Miłość przez przypadek - Górska Weronika - ebook
NOWOŚĆ

Miłość przez przypadek ebook

Górska Weronika

2,6

115 osób interesuje się tą książką

Opis

Przypadki chodzą… parami!

Dwudziestojednoletnia Charlie Moore przeprowadza się z malowniczego Lawendowego Wzgórza do Sky City, aby rozpocząć pracę jako asystentka redaktora w wydawnictwie. Po zakończeniu toksycznego, wyniszczającego psychicznie związku dziewczyna nie szuka miłości. Pragnie spokoju i ukojenia, a jednak już pierwszego dnia napotyka przeszkody.

Pod drzwiami swojego lokum wpada na blondyna, który twierdzi, że… to on tam mieszka. Przypadkowe spotkanie sprawia, że świat Charlie zaczyna drżeć w posadach. Zwłaszcza, gdy okazuje się, że mężczyzna nie jest zwykłym sąsiadem, a Ethanem Smithem.

Jej nowym szefem.

Od tej chwili życie Moore zaczyna przypominać scenariusz filmowy. Obowiązki w wydawnictwie, nieporozumienia i nieplanowane spotkania dodają kolorytu jej relacji z Ethanem. Relacji, której nikt nie zamierzał nawiązywać, a która kompletnym przypadkiem wywróciła ich codzienność do góry nogami…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 223

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,6 (7 ocen)
2
0
0
3
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
magda_korlak

Nie polecam

Kiepsko napisana historia. Ciężko się wciągnąć i polubić bohaterów i ich historię. Główna bohaterka jest jak dziecinna księżniczka. Brakuje dojrzałości, naturalności i czegoś wciągającego. Źle się to czyta
10
Marleneczka

Z braku laku…

Zupelnie jak by to pisało dziecko . Bajka od samego poczatku . Tresc dla 12 latek.
10
K4rolin4

Nie polecam

Konstrukcja zdań jest uproszczona i powtarzalna do tego stopnia, że momentami przypomina szkic lub pierwszą wersję tekstu. Brakuje płynności, naturalności i warsztatowej dojrzałości, co znacząco obniża jakość odbioru. Zwyczajnie źle się to czyta.
10
jestemtutaj

Nie oderwiesz się od lektury

Delikatny romans
00

Popularność




Dedykacja

To książ­ka o mi­ło­ści, więc każ­dą jej stro­nę de­dy­ku­ję mo­jej bab­ci Joli. Bab­ciu, ko­cham Cię i dzię­ku­ję za wszyst­ko. Je­steś naj­sil­niej­szą bab­cią, jaką znam. Mimo że te­raz pa­trzysz na mnie z góry, wiem, że wciąż je­steś obok mnie.

Prolog

Za­ko­cha­nie. Czym ono wła­ści­wie jest? Ja­kie emo­cje prze­ży­wa ktoś, kto za­ko­cha się bez pa­mię­ci? Czy wszy­scy za­ko­cha­ni czu­ją to samo, czy każ­dy coś zu­peł­nie in­ne­go? Może opo­wiem na swo­im przy­kła­dzie: nie po­tra­fi­łam zła­pać tchu, nie umia­łam za­snąć, je­śli nie wy­obra­zi­łam so­bie mo­je­go chłop­ca, nie po­tra­fi­łam się obu­dzić bez my­śle­nia o tym, co u nie­go. Uśmie­cha­łam się na jego wi­dok i na samą myśl o nim. Ale była też dru­ga stro­na me­da­lu, któ­ra cie­ka­wi­ła mnie znacz­nie bar­dziej niż moje wła­sne od­czu­cia. Nie­sa­mo­wi­cie in­te­re­so­wa­ło mnie to, co czuł on – ten za­ko­cha­ny chło­pak. Moim za­da­niem było to od­kryć…

1

Z roz­czu­le­niem pa­trzy­łam na swój po­kój w domu ro­dzin­nym – nic się nie zmie­ni­ło, je­dy­nie sza­fy opu­sto­sza­ły, a wy­cią­gnię­te z nich rze­czy sta­ły na dole w kar­to­nach. Zdję­cia, ob­ra­zy, pla­ka­ty na­dal wi­sia­ły na swo­im miej­scu, bo prze­cież za­mie­rza­łam tu­taj wró­cić. Do to­reb­ki spa­ko­wa­łam je­dy­nie fo­to­gra­fie przed­sta­wia­ją­ce dziad­ków, ro­dzi­ców oraz Leę i Ja­smi­ne – moje ku­zyn­ki, któ­re ko­cha­łam nie­zwy­kle moc­no. A, no i jesz­cze w ostat­niej chwi­li spa­ko­wa­łam zdję­cie mo­je­go psa. Uśmiech­nę­łam się de­li­kat­nie i za­mknę­łam po­wo­li drzwi. Zo­sta­wi­łam w tym po­ko­ju naj­lep­sze wspo­mnie­nia, któ­re two­rzy­łam przez dwa­dzie­ścia je­den lat swo­je­go ży­cia.

– Je­steś go­to­wa? – za­py­ta­ła mama, kie­dy zdję­łam rękę z klam­ki.

– Nie wiem. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. Mama pa­trzy­ła na mnie z lek­ko za­łza­wio­ny­mi ocza­mi. W koń­cu jej je­dy­ne dziec­ko wy­pro­wa­dza­ło się z domu, a to na pew­no nie było dla niej ła­twe. Cóż, dla mnie też nie. – Niby to tyl­ko rok, a tak na­praw­dę aż rok.

– Do­sta­łaś ogrom­ną szan­sę, Char­lie – przy­po­mnia­ła mi mama. – Bę­dzie­my cię od­wie­dzać, a ty bę­dziesz od­wie­dzać nas. Damy radę. – Na­stęp­nie roz­kle­iła się już na do­bre. Moc­no mnie przy­tu­la­ła, a i ja za­czę­łam pła­kać. Tak bar­dzo ją ko­cha­łam.

– Na­praw­dę nie mogę za­brać Ted­dy’ego? – za­py­ta­łam, kie­dy po­czu­łam, jak czwo­ro­noż­ny czło­nek na­szej ro­dzi­ny sia­da na mo­ich sto­pach. Ra­zem z mamą spoj­rza­ły­śmy na nie­go i obie uśmiech­nę­ły­śmy się przez łzy. On czuł, że wy­jeż­dżam.

– Ko­cha­nie, a co my tu­taj bę­dzie­my ro­bić, jak cie­bie nie bę­dzie? Poza tym z nami ma to­wa­rzy­stwo cały czas, a gdy­by wy­je­chał z tobą, więk­szość cza­su spę­dzał­by sam – po­wie­dzia­ła mama. Sły­sza­łam to już dwie­ście razy, ale wiem, że mia­ła ra­cję.

– Wiem, wiem – jęk­nę­łam i moc­no przy­tu­li­łam psa. Będę za nim tę­sk­nić. – Ko­cham cię, mo­żesz spać w moim łóż­ku, mo­żesz na­wet si­kać na mój dy­wan i ob­gryźć buty, któ­re zo­sta­wi­łam. Po­zwa­lam ci na wszyst­ko – po­wie­dzia­łam i znów go wy­ści­ska­łam. – Je­stem go­to­wa. Mu­szę już je­chać, żeby wszyst­ko za­ła­twić. Na czter­na­stą je­stem umó­wio­na z wła­ści­cie­lem miesz­ka­nia, któ­ry ma mi prze­ka­zać klu­cze.

Ra­zem z mamą i Ted­dym ze­szli­śmy na dół. Tato wkła­dał moje rze­czy do auta, przed do­mem za­sta­łam rów­nież moje ku­zyn­ki. Zbie­głam ze scho­dów i od razu po­bie­głam w ich stro­nę.

– Tak się cie­szę, że was wi­dzę przed wy­jaz­dem. – Przy­tu­li­łam je moc­no. Bę­dzie mi ich bra­ko­wać. Nie było dnia, kie­dy bym się z nimi nie wi­dzia­ła. A te­raz? Będę sama w ob­cym miej­scu.

– Pa­mię­taj, że masz nas jak naj­szyb­ciej za­pro­sić. W do­dat­ku czę­sto wra­caj, bo jak nie, to wiesz… – po­wie­dzia­ła Lea.

– Wy­sy­łaj nam zdję­cia i pa­mię­taj, że dasz so­bie radę. Za­nim się obej­rzysz, znów tu­taj wró­cisz i bę­dziesz z nami – do­da­ła Ja­smi­ne. Szcze­rze mó­wiąc, z każ­dym ich sło­wem mia­łam po­licz­ki co­raz bar­dziej mo­kre od łez.

– Oby tak było, Ja­smi­ne – szep­nę­łam. – Ko­cham was bar­dzo – do­da­łam, a póź­niej po­de­szłam do mo­je­go taty.

– No i co? Już je­steś aż tak do­ro­sła? – za­py­tał z lek­ko unie­sio­nym ką­ci­kiem ust. – Uwa­żaj na sie­bie, w ró­żo­wej tor­bie masz gaz pie­przo­wy. I nie oglą­daj się za chło­pa­ka­mi, bo chłop­cy z tam­tych stron są dziw­ni. – Nie było na świe­cie dru­giej ta­kiej oso­by jak mój tata. Je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju, nie­po­wta­rzal­ny Brad Mo­ore.

– Dzię­ku­ję, tato. Na­wet za ten gaz.

– Bar­dzo cię ko­cha­my. – Mama ob­ję­ła nas rę­ka­mi, a ja znów za­czę­łam moc­no pła­kać. Boże, jak ja będę za nimi tę­sk­nić.

– Ja was też.

Kie­dy już po­że­gna­łam się ze wszyst­ki­mi po sto razy, wsia­dłam do auta i od­je­cha­łam. Opusz­cza­łam moją bez­piecz­ną przy­stań, któ­ra przez wie­le raz chro­ni­ła mnie przed złem i da­wa­ła mi uko­je­nie.

Czas za­cząć nowy roz­dział, któ­ry miał mi po­ka­zać, cze­go tak na­praw­dę pra­gnę.

***

Po bli­sko trzech go­dzi­nach jaz­dy z mo­jej ma­łej wio­ski do nie­co więk­sze­go mia­sta w koń­cu do­tar­łam pod nowe miesz­ka­nie. La­wen­do­we Wzgó­rze, w któ­rym się wy­cho­wa­łam, mia­ło zde­cy­do­wa­nie wię­cej zie­le­ni. Będę mu­sia­ła się przy­zwy­cza­ić do wszech­obec­nej be­to­no­zy wo­kół. Pry­wat­ne osie­dle pre­zen­to­wa­ło się jed­nak do­brze – cał­kiem nowe bu­dow­nic­two, ogro­dzo­ne ze wszyst­kich stron. Wie­dzia­łam, że jest tu­taj bez­piecz­nie. Kil­ka mie­się­cy temu oglą­da­łam kil­ka miesz­kań z ro­dzi­ca­mi i tata zgo­dził się tyl­ko na to, bo dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę była tu­taj ochro­na. Wje­cha­łam do środ­ka przez otwar­tą bra­mę. Jak tyl­ko przez nią prze­je­cha­łam, na­tych­miast się za­mknę­ła. Dziw­ne. Za­par­ko­wa­łam auto na pierw­szym lep­szym miej­scu. Kil­ka me­trów da­lej sta­ła ko­bie­ta, od któ­rej mia­łam wy­naj­mo­wać miesz­ka­nie. Wie­dzia­łam, jak wy­glą­da, bo by­li­śmy w jej agen­cji nie­ru­cho­mo­ści. Mój tato mu­siał się upew­nić, że ko­bie­ta nie jest oszust­ką.

– Dzień do­bry, Char­lie. Jak mi­nę­ła ci dro­ga? – za­py­ta­ła, kie­dy do niej po­de­szłam. Była bar­dzo miła i spo­koj­na, choć my­śla­łam, że po wy­wia­dzie, któ­ry prze­pro­wa­dził z nią mój tata, nie wy­naj­mie mi tego miesz­ka­nia.

– Dzię­ku­ję, bar­dzo do­brze. – Uśmiech­nę­łam się.

– A więc chodź. Wi­tam w Sky City – po­wie­dzia­ła, a ja szłam za nią jak za­cza­ro­wa­na. Na­wet nie pa­mię­ta­łam nu­me­ru mo­je­go miesz­ka­nia. Boże, by­łam tu­taj trzy mie­sią­ce temu na dzie­sięć mi­nut, więc mia­łam pra­wo za­po­mnieć. We­szły­śmy do środ­ka, a ja roz­glą­da­łam się do­oko­ła, nie czu­łam się tu­taj jak w domu. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się inne, nowe, ale prze­cież to była moja de­cy­zja. Ko­bie­ta uda­ła się w stro­nę win­dy. Kie­dy już się przed nią za­trzy­ma­ła, spoj­rza­ła na mnie py­ta­ją­co, bo wciąż sta­łam w tym sa­mym miej­scu. Kie­dy by­łam mała, utknę­łam ra­zem z Ja­smi­ne w win­dzie i od tego cza­su bar­dzo nie­chęt­nie z niej ko­rzy­stam.

– Pój­dę scho­da­mi – po­wie­dzia­łam nie­śmia­ło.

– Do­brze, będę cze­kać na gó­rze. Twój nu­mer miesz­ka­nia to sześć­set dzie­więć­dzie­siąt sześć! – krzyk­nę­ła agent­ka, po czym drzwi win­dy się za­mknę­ły.

– Sześć­set dzie­więć­dzie­siąt sześć? Któ­re to pię­tro? – szep­nę­łam pod no­sem.

– Szó­ste. Masz dużo scho­dów przed sobą – po­wie­dział miły star­szy pan, któ­ry scho­dził na dół z psem.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­łam z uśmie­chem i po­wo­li za­czę­łam wdra­py­wać się na górę. Nie wiem, ile mi to za­ję­ło, ale by­łam prze­ko­na­na, że do­sta­nę za­wa­łu, nie­źle się zmę­czy­łam. Sta­nę­łam pod drzwia­mi swo­je­go miesz­ka­nia i za­pu­ka­łam, bo spo­dzie­wa­łam się, że pani Ca­ro­li­ne jest w środ­ku, a nie chcia­łam jej wy­stra­szyć.

Cze­ka­łam dość dłu­go, bo pra­wie dwie mi­nu­ty, aż ko­bie­ta otwo­rzy drzwi. Po­my­śla­łam, że może coś jesz­cze robi w środ­ku. Ja­kie było moje zdzi­wie­nie, kie­dy w pro­gu sta­nął mło­dy, wy­so­ki blon­dyn z ręcz­ni­kiem prze­wie­szo­nym na bio­drach.

– Co pan robi w moim miesz­ka­niu? – za­py­ta­łam zdez­o­rien­to­wa­na, a męż­czy­zna się za­śmiał.

– Co ty ro­bisz pod mo­imi drzwia­mi? – od­po­wie­dział py­ta­niem, a ja kom­plet­nie nie wie­dzia­łam, co się dzie­je.

– „Two­imi”? To zna­czy pana? Prze­cież ja się dziś tu­taj wpro­wa­dzam – stwier­dzi­łam, lek­ko już zde­ner­wo­wa­na. Chło­pak pa­trzył na mnie z uśmie­chem. Biła od nie­go ra­dość i po­zy­tyw­na ener­gia.

– Pod jaki nu­mer się wpro­wa­dzasz? – za­py­tał, pod­pie­ra­jąc się dło­nią o fu­try­nę.

– Sześć­set dzie­więć­dzie­siąt sześć.

Chło­pak par­sk­nął pod no­sem. Póź­niej wska­zał pal­cem na nu­mer swo­je­go miesz­ka­nia.

– A to jest sześć­set dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć – po­wie­dział pew­nie, a ja wy­trzesz­czy­łam oczy. Zro­bi­ło mi się nie­sa­mo­wi­cie wstyd.

– O Boże! – krzyk­nę­łam ze­stre­so­wa­na i za­że­no­wa­na. – Prze­pra­szam.

– Pan­no Char­lie, wi­dzę, że już po­zna­je pani są­sia­dów. – Z miesz­ka­nia tuż obok na­gle wy­ło­ni­ła się pani Ca­ro­li­ne. Zgu­ba się zna­la­zła. Ko­bie­to, nie mo­głaś wcze­śniej wy­sta­wić tej blond gło­wy? Cho­ciaż w su­mie ona blon­dyn­ka, on blon­dyn, pew­nie ktoś też by się po­my­lił. Dziw­nie, że miesz­ka­nie sześć­set dzie­więć­dzie­siąt sześć było tuż obok sześć­set dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć…

– Jesz­cze raz pana prze­pra­szam – po­wie­dzia­łam do uśmiech­nię­te­go blon­dy­na i po­szłam do sie­bie.

– Li­czę na prze­pro­si­no­wą kawę w no­wym miesz­ka­niu! – Usły­sza­łam za sobą roz­ba­wio­ny głos.

My­śla­łam, że spa­lę się ze wsty­du. Nie dość, że po­my­li­łam miesz­ka­nia, to jesz­cze w pro­gu za­sta­łam pół­na­gie­go przy­stoj­ne­go męż­czy­znę. W su­mie za­czę­ło mi się tu­taj po­do­bać…

***

Mi­nę­ło do­bre pół go­dzi­ny, a ja wciąż wno­si­łam swo­je gra­ty do miesz­ka­nia. Na dół scho­dzi­łam scho­da­mi, jed­nak na górę, ob­ła­do­wa­na rze­cza­mi, mu­sia­łam wjeż­dżać win­dą. Nie do koń­ca mi się to po­do­ba­ło, ale szcze­rze mó­wiąc, nie mia­łam siły na wspi­nacz­kę po scho­dach. Po­roz­ma­wia­łam już na ka­mer­ce z ro­dzi­ca­mi, po­wie­dzia­łam, że wszyst­ko do­brze i ta­kie tam. Mia­łam się ode­zwać rano.

– Po­móc ci? – Kie­dy za­my­ka­łam ba­gaż­nik, na par­king pod­je­chał bia­ły sa­mo­chód. Jego kie­row­cą był ten sam męż­czy­zna, któ­re­go wi­dzia­łam dziś pół­na­gie­go. Za­par­ko­wał tuż obok mnie.

– Nie, dzię­ki – od­po­wie­dzia­łam grzecz­nie. – Niech pan so­bie gło­wy nie za­wra­ca.

– A mo­żesz nie mó­wić mi na „pan”? – za­py­tał z uśmie­chem. Czy jego to ba­wi­ło? Chcia­łam być kul­tu­ral­na. Męż­czy­zna wy­siadł z auta, za­mknął je, a na­stęp­nie sta­nął obok mnie i wy­cią­gnął dłoń. – Je­stem Ethan.

– Char­lot­te, choć wolę Char­lie. – Mu­sia­łam przy­znać, że chło­pak był na­praw­dę nie­sa­mo­wi­cie przy­stoj­ny. Blond wło­sy, nie­bie­skie oczy, pięk­ny uśmiech. Boże, jak do­brze, że tu tra­fi­łam.

– To co? Te­raz, kie­dy wiesz, jak mam na imię, dasz so­bie po­móc?

Poza atu­ta­mi wi­zu­al­ny­mi mój nowy są­siad wy­da­wał się miły. Zgo­dzi­łam się, bo chy­ba by­ła­bym głu­pia, gdy­bym nie po­zwo­li­ła so­bie po­móc, w do­dat­ku ta­kie­mu nad­zwy­czaj­ne­mu oka­zo­wi.

Obo­je wzię­li­śmy po kar­to­nie, a Ethan oprócz tego za­brał rów­nież moją ostat­nią wa­liz­kę. Co praw­da to były już ostat­nie gra­ty, ale cie­szy­łam się, że mi po­ma­ga, bo sama mu­sia­ła­bym bie­gać jesz­cze kil­ka razy.

– Za­mknij auto – upo­mniał mnie blon­dyn. By­łam w nie­go tak za­pa­trzo­na, że cał­kiem o tym za­po­mnia­łam.

– Dzię­ki, bym za­po­mnia­ła.

Ra­zem z Etha­nem uda­li­śmy się do środ­ka. Nie­pew­nie we­szłam do win­dy za­raz za chło­pa­kiem. Kie­dy na­ci­snął gu­zik, a wid­na ru­szy­ła, za­mknę­łam oczy.

– Bo­isz się wind? – za­py­tał.

– Po pro­stu ich nie lu­bię – od­par­łam.

– Mo­żesz otwo­rzyć oczy. Nic ci się nie sta­nie – po­wie­dział spo­koj­nie. Otwo­rzy­łam naj­pierw jed­no, a póź­niej dru­gie oko. Chło­pak in­ten­syw­nie mi się przy­glą­dał, a ja by­łam nie­co ze­stre­so­wa­na jego wzro­kiem. Uśmiech­nę­łam się de­li­kat­nie, na moje szczę­ście win­da się za­trzy­ma­ła i otwo­rzy­ła. Uda­li­śmy się w stro­nę mo­je­go miesz­ka­nia.

– Wejdź na kawę. – Otwo­rzy­łam sze­ro­ko drzwi i wnio­słam swo­je rze­czy do środ­ka. – Prze­pro­si­no­wą – do­da­łam i chy­ba go tym prze­ko­na­łam.

– Gdzie po­ło­żyć te rze­czy? – za­py­tał.

– Obo­jęt­nie, i tak jest jesz­cze syf, ale kawę od­na­la­złam, bo była w pierw­szym pu­deł­ku, któ­re roz­pa­ko­wa­łam. – Ethan po­ło­żył wszyst­ko w przed­po­ko­ju i po­szedł za mną do kuch­ni. Miesz­ka­nie nie było duże, mia­ło sa­lon po­łą­czo­ny z kuch­nią, ła­zien­kę i sy­pial­nię oraz bal­kon cią­gną­cy się od sy­pial­ni do sa­lo­nu. Nie chcia­łam ni­cze­go du­że­go, bo i tak za­mie­rza­łam miesz­kać tu­taj sama.

– Sia­daj, pro­szę. – Po­ka­za­łam na ka­na­pę, a chło­pak usiadł na wska­za­nym prze­ze mnie miej­scu. – Ile sło­dzisz? Z mle­kiem?

– Dwie. I tak, z mle­kiem – od­parł, po­sy­ła­jąc mi cie­pły uśmiech. – Więc? Co cię skło­ni­ło do prze­pro­wadz­ki? – za­py­tał. Wzię­łam dwa kub­ki kawy i po­ło­ży­łam je na sto­li­ku ka­wo­wym, po czym usia­dłam obok Etha­na.

– Pra­ca. Do­sta­łam na rok kon­trakt w wy­daw­nic­twie jako asy­stent­ka re­dak­to­ra. Swo­ją dro­gą, wła­śnie w wy­daw­nic­twie Sky wy­da­łam swo­ją pierw­szą książ­kę.

Ethan zmru­żył oczy. Uważ­nie mi się przy­glą­dał oraz słu­chał mnie w sku­pie­niu. Jego mina nie­co się zmie­ni­ła, lecz nie wie­dzia­łam, o co mu cho­dzi.

– Pi­szesz książ­ki? – za­py­tał z za­cie­ka­wie­niem.

– Tak, na­dal pi­szę, ale będę mu­sia­ła zro­bić so­bie małą prze­rwę ze wzglę­du na pra­cę. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. Ko­cha­łam pi­sać, two­rzyć hi­sto­rie, two­rzyć swo­je wy­ma­rzo­ne ży­cie. Pi­sa­nie było moim azy­lem. Ski­nął gło­wą w po­twier­dze­niu. – A ty? Czym się zaj­mu­jesz? – za­py­ta­łam, bio­rąc łyk kawy.

Chło­pak spoj­rzał na mnie, a póź­niej na ścia­nę. Coś mi nie pa­so­wa­ło. Szu­kał od­po­wie­dzi przez do­bre kil­ka­dzie­siąt se­kund.

– A wiesz, ta­kie nudy. Pra­cu­ję w biu­rze. – Ab­so­lut­nie mu nie uwie­rzy­łam. Co, je­śli to był ja­kiś ma­fio­so? A ja wpu­ści­łam go do domu! Nie, nie, wca­le tak nie wy­glą­dał. Po pro­stu mam buj­ną wy­obraź­nię. Wy­glą­dał, jak­by sam Mi­chał Anioł go wy­stru­gał. – Mu­szę już iść. Gdy­byś po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy, to już wiesz, gdzie miesz­kam.

Od­pro­wa­dzi­łam go do drzwi i po­dzię­ko­wa­łam mu za po­moc. Kie­dy już mia­łam za­my­kać, chło­pak po­sta­no­wił jesz­cze coś do­dać.

– Dzię­ki za kawę. – Uśmiech­nął się, uka­zu­jąc przy tym sze­reg bia­łych zę­bów. – Tyl­ko może na dru­gi raz nie wpro­wa­dzaj mnie w taki szok, kie­dy przez po­mył­kę po­my­lisz drzwi.

– Już się nie po­my­lę – po­wie­dzia­łam, od­wza­jem­nia­jąc uśmiech, a na­stęp­nie za­mknę­łam drzwi. Opar­łam się ple­ca­mi o drew­nia­ną pły­tę i gło­śno ode­tchnę­łam. Mia­łam dziś wie­le wra­żeń. Cóż, chy­ba jed­nym z tych waż­niej­szych było po­zna­nie przy­stoj­ne­go są­sia­da.

***

O siód­mej rano by­łam go­to­wa, żeby wyjść do pra­cy. Mia­łam dziś na siód­mą trzy­dzie­ści, że­bym mo­gła wcze­śniej po­znać nowe miej­sce. Wło­ży­łam sze­ro­kie be­żo­we spodnie i czar­ną ob­ci­słą bluz­kę. Nie wiem, czy zro­bi­łam do­brze, ale na nogi wło­ży­łam szpil­ki. Mu­sia­łam się ja­koś pre­zen­to­wać, przy­naj­mniej w ten pierw­szy dzień. Trosz­kę się ba­łam, bo szcze­rze mó­wiąc, nie mia­łam po­ję­cia, kto jest re­dak­to­rem na­czel­nym. Czy to ja­kiś sta­ry buc? A może ktoś, z kim się do­ga­dam bez pro­ble­mu?

Ostat­ni raz spoj­rza­łam w lu­stro i wy­szłam z domu. Wy­daw­nic­two było od­da­lo­ne o dzie­sięć mi­nut pie­szo, więc ko­rzy­sta­jąc z do­brej po­go­dy, ru­szy­łam przed sie­bie. Nie zna­łam jesz­cze Sky City i, praw­dę mó­wiąc, nie uśmie­cha­ło mi się zwie­dzać sa­mej, ale z dru­giej stro­ny mu­sia­łam po­znać ja­kieś miej­sca, żeby móc tam za­brać dziew­czy­ny, kie­dy mnie od­wie­dzą. Prze­szłam przez pięk­ny park, pe­łen kwia­tów, drzew i uro­kli­wych ła­we­czek, a tuż po wyj­ściu z nie­go przed ocza­mi uka­za­ło mi się wy­daw­nic­two. Duży prze­szklo­ny bu­dy­nek na­praw­dę ro­bił wra­że­nie.

Z uśmie­chem na twa­rzy we­szłam do środ­ka i uda­łam się do re­cep­cji, gdzie sie­dzia­ła se­kre­tar­ka. Mło­da blon­dyn­ka spoj­rza­ła na mnie i de­li­kat­nie się uśmiech­nę­ła.

– Dzień do­bry, je­stem Char­lot­te Mo­ore, nowa asy­stent­ka re­dak­to­ra – przed­sta­wi­łam się i wy­ja­śni­łam, co tu­taj ro­bię.

– O Boże, dziew­czy­no, współ­czu­ję – po­wie­dzia­ła za­ła­ma­nym gło­sem, a ja za­czę­łam się stre­so­wać co­raz bar­dziej.

– Co?

– Jest wy­ma­ga­ją­cy, drze się na wszyst­kich i uwa­ża się za pę­pek świa­ta. Lubi, kie­dy rano przy­no­si mu się kawę. Dru­gie pię­tro, pierw­szy ga­bi­net. Tyl­ko za­pu­kaj, bo nie lubi, kie­dy się nie puka – po­wie­dzia­ła na jed­nym wde­chu i wró­ci­ła do swo­ich za­jęć przy kom­pu­te­rze. Zro­bi­ło mi się dusz­no. Czy­li mia­łam ra­cję, to ja­kiś sta­ry buc. Chy­ba wró­cę do swo­je­go domu szyb­ciej, niż my­śla­łam. Je­że­li jest taki okrop­ny, to na pew­no nie wy­trzy­mam z nim aż roku. Jed­nak z dru­giej stro­ny ja nie dam so­bie w ka­szę dmu­chać. Zo­ba­czy­my, kto bę­dzie się na kogo darł.

We­szłam po mar­mu­ro­wych scho­dach i sta­nę­łam przed od­po­wied­ni­mi drzwia­mi, na któ­rych wi­sia­ła zło­ta ta­blicz­ka z imie­niem i na­zwi­skiem tego męż­czy­zny. Ethan Smith.

Mój Boże, oby był choć w jed­nym pro­cen­cie tak miły jak jego imien­nik, któ­ry jest moim no­wym są­sia­dem.

Bez dłuż­sze­go za­sta­no­wie­nia za­pu­ka­łam do drzwi i we­szłam do środ­ka, nie cze­ka­jąc na głu­pie „pro­szę wejść”. Zo­ba­czy­łam męż­czy­znę wpa­tru­ją­ce­go się w wiel­kie okno. Stał ty­łem, więc nie wi­dzia­łam jego twa­rzy. Ga­bi­net był na­praw­dę prze­pięk­ny. Mnó­stwo ksią­żek po­ukła­da­nych ko­lo­ry­stycz­nie na re­ga­łach, duża ka­na­pa w kre­mo­wym od­cie­niu wraz z ma­łym sto­licz­kiem, dwa biur­ka, któ­re aż się pro­si­ły, żeby przy nich usiąść.

– Dzień do­bry, je­stem… – za­czę­łam, lecz męż­czy­zna się od­wró­cił, a ja do­bre kil­ka razy za­mknę­łam i otwo­rzy­łam oczy, bo nie mo­głam w to uwie­rzyć.

– Char­lot­te, ale wolę Char­lie – do­koń­czył za mnie z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach.

– Nic z tego nie ro­zu­miem. Co tu­taj ro­bisz? – za­py­ta­łam sko­ło­wa­na, a blon­dyn uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

– Je­stem re­dak­to­rem na­czel­nym, a ty od dziś je­steś nie tyl­ko moją są­siad­ką, lecz tak­że asy­stent­ką. – Lu­dzie, czy to żart? Mój przy­stoj­ny są­siad jest moim sze­fem?

– Czy­li ty już wczo­raj wie­dzia­łeś, że ja to ja? – za­py­ta­łam, mru­żąc po­wie­ki.

– Do­pie­ro kie­dy od cie­bie wy­sze­dłem i spoj­rza­łem jesz­cze raz na two­je zdję­cie w CV, któ­re wy­sła­łaś mi aż sześć razy z py­ta­niem, czy do­szło. Kie­dy po­wie­dzia­łaś, że przy­je­cha­łaś do pra­cy jako asy­stent­ka re­dak­to­ra, prze­czu­wa­łem, że ty to ty – wy­ja­śnił, a ja sta­łam jak słup, wpa­tru­jąc się w nie­go. Boże! Prze­cież chcia­łam wy­rzu­cić go z jego wła­sne­go miesz­ka­nia, bo my­śla­łam, że jest moje, wi­dzia­łam go pół­na­gie­go, póź­niej po­ma­gał mi wno­sić rze­czy, a na sa­mym koń­cu oka­za­ło się, że jest moim sze­fem.

– Zro­bi­ło mi się go­rą­co.

– Uspo­kój się, ko­bie­to – po­wie­dział i pod­szedł bli­żej. W czar­nym gar­ni­tu­rze i bia­łej ko­szu­li wy­glą­dał jesz­cze le­piej niż we wczo­raj­szym sza­rym dre­sie. – Niech zgad­nę. – Wło­żył ręce do kie­sze­ni i de­li­kat­nie prze­krę­cił gło­wę na bok. – Dziew­czy­na na re­cep­cji cię po­stra­szy­ła. – Wy­glą­dał, jak­by wła­śnie od­krył Ame­ry­kę.

– No, tak jak­by. Po­wie­dzia­ła, że się na wszyst­kich drzesz, że trze­ba pu­kać, że mam ci przy­no­sić kawę i ta­kie tam – po­wie­dzia­łam na jed­nym wde­chu, a póź­niej zda­łam so­bie spra­wę, że cza­sem war­to nic nie mó­wić.

Ethan uśmiech­nął się za­czep­nie i po­krę­cił gło­wą.

– Zwol­nię ją – po­wie­dział, w se­kun­dę zmie­nia­jąc minę na cał­kiem po­waż­ną.

– Nie­po­trzeb­nie się od­zy­wa­łam – jęk­nę­łam.

– Żar­tu­ję. Sia­daj, wszyst­ko ci wy­tłu­ma­czę. – Wska­zał na krze­sło przy biur­ku, a mi spadł ka­mień z ser­ca, bo nie chcia­łam, żeby ta bied­na dziew­czy­na stra­ci­ła pra­cę. Usia­dłam na swo­im miej­scu i od razu po­czu­łam głu­pią ra­dość, że na­sze biur­ka sto­ją obok sie­bie. W koń­cu będę sie­dzieć tak bli­sko tego przy­stoj­nia­ka.

My­śli w mo­jej gło­wie aż się kłę­bi­ły…

2

Ethan wy­tłu­ma­czył mi na­praw­dę spo­ro i prze­sta­łam się stre­so­wać, bo wca­le nie był wred­ny. Stwier­dzi­łam, że je­stem go­to­wa do pra­cy i że dam so­bie ze wszyst­kim radę. Oczy­wi­ście w mię­dzy­cza­sie na­pi­sa­łam do dziew­czyn, że przy­stoj­ny są­siad oka­zał się moim sze­fem, a jak do­wie­dzia­łam się jesz­cze póź­niej, był rów­nież wła­ści­cie­lem wy­daw­nic­twa, co wy­da­wa­ło mi się ko­smo­sem. Są­dzi­łam, że wła­ści­cie­lem jest ja­kiś sta­ry czło­wiek. Resz­ta dnia mi­nę­ła nam spo­koj­nie, prze­glą­da­łam pierw­sze tek­sty i na­no­si­łam po­praw­ki, oczy­wi­ście z de­li­kat­ną po­mo­cą Etha­na. Nie roz­ma­wia­li­śmy zbyt dużo, bo na­praw­dę wcią­gnę­łam się w pra­cę.

– Daj już na dziś spo­kój. Wy­star­cza­ją­co zro­bi­łaś, czas do domu – po­wie­dział Ethan, wsta­jąc ze swo­je­go miej­sca.

– Jak to? Jesz­cze nie skoń­czy­łam – od­par­łam, spo­glą­da­jąc na nie­go zza oku­la­rów.

– Nie mu­sisz zro­bić wszyst­kie­go w je­den dzień – po­wie­dział, wkła­da­jąc ma­ry­nar­kę. Nie wiem, kie­dy ją ścią­gnął. Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi i po za­pi­sa­niu wszyst­kich zmian w tek­ście rów­nież wsta­łam z miej­sca. Wzię­łam swo­ją to­reb­kę, bi­don z wodą… Wła­ści­wie nie wie­dzia­łam, czy mam wyjść, czy cze­kać, aż on zro­bi to pierw­szy, więc sta­łam bez ru­chu i pa­trzy­łam na chło­pa­ka.

– No chodź – po­wie­dział z uśmie­chem i ru­szył do drzwi, a ja za­raz za nim. Uda­łam się w stro­nę scho­dów, a on w stro­nę win­dy. Chcia­łam się po­że­gnać, ale nie zdą­ży­łam, bo wszedł do win­dy i tyle go wi­dzia­łam. Szyb­kim kro­kiem ze­szłam na par­ter i wy­szłam z bu­dyn­ku, aby udać się w stro­nę domu. Oczy­wi­ście za­błą­dzi­łam i wy­lą­do­wa­łam na par­kin­gu, a tam za­sta­łam Etha­na, któ­ry opie­rał się o bia­łe auto i pa­lił pa­pie­ro­sa.

– Na przy­szłość będę wie­dzia­ła, żeby nie par­ko­wać obok tego auta, bo je­że­li ci je przy­trę, to mnie zwol­nisz – po­wie­dzia­łam, kie­dy do­strze­głam, jak chło­pak się do mnie uśmie­cha.

– Cóż, wte­dy mu­sia­ła­byś zro­bić jesz­cze szko­le­nie na la­kier­ni­ka. – Uśmiech­nął się, wy­pusz­cza­jąc przy tym dym z ust.

– I ty byś prze­pro­wa­dził to szko­le­nie? – za­py­ta­łam za­czep­nie.

Ethan wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­rzu­cił nie­do­pa­łek na chod­nik.

– Być może. Mam wie­le ta­len­tów – od­po­wie­dział. – Mu­szę le­cieć. Do ju­tra – do­dał, a na­stęp­nie wsiadł do auta i od­je­chał, a ja sta­łam i pa­trzy­łam w miej­sce, w któ­rym jesz­cze przed se­kun­dą opie­rał się o sa­mo­chód. Coś mi pod­po­wia­da­ło, że przy­stoj­ny są­siad, któ­ry oka­zał się moim sze­fem, nie­źle za­wró­ci w moim ży­ciu.

***

Ze­gar wska­zy­wał dwu­dzie­stą pierw­szą, a ja nie mia­łam po­ję­cia, co ze sobą zro­bić. Nie chcia­ło mi się spać, poza tym po­przed­nia noc w no­wym miesz­ka­niu, któ­ra zresz­tą była tą pierw­szą, nie mi­nę­ła mi zbyt spo­koj­nie. Nie lu­bi­łam być sama w domu nocą. Dziś tak­że czu­łam nie­po­kój, ale mia­łam dwa­dzie­ścia je­den lat, więc nie wy­pa­da­ło dzwo­nić z pła­czem do mamy.

Wy­szłam na bal­kon, usia­dłam na wy­god­nym fo­te­lu i za­czę­łam wpa­try­wać się w wi­dok przed sobą. Nocą to mia­sto wy­glą­da­ło spo­koj­nie, la­tar­nie rzu­ca­ły świa­tło na ulicz­ki, a na dwo­rze nie było zu­peł­nie ni­ko­go. Moje osie­dle też wy­da­wa­ło się dość in­te­re­su­ją­ce: ła­wecz­ki, mała si­łow­nia na ze­wnątrz, peł­no kwia­tów i tra­wy. Jed­nak to wszyst­ko w ni­czym nie przy­po­mi­na­ło ogro­du w moim domu na La­wen­do­wym Wzgó­rzu. Wła­ści­wie nic tu­taj nie przy­po­mnia­ło mi domu.

– O czym tak my­ślisz? – Zna­jo­my głos wy­rwał mnie z za­my­śle­nia, ale tak­że nie­źle wy­stra­szył. Zła­pa­łam się za ser­ce i spoj­rza­łam w lewą stro­nę. Na bal­ko­nie obok stał Ethan, ubra­ny je­dy­nie w sza­re spodnie dre­so­we. Na jego bal­ko­nie pa­li­ło się kil­ka świa­te­łek, tak samo jak na moim, więc wi­dzia­łam go dość do­brze. Chło­pak opie­rał się o ba­rier­kę i pa­lił pa­pie­ro­sa. Na jego cie­le do­strze­głam kil­ka ma­łych ta­tu­aży. Blon­dyn wpa­try­wał się we mnie, do­słow­nie czu­łam, jak­by wła­śnie prze­świe­tlał mnie ocza­mi. W do­dat­ku sie­dzia­łam na tym cho­ler­nym fo­te­lu w za du­żej sza­rej ko­szul­ce, któ­ra się­ga­ła mi trosz­kę przed ko­la­no, i czar­nych majt­kach. Nie­zręcz­na sy­tu­acja.

– O ni­czym. Nie mogę spać – po­wie­dzia­łam z na­dzie­ją, że w moim gło­sie wca­le nie wy­brzmia­ło za­wsty­dze­nie.

– Cho­dzisz spać o tej go­dzi­nie?

Czy na­praw­dę aż ta­kim za­sko­cze­niem było, że cho­dzę spać o dwu­dzie­stej pierw­szej, no góra o dwu­dzie­stej dru­giej? Nie na­le­ża­łam do tych osób, któ­re do czwar­tej rano oglą­da­ły se­rial albo całą noc im­pre­zo­wa­ły. Nie lu­bi­łam im­prez, nie lu­bi­łam miejsc, gdzie jest dużo lu­dzi, i nie lu­bi­łam póź­no cho­dzić spać.

– Tak, cho­dzę – od­par­łam, wsta­jąc z fo­te­la. Po­de­szłam bli­żej bal­ko­nu Etha­na i opar­łam się łok­cia­mi o ba­rier­kę. Wpa­try­wa­łam się w jego pro­fil i cał­kiem po­waż­nie mu­sia­łam stwier­dzić, że nie wi­dzia­łam jesz­cze aż tak atrak­cyj­ne­go chło­pa­ka. Pro­sty nos, uło­żo­ne blond wło­sy, ja­sny, ale nie za ja­sny ko­lor skó­ry. Boże.

– Ga­pisz się – sko­men­to­wał i w tym sa­mym mo­men­cie od­wró­cił się w moją stro­nę.

Nie bar­dzo mnie in­te­re­so­wa­ło to, że zwró­cił mi uwa­gę. Sko­ro mia­łam na co się ga­pić, to się ga­pi­łam.

– Tak, pa­trzę na cie­bie i za­sta­na­wiam się, ile masz lat. – Przy­mru­ży­łam oczy, kie­dy Ethan oparł łok­cie tuż przy mo­ich. Ze­tknę­li­śmy się ze sobą, a na mo­ich rę­kach po­ja­wi­ła się gę­sia skór­ka. Wi­dząc moją re­ak­cję, blon­dyn uśmiech­nął się pod no­sem, a ja lek­ko się spe­szy­łam.

– Dwa­dzie­ścia sie­dem, pro­szę pani. – Blon­dyn wpro­wa­dził mnie w cał­kiem duży szok. My­śla­łam, że jest stra­szy, choć wca­le na star­sze­go nie wy­glą­dał. My­śla­łam tak, bo prze­cież był wła­ści­cie­lem wy­daw­nic­twa i osią­gnął tak dużo. W ogó­le sam fakt, że był re­dak­to­rem na­czel­nym, też mnie zdzi­wił. Zresz­tą już nic nie wie­dzia­łam, bo ab­so­lut­nie nie wy­glą­dał na dwa­dzie­ścia sie­dem lat, da­ła­bym mu góra dwa­dzie­ścia pięć. – Aż tak źle wy­glą­dam jak na ten wiek? – za­py­tał roz­ba­wio­ny, kie­dy dłu­go się nie od­zy­wa­łam.

– Nie, no skąd – po­wie­dzia­łam za­wsty­dzo­na i tym ra­zem trud­no było mi to ukryć.

– A ty? – za­py­tał.

– Dwa­dzie­ścia je­den – od­par­łam i spoj­rza­łam mu w oczy. Chło­pak już nic nie po­wie­dział, tyl­ko pa­trzył.

Sko­ro wie­dzie­li­śmy, ile mamy lat, jak mamy na imię, gdzie pra­cu­je­my i miesz­ka­my, mo­głam śmia­ło stwier­dzić, że Ethan był moim nowo po­zna­nym ko­le­gą, a ta myśl spra­wi­ła, że po­czu­łam się le­piej w ob­cym miej­scu.

Ci­sza, jaka za­pa­dła, nie była wca­le przy­tła­cza­ją­ca, wręcz prze­ciw­nie. Nocą za­zwy­czaj dużo my­śla­łam, a dziś – sto­jąc na bal­ko­nie bar­dzo bli­sko chło­pa­ka, któ­re­go po­zna­łam wczo­raj – o dzi­wo czu­łam spo­kój i nie mia­łam w gło­wie żad­nych przy­tła­cza­ją­cych my­śli.

– Masz ocho­tę na piz­zę? – za­py­tał na­gle. W su­mie to by­łam tro­chę głod­na.

– Mogę mieć – od­par­łam z lek­kim uśmie­chem.

– Od­suń się – po­wie­dział, a ja, nie wie­dząc, o co cho­dzi, od­su­nę­łam się i sta­nę­łam przy oknie bal­ko­no­wym. Chło­pak prze­sko­czył przez ba­lu­stra­dę i zna­lazł się tuż obok mnie. Za­ga­pi­łam się przez chwi­lę. Czy te­raz to tak bę­dzie wy­glą­dać? Już nie obcy pan, tyl­ko tro­chę mniej obcy chło­pak bę­dzie wcho­dził do mnie przez bal­kon, choć drzwi ma cał­kiem bli­sko?

– Za­pra­szam – po­wie­dzia­łam, wcho­dząc do środ­ka. Chło­pak sko­rzy­stał z za­pro­sze­nia, bo śmiem twier­dzić, że był­by głu­pi, gdy­by tego nie zro­bił. Mę­czył mnie je­dy­nie fakt, że Ethan wciąż był bez ko­szul­ki, na­to­miast ja tyl­ko w ko­szul­ce, któ­ra zbyt wie­le nie za­kry­wa­ła. Usie­dli­śmy na ka­na­pie, po czym mój są­siad za­mó­wił piz­zę przez te­le­fon. Oka­za­ło się, że obo­je lu­bi­my taką samą, więc wy­bór był pro­sty.

Mama mó­wi­ła, żeby nie wpusz­czać ob­cych do domu, ale nie wspo­mnia­ła, że cza­sem wcho­dzą sami i póź­niej nie są już tak bar­dzo obcy…

– Opo­wiedz mi coś so­bie – po­pro­si­łam, kie­dy Ethan roz­go­ścił się na ka­na­pie. Oparł gło­wę o po­dusz­kę i wbił wzrok w su­fit, a ja opar­łam po­li­czek o dłoń i pa­trzy­łam na chło­pa­ka. Przez chwi­lę za­po­mnia­łam, że nie ma ko­szul­ki.

– Mam na imię Ethan, mam dwa­dzie­ścia sie­dem lat, pra­cu­ję w wy­daw­nic­twie, któ­re jest moje, odzie­dzi­czy­łem je po ojcu, miesz­kam sam, a wczo­raj ja­kaś obca wa­riat­ka pró­bo­wa­ła wy­rzu­cić mnie z mo­je­go miesz­ka­nia, bo my­śla­ła, że ono na­le­ży do niej, dasz wia­rę? – Za­śmia­łam się gło­śno, bo ta sy­tu­acja na­praw­dę na dłu­go zo­sta­nie w mo­jej pa­mię­ci. – Poza tym umiem do­brze go­to­wać, bo mama mnie tego na­uczy­ła. I mam star­szą sio­strę i bra­ta.

– Też umiem do­brze go­to­wać – prze­rwa­łam mu. – I wca­le nie je­stem wa­riat­ką.

Ethan wy­glą­dał spo­koj­nie, a ja mia­łam wra­że­nie, jak­bym zna­ła go od bar­dzo daw­na, a nie od wczo­raj. Roz­mo­wa przy­cho­dzi­ła nam z ła­two­ścią, wca­le nie czu­łam się nie­swo­jo w jego to­wa­rzy­stwie. Czu­łam się cał­kiem do­brze.

– No mów da­lej – po­wie­dział, kie­dy na chwi­lę za­mil­kłam. Sko­ro więc chciał…

– Je­stem je­dy­nacz­ką, w domu ro­dzin­nym mam psa, mo­imi naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­ka­mi są moje ku­zyn­ki Lea i Ja­smi­ne. Lu­bię pi­sać, ale cza­sem nie mogę pa­trzeć na wła­sne tek­sty, bo two­rzę hi­sto­rie, któ­re chcia­ła­bym prze­żyć. Wy­je­cha­łam, bo uzna­łam nową pra­cę za szan­sę na coś no­we­go. Poza tym moja bab­cia za­wsze po­wta­rza, że trze­ba pró­bo­wać, bo ina­czej bę­dzie się ża­ło­wać do koń­ca ży­cia. Więc mam na­dzie­ję, że do­brze wy­ko­rzy­stam tę szan­sę, choć na­dal mam oba­wy.

– I jak mi­nął pierw­szy dzień w no­wej pra­cy? – za­py­tał Ethan, spo­glą­da­jąc na mnie. Wy­glą­dał i za­cho­wy­wał się zu­peł­nie ina­czej niż w wy­daw­nic­twie. Te­raz był pro­sty, praw­dzi­wy, a tam – ofi­cjal­ny. Sam fakt, że te­raz sie­dział w moim miesz­ka­niu bez ko­szul­ki, a w wy­daw­nic­twie no­sił gar­ni­tur, wy­da­wał się zna­czą­cy.

– W po­rząd­ku, bo moim sze­fem nie oka­zał się ża­den sta­ry buc – sko­men­to­wa­łam z uśmie­chem i do­kład­nie w tym sa­mym cza­sie za­dzwo­nił do­staw­ca piz­zy.

Wie­czór mi­nął na­praw­dę do­brze. To­wa­rzy­stwo Etha­na bar­dzo po­mo­gło mi się za­akli­ma­ty­zo­wać w no­wym miej­scu. Z re­gu­ły nie ufam ob­cym tak szyb­ko, ale on wy­da­wał się ja­kiś inny. Mia­łam wra­że­nie, że nie ma wo­bec mnie złych za­mia­rów. Mo­głam po­wie­dzieć, że go po­lu­bi­łam. Zresz­tą, kto wie, co przy­nie­sie przy­szłość.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Mi­łość przez przy­pa­dek

isbn: 978-83-8423-461-7

© We­ro­ni­ka Gór­ska TO­JA­VER i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Anna Kę­droń

ko­rek­ta: Anna Miot­ke

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.