: ulegają emocjom, wplątują się w popieprzone relacje, kierując się uczuciami, a później cierpią. Ja tak nie chcę. Z tobą jest mi dobrze. – Uśmiecha się zaciśniętymi ustami.
– A jeśli nigdy nie poczujemy do siebie czegoś więcej? Nie będziesz czuła pustki? Żalu, że zaczyna ci brakować tego destrukcyjnego uczucia? – drążę.
– Lubimy się, Logan. Pochodzimy z tych samych środowisk, mamy to samo towarzystwo, a nasze rodziny się przyjaźnią. W przyszłości skończymy dobre studia, a gdy nasi znajomi będą szarpać się ze sobą i biegać po sądach, bo ta miłość zaprowadzi ich w ślepą uliczkę, my weźmiemy ślub i założymy rodzinę. – Chwyta moją dłoń. – Będziemy żyć na poziomie, jak nasi rodzice – dodaje. – Czy to nie wystarczy do szczęścia?
Chcę odpowiedzieć, ale brakuje mi słów. Przytulam Audrey do siebie, pochylam się nad jej twarzą i zaczynam ją całować. Słyszę, jak jej serce łomocze, i dociera do mnie, że schrzaniłem nasz ostatni wspólny dzień przed wyjazdem. Niechętnie zwalniam uścisk i ponownie uruchamiam samochód.
– Zmieniłem plany – wyjaśniam, zauważając jej pytające spojrzenie. – Wracamy do ciebie.
Blair
Unoszę dłoń i przesuwam ją po włosach. Gdy między gęstymi pasmami wyczuwam bliznę, wstrzymuję oddech. Zamykam powieki, ale to nic nie zmienia – i tak widzę tylko ciemność.
– Blair! Obiad! – słyszę głos babci i skrzypienie drewnianych stopni. Musiała stanąć na drugim, bo trzeci jest tak zniszczony, że zamiast chrobotu dobiegłby mnie stukot jej butów. Nosi je zawsze, nawet gdy jest gorąco. Wtedy zakłada sandały na drewnianej podeszwie, żebym wiedziała, gdzie się porusza.
Dziś jest chłodniej. Po burzy, która nocą nadciągnęła nad Southport, temperatura spadła o kilka stopni. Powietrze stało się rześkie, a aromat ziół rosnących wzdłuż werandy – intensywniejszy. Biorę głęboki oddech i wciągam w płuca zapach szałwii i majeranku. Dotykam palcem wypukłej szramy, a wspomnienia sprzed operacji wypełniają moje myśli. Chcę je przegonić, ale to nic nie daje. Obrazy przesuwają się w mojej głowie klatka po klatce, jak film wyświetlany przez projektor, który tata włączał, gdy byłam mała. Smutny wzrok babci, potem mleczne paznokcie Nancy i w końcu moje włosy opadające na szarą podłogę. Chwytam szczotkę i przeczesuję nią długie kosmyki. Podobno z biegiem czasu stały się jeszcze ciemniejsze i – tak jak zapewniała babcia – odrosły.
– Idę! – odpowiadam głośno i powtarzam to jeszcze raz. Upewniam się, że włosy są już idealnie gładkie, zbieram je w kucyk i spinam gumką, którą zawsze noszę na lewym nadgarstku.
Otwieram oczy. Znów ta przeklęta czerń.
– Blair? Zaraz wystygnie!
– Idę! – wołam pogodnym głosem i odwracam się w lewo. Robię dziewięć kroków, wyciągam przed siebie rękę i opuszkiem palca wyczuwam drzwi. Uśmiecham się delikatnie, uchylając je w głąb przedpokoju. – Chodź, Rico – zwracam się do kudłatego owczarka, który zawsze jest obok mnie. – Idziemy coś zjeść.
Czekam, aż ruszy pierwszy w kierunku schodów i trąci ogonem moją łydkę, po czym zaczynam iść przed siebie. Gdy siada tuż przed moimi stopami, unoszę rękę i kładę ją na barierce po mojej prawej stronie. Babcia nie lubi, gdy przesiaduję na piętrze, bo się boi, że schodząc, spadnę ze schodów, ale ja jestem ostrożna. Poza tym to tutaj znajduje się mój azyl – pokój, który należał do mamy i w którym spędzam czas, malując. Ma duże łóżko, biurko oraz balkon na tyle przestronny, że mogę postawić na nim sztalugę, stolik i dodatkowe płótna.
– Jesteś, kochanie – odzywa się do mnie, jakbym nadal była małą dziewczynką. – Ugotowałam kaszę oraz gulasz.
Schodzę z ostatniego stopnia i podchodzę do stołu ustawionego dokładnie na wprost. Gdy wróciłam ze szpitala, babcia za pieniądze z ubezpieczenia po śmierci rodziców przeprowadziła gruntowny remont. Dzięki temu poruszanie się po jej domu w ciemnościach stało się znośniejsze. Teraz, jedenaście lat później, mimo że nie widzę tego oczami, potrafię dostrzec, że budynek znów potrzebuje solidnej naprawy – drewniane podłogi są wytarte, meble mocno zniszczone, a dach podczas ulewy przecieka w kilku miejscach.
Odsuwam krzesło i siadam przy stole.
– Czuję – odpowiadam z uśmiechem i pociągam nosem, wdychając aromat mięsa i przypraw. – Zapach unosi się nawet na piętrze. – Kładę rękę na blat, odnajduję widelec i chwytam w dłoń. – Mamy dziś jakieś święto? – pytam, wskazując palcem na talerz. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jedliśmy takie pyszności.
Nabieram odrobinę. Rico kładzie się przy moich stopach, czekając na swoją kolej.
– Udało mi się sprzedać kilka rzeczy – oznajmia zmęczonym głosem, przesuwając w moją stronę szklankę z kompotem.
– „Kilka rzeczy”? – Unoszę ze zdziwieniem brew. – Chyba nie mówisz o klaserach dziadka? To była pamiątka – wyduszam z trudem. – Dziadek zbierał te monety od dziecka.
– Nie miałam wyjścia, Blair – mówi, kładąc przed Rico miskę z jedzeniem, siada naprzeciwko mnie i przysuwa krzesło. – Opłaty nas wykańczają, a koszty życia wciąż rosną. Poza tym potrzebujesz nowych ubrań, a pralka znów się zepsuła. Obawiam się, że tym razem naprawa nic nie da i muszę kupić nową.
Przełykam odrobinę. Mam wrażenie, że kawałek mięsa staje mi w gardle. Pieniądze… te przeklęte pieniądze, które nieustannie spędzają nam sen z powiek.
– Pójdę do sklepu sprawdzić, czy sprzedał się któryś z obrazów – proponuję. – Może wpadnie choć kilka dolarów.
Babcia bierze głęboki oddech i odkłada sztućce.
– Co ja bym bez ciebie zrobiła, Blair?
– Na pewno nie miałabyś tylu problemów – rzucam, po czym szybko dodaję: – Przepraszam, obiecałam, że więcej tak nie powiem. – Spuszczam głowę i zanurzam widelec w jedzeniu.
– Mam nadzieję. Dobrze wiesz, że jesteś moją największą radością, Blair. Nigdy nie pomyślałam w ten sposób.
– Wiem. – Wkładam do ust kolejną porcję i popijam ją kompotem. – Byłaś rano u pana Walkera? – zagaduję po chwili milczenia.
Babcia poprawia się na krześle – słyszę szelest jej spódnicy i uderzenie bransoletki o blat.
– Zaniosłam mu zakupy i zrobiłam pranie.
– Jak się miewa?
– Całkiem nieźle. Rokowania lekarzy są obiecujące. Po południu przylatuje jego wnuk.
– A syn? – dopytuję, unosząc szklankę do ust.
– Podobno nie dał rady. – Odchrząkuje znacząco.
Uśmiecham się smutno, mieszając widelcem w talerzu.
– Dalej się na ciebie gniewa?
– Kto?
– Nasz sąsiad. Podobno nieźle się zdenerwował, gdy dotarła do niego wiadomość, że powiadomiłaś o jego chorobie rodzinę.
– Nadal udaje nadąsanego, ale domyślam się, że to tylko przykrywka. Wiem, jaki Ethan bywa uparty i że wstydzi się prosić o pomoc nawet w obliczu choroby. – Wzdycha.
Kiwam głową. Kończę obiad, wstaję od stołu i podnoszę talerz.
– Było pyszne. Pozmywam. – Powolnym krokiem podchodzę do zlewu i wkładam do niego naczynia. Odkręcam wodę. – Umówiłam się z Allie i Ronem, że pójdziemy na plażę. Po drodze wstąpię do sklepu – mówię, szorując naczynia. – Wrócę wieczorem. Masz coś przeciwko? – pytam, nalewając na gąbkę kolejną porcję płynu.
– Skądże, tylko weźcie ze sobą Rico.
– Jak zawsze – odpowiadam. Kończę zmywanie, przecieram blat i wkładam do lodówki resztki jedzenia.
Wracam do pokoju mamy, biorę z łóżka komórkę i wsuwam ją do kieszeni dżinsów.
– Gotowy na małą wycieczkę? – pytam, drapiąc za uchem owczarka, który jak zwykle siedzi obok mojej nogi. Gdy odpowiada mi szczeknięciem, uśmiecham się do siebie.
Zastanawiam się, co bym zrobiła, gdyby nie jego obecność. Jak przetrwałabym powrót ze szpitala do domu, rozpacz, która mi wtedy towarzyszyła, oraz pierwsze nieudolne próby poruszania się w ciemności. Myślę o panu Walkerze, który podarował mi Rico, i odczuwam żal, że musi zmierzyć się z chorobą, z którą ja walczyłam kilka lat temu.
Podchodzę do okna i zamykam je na wypadek kolejnej burzy. Z piętra roztacza się widok, którego nie mogę zobaczyć. Zaciskam usta, przełykając gorycz w gardle.
– Idziemy? – zwracam się do psa.
Schodzę po schodach i skręcam w prawo. Jestem już na końcu korytarza, gdy dociera do mnie głos babci.
– Blair! Nie zapomnij o lasce!
Przystaję i mocno zaciskam usta. Wysuwam rękę w stronę rogu, gdzie laska stoi oparta o ścianę, ale natychmiast ją cofam. Tak bardzo nie chcę zwracać na siebie uwagi i coraz częściej łapię się na tym, że robię wszystko, aby nie odstawać od znajomych. Wsłuchuję się w odgłosy, które mnie otaczają, i gdy słyszę muzykę dobiegającą z radia, wychodzę na zewnątrz tak cicho, jak się da. Kucam przed Rico i przypinam mu smycz do obroży. Przed bramą zatrzymuje się samochód.
– Hejka, Blair! – woła moja przyjaciółka zapewne zza uchylonego okna. – Ron pomoże ci wsiąść!
Silnik gaśnie, a drzwi auta się otwierają. Wstaję i razem z Rico idę równą alejką, która prowadzi od drzwi domu do furtki.
– Cześć – odzywa się chłopak Allie. Przystaję w połowie chodnika. – Jak się masz, Rico? – Klepie owczarka po grzbiecie. – Gotowi?
– Pewnie. Gdzie jedziemy? – pytam, pozwalając mu chwycić mnie pod rękę, choć doskonale umiem poruszać się po okolicy sama.
– Nad rzekę. Mamy kiełbaski i piwo. Rozpalimy ognisko.
– Świetnie. – Gdy dochodzimy do samochodu, z pomocą Rona wsiadam do środka. – Jak się masz, Matt? – zagaduję.
Rozlega się chichot mojej przyjaciółki.
– Do jasnej cholery, Blair, skąd wiedziałaś, że siedzę obok? – odzywa się chłopak po mojej prawej stronie.
– Niezła jest, prawda? – stwierdza Allie.
– Nie ma sobie równych – odpowiada pewnie. – No więc: jak się zorientowałaś?
Rico kładzie głowę na moich trampkach.
– To proste. – Unoszę i opuszczam ramię. – Słyszę, jak oddychasz i zaciskasz usta, żeby się nie roześmiać. No i twój zapach. – Chichoczę. – Tylko ty pachniesz smarami.
– Wziąłem kąpiel! – protestuje głośno mój kumpel, a w samochodzie rozlega się gromki śmiech.
– Jasne – kpi z niego Ron. – Chyba tydzień temu.
– Nie wiem, co ja tu z wami robię – mówi wyraźnie wzburzony Matt i rozsiada się wygodniej.
Wpycha nogę pod siedzenie – wiem, bo dobiega mnie odgłos przesuwanego buta.
Odwracam się w stronę okna. Mimo że nie widzę, dobrze zdaję sobie sprawę z tego, gdzie jesteśmy. Właśnie minęliśmy skrzyżowanie z Brown Street, bo tuż za nim w jezdni jest dziura, o którą zahaczył kiedyś Ron. Zaraz droga lekko się wzniesie, a gdy stanie się nierówna, miniemy warsztat ojca Matta, a potem sklep.
Sklep – powtarzam w myślach.
– Możemy wpaść do Sama? – rzucam nagle i pochylam się w stronę siedzenia pasażera.
– Mamy wszystko, Blair – zapewnia mnie Allie.
– Świetnie, ale chciałam sprawdzić, czy przyszły moje farby i – dodaję już bez entuzjazmu – czy sprzedał się któryś z obrazów.
– Nadal malujesz? – zagaduje mnie Matt.
– Nie przestaję. – Czuję, jak auto spowalnia i skręca na parking. Ron najeżdża przodem na krawężnik, więc wiem, że zatrzymał samochód prawie przy samych drzwiach. Odpinam pas i uprzedzając przyjaciół, mówię: – Poradzę sobie.
Allie głośno wzdycha, ale nie protestuje.
Wychodzę na zewnątrz, a gdy Rico wyskakuje z auta, zamykam drzwi. Ostrożnie podchodzę do wejścia. Pod stopami czuję metalową kratkę ściekową i – pewna, że zaraz się skończy – wyciągam przed siebie dłoń.
– Bingo! – szepczę, gdy odnajduję drzwi. Popycham je, a w środku rozlega się dźwięk dzwonków zawieszonych nad futryną.
Idę ostrożnie przed siebie. Wiem, że po lewej stronie są płyny do samochodu, a po prawej akcesoria do rowerów. Zastanawiam się, czy w sklepie jest coś, czego nie można kupić, i zaczynam w to wątpić. Zatrzymuję się, gdy Rico trąca mnie pyskiem.
– Cześć, Blair! – Z zaplecza wychodzi Sam. Musi być mocno zbudowany i mieć sporą nadwagę, bo jego stąpnięcia są ciężkie i zawsze z trudem oddycha. Odszukuję dłońmi ladę, przybliżam się i opieram na niej przedramiona. – Przyszłaś po farby?
– Dotarły?
– Jeszcze nie, ale wpadnij jutro albo pojutrze. Powinny już być.
– A moje obrazy? – pytam z nadzieją i lekko zaciskam usta.
– Przykro mi, Blair, ale na razie nic nie sprzedałem – odpowiada, a ja wyobrażam sobie, jak rozkłada ręce w bezradnym geście.
– Jasne – mówię po chwili cienkim głosem.
– Podać ci coś? – pyta, bo wciąż stoję oparta o ladę.
– Tak. – Wsuwam dłoń do kieszeni i uświadamiam sobie, że drobne, które mam przy sobie, nie starczą nawet na paczkę chipsów. – Albo nie. Dzięki. Zajrzę jutro.
Odwracam się i przełykam gulę w gardle.
– Zapraszam – słyszę za sobą jego głęboki głos.
Rico ciągnie mnie w stronę drzwi, jakby czuł, że chcę jak najszybciej wyjść na zewnątrz. Kiedy opuszczam sklep, przystaję i biorę głęboki oddech.
– Blair, wszystko w porządku?
Odwracam twarz w stronę, z której dochodzi głos.
– Pomogę ci wsiąść…
– Umiem sobie radzić sama – mówię do Allie niezbyt przyjaznym tonem.
– Wiem, ale musisz w końcu zrozumieć, że się o ciebie martwimy. – Chwyta moją dłoń. – Powiesz mi, co się stało? Masz wypisany na twarzy taki smutek, Blair…
– Znowu nic. – Obejmuję ramiona dłońmi. – Od miesiąca nie sprzedał się żaden obraz – wyrzucam z siebie jednym tchem.
– Przykro mi. Southport to niezbyt bogate miasteczko. Myśleliśmy z Ronem, jak ci pomóc, i może moglibyśmy spróbować wystawić twoje prace na eBayu.
– Zastanawiałam się nad tym, ale żeby móc nimi handlować na większą skalę, zapewne muszę mieć działalność, a nie stać mnie na takie opłaty.
– Niekoniecznie, ale możemy to sprawdzić. Blair? – Zwilżam usta. – Jestem pewna, że w przyszłości zostaniesz znaną malarką i odniesiesz wielki sukces, tylko droga do niego często bywa wyboista i kręta. Musisz pamiętać, aby nie bać się nią iść.
Unoszę kąciki ust w słabym uśmiechu.
– To takie trudne – mówię cicho.
– Wiem, ale masz już wprawę we wspinaniu się na góry – dopowiada, chwytając moją rękę. – Chodźmy do auta. Jestem pewna, że z chłopakami szybko poprawimy ci humor.
– Jasne – odpowiadam, kierując się do samochodu.
Allie otwiera mi drzwi. Wsiadam i opieram głowę o szybę. Zamykam oczy.
– Ej, Blair, nie śpimy! – Matt się śmieje i trąca mnie palcem w żebro.
Odwracam twarz w jego stronę.
– Nie miałam takiego zamiaru. Dobrze wiem, że przy was to niemożliwe. – Uśmiecham się.
– No w końcu, Blair – komentuje z entuzjazmem moja przyjaciółka. – Jesteś taka śliczna, ale gdy się uśmiechasz, wyglądasz jeszcze piękniej.
– Gadasz głupoty – stwierdzam speszona, nerwowo zaciskając wargi. – Jestem pewna, że żadna ze mnie piękność.
– Ja potwierdzam to, co mówi Allie – wtrąca natychmiast Matt.
– Ja również – dodaje Ron i przekręca stacyjkę. Mija chwila, zanim silnik przestaje gruchotać. – Chyba będę musiał oddać go do twojego starszego na warsztat. – Wzdycha, wycofuje i ustawia samochód przodem do drogi.
Skręcamy w lewo i wiem, że dzielą nas już tylko trzy minuty od miejsca, w którym zwykle przesiadujemy. Co prawda rzeka, która tamtędy przepływa, nie jest zbyt ciepła, ale miejsce idealnie nadaje się do odpoczynku. Rośnie tam wiele drzew dających w gorące dni odrobinę cienia, a brzeg jest płaski, więc chodzenie nie sprawia mi trudności.
Poprawiam się na fotelu, bo auto skręca i przez chwilę jedzie po pochyłej drodze. Gdy zatrzymujemy się na polanie, teren jest już równy.
– Okej. – Ron gasi samochód. – Ja wyciągam leżaki, a ty, Matt, zabierz koc i torbę z jedzeniem – zarządza.
Wychodzimy na zewnątrz. Powietrze jest rześkie, a wkoło unoszą się zapachy mokrej trawy i deszczu.
– Chodź, Rico – mówię i zamykam za sobą drzwi.
Allie jest już obok mnie. Nagle wśród tej świeżości wyczuwam zapach jej perfum.
– Zostawmy chłopaków i przejdźmy się – zagaduje, biorąc mnie pod rękę. Gdy oddalamy się na tyle, że na pewno nas nie słyszą, Allie przystaje. Milczy, a ja, choć się staram, nie potrafię odgadnąć dlaczego. – Co myślisz o Matcie? – wypala po chwili.
Zaskoczona marszczę brwi i zagryzam wargę.
– Nie rozumiem, dlaczego pytasz – odpowiadam pewnie. – Przecież to oczywiste, że go lubię, tak samo jak ciebie i Rona – dodaję, nie mając pojęcia, do czego zmierza moja przyjaciółka.
– A nie myślałaś czasem, że czujesz coś więcej? – dopytuje uparcie, rozluźniając uścisk.
– Skąd ci to przyszło do głowy? – pytam zaskoczona. – Matt jest dla mnie jak starszy brat. Jeśli chodzi ci o to, czy jestem w nim zakochana, to nie.
Allie głośno wzdycha i kładzie dłoń na moim ramieniu. Wyobrażam sobie, jak jej twarz wykrzywia się w grymasie.
– Szkoda, Blair, bo bardzo mu się podobasz – mówi z rozczarowaniem, gładząc moją skórę. – Jeśli jednak zmienisz zdanie i będziesz chciała, żeby było między wami coś więcej, to…
– Nic z tego, Allie – wchodzę jej w słowo i nerwowo zagryzam wargę. – To niemożliwe – mówię uparcie.
– Dlaczego? – pyta zdziwiona.
– Bo nie chcę psuć tej przyjaźni, która jest między nami.
– A nie możesz chociaż spróbować?
Kręcę uparcie głową, przestępując z nogi na nogę.
– Wiesz, że nie mam żadnego doświadczenia w tych sprawach, ale uważam, że pomiędzy dwojgiem ludzi powinno być uczucie i że bez niego związek nie ma sensu. Jeśli zacznę spotykać się z Mattem na siłę, żadne z nas nie będzie szczęśliwe. – Biorę głęboki oddech i ze świstem wypuszczam powietrze. Myślę, że niedługo w okolicy uniesie się zapach palonego drewna i chleba. Odwracam twarz w kierunku, z którego przyszłyśmy. – Wiem, że przez moje kalectwo – mówię półgłosem – może nigdy nie zakocham się z wzajemnością, ale chcę chociaż mieć tę możliwość.
Wsuwam dłonie w tylne kieszenie spodni.
– Nie myśl o sobie w ten sposób – protestuje natychmiast Allie. – Jesteś piękna, wrażliwa i masz dobre serce. Chciałabym, żebyś zaznała szczęścia u boku kogoś, kto to doceni, dlatego napomknęłam ci o Matcie. Oczywiście to twoje życie, Blair, zrobisz, jak zechcesz.
– Jasne. – Czuję, że Rico zaczyna się niecierpliwić. Kucam i odpinam mu smycz, żeby mógł swobodnie pobiegać. – Leć. – Klepię go delikatnie po grzbiecie. – Wracamy?
Gdy zbliżamy się do chłopaków, dobiega mnie trzask ognia i skwierczenie przypiekanej kiełbasy zagłuszane raz po raz szumem rzeki. Od ogniska bije przyjemne ciepło i przez chwilę mam wrażenie, że delikatne podmuchy wiatru zniknęły bez śladu.
– Po lewej jest koc – instruuje mnie Allie.
Siadam ostrożnie na jego skraju, ściągam trampki i wyciągam przed siebie nogi. Podchodzi Matt i wkłada mi w dłoń butelkę piwa.
– Cytrynowe.
– Dzięki – mówię, odwracając się w stronę Allie.
– Za wakacje. Żebyśmy zapamiętały je na zawsze! – Przyjaciółka stuka flaszką o moją.
Wypijam odrobinę i marszczę nos. Allie chichocze.
– No co? Wiesz dobrze, że nie przepadam za alkoholem – tłumaczę.
Upijam jeszcze odrobinę i zamykam oczy. Zastanawiam się, czy to możliwe, że podobam się Mattowi. Czy przegapiłam jakiś sygnał świadczący o tym, że nie jestem mu obojętna? Stwierdzam jednak, że gdyby nie Allie, nie miałabym o tym pojęcia. Może to nawet lepiej – dumam, mając nadzieję, że nasze relacje pozostaną na przyjacielskiej stopie, a on nie będzie chciał ich zmienić.
– Myślałaś o mojej propozycji? – Przyjaciółka wyrywa mnie z zamyślenia.
Odwracam się w jej stronę i wbijam butelkę głęboko w piasek.
– „Propozycji”? – Zagryzam wargę, nie rozumiejąc, co ma na myśli.
– Tydzień u mojej ciotki w New Bern.
– A tak. – Przypominam sobie, że niedawno Allie zaproponowała mi, żebym pojechała z nią na kilka dni. – Zastanawiałam się nad nią i chyba jednak zostanę z babcią – odpowiadam, choć tak naprawdę wiele bym dała, żeby wyrwać się z Southport. Gdyby nie to, że ostatnie pieniądze wydałam na farby i pędzle, napomknęłabym babci o wyjeździe i jestem pewna, że by się zgodziła. Wiedząc, jak krucho u nas z kasą, nawet nie wspominam o tym pomyśle. – Może innym razem.
– Nie chcesz się z nią rozstawać? – Ton jej głosu przygasa.
– Od śmierci rodziców zawsze jesteśmy razem. Chyba nie jestem jeszcze gotowa, żeby to zmienić – kłamię.
– W takim razie mam nadzieję, że wyciągnę cię następnym razem – zapowiada. Słyszę, jak unosi butelkę do ust. Po chwili się krztusi i wylewa odrobinę. – Kurwa – przeklina pod nosem. – Będę cuchnąć na milę. – Śmieje się.
Ktoś się przysiada i po chwili wiem, że to Ron, bo jego ubrania zawsze pachną tak samo. Mam wrażenie, że on i Allie specjalnie używają mocniejszych perfum, żebym mogła bez trudu rozpoznawać ich obecność.
– Daj, zaraz coś z tym zrobię – mówi.
Moja przyjaciółka zaczyna chichotać, a ja siadam speszona i odwracam głowę w przeciwną stronę. Wiem, jak to się skończy, i nie mylę się, bo zaraz słyszę, że zaczynają się lizać. Wciągam głęboko powietrze, Allie pojękuje, a wzdłuż mojego kręgosłupa przechodzą ciarki. Powinnam odejść i zostawić ich samych, ale nie potrafię. Coś mnie blokuje i nie wiem, czy to strach, że zostanę z Mattem sam na sam, a on zechce zmienić naszą relację na bardziej zażyłą, czy ciekawość, jak daleko się posuną, wiedząc, że jestem obok.
Wypijam kolejny łyk i zaczynam skubać naklejkę na szkle, wsłuchując się w odgłosy, które wydaje. Nieznane ciepło zaczyna rozpalać mnie od środka, a w podbrzuszu rośnie napięcie.
– Rico! – wołam oszołomiona. Gdy przybiega i trąca pyskiem moją nogę, wstaję. Powoli podchodzę do ogniska. Unoszę ręce i rozwiązuję włosy.
Matt staje obok mnie.
– Chyba kogoś zaczyna ponosić – odzywa się, jakby czytał w moich myślach, a w jego głosie słyszę tę samą wesołą nutę co zawsze.
– Jest aż tak ostro? – pytam z zaciekawieniem i głośno przełykam ślinę. Czuję, że moje policzki płoną, a koszulka zaczyna lepić się do pleców.
– Nie. – Śmieje się. – Na razie się macają. Ron wsadza Allie ręce pod bluzkę i zaczyna bawić się jej piersiami, a ona majstruje przy jego dżinsach. Podejrzewam, że zaraz się zmyją.
Kiwam głową, krzyżując ręce. Moje sutki twardnieją i jestem pewna, że widać je przez T-shirt. Zwiększam uścisk i zagryzam usta. Do cholery, co się ze mną dzieje?
– Jak chleb? – pytam, zmieniając temat, choć moje myśli dalej błądzą wokół tego, co się dzieje w pobliżu.
– Prawie gotowy. Kiełbaski też. Będziemy czekać, aż się od siebie odkleją, czy zjemy sami?
– To może potrwać?
– Tak myślę. – Śmieje się, a ja wyobrażam sobie jego uśmiech.
Pomaga mi usiąść na leżaku i włącza radio. Z głośnika, który zabrał Ron, leci jakaś romantyczna piosenka. Jeszcze tego mi brakowało.
– Chcesz sos czosnkowy, ketchup? – pyta, przeczesując torbę z jedzeniem.
Kręcę głową.
– Dzięki. Wolę bez. – Poprawiam się, aby znaleźć wygodniejszą pozycję.
Matt podchodzi i podnosi oparcie za moimi plecami. Obejmuje moją dłoń i wkłada mi do niej talerz.
– Proszę, Blair. Jak będziesz chciała dokładkę, mów śmiało. – Kiwam głową, kładąc plastikowe naczynie na kolana. Rico podchodzi i trąca mnie pyskiem. – Dla ciebie też mam – zwraca się do psa. Słyszę, jak kieruje się w stronę ogniska, i biorę głęboki oddech.
– Myślałeś o tym, co będziesz robił po studiach? – pytam, gdy ścisza muzykę. – Zostajesz w Southport czy zamierzasz wyjechać?
Siada obok i klepie dłonią w kolano. Rico, który siedział po mojej prawej stronie, wstaje.
– To zależy. – Rwie kiełbasę na kawałki, a pękająca skorupka wydaje charakterystyczny dźwięk. – Wcinaj, stary – mówi do owczarka.
– Zależy od czego? – dopytuję, próbując pieczonego chleba.
– Od ciebie.
– Nie rozumiem. – Odkładam na talerz nadgryziony kawałek.
– Naprawdę tego nie wiesz, Blair? – pyta półgłosem.
– Nie wiem, o czym mówisz. – Przełykam ślinę. Chyba nie umiem udawać i jestem pewna, że Matt to wyczuwa.
Przysuwa się bliżej i odgarnia włosy z mojej twarzy. Wstrzymuję oddech i zamykam oczy.
– Wiesz dobrze, Blair. – Ścisza głos. – Prosiłem Allie, żeby z tobą pogadała. Musisz wiedzieć.
– Matt – szepczę zmieszana. – Proszę, nie psujmy tego, co jest między nami. To się nie uda.
– Nic do mnie nie czujesz?
– Lubię cię.
– I?
– I lubię spędzać z tobą czas.
– Ale to wszystko, tak? – odzywa się po chwili.
– Tak – szepczę. – Chyba tak. Przykro mi, Matt.
Zagryzam wargę, gdy przesuwa kciukiem po moim policzku i chowa za uchem jeszcze jedno pasmo włosów.
– Jasne, Blair. Sorry, po prostu pomyślałem… Nieważne. – Odsuwa się.
– Nie ma sprawy – odpowiadam i zwilżam wargi.
Gdybym widziała, mogłabym chociaż odwrócić wzrok, zacisnąć oczy, żeby wokół mnie zrobiła się ciemność, ale ona otacza mnie cały czas i nawet jeśli próbuję uciec myślami w nieznane, to nic to nie daje, bo wokół jest tylko cholerna czerń. Nic więcej.
– Sprawdzę, jaka jest woda. Odłożysz? – Podnoszę talerz i kieruję dłoń w stronę, po której siedział. Gdy go ode mnie zabiera, wstaję. – Zaraz wrócę.
Podchodzę do miejsca, z którego dobiega szum. Mam pewność, że jestem przy samym brzegu, więc siadam i wsuwam stopy do wody. Jest zimna, ale potrzebuję ochłody, żeby uspokoić emocje. Zamykam oczy i otulam się ramionami. Czy ja naprawdę nie dostrzegałam, że Matt widzi we mnie kogoś więcej niż przyjaciółkę? Zastanawiam się nad tym, rozkładając na czynniki pierwsze naszą relację. Owszem, zawsze mogę liczyć na jego pomoc, a gdy wychodzimy we czwórkę, jest najbliżej mnie, ale uważałam, że to normalne, skoro oboje nie mamy pary.
Oddycham głęboko, próbując sobie wyobrazić, że całuję się z Mattem albo że zaczynamy się dotykać tak jak Allie i Ron. Na tę myśl zaciskam palce i wbijam paznokcie w skórę.
– Nie, to nie przejdzie – burczę pod nosem kolejny raz, wciągając powietrze unoszące się nad wodą.
Babcia pewnie byłaby zachwycona, gdybyśmy byli razem – dumam. Student z dobrego domu, w dodatku przystojny, co zawsze podkreśla Allie. Nie zliczę, ile razy mnie ratował, gdy musiałam stawić się w klinice na badania albo gdy trzeba było naprawić zlew czy płot.
Rozluźniam dłonie i unoszę głowę. Słyszę, że ktoś się zbliża.
– Zaraz ostygnie. – Matt siada obok i kładzie na moich kolanach talerz. – Nie chcę, żebyś czuła się źle z tym, co ci powiedziałem.
– Tak nie jest – kłamię. – Nie wracajmy do tego – dodaję szeptem. Czuję, że odwraca się w moją stronę.
– Nigdy więcej tego nie zrobię, ale pod warunkiem, że mi coś obiecasz.
Wrzuca kamyk do wody. Zimne krople rozpryskują się na wszystkie strony i opadają na moje łydki.
– Co takiego? – Unoszę pytająco brew, zastanawiając się, do czego zmierza Matt.
– Zachowasz ostrożność i nie dasz się zbałamucić komuś, kto będzie chciał cię wykorzystać.
Logan
Kiedy po kilkunastu godzinach docieram wreszcie do celu podróży, za oknem powoli robi się ciemno. Słońce coraz mocniej chyli się ku ziemi, a na niebie pojawiają się pierwsze granatowe pasma zwiastujące nadejście nocy. Rozsiadam się na tylnym siedzeniu taksówki i patrzę przez szybę. Niebieska tabliczka z napisem „Witamy w Southport” znika z pola mojego widzenia.
