Młody Sherlock Holmes. Młody Sherlock Holmes. Tom 1. Zabójcza chmura - Lane Andrew - ebook

Młody Sherlock Holmes. Młody Sherlock Holmes. Tom 1. Zabójcza chmura ebook

Lane Andrew

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Pierwsza sprawa młodego Holmesa!

Zabójcza tajemnica, której rozwiązanie wymaga genialnego umysłu.

Sherlock Holmes ma zaledwie czternaście lat i daleko mu jeszcze do legendy, którą kiedyś się stanie. Los jednak nie zamierza czekać. W lesie nieopodal posiadłości jego stryjostwa odnalezione zostają zwłoki, a trop szybko prowadzi do wpływowego barona. Śledztwo wciąga młodego Holmesa coraz głębiej, aż do mrocznych londyńskich doków, gdzie czai się ponura tajemnica zdolna przerazić nawet najbardziej bystre umysły.

Jak zachować chłodną logikę, gdy wokół mnożą się zagadki, a tuż obok pojawia się piękna, rudowłosa Virginia, skutecznie rozpraszająca uwagę?

Zabójcza chmura to pierwszy tom serii o nastoletnim, błyskotliwym detektywie. Frapująca intryga, sugestywnie oddany klimat epoki oraz barwna galeria postaci tworzą powieść, pod którą z dumą mógłby podpisać się sam Conan Doyle.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 269

Data ważności licencji: 1/17/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

Tytuł oryginału

YOUNG SHERLOCK HOLMES: DEATH CLOUD

 

Copyright © Andrew Lane 2010

First published 2010 by Macmillan Children’s Books an imprint of Pan Macmillan

Copyright © for the Polish translation by Dominika Cieśla-Szymańska

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Korekta

Eliza Orman

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN: 978-83-68742-48-0

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

Dedykuję pamięci autorów książek dla młodzieży,

których powieści pochłaniałem w młodości: kpt. W.E. Johnsa,

Hugh Waltersa, Andre Nortona, Malcolma Saville’a,

Alana E. Norse’a i Johna Christophera, dziękując także

za przyjaźń i wsparcie tym przedstawicielom najmłodszego pokolenia, których miałem szczęście poznać: Benowi Jeapesowi, Stephenowi Cole’owi, Justinowi Richardsowi, Gusowi Smithowi oraz niezrównanemu Charliemu Higsonowi.

 

 

 

Wyrazy wdzięczności zechcą przyjąć również:

Rebecca McNally i Robert Kirby za wiarę we mnie,

Jon Lellenberg i Charles Foley za udzielenie zgody,

Gareth Pugh za wszystko, czego dowiedziałem się o pszczołach, oraz Nigel McCreary, dzięki któremu nie zwariowałem podczas tej pracy.

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

– Ty tam! Podejdź tu!

Sherlock Holmes odwrócił się, by zobaczyć, kto woła i kogo. Tego słonecznego ranka przed szkołą dla chłopców w Deepdene stały setki uczniów, każdy w nieskazitelnym szkolnym mundurku i z opasanym rzemieniami kuferkiem albo górą bagażu leżącą obok niczym przekarmiony, wierny pies. Wołanie mogło dotyczyć któregokolwiek z nich. Nauczyciele z Deepdene nigdy nie zwracali się do uczniów po imieniu – zawsze mówili tylko: „Ty!”, „Chłopcze!” albo „Dziecko!”. Utrudniało to życie i wymagało ciągłej czujności, co zapewne było celem nauczycieli. A może po prostu pedagodzy już dawno temu zrezygnowali z zapamiętywania nazwisk uczniów. Sherlock nie miał pewności, które wytłumaczenie jest bardziej prawdopodobne. Może oba.

Poza nim żaden z chłopców nie zwrócił uwagi na wołanie. Albo gawędzili z krewnymi, którzy po nich przyjechali, albo też z niecierpliwością wpatrywali się w bramę szkoły, czekając na powóz, który miał ich zabrać do domu. Sherlock niechętnie obrócił się na pięcie, by przekonać się, czy złośliwy palec losu wskazuje na niego.

Tak było. Rzeczony palec należał w tym przypadku do pana Tulleya, łacinnika. Podszedł on właśnie do narożnika budynku, gdzie nieco z dala od pozostałych chłopców stał Sherlock. Surdut nauczyciela, zwykle pobrudzony kredowym pyłem, został specjalnie oczyszczony na okazję zakończenia semestru i nieuchronnych spotkań z ojcami, którzy płacili za naukę swych synów, a biret tkwił na jego głowie tak prosto, jakby przytwierdził go tam osobiście sam dyrektor.

– Ja, panie profesorze?

– Tak, ty! – warknął pedagog. – Ruszaj do gabinetu dyrektora quam celerrime. Czy zostało ci w głowie dość łaciny, by zrozumieć, co to znaczy?

– To znaczy „natychmiast”, panie profesorze.

– Zatem pospiesz się.

Sherlock zerknął ku bramie szkoły.

– Ale panie profesorze, czekam na ojca, który ma mnie odebrać.

– Z pewnością nie odjedzie bez ciebie, chłopcze.

Sherlock podjął jeszcze jedną bezczelną próbę.

– Mój bagaż…

Pan Tulley zerknął pogardliwie na zniszczony drewniany kufer Sherlocka – pamiątkę po wojskowych podróżach ojca – pełen zastarzałych plam i nadgryziony zębem czasu.

– Nie sądzę, by ktokolwiek chciał go ukraść – powiedział – chyba że ze względu na wartość zabytkową. Poproszę woźnego, by go dopilnował. A teraz ruszaj.

Sherlock z wahaniem zostawił swój dobytek – zapasowe koszule i bieliznę, tomiki poezji i kajety, w których zwykł notować swoje pomysły, przemyślenia, rozważania i melodie, jakie czasem przychodziły mu do głowy – po czym poszedł ku otoczonemu kolumnami wejściu do budynku szkoły. Przepychając się przez tłum uczniów, ich rodziców i rodzeństwa, zarazem nieustannie zerkał ku bramie, gdzie tłoczyły się konne powozy próbujące przejechać przez nią wszystkie naraz.

Główny hall wejściowy zdobiła dębowa boazeria i ustawione półkolem marmurowe popiersia poprzednich dyrektorów i patronów, każde na osobnym postumencie. Snopy światła padały ukośnie z wysokich okien na czarnobiałe płytki podłogi, rozświetlając wirujące drobinki kredowego pyłu. Ścisk panujący w hallu rodził niebezpieczeństwo, że lada chwila jakieś popiersie zostanie strącone z postumentu. Na niektórych widniały duże pęknięcia szpecące gładki marmur, co nasuwało wniosek, że przy każdym zakończeniu semestru co najmniej jedno z nich rozbijało się o podłogę i trzeba je było sklejać.

Sherlock przemykał się między ludźmi, którzy nie zwracali na niego uwagi, aż w końcu udało mu się wydostać z tłumu i wejść w korytarz wychodzący z hallu. Gabinet dyrektora mieścił się kilka jardów dalej. Zatrzymawszy się na progu, Sherlock wziął głęboki oddech, otrzepał klapy mundurka i zapukał.

– Wejść! – zahuczał głos niczym w teatrze.

Sherlock przekręcił gałkę i otworzył drzwi, starając się opanować nerwowy skurcz, którzy przeszył jego ciało niby błyskawica. W gabinecie dyrektora był dotąd tylko dwa razy: raz z ojcem, kiedy przyjechał do Deepdene, oraz rok później, kiedy wraz z grupą uczniów oskarżono go o ściąganie na egzaminie. Trzech prowodyrów poddano chłoście i usunięto ze szkoły, czterech czy pięciu pozostałych wychłostano aż do krwi i pozwolono im zostać. Sherlock – którego wypracowania spisywali koledzy – uniknął kary, ponieważ twierdził, że nic nie wiedział o całym procederze. W rzeczywistości wiedział o wszystkim, ale w szkole był zawsze nieco na uboczu, a skoro dzięki spisywaniu miał być tolerowany, czy wręcz lubiany, nie czuł żadnych skrupułów. Lecz nie zamierzał też donosić na spisujących – wtedy by go pobili albo być może przytrzymali przed buzującym kominkiem w jednym w dormitoriów, aż ubranie zaczęłoby mu dymić, a skóra pokryła się bąblami. Tak właśnie wyglądało szkolne życie – nieustanne balansowanie między nauczycielami a innymi uczniami. Nienawidził tego.

Gabinet dyrektora wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętał: ogromny, ponury, pachnący skórą i tytoniem do fajki. Pan Tomblinson siedział za biurkiem tak wielkim, że można by na nim grać w kręgle. Był zażywnym jegomościem w nieco za ciasnym ubraniu, które zapewne pomagało mu ukrywać przed samym sobą ewidentną obfitość kształtów.

– A, Holmes? Wejdź, chłopcze. Zamknij za sobą drzwi.

Sherlock zrobił, jak mu kazano, ale zamykając drzwi, spostrzegł, że w pokoju jest ktoś jeszcze: mężczyzna stojący przy oknie z kieliszkiem sherry w dłoni. Światło odbite od rżniętego szkła rzucało tęczowe refleksy.

– Mycroft? – powiedział zdumiony Sherlock.

Starszy brat odwrócił się ku niemu, a uśmiech przemknął przez jego twarz tak szybko, że gdyby Sherlock akurat mrugnął, mógłby go nie zauważyć.

– Sherlock. Urosłeś.

– Ty też – odparł. Brat rzeczywiście przybrał na wadze. Był niemal równie pulchny jak dyrektor, ale jego ubranie skrojono tak, by raczej to ukrywać, niż podkreślać.

– Przyjechałeś powozem ojca.

Mycroft uniósł brew.

– Jak, u diabła, domyśliłeś się tego, młody człowieku?

Sherlock wzruszył ramionami.

– Zauważyłem równoległe zagniecenia na twoich spodniach, tam gdzie odgniotła się na nich tapicerka, a pamiętam, że w powozie ojca na siedzeniu jest rozdarcie, które zaszyto dość niestarannie kilka lat temu. Szew odcisnął się na twoich spodniach, obok zagnieceń. – Urwał. – Mycrofcie, gdzie jest ojciec?

Dyrektor chrząknął, żeby zwrócić na siebie uwagę.

– Twój ojciec…

– Ojciec nie przyjedzie – przerwał mu łagodnie Mycroft. – Jego regiment został wysłany do Indii, by wzmocnić stacjonujące tam oddziały. Na granicy północno-zachodniej zrobiło się niespokojnie. Wiesz, gdzie to jest?

– Tak. Uczyliśmy się o Indiach na geografii i historii.

– Mądry chłopak.

– Nie wiedziałem, że tubylcy znów się burzą – zadudnił dyrektor. – W „Timesie” z pewnością nie było o tym wzmianki.

– To nie Hindusi – zdradził mu Mycroft. – Kiedy przejęliśmy kraj od Kompanii Wschodnioindyjskiej, żołnierze będący pod jej rozkazami przeszli na powrót pod rozkazy armii. Niektórym nowa dyscyplina wydała się znacznie… surowsza niż ta, do której przywykli. Nastroje były tak fatalne, że rząd postanowił radykalnie zwiększyć liczebność wojska w Indiach, by pokazać im, jak wyglądają prawdziwi żołnierze. Już sam bunt Hindusów to poważny problem, bunt w Armii Brytyjskiej byłby czymś nie do pomyślenia.

– A czy istotnie dojdzie do buntu? – zapytał Sherlock, czując, jak serce zaczyna ciążyć mu niczym kamień. – Czy ojciec będzie bezpieczny?

Mycroft wzruszył potężnymi ramionami.

– Nie wiem – powiedział. Między innymi za to Sherlock szanował swojego brata. Zawsze odpowiadał wprost na zadane wprost pytanie. Żadnego owijania w bawełnę. – Niestety, nie o wszystkim mi wiadomo. W każdym razie jeszcze nie teraz.

– Pracujesz przecież dla rządu? – naciskał Sherlock. – Musisz choć trochę wiedzieć, co może się stać. Nie możesz wysłać innego oddziału? Zatrzymać ojca w Anglii?

– Pracuję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych dopiero od kilku tygodni – odparł Mycroft – i choć pochlebiasz mi, przypisując wpływ na tak poważne sprawy, niestety, nie mogę nic zrobić. Jestem tylko doradcą. W istocie jedynie urzędnikiem.

– Na jak długo ojciec wyjeżdża? – zapytał Sherlock, przypominając sobie potężną postać mężczyzny w szkarłatnej serżowej kurtce z białymi pasami krzyżującymi się na piersi, którego łatwo było rozbawić, trudno za to wytrącić z równowagi. Sherlock czuł ucisk w klatce, ale trzymał emocje na wodzy. Jeśli cokolwiek wyniósł z nauki w szkole Deepdene, to przede wszystkim zasadę, by nigdy ich nie okazywać, bo z pewnością ktoś wykorzysta je przeciwko tobie.

– Sześć tygodni rejsu, sześć miesięcy, jak sądzę, na miejscu, po czym kolejne sześć tygodni na powrót. Razem dziewięć miesięcy.

– Niemal rok. – Sherlock pochylił głowę, starając się zapanować nad sobą. – Możemy już jechać do domu?

– Nie jedziesz do domu – odparł Mycroft.

Sherlock stał nieruchomo, czekając w milczeniu, aż dotrze do niego sens tych słów.

– Chłopak nie może tu zostać – mruknął dyrektor. – Szkoła będzie sprzątana.

Mycroft przeniósł swoje niewzruszone spojrzenie z Sherlocka na dyrektora.

– Matka… źle się czuje – powiedział. – Jest nader delikatnego zdrowia, a sprawa z ojcem jeszcze je nadwątliła. Potrzeba jej ciszy i spokoju, Sherlockowi zaś kogoś starszego, kto by się nim zajął.

– Ale przecież jesteś ty! – zaprotestował Sherlock.

Mycroft ze smutkiem potrząsnął dużą głową.

– Mieszkam teraz w Londynie, a moje stanowisko wymaga pracy przez wiele godzin dziennie. Obawiam się, że nie byłbym dobrym opiekunem dla chłopca, zwłaszcza tak ciekawskiego jak ty. – Odwrócił się w stronę dyrektora, tak jakby łatwiej mu było przekazać kolejną wiadomość jemu zamiast Sherlockowi. – Chociaż nasza rodzina mieszka w Horsham, mamy krewnych w Farnham, całkiem niedaleko stąd. Stryja i stryjenkę. Sherlock zatrzyma się u nich na czas wakacji.

– Nie! – wybuchnął Sherlock.

– Tak – odparł łagodnie Mycroft. – Wszystko już ustalone. Stryj Sherrinford i stryjenka Anna zgodzili się przyjąć cię na lato.

– Ale ja ich nawet nie znam!

– Niemniej to twoi krewni.

Mycroft pożegnał się z dyrektorem, podczas gdy osłupiały Sherlock próbował pojąć okropność tego, co się właśnie stało. Nie jedzie do domu. Nie zobaczy się z ojcem ani z matką. Nie będzie wędrował po polach i lasach otaczających posiadłość, która była mu domem przez czternaście lat. Nie zaśnie w starym łóżku w pokoju na poddaszu, gdzie trzymał wszystkie swoje książki. Nie będzie wślizgiwał się do kuchni, gdzie kucharka, jeśli tylko się do niej uśmiechnął, dawała mu kromkę chleba z dżemem. Zamiast tego zupełnie sam spędzi kilka tygodni z ludźmi, których nie zna, będzie musiał zachowywać się nienagannie. Na dodatek zaś wszystko to w mieście, a nawet hrabstwie, o którym nic nie wie. A potem wróci do szkoły.

Jak on to wytrzyma?

Sherlock wyszedł za Mycroftem z gabinetu dyrektora i ruszyli korytarzem do hallu. Przed drzwiami szkoły stał jednokonny, kryty powóz. Po podróży Mycrofta do Deepdene miał zabłocone koła, a boki zakurzone. Na drzwiczkach widniał herb Holmesów. Kufer młodszego z braci już załadowano na tył pojazdu. Chuderlawy woźnica, którego Sherlock nie znał, siedział na koźle, luźno trzymając lejce.

– Skąd wiedział, który to mój kufer?

Mycroft machnął lekceważąco dłonią.

– Widziałem go z okna gabinetu dyrektora. To był jedyny bagaż, którego nikt nie pilnował. A poza tym tego kufra używał kiedyś ojciec. Dyrektor był tak uprzejmy, że posłał jednego z chłopców, by powiedział woźnicy, że ma go załadować na powóz.

Otworzył drzwiczki powozu i skinął na Sherlocka, by wsiadał. Chłopiec jednak obrzucił jeszcze spojrzeniem szkołę i kolegów.

– Patrzysz tak, jakbyś miał ich nigdy więcej nie zobaczyć – powiedział Mycroft.

– Nie o to chodzi – odparł Sherlock. – Myślałem tylko, że wakacje spędzę w miejscu lepszym niż to. Teraz wiem, że raczej w gorszym. Tu jest strasznie, ale może być jeszcze gorzej.

– Nie będzie tak źle. Stryj Sherrinford i stryjenka Anna to mili ludzie.

– Dlaczego więc nigdy o nich nie słyszałem? – zapytał Sherlock. – Dlaczego ojciec nigdy nie wspominał, że ma brata?

Przez twarz Mycrofta przebiegł niemal niezauważalny grymas.

– Myślę, że w rodzinie nastąpił niegdyś rozłam. Przez pewien czas stosunki były napięte. Matka odnowiła kontakty kilka miesięcy temu, pisząc do stryjostwa list. Nie mam nawet pewności, czy ojciec o tym wie.

– I właśnie tam mnie wysyłasz?

Mycroft poklepał Sherlocka po ramieniu.

– Gdyby było jakieś inne wyjście, nie robiłbym tego, wierz mi. Czy chcesz się pożegnać z przyjaciółmi?

Sherlock rozejrzał się. Widział znajomych chłopców, ale czy któregoś z nich mógłby nazwać przyjacielem?

– Nie – odrzekł. – Jedźmy już.

Podróż do Farnham zabrała im kilka godzin. Kiedy wyjechali za Dorking, miasteczko położone najbliżej szkoły Deepdene, powóz ruszył z turkotem wiejskimi drogami w tunelach drzew, mijając od czasu do czasu kryte strzechą chaty albo jakiś większy dom oraz pola pełne dojrzałego jęczmienia. Słońce prażyło z bezchmurnego nieba, zmieniając pojazd w piekarnik mimo powiewów wiatru, jakie wpadały do środka. Przy szybach leniwie brzęczały owady. Sherlock patrzył przez jakiś czas na świat przesuwający się za oknami. Zatrzymali się na lunch w gospodzie, gdzie Mycroft kupił trochę szynki i sera oraz pół bochenka chleba. W pewnym momencie Sherlock zasnął.

Kiedy się obudził, nie wiedział, czy minęło kilka minut, czy godzin, a powóz wciąż jechał przez taki sam krajobraz. Gawędzili z Mycroftem o tym, co ostatnio działo się w domu, o ich siostrze, o wątłym zdrowiu matki. Mycroft pytał, jak mu idzie nauka, Sherlock zaś opowiadał trochę o rozmaitych lekcjach, na których musiał wysiedzieć, i nieco więcej o nauczycielach. Naśladował ich głosy i nawyki, tak że starszy brat nie mógł pohamować śmiechu, rozbawiony zjadliwym humorem jego parodii.

Po jakimś czasie przy drodze pojawiło się więcej domów. Wreszcie wjechali do większego miasta, a końskie kopyta zagrzechotały na bruku. Wychyliwszy się z okna powozu, Sherlock zobaczył coś, co wyglądało na ratusz – trzypiętrowy budynek z ciemnymi belkami na tle białego tynku i wielkim zegarem zwisającym ze wspornika nad dwuskrzydłowymi drzwiami.

– Czy to Farnham? – zapytał.

– Guildford – odparł Mycroft. – Farnham jest niedaleko.

Droga z Guildford wiodła grzbietem, po którego obu stronach opadały pola porośnięte żółtymi kwiatami, z rozrzuconymi gdzieniegdzie kępami drzew.

– Ten grzbiet nazywają Hog’s Back – powiedział Mycroft. – Niedaleko stąd jest stacja telegrafu semaforowego na Pewley Hill. To część linii, która ciągnie się od budynku Admiralicji w Londynie aż do nabrzeża w Portsmouth. Uczyli was w szkole o telegrafie semaforowym?

Sherlock potrząsnął głową.

– Typowe – mruknął Mycroft. – Tyle łaciny, ile tylko zmieści się w łepetynach, ale nic, z czego byłby pożytek. – Westchnął ciężko. – Telegraf semaforowy pozwala przekazywać wiadomości szybko i na duże odległości. Poczcie konnej zabrałoby to wiele dni. Stacje telegrafu mają na dachu widoczne z daleka tablice z sześcioma dużymi otworami, które można przesłaniać lub odsłaniać. W zależności od tego, które otwory są odsłonięte, tablica pokazuje różne litery. Strażnik stacji obserwuje zarówno poprzednią, jak i następną stację linii za pomocą teleskopu. Jeśli dostrzeże literowaną wiadomość, zapisuje ją, a potem powtarza za pomocą swojej tablicy. W ten sposób wiadomość wędruje od stacji do stacji. Ta akurat linia zaczyna się w Admiralicji, ciągnie przez Chelsea i Kingston nad Tamizą aż tutaj, a potem dalej, do doków w Portsmouth. Jest jeszcze druga linia, prowadząca do doków Chatham, i inne, do Deal, Sheerness, Great Yarmouth i Plymouth. Zbudowano je po to, by Admiralicja mogła szybko przekazać wiadomości marynarce wojennej na wypadek ataku ze strony Francji. A teraz powiedz mi, skoro mamy sześć otworów, a każdy z nich może być otwarty lub zamknięty, ile jest różnych kombinacji, które oznaczają litery, cyfry albo inne symbole?

Choć Sherlock miał wielką ochotę odpowiedzieć bratu, że rok szkolny właśnie się skończył, zamknął oczy i liczył przez chwilę w myślach. Jeden otwór to dwa stany: otwarty i zamknięty. Dwa otwory to już cztery stany: otwarty–otwarty, otwarty–zamknięty, zamknięty–otwarty, zamknięty–zamknięty. Trzy otwory… Szybko dokonał obliczeń i wtedy zrozumiał regułę.

– Sześćdziesiąt cztery – odparł w końcu.

– Bardzo dobrze – przytaknął Mycroft. – Cieszę się, że przynajmniej z matematyką jesteś na bieżąco. – Zerknął w okno po prawej. – Ach, Aldershot. Ciekawe miejsce. Czternaście lat temu królowa Wiktoria nazwała je domem Armii Brytyjskiej. Przedtem była to mała wioska z niecałym tysiącem mieszkańców. Teraz ma ich szesnaście tysięcy i wciąż się rozwija.

Sherlock wyciągnął szyję, by zza ramienia brata wyjrzeć przez drugie okno, ale patrząc pod takim kątem, dostrzegł jedynie rozrzucone budynki, być może stojące przy linii kolejowej, która biegła równolegle do drogi u stóp zbocza. Usiadł więc z powrotem i zamknął oczy, starając się nie myśleć o tym, co go czekało.

Po jakimś czasie poczuł, że powóz zjeżdża w dół. Zaraz potem skręcili kilkakrotnie i odgłos końskich kopyt się zmienił: teraz jechali nie po bruku, ale po ubitej ziemi. Zacisnął mocniej powieki, chcąc odwlec chwilę, kiedy będzie musiał pogodzić się z nieuchronnym.

Powóz zatrzymał się na żwirowanym podjeździe. Z zewnątrz słychać było śpiew ptaków i szelest wiatru w gałęziach. Sherlock usłyszał czyjeś zbliżające się kroki na żwirze.

– Sherlocku – powiedział łagodnie Mycroft – czas zmierzyć się z rzeczywistością.

Otworzył oczy.

Powóz stał przed wejściem do dużego domu. Budynek z czerwonej cegły wydawał się bardzo wysoki: parter i dwa piętra, a na dodatek jakby ciąg pokojów na poddaszu, sądząc po niewielkich okienkach w dachu krytym szarymi dachówkami. Lokaj właśnie otwierał drzwiczki od strony Mycrofta. Sherlock wysunął się z powozu w ślad za bratem.

W głębokim cieniu u szczytu trzech szerokich stopni, które wiodły na ganek głównego wejścia, stała kobieta, ubrana cała na czarno. Twarz miała chudą i ściągniętą, wargi zaciśnięte, a oczy zmrużone, jakby zamiast porannej herbaty łyknęła z filiżanki octu.

– Witajcie w majątku państwa Holmesów. Nazywam się Eglantine – powiedziała głosem szeleszczącym jak papier. – Jestem tu ochmistrzynią. – Zerknęła na Mycrofta. – Pan Holmes oczekuje pana w bibliotece, gdy tylko będzie pan gotów. – Przeniosła wzrok na Sherlocka. – A lokaj przeniesie… bagaż do pokoju panicza, paniczu Holmes. Popołudniowa herbata zostanie podana o trzeciej. Zechce panicz do tego czasu pozostać w swoim pokoju.

– Nie zostanę na herbatę – odrzekł bez zająknięcia Mycroft. – Niestety, muszę wracać do Londynu. – Odwrócił się do Sherlocka, a w jego spojrzeniu było zarazem współczucie, braterska miłość i przestroga. – Trzymaj się, Sherlocku – powiedział. – Na pewno przyjadę tu, by odwieźć cię do szkoły pod koniec wakacji, a jeśli będę mógł, wcześniej cię odwiedzę. Zachowuj się odpowiednio i wykorzystaj sposobność poznania okolicy. Jestem pewien, że stryj Sherrinford ma wyjątkową bibliotekę. Zapytaj, czy mógłbyś zaczerpnąć ze zgromadzonej tam wiedzy. Zostawię swój adres pani Eglantine – jeśli tylko będziesz mnie potrzebował, wyślij telegram albo napisz list. – Uspokajającym gestem dotknął ramienia Sherlocka. – To dobrzy ludzie – rzekł cicho, by nie słyszała go pani Eglantine – ale, jak cała nasza rodzina, mają swoje dziwactwa. Bądź ostrożny i staraj się ich nie rozzłościć. Pisz do mnie, kiedy będziesz mógł. I pamiętaj – nie zostajesz tu na resztę życia. To tylko kilka miesięcy. Bądź dzielny. – Ścisnął ramię brata.

Sherlock poczuł w gardle gulę wściekłości i frustracji. Zmusił się, by ją przełknąć. Nie chciał, by Mycroft dostrzegł jego uczucia, nie chciał też źle zacząć swego pobytu w majątku Holmesów. Od następnych chwil miało zależeć, jaki będzie cały jego pobyt tutaj.

Wyciągnął dłoń, a Mycroft, zdjąwszy rękę z ramienia brata, uścisnął ją, uśmiechając się serdecznie.

– Do widzenia – powiedział Sherlock głosem tak opanowanym, na jaki tylko mógł się zdobyć. – Pozdrów ode mnie matkę i Charlotte. A jeśli będziesz miał jakieś wieści o ojcu, daj mi znać.

Mycroft wszedł po schodach prowadzących do wejścia. Pani Eglantine przez chwilę patrzyła na Sherlocka z nieprzeniknioną miną, po czym odwróciła się i poprowadziła Mycrofta w głąb domu.

Sherlock obejrzał się i zobaczył, jak lokaj z trudem bierze kufer na ramiona. Kiedy już trzymał go bezpiecznie, chwiejnie wszedł po schodach, mijając Sherlocka, który niepocieszony ruszył za nim.

Posadzka w hallu była czarnobiała, obrzeżona mahoniem, a bogato zdobione schody spływały z górnych pięter niczym zamarznięty wodospad. Na ścianach widniały malowidła przedstawiające sceny religijne, pejzaże i zwierzęta. Mycroft wszedł drzwiami po lewej stronie schodów do pokoju, który, jak zdążył zauważyć Sherlock, pełen był książek oprawnych w zieloną skórę. Z fotela obitego skórą barwy identycznej jak oprawy tomów podniósł się szczupły, starszy mężczyzna w staroświeckim, czarnym surducie. Jego brodata twarz była pobrużdżona i blada, czaszkę znaczyły starcze plamy.

Drzwi zamknęły się, gdy obaj panowie ściskali sobie dłonie. Lokaj ruszył po marmurowej podłodze ku schodom, wciąż dźwigając na ramionach kufer. Sherlock poszedł za nim.

Pani Eglantine stała u stóp schodów, przed biblioteką. Patrzyła ponad głową Sherlocka, ku drzwiom.

– Chłopcze, wiedz, że nie jesteś tu mile widziany – syknęła, gdy ją mijał.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej