Mój dziadek – genialny detektyw - Masateru Konishi - ebook + audiobook

Mój dziadek – genialny detektyw ebook i audiobook

Masateru Konishi

4,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Demencja i dedukcja. Czy starszy pan, który ma problemy z pamięcią, może być genialnym detektywem?

Kaede, 27-letnia nauczycielka i miłośniczka klasycznych kryminałów, nieustannie natyka się w codziennym życiu na tajemnicze zdarzenia: zaginięcia, a nawet morderstwa. Być może dzieje się tak za sprawą osobistej tragedii, która odcisnęła na niej piętno.

W rozwiązywaniu tajemnic pomaga jej ukochany dziadek, były dyrektor szkoły podstawowej, który pomimo problemów z pamięcią zachował bystrość umysłu. Nie ruszając się z fotela, dzięki sile dedukcji rozwiązuje pozornie niemożliwe do rozwikłania zagadki i odkrywa prawdę.

Jego niezwykłe zdolności okazują się bezcenne, gdy Kaede staje w obliczu prawdziwego niebezpieczeństwa…

***

Klasyczny kryminał z gatunku zagadek dnia codziennego, w którym w rolę fotelowego detektywa wciela się starszy pan cierpiący na otępienie z ciałami Lewy'ego. Zręczne i satysfakcjonujące zakończenie.

Nozomi Ōmori, tłumacz i krytyk

Gratka dla miłośników gatunku, zwłaszcza liczne odniesienia do kanonu. Bohater przywodzi na myśl Lincolna Rhyme’a z książek Jeffery’ego Deavera.

Kayama Fumiro, felietonista

Niezwykle czarujący bohaterowie. To sama przyjemność śledzić ich rozmowy! Znakomite wyczucie nastroju i kontrola nad tempem fabuły. Jestem przekonana, że możemy liczyć na więcej porywających opowieści od tego autora.

Takii Asayo, pisarka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 251

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 50 min

Lektor: Monika Wrońska

Oceny
4,0 (8 ocen)
4
1
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Innekarta_irmina

Dobrze spędzony czas

Kaede to 27-latka, która opiekuje się swoim dziadkiem. Jest on w sędziwym wieku i ma początki demencji. Aby zachować jego umysł jak najdłużej w dobrej kondycji często rozwiązują wspólnie kryminalne zagadki. Z pozoru nieszkodliwe zajęcie staje się ogniwem w obliczu prawdziwego niebezpieczeństwa. Po kryminały sięgam kiedy mam ochotę na coś co pobudzi moje szare komórki. Kiedy wiem, że mam chęć się zastanawiać nad sensem i szukać drugiego dna, czyli nie za często 🤣 Tym razem jednak bardzo się cieszę z podjętej decyzji. Ta książka była cudownie lekka, wydarzenia miały sens i nie brało w nich udziału wielu bohaterów. Nie trąciłam wątku, byłam zainteresowana od początku do końca. Po prostu wszystko zrozumiałam 😉 Nie jest to bardzo mroczna powieść, aczkolwiek chwilami ludzkie życie wisi na włosku. Mogę z czystym sumieniem polecić na luźny weekend. Warto również zaznaczyć, że książka będąca japońskim bestsellerem jest zainspirowana prywatnymi doświadczeniami Masateru Konishi’ego, którego...
00
TeresaMak

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa forma przedstawienia sposobu rozwiązywania zagadek kryminalnych. Inne widzenie niby nieistotnych szczegółów.
00
ElbietaN

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna , ciepła , wzruszająca .. To nie jest książka dla wielbicieli akcji , ale warto ja przeczytac w listopadowy wieczór
00

Popularność




Roz­dział 1

Szkarłatne komórki

1

Dzia­dek stwier­dził, że do gabi­netu wszedł mu nie­bie­ski tygrys.

– Jak on dał radę prze­krę­cić klamkę? Ależ zręczne stwo­rze­nie.

Bar­dziej niż obec­ność wiel­kiego dzi­kiego kota – czy choćby to, że miał on nie­bie­skie futro – dziadka dzi­wił fakt, że zwie­rzę zdo­łało otwo­rzyć sobie drzwi.

– Całe szczę­ście, że cię nie ugryzł – stwier­dziła Kaede, jak gdyby ni­gdy nic.

W duchu pomy­ślała sobie jed­nak z lek­kim zawo­dem: „Aku­rat jest przy­tomny, a tu znowu to samo…”.

Odwie­dzała dziadka raz w tygo­dniu, ale zazwy­czaj cały czas spał. Nato­miast jeśli już szczę­śli­wie się prze­bu­dził, opo­wia­dał o swo­ich oma­mach. I to aż do jej wyj­ścia, przez co nie mogli nor­mal­nie poroz­ma­wiać.

Mimo wszystko Kaede posłusz­nie słu­chała histo­rii o nie­bie­skim tygry­sie, pota­ku­jąc raz za razem. Każda chwila, którą mogła spę­dzić w domu dziadka, gdzie całe dzie­ciń­stwo miesz­kała z rodzi­cami, była dla niej bez­cenna.

– I wiesz, ten tygrys… – Dzia­dek poru­szał dłońmi, naśla­du­jąc chód kota krzy­żu­ją­cego przed­nie łapy. – Zanim sobie poszedł, posłał mi uśmiech czy­stej rado­ści.

– Tygrys się uśmiech­nął?

„No nie… Znowu – wes­tchnęła w myślach. – Mówi o czymś, co nie miało prawa zda­rzyć się naprawdę, a ja słu­cham zupeł­nie na poważ­nie”.

Wła­śnie tak: z początku może tylko uda­wała, że słu­cha z zain­te­re­so­wa­niem, lecz opo­wie­ści dziadka – jego wprawa w snu­ciu histo­rii nie była tu bez zna­cze­nia – za każ­dym razem wcią­gały ją bły­ska­wicz­nie i bez reszty.

Tego dnia ule­gła wręcz złu­dze­niu, że z ilu­stra­cji w któ­rejś z ksią­żek na rega­łach naprawdę wysko­czy tygrys o nie­bie­skim futrze.

Powieki dziadka zamknęły się powoli. Widać opo­wie­dział wszystko, co chciał.

Całe dnie spę­dzał tu w pokoju na auto­ma­tycz­nie roz­kła­da­nym fotelu. Był wysoki i smu­kły, więc spe­cjal­nie zamó­wili mu duży model, ale nie prze­wi­dzieli jed­nego – tak wygod­nie mu się sie­działo, że wcale nie chciał się z niego ruszać.

Przy usta­wio­nym obok małym sto­liku stała oparta o niego drew­niana laska, nie­zbędna mu do poru­sza­nia się. Opie­kunka medyczna, która ją pole­ciła, skar­żyła się potem Kaede, że dzia­dek co prawda używa jej, kiedy idzie do łazienki, ale przy wybie­ra­niu ksią­żek z pó­łek już nie chce.

– Boję się, że upad­nie! – wzdy­chała.

„Czyli na­dal kocha książki. Ale czy pamięta potem, co prze­czy­tał?”

Kaede szybko doszła do smut­nego wnio­sku, że raczej nie.

W gabi­ne­cie wypeł­nio­nym po brzegi książ­kami uno­sił się zapach sta­rego tuszu. Przy­po­mi­nał jej Jinbōchō, dziel­nicę anty­kwa­ria­tów, którą tak lubiła.

Nie wia­domo kiedy pro­mie­nie słońca sączące się spo­mię­dzy liści zaczęły rzu­cać na obli­cze śpią­cego dziadka cęt­ko­wany wzór kamu­flażu. Wydatna nasada nosa i zmarszczki wyryte w kąci­kach oczu tonęły w skom­pli­ko­wa­nym dese­niu cieni na jego cerze, która mimo sie­dem­dzie­się­ciu jeden lat pozba­wiona była naj­mniej­szej plamki. Ow­szem, schudł na policz­kach, ale para­dok­sal­nie dzięki temu lepiej było widać, jak szla­chet­nie wyrzeź­bioną miał twarz. Jego dłu­gie i gęste brwi roz­dzie­lone dokład­nie pośrodku sze­ro­kiego czoła prze­cho­dziły gra­dien­tem od czerni do bieli w pro­por­cjach jeden do dwóch, co przy­da­wało mu wyra­zi­sto­ści jak w podo­bi­znach rzym­skich cesa­rzy na sta­ro­żyt­nych mone­tach. Musiała przy­znać – zupeł­nie obiek­tyw­nie, nie jako wnuczka – że wyglą­dał impo­nu­jąco.

„Dziew­czyny pew­nie za nim sza­lały”.

Kaede popra­wiła zsu­nięty koc, przy­kry­wa­jąc dziadka pod samą chudą szyję.

Kiedy skoń­czyła porządki i spry­skała wszystko spre­jem dezyn­fe­ku­ją­cym o zapa­chu mydła, uwa­ża­jąc, by nie zmo­czyć ksią­żek, była już pora na wizytę fizjo­te­ra­peuty.

Sprej nie słu­żył tylko temu, by utrzy­mać gabi­net w czy­sto­ści. Dziadka czę­sto nawie­dzały halu­cy­na­cje małych owa­dów – wtedy odświe­żacz dzia­łał też jako pro­wi­zo­ryczny śro­dek insek­to­bój­czy.

„No to pa, dziadku. Nie­długo wpadnę znowu”.

Obok wej­ścia do gabi­netu stała toa­letka po nie­ży­ją­cej już babci. Czas nie tyle odci­snął na niej swoje piętno, ile raczej dodał jej piękna: upły­wa­jące dekady pokryły drewno maki­ja­żem o skom­pli­ko­wa­nych odcie­niach, przy­da­jąc mu wyjąt­ko­wej głębi. Kaede wyjęła szczotkę z szu­fladki, prze­cze­sała włosy i spoj­rzała w lustro.

„Uśmiech­nij się”.

Wcze­śniej do pokoju pro­wa­dziły cięż­kie drzwi z dębiny, teraz wymie­niono je na lek­kie i prze­suwne, by nie sta­no­wiły prze­szkody, gdy dzia­dek będzie zmu­szony poru­szać się na wózku.

Kaede odsu­nęła je bez­sze­lest­nie i opu­ściła dom dziadka w Himon’yi.

2

Jechała do domu koły­szą­cym się lekko wago­nem linii Tōyō, a gdy zer­k­nęła przez okno, w szy­bie zoba­czyła twarz zupeł­nie pozba­wioną wyrazu. Po uśmie­chu, w który wło­żyła tyle wysiłku, nie został nawet ślad. Zachód słońca zasnuł niebo kolo­rem bla­dej szminki. Był począ­tek jesieni, znik­nęły cumu­lo­nim­busy, gdzie­nie­gdzie uno­siły się chmury o naj­róż­niej­szych kształ­tach.

Do Kaede nagle wró­ciło pewne wspo­mnie­nie, które dzie­liła z dziad­kiem.

Sprzed dwu­dzie­stu trzech lat, miała wtedy cztery latka. Byli na weran­dzie, sie­działa u dziadka na kola­nach i oglą­dała ciem­no­czer­wone niebo. Dzia­dek zni­żył wzrok i spoj­rzał na nią swo­imi mądrymi, przej­rzy­stymi oczami.

– Kaede, co ci przy­po­mi­nają tamte chmury? Spró­buj wymy­ślić histo­rię o nich wszyst­kich.

Teraz wie­działa, że było to kla­syczne san­da­iba­na­shi1. Dzia­dek chciał w ten spo­sób roz­wi­nąć u niej wyobraź­nię? A może była to jego forma kształ­ce­nia jej wraż­li­wo­ści?

– Tamta chmura to mały sta­ru­szek – zaczęła natych­miast Kaede. – A tamta to pła­ski sta­ru­szek. A tamta, ten, no, tamta naj­więk­sza to sta­ru­szek jesz­cze grub­szy od cie­bie, dzia­dziu!

Dzia­dek uśmiech­nął się, mówiąc, że tak to raczej trudno uło­żyć histo­rię.

A potem, ku jej zasko­cze­niu, bez żad­nego wysiłku wymy­ślił na pocze­ka­niu bajkę o trzech sta­rusz­kach. Nie pamię­tała już fabuły zbyt dokład­nie, ale utkwiło jej w pamięci, że Gruby Star­szy Pan, wielki żar­łok, przez pomyłkę zażył wszyst­kie leki na prze­zię­bie­nie na całym świe­cie, myśląc, że to cukier; okrop­nie się z niego śmiali, ale osta­tecz­nie nikt nie żył potem tak długo jak on. Zakoń­cze­nie pew­nie miało być dla niej mora­łem, bo bar­dzo nie lubiła wtedy gorz­kich lekarstw w proszku, ale dzia­dek opo­wia­dał tak zabaw­nie, że słu­chała roz­ra­do­wana, klasz­cząc w dło­nie.

– Popatrz teraz, Kaede.

Pod­nio­sła wzrok na niebo, a tam została już tylko duża chmura, czyli Gruby Star­szy Pan, dwaj pozo­stali – Malutki Star­szy Pan i Pła­ski Star­szy Pan – dosłow­nie roz­pły­nęli się w powie­trzu. Zupeł­nie jak w opo­wie­ści. Zdu­miona Kaede bez końca patrzyła to na dziadka, to na wielką chmurę.

Teraz już się domy­ślała, że pew­nie opo­wia­da­jąc, zer­kał po kry­jomu na niebo. Gdyby Malutki albo Pła­ski zostali tam do końca, fabuła bajki bez wąt­pie­nia roz­wi­nę­łaby się zupeł­nie ina­czej.

– Dzia­dziu, opo­wia­daj dalej! Bo jeśli nie…

Mała Kaede unio­sła główkę, zła­pała za włos rosnący mu z bro­dawki na szyi i pocią­gnęła. Wyszedł zaska­ku­jąco łatwo – pamię­tała, że strasz­nie ją to roz­ba­wiło i śmiała się potem do roz­puku.

„A jeśli – pomy­ślała – wyrwa­łam wtedy korek? I dla­tego jego umysł zaczął zni­kać?”

Stan dziadka zauwa­żal­nie pogor­szył się zale­d­wie pół roku wcze­śniej.

Byli aku­rat na spa­ce­rze i Kaede zwró­ciła uwagę, że sta­wia dużo krót­sze kroki.

– Dziadku, nie wyglą­dasz, ale przy­ty­łeś może ostat­nio? Bo nogi ci nie nadą­żają.

Prze­chy­lił głowę w zamy­śle­niu, po czym mruk­nął z prze­ką­sem, że ma już swoje lata. Kaede z początku myślała, że to albo kwe­stia lek­kiej nad­wagi, albo zwy­czaj­nie wieku. Chciała tak myśleć.

Jed­nak potem zmiany nabrały tempa.

Kiedy uno­sił do ust fili­żankę z kawą, którą zresztą uwiel­biał, dłoń trzę­sła mu się bez prze­rwy. Gdy Kaede go odwie­dzała, wiecz­nie drze­mał w fotelu w gabi­ne­cie. Zaczął się gar­bić, a cokol­wiek robił, jego ruchy były cięż­kie i powolne.

Ale to wszystko dro­bia­zgi. Dro­bia­zgi w porów­na­niu z tam­tym dniem. Kaede doznała wtedy szoku, któ­rego miała już ni­gdy nie zapo­mnieć.

W środku nocy zaczął dzwo­nić jej tele­fon. Ode­brała, prze­cie­ra­jąc zaspane oczy – młody męż­czy­zna po dru­giej stro­nie przed­sta­wił się jako ratow­nik z karetki pogo­to­wia, nie wie­dzieć czemu brzmiąc przy tym, jakby słowa z tru­dem prze­cho­dziły mu przez gar­dło. Zająk­nął się raz i drugi, wyraź­nie skrę­po­wany, po czym mówił dalej:

– Czy roz­ma­wiam z panią Kaede? Tak? No tak, czyli jed­nak… Prze­pra­szam, dzwo­nię, bo pani numer jest zapi­sany jako kon­takt alar­mowy tu na kartce na ścia­nie… Pani dzia­dek, który jest teraz z nami, zadzwo­nił po pomoc, bo… Bo widzi pani…

– Co się stało?

– Powie­dział, że „Kaede leży tu cała we krwi”.

W przy­chodni, do któ­rej dzia­dek cho­dził, powie­dzieli, że podej­rze­wają cho­robę Par­kin­sona, ale nie są w sta­nie podać pew­nego roz­po­zna­nia, dla­tego lepiej udać się do więk­szej kli­niki. Poje­chali do szpi­tala uni­wer­sy­tec­kiego, gdzie prze­pro­wa­dzono szcze­gó­łowe bada­nia, w tym tomo­gra­fię kom­pu­te­rową.

Młoda lekarka podała dia­gnozę bez­na­mięt­nym tonem, nic sobie nie robiąc z dziadka, który spał na krze­śle jak kamień.

– Otę­pie­nie z cia­łami Lewy’ego.

Dzia­dek, od zawsze taki mądry i bystry, zapadł na demen­cję, mimo że dopiero co skoń­czył sie­dem­dzie­siąt lat.

Kaede nie potra­fiła przy­jąć tego faktu do wia­do­mo­ści. Zaczęła spraw­dzać jego objawy w inter­ne­cie i książ­kach, na tyle, na ile umiała – jed­nak wszyst­kie ide­al­nie paso­wały do roz­po­zna­nia. Dopiero wtedy dowie­działa się, że w samej Japo­nii na demen­cję cierpi ponad cztery i pół miliona osób – i że pod tą zbior­czą nazwą tak naprawdę kryją się różne cho­roby.

Otę­pie­nie, bo tak też okre­ślano tę grupę scho­rzeń, ma trzy główne odmiany.

Naj­pow­szech­niej­sza z nich, odpo­wia­da­jąca za mniej wię­cej sie­dem­dzie­siąt pro­cent wszyst­kich przy­pad­ków, to cho­roba Alzhe­imera wywo­ły­wana praw­do­po­dob­nie przez białka zwane amy­lo­idami odkła­da­jące się w mózgu. Więk­szość ludzi na świe­cie, sły­sząc słowo „demen­cja”, myśli wła­śnie o niej.

Dru­gie w kolej­no­ści jest otę­pie­nie naczy­niowe, któ­rego przy­czynę sta­no­wią uszko­dze­nia mózgu w wyniku udaru lub wylewu – na nie cierpi około dwu­dzie­stu pro­cent dotknię­tych demen­cją. W obu scho­rze­niach czę­sto wystę­pują takie objawy jak zabu­rze­nia pamięci, przez co chory wiele razy mówi o tym samym, oraz zabu­rze­nia orien­ta­cji w cza­sie i prze­strzeni, które pro­wa­dzą na przy­kład do wycho­dze­nia z domu i błą­ka­nia się.

Nato­miast otę­pie­nie z cia­łami Lewy’ego, które zdia­gno­zo­wano u dziadka – w skró­cie DLB, od angiel­skiego demen­tia with Lewy bodies – obej­muje około dzie­się­ciu pro­cent przy­pad­ków. Nazwę tę nadano mu dopiero w tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym pią­tym roku, więc patrząc z per­spek­tywy dłu­giej walki ludz­ko­ści z cho­ro­bami, jest to sto­sun­kowo nie­dawno. W ostat­nich latach zaczęto mu poświę­cać coraz wię­cej uwagi jako trze­ciej naj­częst­szej przy­czy­nie otę­pie­nia, co poskut­ko­wało zna­czą­cymi odkry­ciami zarówno w sfe­rze samego lecze­nia, jak i badań kli­nicz­nych.

W mózgu osób cier­pią­cych na DLB obser­wuje się kar­ma­zy­nowe struk­tury przy­po­mi­na­jące małe jajka sadzone – to wła­śnie ciała Lewy’ego. Powo­dują one znane z cho­roby Par­kin­sona drże­nie koń­czyn i spo­wol­nie­nie ruchowe, krzy­cze­nie przez sen, które wli­cza się do zabu­rzeń zacho­wa­nia w cza­sie snu REM, utrzy­mu­jącą się w ciągu dnia wzmo­żoną sen­ność, a także zabu­rze­nia per­cep­cji wzro­kowo-prze­strzen­nej.

Jest jed­nak coś jesz­cze.

Naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­styczna cecha DLB, któ­rej próżno szu­kać w innych cho­ro­bach otę­pien­nych, to wystę­po­wa­nie halu­cy­na­cji. Przy­bie­rają one róż­no­ra­kie formy, bywają czarno-białe bądź kolo­rowe, lecz wszy­scy cho­rzy przy­znają zgod­nie, że są nie­zwy­kle wyraźne i do złu­dze­nia reali­styczne.

Na przy­kład tuzin nie­zna­jo­mych z twa­rzami bez wyrazu, któ­rzy wpa­trują się w czło­wieka świ­dru­ją­cym wzro­kiem, kiedy tylko obu­dzi się rano.

Ogromny wąż zwi­nięty leni­wie w kłę­bek na stole w jadalni.

Albo dziew­czynka z war­ko­czy­kami, która przez cały dzień nie odstę­puje cho­rego na krok.

Omamy fan­ta­styczne także nie należą do rzad­ko­ści: świ­nia na dwóch nogach dziar­skim kro­kiem prze­cho­dząca pacjen­towi przed nosem, wróżki tań­czące z gra­cją na tale­rzu albo nie­bie­ski tygrys, któ­rego widział dzia­dek…

Co cie­kawe, na ogół nie towa­rzy­szą im omamy słu­chowe. Istoty zamiesz­ku­jące świat halu­cy­na­cji są więc jedy­nie obra­zem, nie zaga­dują cho­rych. Uznaje się jed­nak, że spo­śród wszyst­kich pię­ciu zmy­słów to ze wzroku czer­piemy dzie­więć­dzie­siąt pro­cent infor­ma­cji o ota­cza­ją­cym nas świe­cie. Co za tym idzie, dla osób cier­pią­cych na DLB owe istoty ist­nieją naprawdę. Raz zoba­czyć to wię­cej niż sto razy usły­szeć – zapewne żadne powie­dze­nie nie jest im rów­nie bli­skie.

W końcu widzą te wszyst­kie rze­czy na wła­sne oczy. Jasno i wyraź­nie.

Wszy­scy wokół mogą zaprze­czać, ile tylko chcą – prze­ko­nać cho­rego, że widzi coś, co nie ist­nieje, to arcy­trudne zada­nie. A kiedy ludzie z jego oto­cze­nia wciąż upar­cie powta­rzają, że „nic takiego tu nie ma”, „zdaje ci się” i „weź się opa­mię­taj”, cza­sem reaguje wybu­chem zło­ści. To powód, dla któ­rego opiekę nad pacjen­tami z DLB uznaje się za szcze­gól­nie trudną. W jed­nym z pod­ręcz­ni­ków Kaede tra­fiła na taki frag­ment:

Kiedy chory sygna­li­zuje halu­cy­na­cje, mówiąc na przy­kład, że się boi, bo widzi gdzieś wiel­kiego owada, nie należy reago­wać nega­cją („To złu­dze­nie”, „To objaw cho­roby, pro­szę nie robić pro­ble­mów”), tylko podejść do niego z wyro­zu­mia­ło­ścią: poma­chać ręką we wska­za­nym miej­scu i powie­dzieć na przy­kład: „O, teraz sobie poszedł. Już wszystko dobrze”. Warto też zająć uwagę pacjenta jakimś odmien­nym tema­tem.

„Innego wyj­ścia nie ma” – myślała Kaede.

Poza tym dzia­dek jesz­cze ni­gdy się na nią nie zde­ner­wo­wał, więc chciała za wszelką cenę unik­nąć poten­cjal­nych wybu­chów gniewu. Dla­tego nie mówiła przy nim o cho­ro­bie i ni­gdy nie nego­wała real­no­ści oma­mów, o któ­rych jej opo­wia­dał. I tak uwa­żała, że jest prak­tycz­nie nie­moż­liwe, by uświa­do­mić oso­bie dotknię­tej demen­cją jej wła­sną dole­gli­wość – a gdyby się udało, byłoby to zwy­kłym okru­cień­stwem.

A jed­nak…

Jej wła­sne zacho­wa­nie wzbu­dzało w niej oso­bliwe wra­że­nie, że coś tu nie pasuje, jakby po łatwym dzie­le­niu została reszta, któ­rej wcale nie powinno być. Odczu­cie to nieco róż­niło się od eska­pi­stycz­nego – czy raczej: życze­nio­wego – myśle­nia, że po pro­stu nie mogło być prawdą, by jej dzia­dek zapadł na demen­cję, by powoli tra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią.

„Coś tu nie gra”.

Tylko co? Kaede nie potra­fiła udzie­lić kon­kret­nej odpo­wie­dzi.

3

Prze­siadka na sta­cji Gumyō-ji, potem jesz­cze pięt­na­ście minut auto­bu­sem.

Po powro­cie do swo­jej kawa­lerki Kaede odkryła, że przy­szła zamó­wiona przez nią książka. Zbiór tek­stów Take­shiego Seto­gawy, kry­tyka lite­rac­kiego, który nade wszystko kochał kry­mi­nały. Stopka redak­cyjna gło­siła: „1 kwiet­nia 1998 roku, wyda­nie pierw­sze, nakład pierw­szy”. Jeśli dobrze pamię­tała, autor ten zmarł przed­wcze­śnie w wieku zale­d­wie pięć­dzie­się­ciu lat, co ozna­czało, że było to jego pośmiertne dzieło.

Kaede, którą dzia­dek edu­ko­wał w tym kie­runku od naj­młod­szych lat, szybko została pasjo­natką kry­mi­na­łów, a kiedy same powie­ści prze­stały jej wystar­czać, zaczęła czy­tać zna­le­zione w domo­wej biblio­teczce tek­sty kry­tyczne Seto­gawy. Zaczęła – i ogar­nęło ją nie tyle zdu­mie­nie, co rezy­gna­cja. Brał on na warsz­tat różne dzieła i roz­pra­wiał o ich uroku z nie­wy­mu­szo­nym mistrzo­stwem, tak że cza­sami – ba, nie­mal bez wyjątku – jego ana­lizy były cie­kaw­sze niż ich obiekty.

Na przy­kład w cyklu pra­so­wym Piel­grzymka po arcy­dzie­łach brał na celow­nik sławne dzieła wiel­kiej trójcy kry­mi­nału: Ellery’ego Queena, Aga­thy Chri­stie oraz Dick­sona Carra, i snuł dro­bia­zgowe reflek­sje, zasta­na­wia­jąc się, czy aby na pewno są tak mistrzow­skie, za jakie się je uważa. Pod wzglę­dem logiki wywodu i napię­cia nar­ra­cji prze­wyż­szał samych auto­rów, jego argu­menty i wnio­ski nie pozo­sta­wiały żad­nych wąt­pli­wo­ści, a rów­no­cze­śnie z każ­dego tek­stu biła – uświa­do­miona bądź nie, ale czy­sta – miłość do kla­sy­ków gatunku. Lek­tura spra­wiała, że czło­wie­kowi robiło się cie­pło na sercu.

Mistrz, który uczy­nił z Kaede wiel­bi­cielkę kla­sycz­nych zagra­nicz­nych kry­mi­na­łów.

„Take­shi Seto­gawa” – powtó­rzyła w myślach i tyle wystar­czyło, by krew zaczęła szyb­ciej krą­żyć jej w żyłach.

Około roku tysiąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tego póź­niej­szy kry­tyk był ponoć cen­tralną posta­cią w legen­dar­nym Waseda Mystery Club, stu­denc­kim kole miło­śni­ków lite­ra­tury kry­mi­nal­nej, który wydał na świat wielu pisa­rzy i znaw­ców tego gatunku. W oko­licy uni­wer­sy­tetu Waseda dzia­łała kie­dyś kawiar­nia Mon Chéri – to tam nie­mal dzień w dzień toczyli zażarte dys­ku­sje człon­ko­wie koła, wśród któ­rych zawsze wyróż­niała się uśmiech­nięta twarz Seto­gawy o krza­cza­stych brwiach i wyra­zi­stych rysach. Dzia­dek podobno też był jed­nym z głów­nych dys­ku­tan­tów.

A do kla­sycz­nego kry­mi­nału świet­nie pasuje kawa.

Pio­nowy czer­wony szyld „Kawiar­nia Mon Chéri” z bia­łymi zna­kami o psy­cho­de­licz­nym kroju spra­wiał wra­że­nie, jakby nikt poza spe­cja­li­stami od kry­mi­na­łów nie miał tam wstępu. Kawę poda­wano gorzką i mocną, z tajem­ni­czą wiru­jącą pianką. Ele­wa­cja wyło­żona jaskra­wymi płyt­kami przy­wo­dziła na myśl Tajem­nicę żół­tego pokoju Gastona Leroux, nato­miast tupa­nie widowni docho­dzące z sali teatral­nej na pię­trze – Dziwne kroki Che­ster­tona bądź Spa­ce­ro­wi­cza na pod­da­szu Ranpō.

Teraz, gdy nie ma już Mon Chéri, pozo­stało jej tylko domnie­my­wać, jak w niej było. Bez wąt­pie­nia jed­nak lokal ten, gdzie Seto­gawa roz­pra­wiał z dziad­kiem, ema­no­wał nie mniej­szym żarem i bla­skiem niż Tokiwa-sō, tokij­ski blok zamiesz­kały przez słyn­nych komik­sia­rzy, czy Liang­shan, dom boha­te­rów kla­sycz­nej chiń­skiej książki Opo­wie­ści znad brze­gów rzek.

„Chcia­ła­bym posłu­chać ich roz­mów…”

Kawiar­nia już nie ist­niała, co nada­wało wyobra­że­niom Kaede tym więk­szego roz­ma­chu. Ow­szem, Mon Chéri znik­nęła – ale książki pozo­stały. A te ulu­bione chciało się jed­nak mieć pod ręką. Zwłasz­cza że u dziadka każdy tom miał pół­prze­zro­czy­stą pelu­rową okładkę ochronną i ani jed­nej zagię­tej strony, więc krę­po­wała się je poży­czać. Z tego względu posta­no­wiła kupić cały zbiór tek­stów kry­tycz­nych Seto­gawy na wła­sność, za jed­nym zama­chem.

„Co za ulga, wygląda jak nowa. Nawet przy­szła z opa­ską” – ucie­szyła się, widząc, w jakim sta­nie jest książka. Tak naprawdę wola­łaby nową, jed­nak nakład aku­rat tej pośmiert­nej pozy­cji już się wyczer­pał, dla­tego nie miała wyj­ścia i kupiła uży­wany egzem­plarz w anty­kwa­ria­cie inter­ne­to­wym.

Teraz jej kolek­cja była kom­pletna.

„Nie powiem, cie­kawe osią­gnię­cie jak na dwu­dzie­sto­sied­mio­let­nią kobietę…”

Prze­kart­ko­wała książkę na sto­jąco, czu­jąc, jak na jej twa­rzy od razu poja­wia się uśmiech. I wła­śnie wtedy…

Cztery małe kar­teczki wysu­nęły się spo­mię­dzy stro­nic i opa­dły na dywan jak listki miło­rzębu.

„Hm? Co to?”

Kaede pod­nio­sła je ostroż­nie i poło­żyła na stole, po czym zamy­śliła się głę­boko ze wzro­kiem utkwio­nym w czte­rech papie­ro­wych pro­sto­ką­tach róż­nej wiel­ko­ści.

„Za dużo ich jak na zakładki. Ale… Jak na zwy­kły doda­tek są zbyt… poważne”.

Były to wycinki z gazet i cza­so­pism – każdy z nekro­lo­giem Take­shiego Seto­gawy.

4

Trzy dni póź­niej, korzy­sta­jąc z dnia wol­nego od pracy, wybrała się do Himon’yi w okręgu Meguro. Dom dziadka, sto­jący w zakątku nie­da­leko świą­tyni Himon’ya Hachimangū, gdzie czczono miej­scowe bóstwo, był nie­wiel­kim drew­nia­nym budyn­kiem z jed­nym pię­trem, który zaczy­nał się już sta­rzeć.

Wiśnia i fat­sja rosnące w ogro­dzie o wielce skrom­nych roz­mia­rach się­gały gałę­ziami poza jego ogro­dze­nie. Na drew­nia­nej tabliczce przy bra­mie wid­niało nakre­ślone z roz­ma­chem nazwi­sko dziadka. Czę­sto powta­rzał: „To wizy­tówka całego domu”. Kto wie, czy wysma­ko­wana aura, jaką wciąż roz­ta­czał dom, gdy patrzyło się z ulicy, nie była zasługą wła­śnie tej mistrzow­skiej kali­gra­fii.

Wystar­czyło jed­nak wejść przez bramę, by to ele­ganc­kie wra­że­nie nagle osła­bło. Daw­niej do przed­sionka niczym dro­go­wskazy pro­wa­dziły umiesz­czone nie­re­gu­lar­nie jeden za dru­gim okrą­głe kamie­nie, lecz od kiedy dzia­dek zacho­ro­wał, zastą­piono je stan­dar­dową i nudną ścieżką z betonu. Po naci­śnię­ciu klamki i otwar­ciu drzwi – ich wymianę cią­gle prze­kła­dano na póź­niej – od razu ude­rzał mydlany zapach płynu do dezyn­fek­cji.

Już miała zawo­łać w głąb dom, by dać znać opie­kunce, że przy­szła, ale szybko zmie­niła zda­nie. W przed­sionku nie było obcej pary butów. Widać posprzą­tała, zro­biła pra­nie i dopiero co wyszła, musiały się minąć.

Na ścia­nie w kory­ta­rzu tu i tam przy­mo­co­wane były wciąż jesz­cze nowe porę­cze. Bez nich dzia­dek, który łatwo tra­cił rów­no­wagę, nie zdo­łałby poru­szać się po domu. Ist­niały dofi­nan­so­wa­nia na zakup tego rodzaju wypo­sa­że­nia, lecz w wielu przy­pad­kach – choć sytu­acja róż­niła się w zależ­no­ści od lokal­nego samo­rządu – nale­żało wcze­śniej przejść skom­pli­ko­wane pro­ce­dury i poświę­cić ogromne ilo­ści czasu. Dla­tego w prak­tyce nie­mało osób było zmu­szo­nych, tak jak dzia­dek, by na wszystko łożyć z wła­snej kie­szeni.

Kaede weszła do salonu po pra­wej stro­nie. Na gru­bym fila­rze, któ­rzy zacho­wał jesz­cze resztki daw­nego poły­sku, wid­niały poziome linie nary­so­wane ołów­kiem. Ślady z dzie­ciń­stwa córki, a potem jedy­nej wnuczki. Choć zano­to­wana obok każ­dej liczba cen­ty­me­trów i data nie­mal cał­kiem znik­nęły, wciąż można było w nich doj­rzeć wprawną rękę dziadka. Wła­śnie w miej­scu kilku napi­sów wbito moco­wa­nie jed­nej z porę­czy – Kaede serce bolało na ten widok.

Przy oknie schło na wie­sza­kach kilka bia­łych T-shir­tów.

„No nie. Pani opie­kunce chyba się zapo­mniało…”

Przy cho­rych na DLB należy uni­kać susze­nia pra­nia w pomiesz­cze­niach. Bo biorą je za ludzi. Szcze­gól­nie na widok bia­łych T-shir­tów, swego rodzaju pustych płó­cien, czę­sto doznają inten­syw­nych halu­cy­na­cji. Kaede sły­szała, że z tego samego względu nie należy zosta­wiać na widoku por­tre­tów ani zdjęć rodziny, więc czym prę­dzej zabrała wszyst­kie ramki ze stołu i scho­wała je głę­boko w szu­fla­dzie.

W pośpie­chu zła­pała za wie­szaki, by zdjąć pra­nie, gdy zza ple­ców usły­szała sto­sun­kowo przy­tomny głos dziadka.

– Wybacz, to Kanae je tu wywie­siła. Pew­nie się nie doprały.

Wszedł i usiadł powoli na łóżku, trzy­ma­jąc w dłoni fili­żankę z kawą. Sypial­nia na pię­trze peł­niła funk­cję skła­dziku – prze­strzeń dostępna dla dziadka ogra­ni­czała się do salonu, gdzie stało jego łóżko, oraz gabi­netu leżą­cego na dru­gim końcu domu.

Dziś sta­wiał kroki o wiele pew­niej niż pod­czas jej ostat­nich odwie­dzin. Zna­czące róż­nice w spraw­no­ści zależ­nie od dnia to jedna z cha­rak­te­ry­stycz­nych cech DLB.

– Nie szko­dzi, tylko je popra­wia­łam, żeby się nie zmięły – skła­mała, zosta­wia­jąc koszulki w spo­koju. – Czyli to mama przy­szła, nie opie­kunka?

– Tak, ale popę­dziła z powro­tem, chyba miała coś jesz­cze do zro­bie­nia w pracy. Minę­ły­ście się, nie­stety.

„Aku­rat dzi­siaj raczej na szczę­ście. Bo chcę zadać to pyta­nie…”

Dawno nie widziała dziadka w tak dobrej for­mie. Dziś miała szansę.

– Jak Kanae zapa­rzy kawy, to nawet zimna jest pyszna – powie­dział z uśmie­chem, wygod­niej usa­da­wia­jąc się na łóżku. Potem uniósł do ust lekko tylko drżącą rękę, upił łyk i mówił dalej: – Dzi­siaj nie ma obaw, że roz­leję. Zabrzmi to może nie­skrom­nie, ale jestem w zna­ko­mi­tej dys­po­zy­cji. I wła­śnie dla­tego chcę się upew­nić… Choć to tylko prze­czu­cie, nic wię­cej. – Napił się raz jesz­cze i spoj­rzał Kaede pro­sto w oczy. – Masz mi do powie­dze­nia coś waż­nego, prawda? Widzę po two­jej minie.

Kaede tro­chę zachciało się pła­kać. Ten mło­dzień­czy ton… Wesołe i łagodne spoj­rze­nie czar­nych oczu…

Było tak, jakby znów miała przed sobą daw­nego dziadka.

W dodatku mówił płyn­nie i spraw­nie, pew­nie dla­tego, że nie doku­czała mu cią­gła sen­ność. Jak się zasta­no­wić, przez ostat­nie pół roku nie roz­ma­wiali na poważ­nie – za bar­dzo przej­mo­wała się jego sta­nem.

Miała ide­alną oka­zję. Teraz albo ni­gdy. Kaede zebrała się w sobie.

– Bo wiesz, dziadku… – zaczęła. – Chcia­ła­bym cię o coś zapy­tać.

– Słu­cham.

– Ty… – Z całych sił powstrzy­my­wała płacz. – Ty… Wiesz, że jesteś chory, prawda? Zda­jesz sobie sprawę, że te rze­czy, które widzisz, tak naprawdę nie ist­nieją? – Nie dawała rady. Głos jej drżał. – Tylko… Nie chcesz, żebym się mar­twiła, dla­tego…

Miała łzy w oczach. A obie­cała sobie, że nie będzie pła­kać.

– Dla­tego uda­jesz, że nie wiesz, prawda?

Dzia­dek upił kolejny łyk kawy z łagod­nym uśmie­chem na ustach, po czym ostroż­nym ruchem odło­żył fili­żankę na stół obok łóżka.

– Ow­szem. Jest tak, jak mówisz. Bez żad­nych wąt­pli­wo­ści cho­ruję na otę­pie­nie z cia­łami Lewy’ego.

Czyli intu­icja jej nie zawio­dła.

W oczach dziadka, za tęczów­kami podob­nymi do mister­nego witrażu, kryła się hip­no­ty­zu­jąca głę­bia. Wła­śnie tak – tkwiło tam świa­tło inte­lektu iden­tyczne jak daw­niej. Nie doj­rzała go wcze­śniej, ale to ono sta­no­wiło źró­dło tego oso­bli­wego wra­że­nia, które nie dawało jej spo­koju: prze­ko­na­nia, że coś tu nie gra.

Przez dwa poprzed­nie dni Kaede pró­bo­wała poszu­kać bar­dziej szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji na temat DLB. Dowie­działa się na przy­kład, że w zależ­no­ści od miej­sca wystą­pie­nia ciał Lewy’ego cho­rzy wyka­zują sil­nie zróż­ni­co­wany sto­pień osła­bie­nia pamięci i per­cep­cji wzro­kowo-prze­strzen­nej. Mało tego, u nie­któ­rych halu­cy­na­cje stale wzbu­dzały strach, jed­nak inni łatwo się do nich przy­zwy­cza­jali. Ide­al­nie dobrane dawki leków, poczy­na­jąc od tych zawie­ra­ją­cych lewo­dopę, nie­rzadko powo­do­wały, że omamy „roz­pły­wały się w powie­trzu”. Bywało też, w zależ­no­ści od tego, w jakiej aku­rat byli for­mie, że cho­rzy w ogóle nie odczu­wali osła­bie­nia funk­cji poznaw­czych.

Wielu pacjen­tów – ten fakt zasko­czył Kaede naj­bar­dziej – miało pełną świa­do­mość, że to, co widzą, nie jest ele­men­tem rze­czy­wi­sto­ści, tylko wytwo­rem ich cho­roby. Ba, zda­rzały się nawet przy­padki wyjąt­kowo pozy­tyw­nie nasta­wio­nych cho­rych, któ­rzy z przy­jem­no­ścią cze­kali, co też nowego zoba­czą rano po prze­bu­dze­niu, a potem w ramach hobby szki­co­wali swoje omamy. Wie­dza naukowa na temat DLB nie jest jed­nak powszechna, dla­tego łatwo o nie­po­ro­zu­mie­nia. Wcale nie bra­kuje leka­rzy, któ­rzy pochop­nie uznają inten­sywne halu­cy­na­cje za oznakę postę­pu­ją­cego otę­pie­nia.

Prawda jest jed­nak taka, że wystą­pie­nie cho­roby nie musi ozna­czać osła­bie­nia zdol­no­ści poznaw­czych.

Gdy Kaede natra­fiła na tę infor­ma­cję, jej wąt­pli­wo­ści dosłow­nie roz­pły­nęły się w powie­trzu.

– Objawy par­kin­so­ni­zmu to jedno… – powie­dział dzia­dek, patrząc na swoje lekko trzę­sące się dło­nie. – Ale już jakiś czas temu zda­łem sobie sprawę, że pod wzglę­dem psy­chicz­nym daleko mi do osoby, powiedzmy, w pełni zdro­wej. Na przy­kład, niech no się zasta­no­wię… Któ­re­goś dnia patrzę, a tu na całej tej ścia­nie z rega­łami na książki widzę nie­sa­mo­wite, szcze­gó­łowe pła­sko­rzeźby jak zdo­bie­nia na miko­shi2 wyko­nane przez świą­tyn­nego cie­ślę, mistrza w swoim fachu. Ale kiedy spró­bo­wa­łem ich dotknąć, nic nie poczu­łem. Drewno było ide­al­nie gład­kie. Czemu w takim razie powi­nie­nem wie­rzyć: zmy­słowi wzroku czy dotyku? Nie­moż­liwe, by ktoś stwo­rzył rów­nie misterne dzieło w ciągu jed­nej nocy, w dodatku tak, bym się nie zorien­to­wał. Zresztą kto na całym świe­cie miałby motyw, by zakra­dać się do domu jakie­goś seniora i rzeź­bić mu regały na książki? Wobec tego, nie­stety, ufać mogłem jedy­nie doty­kowi. Wzrok mnie oszu­ki­wał.

Kaede słu­chała wyzna­nia dziadka, nie znaj­du­jąc słów, któ­rymi mogłaby odpo­wie­dzieć.

– Co w takim razie było przy­czyną mojego stanu? Kom­pu­ter się zepsuł, więc nie mogłem z niego sko­rzy­stać. Chcia­łem poszu­kać na smart­fo­nie, ale, jak sama zresztą widzisz, takimi trzę­są­cymi się pal­cami nie­wiele bym zdzia­łał. A nawet gdy­bym zdo­łał, i tak nie mia­łem na czym, bo po tym, jak zoba­czy­łem twoje zwłoki i zadzwo­ni­łem na pogo­to­wie, Kanae skon­fi­sko­wała mi tele­fon.

Dzia­dek wykrzy­wił usta w szel­mow­skim uśmie­chu.

– Więc popro­si­łem opie­kunkę, żeby wezwała trans­port i poje­cha­łem do biblio­teki. Cały dzień tam spę­dzi­łem, bo od samego czy­ta­nia obraz mi się roz­ma­zy­wał i zaraz robi­łem się śpiący… Ale odkry­łem, na co cho­ruję. Taki jeden czę­sto mówił o sza­rych komór­kach, pamię­tasz? – Dzia­dek uśmiech­nął się auto­iro­nicz­nie, wspo­mi­na­jąc powie­dzonko Her­ku­lesa Poirot, słyn­nego bel­gij­skiego detek­tywa. – A skoro u mnie w mózgu poja­wiły się ciem­no­czer­wone ciałka Lewy’ego, mogę śmiało powie­dzieć, że mam szkar­łatne komórki.

– Ale… – zaczęła Kaede, świa­doma, że mówi zdu­szo­nym gło­sem. – Dla­czego tyle razy spe­cjal­nie opo­wia­da­łeś mi o halu­cy­na­cjach?

– Bo widzisz… – Dzia­dek zawa­hał się na moment. – Kiedy o nich mówi­łem, mia­łaś na twa­rzy całe mnó­stwo emo­cji. Dzi­wi­łaś się, uśmie­cha­łaś… I dawa­łaś do zro­zu­mie­nia, że słu­chasz, pota­ki­wa­łaś na głos. To dawało mi pew­ność, że naprawdę przy mnie jesteś.

– W jakim sen­sie? Dziadku, prze­cież ni­gdy bym cię nie zosta­wiła.

– Może ujmę to ina­czej… Już raz opo­wie­dzia­łem ci, zupeł­nie szcze­rze i otwar­cie, jak chciał­bym, by wyglą­dał czas, który mi pozo­stał, choć mówiąc wprost, za wiele go nie ma. I jakiego życzył­bym sobie końca. Teraz mówi się na to shūkatsu3, co nawet ład­nie brzmi, ale nie lubię tego słowa, jest zbyt suche i bez­po­śred­nie. Tam­tego dnia naiw­nie myśla­łem, że czuję się świet­nie, pra­wie jak­bym był zdrowy. Stwier­dzi­łem nawet, że to jedyna oka­zja, by poru­szyć ten temat. Mówi­łem do cie­bie przez nie­mal godzinę… Szko­puł w tym, że nie wie­dzieć czemu cały ten czas sie­dzia­łaś bez słowa, do tego z kamienną twa­rzą. A potem…

Prze­rwał na moment i spu­ścił wzrok.

– Nagle puf, znik­nę­łaś. Byłaś oma­mem. – Na jego twa­rzy, może z winy zbyt mocno palo­nej kawy, przez moment wid­niał cień gory­czy. – Trudno o coś smut­niej­szego. Przy­rze­kłem sobie wtedy, że nie poru­szę tematu cho­roby, póki sama tego nie zro­bisz. Nawet jeśli uznasz, że jestem dzia­dem z demen­cją, z któ­rym nie da się nor­mal­nie poroz­ma­wiać. Trudno. Tak wła­śnie pomy­śla­łem.

„Dziadku… – szep­nęła w duchu. – Dziadku…”

Jej wła­sny dzia­dek nie mógł poroz­ma­wiać z jedyną wnuczką o tym, co dla niego ważne. Nie mógł – a raczej: posta­no­wił już tego nie robić.

„Dla­czego nie zauwa­ży­łam, że tak cierpi?”

Cier­piał na halu­cy­na­cje. Czę­ste i do złu­dze­nia reali­styczne. Dozna­wał zabu­rzeń świa­do­mo­ści, w tym osła­bie­nia pamięci. Ruchy miał poważ­nie spo­wol­nione przez zespół par­kin­so­now­ski.

Ale jego inte­lekt pozo­stał nie­tknięty.

5

Przed domem prze­szła grupka śpie­wa­ją­cych dzieci. Pew­nie wła­śnie skoń­czył się dzień w pobli­skim przed­szkolu zało­żo­nym nie­gdyś przez misjo­na­rzy. Para­dok­sal­nie, fał­szu­jące gło­siki brzmiały naj­bar­dziej uro­czo. Dzia­dek też się uśmiech­nął.

Mówi się, że jesie­nią słońce spada za hory­zont szybko jak wia­dro rzu­cone do studni… Ale do zachodu mieli jesz­cze sporo czasu.

– Tak się składa, że chcia­ła­bym ci coś poka­zać.

Kaede wyjęła z czar­nej torebki książkę Seto­gawy. Gdyby dzia­dek jak zwy­kle spał na fotelu, miała zamiar przy­kryć go świeżo wypra­nym kocem, który przy­nio­sła, poczy­tać sobie spo­koj­nie, a potem wró­cić do sie­bie. Skoro jed­nak był w dobrej for­mie…

Dzia­dek wycią­gnął z kie­szeni szla­froka pozba­wione opra­wek oku­lary do czy­ta­nia i zało­żył je na wysoki nos – nawet po tym jed­nak musiał odsu­nąć tom dość daleko od twa­rzy.

– Prze­cież to pośmiertna książka Seto­gawy – powie­dział poru­szony. – Nie musia­łaś kupo­wać, dał­bym ci swój egzem­plarz.

„Nie mogła­bym pozba­wić szczę­śli­wej książki tak dobrego domu” – zachi­cho­tała w duchu.

– To nie lada wyczyn, że ją zdo­by­łaś. Nakład już dawno wyczer­pany.

– Teraz w anty­kwa­ria­tach inter­ne­to­wych zaska­ku­jąco łatwo kupić nawet cał­kiem rzad­kie wyda­nia. Ale zobacz, co było w środku.

Otwo­rzyła książkę i wyjęła na stół cztery nekro­logi.

Nie żyje Take­shi Seto­gawa, kry­tyk kry­mi­nalny i fil­mowy

Take­shi Seto­gawa – nie­od­ża­ło­wany talent

Epoka kry­tyki wie­lo­po­zio­mo­wej: co zosta­wił po sobie Take­shi Seto­gawa?

Szczę­śliwe ren­dez-vous kry­mi­nału i filmu – opo­wieść Take­shiego Seto­gawy

– Tak, czy­ta­łem je wszyst­kie, kiedy się uka­zały – powie­dział smutno, led­wie rzu­ciw­szy okiem na nagłówki. – Poza tymi chyba jesz­cze dwie redak­cje o nim pisały. Oczy­wi­ście mam zacho­wane wycinki.

– No tak…

Kolejny raz zdu­miało ją, jak świetną dzia­dek miał pamięć. Przez cho­robę zda­rzało się, że zupeł­nie umy­kały mu nie­dawne wyda­rze­nia, ale szu­fladki ze wspo­mnie­niami sprzed lat wciąż otwie­rał bez naj­mniej­szego trudu.

– Tu wła­śnie zaczyna się naj­cie­kaw­sze. Moim zda­niem to przy­kład tego, o co pozor­nie łatwo, ale co zda­rza się bar­dzo rzadko, czyli typo­wej zagadki dnia codzien­nego.

Dzia­dek przy­tak­nął.

– Czyli brzmi ona nastę­pu­jąco: „Kto i dla­czego wło­żył mię­dzy strony te cztery nekro­logi?”.

– Wła­śnie tak. Za dużo ich jak na zakładki, ale jak na zwy­kły doda­tek nekro­logi są zbyt przy­gnę­bia­jące, prawda?

– Jak z Harry’ego Kemel­mana… – rzu­cił dzia­dek, zdej­mu­jąc oku­lary.

Wspo­mniał pisa­rza sprzed lat, autora kla­sycz­nego opo­wia­da­nia Dzie­więć mil – mistrzow­skiego kry­mi­nału sku­pio­nego na czy­stej deduk­cji, w któ­rym boha­ter za jed­nym zama­chem wyja­śnia prze­bieg mor­der­stwa doko­na­nego poprzed­niego dnia na pod­sta­wie jed­nego zda­nia zasły­sza­nego przy­pad­kiem w pubie: „Dzie­więć mil pie­szo to nie żart, zwłasz­cza w desz­czu”.

– Kaede, poda­ła­byś mi papie­rosa? – popro­sił nagle.

Słowa te, może za sprawą rytmu czy into­na­cji, zabrzmiały niczym zaklę­cie.

Wyjęła nie­bie­ską paczkę z szu­flady toa­letki.

Gau­lo­ises.

Nie­szcze­gól­nie droga fran­cu­ska marka, ale nie sprze­da­wano ich byle gdzie. Kaede kupo­wała je w zna­nym tylko wta­jem­ni­czo­nym malut­kim skle­piku w Jinbōchō, zawsze gdy krą­żyła po tam­tej­szych anty­kwa­ria­tach.

– Bądź tak miła i zapal mi, pro­szę. O, tak, wystar­czy. Trzęsą mi się te ręce… Jak jestem sam, sta­ram się nie zaży­wać.

Dzia­dek ni­gdy nie „palił”, tylko „zaży­wał”. Była to pew­nie pozo­sta­łość daw­nych cza­sów, tak róż­nych od obec­nej epoki walki o prawa nie­pa­lą­cych, gdy tytoń uzna­wano za zwy­czajną używkę na równi z alko­ho­lem. Od mło­do­ści delek­to­wał się jedy­nie kil­koma papie­ro­sami na tydzień, a ostat­nio zaży­wał już bar­dzo rzadko. Wnuczka nie chciała odbie­rać mu tej spo­ra­dycz­nej przy­jem­no­ści.

Dzia­dek zacią­gnął się i przez jakiś czas sie­dział z wyra­zem upo­je­nia na twa­rzy. Kaede nie prze­szka­dzał zapach gau­lo­ises’ów, ale uchy­liła okno z obawy, że T-shirty nim prze­siąkną.

– A więc… – Wypu­ścił dym i ode­zwał się wyraź­niej­szym niż wcze­śniej gło­sem, tak jakby tytoń dzia­łał na jego umysł niczym tur­bo­do­ła­do­wa­nie. – Jaką opo­wieść uło­żysz z tych ele­men­tów, które mamy?

Kaede moc­niej zabiło serce. W kon­tek­ście kry­mi­na­łów dzia­dek zawsze mówił „opo­wieść”, ni­gdy „hipo­teza”.

Wró­cił. Dzia­dek naprawdę wró­cił.

– Wymy­śli­łam dwie – zaczęła refe­ro­wać sce­na­riu­sze, nad któ­rymi długo myślała, ze wszyst­kich sił sta­ra­jąc się zacho­wać spo­kojny ton. – Pierw­sza: „Osobą, która wło­żyła nekro­logi do książki, jest jej poprzedni wła­ści­ciel. Zro­bił to lub zro­biła, by podzie­lić się pustką po śmierci Seto­gawy z innymi jego wiel­bi­cie­lami”.

Zer­k­nęła na dziadka. Kiwał głową z apro­batą.

Pre­zen­to­wa­nie mu swo­ich teo­rii jak zawsze było stre­su­jące, ale…

„Tak się cie­szę”.

– A druga… – Zebrała myśli i mówiła dalej: – „Osobą, która wło­żyła nekro­logi do książki, jest ktoś z anty­kwa­riatu, też fan lub fanka Seto­gawy. Ucie­szył bądź ucie­szyła się, że ktoś po raz pierw­szy od lat zamó­wił jego książkę nie­do­stępną już na rynku, i chcąc zro­bić tej oso­bie, czyli mi, pre­zent, dołą­czył lub dołą­czyła nekro­logi”.

Nic nie pobu­dzało tak jak dobra zagadka. Kaede aż zaschło w gar­dle.

– Co sądzisz, dziadku?

– Nie­źle – odpo­wie­dział. – Obie są logicz­nie spójne i trudno je uznać za nacią­gane. Jed­nak obie kryją w sobie poważne sprzecz­no­ści.

– Tak? – Zaci­snęła usta.

– Już wyja­śniam. Co do opo­wie­ści pierw­szej: czy wiel­bi­ciel tak wielki, by prze­cho­wy­wać wycinki nekro­lo­gów Seto­gawy, sprze­dałby swój egzem­plarz jego książki? Zwłasz­cza że to pośmiertne dzieło. Osoba pozba­wiona szcze­gól­nych moty­wów zacho­wa­łaby ją raczej w swo­jej kolek­cji razem z wycin­kami.

Kaede mogła jedy­nie poki­wać głową.

– Rze­czy­wi­ście. Z psy­cho­lo­gicz­nego punktu widze­nia to mało praw­do­po­dobne.

– Druga opo­wieść brzmi lepiej od pierw­szej, ale też nie ustrze­gła się pew­nej nie­spój­no­ści. Jeśli to rze­czy­wi­ście pra­cow­nik księ­garni dołą­czył nekro­logi… Dla­czego nie dodał choćby krót­kiej wia­do­mo­ści? Skoro zadał sobie trud, by wło­żyć wycinki mię­dzy strony, mógłby napi­sać przy­naj­mniej: „Jako wiel­bi­ciel Seto­gawy bar­dzo cie­szę się z pani zamó­wie­nia. W ramach uczcze­nia pamięci mistrza pozwa­lam sobie dołą­czyć kilka arty­ku­łów z czasu jego śmierci”. Dla­czego oszczę­dził sobie tak sym­bo­licz­nego wysiłku? Innymi słowy… – Zro­bił pauzę, po czym stwier­dził bez owi­ja­nia w bawełnę: – Obie opo­wie­ści zawie­rają fun­da­men­talny błąd. Ist­nieje inne wyja­śnie­nie, opo­wieść X.

– Czyli… – ode­zwała się Kaede nie­pew­nie. – Potra­fisz ją wymy­ślić, dziadku?

Bez słowa uniósł do ust kikut gau­lo­ises’a, trzy­ma­jąc go mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym, tak jakby szkoda mu było tej resztki, i wypa­lił papie­ros do końca. Jego powieki opa­dały powoli, lecz nie­ubła­ga­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W rakugo (tra­dy­cyj­nej for­mie kome­dio­wego mono­dramu) sytu­acja, gdy publicz­ność wybiera trzy słowa klu­czowe, a wystę­pu­jący musi zaim­pro­wi­zo­wać opo­wieść, uży­wa­jąc ich wszyst­kich. [wróć]

Miko­shi – prze­no­śny ołtarz, zwy­kle nie­wielki, ale nie­kiedy potęż­nych roz­mia­rów, noszony przez wier­nych pod­czas sin­to­istycz­nych świąt mat­suri. [wróć]

Dosłow­nie „aktyw­ność zwią­zana z koń­cem” – ter­min utwo­rzony ana­lo­gicz­nie do popu­lar­nych skró­tow­ców takich jak kon­katsu („szu­ka­nie męża/żony”), shūkatsu („poszu­ki­wa­nie pracy”) czy oshi­katsu („wspie­ra­nie ulu­bio­nego wyko­nawcy”), ozna­cza­jący przy­go­to­wa­nia do zbli­ża­ją­cej się śmierci: spo­rzą­dze­nie testa­mentu, spi­sa­nie wia­do­mo­ści do bli­skich, okre­śle­nie życzeń co do pogrzebu, upo­rząd­ko­wa­nie kwe­stii finan­so­wych. [wróć]