Mielno - Marcin Kończewski - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Mielno ebook i audiobook

Marcin Kończewski

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

83 osoby interesują się tą książką

Opis

W Mielnie sezon na zbrodnie trwa cały rok. 
 
Kobieta bez tożsamości. Student, którego wakacje zamieniają się w koszmar. Skorumpowana policja, mafia i morze, które wyrzuca na brzeg coś, czego nikt nie potrafi wyjaśnić. A w głębinach Bałtyku czai się coś, czego nie powinno tam być. 
 
W tym kurorcie każdy ma coś do ukrycia, a prawda jest równie zdradliwa jak morskie prądy. Każdy przyjechał do Mielna z innego powodu. Nie wszyscy z niego wyjadą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 369

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 54 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jakub Wieczorek

Oceny
4,4 (8 ocen)
6
1
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Marta_Kocisz

Nie oderwiesz się od lektury

Przepyszne to jest! zdecydowanie warto.
00
PsotaOlga

Nie oderwiesz się od lektury

Połączenie kryminału i lekkiego horroru działa tu zaskakująco dobrze. Polecajka!
00
Mergaite

Nie oderwiesz się od lektury

Książka dla fanów mrocznych historii, gdzie klimat i tajemnica grają główną rolę.
00
Azazel_duch

Nie oderwiesz się od lektury

Szybko wciąga i trzyma w napięciu do samego końca
00
Bodzio_Linda

Nie oderwiesz się od lektury

Mroczny, wciągający kryminał z gęstą atmosferą i tajemnicą, która narasta z każdą stroną.
00



Mielno

PROLOG

– Niedzielnewydaniezaczynamyodtragicznychdoniesień z Mielna. Według wstępnych ustaleń nie żyje co najmniej sześć osób. Kilka kolejnych zostało rannych. Zniszczeniu uległo parę obiektówturystycznychorazjednostkiwodnenależącedopolicji. Zginęłotakżejednozwierzę:piesnależącydoturystów.W sprawie zatrzymano już parę osób. Policja na razie odmawia komentarza.Nieoficjalniepojawiająsięinformacjeomafijnychporachunkach,jednakrelacjeświadkówimieszkańcówwskazująnazupełnie inny przebieg wydarzeń. Doniesienia te są na tyle niezwykłe, że mogą brzmieć wręcz nieprawdopodobnie. Więcej szczegółów ma dla państwa nasza reporterka Agata Białasik, która jest na miejscu. Agato, co udało się ustalić?

– Długi weekend Bożego Ciała miał być wymarzonym otwarciemsezonu.Zamiasttegozarównoturyści,jaki mieszkańcypopularnej nadmorskiej miejscowości zapamiętają te dni na długo. W miejscu kojarzonym z beztroską letnią rozrywką doszło do wydarzeń, które świadkowie określają jednym słowem: horror.

ROZDZIAŁ 1 – PRZYPŁYW

ZOFIA

Nieznośnydeszcz,przenikliwychłódi wszechogarniającapustka uderzyływniąznienacka.Doskonalepamiętałatouczucie.Wbiło się w jej mózg niczym wspomnienie pierwszego pocałunku.

Niczegowięcejniepotrafiłasobieprzypomnieć.

Czy tak właśnie czują się dzieci tuż po narodzinach? Ona dzieckiemniebyła–świadczyłootymciałodojrzałejkobiety, blondynki. Całkiem zadbanej, chociaż zupełnie przemoczonej. Tyle wiedziała.

Całaresztapozostawałapozajejzasięgiem.

Międzyniąaprzeszłościąrozciągałasięszczelinaniedoprzeskoczenia, jakby ktoś zamknął jej wspomnienia w sejfie, zakopał go gdzieś głęboko w najdalszych zakamarkach podświadomości, a potem wrzucił klucz do ognia.

Uświadamiałatosobiecorazdobitniej,stojącwmiejscu,niezdolna do ruchu.

Iwtedyprzyszłyone–emocje.

Po kolei, jak fale, nałożyły się na siebie strach, bezsilnośći chęć ucieczki.

Iwołanie.Albo…pytanie?

Dochodziłoz innegoświata,jakbyzzaszkłaakwarium,wktórym tkwiła – zamknięta i pozbawiona możliwości działania.

– Halo!Cośsięstało?Proszępani!

Słyszała słowa, których znaczenie nie przedzierało się przez rozmytą deszczem taflę jej świadomości.

Dotyk.

Wynurzenie.

– Halo, proszę pani! – krzyknęła osłonięta parasolem niska brunetka,potrząsającjejramieniem. –Czydobrzesiępaniczuje? Mam kogoś wezwać? Może pogotowie?

Kobieta skierowała wzrok na oferującą pomoc nieznajomą, jednak mimo wysiłków początkowo jej nie dostrzegała.

Kolejne emocje zaczęły się pojawiać niczym czerwone pulsujące lampki rozświetlające się w jej głowie.

Nieufność. Panika. Układały się w słowo „UCIEKAJ”.

Kobieta się szarpnęła. Zrobiła krok do tyłu.

Brunetkauniosłaobiedłoniewuspokajającymgeścieisię uśmiechnęła–jakbohaterkazfilmupróbującaprzemówićdo kogoś, kto właśnie obudził się w szpitalu po wypadku.

– Spokojnie, nie chciałam pani wystraszyć – powiedziała łagodnie. – Wszystko w porządku? Dobrze się pani czuje?

Blondynkaprzetarłatwarzdłonią.

– Nie – odparła. Po chwili potrząsnęła głową i się poprawiła: – To znaczy… tak. Gdzie… jestem?

– Przywejściunadworzeckolejowy –odpowiedziałabrunetka. Przemoczona kobieta zmarszczyła czoło. Znów dotknęłatwarzy,jakbyusiłowałaodgonićdeszczzalewającyoczyiopadające naniejasnekosmykimokrychwłosów.Brunetkawyjęłaz torby złożony parasol i wyciągnęła go w stronę kobiety.

– Proszę, niech się pani osłoni. Leje jak z cebra. Prawie cały marzec nie padało i akurat dzisiaj się zebrało na ulewę, co nie? Mam nadzieję, że na Wielkanoc będzie chociaż trochę lepsza pogoda.

Blondynka nie odpowiedziała. Nie wzięła parasola, nie podziękowała. Wpatrywała się w nieznajomą z nieufnością. Jej wzrok był rozbiegany, jak gdyby wciąż szukał wyjścia, drogi ucieczki. Poruszyła się niespokojnie, spojrzała przez ramię – i dopiero wtedy poczuła ciężar plecaka.

Zaskoczyłją.Cośmiała.Cokolwiek.Możecoś,copomoże jej otworzyć sejf ze wspomnieniami.

– Co to za miejscowość? – zapytała.

Brunetkalekkouniosłabrwi,zdziwiona.

– Koszalin.Jestpanipewna,żedobrzesięczuje?Możezadzwonić do kogoś z rodziny? Albo na pogotowie?

Woczachprzemokniętejkobietyznówpojawiłasiępanika.

– Przepraszam,ja…

Odwróciłasięgwałtownieiruszyławstronędworca.Brunetka coś jeszcze mówiła, starała się ją zatrzymać, ale ta wcisnęładłoniedokieszenikurtki,jakbytomiałouczynićjąniewidzialną.

W kieszeni coś wyczuła. Kartka. Gładka, sztywna. Może nawet dwie.

Blondynkasięzatrzymała.Odwróciła.Stanęłaprzednieznajomą i wskazała palcem na parasolkę.

– Mogę?–Patrzyłanabrunetkęzniezwykłądeterminacją.

Tamta, całkowicie zaskoczona nagłą zmianą zachowania, bez słowa podała parasol. Przemoczona kobieta chwyciła rączkę, a drugą dłonią sięgnęła do kieszeni.

Wyjęła z niej dwie ulotki. Jedna z twarzą włoskiej gwiazdy filmowejreklamowałaznanąmarkękosmetyczną.Druga –nieco tandetna, jakby zaprojektowana jeszcze w latach dziewięćdziesiątych – prezentowała ofertę domu wypoczynkowego Villa Aurea w Mielnie.

Kobieta nie miała pojęcia, skąd te kartki wzięły się w jej kieszeni. Może to zbieg okoliczności? A może nie? Z jakiegoś powodu poczuła dziwną pewność, że to nie przypadek.

– Jaksiępaninazywa?Ktośtupaniązna? –dopytywałabrunetka.

Otworzyła usta, próbując odpowiedzieć, ale nie wydobyła zsiebie żadnego dźwięku. Poczucie zagubienia wciąż było wszechogarniające.

Jak cios bokserski uderzyła ją świadomość, że nie wie, co robi. Ani… kim jest.

Zsunęła plecak z ramion. Rozpięła zamek błyskawiczny. Jej oczysięrozszerzyły,jakbyzarazmiaływyskoczyćzorbit.Jęknęła. To, co zobaczyła w środku, wprawiło ją w zdumienie.

– Halo?Tojaksiępaniwkońcunazywa?–usłyszałaznów ten sam głos. To samo pytanie.

Spojrzałanabrunetkętępo,jakbynierozumiałaznaczeniajej słów. Omiotła jeszcze raz wzrokiem zawartość plecaka, potem popatrzyłanaulotki,którenadaltrzymaławmokrychdłoniach. Niewiedzącczemu,przeczytałanagłosdużynapiszjednejznich:

– Sophia…Zofia…

– Zofia–podchwyciłabrunetka.

Kobietaskinęłatwierdzącogłową.Zamknęłaplecak,przerzuciła go przez ramię i zapytała:

– Czymogęskorzystaćzpanitelefonu?

– Yyy…noniewiem…

– Dosłownienachwilę.Oddam,spokojnie.

– No…dobrze–powiedziałatamta,choćzabrzmiałotobardziej jak pytanie niż zgoda. Sięgnęła do torebki, wyciągnęła smartfon, odblokowała ekran i podała urządzenie Zofii.

Wostatniejchwilicofnęłajednakdłoń.

– Alenapewnopaniznimniezwieje?

– Nie. Muszę tylko zadzwonić do… znajomej – skłamała.

Brunetkazwahaniempodałajejtelefon.Zofiawpisałanumerzulotkidomuwypoczynkowego.

Pochwilipodrugiejstronieodezwałsięniski,głębokikobiecy głos.

– VillaAurea,pokojenawynajem,słucham.

– Chciałabym…eee,wynająćpokój–oznajmiłakuswojemu zdziwieniu Zofia, wciąż nie wiedząc, dlaczego to robi.

– Termin.

– Coproszę?

– Kiedyinailedni?–Głoswsłuchawcebyłtrochęzniecierpliwiony.

– Możebyćoddzisiaj?

– Paniusiukochana–tonkobietypodrugiejstroniewyrażałrozbawienieizdziwienie–otejporzeroku?Unasjeszcze zamknięte, ruszamy dopiero przed Wielkanocą i…

– Ile do państwa się jedzie z Koszalina? – przerwała niezrażona, ignorując słowa po drugiej stronie połączenia.

– Oj,dzisiajtobędzieszybciutko,jakieśdwadzieściaminut. Wsezonietobywanawetgodzina,aleteraztużywejduszy…

– Będęzatemzapółgodziny,dozobaczenia–zakończyła ioddałatelefonbrunetce.Zaczęłaskładaćparasol,abyzwrócić go nieznajomej.

– Proszę go wziąć. Ja mam swój.– Brunetka wskazała ruchemoczunarozłożonąnadgłowąosłonęprzeddeszczem.– Ten jest zapasowy. Mogę pani jeszcze jakoś pomóc?

– Proszęmitylkopowiedzieć,gdziejestpostójtaksówek.

Droga do Mielna zajęła nawet mniej, niż przewidywała właścicielkaAurei.Poostatnimrondziei minięciuznakukończącego obszar zabudowany Koszalina taksówka jechała jeszcze jakieś dwadzieścia minut. W końcu duża zielona tablica poinformowała, że zakręt prowadzący do miejscowości wypoczynkowej znajduje się za pięćset metrów.

– Możebyćtutaj,zaraznarondzie?–zapytałtaksówkarz, mijającznakznapisem„Mielno”.–Będziewygodniej,bopóźniej są roboty drogowe i trzeba się kręcić dookoła.

Zofiasięzgodziła,a pochwiliwysiadła.Deszczjużniepadał, chociaż niebo wciąż było nabrzmiałe, ciężkie i szare.

– Trzydzieścisześćzłotych–oznajmił.–Pozasezonemtaniej.

Kobieta sięgnęła do plecaka i wyciągnęła zwitek banknotówdwustuzłotowych.Kierowcazrobiłwielkieoczyigwizdnął wymownie.

– Będziemiałpanwydać?–spytała,atenskinąłgłową.

– Niechpaniuważa,ztakimipieniędzmitoniemażartów. Różniludziesiętukręcą.

– Wiepan,jaktamdojść?

Zanimruszył,pokazałamujeszczeprzezoknoulotkę.

– Jasnasprawa!–odparłiwskazałjejdrogę.

Zofia przeszła na drugą stronę ulicy i wąskim chodnikiem skierowała się w stronę centrum. Minęła stojący po lewej Polo Market – jedyną jasno oświetloną wysepkę pośród pogrążonej we śnie ulicy i uśpionych lokali.

Zamknięte sklepy, nieczynna wypożyczalnia rowerów i zasłonięte roletami szyby knajpek upodabniały Mielno poza sezonemdoplanuzdjęciowegopostapokaliptycznegofilmu.Zdecydowanie nie wyglądało jak jedno z najbardziej imprezowych, tętniących życiem miasteczek nad Bałtykiem.

WkońcudotarładoVilliAurea.Piętrowybudynekwpiaskowymkolorzeotoczonybyłbetonowymmurkiemw tymsamym odcieniu. Ciemnobrązowy płot nieco przełamywał architektoniczną nijakość, ale całość sprawiała wrażenie, jakby najlepsze lata miaładawnozasobą.Pensjonatmógłprzyciągaćjedyniehasłem „tanienoclegi”.Wpraktycecenynienależałydoniskich,bolokalizacjabyłaniezwykleatrakcyjna,a właścicielkadbałao interes.

Furtkabyłazamknięta.Zofianacisnęładzwonek.

Zzabudynkuniemalnatychmiastwyłoniłasiętęgakobieta.Naokomiałagruboponadpięćdziesiątlat,choćrównie dobrzemogłabyćsporomłodsza –życiewyraźniejejnie oszczędzało.

Pełnatwarzwyrażałarównocześnieirytacjęiciekawość.

– Topaniusiadzwoniła?–rzuciłabezzbędnychuprzejmości.

– Tak–potwierdziłaZofia.–Natydzień.Płacęzgóry.

– Ma paniusia tupet, nie powiem. Mamy jeszcze zamknięte.

Zofia milczała. Wpatrywała się w nią bez słowa.

– Widzę, że zbyt rozmowna to paniusia nie jest. Niech toszlag…Będzieekstrazafatygę,bomuszęposprzątaćapartament.

Zofiazdjęłazramionplecak,rozpięłazamekbłyskawiczny i wyciągnęła plik banknotów.

PotwarzyMielniankirozlałosięnieskrywanezdziwienie.

– Tylestarczy?

Tęgakobietaspojrzałanapieniądze.Skrzywiłaustawgrymasieniezadowolenia,alewzięłazwitekischowałagodotylnej kieszeni.

– Zapraszamnapokoje–oznajmiłaiwskazałarękąwkierunku schodów.

ZofiaruszyłazawłaścicielkąAurei.Laszabudynkiemnie zdążyłsięzazielenićpozimieiwtejnagiej,bezlistnejkompozycji,zszarymniebemwiszącymnadMielnem,wyglądałraczej posępnie.

Zofiasięwzdrygnęłaiprzestąpiłapróg.

– Proszębardzo –rzuciłagospodyni,otwierającdrzwioznaczone numerem siedem.

Zofia rozejrzała się po małym, dusznym pokoju, w którym unosiłsięzapachkurzuistęchlizny.Zdecydowanienikttuod dawnaniezaglądał.Zapewneodzakończeniazeszłorocznego sezonu.

– Będę potrzebowała pani dowodu. Wie pani, taka standardowa procedura – oznajmiła właścicielka.

– Niemam.

– Ale czego? – zdziwiła się kobieta, po raz kolejny tego wieczoru. – Zgubiła pani dowód?

– Niewiem –odparłaz rozbrajającąszczerościąZofia. –Napadli mnie, zgubiłam… Naprawdę nie wiem.

Gospodyni parsknęła śmiechem. Jej drugi podbródek zatrząsł się jak u indora.

– I pocotyłekmizawraca?Bezdokumentui danychniema wynajmu–oznajmiła,krzyżując,niebeztrudu,ramionanapiersi.

– A czytopomożew załatwieniusprawy? –Zofiawyjęłakolejny zwitek banknotów. – Liczę na dyskrecję.

Właścicielkaprzypatrywałasięprzybyszcez corazwiększym zaciekawieniem.

– Odkażdejregułysąwyjątki–powiedziałazuśmiechem, chowającpieniądzedokieszeni.–Zresztąmy,kobiety,musimy sobie pomagać.

Zofia spojrzała na nią pytająco. W jej głowie nadal kołatała się jedna wątpliwość: co ja właściwie tutaj robię?

Z zamyślenia wyrwała ją gospodyni, która niespodziewanie westchnęła i zmieniła ton:

– Złotko,spokojnie.Jesteśtubezpieczna.

– Słucham?–spytałaZofia,tymrazemszczerzezaskoczona.

– Helena. Mam na imię Helena– powiedziała gospodyni, wyciągając rękę.

Zofianieodwzajemniłagestu.

– Boiszsię,rozumiem.Tonormalne.Dlategopowtarzam: jesteś tu bezpieczna. Nie wiem, przed kim uciekasz: kochankiem, mężem, rodziną. I szczerze mówiąc… nie interesuje mnie to.

Zofiacofnęłasięokrok,jakbyzbierałasiędoucieczki.

– Oj, dziecko… I gdzie uciekniesz? W końcu skończą ci się te pieniądze z plecaka… i co wtedy?

Zofiapatrzyłanawłaścicielkępensjonatujakzaszczutezwierzę.

– Byłam w tej samej sytuacji. Też zwiałam. Przed starym.Bił mnie i gnoił psychicznie, chuj jeden – powiedziała pustym tonem Helena. – Ale uciekłam. I to się liczy. Teraz ten padalec jużnieżyje.A jażyję.Możei ważędwarazytyle,alemamświęty spokój. – Roześmiała się krótko, po czym westchnęła i kontynuowała: – Słuchaj, zrobimy tak: jak będziesz chciała uciec, zrozumiem. Nie musisz mi nic mówić. Nie interesuje mnie, co cizrobił.Ktocitozrobił.Powiesz,jakbędzieszgotowa.A może w ogóle nic mi do tego.

Wyciągnęłaztylnejkieszenizwitekbanknotów.

– Masztuswojąkasę.Tęzadyskrecję.

– Ale…dlaczego?–zdziwiłasięZofia.

– Gdziewcześniejpracowałaś?–zapytałaHelena,ignorując pytanie.

Zofianieodpowiedziała.

– Słuchaj,potrzebamitupomocyprzedsezonem.Jakchcesz, możesz tu mieszkać i pracować, ile ci się podoba. Co ty na to?

Zofia spojrzała właścicielce pensjonatu w oczy. Zmarszczyła brwi.

– Dlaczegochceszmipomóc?Nieznaszmnie.Mogębyćtaką samą psychopatką jak twój mąż.

– Ajesteś?

Nie odpowiedziała. Zamiast tego się rozpłakała. Osunęła się na kanapę i ukryła twarz w dłoniach.

Tęgakobieta usiadłaobok Zofii.Bez słowaobjęła jąramieniem.

Zofianieodtrąciłategogestu.Wtuliłasięwmiękkieramię iszlochała.Głęboko,spazmatycznie.Jakbywreszciektośpozwolił jej się rozsypać.

WITEK

Niebieskie obniżone BMW Serii 3 mijało posterunek policji położonybliskogranicyMielnaiUnieścia.Towarzyszyłtemu głośnystrzałztłumika,niechybniesugerujący,żeukładwozu został zmodyfikowany.

Dwójka starszych ludzi idących chodnikiem skuliła się ze strachuizaskoczenia,jakbyodezwałasięwnichdawnatrauma.Staruszekzakląłpodnosemizacząłwygrażaćdrewnianą laską,wymachującniązaoddalającymsięsportowymautem.

Siedzący za kierownicą łysy, mocno zbudowany mężczyzna wybuchnął śmiechem.

– PomachajsobietymkijemRydzykowi,starycapie!–krzyknął,patrzącw lusterkonamalejącesylwetkistaruszków. –Mielno, hereI come,baby!Tysłyszałeśwogóle,żetuniedawnowidziano wieloryba? Ja pierdolę, może też nam się uda zobaczyć. Bo fajnych lasek to chyba nie… Dopiero na Wielkanoc jakieś się zjadą. A tak to jak w pierdolonym Zombielandzie.

Pasażer, Witek, pokręcił głową z niesmakiem i westchnął. – I na chuj żeś to zrobił?

Many’emumomentalniezrzedłamina.Spojrzałszybkonatowarzysza,a najegotwarzymalowałasięnadzieja,żetenżartuje.

– Aleco?

– Gówno!Zwracasznanasuwagę,baranie.

– Ty,cosięprzypieprzasz,Witek?–syknął.–Mamsięumartwiać jak ten jebany święty, bo idziemy do jakiegoś miejscowegosekciarza?Możemampaciorekzacząćzmawiaćzakółkiem?

– Nie powinniśmy zwracać na siebie uwagi, Many – wycedził przez zęby Witek. – Gdybyś myślał o czymś więcej niż tylko o tym, żeby się dobrze zabawić, to byś zrozumiał. Poza tym tam obok była psiarnia.

– Stary,jesteśmywMielnie.Tusiętylkodobrzebawi.Albogrubo, albo wcale. A dziad niech spierdala do Sarbinowa. Albo innych Gąsków. Tam znajdzie spokój.

– Gąsek–poprawiłgoWitek.

– Srąsek. Możesz ze mnie zejść? Czepiasz się i czepiasz, jakbyś miał okres.

– Stop.Zatrzymajsię,palancie,totutaj!

Autozahamowałozpiskiemopon.Ktośznaprzeciwkazatrąbił,aleManytylkowystawiłśrodkowypalec,wycofał–nie patrząc,czyktośjedzie–izaparkowałtużzabudynkiemRestauracji Oaza.

Wysiedlizwozu.

– Poczekaj,zajaram–mruknąłMany.–Wejdźmylepiejrazem. Sięgnął wytatuowaną od ramienia po nadgarstek ręką do skrytkiwpodłokietnikuiwyciągnąłpaczkęMarlboroLight. Wysunąłpapierosaigestemzaproponowałkoledze.

Witekodmówił.Przestępowałz noginanogę,szeleszczącszerokimi spodniami typu cargo. Nosił tylko takie, ponieważ sporo można było w nich ukryć, a niektóre miały kieszenie z podwójnymdnem,cobyłoniezwykleprzydatnewjegofachu.Miał chudą, pociągłą twarz, wyłupiaste oczy i rozbiegany wzrok. Na szyi, pod tatuażem smoka, pulsowała mu żyła.

Many wsunął papierosa między zęby, wyjął z kieszeni zapalniczkę Zippo, odpalił i zaciągnął się głęboko.

– Co się tak denerwujesz?– spytał, ruszając jednym kącikiem ust. Drugim wciąż trzymał papierosa.

– Sam się denerwujesz, głąbie– sarknął Witek.– Szef nas wysłał…

– Twójwujeknaswysłał–przerwałmuMany.

– Szef– powtórzył znaciskiem Witek, zupełnie niezrażony. – Wysłał nas tutaj na cały sezon, żebyśmy zbadali teren, sprawdzilikanałyprzerzutoweiułatwilimumocniejszewejście na rynek.

– Noico?Przecieżtorobimy.

– Noi sro!Anoto,geniuszu,żenieznamtegocałegoTomasza Problema i nie chcę tego zjebać. Nigdy nie kumałem tych buddyjskich klimatów, a ten facet to podobno jakiś mistrz medytacji.Tylkostopieńniżejodszefawtychcałychdongachczy… Zresztą chuj wie, jak to się tam u nich nazywa.

Manymachnąłpogardliwierękąiwzruszyłramionami.

– Noipiesgotrącał.Zadużowywijaszmózgiemnaprzód. Robimy swoje, tak? A facet i tak jest niżej w hierarchii układuodtwojegowujka.Gównomoże,masięsłuchać.Inaczej chłopaki od nas przyjadą i zrobią z tego Mielna mielone, co nie?

Witek przemilczał tę uwagę. Many zaciągnął się jeszcze dwa razy, pstryknął niedopałek na ziemię i zgniótł go podeszwą.

– Jużmożna,idziemy?–rzuciłWitek.

– Ty się weź rozluźnij, stary, bo ci ta żyłka w końcu pęknie.Jegoludzieodrazuwyczująnerwyiwtedyjesteśprzegrany.Wyluzuj!Możepomyślsobieotymwielorybie.Sięuspokoisz, he, he.

Weszlido środka.

Z zewnątrz budynek wyglądał całkiem klimatycznie – stare szachulcowe budownictwo, z fragmentami czerwonej pruskiej cegły,wypełniającejprzestrzeniemiędzydrewnianymibelkami.

Jednakwewnątrzczarszybkoprysł.

Wystrój lokalu przypominał koszmar projektanta wnętrz – miejsce usiłowało być jednocześnie imprezownią, pizzerią, kebabiarniąi smażalniąryb.Typowynadmorskilokal:dlawszystkich i dla nikogo.

W powietrzuunosiłsiętakintensywnyzapachstaregooleju, że Witek już po chwili miał wrażenie, jakby był nim oblepiony.

OtakwczesnejporzeOazabyłaniemalpusta.Poprawej stronieodwejściastałchłopakz plecakiemGlovo,czekającyna odbiór zamówienia. Za nim – dwóch typów przy barze. Jedenwczarnym,obcisłymT-shircie,drugiwluźnej,lekkorozpiętej podszyjąhawajskiejkoszuli.

Zgłębilokalu,częściowozasłoniętejprzezdrewnianepodpory utrzymujące strop, dało się słyszeć niewyraźne głosy. Dwie, może trzy osoby. Poza tym panowała cisza.

Mężczyźni przy barze rzucili wchodzącym szybkie spojrzenia. Wstali. Ten whawajskiej zmierzył Many’ego od stóp do głów iuśmiechnął się zuznaniem. Drugi skinął głową, dając znak,byposzlizanimi.Glovodoczekałsięwkońcunadostawę i zniknął w drzwiach.

Minęlirządławi stołówpolewej.Przyjednymz nichsiedziała dwójka staruszków. Tych samych, których Many wcześniejwystraszył.Musielidotrzećtuwtedy,gdypaliłpapierosaza budynkiem. Nie spuszczali wzroku z idących. Many zakpił ze staruszków, robiąc nieme „bu”. Tym razem nawet nie drgnęli.

Na końcu sali, przy dużym stole, siedział, jedząc sałatkę, krępy mężczyzna w granatowym garniturze. W tym obrazie zdziwiłyWitkadwierzeczy:nietypowywybórmenui sposóbbycia mężczyzny. Uwagę przykuwało nie samo jedzenie, lecz jego ruchy –zamaszyste,pewnesiebie.Obokniego,niemalnabaczność, stała kelnerka. Nietrudno było się domyślić, że ten człowiek czuje się tu jak właściciel. Pewnie nawet drewno w podłodze znało rytm jego kroków.

Mężczyzna, nie podnosząc wzroku, gestem dłoni obciążonej sznurem koralików przywołał ich bliżej. Stanęli dwa kroki od stołu.Mężczyznajadłzamaszyście,cmokającz przesadnymnamaszczeniem, jakby to była nie sałatka, ale ostatnia wieczerza.A jednak było w tym jakieś… zniechęcenie. Jak gdyby zmuszał się do każdego kolejnego kęsa. Obok talerza leżała wyraźnie zaczytana książka – Drelich. Nim braknie tchu Jakuba Ćwieka.

Mężczyznacmoknąłgłośniej.Kelnerka,jaknakomendę,podskoczyła, podbiegła i podała mu pudełko z wykałaczkami. Sięgnął po jedną, ale najpierw jakby mimochodem dotknął dłoni dziewczyny.Byłamłodszaodniegoo trzydekady,możewięcej.

Zapadłacisza.Onwbijałwniąwzrok,onauciekałaspojrzeniem.Jejwargizaczęłylekkodrżeć.Wtedyw oczachmężczyznyw garniturzepojawiłsięnaułameksekundyjakiśzły blask–nitorozbawienie,nitolubieżność.Witekpoczułnarastająceobrzydzenie.

Leniwie, jakby od niechcenia, mężczyzna zsunął rękę z dłoni dziewczyny, wziął wykałaczkę i zaczął nią dłubać w zębach. Ponownie zaskakująco głośno. Witek miał wrażenie, że ciśnienie zaraz rozsadzi mu bębenki w uszach. Czuł w tej ciszy jakąś niemą presję. Nie wytrzymał.

– Dzień… dobry – zaczął, ale głos mu zadrżał. – Jestem Witold Świta…

Na te słowa siedzący przy stole cmoknął głośniej. Podniósł palec.

– To masz Problem – oznajmił z krótką pauzą po pierwszej sylabie imienia.

Towystarczyło,byzdezorientowaćWitka,którypobladł,podobnie jak jego kolega, stojący nieco z tyłu.

– Słucham?Co…comam?

– Problem. Tomasz Problem. Imię i nazwisko – powiedział rozbawionym tonem mężczyzna. – Przepraszam, ale to zawsze działa.

Many zaśmiał się nerwowo. Z twarzy mężczyzny w garniturze od razu zniknęło rozbawienie.

Tomasz wychylił się zza stołu i podał Witkowi rękę. Uścisk był mocny. Po chwili druga dłoń Problema nakryła palce chłopaka jak wieko trumny.

– PrzysyłanaspanZenon.

– Aniu – przerwał Witoldowi Problem, nie odrywając od niego wzroku. – Przynieś młodzieży coś do jedzenia. Może kebab? Ja jestem wegetarianinem z idei, nie dla zdrowia, ale… – zawiesiłgłos,uśmiechającsiębezcieniaciepła –wśródrekinów czasem trzeba zjeść mięso.

Przybysze skinęli głowami, uznając propozycję gospodarza za oczywistą.

– Kochanie– zwrócił się do kelnerki, nie patrząc na nią– trzyzmieszanym,sosyostre.IniechJarekdorzucitegoswojego specjału, dobrze?

– Mibezcebuli–wtrąciłMany.

– Aniu, trzy takie same Rollo – uciął Problem. – Nie będziemy Jareczkowi dokładać kłopotów.

– Niezła dupa z tej Ani, co? – zapytał Problem, obnażajączęby.Dziąsłamiałszarawe,zapewneprzezdentystycznekoronki.

Witek kiwnął głową niepewnie, a Many się zaśmiał gardłowo.

– Siadajcie – rzucił Tomasz, wskazując miejsce przy stole. – Co słychać u mistrza Zen?

– Pan Zenon przysłał nas do Mielna, żebyśmy się trochę nauczyli roboty – odparł Witek.

Problempokręciłgłową.

– Nie,nie…Niepytam,coturobicie.Towiemażzadobrze. Pytam, co słychać ustaruszka. Nie umiesz słuchać ze zrozumieniem?

Witka zamurowało. Nie wiedział, w co ten facet gra. Zenon Świta powinien być dla niego kimś w rodzaju boga, a on… zachowywał się tak, jakby stał ponad tym wszystkim. Młody nie potrafiłokreślić,czegosięspodziewał,alenapewnonieczegoś takiego.

– Chyba wszystko gra, co nie, Witek? – wtrącił Many, nieświadomynarastającegonapięcia.–Kurwa,comiałobyniegrać?

Problem spochmurniał. Żyła na czole wybrzuszyła mu się na moment.Błyskgniewuprzeszedłprzezjegotwarzjakcień,ale natychmiastzastąpiłgojadowity uśmiech.

– Aty,koleżko,jaksięnazywasz?–zapytałleniwie.

– Many. Mówią na mnie Many. Bo wie pan… umiem obracaćhajsem–rzucił,wykonującgesttasowaniapieniędzyzrolki.

Witek przewrócił oczami. Ścisnęło go w żołądku. Czy wielki ZenonŚwitanaprawdęmusiałmuprzydzielićrobotęztymidiotą?

– Many,tak?–spytałTomasz,usiłującpowstrzymaćśmiech.– Nieźle. Tak ci rodzice dali na imię?

Ostatnie słowa wypowiedział lodowatym tonem. Ironia zamieniła się w coś morderczego. Rechot zamarł.

– Bojeślitak–ciągnąłProblem–tomusiałeśsięurodzić wrodziniekretynów.Ajajakoś…nieprzepadamzakretynami.

Mięśnie na szyi Many’ego napęczniały, chłopak zesztywniał.

– Rzutkijesteś,wyrywny –powiedziałTomasz,mrużącoczy. – Mamwięcjednopytanie:totyjesteśwłaścicielemniebieskiego BMW?

Manyzrobiłwielkieoczy.Znówzmarszczyłbrwi.Witek w jednej chwili pobladł. Zrozumiał. Odwrócił się instynktowniewstronęstołu,przyktórymsiedzieliwcześniej staruszkowie – nie było ich już widać z tego miejsca. Kopnął kumplapodstołem,wymownie.Aleten,napiętyjakstruna,nawet tego nie poczuł.

– Ta.Aco?–rzuciłtwardo.

Problemskinąłgłowąwstronęswoichludzi.Tenwczarnym T-shircie ruszył od razu w kierunku przybyłej dwójki. Tymczasem Hawajska Koszula cmoknął, wytarł kąciki ust, spokojnie wstał z hokera i bezszelestnie zaszedł Many’ego od tyłu.

– Ej, co jest, kurwa?! – ryknął Many, gdy zorientował się w sytuacji.

CzłowiekProblemasprawniezałożyłMany’emudźwignię przez ramię, apotem przeszedł do duszenia. Każdy ruch był pewny, płynny, opanowany do perfekcji. Drugi ochroniarz wymierzył pistolet prosto w Witka.

– ZnaleźlicięNiemcy,którymbuchnąłeśfurę,frajerze–syknął z drapieżnym uśmiechem i błyskiem w oczach.

– J-jacy, k-kurwa, Niemcy… – wydusił z trudem Many.

TomaszProblemprzyglądałsięsceniezestoickimspokojem, pokręcił głową i cmoknął. Ze skórzanego pasa z kaburą, ukrytego pod marynarką, wyjął rewolwer .357 Magnum.

– Oj,nietakmocno,Roman –powiedziałz udawanymoburzeniem. – Bo nam się chłopina udusi.

Many’emuoczyzaczęływychodzićzorbit,azjegokrtaniwydobywałosięzduszonerzężenie.Szefpodniósłrękę,dającznać, żeby Hawajska Koszula odpuścił. Ochroniarz z pozorowanym zawodem na twarzy poluźnił nieco chwyt.

Gangster w garniturze powoli podniósł się z ławy. Zrobił tozwyraźnymwysiłkiem.Brońzostawiłnastole.Podszedłdo chłopaka,którysięszamotał,próbująckrzyczeć,a w efekcierobił się coraz bardziej purpurowy na twarzy.

– Już,już…spokój–wyszeptał,gładzącgopopoliczku.– Widzisz,Many…jawierzę,żezanimczłowiekzrozumie,kim jest, musi przestać być kimkolwiek.

Potychsłowachwymierzyłmubrutalnyciosw wątrobę. Many zgiął się wpół, aochroniarz zwolnił uchwyt. Chłopakosunąłsięnaziemięizwinąłwpozycjiembrionalnej,jęcząc z bólu.

Tomasz kucnął obok niego. Ujął jego twarz dłonią i podniósł ją lekko.

– Przyjeżdżasz do mojego miasta. Straszysz moich ludzi – cedził powoli, przez zaciśnięte zęby. – Zakłócasz mój święty spokóji spokójmieszkańców,którychinteresjestmoiminteresem. – Jego twarz złagodniała, jakby ktoś przełączył go w tryb uprzejmegogospodarza.Uśmiechnąłsię.Białezębyzalśniły,szare dziąsła obnażyły się jak w grymasie świętego i oprawcy jednocześnie.PuściłtwarzMany’egoi wskazałnakoralenaswoim nadgarstku. – Wiesz, co to?

Manyjęknął.Dyszałciężko.Nawetgdybywiedział,niebył w stanie w tym momencie nic powiedzieć.

Tomasz,niezrażony,samudzieliłwyjaśnienia:

– Tosąkoralebuddyjskie.Mala.Służądoliczeniapowtórzeń mantr. Do medytacji. – Zawiesił głos. – Mnie czasem służą do odliczania innych rzeczy. – Wstał. Wziął głęboki oddech. Wymierzył kopniaka w bok leżącego. – Jeden.

Kolejnycios.Mocniejszy.

– Dwa.

Każdemuuderzeniutowarzyszyłstłumionyjęk,którybrzmiał, jakbyz piersiMany’egoulatywałopowietrzejakz przebitejopony.

– To jest Mielno, a nie Poznań, panie Many. To jest mojemiasto.Moiludzie.Mójspokój.Rozumiemysię? –Zrobiłkrótką pauzę. Kiedy nikt się nie odezwał, dodał spokojnie, choć już wkierunkuWitka:–Buddamówił,żenawetkroplatruciznyzatruwacałejezioro.Ajaniechcętruciznywmoimmieście.Wy jesteścietruciznączyczystąwodą,chłopcy?

– Przepraszamzakolegę,panieProblem–odezwałsięWitek,wciążzrękamiuniesionyminawysokościklatkipiersiowej.– Rozumiemy. Naprawdę. To się nie powtórzy.

– Jawiem,żesięniepowtórzy –odparłTomasz,siadającpowoli z powrotem przy stole. – Wiem, bo o to zadbam.

Otarłustaserwetką.Gestemrękikazałschowaćbrońjednemuzeswoichpodwładnych.Witekzulgąwypuściłpowietrze z płuc.

– Twój wujek, swoją drogą wyjątkowy człowiek, na jednym ze spotkań medytacyjnych powiedział coś mądrego: „Pamiętaj: wszystko, co masz, może zostać ci odebrane. Spokój nie”.–Zamilkł.PatrzyłprostonaWitka.–Azatem…będzie spokój?

Chłopakskinąłgłową.Nieśmiało,leczzprzekonaniem.

– Dobrze–powiedziałzanielskimuśmiechemTomasz.– Bardzosobietesłowawziąłemdoserca.Dlategojeślichcecie zostaćwMielnie…każdyzwasmusiprzestaćbyćkimś.Musi stać się nikim.

Zapadłacisza.Witekprzełknąłślinę.

– Chyba…nierozumiem,proszępana.

Many wtym momencie zaczął powoli wstawać zpodłogi. Hawajska Koszula, szczerząc się w uśmiechu, podał chłopakowirękęipomógłmuwstać.Woczachochroniarzabłyszczały niespokojneiskierki–takie,jakiemiewająludzienieobliczalni, a czasem wręcz szaleni.

– Szefie–poprawiłWitkaProblem.–Tobardzoproste.Pracujecie dla mnie, możecie rozprowadzać towar tylko w wyznaczonych miejscach i czasie. Połowę zarobionego hajsu oddajecie mnie. Zrozumiano?

– Oczywiście–potwierdziłWitek.

– A ty, Many? – zwrócił się gangster do łysego karka. – Będziesz dobrym pieskiem?

Tamten bez słowa potwierdził skinieniem głowy. Problem klasnąłotwartymidłońmiwuda.ManyzWitkiempodskoczyli. Czarny T-shirt i Hawajska Koszula nawet nie drgnęli.

– Świetnie.Zatemporanaostatniwarunek.

– Jaki?–zapytałWitek.

– Od dzisiaj przemieszczacie się po okolicy komunikacją miejską, a w dalszą podróż wybieracie się pociągiem. BMW grzało asfalt, to teraz pogrzeje się na parkingu.

Witek chciał coś powiedzieć, spróbować ponegocjować, jednak w tym momencie zza obrotowych drzwi wyszła kelnerka. Gangster podniósł .357 Magnum ze stołu i schował broń pod marynarkę,jakbynaglemusięprzypomniało,wjakisposóbnależy się zachowywać przy stole.

– No,Rolloprzyszło,chłopaki! –krzyknąłizatarłręce.–Zakochacie się w specjale Jareczka, gwarantuję. Smacznego!

Niemal natychmiast odgryzł ogromny kawałek tortilli. Rzucił wzrokiem na zgiętego wpół łysego osiłka. Wypluł.

– A ty, misiu puszysty, wytrzyj krew – powiedział. – Nienawidzę czerwonego.

Manyzwymiotowałnapodłogę.

PATRYK

Na zewnątrz wciąż panowała szarość. Niebo już zaczynało się rozjaśniać, zapowiadając wschód słońca nieśmiałymi refleksami ciepłych barw. Powietrze było wilgotne od rosy, przyjemne, rześkie. Zapowiadała się świetna pogoda.

Dwóch mężczyzn, starszy i młodszy, stało tuż pod kutrem, usiłując go zwodować.

– Młody,naciągaj,naciągaj,nieobijajsię –ponaglałpomocnika stary rybak, Wiesław Borucki.

– Przecież ciągnę, Franz, tylko to cholerstwo jest ciężkie jak diabli!

Patryk Niemojewski już od pierwszego spotkania nie mógł sięnadziwićsiletegowysuszonegoizniszczonegożyciemstarca.

Nikt tak naprawdę nie wiedział, skąd wziął się jego pseudonim.Tematstałsięźródłemlicznychanegdotwśródmiejscowych. Jedni mówili, że matka Wiesława pochodziła z Francji, inni –żezamłoduprzypominałBogusiaLindę.Jeszczeinniuparcie twierdzili,żebyłkiedyśświetnymobrońcą,jakBeckenbauer.

Borucki nigdy niczego nie komentował – nie dementowałaniniepotwierdzał.Poprostusięuśmiechałpodbiałymwąsem,przybrudzonymżółtymnalotemodpapierosowegodymu.

W końcu kuter znalazł się na wodzie. O tej porze większość rybaków powinna być już w drodze na połów. Ale prawda była taka, że rybactwo w Mielnie i Unieściu powoli umierało i stary rybak zawsze jako pierwszy uruchamiał przerdzewiałą od soli morskiejwyciągarkęiwyruszałnamorze.Miejscowirobilitocorazrzadziej.

Franz był wyjątkiem. Od trzydziestu sześciu lat, dokładnie od zakończenia komuny w Polsce, codziennie wypływał na połów swoim niebieskim kutrem – Bałtykiem 3.

Próczniedzielniemiałdniawolnego.

Niektórzytwierdzili,żekryjesięzatymjakaśtragedia.Mówiono,żestarygłupiecbyłkiedyśbogaty,żewszystkostracił i zaszył się na swojej łodzi jak pustelnik w głuszy.

ABorucki,jaktoon–nigdyniczegoniekomentował.Nie dementował. Nie potwierdzał.

Tylkosięuśmiechał.Podtymsamymtytoniowymwąsem.

Borucki wyciągnął żylastą dłoń do pomocnika ipoderwał gowgórę.Patrykpoczułuderzeniemieszaninyintensywnych zapachów: potu, ryb i dymu tytoniowego.

– Spokojnie,kapitanieAhabie–zażartował.–Bomirękęwyrwiesz. Skąd ty masz tyle pary w łapach, staruszku?

– Ej,tylkonie„staruszku”,gówniarzu,bozaburtęwyrzucę– żachnął się Wiesław. W jego oczach był jednak nie gniew, ale rozbawienie. – Dobra, synek, włączaj silnik, stawaj za sterem, odbijamy – zarządził.

Chłopakzasalutowałteatralnieiruszyłnarufę.

Morze było spokojne. Leniwe fale kołysały się ciężko, jakby pod ich powierzchnią oddychał śpiący kolos, wciąż wahający się, czy otworzyć oczy.

Borucki zaczął rozwijać i rozplątywać sieć. To był jego codziennyrytuał.Jegoporannamedytacja.Uważał,żesiećtorzecz święta –a dbałośćo niąjestobowiązkiemkapitana.Robiłtozaskakująco sprawnie, chociaż jego palce były spracowane i powyginane początkami artretyzmu.

– Czternaście węzłów! – zawołał młodzieniec. – Gdzie płynąć, Franz?

Starywilkmorskipokiwałgłowązpobłażliwymrozczarowaniem, nie przerywając pracy.

– Aj,młody,młody…Którytojużtydzieńzemnąrobisz, a nadal na paznokieć fachu się nie nauczyłeś.

– Gderaszdziśjakstarababcia,kapitanie.

– Niepyskuj,dzieciaku–warknąłBorucki,leczbezcienia jadu. Po chwili dodał: – Jaki dziś dzień tygodnia?

– Środa.JutroBożeCiało –odparłPatryk,uśmiechającsię. – Czyli… na Starą Pozycję Franza?

Staruszekuśmiechnąłsięszerokoiklepnąłdłoniąwudo.

– Takjest!–wychrypiał.–NaStarąPozycjęFranza.

Chłopakskręciłdelikatniew lewo,ustawiłkursnapółnocny zachód.Kutremszarpnęłolekko,silnikzawyłnisko.Zapadłacisza, zakłócanatylkorytmicznymchlupotemwodyuderzającejo dziób.

Stara Pozycja Franza – to nie był punkt na mapie. To byłaświątynia. Tradycja.Miejsce,które Wiesławznałlepiej niżktokolwiekinnynaświecie.

Spojrzałwniebo.

Czerwony blask rozlewał się na horyzoncie niczym rozcięta żyła. Franz zdjął czapkę, przeżegnał się.

– Czerwone słońce… Tej nocy przelano krew – powiedział cicho.

Wyciągnął fajkę, wsunął ją do ust i zaczął rozpalać. Miarowozaciągałsiępowietrzem,ażżarrozbłysnąłnakońcuustnika.

– Dwadzieściadwawęzły!–zawołałNiemojewski,sprawdzając zegary.

Boruckinicnieodpowiedział.Patrzyłjeszczeprzezchwilę w stronę słońca, a potem podszedł bliżej do pomocnika.

– Luzuj,dzieciaku,utrzymajprędkość–powiedział,poczym położył chłopakowi dłoń na ramieniu. Było w tym geście coś ojcowskiego.

Łódźsunęłagładkopospokojnychfalach.

– Będą z ciebie ludzie, gówniarzu. Będą z ciebie ludzie. Zobacz, jaki wschód.

Znówtacharakterystycznamieszaninazapachów–ryb,smaru, potu, dymu. Niemojewski wyobraził sobie, jak Franz naciera się rybami niczym pirat z reklamy Old Spice’a. Zaśmiał się podnosem.Staruszektegoniezauważył.Stałodwróconyw kierunku wschodu.

Patryk pracował na kutrze od końca matur. Robotę załatwił mu dziadek, który znał, jak go nazywał, „starego dziwaka Boruckiego”.

PoczątkowoWiesławkręciłnosemnapropozycjęzatrudnienia pomocnika – nie lubił towarzystwa. Doceniał jednak tych,którzyniemigająsięodroboty.A Patrykpierwszegodnia pojawił się w pracy godzinę wcześniej, wychodził z inicjatywą, chciał się uczyć.

Z czasemsięzżyli,połączyłaichsilna,prostarelacja –jak tomiędzyludźmi,którzyciężkoiuczciwiepracują.Problem w tym, że zarobek u Franza był niemal żaden, a Niemojewski miał tylko trzy miesiące, żeby uzbierać pieniądze na pierwsze pół roku studiów w Gdańsku, gdzie dostał się na prawo. Nikomu o tym nie mówił, nawet Moderskim, którzy byli mu bliżsi niż rodzina.

Wczorajjedenzkumplizaproponowałmupracęuojcawdrukarni.Z marszudostałbyw niejdwarazytyle,ilezarabiału Boruckiego. W głowie Patryka kołatały się poważne wątpliwości, kiedy tak patrzył na Franza stojącego na dziobie.

– Tak,piękneniebo.Widać,żeboskarobota–powiedział kapitan. – Tylko Bóg mógł takie cuda stworzyć, synek.

Słońcebyłojużnaniebie,gdydopłynęlidojednegoz sekretnych łowisk starego. Ten natychmiast chwycił za sieć, zaczepił pętlę o knagi.

– No, gaś silnik, łap tutaj, ja chwycę z drugiej i rozwijamy – zakomenderował.

– Jużidę–oznajmiłPatryk,przekręcająckluczyk.

Wtedycośprzykułojegouwagę.Cośmatowoszarego,pozbawionegorefleksów,odbijającychsięwokółodtafliwody.Nadtym czymśkrążyłachmaramew.Zmrużyłoczy.Zrobiłzrękidaszek.

– Cośjestnawodzie–rzucił.

– Cotammamroczesz,synek?–Franznadstawiłuchowkierunku chłopaka. Skrzywił usta, jakby miało to mu pomóc lepiej słyszeć.

– Coś dużego się unosi na fali! – krzyknął chłopak, wskazując palcem w dal. – Prawo na burt.

Stary burknął coś pod nosem, odwrócił się i sięgnął po leżącą obok steru lornetkę. Przyłożył ją do oczu.

– Niechmniediabli…–wydusił.–Włączsilnikipodpłyń.

Siećzostaw.

Patryk bez słowa wykonał polecenie. Zbliżyli się do ogromnejmasyunoszącejsięnawodzie.Smródbyłprzeokropny,chłopak poczuł, jak wdziera mu się w każdy por skóry, wyciska łzyz oczu. Zaczęło go mdlić.

– Towieloryb–oznajmił,zatykającnos.

– Kumbak–dodałstary.–Długopłetwy.

– Chybahumbak–poprawiłszefaPatryk.

– Będzieszmnieterazpoprawiał,smarku?Włączajradio.

– Pewnietotensam,coo nimmówiliw telewizjiśniadaniowej i pisali w internecie. Widziałem rolki z Gdańska.

– Rolki, do diabła, rolki… Powiedziałem coś? Rób, co mówię – warknął kapitan.

Niemojewski wskoczył na mostek i chwycił starodawną słuchawkę radia. Zaczął szukać odpowiedniej fali, czemu towarzyszyły metaliczne trzaski.

Boruckiwpatrywałsięw walenia.Jegoogromne,kilkunastometrowe cielsko było poszarpane w wielu miejscach, jakby coś o paszczy rozmiarów stolika kawowego kilkukrotnie wyrwało mu kawały mięsa. Wnętrzności wypłynęły na wierzch. Zwierzę nie miało oczu.

– ToznakBoży –powiedziałFranzi porazdrugitegoranka się przeżegnał. – Kara za grzechy tego miasta. Jutro Boże Ciało, a u nas zaczyna się czas rozpusty i kurwienia.

– Nie,tonieBóg,panieBorucki –powiedziałchłopakniskim,zimnymtonem,niepodobnymdoswojegozwykłegogłosu.

Rybakobróciłsięwjegokierunku.

– Aco,synek?

– Diabeł.Tomusiałzrobićdiabeł.

Wtym momencie wydarzyły się dwie rzeczy: wradiu, zamiasttrzasków,odezwałasiędyspozytorkastrażyprzybrzeżnej, anamorzuzerwałsięmocnywiatr.Łajbązakołysałonafali– pogoda wyraźnie się zmieniała.

KRZYSIEK

Pociąg Polregio Radew był najsensowniejszym połączeniem zPoznaniadoKoszalinabezprzesiadek.WBożeCiałopasażerówbyłomnóstwo,awiększośćznichzmierzaławjedynym słusznym kierunku – nad morze.

Wszyscy potrzebowali relaksu i wytchnienia po wyborach, któreponownie –a możebardziejniżwcześniej –spolaryzowały społeczeństwo. Dlatego nad Bałtyk waliły prawdziwe tłumy.

– Dawajdokońca,stary,zerujesz!–darłsięKarol,młody przystojniaczek w koszulce Calvina Kleina.

– Mielnobędzienasze,panowie.VillaAurea,nadjeżdżamy!– Jego pulchny kolega przechylił butelkę piwa niemal pionowo, wypiłostatniłyki głośnowestchnął. –Gdzieidziesz,Ptaszek? – zapytał, odstawiając pustą flaszkę.

– Odlaćsię,aco?–odparłKarol.–Chceszmipotrzymać, Misiek?

– Janiez tych.Wypadmiz tymelgiebete –odparłMisiek. – Rób, co tam masz zrobić, i wracaj, bo niedługo wysiadamy i się jeszcze, kurwa, zgubisz.

– Samsięzgubisz.Otwórzciemibrowara,a jakbyszedłkonduktor, zasłońcie torbą czy coś.

– Myślisz, że konduktorowi będzie się chciało cisnąć między tym tłumem? – dodał trzeci kompan, Łukasz. – Zluzuj. Będzie git.

Karol błysnął białymi zębami w swoim charakterystycznym uśmiechu,poprawiłnienagannieostrzyżoneblondwłosyi zaczął przeciskać się między siedzącymi w przejściu ludźmi. Zwolnił wyraźnie przy barykadującej sam środek starszej kobiecie, która z wyraźnym niesmakiem zmierzyła go wzrokiem.

– Przepraszamszanownąpanią –powiedziałz szydercząminą.

Kobieta wstała, przesunęła się tyle, ile było to możliwe.

– Wstyd–rzuciłapodnosemipokręciłagłową.

Chłopakzatrzymałsięw półkroku.Spojrzałnaubranąw sportowe ciuchy seniorkę o krótkich stalowych włosach. Z jej oczu wylewała się pogarda. Obserwujący scenę Krzysiek poczuł nieprzyjemny ucisk w dołku i nagle zamarzył, żeby znaleźć się daleko stąd, najlepiej w swoim pokoju w akademiku. Zapomniał już,jakczęstokoledzystawialigow sytuacjachznajdującychsię całkowicie poza jego strefą komfortu.

Wwagoniezapadłanieznośnacisza.

– Coś pani mówiła? – zapytał Karol, z trudem powstrzymując złość.

– Wstyd–powtórzyła,wbijającwniegowzrok.–Zagrosz kultury,olejuwgłowieiprzyzwoitości.Siedzątacyjakkrólowie, a starsi stoją.

– O co pani chodzi? – odparł nieco podniesionym głosem. Najegoczolepojawiłasięzmarszczka.–Przecieżgrzecznieprzeprosiłem. Mam jeszcze wrzucić na tacę?

– Widzisz,taktojest–wtrąciłsięMichał.–SocjaliścizPiS-u rozpuścili elektorat Rydzyka szesnastymi i sto trzydziestymi emeryturami, socjalem i…

– Wstyd– przerwałamu starszakobieta.–Chamstwo ihańba.

Krzysiek poczuł, jak coraz bardziej chce zniknąć, wtopić się wtło,wsiąknąćwobiciesiedzenianiczymHomerSimpsonwżywopłot.LedwogodzinętemudołączylidoniegowPile,ajużżałował tej wyprawy – ponownego spotkania ze starymi kumplamiz gimnazjumi podstawówki.Przecieżondonichniepasuje. Ich drogi się rozeszły, żyją w różnych światach.

– Niech pani pilnuje lepiej swoich spraw – uciął Karol i ruszył w stronę toalety.

– No, siedź pani sobie na walizeczce i odmawiaj różaniec – dorzucił Michał.

– Kolego, nie takim tonem do starszej kobiety – odezwał się chudy mężczyzna w okularach, zajmujący miejsca dwa rzędy dalej z żoną i dwójką dzieci.

– Leszek,proszę,zostaw…

– Ale co zostaw, Gosiu? – obruszył się. – Nie widzą, że są tu też dzieci?

– Odpuść. Jedziemy na wakacje…

Leszek zignorował prośbę.

– Panowie,czymożecieniepićwmiejscachpublicznychinie zachowywać się tak, jakbyście byli sami?

Kilkaosóbpoparłoojcarodzinyiseniorkę.Ktośzasugerował wezwanie konduktora.

WtedywstałostatnizekipyKrzyśka–milczącydotądŁukasz. Był wysoki, dobrze zbudowany. Przypominał nieco Borisa Karloffa ze słynnej adaptacji powieści Mary Shelley. Zazwyczajmówiłmało,zatozawszewtedy,gdynapięciewchodziło w tryb czerwony.

OdwróciłsiępowoliwstronęLeszka.

– Ktośpanapytałozdanie?–powiedziałspokojnie.–Mysię pana nie czepiamy, więc proszę się… nie wpieprzać.

Ostatniesłowoprzecięłopowietrzejaknóż–ostre,zupełnieniepasujące do łagodnego tonu. Leszek chciał coś jeszcze powiedzieć, ależonapołożyłamudłońnaramieniu.Tymrazemposłuchał.

Wwagoniezapadłaciężkacisza.

Krzysiek poczuł, że napięcie opuszcza go centymetr po centymetrze, jakby ktoś odkręcał zawór. Na tyle, na ile w ogóle potrafiłsięrozluźnić –bou niegorozedrganiei niepokójbyłystanem domyślnym, jak tło, którego nie da się wyłączyć.

Cośmetaliczniebrzęknęłoopodłogę.

– Kurwa!Wygranykapselmispadł–syknąłMichał.SpojrzałnaKrzyśka.–Stary,maszmożewtymswoimplecakuinspektora Gadżeta latarkę?

– Aniemaszwtelefonie?–zapytałŁukasz.

– Mam, ale muszę poświecić w szczelinę. – Wskazał wąską przestrzeń między siedzeniem a ścianą wagonu. – Ta cegła nie przejdzie.

– Chwila–powiedziałKrzysiek.

Wstał, ściągnął zpółki na bagaże stary, zniszczony plecak izacząłgoprzeszukiwać.WyjąłKairosSiembiedy,tablet,ulotki sprzed czterech lat, pendrive wygrany kiedyś na olimpiadzie biologicznej. W końcu odnalazł latarkę.

– Masz.

– Dzięki, Krzyniu! – Michał zaczął gmerać grubym paluchem we wnęce. Po chwili wydusił triumfalnie:– O, mam!– wycharczał.–Jednopiwkogratis.Awprzeliczeniunapiwka tojestzupełnieinnawalutaniżpieniądz.–Wstałiuniósłkapsel. – Dzięki, mordo.

– Luzik,odtegojesttenantyk–odparłKrzysiek,klepiącplecak. – Od lat niczego z niego nie wypakowywałem.

– Niewierzę,żetygowciążmasz –włączyłsięŁukasz. –Pamiętacie, jak Chudemu wbił się drut w nogę koło naszej bazy? A ten gamoń, ot tak, wyjął bandaż i jakiś środek do odkażania. Kto w tym wieku nosi takie rzeczy?

– Chłopmożeniemiałbynogi–dodałjużcałkiempoważnie Michał.– Cholera wie, czy zakażenie by mu się nie wdało. Ty i twoja mama zawsze byliście przygotowani na wszystko. Onamiałatenswój…

– Różowy notesik, gdzie wszystko zapisywała. – Krzysiek się roześmiał.

– Dokładnieten –dodałŁukasz,uderzyłsięrękąw udo i wybuchnął śmiechem. – Kiedyś nam dzięki niemu tyłek uratowała,bozapomnielibyśmyopierwszejspowiedziprzed komunią.

– Fajneczasy–roztkliwiłsięMichał.

Krzysiekpierwszyrazodmomentu,gdyekipawsiadławPile, poczuł coś na kształt spokoju. Wspomnienia zaczęły ich łączyć w sposób, który pamiętał sprzed lat. Może nie będzie tak źle? – pomyślał.

W tymmomenciewróciłKarol.Najegotwarzywisiał nienaturalnie wielki uśmiech, oczy błyszczały jak po dopalaczu.

– A tyco,koniabiłeśw kiblu? –zapytałMichał. –Cosiętak szczerzysz?

KarolusiadłobokKrzyśka,dalejrobiącgłupieminy.

– Co jest, stary? – spytał Łukasz. – Co znowu odjebałeś?

Karolklasnąłdłońmiouda,jakbyniemógłwytrzymaćzekscytacji.

– Zabawimy się jak królowie, panowie! – oznajmił. – Przed kiblem spotkałem jednego typa. Łysy, wielki jak szafa. Już myślałem,żetojakiśwnuczektejbabciEwyChodakowskiej,cosię do nas pruła, ale nie.

– Icoonchciał?–zapytałKrzysiek.

Karol,rozpromienionydzikąradością,zarzuciłmuramięna szyję,przyciągnąłgoipotarmosiłmudłoniączuprynę.Krzysiek poczuł,jakwyrywamuwłosyzcebulkami.Dojegonozdrzydoleciał zapach potu kolegi. Zemdliło go. Szamotał się, usiłowałgo odepchnąć. W końcu kumpel puścił.

– Sam sobie tak zrób, idioto – warknął, poprawiając fryzurę. – Mów, o co chodzi.

– Łysysprzedałmito!

Rozejrzałsię,apotemwysunąłzkieszenistrunówkęzbiałym proszkiem. Krzysiek od razu się zorientował, co to.

– Zabawajakkrólowie,panowie!–oznajmiłKaroliażmu sięoczyzaświeciły.–JużwidzętelaskiwMielnie,którebędę obracałnaparkiecie.Szkoda,żeniepojechaliśmymojąAudicą, wtedy bym szponcił!

Krzysiekpoczuł,żerobimusięgorąco,iopadłnamiejsce. Niebawiłsięwnarkotyki,żadne.Nieodtamtegoczasu.Tylko…czymógłtopowiedzieć?Znówsięwychylić,wystawićna docinki, prztyczki i poniżanie?

– Ja dragów nie tykam – powiedział spokojnie Łukasz.

Krzysiekpoczuł,jakbynaglektośrzuciłmukołoratunkowe.

– Nocoty,sigma,tuchodziozabawę!–parsknąłKarol.– Jedna imprezka, locik, potem wracamy do waszej nudnej egzystencji, lamusy.

– Nudnej?–Łukaszuniósłbrwi.–Tychybaostatnionanudę nie narzekasz, co?

Karolodchyliłgłowęjakpies,któryusłyszałdziwnydźwięk.Zdziwienie,irytacja.Niespodziewałsiętego.

Schowałworeczek.

– Ococichodzi?–rzuciłostrzej.

– Aoto:ślub,dziecko,rozwód,nowalaska…Sporotego,nie? Możebyśtrochęzwolnił,zamiastdopierdalaćdopiecanonstop?

– Wiesz, jak jest. – Karol wzruszył ramionami i skrzyżował ręce na piersi. – Facet musi być facetem, a nie jakieś kanapeczki. Karolina chciała, żebym zarabiał hajs i jeszcze po robocie niańczył Zuzię. No bez jaj. Mężczyzna musi odetchnąć, nie?

– Abyliście tak idealnie dobrani– zakpił Łukasz.– Karol i Karolina. Ślub jak Harry i Meghan…

– Zazdrościsz? – warknął Karol. A potem nagle zmienił ton, zrobił pojednawczy gest dłonią. – Dobra, wyluzujmy. Walić to, było, minęło. Z kobietami trzeba twardo. A jak nie, to wymiana, proste. Zobaczycie, kto się dziś zabawi.

Nic się nie zmienił – pomyślał Krzysiek. Syn koleżanki twojej starej w czystej postaci.

Jednocześnie podskórnie czuł, że „było, minęło” to nie jest coś,comożnapowiedziećowłasnymdziecku.Orodzinie.Oodpowiedzialności. Ale nie otworzył ust. To nie był moment na prawdę w oczy. Na dobrą sprawę… to nigdy nie był na to dobry moment.

– To co, la zabawa? – zagadnął Karol, ponownie mrużąc figlarnie oczy.

Zapadła cisza, ale było widać, że dwaj pozostali się łamią. Michał wzruszył ramionami, chciał coś powiedzieć. Krzysiek znów poczuł rosnące napięcie. W najmniejszym stopniu nie chciał uczestniczyć w zabawie, w której wejdą dragi.

– Nawet nie znasz typa, co ci to opchnął– wtrącił.– Skąd wiesz, że to nie policjant?

– Niebądźśmieszny.Gościupowiedział,żeusłyszałprzypadkowo,żechcemysiędobrzezabawićwKlubieBajlandwMielnie, towiesz…Dobramorda,zaoferowałpomoc. –Potychsłowach Karol roześmiał się głośno. – Policja? Niezły jesteś, Krzysztof. Tego was uczą na tych studiach?

Michałzacząłmuwtórować.NawetŁukaszsięuśmiechnął.

– Nigdy się nie zmienisz– oznajmił ten ostatni.– Zawsze dopniesz swego, co, Ptaszek?

– A co mam się zmieniać? Trzeba wentyl z tyłka wyciągnąć, pożyć. A że dziecko w domu płacze z mamusią? Pies to trącał, chciała rozwodu, to ma. My dzisiaj bawimy się w Bajlandzie!

– Toco,zdrowiewatahy?–podjąłtematMichałizawył:– Auuu!

– Auuu!–zawtórowalimuwszyscy,najciszejKrzysiek.

– Jakzadawnychlat,ludzie.Wilczasfora!

Do Koszalina zostały dwie stacje. Pociąg jechał aż do Kołobrzegu,alezatrzymywałsięnawszystkichprzystankach,więc w środku zrobiło się nieco luźniej.

Babciawsportowymstrojuznalazłamiejscesiedzącepodrugiejstroniewagonu.Ojciecpróbowałuspokoićdwójkędzieci kłócącychsięotelefon–każdechciałoterazgraćwswojąulubioną grę, a tata bezskutecznie im tłumaczył, że zaraz będą wysiadać.

– W życiuniepozwolęZuzinatakiecoś –skomentowałKarol.–Mabyćkrótko.Trzebawiedzieć,ktorządzi.Conie,Misiek?

– Noraczej–potwierdziłMichał.–Lewactwosięwszędzie panoszy.Teraztonicniewolnopowiedzieć,niczrobić.Jeszcze wprowadzą elgiebete w szkołach i trzeba będzie z tego kraju spierdalać.

Karoli Łukaszkiwaligłowami.Krzysiekudawałzajętegopakowaniemplecaka.

– Ty, Krzychu, na wyborach pewnie trzaskałeś, co? – zagadnął Michał, rzucając kolegom znaczące spojrzenie.

– Nie… nie poszedłem na drugą turę – skłamał. – Nie miałem na kogo głosować.

– Noi dobrze!Ważne,żenietrzaskałeś,bobyterazbyłosłychaćtrzaskpękającegotyłka! –ryknąłMichał. –Chociażdlaelgiebete to pewnie żadna nowość!

Całatrójkawybuchnęłaśmiechem.

TwarzKrzyśkazrobiłasiępurpurowa.Gniewrósłw nimjak fala przed sztormem.

– Odkiedyzwassięzrobiłytakiehomofobyirasiści?–wypalił.

– Aco, dla ciebie to normalne?– odbił Michał.– Chcesz, żeby u nas było jak w Niemczech?

– Zasadniczo…ichpensjebymwziął.

– A twoją starą ciapaci by złapali i wyruchali. Oni tylko czekają na okazję, śledzą. Każdy jeden, bo tak mają w tym swoim Starym Testamencie.

– Wątpię,żebyktórykolwiekznichwierzyłwStaryTestament – odparł z wyraźną ironią Krzysiek.

Musiał zniknąć. Choćby na chwilę. Potem wróci, wysiądą w Koszalinie, zmienią temat. Lepiej nie wchodzić z nimi w politykę, społeczne pierdoły ani rodzinne traumy. W sumie…pewnietylkożartują,jakzawsze,aonznówbierzewszystko zbyt serio. Zawsze tak było. Przecież ogólnie byli spoko kumplami.

– Idędoubikacji–powiedział.

– A co, poczułeś… trzask? – Karol zachichotał. – Dobra, żartuję. Idź.

Korytarzbyłprawiepusty–zupełnieinaczejniżnapoczątku podróży.Krzysztofnacisnąłprzyciski wszedłdofuturystycznej kabiny, która kompletnie nie pasowała do stereotypu Polskich Kolei Państwowych.

Przemyłtwarz.Wziąłkilkagłębokichoddechów.Spojrzał wlustro.Ciemneloki,długieistarannieułożone,opadałymu prawie na oczy, a androgeniczne rysy śmiesznie kontrastowały zcienkim,rzadkimwąsikiem.Dotknąłdłoniąodbiciatwarzy tak,byjezasłonić.Poprawiłworkowatespodnie,wyciągnąłna wierzch koszulę i wyszedł z kabiny.

W drugimwagoniekątemokadostrzegłłysegogościa,który idealnie pasował do opisu Karola. Siedział naprzeciwko chudego typa z wklęsłymi policzkami, lekko wyłupiastymi, czujnymi oczamiitatuażemsmokanaszyi.Rzeczywiście,niewyglądali jak policjanci.

Krzysiekruszyłw stronękolegów.Usłyszałichrozmowęi poczuł ulgę – temat znów zdążył się zmienić. Zajęci dyskusją, nawet nie zauważyli, kiedy usiadł na swoim miejscu.

– Mówięci,stary,jakterazsięchociażniepobawiszkrypto, nie zobaczysz, o co chodzi, to znikniesz – perorował Karol.–Tocyfrowezłoto,tylkonaszgłupirządjeszczetegonie ogarnia.

– Leśnedziadkiipieprzonelibki–rzuciłMichał.–Wybiłbym do nogi albo deportował. Potem Konfa zrobi porządek.

– Jaostatniowrzuciłemdwatysiącenabitka–dodałŁukasz.– Monianiemusiwiedzieć,boi taknicbyz tegoniezrozumiała.

Krzysiekprzysłuchiwałsięchwilę,wkońcuzrozumiałkontekst.

– Gadacieobitcoinie?

– BTC, Ethereum, o wszystkim – odparł Karol. – Znasz się na krypto?

– Nie, w zasadzie to nie. Coś tam tylko…

Karol parsknął z politowaniem.

– Kolejnywykształconyignorant.Sólnarodu.