GENeTA. Immersja absolutna - Marcin Kończewski - ebook + audiobook

GENeTA. Immersja absolutna ebook i audiobook

Marcin Kończewski

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W 2083 roku Rzeczpospolita Korporacji Polski daje możliwość życia wiecznego swoim obywatelom. Ludzie pracują po to, aby móc zapracować na druk, czyli drukowane z żywych tkanek organy. Legalne są jednak tylko te certyfikowane przez korporację Trust-Polu. Nie wszystkich na nie stać, rozwija się czarny rynek. Korzystających z niego ludzi nazywa genetami – genetycznymi przestępcami. Maks Wider jest agentem POW. Zajmuje się ich ściganiem i dostaje wezwanie, które zmieni wszystko.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 37

Rok wydania: 2023

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 1 min

Rok wydania: 2023

Lektor: Kosior FilipFilip Kosior

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



GENeTAImmersja absolutna

Automag mknął nocą przez puste korytarze powietrzne krajowej jedenastki.

Pojazd w kolorze chromu rozświetlany był raz po raz blaskiem mijanych latarni i hologramów z reklamami. Opływowy kształt przemykał przez czerń nieba, niczym pulsujący światłem pocisk. Kierowca postanowił skrócić drogę – skręcił w lewo i przeleciał przez jeden z hologramów. Obraz zadrżał w momencie, gdy uśmiechnięta kobieta zachwalała środek na potencję. Złamał przepisy, ale nawet na to nie zwrócił uwagi. Był skoncentrowany i przewiercał wzrokiem ciemną drogę.

Dostał zadanie z samej góry, które już na kilometr śmierdziało grubą aferą.

Poderwał drążek sterowniczy, potem obrócił nim w lewo, minął ostatnie zabudowania i pomknął w dół zbocza w kierunku rozświetlonej biało-niebieskimi neonami fabryki będącej jedną z rozsianych po całym kraju filii korporacji Trust-Polu. Pojazd wylądował na parkingu. Znajdujący się na drzwiach pojazdu napis POW błysnął na budynku odbijającym światło z głównego generatora. Kierowca, nie wysiadając z samochodu, rozejrzał się, a gdy był już pewien, że jest sam, dotknął nadgarstka.

Pod skórą mignęło słabe zielonkawe światełko.

– Agent 72310, dane do protokołu – powiedział lekko zachrypniętym głosem. – Notuj: wezwanie nocne, numer zgłoszenia 1989.

Mężczyzna znów rozejrzał się wokół i wyciągnął niewielkie urządzenie, z którego wyświetlił się po chwili hologram z zegarkiem.

–Godzina druga zero dwa – kontynuował. – Miejsce: filia Trust-Pol, numer 276, budynek C. Treść zgłoszenia: wypadek w pracy. Adnotacja do zaszyfrowania: możliwy udział nielegalnego genety. Zadanie: wstępne rozpoznanie. Zamknij protokół.

Zaczęło padać. Na przedniej szybie pojazdu pokazały się pomiary i dane meteorologiczne. Komputer pokładowy najnowszej generacji poinformował miękkim, kobiecym głosem, że ulewa jest kwaśna, ale przejściowa, i powinna się skończyć za dwanaście minut i trzydzieści dwie sekundy. Szyby pojazdu zaczęły parować. Włączył osłonę antykorozyjną. Zapiął pod samą szyję wąsko przylegający kombinezon z drukowanej, czarnej skóry. Na ramieniu wyróżniała się błyszcząca, biała naszywka z trójkątnym logo POW.

Wysiadł z pojazdu i ruszył w kierunku wejścia do hali produkcyjnej. Zobaczył rozmazujący się w strugach kwaśnego deszczu, umieszczony nad wejściem do hali produkcyjnej slogan: „Rzeczpospolita Korporacji Polski – jesteśmy jedną energią”. Splunął.

Miał czas na szybkie dochodzenie do czasu przybycia Klinersów. Przy wejściu do hali stał tłum robotników. Niektórzy z nich pościągali okulary pracownicze WOS, co już było powodem do niepokoju. Rzadko się to zdarzało – dla motłochu najniższego szczebla norma była rzeczą świętą.

– Maks Wider, POW – zwrócił się do najbliższego, obróconego tyłem pracownika. – Gdzie znajdę kierownika?

Zapytany obejrzał się w jego kierunku. Na głowie miał okulary sensoryczne, machnął ręką przed oczami agenta, jakby w ogóle go nie widział, a następnie wykonał sekwencję ruchów, przypominających zamykanie czegoś w niewidzialnym sześcianie.

– Ha, jest, kurwa! – krzyknął.

Ziemista twarz, zapadnięte policzki, a do tego ewidentnie zaszczanespodnie. To musiał być jeden z tych „zalogowanych”. Pewnie jakąś dobę nie wyłaził już z głównego serwera i podbijał normę.

Nie zważając dłużej na gestykulującego pracownika, zaczął szukać kogoś, kto nie korzystał z chwilowego przestoju, aby łapać miksgranty. Dostrzegł grupę osób przyklejonych do wielkiego monitora, na którym wyświetlała się reklama kampanii społecznej Trust-Polu. Znał ją na pamięć. Wszyscy znali. Uśmiechnięte dzieci, kobiety za biurkami zajadające batoniki fuel przewijały się przy akompaniamencie słodkiego, kobiecego głosu. Wider mimowolnie się zatrzymał. Z letargu wyrwała go biegnąca przez korytarz kobieta w okularach, która trąciła go ramieniem. Ruszył dalej. W końcu zwrócił się do krępego typka żującego batonik, chyba jeden z tych pełnowartościowych wegańskich posiłków o smaku tektury.

– Do kierownika którędy? – przerwał mężczyźnie degustację, a ten przewrócił oczami z irytacją.

Gdzieś niedaleko leżały zwłoki kolegi z pracy, a facet miał to kompletnie gdzieś, tylko żuł beznamiętnie swój gówniany batonik, jakby nic innego na świecie się nie liczyło. W jego oczach była… pustka. Maks skrzywił się. Kto tu jest tak naprawdę martwy? – zastanowił się.

– Kierownik jest tam – powiedział w końcu inny pracownik, opuszczający właśnie fabrykę.

Spojrzał we wskazanym kierunku i dostrzegł dziwnie zbudowanego grubasa w zielonym kitlu. Facet nie był otłuszczony, ale taszczył tak wielki brzuch, że wyglądał, jakby był w dziewiątym miesiącu ciąży. Wider widział takie na zdjęciach w archiwach Centralnego Muzeum Korporacyjnego, bo obecnie ciąże u kobiet były niemożliwe. Przemknął wzdłuż biernych gapiów i „zalogowanych” w kierunku mężczyzny.

– Pan rządzi w tym akumulatorze? – zagadnął i mignął hologramem z napisem POW.

– Z Pomocy Ochrony Wsparcia? – odpowiedział pytaniem tęgi mężczyzna.

– Agent Wider. Maksymilian Wider– przedstawił się zgodnie z protokołem.

Kierownik obrócił się w jego kierunku, co oznaczało, że najpierw obrócił się jego brzuch, a potem korpus. Otaksował go spojrzeniem i podniósł brwi. W końcu wyciągnął dłoń. Agent niechętnie podał swoją.

– Adam Netkowski, shift manager. – Ostatnie słowo zaakcentował, prostując się przy tym nieznacznie. – Proszę szybko za mną, Maksymilianie Wider. A może Maks? Mogę tak mówić? U nas wszyscy…

– Tak, wiem, jakie są zasady zachowania w korporacji – uciął. – Pozostańmy przy Wider.

Netkowski zaperzył się lekko, odchrząknął i ruszył do węższej części hali.

– Gnojek leży przy stanowisku S3 – powiedział. – To „blok maniaczenia”. Tak go nazywamy, bo to prawdziwa pierdolona trupiarnia. Niektórzy nabijają po dwie doby.

Maks milczał. Przeszli tak kilka metrów, aż w końcu pierwszy przerwał ciszę kierownik.