My Darling Arrow - Saffron A. Kent - ebook

My Darling Arrow ebook

Saffron A. Kent

4,3

Opis

Salem Salinger bardzo narozrabiała, za co została wysłana do szkoły dla nastolatek sprawiających problemy wychowawcze. Dziewczyna ma sekret: za kłopoty, w których się znalazła, odpowiedzialny jest pewien chłopak.
Arrow Carlisle to najgorętszy chłopak, jakiego widziała. Salem zawsze podziwiała go z daleka. Uwielbienie dla niego wyrażała w listach. Wiedziała jednak, że ta miłość zawsze będzie platoniczna. W końcu to syn dyrektorki szkoły, który – co gorsza – chodzi z siostrą Salem.
Jednak kiedy Arrow wraca do rodzinnego miasteczka, żeby zrobić sobie przerwę w karierze sportowej, Salem widzi go nie ze swoją siostrą, tylko z inną dziewczyną.
Musi jak najszybciej przestać o nim myśleć, zapomnieć na zawsze, a przede wszystkim nie pisać do niego listów, których on i tak nigdy nie przeczyta. Prawda?
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        Opis pochodzi od wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 481

Rok wydania: 2022

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (113 oceny)
65
27
12
7
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Jagulka12

Nie oderwiesz się od lektury

O matko co to była za książka 🙉 myślałam, że to będzie lekka młodzieża książka a dostałam niezwykle wciagaja historie dla której zerwałam nockę. Powieść o w pewnym sensie zakazanej miłości, pełnej emocji od której ciężko się oderwać. Z wielką przyjemnością przeczytam następna część
31
wissienka

Nie oderwiesz się od lektury

cos w tej książce
20
Anna-Malgorzata

Całkiem niezła

Książka podobała mi się mniej więcej do połowy. A później? Później nastała erotyczna monotonia. Wszystko sprowadzało się do jednego tematu, który stanowił właściwie jedyną fabułę. Ja jednak, zamiast czytania o seksualnych wyczynach połączonych z rozmowami tak prymitywnymi, że aż śmiesznymi, wolałabym dowiedzieć się czegoś więcej o bohaterach – zwłaszcza o historii Arrowa. Naprawdę, nie mam nic przeciwko erotyce. Dobrze przedstawiona i wkomponowana w perypetie postaci potrafi być atutem – lecz tu z pewnością nim nie była. Takie jej przedstawienie absolutnie nie trafia w mój gust. Na szczęście przez kilka końcowych rozdziałów mogłam od niej odpocząć, co ostatecznie wybroniło książkę od otrzymania niższej oceny. I druga sprawa – opisy wyglądu czy charakteru są istotne, co raz można je przypomnieć, ale nie za często i w miarę możliwości – innymi słowami. Tu jednak natrafiłam na przedziwne upodobanie autorki do dwóch nazbyt chętnie powtarzanych wyrażeń: „muśniętych słońcem włosów” Arrowa i ...
21
AgaWiktoria

Całkiem niezła

Ogólnie fajna, dobrze i szybko się czyta, ale były rzeczy dla bardzo denerwujące. Co chwile w dialogu „co lub co takiego” 🙄 niekiedy trywialne i nachalne zachowanie bohaterki i jak dla mnie za dużo opisów. To są moje ale… mino to książka dość przyjemna
10
MizzuAyo
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

Pierwszy raz mam dość mieszane uczucia odnośnie książki. Na samym początku zgodzę się z tym, że za dużo jest tutaj przemyśleń głównej bohaterki. Właśnie dlatego większość z nich ominęłam podczas czytania. Jest tutaj także wiele faktorów, które mnie irytowały. Główna bohaterka ma chyba obsesje na punkcie głównego. W niektórych momentach już mnie to irytowało. Powód dla którego znalazła się w szkole dla trudnej młodzieży jest również głupi.. sorry, ale za kradzież takiej małej sumy? Dziewczyna mogła iść do pracy i w przeciągu miesiąca oddać pieniądze. Salem nie miała łatwego życia. Tym bardziej z taką siostrą. To co jej powiedziała podczas wspólnej kolacji nawet mnie zabolało. Dlatego nie jest mi jej szkoda. Zasłużyła na wszystko. Nie rozumiem dlaczego Salem była taka dobra dla niej. Niektóre jej decyzje były naprawdę nielogiczne. Arrow to po prostu zagubiony dupek. Nie wiem, czy potrafiłabym mu wybaczyć. Są pewne granice, których nie powinno się przekraczać. Naprawdę nie potrafi...
11

Popularność




Tytuł oryginału

My Darling Arrow

Copyright ©  2020 by Saffron Kent

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne

Oświęcim 2022

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Magdalena Magiera

Korekta:

Magdalena Mieczkowska

Joanna Boguszewska

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8320-334-8

Od autorki

Sezon zasadniczy Major League Soccer (MLS)1 kończy się w październiku, jednak dla celów fabuły nieco zmodyfikowałam ligowy harmonogram.

Nieodwzajemniona miłość:

Gdy osoba, którą kochasz, nie kocha ciebie.

Miłość skazana na klęskę:

Odmiana nieodwzajemnionej miłości. Gdy osoba,

którą kochasz, kocha kogoś innego.

Rozdział 1

Niektóre dziewczyny rodzą się idealne.

Mają idealne włosy, idealne oczy, idealną skórę.

Mają idealne oceny i wysokie ambicje. Są popularne i podziwiane. Są uwielbiane i czczone. I kochane.

Ja do nich nie należę.

To pierwsza rzecz, jaką trzeba o mnie wiedzieć: nie jestem idealna.

Mam wady. Wiele, wiele wad.

Nie mam idealnych ocen. Nie mam wysokich ambicji.

Nie czaję, dlaczego świat miałby się zawalić, gdyby suma kątów w trójkącie nie wynosiła sto osiemdziesiąt stopni. Albo dlaczego, rozmawiając o sercu, ograniczamy je do mięśnia z czterema komorami, którego jedynym celem jest pompowanie krwi do całego ciała.

Zdecydowanie nie jestem popularna i mam coś, co nazywają wiedźmowymi oczami.

A przynajmniej ja tak to nazywam.

Moje oczy są złote i w kącikach wyginają się ku górze, przez co wyglądają trochę kocio, wiedźmowato. Naprawdę poetycko się składa, bo imię również mam wiedźmowate.

Salem.

Salem Salinger, a drugie, co trzeba o mnie wiedzieć, to to, że oprócz wiedźmowatych oczu i wiedźmowatego imienia mam też wiedźmowate serce.

To znaczy moje serce ma swoje sekrety.

Wręcz pęka od sekretów. Mam równie wiele sekretów, co wad. I właśnie dlatego zrobiłam to, co zrobiłam.

Przez to tu wylądowałam.

Przez ten maleńki, zupełnie nieważny występek skończyłam w Szkole dla Trudnych Nastolatek w St. Mary’s – poprawczaku dla dziewcząt.

Tyle że teraz już nie mówi się „poprawczak”.

To już nie lata pięćdziesiąte czy tam sześćdziesiąte. Dziś takie placówki wszyscy nazywają szkołami terapeutycznymi. Bo oni wierzą w terapię. I w poprawę, i w przemianę. Wierzą, że przyuczą nas do roli produktywnych członkiń społeczeństwa.

Jakich „nas”?

Nas, czyli złych i beznadziejnych dziewczyn.

Nas, czyli dziewczyn, które łamią zasady i kochają się buntować. Nie lubimy szkół ani lekcji. Wpadamy więc w kłopoty z rówieśnikami i nauczycielami. Czasami wywalają nas z wielu szkół po wiele razy, aż w końcu nasi rodzice albo opiekunowie muszą sięgnąć po drastyczne środki.

Niektóre z nas łamią też prawo. Teoretycznie rzecz biorąc, ja je złamałam.

To znaczy pojawiło się kilku gliniarzy. Nie skuli mnie ani nic takiego, ale musiałam jechać radiowozem na posterunek. Ale zarzutów nikt nie postawił. Zamiast tego wysłali mnie do St. Mary’s.

Jestem tu ledwie tydzień, a już mam tyły. To znaczy w zadanych pracach.

Boże jedyny, te prace, te zadania domowe.

Traktują to tu bardzo restrykcyjnie.

Więc jeśli chcę nadgonić, to nie powinnam zasypiać na lekcjach.

Ale jest piątkowe popołudnie, trygonometria, no i przecież nie załapię w magiczny sposób tych wszystkich trójkątów i tangensów tylko dlatego, że zacznę uważać przez ostatni kwadrans.

Szczerze mówiąc, nie sądzę, by którakolwiek z nas uważała, choć wszystkie jesteśmy cicho i gapimy się w tablicę.

W pomalowanej na beżowo betonowej salce, w której siedzę z tyłu, jest oprócz mnie z piętnaście dziewczyn.

Wszystkie garbimy się nad twardymi, drewnianymi ławkami, podpierając brody na dłoniach.

Wszystkie mamy ciasne warkocze opadające na plecy albo na ramiona, z końcówkami związanymi gumkami barwy musztardy. Wszystkie mamy na sobie wykrochmalone białe bluzeczki i musztardowe spódnice do kolan. Ja do tego gruby czarny sweter, bo lubię ciepełko, a w St. Mary’s zawsze jest jak w zimie.

Mundurek dopełniają białe podkolanówki i wypolerowane czarne trzewiki.

Leżą przed nami otwarte zeszyty, nasze tyłki spoczywają na krzesłach, które są równie twarde i drewniane jak ławki.

Od czas do czasu krzywimy się i zmieniamy pozycje, bo jak mniemam, drewno wbija się nam w różne części ciała.

Przynajmniej mi się wbija.

Więc powinno być trudno zasnąć, prawda? Tak samo z bujaniem w obłokach.

Ja jednak robię jedno i drugie, ale nagle słyszę jakiś dźwięk.

– Psst…

Dochodzi gdzieś z prawej. Powoli obracam głowę i zauważam, że sąsiadka z rzędu obok próbuje zwrócić moją uwagę.

Widziałam już tę dziewczynę.

Widziałam ją na kampusie, na stołówce i w internacie, w którym wszystkie śpimy, ale nigdy z nią nie rozmawiałam.

Bo ze mną nikt tu nie rozmawia.

Usilnie chciałam sprawić, żeby ktoś ze mną porozmawiał, uśmiechnął się albo choć odmachał na moje machanie, ale nic z tego. Moja współlokatorka, Elanor, nawet się ze mną nie wita.

Tak więc nie wiem, czego sąsiadka z rzędu obok, blondynka, ode mnie chce. Gdy tylko nasze spojrzenia się spotykają, wskazuje na coś głową.

Przygryzam wargę i patrzę w tamtym kierunku.

Kawałek papieru.

Leży na krawędzi mojej ławki, złożony podwójnie w mały kwadrat.

Przez moment nie mogę zrozumieć, co ta karteczka tam robi. Zdezorientowana spoglądam ponownie na dziewczynę. Ta wywala na mnie gały i jeszcze raz pokazuje podbródkiem na tę kartkę.

Co, do jasnej…

Och.

Aha!

W końcu do mnie dociera. To liścik.

Przesłała mi wiadomość i chce, żebym ją otworzyła.

Już kumam.

Natychmiast wyciągam po nią rękę, ale zatrzymuję ją w połowie drogi. Zerkam na przód klasy i widzę, że nasza nauczycielka, pani Miller, rozwiązuje na tablicy jakieś dziwnie wyglądające równanie. Czyli jestem bezpieczna.

Ale dlaczego ta blondynka napisała do mnie wiadomość?

Nie wie, że jestem najbardziej znienawidzoną dziewczyną w St. Mary’s?

Jestem podopieczną dyrektorki.

Tak jest, dyrektorka Szkoły dla Trudnych Nastolatek, Leah Carlisle, jest moją opiekunką. Opiekuje się mną od jakichś ośmiu lat – byłam wtedy dziesięciolatką.

I z jakiegoś powodu właśnie przez to jestem wrogiem publicznym numer jeden w całej szkole.

Odkąd przyjechałam tu tydzień temu, inne dziewczyny posyłają mi groźne spojrzenia, podstawiają mi nogi na stołówce, niby przypadkiem trącają mnie na korytarzach i zamykają w łazience.

Z tego, co zrozumiałam, uważają mnie za szpicla. Myślą, że jeśli ze mną pogadają i zdradzą mi jakieś tajemnice, to od razu pobiegnę donieść Leah. Z kolei nauczyciele sądzą, że skoro jestem jej podopieczną, to będę specjalnie traktowana.

Więc to zupełnie naturalne, że waham się, czy otworzyć ten liścik.

Ale wtedy słyszę, jak dziewczyna z rzędu obok szepcze:

– Otwórz.

Przenoszę na nią wzrok, powtarza: „Otwórz”, tyle że bezdźwięcznie, a potem uśmiecha się szeroko.

Szeroko i olśniewająco.

To ten uśmiech mnie przekonał.

Ktoś się do mnie uśmiechnął.

Dziewczyna z St. Mary’s – mojego nowego poprawczaka czy szkoły terapeutycznej, jak kto woli – uśmiecha się do mnie, a ja nawet nie musiałam niczym zasłużyć na ten uśmiech.

Więc jebać to.

Moja dłoń wznawia podróż nad ławką i praktycznie porywa liścik. Kładę go na kolanach i rozkładam.

Nudno, nie? Kumam. Miller zawsze przynudza. Ale nie daj się jej złapać na przysypianiu. Uwielbia odbierać uczennicom przywileje.

Ach, no tak, osławione przywileje.

Cały system poprawczaka czy szkoły terapeutycznej hula na drobiazgu zwanym przywilejami uczniowskimi, które zdobywasz, przestrzegając zasad.

Wygląda to następująco: zsyłając nas tu, odebrali nam wszystko, do czego przywykłyśmy w naszym dawnym, nikczemnym, buntowniczym życiu.

Przede wszystkim nie możemy posiadać żadnych urządzeń. Komórek, laptopów, iPadów, zero. Korzystamy ze szkolnych sprzętów, które są dokładnie monitorowane. Jeżeli chcesz skorzystać z neta, maszerujesz do pracowni komputerowej i tam, w wyznaczonym czasie, możesz używać komputera. Jeżeli chcesz do kogoś zadzwonić, dzwonisz ze szkolnego telefonu i również musisz się zmieścić w czasie.

Poza tym, jeśli chcesz wyjść z kampusu, musisz dostać przepustkę od nauczyciela i także przestrzegać wyznaczonych godzin.

I teraz, jeśli dobrze się sprawujesz – masz w porządku oceny, odrabiasz zadania domowe i uczestniczysz w przygotowanych aktywnościach – otrzymujesz przywilej dłuższego korzystania z komputera albo możesz wyjść dwa razy w tygodniu na nieco dłużej i tak dalej.

A kto to wszystko nadzoruje? Przydzielony ci wychowawca, z którym co tydzień musisz się spotykać.

Dla mnie to wszystko bez znaczenia.

To dopiero moje początki tutaj, więc mam czterotygodniowe embargo na wszystkie przywileje. Czyli nie mogę wyjść, choćby nie wiem co. Mogę korzystać z komputera tylko godzinę dziennie, za to nie mogę nigdzie dzwonić. Mogę jedynie przyjmować telefony, w niedziele.

Jeżeli po upływie czterech tygodni moja wychowawczyni, którą, tak się akurat złożyło, jest pani Miller, uzna, że warto mnie nagrodzić za przestrzeganie zasad i ciężką pracę, to może będę mogła gdzieś wyjść albo posiedzieć przy kompie ponad godzinę.

Piszę więc własny liścik:

Dzięki za ostrzeżenie, ale jestem na czterotygodniowym okresie próbnym, więc w zasadzie nie mam żadnych przywilejów.

Podaję dziewczynie liścik, a ta łapie go, jakby zależało od tego jej życie. Chyba jest równie znudzona jak ja.

Otwiera go i natychmiast rusza z pisaniem odpowiedzi na właśnie oderwanym kawałku kartki. Kilka chwil później przekazuje mi nową wiadomość.

No tak! Sorry! Zupełnie zapomniałam, że jesteś nowa. Ale Miller słynie z odbierania przywilejów na przyszłość. To suczysko. Za przeproszeniem.

A tak w ogóle, to jestem Calliope, ale wszyscy mówią mi Callie. Przepraszam za to, co odwalają inne dziewczyny, ale muszę zapytać: czy dyrektorka Carlisle to naprawdę Twoja opiekunka? I naprawdę nie jesteś jej szpiclem?

Mimowolnie się uśmiecham.

W jej pytaniach nie ma złośliwości, widzę, jak niecierpliwie mi się przygląda.

Odpisuję:

Czaję, zero spania na lekcjach u Miller. Przydzielili mi ją na wychowawczynię. Nieszczególnie się więc cieszę na spotkanie w przyszłym tygodniu.

Tak, dyrektorka Carlisle naprawdę jest moją opiekunką. Od dzieciństwa znała się z moją mamą. Mama umarła, gdy miałam dziesięć lat, więc poszłyśmy z siostrą do niej mieszkać. I nie, nie jestem szpiclem. Jestem jak reszta dziewczyn.

Poza tym jesteś pierwszą osobą, która się tu do mnie uśmiechnęła. Więc jeszcze raz dzięki.

Oddaję wiadomość. Dziewczyna znowu rzuca się i szybko ją przechwytuje. Czyta i od razu odpisuje:

Nie ma za co! Odezwałabym się do Ciebie wcześniej, ale musiałam trochę uważać, bo nie chciałam podpaść dyrektorce Carlisle.

No, nie winię jej. Leah potrafi budzić respekt tymi swoimi zasadami, karami, wykładami i ambicjami. Czego innego spodziewać się po dyrektorce poprawczaka?

Sama trzęsę przed nią gaciami, a mieszkam z nią od ośmiu lat.

Ale boją się jej chyba tylko dziewczyny naszego pokroju, czyli te, które łamią zasady i wiecznie sprawiają problemy.

Piszę odpowiedź i pierwszy raz od niemal tygodnia lżej mi na sercu.

W porządku. Ja też się jej boję.

Odpowiedź nadchodzi już po chwili.

Prawda?! Straszna jest. Nigdy się nie uśmiecha. A przy okazji… Przysiądź się do nas na stołówce, to zadbamy, żeby już nikt Cię nie zaczepiał.

Chciałam zapytać, do jakich „nas”, ale zadzwonił dzwonek i ten dzień na szczęście się skończył. Wszystkie rzucamy się pod ławki po plecaki, jakbyśmy walczyły o życie, i może rzeczywiście walczymy, ponieważ, Boże, te lekcje mnie dobijają.

Obracam się do Callie, pierwszej dziewczyny, która się tu do mnie odezwała, i mówię:

– Dzięki za wsparcie.

Uśmiecha się promiennie.

– Jasna sprawa. Wiem, co czujesz. Millerowa jest tak kurewsko nudna.

– Czy ktoś tu dissuje Millerową?

Pytanie padło z ust czarnowłosej dziewczyny w okularach. Ma zachrypnięty głos i łobuzerski wyraz twarzy, zaczepnie podnosi brwi.

Callie przewraca oczami.

– Nasza Poe ma ogromną awersję do Millerowej.

– No raczej, że mam. – Poe zapina plecak i podchodzi do nas dziarskim krokiem. – Przecież to zło wcielone. I do tego moja wychowawczyni, szczęściara ze mnie. – Spogląda na mnie z zaciekawieniem. – A tak przy okazji, tak jak powiedziała Callie, jestem Poe. Poe Austen Blyton. Mama była fanką Austen. I fanką Poego. No i tak. – Wskazuje na kolejną dziewczynę. – A to Bronwyn. Bronwyn Littleton. Czy to nie jest najfajniejsze nazwisko na świecie?

Dziewczyna, którą pokazała mi Poe, ma najdłuższe włosy, jakie widziałam. Jak Roszpunka. Jasnobrązowy warkocz sięga jej po sam tyłek, ale gdy spogląda na Poe i z pobłażliwością oraz cierpliwością kręci głową, całkowicie zapominam o włosach i podziwiam jej oczy.

Ponieważ są srebrne i takie… eteryczne.

Zarzuca plecak na ramię i patrzy na mnie.

– Ale nazywają mnie Wyn. Nie znoszę Bronwyn i Poe już o tym wie… – Przenosi wzrok na koleżankę. – Prawda?

Poe pokazuje jej język.

– W porządku – wtrącam, rozbawiona ich wygłupami. – Też nie znoszę mojego imienia. Salem. Kojarzy się z wiedźmami.

– Mnie się podoba – odpowiada Wyn, uśmiechając się życzliwie.

Drugi uśmiech jednego dnia. Nie wierzę.

Okazuje się, że to mój najlepszy dzień w życiu.

– Mogę ci zadać pytanie? – rzuca Poe i kontynuuje, nie czekając na moją odpowiedź. – Dlaczego dyrektorka przysłała tu własną podopieczną? Przecież mogła cię zdyscyplinować w domu, nie?

Oj, chyba pochwaliłam dzień przed zachodem słońca.

Moja dotychczasowa swoboda znika w mgnieniu oka, gdy Poe, Wyn i Callie wbijają we mnie zaciekawione spojrzenia.

To ważne pytanie.

Bardzo, bardzo ważne.

Nie mogę ich winić, że padło. Dziwię się wręcz, że dopiero teraz. Z drugiej strony tylko te trzy dziewczyny zechciały tu ze mną pogadać.

Problem w tym, że mam wyrzuty sumienia ze względu na mój występek.

Spore wyrzuty, okej?

Przecież nie robię takich rzeczy codziennie. Ale wtedy musiałam.

Naprawdę musiałam.

– Bo ukradłam Leah… to znaczy dyrektor Carlisle… trochę pieniędzy… i… jakby… zwiałam… – mówię. – Albo przynajmniej próbowałam uciekać. Zanim mnie złapali.

Gliny.

Czekałam na przystanku, gotowa wsiąść do autobusu i raz na zawsze zniknąć z tego miasta, ale wtedy mnie dopadli i przywieźli z powrotem.

Nadal nie rozumiem, jak do tego doszło.

Bardzo uważałam, ulatniając się z domu. Nie pierwszy raz wymykałam się w środku nocy. Na miłość boską, jestem ekspertką w tym fachu. A jednak Leah jakimś cudem się obudziła, zauważyła, że zniknęłam wraz z moim żółtym jak słońce rowerem i stu sześćdziesięcioma siedmioma dolarami z jej portfela, i zadzwoniła na policję.

No i jako że miała już dość mojego zachowania i nie chciała, żebym dalej niszczyła sobie życie, przysłała mnie tutaj.

Żebym sporządniała.

„Zawiodłam ciebie i twoją matkę. Powinnam była traktować cię surowiej i wysłać cię tam wcześniej. Gdybym tak zrobiła, nie doszłoby do tego wszystkiego. Jedziesz do St. Mary’s”.

Tak powiedziała.

Mogłam odmówić. Jestem już pełnoletnia. Kilka tygodni temu skończyłam osiemnaście lat.

Mogłam po prostu sobie pójść, ale nie miałam grosza przy duszy. Wydałam pieniądze na bilet, a resztę skonfiskowała Leah.

Więc oto jestem.

– Ale zamierzałam je oddać – kontynuuję. – Zamierzałam wydostać się z miasta, dorwać jakąś pracę, odłożyć trochę i oddać.

To szczera prawda.

W gruncie rzeczy mam, a raczej miałam, pracę na niepełny etat. W restauracji w miasteczku, kelnerowanie. Ale rozwaliłam swoją forsę i naprawdę potrzebowałam gotówki. I naprawdę, ale to naprawdę musiałam stąd zwiewać.

– Dlaczego uciekałaś? – pyta Poe, wybałuszając oczy.

Cholera.

Nie powinnam była tego zdradzać. Że uciekałam.

Moje serce puchnie i zaczyna walić o żebra.

Moje wiedźmowate serce z tysiącami sekretów.

– Eee, ja… – próbuję wymyślić jakieś sensowne kłamstwo.

Może powiem im to samo, co powiedziałam Leah, że nienawidzę tego miasta, nienawidziłam dawnej szkoły i chciałam po prostu stąd spadać.

Kupiła to, one na pewno też kupią.

Na szczęście Wyn przychodzi mi z pomocą.

– W porządku, nie musisz nam nic wyjaśniać.

– No, wszystkie mamy tajemnice – dodaje z uśmiechem Callie.

– Tak jest – potakuje Poe, wyciągając ręce w górę. – Przepraszam, jeśli byłam zbyt nachalna. To moja wada. Za dużo gadam. I zawsze zadaję za dużo pytań.

I nagle całe napięcie znika, a ja znowu mogę swobodnie oddychać.

Dzięki Bogu.

Dopiero je poznałam. To pierwsze osoby, które potraktowały mnie tu po koleżeńsku i się do mnie odezwały. Nie chcę, żeby też mnie znienawidziły.

A jeśli powiem im, dlaczego uciekałam, zrobią to.

Jeżeli zdradzę im ten sekret.

– Okej – świergocze Callie. – Chodźmy na kolację. Jeśli chcesz, jak najbardziej możesz z nami usiąść.

Nagle Poe zachłystuje się powietrzem i zaczyna machać rękami. Patrzy na wiszący nad tablicą zegar.

– O Boże, musimy iść. Już. Zapomnijcie na chwilę o kolacji. Muszę wam coś pokazać.

– Co musisz nam pokazać? – pyta Callie.

– Halo! A jak sądzisz? Ciasteczko! – odpowiada Poe, ponownie unosząc wymownie brwi.

– Boże, no tak! Potrzebowałam czegoś przyjemnego w pierwszym tygodniu po powrocie do tej dziury – stwierdza Callie, szczerząc zęby.

– No nie? Podobno będzie jakaś konferencja prasowa, którą musimy obejrzeć. Jedna dziewczyna z młodszego rocznika dała mi cynk. Lecimy.

– Jakie ciasteczko? – Nie mam pojęcia, co się dzieje.

Słysząc moje pytanie, Poe ponownie wytrzeszcza oczy i bierze mnie pod rękę. Powiem więcej, głośno wzdycha i w zasadzie rzuca się na mnie.

– Boże, jak idealnie! – Obraca się do Callie i Wyn. – Idealnie, co nie? Przecież ona go zna!

Nie mam zielonego pojęcia, o czym mowa, ale Callie ewidentnie ma pojęcie, bo nagle wbija we mnie wzrok.

– No tak, zna… – wzdycha do Poe, a potem woła do mnie – Znasz!

– Kogo? – pytam totalnie skołowana.

Wyn ponownie kręci głową w ten swój pobłażliwy sposób.

– Dajcie jej spokój. Ona nawet nie wie, co wy pleciecie.

Więc Poe wyjaśnia.

– Znasz go. Seksownego syna dyrektorki. Nasze Ciasteczko.

W porządku. Nadal nie wiem, o czym mowa.

Seksowny syn dyrektorki.

Kim, do chuja, jest…

Seksowny syn dyrektorki?

On.

O mój Boże.

Chłopak o muśniętych słońcem włosach i oczach barwy letniego błękitu.

No przecież.

Przecież ja, kretynka, trafiłam do St. Mary’s i Leah Carlisle jest już nie tylko moją opiekunką, ale też dyrektorką.

– Mieszkałaś z nim – stwierdza Poe. – Mieszkałaś z tą gwiazdą piłki nożnej.

– Tak, z Blond Arrowem – dorzuca Callie.

Blond Arrow.

To jego piłkarska ksywka.

Tak go nazywają. Fani, kibice, wrogowie, ludzie sportu i tak dalej. Nadali mu to miano, gdy debiutował w zeszłym sezonie. Wtedy, gdy kopnął piłkę z wolnego na samym środku murawy, a ta wzbiła się w niebo, przefrunęła nad wszystkimi graczami i wpadła w sam środek siatki.

Ja pierdolę, one mówią o Arrow.

O moim Arrow.

Zanim zdążyłam sformułować jakąś myśl, Poe i Callie wywlekają mnie z klasy, a Wyn rusza spokojnie za nami, szczebiocząc, że natychmiast muszę opowiedzieć im wszystko o Arrow Carlisle, sportowcu-celebrycie, bo przecież mieszkałam z nim, zanim przeszedł na zawodowstwo.

Ale ja ich nie słucham.

To znaczy jestem tu i słyszę je, ale przede wszystkim jestem w… szoku.

Co jest głupie, bo powinnam była na to wpaść.

Powinnam była wiedzieć.

Że jego imię wyskoczy w rozmowie, że będę wyłapywała je na korytarzach. Dawniej, w moim liceum, w normalnym liceum, bez przerwy o nim gadano.

Jest dość sławny w okolicy.

Blond Arrow, zawodowy piłkarz. Jak mógłby nie być sławny? To normalne, że jego sława dotarła i tu, do poprawczaka (czy tam szkoły terapeutycznej) dla dziewcząt. Jego mama jest tu dyrektorką, nie?

Więc tak, powinnam była się tego spodziewać.

A jednak się nie spodziewałam.

I skończyłam tutaj, w łazience na trzecim piętrze.

Bo Poe chce nam coś pokazać. Konferencję prasową, jak się wyraziła.

Jesteśmy akurat w tej łazience, bo nigdy nie działa, więc nikt też tu nie przychodzi. No chyba że ktoś ma niecne zamiary. Jak my.

Poe trzyma w dłoni komórkę, która, jak wszyscy wiemy, jest tu super hiper zabroniona. Jeżeli nas złapią, pewnie stracimy wszystkie przywileje i Bóg jeden wie, co jeszcze.

Niemniej Poe stuka w ekran, jakby robiła to tysięczny raz w życiu, Callie i Wyn najwyraźniej się nie przejmują, a ja wciąż jestem wstrząśnięta, więc też mi to zwisa.

Zwłaszcza że wideo, które Poe stara się uruchomić, w końcu się ładuje i patrzę wprost na niego.

Najpierw zauważam jego muśnięte słońcem włosy w kolorze zabrudzonego blond.

Może to dlatego, że lśnią, jakby oświetlały je setki reflektorów. Nie wspominając o fleszach tysięcy wymierzonych w niego aparatów.

Siedzi na podium z ekipą ludzi, których już widywałam. Oczywiście nie poznałam ich osobiście, ale zawsze krążą wokół niego przy takich okazjach jak ta.

Jak konferencja ligi MLS.

Widzę lśniące, żółto-niebieskie logo jego klubu, LA Galaxy, łopoczące za jego plecami na wielkim ekranie, na którym widać też czarno-białą piłkę. Jest i jego trener z burzą siwych włosów na głowie, siedzi na podium tuż obok niego.

Moją uwagę na moment przykuwa przesuwający się u dołu ekranu pasek z innymi wiadomościami.

Wschodząca gwiazda LA Galaxy doznała kontuzji na treningu. Zespół zastępuje gwiazdę środka pola debiutantem. Blond Arrow, nazywany przez komentatorów i kibiców nowym Davidem Beckhamem, nie dokończy sezonu…

Informacji jest coraz więcej i więcej, ale wszystkie dotyczą tego samego.

Wszystkie sprowadzają się do jednego: doznał kontuzji. I nie zagra już w tym sezonie.

Ale ja nie rozumiem…

Nie czaję.

Tydzień temu był zdrowy.

– Więc co to oznacza dla zespołu i pozostałej części sezonu?

Nadal kręci mi się w głowie od tych szybko przemykających nagłówków, gdy ktoś zadaje to pytanie. Ktoś spoza kadru. Przy długim stole, za czarnymi mikrofonami, siedzi wiele osób, ale pytanie zostało skierowane właśnie do niego.

Wiem o tym, bo widzę jego reakcję.

Słyszy je i jego szczęka, którą zawsze lubiłam porównywać do ostrej, wyrzeźbionej klingi, porusza się w przód i w tył. To bardzo subtelny ruch, innym pewnie umyka, zwłaszcza w zgiełku konferencji prasowej, ale ja go zauważam.

Bo ja jestem do niego dostrojona.

Bo to… tak nietypowa jak na niego reakcja.

Arrow nigdy nie porusza szczęką w ten sposób. Nigdy nie daje się wyprowadzić z równowagi na tyle, by to robić.

Jest cierpliwy.

Cierpliwy, zdeterminowany i rozsądny. Nieraz słyszałam takie opinie na jego temat podczas wywiadów i poprzednich konferencji prasowych.

Jego spokój zdążył obrosnąć legendą.

– Oznacza to… to dość oczywiste… że nie będę grał w zespole przez resztę sezonu.

Odpowiedź wzmaga harmider wśród zebranych, trener nachyla się do mikrofonu i mówi:

– Chciał powiedzieć, że to bardzo nieszczęśliwy obrót spraw i że nikt się czegoś takiego nie spodziewał. Ale Rodriguez jest znakomitym środkowym pomocnikiem i choć musi wejść w bardzo duże buty, dołożymy wszelkich starań, żeby mu pomóc. Podobnie jak Carlisle’owi w powrocie do zdrowia.

W tym momencie w jego błękitnych oczach pojawia się błysk.

Letni błękit przeistacza się w burzowy, zimowy odcień.

To również na tyle nietypowe, że od razu rzuca mi się w oczy.

Jezu Chryste, przecież zaledwie tydzień temu, gdy pakowałam się do St. Mary’s, oglądałyśmy z Leah jego mecz.

Grali z New York City FC. Jasne, przegrali, i na ile znam Arrowa, musiał to ciężko odżyć, bo jest niezwykle ambitny i nienawidzi przegrywać.

Ale przecież przegrał w karierze wiele meczów i zawsze wracał z podniesioną głową.

Na konferencji prasowej po tamtym spotkaniu zachowywał się normalnie. Był nieco ponury, ale nic poza tym. Potem wieczorem zadzwonił do domu i rozmawiał z Leah – dzwonił po każdym meczu – a ja, cóż, podsłuchiwałam, jak zawsze.

Leah była nieco krytyczna, bo jednak porażka to porażka, ale nie powiedziała nic niezwykłego. Natomiast Arrow brzmiał jak najbardziej normalnie.

Nawet ubolewałam, że już nie będę mogła go tak często oglądać przez głupie zasady panujące w St. Mary’s odnośnie do telewizji.

Naprawdę nie rozumiem.

Co się, kurwa, stało?

– Możesz powiedzieć, jak długo potrwa pauza na leczenie?

Kolejne pytanie zadane spoza kadru, lecz tym razem Arrow już nawet nie zwraca uwagi na dziennikarza. Ma spuszczoną głowę i wpatruje się w swoje leżące na stole pięści. Jakby chciał przewiercić je wściekłym wzrokiem. Boże… mam bardzo złe przeczucia.

Bardzo złe.

Co się dzieje?

Zawsze jest bardzo profesjonalny i uprzejmy, dlaczego dziś się tak zachowuje?

Gdy trener zdaje sobie sprawę, że jego zawodnik nie odpowie, a widać, że również jest lekko wstrząśnięty jego postawą, łapie za ster.

– To raczej typowe rozdarcie łąkotki. Cieszę się, że do kontuzji doszło na treningu i mogliśmy szybko zareagować. Na razie to nie jest poważna kontuzja, ale wszyscy wiemy, że kolano potrafi dać w kość, zwłaszcza w sportach kontaktowych. Robimy więc wszystko, co możemy, żeby stan łąkotki się nie pogorszył.

Arrow nadal nie podnosi wzroku, aż przełykam ślinę.

Spiął się jeszcze bardziej, jak gdyby chciał odeprzeć od siebie słowa trenera i wszystko, co się wokół niego dzieje.

– Zostaniesz w Los Angeles na czas rekonwalescencji?

Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że cisza po tym pytaniu jest dłuższa i cięższa. Może dlatego, że sama niecierpliwie czekam na odpowiedź.

Czekam na dźwięk jego głębokiego głosu.

Śnię o tym głosie.

Arrow nachyla się i patrzy w jedną z kamer, ale mam wrażenie, jak gdyby spoglądał prosto na mnie.

– Nie. Uprzejmie mi wskazano, że muszę na jakiś czas zniknąć, przyczaić się. Żeby się wyleczyć. Wykurować kontuzję, której szczerze nikt się nie spodziewał. Cóż, zgadzam się. Wybieram się więc na wschód… – Zawiesza głos, a potem rzuca kilka krótkich słów. – Do mojego rodzinnego miasteczka. Do St. Mary’s.

Co?

Nie, nie, nie.

Nie powiedział St. Mary’s, prawda?

Nie zapowiedział powrotu.

Nie, nie zapowiedział.

Nie mógłby.

Przecież nie może tu wrócić. Nie chcę, żeby wracał.

Nie chcę.

Ma się trzymać z dala… Jak najdalej…

To przez niego uciekłam tamtej nocy. To przez niego ukradłam pieniądze i chciałam wyjechać, po czym mnie złapali i tu zamknęli.

Więc nie może wrócić, skoro to przed nim uciekałam.

Przed moim Arrowem, facetem, w którym się zakochałam.

Chłopaku mojej siostry.

Rozdział 2

Arrow.

Szalone imię, prawda?

Zawsze tak sądziłam.

Szalone i wyjątkowe, idealnie do niego pasuje.

Nie wyobrażam sobie, by mógł nosić je ktoś inny. Nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł posiadać je tak jak on.

Nosi je niczym drugą skórę.

Na każdym kawałeczku wyrzeźbionej twarzy i zgrabnego ciała.

Od wygiętych, nieco aroganckich brwi, po wysokie kości policzkowe.

Boże, te kości policzkowe.

Są tak ostre, a jednocześnie zgrabne, że niemal rzucają cień na żuchwę. Kanciastą, skośną żuchwę.

No i ciało.

Nie jest zwaliste ani masywne, lecz umięśnione i wyrzeźbione. Opalone od biegania w słońcu. Atletyczne. Jakby stworzone z myślą o niezbędnej na boisku szybkości i precyzji.

Każda cząstka jego ciała jest zbudowana i zaprojektowana ze skrupulatną dokładnością. Jak gdyby tam na górze stwierdzili, że poświęcą mu sporo czasu. Postanowili, że usiądą spokojnie, wezmą narzędzia, młotki i dłuta, by należycie go wyrzeźbić i dopieścić, by ich dzieło zapierało dech w piersiach.

I udało im się.

Arrow Carlisle, miłość mojego życia, zapiera dech w piersiach.

Już od samego początku – odkąd miał piętnaście lat, a ja dziesięć. Wtedy ujrzałam go po raz pierwszy.

Minęło osiem lat, a ja pamiętam każdą chwilę.

To było wczesnym rankiem, promienie słońca wpadały przez okno niczym wiązki laserów. W pomieszczeniu, w kuchni, by być precyzyjnym, wszystko było skąpane w słonecznej żółci, wpadającej w pomarańcz.

Siedziałam na podłodze z kolanami pod brodą, wciśnięta pomiędzy kredens z porcelaną a ścianę. Opatuliłam się kocem, a jednak było mi zimno.

Tak bardzo zimno.

Krążyłam po całym domu, szukałam jakichś cieplejszych miejsc, ale jak dotąd bez powodzenia.

Wtedy on wpadł przez kuchenne drzwi, spocony i zdyszany.

Pamiętam, jak pomyślałam, że jest wysoki. I że gdy się przemieszcza, na słonecznej poświacie tworzą się kręgi. Promienie słońca tworzyły drobniutki wzorek na jego wysokiej sylwetce.

Poszedł prosto do zlewu, odkręcił wodę. Opryskał nią sobie twarz i kark – tak gwałtownie, tak mocno, że kilka kropli wylądowało na moim policzku.

Skrzywiłam się odruchowo, bo bałam się, że będą zimne.

Ale nie były.

Woda, której dotknął swoimi rękami, a która wylądowała na moich policzkach, wcale nie wydawała się zimna. Przeciwnie, ogrzała mnie.

Jak by był słońcem.

Moim słońcem.

Kiedy już obmył twarzy, schylił się do lodówki i wyjął karton soku. Wypił połowę, zanim zdał sobie sprawę, że ktoś go obserwuje.

Spojrzał na mnie nagle, na moją kryjówkę, w której kucałam, kuliłam się, by zachować jak najwięcej ciepła.

Zmarszczył czoło, a ja… uśmiechnęłam się.

Ponieważ jego oczy były niebieskie, przywiodły mi na myśl lato i słońce. Przypomniałam sobie, jak się opalałam, rozpływając w cieple na trawie.

– Nie mów mamie – rzucił, wskazując na karton soku. – Denerwuje się, gdy ktoś pije prosto z kartonu. – A potem zmarszczył czoło jeszcze mocniej i bacznie mi się przyjrzał. – Zimno ci?

Chciałam odpowiedzieć, chciałam zapewnić, że jego sekret jest u mnie bezpieczny. Że za nic w świecie, nawet za milion lat, nie wydam go przed matką.

A potem chciałam powiedzieć, że nie, nie jest mi zimno.

Bo jakimś cudem, dzięki tym muśniętym słońcem włosom, spoconej, opalonej skórze i oczom koloru letniego błękitu sprawił, że całe zimno odeszło.

Żałuję, że tego nie powiedziałam.

Naprawdę żałuję, że w ogóle się nie odezwałam. Ponieważ odpowiednia chwila minęła i straciłam okazję.

Ponieważ w ułamku sekundy wszystko się zmieniło.

Cały bieg mojego życia.

I jego również.

Właśnie w tej chwili do kuchni weszła moja siostra Sara, a on spojrzał na nią i już nigdy nie oderwał od niej wzroku.

Od tamtej pory ani na moment nie przestał na nią patrzeć.

Więc zasadniczo od ośmiu lat, odkąd go poznałam, tylko raz spojrzał na mnie z pełną uwagą. Później skupiał się już tylko na mojej siostrze.

Na miłości jego życia.

Nie jestem pewna, czy zakochałam się w nim wtedy w kuchni.

To znaczy byłam cholernie zmarznięta i wystraszona po śmierci mamy. Dopiero co przeprowadziłyśmy się do nowego domu, do nowego miasta. Wcześniej tylko słyszałyśmy o Carlisle’ach. Nie poznałyśmy ich, bo zarówno moja mama, jak i Leah były zbyt pochłonięte karierami.

Lecz dzięki temu chłopakowi pierwszy raz od tygodni poczułam ciepło.

Jestem prawie pewna, że dla mojego ówczesnego, dziesięcioletniego umysłu było to równoznaczne z zakochaniem.

Ale teraz, gdy jestem starsza i mam większe doświadczenie, nie jestem już taka pewna. Może zakochałam się później.

Gdy patrzyłam, jak wracał z joggingu i posłusznie wyciągał z szafki szklankę, do której nalewał soku. Albo gdy sprzątał po sobie po każdym posiłku, odbierał pranie, choć przecież mieli gosposię, która mogła się tym zająć. Albo gdy naprawiał w domu różne rzeczy… zwłaszcza kiedy pewnego dnia wysiadło ogrzewanie… choć przecież mógł zadzwonić po złotą rączkę.

Na myśl, że w wieku zaledwie piętnastu lat był prawdziwym panem domu, serce biło mi szybciej.

Jego tata zginął w katastrofie lotniczej, gdy Arrow miał siedem lat. Z czasem przekonałam się, że traktował to wszystko, co wynikło ze śmierci ojca, bardzo poważnie. Wiązało się to z dużą odpowiedzialnością. Zależało mu, żeby go godnie zastąpić.

Mój ojciec zostawił nas niedługo po moich narodzinach, bo nie udźwignął odpowiedzialności za rodzinę. Postawa Arrowa była więc dla mnie czymś zupełnie nowym.

Nigdy wcześniej nie znałam nikogo podobnego.

Kogoś tak poważnego, tak zdeterminowanego i skoncentrowanego. Nie tylko w domu, ale też w szkole. Arrow był piątkowym uczniem, ale też gwiazdą piłki nożnej.

Może to nie jest dziwne, ponieważ po pierwsze jego ojciec też był zawodowym graczem.

I po drugie, Arrow trenował całymi godzinami. Bez przerwy oglądał w swoim pokoju nagrane mecze, czasami dryblował w ogródku za domem, przed ważnymi meczami ćwiczył do upadłego.

Piłka nożna była i nadal jest jego życiem. Urodził się, by grać.

Tak więc nie wiem, kiedy się w nim zakochałam.

Wiem natomiast, że gdy ja zakochiwałam się w nim, on zakochiwał się w kimś innym.

W mojej siostrze, Sarze.

I są dla siebie stworzeni.

Po prostu stworzeni.

Są w tym samym wieku.

Oboje świetnie wyglądają i cieszą się ogromną popularnością. Oboje mają duże ambicje i wielkie cele.

Pasują do siebie tak dobrze i są sobie tak oddani, że gdy Leah miała obiekcje, że syn spotyka się z jej podopieczną, zrobili wszystko, by ją przekonać. Leah wymyślała kolejne zasady, wyznaczała im surowe warunki odnośnie do ocen i czasu spędzanego w jednym pomieszczeniu i to tylko przy otwartych drzwiach, ale oni spełniali je celująco.

To chyba jednak nie jest dziwne, bo oboje zawsze świetnie radzą sobie ze sprawdzianami.

Poszli nawet do tego samego college’u. Gdy Arrow dostał stypendium sportowe w Kalifornii, Sara dostała się na tę samą uczelnię. Nawet wynajęli sobie mieszkanko poza kampusem, żeby razem zamieszkać.

Gdy Arrow odebrał dyplom o semestr wcześniej – znowu, nie dziwne, jest geniuszem – i w styczniu zeszłego roku zaproponowano mu zawodowy kontrakt w LA Galaxy, kontynuowali związek na odległość. Kilka miesięcy później Sara obroniła pracę z public relations i pojechała za nim do Los Angeles.

Teraz pracuje w firmie dbającej o wizerunek jego klubu.

Widzicie? Pasują do siebie idealnie.

Idealnie. Idealnie. Idealnie.

Pokonali razem każdą przeszkodę na drodze do zamieszkania we wspólnym, przyjemnym, drogim apartamencie w LA. On uprawia sport, który kocha, ona ma przed sobą świetlaną przyszłość w branży piarowskiej.

Są dla siebie stworzeni.

Więc jak ja do tego pasuję?

Na czym polega moja rola, nie licząc odgrywania złej wiedźmy, która pragnie chłopaka starszej siostry dla siebie?

Chyba nie mam żadnej roli, mogę być co najwyżej czarnym charakterem tego romansu.

Dziewczyną, która pogwałci wszelkie zasady.

Zdrajczyni.

Której robi się ciepło na widok faceta siostry. Którą przechodzą ciarki, gdy on się uśmiecha. Której serce pęcznieje z radości, gdy ogląda w telewizji, jak on strzela bramkę, i która chce wówczas do niego polecieć, objąć go i powiedzieć mu, jaki jest cudowny.

Jest przeniesamowity.

Niektóre dziewczyny zakochują się i chłopak je łapie, czekając na nie na dnie przepaści z szeroko rozpostartymi ramionami.

Ale są też inne dziewczyny.

Takie jak ja.

Zakochane w chłopakach, którzy należą już do kogoś innego. Nasza miłość jest skazana na klęskę.

Nas nikt nie łapie. A już na pewno nie chłopak, dla którego skaczemy w przepaść.

To my nosimy sekrety w wiedźmich sercach. Słuchamy smutnych piosenek. Tańczymy do nich nieśpiesznie z policzkami mokrymi od łez, choć nasze usta są wygięte w uśmiechach. To my płaczemy nocami w poduszki i jeździmy na naszych żółtych niczym słońce rowerach po przygnębiających pustkowiach, do których nikt inny nie zagląda.

To my uciekamy w środku nocy.

Jak ja uciekłam.

Uciekłam, bo podsłuchałam jego rozmowę z Leah. Cóż, słyszałam tylko, co ona mówiła, ale wynikało z tego, że Arrow chce się oświadczyć Sarze. Kupił pierścionek i w ogóle.

Wtedy postanowiłam, że czas zwiewać.

Bo biorą ślub.

Ślub.

Niby wiedziałam, że w końcu go wezmą, ale rozmowa o pierścionku mocno mną wstrząsnęła.

Arrow zamierza się oświadczyć mojej siostrze.

Ona oczywiście się zgodzi, no i wyprawią sobie wesele. A potem założą rodzinę i będą mieli dzieci.

Byłam obecna przy każdej chwili ich miłosnej historii, jak jakaś chora podglądaczka.

Obserwowałam, jak się w sobie zakochiwali. Jak kochali się latami. Jak chodzili na randki, jak wybierali się na bal maturalny. Jak spędzali razem czas w ogródku. Słuchałam, jak szepczą do siebie i rozmawiają w korytarzu, pod moimi drzwiami. Patrzyłam, jak wyruszali do Kalifornii. Jak przyjeżdżali w odwiedziny albo na święta.

Obserwowałam to wszystko jak najgorsza siostra na świecie.

Obserwowałam go jak najgorsza siostra na świecie.

Obserwowałam go, łaknęłam go, kochałam go potajemnie.

Zachowywałam się jak wiedźma zbyt długo. Musiałam wreszcie postąpić przyzwoicie i oczyścić ich życie z mojej toksycznej obecności.

Zanim się pobiorą.

Od razu, w tamtej sekundzie.

Dlatego ukradłam pieniądze i uciekłam.

Ale mnie złapali i teraz tu tkwię.

Dopóki nie pojawi się kolejna okazja.

A wtedy ją wykorzystam. Znowu ukradnę i znowu ucieknę.

Nie jestem złodziejką, ale są gorsze zbrodnie od kradzieży pieniędzy.

Nie zamierzam żyć w pobliżu Arrowa i mojej siostry, nie ma szans. I z całą pewnością nie pójdę na ślub.

Nie ma szans.

Ponieważ, abstrahując od faktu, że na ich ślub zjedzie się zapewne wielu ludzi o czystych sercach, jest jeszcze jedno żywe we mnie pragnienie.

Bardzo, bardzo silne pragnienie.

Niebezpieczne pragnienie.

Poczułam je, gdy usłyszałam słowo „pierścionek”. Gdy dotarło do mnie, że Arrow będzie należał do niej.

Nieodwracalnie.

Na wieki wieków.

Pragnienie, by zburzyć te wszystkie wzniesione przez osiem lat bariery i powiedzieć: „Wybierz mnie”.

„Wybierz mnie, Arrow”.

Tak, właśnie o tym myślałam tamtej nocy, gdy uciekłam. O tym, że tak bardzo chcę mu to powiedzieć.

Że tak bardzo chcę go dla siebie.

Że tak bardzo chcę chłopaka… a wkrótce narzeczonego… mojej siostry dla siebie.

I, Boże, on tu wraca, i to kontuzjowany.

Potrafię myśleć już tylko o tym, że zobaczę go na żywo. O tym, że muszę się upewnić, czy wszystko u niego dobrze, a jeśli jakimś cudem to zrobię, jeśli jakimś cudem uda mi się z nim spotkać, to kto wie, czy nie ulegnę temu strasznemu pragnieniu?

Kto wie, czy nie spróbuję zniszczyć ich związku?

Już jestem zakochana w chłopaku własnej siostry. Już jestem zepsuta i godna pogardy. Już jestem beznadziejnie zakochana.

Kto wie, czy nie wykonam kolejnego kroku i nie spróbuję go jej ukraść.

Więc muszę trzymać się od niego z daleka.

Muszę się kontrolować, jak przez te osiem lat.

Właśnie dlatego dziś w nocy zamierzam złamać wielką, podstawową zasadę St. Mary’s.

Jeśli tego nie zrobię, to będę siedziała w pokoju i kombinowała, jak odbić siostrze chłopaka.

Złamię tę zasadę, choć bez wątpienia zapłacę za to utratą wszystkich przywilejów.

Ale nawet ta świadomość nie jest w stanie mnie odstraszyć – ani Callie, ani Poe, ani Wyn.

Wymkniemy się do baru potańczyć.

To spore przedsięwzięcie.

Musisz położyć się do łóżka w tym, w czym chcesz wyjść na miasto, żeby nie szukać ciuchów, gdy przyjdzie czas, i nie obudzić współlokatorki.

Potem musisz ułożyć pod kołdrą poduszki, żeby współlokatorka, jeśli obudzi się pod twoją nieobecność, zobaczyła niewyraźną sylwetkę i niczego się nie domyśliła.

Potem, o wyznaczonej porze, wychodzisz na paluszkach z pokoju i ostrożnie ruszasz spowitym w półmroku korytarzem, ale tak, żeby nie zaalarmować strażniczki, która siedzi przed telewizorem w recepcji.

Jeśli na kogoś wpadniesz, tłumaczysz, że idziesz do łazienki. Dlatego nie możesz założyć na siebie nic zbyt wystrzałowego, bo nikt nie uwierzy w to kłamstwo.

Gdy pokonasz korytarz, skręcasz w lewo i trafiasz na ciężkie metalowe drzwi z czerwonym znakiem „WYJŚCIE”. Tam czekają na ciebie koleżanki.

Wtedy Poe, która robiła to z milion razy, bo jest tu od drugiej klasy, precyzyjnie pomanewruje ryglem i otworzy drzwi. Następnie Callie, która również robiła to z milion razy, bo też jest tu od drugiej klasy, wyprowadzi nas w ciemną noc. I wtedy Wyn, która jest tu od trzeciej klasy, wetknie kamień pomiędzy drzwi a próg, żebyśmy mogły łatwo wrócić.

Wtedy rzucimy się biegiem przez otaczający kampus przestwór zieleni i dotrzemy do specjalnie wybranego punktu ceglanego muru. W tym miejscu są dziurki i ubytki na tyle duże, że możemy wsadzić w nie stopy i przespindrać się na drugą stronę.

Dziesięć minut po wymknięciu się z internatu przedzieramy się przez las, w środku którego zbudowano poprawczak. Idziemy w stronę szosy.

Poe załatwiła przez telefon, gdy byłyśmy w łazience na trzecim piętrze, że będzie tam czekała na nas taksówka.

Ale jak za to zapłaciła, w sensie za tę taksę? Ano tak, że ma tajną kartę kredytową, którą ukradła przed zamknięciem w poprawczaku. Używa jej bardzo wstrzemięźliwie, więc nikt nic nie zauważa. Przynajmniej jak dotąd.

A jak dostaniemy się do baru, skoro jesteśmy niepełnoletnie? To działka Callie. Twierdzi, że dobrze zna barmana w lokalu, do którego idziemy. Ma nas wpuścić, ale pod warunkiem, że będziemy tylko tańczyły, zero alkoholu.

Nie przeszkadza mi to.

Nie chcę pić. Tańczyć też nie.

Nie dlatego się wymykam.

Wymykam się, bo mam wiedźmowate serce i niebezpieczne pragnienia.

Bar, do którego trafiamy, nazywa się Ballady Bardów.

Słyszałam o nim. Słynie z puszczania piosenek miłosnych. Czyli nie grają standardowej muzyki tanecznej, ale muzykę bardów, poetów. Utwory o smutnej miłości i cierpieniu.

Od dawna chciałam tu przyjść. Lokal stoi na granicy miasteczek St. Mary’s i Bardstown. Na tyle cieszyłam się z tego wypadu, że pozwoliłam, by dziewczyny po drodze pomalowały mi usta szminką.

– Każda dziewczyna zasługuję na coś na usteczka… – stwierdziła Poe, malując moje wargi Teenage Decay, czyli szminką koloru ciemnego koralu.

Przypomina mi o słońcu.

O nim.

Dzięki tej szmince mam wrażenie, że jest blisko mnie.

Może i rzeczywiście jest. Od konferencji prasowej minęło już kilka dni. U nas, w Szkole dla Trudnych Nastolatek, czas upływa wolniej.

Może zdążył wrócić.

Może jest już w miasteczku.

I może…

Dobra już, przestań o nim myśleć.

Dosyć.

Ale chyba nie umiem przestać.

Nie ma szans.

Ponieważ gdy tylko wchodzimy do baru i rozglądamy się po industrialnym wnętrzu z nisko wiszącymi żarówkami, ścianami z nagiej cegły i sterczącymi gdzieniegdzie metalowymi prętami, coś zauważam.

Baseballówkę.

W środku jest na tyle ciemno, że nie widać, jaki ma kolor.

Ale ja wiem i bez światła.

Szary.

Jak wszystko inne w jego życiu – trampki do ćwiczeń, korki, bluzy, dresy.

T-shirty.

Tak, ma pełno szarych T-shirtów.

Co więcej, jeden z nich mam właśnie na sobie, pod obszernym swetrem. Mam na sobie szary T-shirt, który mu ukradłam.

To było dawno, zaraz po jego wyjeździe na studia do Kalifornii. Poszłam powęszyć do jego pokoju i, no cóż, zwędziłam kilka koszulek, których nie zabrał.

W każdym razie zmierzam do tego, że lubi szary.

I do tego, że odkąd przeszedł na zawodowstwo, chodzi w czapce z daszkiem, żeby w okolicach, w których ludzie czczą piłkę bardziej niż inne sporty, zapewnić sobie odrobinę prywatności.

No więc znam tę baseballówkę.

Znam.

Natomiast w barze panuje megatłok, jest wyładowany ludźmi, prześmierdnięty gorzałą i zadymiony. Więc nie widzę jakoś bardzo dokładnie.

Ale moje wiedźmowate serce podpowiada, że to on.

Pomimo że to niemożliwe.

Bo przecież on powinien być w domu, z Sarą. Zakładam, że skoro Arrow wrócił, to ona też.

Sara jest tam, gdzie on. Są nierozłączni.

Poza tym bar to nie jego klimat. Arrow skreśla wszystko, co mogłoby kolidować z treningami, a to oznacza, że bardzo rzadko pije i nigdy nie imprezuje.

Ale muszę zobaczyć.

Muszę się upewnić.

Callie przedstawia nas kumplowi, który wpuścił naszą paczkę, barmanowi Willowi, ale ja burczę jakieś przeprosiny i ruszam w swoją stronę. Później im wyjaśnię. Za pięć minut, tylko potwierdzę, że to nie on.

I nagle stoję.

Stoję w miejscu – na środku knajpy – skąd dobrze widzę czapkę i jej właściciela.

Właściciel częściowo siedzi we wnęce, trochę zasłania go ceglany filar.

Choć „zasłania” to nie najszczęśliwsze określenie.

Właściciel czapki jest za duży i za wysoki, żeby coś mogło go zasłonić, a już na pewno nie byle filarek w barze.

On się wręcz wylewa z tej wnęki, rozsadza ją, zwłaszcza jego barki…

Jego barki.

Na ich widok moje serce robi salto. Są szerokie, ale nie przesadnie masywne. Są zgrabne, ale też wyrzeźbione i umięśnione, widać to nawet przez ubranie.

Dokładnie jak u Arrowa.

Ale nie, nie to jest najbardziej uderzające.

Nie barki, które mogą należeć tylko do niego, nie czapka z daszkiem, która nie pozwala dobrze przyjrzeć się jego twarzy, ale warstwy ubrań, które ma na sobie.

A dokładniej rzecz biorąc, jedna z warstw.

Skórzana kurtka vintage.

Czarna. Cóż, jest tak stara, że czerń zbledła i przeszła w szarość.

Zachwyca mnie.

Zachwyca mnie, jak stylowo w niej wygląda. Jak przystojnie. Zachwyca mnie, że nadaje mu groźną, łobuzerską aurę.

Zawsze jeździ w niej na motocyklu.

Tak, ma motocykl.

Pomimo że zawsze jest ostrożny i zdyscyplinowany ze względu na sport, jeździ na ducati.

A przynajmniej jeździł.

Dawniej, gdy jeszcze tu mieszkał.

Gdy zostawił wszystko za sobą i wyjechał do Kalifornii, byłam zdruzgotana. Założę się, że Sara zabroniła mu jeździć na motocyklu. Nigdy nie lubiła tej maszyny i tej kurtki.

Płakałam nad ducati, które zostawił w garażu przykryte białym prześcieradłem. Płakałam nad skórzaną kurtką, z którą… w sumie nie wiedziałam, co zrobił. W szafie jej nie zostawił. Sprawdziłam.

Więc jej widok uderza we mnie jak sztorm.

Nie, nie jak sztorm.

Na jej widok w moim brzuchu dochodzi do eksplozji, po której ciepło rozlewa się po całym moim ciele.

Ciepło i błogość.

To on.

Mój Arrow.

Boże, jest tutaj.

Tutaj.

Przykładam dłoń do brzucha, bo powietrze uchodzi mi z płuc, kąciki ust się unoszą…

Ale nie udaje mi się uśmiechnąć.

Moje usta zamierają w pół drogi, bo dociera do mnie pewna myśl.

Dociera do mnie, że nachyla twarz.

Do kogoś. Do dziewczyny, która siedzi do mnie plecami.

Przez chwilę myślę, że to Sara.

To musi być ona. Bo kto inny tak naprawdę?

A jednak nie.

Dziewczyna, na którą patrzy Arrow, to nie Sara.

Sara nie ma blond włosów. Ma ciemne, jak ja. Tyle że ja mam pofalowane – dzikie, nieokiełznane – a ona proste i lśniące. Natomiast odcień ten sam.

Sara nie jest taka niska.

Ja jestem niska, jak dziewczyna, na którą patrzy Arrow.

Tak niska, że jego wysokie ciało musi się zgiąć. Gdyby patrzył z tak bliska na mnie, zginałby się dokładnie tak samo.

To nie jest Sara.

To jakaś inna dziewczyna. Zamieniam się w słup soli, gdy unosi rękę, by musnąć delikatnymi palcami jego kwadratową szczękę, na którą pada cień w tej barowej wnęce, pod daszkiem czapki.

Na tym nie kończy, przesuwa palcami po jego szczęce, w tę i we w tę.

I… i nie wiem, co mam z sobą zrobić.

Wiem tyle, że choć jest ciemno i widzę jedynie sylwetki ich ciał, to ona na pewno muska niewidoczny dla mnie króciutki zarost na jego twarzy.

Na co on uśmiecha się półgębkiem.

Od ośmiu lat obserwuję z daleka ten uśmieszek. Uśmieszek, który odbiera mi dech, choć nigdy nie jest skierowany do mnie.

Bo przecież jego uśmiechy i uśmieszki są przeznaczone dla Sary.

Więc dlaczego ofiarowuje je komuś innemu?

Komuś, kto ewidentnie nie jest moją siostrą.

Nie jest miłością jego życia.

Ta dziewczyna próbuje go dotknąć, dotknąć ten uśmieszek. Próbuje dotknąć kciukiem jego wargi, ale Arrow w ostatniej chwili łapie ją za nadgarstek.

Powstrzymuje ją, jej kciuk zawisa milimetr od jego ust.

Nie zniechęca jej to.

Wspina się na czubki palców, przykleja się do jego ciała i mruczy coś tuż przy jego wargach.

To wstrząsające, ale szok jest jeszcze większy, gdy on coś odpowiada. Coś, przez co dziewczyna wyciąga się jeszcze bardziej.

Sekundę później dotyka go ustami.

A on jej pozwala.

Chłopak mojej siostry, facet, którego kocham, całuje ją.

Jakąś przypadkową dziewczynę w barze.

Dziewczynę, która nie jest moją siostrą.

Rozdział 3

Ja nie mogę…

Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje.

Nie mogę uwierzyć, że całuje inną.

Że stoję tu, w tym obcym barze, wokół mnie z głośników dudnią smutne kawałki, i patrzę, jak całuje dziewczynę, która nie jest moją siostrą.

Odmawiam dania temu wiary.

Kręcę głową.

Jeżeli to wyprę, sprawa zniknie. Obudzę się, bo przecież to musi być koszmar.

Ale nie znika. Przeciwnie, ona całuje go coraz intensywniej, temperatura się podnosi.

Są tak rozpaleni, że nawet ja czuję ich żar.

Ja.

Dziewczyna, której nikt nigdy nie pocałował.

Pomimo dezorientacji, pomimo mrowienia, które czuję na własnych wargach, udaje mi się postawić krok naprzód.

A potem następny i kolejny. Idę w ich stronę.

Docieram do nich. Do niego.

Docieram do zakamarka baru.

Czuć tu wódę. Czuć tu Arrowa, przyprawy i starą skórę.

Mój ulubiony zapach.

Zbliżam się, moja obecność jest tak natrętnym naruszeniem prywatności w ich ciemnym zakątku lokalu, że dziewczyna od niego odskakuje i gwałtownie odwraca głowę w moją stronę.

Bardzo chcę ją zobaczyć, dowiedzieć się, kim jest, ale patrzę na niego.

Patrzę, jak odkleja się od dziewczyny, milimetr po milimetrze.

Powoli unosi głowę, oddala ją od jej twarzy.

A potem nieśpiesznie wzdycha, jakby był zirytowany, i odwraca głowę w kierunku intruza.

Nadal nie oderwał się od niej całkowicie.

Wciąż trzyma jedną rękę na jej szyi.

Wbijam wzrok w tę rękę. Jest wielka, zła i uwodzicielska.

W końcu przesuwa się, przechyla głowę tak, że jego twarz wyłania się z cienia rzucanego przez daszek czapki, i widzę go.

Widzę jego jasnoniebieskie oczy.

Oczy, które przywodzą na myśl leniwe letnie wakacje i rowerowe przejażdżki w promieniach słońca.

Tyle że teraz są ciemne.

Niemal granatowe, spogląda na mnie.

– Ty.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, w końcu się od niej odkleja i zabiera z jej szyi tę wielką, złą, uwodzicielską dłoń, a potem pyta z nutą rozdrażnienia i zaskoczenia:

– Co ty tu, kurwa, robisz?

Na szali leżą ważniejsze sprawy, znacznie ważniejsze, ale gdy odsuwa się od dziewczyny, którą całował, i tak oddycham z ulgą.

Ale nie mogę czuć ulgi, prawda?

Całował się z dziewczyną.

Która nie jest moją siostrą.

– Co ja tu, kurwa, robię? – wyduszam, ściągając brwi. – Co ty tu, kurwa, robisz? Co to za jedna? Gdzie moja sio…

– Dasz nam chwilę?

Kiedy się odzywa, w zasadzie pochłania moje słowa, i przez ułamek sekundy mam wrażenie, że zwrócił się do mnie. Ale odwrócił głowę i teraz patrzy na nią.

Ja też w końcu patrzę w jej stronę.

Jest pijana.

To po pierwsze.

1 Zawodowa liga piłkarska składająca się z klubów pochodzących ze Stanów Zjednoczonych oraz Kanady (przyp. red.).