Wydawca: Wydawnictwo Afera Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 497

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Mężczyzna na dnie - Iva Procházková

Na dnie jeziora zostaje znalezione ciało policjanta. Kto stoi za jego śmiercią? I czy zbrodnia może mieć związek ze znakiem zodiaku?

Podinspektor Marián Holina ma słabość do rogalików, którym wystawia noty w skali od 1-5; bardziej niż nowoczesnym metodom śledczym ufa własnej intuicji, objawiającej się łaskotaniem w okolicach pępka; w chwilach słabości zwraca się do Najwyższej Instancji (po słowacku), a gdy się denerwuje, rzuca mięsem (po węgiersku). Niemniej specyficzni są jego partnerzy, niedoświadczony i ciągle wyrywający się przed szereg aspirant Diviš oraz hiperaktywna kapitan Šotolová. Jakby tego było mało, w praskim Wydziale Zabójstw robotę omawia się raczej w stołówce niż przy biurku.

Sympatyczny, bezpretensjonalny i pozbawiony supermocy zespół Holiny, wciągająca intryga oraz nieodzowny czeski humor sprawiają, że Iva Prochazková wprowadza nową jakość do literatury kryminalnej.

Procházková jest autorką scenariusza do popularnego serialu telewizyjnego Zabójstwa w kręgu (Vraždy v kruhu), w którym Marián Holina (w tej roli dobrze znany także polskim widzom Ivan Trojan) i jego zespół badają zbrodnie z wykorzystaniem nieoczywistych metod śledczych, w tym astrologii. W serii książkowej, którą otwiera Mężczyzna na dnie, autorka nawiązuje do serialu, lecz prezentuje zupełnie nowe historie.

Książka otwiera w wydawnictwie Afera serię Czeskie Krymi prezentującą najciekawsze współczesne powieści kryminalne zza południowej granicy.

Opinie o ebooku Mężczyzna na dnie - Iva Procházková

Fragment ebooka Mężczyzna na dnie - Iva Procházková

Tytuł oryginału: Vraždy v kruhu. Muž na dně

First published in 2014 by Nakladatelství Paseka

Chopinova 4, Praha 2, Česká republika

Redakcja: Marta Mizuro

Korekta: Magdalena Lalak

Projekt okładki: Kasia Michałkiewicz-Hansen

Skład: Mimi Wasilewska

Zdjęcie na skrzydełku: Vladimír Holomek

Copyright © by Iva Procházková, 2014

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Afera, Wrocław 2016

Copyright © for the Polish translation by Julia Różewicz

All rights reserved

ISBN 978-83-941695-1-0

Wydanie I, Wrocław 2016

www.wydawnictwoafera.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Obudził go ból brzucha. Jeśli czegoś naprawdę nienawidził, to nocnych wypraw do toalety. Gorszych nawet od jamnika pani Zapletalovej. Bruno zawsze był na smyczy, dało się więc jakoś uniknąć spotkania z jego wyszczerzonymi kłami. Spotkania z toaletą uniknąć się nie dało. Musiał wstać i iść, chociaż była ciemna noc, a w domu czyhało pełno strachów. Za każdym rogiem, za każdymi drzwiami, wszędzie, gdzie nie sięgał jego wzrok.

Wymacał włącznik światła. Zapalił lampkę na stoliku nocnym, wstał i wyszedł na galerię. W domu panowała absolutna cisza. Musiało być bardzo późno. Wyjrzał przez poręcz, zobaczył przepaść schodów i żołądek mu się ścisnął. To był straszny dom. Słyszał wiele razy, jak dorośli wychwalali dom ojca. Mówili, że jest nowoczesny, inteligentny, oryginalny. Dom doskonały. Ale jak dla Marka był za duży. Odczuwał to szczególnie w nocy. Na szczęście, żeby iść siku, nie musiał złazić na parter, na piętrze była łazienka, ale niewielka to pociecha, bo do niej też bał się chodzić. Jego pokój od łazienki dzieliły aż dwa rogi, za którymi coś mogło się czaić.

– Nie bądź baba! Masz prawie sześć lat! Jesienią idziesz do szkoły! – mawiał ojciec. Miał rację. Marek skończył pięć i pół roku, w styczniu były zapisy, we wrześniu idzie do pierwszej klasy. Ale co to miało wspólnego z chodzeniem do toalety? Przecież do szkoły nie będzie chodził ani w nocy, ani sam. Tylko z Niną. Nina miała prawie jedenaście lat i nie bała się niczego. Nawet Bruna. Kiedy na nią szczekał, łapała go za skórę nad karkiem i też zaczynała ujadać. Była duża i odważna. Marek zdecydował, że obudzi siostrę. Mógłby też iść do Yadiry, na pewno poszłaby z nim do toalety, ale bał się, że w sypialni będzie ojciec. Gdyby dowiedział się, że ciągle ma problem z nocnymi wycieczkami do ubikacji, byłby zły. Chciał mieć odważnego syna. Marek bardzo chciał być odważny. Tylko nie wiedział jak. Strach był silniejszy niż chęci.

Nina spała w pokoju obok. Marek otworzył drzwi, cicho podszedł do łóżka, dotknął ramienia siostry, delikatnie nim potrząsnął. Miała lekki sen.

– Co tam?

– Muszę siku. Chodź ze mną – poprosił krótko. Wiedział, że siostra rozumie jego problem. Był jeszcze pędrakiem. Często nazywała go tak w rozmowach z koleżankami, czasem nawet przedrzeźniała go wtedy, wymawiając „l” zamiast „r”, ale nigdy mu to nie przeszkadzało, bo wiedział, że w gruncie rzeczy mówi to z czułością i że zawsze go obroni. Fakt, siostra darła z niego łacha, ale była jego Obeliksem. Zawsze mógł na niej polegać. Teraz też. Bez słowa podniosła kołdrę, wstała i poszła z nim do łazienki. Ani za pierwszym, ani za drugim rogiem nikt się nie czaił.

Marek opróżniał pęcherz z ulgą i radością. W miarę jak napięcie w podbrzuszu spadało, wracał mu dobry humor. Nina stała w drzwiach, drapała się po plecach i ziewała. Kiedy skończył, zmienili się; ona usiadła na desce, a on stanął w drzwiach.

Cicho wracali przez galerię do swoich pokojów. Nina wciąż ziewała i drapała się po plecach. Coś musiało ją tam bardzo denerwować. Najpierw próbowała dosięgnąć od dołu, potem od góry, przez ramię, ale nie mogła dotrzeć do swędzącego miejsca pomiędzy łopatkami. Marek zaofiarował się, że ją podrapie. Ucieszyła się.

– Trochę niżej, bardziej w lewo! – naprowadzała go szeptem. Kiedy trzymał dłoń na jej plecach, nagle pomyślał, że ją pogilgocze. Gili-gili, jedyna rzecz, w której Marek mógł być górą. Nina miała okropne łaskotki, a Marek znał wrażliwe miejsca na ciele siostry, wystarczyło dotknąć ich koniuszkiem palca i delikatnie przejechać, żeby zwijała się ze śmiechu i piszczała wniebogłosy. W takich chwilach wyjątkowo czuł, że ma przewagę.

Lewą ręką wciąż drapiąc siostrę między łopatkami, uniósł prawą i powoli przeniósł pod pachę. Jeszcze nie dotknął jej skóry, tylko przyszykował palce. Wiedział, że musi trafić między żebra. Nie za głęboko, żeby nie zabolało. Przede wszystkim niespodziewanie. Teraz! Prawa ręka między żebra, lewa szybko pod pachę i jazda! Udało mu się zaskoczyć siostrę. Głośno pisnęła i zaczęła się zwijać. Przycisnęła pachy do ciała i w obronnym geście z całej siły wyrzuciła łokieć w tył. Marek odskoczył. Spodnie od piżamy trochę mu się zsunęły, nogawka wjechała pod stopę, przydepnął ją, potknął się i zatoczył. Puścił siostrę i chciał złapać się poręczy, ale jego ręka trafiła na pustą przestrzeń; stali nad samymi schodami, pod nimi rozpościerały się dwadzieścia dwa żeliwne stopnie; kiedyś je policzył, ojciec kazał je zrobić na miarę, specjalnie do tego doskonałego domu. Marek poczuł uderzenie w ramię, potem w bok, jego kark trzasnął o żeliwną krawędź kolejnego stopnia, co wywołało taki ból, że kolejnych uderzeń już w ogóle nie czuł. Zupełnie bez świadomości upadł na wyłożoną płytkami ceramicznymi podłogę.

Chciała uciec do swojego pokoju przed łaskotkami Marka, kiedy nagle usłyszała jego krzyk. Nie był głośny, ale zmusił ją, by się odwróciła. Zobaczyła, jak ciało brata leci w dół, niczym walizka, która wypadła komuś z dłoni. Uderzał o kolejne i kolejne schodki, po całym domu niosło się złowrogie dudnienie żeliwa. Nina popędziła za nim. Biegnąc, mocno ściskała poręcz, nie tyle ze strachu, że spotka ją to, co Marka, ile z powodu dziwnego skurczu, nad którym nie potrafiła zapanować. Dopadł jej ciało i umysł, wykrzywił twarz w straszliwym grymasie i spalił mózg. Patrzyła na nieruchome ciało brata, widziała krew, która wypływała nie wiadomo skąd i wiła się po jasnych płytkach. Nie czuła nic. Jakby obserwowała własne ruchy, stojąc obok siebie. Zeskoczyła z ostatniego schodka, ukucnęła, wzięła w dłonie twarz Marka, spojrzała na nią. Jego źrenice nie poruszały się, miał dziurę w głowie. Raczej nacięcie. Wąskie, najwyraźniej jednak głębokie. To z niego leciała krew. I z boku ciała. Żywa i tętniąca, barwiła mu górę od piżamy na jasnoczerwono. Krew brata wciąż żyła, on sam już nie. Nina zorientowała się nie tylko po jego skamieniałym wzroku, lecz zwyczajnie to poczuła. Przekazał jej to bez słów. Ich dusze jakby rozmawiały ze sobą. Mówił, żeby poszła na górę, że już mu nie pomoże. Że nikt nie jest w stanie mu pomóc. Mówił, że jest mu przykro z powodu tego, co zrobił. Odpowiedziała mu, że to jej wina, nie powinna była tak mocno walić go łokciem. To nie twoja wina, przecież masz łaskotki, odpowiedział, a Nina musiała przyznać mu rację, to prawda, kiedy ktoś mnie łaskocze, nie panuję nad sobą. Idź na górę, radził jej, zamknij drzwi, połóż się do łóżka i udawaj, że śpisz. Lepiej, żeby nikt cię tu nie znalazł. Nieważne, co powiesz, i tak pomyślą, że się bronisz. Bo ty żyjesz, a ja nie. A ja już nie mogę powiedzieć, jak było naprawdę. Leć!

Nina ułożyła głowę brata na płytkach i mocno wspierając się o poręcz, energicznie ruszyła w górę. Dwadzieścia dwa stopnie, liczyła. Spieszyła się, ale musiała uważać, żeby nie narobić hałasu. W domu panowała cisza, widocznie upadek brata nie obudził dorosłych, albo dopiero się zbierali, żeby wyjść z sypialni. Kiedy była na górze, odwróciła się. Ciało Marka wydawało się bardzo małe, nogi i ręce oglądane z tej wysokości były nienaturalnie krótkie. Pędraku ty, powiedziała bez słów. Mój Obeliksie, odpowiedział, gdy już zamykała drzwi do swojego pokoju. Spojrzała w lustro. Miała krew na falbance koszuli nocnej. Zdjęła ją, zwinęła i schowała pod szafkę. Przebrała się w czystą. Weszła do łóżka. Coś cię boli?, spytała brata. Nie, zapewnił ją, zupełnie nic mnie nie boli. Licz barany.

Naciągnęła kołdrę na głowę i wcisnęła ręce między kolana, żeby tak bardzo się nie trzęsły. Brata nic nie bolało. Zupełnie nic. Nie mogła mu pomóc. Zacisnęła oczy i wyobraziła sobie wzniesiony nad ruchliwą ulicą mostek, który pokonywała codziennie, idąc do szkoły. Przechodziły po nim barany. Zaczęła liczyć: jeden baran, drugi, trzeci…

Dom stał na końcu ślepej uliczki, za nim rozciągały się dzikie błonia. Skraj łąk, gdzie za dnia dzieciaki trenowały na torze BMX, a w nocy zjechana niemal na pył, pełna wybrzuszeń ścieżka bielała w ciemności, przypominał jej zatokę Bacuranao i tamtejszą linię wydm. Szumiało tu nawet. Nie był to jednak szum morskich fal, lecz kołysanych przez świeży wiosenny wiaterek sosen. Bacuranao była jedną z najpiękniejszych plaż w okolicy Hawany, jakie Yadira znała. Gdy była nastolatką, spędzała na niej długie godziny. Kładła się na białym piasku, grzała w promieniach słońca, zamykała oczy i wyobrażała sobie inny świat. Świat pełen sklepów i pięknych, wygodnych domów. Świat bez więziennych murów, za którymi ludzie znikali na długie lata. Świat za oceanem. Teraz, kiedy zamykała oczy, wyobrażała sobie Hawanę. Ulicę, przy której mieszkała przez dwadzieścia jeden lat.

– Tęsknisz? – zapytał Kamil. Yadira skinęła głową, chociaż tęsknota to nie było właściwie słowo. Po prostu brakowało jej Hawany. Od samego początku, od chwili kiedy wylądowała na lotnisku Praga-Růzyně i weszła do terminalu, gdzie krople praskiego deszczu ściekały po szybach, a za nimi czekało na nią nieznane miasto, od pierwszych już kroków na tej – nawet jeszcze nie czeskiej, ale przechodniej – ziemi, brakowało jej Hawany.

– Mamy jechać w lato, na wakacje.

– Latem – poprawił ją. Umówili się, że będzie poprawiał Yadirę, żeby nie utrwalała błędów. Chciała mówić perfekt po czesku. Wiedziała, że już teraz, po trzech latach, mówi dużo lepiej niż jej rodaczki, które mieszkały w Czechach od dziesiątek lat. Miała talent do języków. I cel. Chciała studiować prawo. Kamil studiował biologię. Był rok młodszy od Yadiry, dobrze się rozumieli. Mogła swobodnie porozmawiać z nim o wszystkim, co jej ciążyło. O szarej praskiej zimie, która ziębiła do szpiku kości i wypełniała Yadirę poczuciem beznadziei. O twarzach, z których trudno było wykraść uśmiech. O tym, że wszyscy wciąż dokądś pędzili. Nikt nie miał czasu zatrzymać się na pogawędkę, para chismear un poco. Może i nawet znaleźliby czas, ale nie wiedzieli, o czym rozmawiać z Yadirą. Pewnie rozmawiali, ale gdzie indziej, z kimś innym. Przy ulicy, gdzie mieszkała, nikt się do niej nie odzywał. Nawet w przedszkolu, do którego codziennie odprowadzała Marka, kontakt z innymi matkami ograniczał się do „dzień dobry”. Na początku myślała, że jej nie akceptują. Z powodu obcego akcentu, bo jest inna, nie stąd. Z czasem zrozumiała, że zdawkowa komunikacja między ludźmi to w tym kraju norma.

– I co, mąż zgodził się w końcu na te twoje studia? – zapytał Kamil.

– Nigdy mi nie zabraniał studiować. Boi się tylko, że nie będę miała czasu dla dzieci – wyjaśniła. Nie mówiła o tym głośno, ale wiedziała, że Radim ożenił się z nią przede wszystkim po to, żeby opiekowała się dziećmi. Kiedy owdowiał, nie potrafił połączyć ojcostwa z prowadzeniem firmy. Już wtedy, gdy zobaczyła go po raz pierwszy, w twierdzy La Cabana, czuła, że jego wzrok jej nie podziwia, tylko bada. Oprowadzała wycieczkę, Radim słuchał jej wykładu, podczas którego zręcznie unikała wszelkich wzmianek o niedawnej przeszłości El Morro, kiedy to grube mury więziły wrogów socjalizmu, między innymi jej wuja Alberto. Zamiast o tym, opowiadała o zdobywaniu twierdzy przez Anglików, o genialnym projekcie Antonellego, dokładnie tak, jak ją nauczono na kursie dla przewodników. Przez cały czas czuła na sobie wzrok Radima. Nie oceniał jej figury ani twarzy, patrzył inaczej, jakby chciał wiedzieć, co się za nimi skrywa. Nie była zaskoczona, gdy po zwiedzaniu podszedł do niej i zapytał, czy zgodziłaby się wieczorem oprowadzić go po mieście en privado. Zgodziła się, prywatne oprowadzanie po mieście to zawsze jakiś dodatkowy pieniądz. Rzecz jasna, często wiązało się z innymi oczekiwaniami, aún más privadas, ale od tego Yadirze zawsze udawało się wykręcić. Z uśmiechem wyjaśniała cudzoziemcom, że ma narzeczonego. Wcześniej to była prawda, potem już nie. Jej związek z Carlosem – na jej gust zbyt namiętny i niepewny – rozpadł się, teraz była wolna i mogła robić, co chce. A prostytuować się nie chciała. Chodziła czasem z turystami na kieliszek wina lub potańczyć, ale zawsze żegnała się w recepcji hotelu. Z Radimem też. Ale on nie odpuścił, odezwał się ponownie.

– Chcę zostać prawnikiem, jak mój wujek. Bardzo go szanowałam – wyznała Kamilowi. Dokończył papierosa (chociaż dawno skończył osiemnaście lat, palił w tajemnicy przed rodzicami), powoli zawracali. Zastanawiała się, dlaczego właściwie chodzą na te błonia. Przecież równie dobrze mogłaby pogadać z Kamilem przed drzwiami ich domu. Bez problemu mogłaby go zresztą zaprosić do środka – nie mieli nic do ukrycia. Byli sąsiadami, nic poza tym. Rozmawiali, śmiali się. Kamil nigdy nie mówił nie mam czasu. Nie pędził jak reszta. Przypominał Yadirze jej kolegów z Hawany. Może właśnie dlatego lubiła chodzić z nim w miejsce, które przypominało jej Bacuranao.

– Twój wujek nie żyje?

– Zmarł cztery lata temu. Był jeszcze na naszym weselu. Tańczył salsę jak młodziak. – Uśmiechnęła się. – Trochę się upił.

Pobrali się z Radimem w Hawanie, huczne wesele, zeszła się cała jej rodzina. Wśród ogólnej euforii Radim wydawał się spięty, Yadira miała wrażenie, że wciąż ją obserwuje, bada. Jakby chciał ją spytać, czy naprawdę zdoła zatroszczyć się o dwoje dzieci. Miała niecałe dwadzieścia jeden lat. Radim był piętnaście lat starszy.

– Jeśli choć trochę go kochasz, jedź z nim – radził przed ślubem wuj Alberto. – Tutaj nie czeka cię nic dobrego.

– Wuj był więźniem politycznym. Krytykował prawo. Właściwie… – jak zwykle kiedy brakowało jej słowa po czesku, powiedziała je po hiszpańsku: – Constitución.

– Krytykował konstytucję? Dlatego Fidel go zamknął?

– Tak. Zamknął go. I wypuścił. Potem wuj już nic nie krytykował. Już był grzeczny. Ustraszony.

– Zastraszony – poprawił ją Kamil. – Albo wystraszony.

– Wystraszony i zastraszony – odparła. Zdążyli już dojść do furtki. Na ulicy było cicho, w niemal wszystkich domach pogaszone światła. Radim jeszcze nie wrócił. Gdy dzwoniła do niego po kolacji, odpowiadał zdawkowo, najwyraźniej mu przeszkodziła. Znów do późnej nocy siedział w firmie. Yadira nie pamiętała, kiedy ostatnio jedli razem kolację. Kiedy się ostatnio kochali. Kończył duży projekt, zamówienie publiczne, mówił, że musi dotrzymać terminu, inaczej zapłaci ogromną karę. Właśnie w takie samotne wieczory, gdy dzieci już spały, Yadira tęskniła najbardziej. Za Hawaną. Za swoją liczną rodziną. Za przyjaciółmi. Tutaj rozmawiał z nią tylko jeden człowiek. Tym ważniejsze były dla niej chwile spędzone z Kamilem. Dodawały jej sił. Wystarczyło zamienić kilka zdań, trochę się pośmiać, na moment wyobrazić sobie, że na Břevnowie szumi ocean.

– Dobranoc – powiedziała. – Do zobaczenia.

Przytulili się. Ciepło, po przyjacielsku. Czasami zastanawiała się, czy on ma do niej równie koleżeński stosunek, jak ona do niego. Czy przypadkiem nie liczy na coś więcej. Był nieśmiały, raczej by się nie przyznał, przecież nawet rodzicom bał się powiedzieć, że pali.

– Miłych snów – pożegnał się. Przeszedł przez jezdnię i skręcił przy domu pani Zapletalovej w ulicę, przy której mieszkał z rodzicami. Yadira zamknęła furtkę, ruszyła dróżką do głównych drzwi. Latarnia ogrodowa oświetlała bok domu. Yadira w duchu nazywała go palacio. Miodowo-złoty pałac z dużymi oknami i holem, w którym bez problemu mieściło się pięćdziesiąt osób. Pałac marzeń Radima, wzniesiony według jego projektu. Imponująca budowla – znalazła się nawet w katalogu architektury współczesnej. Yadirze dom się podobał, a zarazem budził w niej coś na kształt wyrzutów sumienia.

– Dobrze wybrałaś – powiedziała z uznaniem matka, gdy przyjechała w odwiedziny. Jakby Yadira wyszła za dom. Prawda była inna. Wyszła za człowieka, który oferował jej spokojne życie. Nie pobrali się z wielkiej miłość, tylko z rozsądku. Oboje.

Znalazła klucz, otworzyła drzwi. W przedpokoju paliło się światło, tak jak kiedy wychodziła, wszędzie pachniało ciastem bananowym, które wcześniej upiekła i zostawiła w kuchni do ostygnięcia. Nina i Marek uwielbiali ciasto bananowe. Zapewniali Yadirę, że jeśli cała Kuba jest taka jak to ciasto, natychmiast chcą tam zamieszkać.

– Nie jest taka jak ciasto – mówiła wtedy. – Pod pewnymi względami Kuba jest wspaniała, magníficia, pod pewnymi horrible. – Podczas rozmów z dziećmi często wplatała w wypowiedź słowa hiszpańskie. Podobało im się to. Nina miała szczególną smykałkę do hiszpańskiego, potrafiła powtarzać po Yadirze całe zdania, w ogóle nie musiała pytać, co oznaczają, sama to wyczuwała. Al combate corred ba-yameses, wykrzykiwała z wojowniczą miną.

Zegar w przedpokoju wskazywał wpół do dwunastej. Yadira postanowiła zajrzeć do dzieci, potem zrobi sobie herbatę i chwilę się pouczy. Może doczeka się Radima. Może usiądą na chwilę razem, napiją się wina, porozmawiają, jak kiedyś. Może znów będzie dla niej czuły.

Włożyła domowe sandałki i weszła do holu. Tu też paliło się światło, dochodziło aż do galerii. Yadira zauważyła, że drzwi do pokoju Marka są otwarte. Pewnie poszedł do toalety, pomyślała. A potem go zobaczyła. Leżał pod schodami w kałuży krwi. Yadira krzyknęła. Podbiegła, dotknęła jego dłoni. Była ciepła. Na pewno żyje. Na próżno jednak próbowała wyczuć puls. Nie mógł się zabić, to niemożliwe! Zadarła głowę, nadzieja zaczęła topnieć. Strasznie, strasznie wysoko. Chwyciła telefon i już wybierając numer na pogotowie, pomyślała, że będzie musiała skłamać. Nie może się przyznać, że wyszła z domu. Chociaż oddaliła się tylko na parę minut, to był niewybaczalny błąd. Irresponsabilidad. Nie może się przyznać.

Radim nie był pewien, jak do tego doszło. Poszedł do automatu po kawę, spotkał tam Anetę. Zdziwił się, że jeszcze siedzi w firmie. Powiedziała, że kończy deklaracje za bieżący miesiąc. Chwilę rozmawiali z kubkami w dłoniach. O firmie, rzecz jasna, nic innego ich nie łączyło. Aneta zapytała, czy nie ma jeszcze u siebie jakichś faktur, które mogłaby wrzucić w koszty, obiecał, że sprawdzi. Kiedy tylko wszedł do biura, zabrał się do przerwanej pracy i zapomniał o fakturach. W końcu sama po nie przyszła. Zaczął grzebać w szufladzie, do której zwykle je wkładał, miał tam straszliwy chaos. Aneta pomagała mu oddzielić potrzebne papiery od śmieci. Żartował z siebie, wstydził się za ten bałagan. Odpowiedziała, że nie trzeba znać się na wszystkim, a on akurat nie zna się na księgowości, za to ma inne talenty. Wyraził powątpiewanie co do swoich rzekomych „innych talentów”. Przeżywał kryzys twórczy, mimo którego musiał szybko pracować, bo gonił go czas, wszystko przekładało się na ciągłe podenerwowanie. Aneta położyła mu rękę na ramieniu i uspokoiła, że w firmie wszystko chodzi jak w zegarku. Studio projektowe kwitnie, mają coraz więcej zleceń i spokojnie mogą zatrudnić więcej osób. Nagle Radim zdał sobie sprawę, że Aneta ma rację. Jego firma się zmieniła, tylko on nie zmienił swojego sposobu myślenia. Wciąż myślał wąskotorowo.

– Za dużo na siebie bierzesz – powiedziała Aneta. – Jeśli zatrudnisz więcej ludzi, będą mogli robić za ciebie nudne projekty, a ty skupisz się na tych najciekawszych, które cię kręcą. – Wtedy miała już obie ręce na jego ramionach, a Radim nagle zorientował się, że obejmuje ją w talii. Jej obecność uspokajała go, a zarazem podniecała. Przypomniał sobie, że kiedy przyjmował Anetę do pracy, wybrał ją zamiast innej dziewczyny po ekonomiku, która miała większe doświadczenie, ale za to krótsze i brzydsze nogi. Wygląd zewnętrzny zawsze był dla niego niezwykle ważny. I w przypadku budynków, i w przypadku kobiet. Nie wystarczyło, że są funkcjonalne, musiały być przyjemne dla oka. Wstał i zamknął drzwi.

Dotąd używał swojego biura wyłącznie do pracy, nie miał kanapy, musieli improwizować. Może właśnie dlatego seks przyniósł mu tyle satysfakcji. Nic nie było przygotowane, zaplanowane, pełen spontan. Także chwile „po” przebiegały tak, jak lubił. Aneta w milczeniu wciągnęła spódnicę, wzięła z biurka potrzebne faktury, pocałowała Radima w policzek i wyszła. Nie chciała z nim rozmawiać. Przez moment zastanawiał się, czy nie powinien jednak pójść do niej i jakoś skomentować całej sytuacji, ale koniec końców stwierdził, że byłoby z tego więcej szkody niż pożytku.

Znów pogrążył się w pracy. Jakieś pół godziny później zadzwonił telefon. Zerknął na wyświetlacz: Yadira. Zdenerwował się. Przecież już dzwoniła, po kolacji. Dała mu do telefonu Marka i Ninę, pytał, jak się czują, co dzisiaj robili. Marek opowiadał, że ząb mu się rusza, Nina o jakiejś walce o terytorium z Brunem, psem sąsiadki. Potem dzieci oddały telefon Yadirze. Pytała Radima, kiedy wróci. Odpowiedział, że za jakieś trzy godziny. Że postara się być jak najwcześniej, ale nie obiecuje. Gdy się rozłączali, wyczuwał jej rozczarowanie. Potrzebowała więcej uwagi. Chciała, żeby spędzali razem więcej czasu. Nie potrafił jej tego dać. W jego życiu praca zawsze była na pierwszym miejscu. Powiedział o tym otwarcie już Lízie, swojej pierwszej żonie. Líza bardzo chciała mieć dzieci, Radim nie miał nic przeciwko, ale uzgodnili warunki: nigdy nie będzie zaangażowanym tatusiem, który siedzi w domu z dziećmi. Ma pracę, dzięki której może zarobić na godne życie swojej rodziny. Ale musi mieć na tę pracę czas i święty spokój. Líza to rozumiała i rozsądnie się przystosowała. Yadira była inna. Miał wrażenie, że ta dziewczyna realizuje się dopiero poprzez kontakt z otoczeniem. W domu, na Kubie wiecznie otaczał ją krąg znajomych, krewnych, bez przerwy o czymś rozmawiali, dyskutowali. Bez przerwy wymieniali poglądy. Tu była skazana na siebie. Uważał, że to nic złego. Miała dwadzieścia cztery lata, Radim w tym wieku już bardzo dobrze wiedział, czego chce i uparcie dążył do celu. Wydawało mu się, że Yadira też wie, czego chce. Dlatego za niego wyszła. Był jej paszportem i promesą dewizową w jednym.

Nie odebrał telefonu. Kiedy był na Kubie, na misji gospodarczej, z której koniec końców nie wynikły żadne interesy dla jego firmy, i zobaczył Yadirę po raz pierwszy, wydawało mu się, że widzi w jej twarzy pewne podobieństwo do twarzy Lízy, szczególnie płaskie czoło, cechujące osoby pragmatyczne. I rzeczywiście, Yadira była oszczędna i miała wrodzone zamiłowanie do porządku, ale w przeciwieństwie do Lízy była też ambitna. Chciała studiować prawo. Uważał, że to niezbyt rozsądne. Sugerował jej, żeby lepiej zrobiła magisterium z hiszpańskiego i angielskiego, poradziłaby sobie bez trudu i nie musiałaby poświęcać tyle czasu na naukę, ale wuj Alberto, jej wielki autorytet, był swego czasu znanym na Kubie prawnikiem i Yadira uparła się, że pójdzie w jego ślady. Zawzięcie trzymała się swojego planu. Kto wie, może w marzeniach drukowała już wizytówki: mec. Yadira Beranová. W Hawanie nie przyjęli jej na studia, więc to tutaj próbowała coś udowodnić. Pytanie komu?

Znów odezwał się telefon. Tym razem SMS. Zadzwoń! Radim lekko się zaniepokoił. Yadira ewidentnie miała problem, którego nie umiała rozwiązać sama. Wybrał numer, rozważając, co się mogło stać. Może znowu alarm. W zeszłym tygodniu sam się włączył, wcześnie rano, Radim był jeszcze w domu i szybko udało mu się usunąć usterkę. Ale jeżeli system zaczął wyć teraz, o północy, a Yadira nie wiedziała, jak go wyłączyć, mogła wpaść w panikę.

– Coś się stało? – zapytał, kiedy tylko odebrała.

– Marek…– Z tonu jej głosu zrozumiał, że nie chodzi o alarm ani podobną błahostkę. Zorientował się też po tym, jak oddychała. Zdawało mu się, że szlocha.

– Co Marek?

– Spadł…

Płakała. Teraz był już tego pewien.

– Skąd spadł?

Wiedział, wiedział, nim odpowiedziała. Jego syn spadł z galerii. Szedł do toalety, jak zwykle się bał, może nawet biegł, żeby szybciej mieć za sobą znienawidzoną drogę, w panice potknął się i…

– Zzze… ze… schodów – szlochała Yadira. A potem powiedziała to, co od początku przeczuwał: – Marek… nie żyje.

Zdrętwiał, poczuł, że na całym ciele wyskakuje mu gęsia skórka. Ciało zareagowało na wiadomość szybciej niż rozum. Dopiero po chwili zrozumiał, że do tragedii doszło w chwili, kiedy zastanawiał się, czy ma wziąć Anetę na biurku, czy na podłodze. Na drugim końcu telefonu Yadira zupełnie przestała tłumić szloch. Płakała głośno i rozpaczliwie.

– Pogotowie już jedzie i…

– Zaraz będę – powiedział. Szybko wyszedł z biura, pobiegł do windy. Wiedział, że wszystko, co właśnie robi, i wszystko, co zrobi w najbliższym czasie, robi nie w porę. Pośpiech, by jak najszybciej dotrzeć do domu, stracił sens. Powinien być w domu godzinę temu. Powinien siedzieć z żoną w swoim wygodnym domu, rozmawiać z nią, o czym by tylko chciała, powinien zaprowadzić swojego syna do ubikacji, albo przynajmniej wypędzić z kątów wszystkie duchy, których się bał, powinien być ze swoją rodziną. Popełnił błąd, którego nie naprawi już żaden pośpiech. Dopadły go tak silne wyrzuty sumienia, że poczuł fizyczny ból. Jego intensywność po chwili trochę osłabła, ale nie zniknął. Radim wiedział, że od tego momentu ból będzie jego nieodłączną częścią.

Dziesięć lat później

Podinspektor Marián Holina siedział przy stoliku naprzeciwko teatru w Baden, mieszał nieklarowany sok jabłkowy i przyglądał się przechodniom. Prawie sami kuracjusze i turyści. Średnia wieku pięćdziesiąt plus. Wszystkie stoliki w cieniu były zajęte, słońce opiekało kocie łby, biały budynek teatru zamykał rynek niczym ściana ze śniegu. Dochodziła piąta, szczyt duchoty czerwcowego dnia już minął, powietrze przenikała miło wilgoć kropelek padających z pobliskiej fontanny.

Popijał naturalny sok z jabłek (gdyby nie czekały go cztery godziny za kierownicą, z chęcią odpuściłby sobie tę wątpliwą przyjemność), a myślami pożeglował w stronę rieslingu z Krems, który wczoraj wieczorem pili w Dobelhoffpark i który zrobił na nim takie wrażenie, że zakupił butelkę do domu. Wino z Krems pachniało jak łąka pełna kwiatów, Marián wyczuwał wyraźny smak brzoskwini i jeszcze czegoś, czego nie potrafił określić, ale grało na wszystkich strunach jego duszy. Víno jako lubostná noc1, pomyślał. Zwykle myślał po czesku, ale czasem, kiedy się rozmarzył lub zdenerwował, myśli same powracały do języka ojczystego, na Słowację. Wtedy, w Dobelhoffpark, wypili całe dwie butelki. Chociaż trzeba przyznać, że Sabina brała niewielki udział w tej drugiej, chciała zachować trzeźwość umysłu. Trzeci dzień konferencji astrologicznej, jak oba poprzednie, obfitował w wykłady. Wszystkie wygłaszano po angielsku, Sabinie nie było łatwo skupić się na specjalistycznych referatach przedstawianych w języku obcym. Marián nie musiał się skupiać. Nie przyjechał do Baden dla astrologii, był jedynie osobą towarzyszącą.

– Szia, Marián! – rozległo się za jego plecami.

– Szia, Zoltán!

Zoltán Györffy był profesorem historii współczesnej na Uniwersytecie Loránda Eötvösa w Budapeszcie i zważywszy na niezbyt imponujące zdolności językowe Mariána, jedynym członkiem konferencji, z którym umiał pogadać. Reszta porozumiewała się wyłącznie po angielsku. Oprócz ograniczonych możliwości językowych Marián miał także zerową wiedzę z dziedziny astrologii – kolejna rzecz, która skazywała go na siedzenie cicho w towarzystwie. Od trzech dni przebywał w jednym hotelu z ludźmi, o których mógł powiedzieć tylko tyle, że gdyby nie Sabina, na pewno nigdy w życiu by ich nie spotkał.

– Można się dosiąść? – zapytał Györffy i nie czekając na odpowiedź, przyniósł sobie krzesło. W przeciwieństwie do Mariána postawił je na słońcu. Miał koło pięćdziesiątki, gęste siwe włosy i twarz jak rozłożone origami. – Wyszedłem wcześniej z wykładów, chciałem zwiedzić muzeum Arnulfa Rainera. Polecam!

Rzucił na stolik folder. Marián wziął go do ręki. Abstrakcjonizm. Nigdy nie potrafił oglądać tego typu obrazów. Nie rozumiał ich. Zresztą, nawet gdyby go interesowały, nie poszedłby do muzeum. Nie przyjechał tu zwiedzać. Przybył do Baden z tylko jednego powodu, a powodem tym była kobieta. Mówiąc ściślej: nie jego kobieta. A jeszcze ściślej: kobieta jego kolegi. Zoltán Györffy wyczuł brak zaciekawienia i zarzucił temat muzeum. Zamówił kawę i nawiązał do rozmowy, którą prowadzili poprzedniego dnia.

– Zastanawiałem się nad tym, o czym wczoraj rozmawialiśmy, i uważam, że na pewno warto by spróbować – powiedział wyraźnie i powoli. Marián już pierwszego wieczora wyjaśnił mu, że nauczył się węgierskiego w młodości, na Słowacji i że pomijając sporadyczne odwiedziny w rodzinnej wsi, gdzie regularnie spotykał się z węgierskimi krewnymi, używał języka raczej biernie. Miał ogromny zasób słów, ale podczas rozmowy jego mózg potrzebował więcej czasu, żeby właściwie przyporządkować niektóre wyrazy i zwroty. – Współczesnej astrologii dużo bliżej do psychologii niż do wróżbiarstwa. A w policji, zdaje się, kładziecie dość duży nacisk na psychologię, prawda?

– Mamy w policji psychologów, ale nie wykorzystujemy ich tak, jak to pokazują w telewizji, w serialach. Ani razu nie kierowaliśmy się w śledztwie profilem sprawcy, który przygotował dla nas psycholog – odpowiedział Marián. Osobiście przeszkadzało mu, że w śledztwach pozostawia się zbyt mało miejsca na psychologię. W ciągu dwunastu lat spędzonych w policji niejednokrotnie przekonał się, że cechy charakteru często warunkują nie tylko motyw, lecz także sposób dokonania przestępstwa. Niekiedy co do najmniejszych szczegółów.

– Zajmujesz się tylko zabójstwami?

Marián przytaknął. Kilka lat pracował w kryminalistyce ogólnej, ale kiedy Zdeněk Karoch został szefem praskiego Wydziału Zabójstw, wziął Mariána do siebie. Byli razem w wojsku, w Kutnej Horze, niedługo przed upadkiem komuny. Mieli podobny stosunek nie tylko do trepów, ale do poboru w ogóle. Obaj uważali, że Armia Ludowa to przeżytek. Obu pociągała kryminalistyka. Zdeněk był bardziej zdecydowany. Po wojsku poszedł do szkoły policyjnej w Pardubicach, podczas gdy Marián próbował zrealizować marzenie swojej cioci i zostać nauczycielem. Ciocia Jozefína już nie żyła i nic prócz danego jej słowa nie przemawiało za tym, żeby Marián studiował pedagogikę. Ale Marian zwykł dotrzymywać obietnic. Dopiero z dyplomem w ręku, gdy miał objąć pierwszą w życiu posadę w szkole, musiał przyznać przed samym sobą, że wcale nie chce uczyć.

– Zacząłem interesować się astrologią, kiedy pisałem doktorat o polityce węgierskiej Habsburgów – zwierzył się Györffy. – Trafiłem wtedy na interpretację horoskopu Albrechta II. Zrozumiałem, że psychologia władców do pewnego stopnia koresponduje z wydarzeniami historycznymi, na które musieli reagować za życia. Szybko pojąłem, że dotyczy to nie tylko monarchów. To, co jest w środku człowieka, odbija się w tym, co go spotyka w życiu. Habsburgowie tylko wskazali mi kierunek, potem już szedłem sam.

– A jaki kierunek wskazałbyś mnie? – zapytał Marián. Już pierwszego dnia wypili bruderszaft i choć Györffy był jakieś piętnaście lat starszy, obu odpowiadał nieformalny sposób komunikacji.

– Jeśli chcesz zacząć stosować astropsychologię w śledztwie, musisz zrozumieć, że podstawą nie jest samo wydarzenie, czyli zbrodnia, ale problem psychologiczny, który je poprzedza i który można zobrazować za pomocą astrologii. To z nim wiążą się konkretne przejścia osobiste. Zbrodnia jest reakcją na ten problem.

– Podasz jakiś przykład?

– Powiedzmy, że masz opozycję Marsa do Saturna. Zabijesz szefa, który wciąż cię krytykuje. Kto inny po prostu złożyłby wypowiedzenie, ale ty z opóźnieniem zareagujesz w ten sposób na problem krytyki, który ciągnie się za tobą od dzieciństwa i którego nie potrafiłeś rozwiązać jako mały chłopiec. Albo z innej beczki: twoja matka była zimna i surowa. Mogła być jakimś autorytetem w społeczeństwie, politykiem lub sędzią. W astrologii obrazowałby to na przykład Księżyc w Koziorożcu, w dziesiątym domu i jeszcze inny aspekt napięciowy. Problem psychologiczny związany z matką może wywołać u ciebie kłopoty w łóżku, nawet impotencję. Aby uniknąć porażki, zaczynasz unikać seksu. Albo nie chcąc się skompromitować, uprawiasz go wyłącznie w odpowiednich dla siebie warunkach. Wymuszasz szacunek partnerki brutalnym zachowaniem. W ekstremalnych wypadkach może to prowadzić do gwałtów czy mordów, jak u naszego seryjnego mordercy, Béli Kissa.

Marián zastanawiał się przez chwilę. Coś mu się nie zgadzało.

– Tego, że ktoś ma Księżyc w Koziorożcu w dziesiątym domu, nie można się przecież dowiedzieć z ewidencji ludności ani z krajowego rejestru karnego. Chyba tylko z horoskopu. A żeby zrobić horoskop, musiałbym znać nie tylko daty, ale pewnie też godziny narodzin podejrzanych.

Györffy przytaknął.

– Szczerze mówiąc, wskazana jest dokładność co do minuty.

– No to astrologia jako metoda wspomagająca śledztwo odpada.

– Nie do końca – zaoponował Györffy. Otworzył folder z muzeum Rainera i na jednej z czystych stron narysował okrąg. Byle jak podzielił go na dwanaście części. – Zodiak słoneczny liczy dwanaście znaków, będących pod wpływem dziesięciu planet, prócz tego wyróżniamy cztery żywioły i trzy jakości. Mamy też Czarny Księżyc i Węzły Księżycowe. Wszystko to, wraz z ruchami planet, daje nam całkiem pokaźny zbiór informacji, nawet jeśli nie znamy dokładnego czasu urodzenia. Doświadczony astrolog bez problemu sporządzi na tej podstawie ramowy profil. Chodzi mi oczywiście o bazę, bez szczegółów. Znalazłby na przykład tendencję do przemocy. Określiłby rodzaj emocjonalności. Stosunek do pieniędzy. Strukturę rodzinną. To grunt, na którym kiełkuje każde działanie, i pozytywne, i negatywne. Uważam, że zbrodnia jest właściwie prostą sprawą. Od wieków bierze się z tych samych prawidłowości. Zmienia się tylko otoczka, jej warstwa cywilizacyjna.

Györffy dopił kawę. Chwilę patrzył na swój rysunek. Potem dopisał pod spodem kilka nazwisk i wyrwał stronę z folderu.

– Pytałeś, jaki kierunek bym ci wskazał. Przeczytaj kilka książek autorów, których tu wypisałem, a będziesz wiedział, którędy iść. – Podał Mariánowi kartkę, sięgnął do kieszeni po swoją wizytówkę. – Gdybyś potrzebował porady, daj znać.

– Köszi, Zoltán – podziękował Marián i odwdzięczył się własną wizytówką. – Köszi szépen!

Po przeciwnej stronie ulicy, przy teatrze, zobaczył Sabinę. Jej postać płynęła w ich stronę przez rynek, niczym piękna fatamorgana w pustynnym upale. Györffy też ją zauważył.

– Ale chyba nie będzie takiej potrzeby. – Uśmiechnął się. – Po co miałbyś dzwonić do mnie, do Budapesztu, skoro masz w Pradze swoją prywatną astrolożkę!

Wracali do Pragi bocznymi drogami. Nie spieszyło im się. Dolnoaustrackie winiarnie płynnie przeszły w południowo-morawskie, podobny krajobraz, podobne wsie. Leniwie zapadający czerwcowy zmierzch pozostawił krajobrazowi ostre kontury jeszcze długo po zachodzie słońca. Sabina opowiadała o konferencji. Jechała do Baden z obawami, ale teraz cieszyła się, że wzięła w niej udział. Mówiła, że otworzyła jej głowę na wiele nowych tematów. Teraz musi sobie wszystkie poukładać, żeby móc zacząć je opracowywać w centrum astrologii, gdzie prowadziła kurs, czy w radiu, gdzie zaproponowano jej prowadzenie poradni psychologicznej. Zapytała Mariána, czy nie nudził się przez te trzy dni, kiedy ona przesiadywała na wykładach. Opowiedział o dyskusjach z Györffym. Pokazał jej kartkę z nazwiskami autorów, których polecił mu profesor. Zaskoczył Sabinę.

– Nigdy nie wspominałeś, że interesujesz się astrologią.

– Sam o tym nie wiedziałem – odpowiedział. – I dalej nie wiem. Spróbuję przeczytać coś z tej listy.

Pomyślał, że nie mieli jak dotąd zbyt wielu okazji, żeby porozmawiać o swoich zainteresowaniach. Znali się od kilku miesięcy. Pierwszy raz spotkali się na urodzinach męża Sabiny. Kapitan Rostislav Bor pracował w wydziale zabójstw, tak samo jak Marián, kilkakrotnie pracowali w jednym teamie, i dobrze się rozumieli. Rosťa był inteligentnym, dobrze zbudowanym facetem z temperamentem, podobał się kobietom. Zwracały na niego uwagę, z wzajemnością. Marián często przyłapywał go na poufnych rozmowach ze stażystkami, mowa ciała raczej wykluczała omawianie dochodzenia. Wszystko to sprawiło, że kiedy Rosťa na swoich urodzinach przedstawił Mariánowi żonę, Marián był szczerze zdziwiony samym faktem, że jest jakaś żona. Potem dziwił się już tylko z zachwytu. Sabina była niecodziennej urody. Nie miała w sobie prowokującego czaru młodziutkich stażystek, miała w sobie tajemnicę. Marián od razu poczuł, że w sprzyjających okolicznościach chętnie by z nią tę tajemnicę podzielił. Nie wiedział jeszcze, w jakich, ale postanowił, że zaryzykuje. Zaprosił ją na degustację win słowackich, na którą pierwotnie miał jechać sam. Powiedziała, że jej nie wypada. Ale kiedy wychodził z urodzin, wzięła od niego numer. Dwa dni później zadzwoniła, że jednak pójdzie. Szybko się zorientował, że to jedna z jej typowych cech: długo się wahała, lecz rosła w niej ciekawość.

– Czytałeś na pewno coś Junga, prawda? – spytała, wpatrując się w spis autorów nabazgrolony ręką Györffy’ego. Marián z lekkim zażenowaniem pokręcił głową. O Jungu wiedział tylko tyle, że skończył medycynę i specjalizował się w psychiatrii. Oraz przyjaźnił się z Freudem. A może byli rywalami? Obaj eksperymentowali, obaj nie badali chorób psychicznych w sposób tradycyjny, ale każdy miał inną metodę. Jung podkreślał wagę intuicji. To założenie było bliskie Mariánowi. Też lubił eksperymentować podczas śledztwa, a intuicja zawsze odgrywała w jego pracy bardzo ważną rolę. Koledzy zwykle śmiali się, że ma „szósty zmysł”. Na początku próbował wytłumaczyć im, na czym to polega, ale z czasem zrozumiał, że czegoś takiego jak intuicja nie da się wyjaśnić. I już samo to, że nie da się jej logicznie wyłożyć, przemawiało na jej niekorzyść. Z drugiej strony, nigdy jeszcze Mariána nie zawiodła.

Przejeżdżali przez rozległe pagórki Vysočiny i Marián rozgadał się o swojej pracy. Opowiadał Sabinie, że zawsze pociągała go kryminalistyka, opowiadał, jak znalazł się w policji, na co się nastawiał i czego najbardziej mu brakuje. Mówił o dobijającej biurokracji, której nienawidził, i o chwilach radości i podekscytowania, kiedy to codzienna rutyna na jakiś czas zmienia się w pracę twórczą. Pierwszy raz naprawdę otworzył się przed Sabiną. Słuchała w milczeniu, a on zastanawiał się, czy Rosťa też tak z nią rozmawia.

– Pomyślałem, że astrologia psychologiczna mogłaby się przydać przy sporządzaniu profili sprawców – powiedział. – Györffy się ze mną zgadza. Mówił, że na pewno chętnie mi pomożesz.

Roześmiała się.

– Skoro Györffy tak mówi, to tak musi być.

Położyła głowę na jego ramieniu i obserwowała przez szybę coraz bardziej pogrążony w mroku krajobraz. Im bliżej do Pragi, tym mniej mówili. Marián myślał o małżeństwie Sabiny. Była pewna, że Rosťa ją zdradza. Marián też tak sądził, ale nie miał odwagi zaproponować jej radykalnego rozwiązania. Nie chciał sugerować niczego, co przyspieszyłoby rozpad ich małżeństwa. Jeśli ma do tego dojść, i tak dojdzie. Związki miały własną dynamikę, długość ich trwania wcale nie musiała zależeć od szczęścia partnerów. Wiedział to z własnego doświadczenia. Nigdy nie był żonaty, lecz miał za sobą siedmioletni związek z kobietą, z którą zamierzał spędzić całe życie. Ale Darja była nieuleczalnie chora, i chociaż oboje nie dopuszczali do siebie prawdy, prognozy lekarzy ostatecznie się spełniły. Od jej śmierci żył sam i myślał, że tak już zostanie. A teraz znienacka znowu się zakochał. Po długim czasie znów dopadł go stan, o którym myślał, że już nie wróci. Wrócił jednak, intensywny i pełen namiętności, więc Marián nie chciał spłycać go truciem o zdecydowanych krokach i ruchach, które trzeba podjąć, żeby uregulować nurt uczuć. Nie chciał go regulować, chciał z nim płynąć. Tak długo, jak to tylko możliwe.

Jáchym czuł, że Smród przyjedzie. Chociaż zwykle nie pojawiał się w niedzielę po południu. Dniem konopi tradycyjnie była sobota, czasem piątek i oczywiście święta. Zainteresowanie trawą rosło nie tylko w sylwestra, lecz także w Wielkanoc lub w okolicy pierwszego maja. Jáchym dbał o dobry humor mieszkańców Kladna i okolic o każdej porze roku, a wtajemniczeni dobrze o tym wiedzieli. Smród niestety też.

Zdjął maskę ochronną, wyłączył spryskiwacz, ściągnął rękawice. Dawno nie padało, namnożyło się szkodników w sadzie. Siedziały nawet na warzywach. Gąsienice, paciornice, pchełki ziemne. W szklarni na konopie utrzymywał wysoką wilgotność powietrza – najlepsza prewencja przeciwko roztoczom. W maju znalazł kilka pojedynczych przędziorków, na szczęście udało mu się zlikwidować je za pomocą oleju neem, nim zaczęły tworzyć kolonie. Teraz rośliny wyglądały na zdrowe, rosły szybko i ładnie.

Przez bramę wjechał na podwórko zielony busik. Milan przyjeżdżał dwa razy w tygodniu po świeżą sałatę, którą potem rozwoził po restauracjach. Wcześniej brał od Jáchyma także goździki, ale odkąd matka wyprowadziła się do Nymburka, Jáchym przestał je hodować. Chciał mieć więcej czasu na pielęgnowanie tego, co kochał.

– No, to znów mnie dogoniłeś – powiedział Milan, gdy tylko wysiadł z auta. – Wszystkiego naj! Kiedy impreza?

– Nie wiem, czy w ogóle będę robić. W końcu to nie okrągłe.

Byli w tym samym wieku. Milan skończył trzydzieści dwa lata na początku wiosny, Jáchym zwykle urządzał urodziny w Noc Kupały. Lubił imprezy pod gołym niebem. Zapraszał znajomych, siedzieli w ogrodzie, grillowali, śpiewali, grali na gitarze. Świetnie się bawili aż do rana, a Jáchym czuł, że jest gdzieś coś więcej niż te ich nędzne, małe życia. Nigdy nie rozmawiał z kumplami o Bogu, ale podczas wspólnie spędzanych pod gwiazdami nocy miał wrażenie, że przepełnia go miłość. W tym roku nie był w nastroju do świętowania. Przez Smroda.

– A co tam u taty? – zapytał, podając Milanowi skrzynki z różnymi odmianami sałat.

– Jakoś się trzyma.

Jáchym od dziecka znał pana Staška, był ich trenerem w drużynie piłki nożnej. Teraz miał siedemdziesiąt lat i zaawansowanego parkinsona. Jesienią Jáchym zawsze posyłał mu korzenie żeńskich roślin konopi. Chory ojciec Milana robił z nich syrop, dzięki któremu mógł łatwiej przetrwać zimę. W okresie wzrostu wegetatywnego żuł świeże liście. Jáchym miał je przygotowane dla Milana. Przed chwilą narwał.

– Tata jest ci bardzo zobowiązany – powiedział Milan, płacąc za sałaty. – Daje radę tylko dzięki konopiom. Nic innego mu nie pomaga.

Jáchym kiwnął głową. Wiedział, co potrafią konopie. Nigdy nie brał nic od pana Staška za korzenie i liście, Milan czasem odwdzięczał się jakimś drobiazgiem. Dziś wyciągnął z bagażnika pudełko na tort.

– Mieliśmy w rodzinie wesele, mały gościniec dla ciebie.

Jáchym podniósł pokrywkę. Pudełko było pełne ciast tortowych i tradycyjnych drożdżowych ciasteczek weselnych. Podziękował i wcisnął sobie jedno do buzi.

– A wy co? Kiedy się w końcu chajtacie z Hedviką? – dopytywał Milan.

– Niebawem. Może jakoś na jesień.

– Pozdrów ją. – Milan wsiadł do auta, cofnął, pomachał Jáchymowi na pożegnanie i ruszył w stronę Kladna. Jáchym zapatrzył się za nim. Wzmianka o Hedvice podniosła mu ciśnienie. Znów zaczął myśleć o Smrodzie. Nie może już nigdy do tego dopuścić. Musi go załatwić raz na zawsze. Tylko jak? Smród był niebezpieczny. I inteligentny. Potrafił zręcznie ukrywać własne draństwo, podobnie zresztą jak inne rzeczy. Nawet twarz miał jakby stworzoną do obłudy: męską, o jasnych rysach, pełną godności, z niebieskimi oczami i kurzymi łapkami, zwanymi zmarszczkami śmiechu. Tyle że on prawie nigdy się nie śmiał. Jego oczy potrafiły hipnotyzować innych niczym oczy kobry. Jáchym był ciekaw, ilu ludzi nabrało się na tę maskę człowieka honoru, za którą skrywał się podły charakter. Smród.

Wszedł do domu, minął przedpokój, zajrzał do dużego pokoju. Hedvika leżała na kanapie. Miała zamknięte oczy, ale wiedział, że nie śpi. Usiadł obok niej z pudełkiem ciastek w ręku.

– Masz pozdrowienia od Milana – powiedział. – Może ciasteczko weselne?

Gwałtownie odwróciła głowę. Ucho, na którym leżała, było jasnoczerwone. Musnął je koniuszkami palców. Wzdrygnęła się.

– Co zamierzasz zrobić? – spytała.

– A co byś chciała, żebym zrobił? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Zabij go.

Zło dobrem zwyciężaj, mówił zawsze ojciec. Ale czasem nie ma wyjścia.

– Dobrze – powiedział.

Otworzyła oczy, zmierzyła go badawczo. Potem wykrzywiła usta.

– Tylko tak gadasz.

Milczał. Usiadła. W jej twarzy i ruchach była jakaś pogarda, która mu się nie podobała. Nie rozumiał jej. Wstała. Bardzo uważała, żeby przy tym nie zawadzić o Jáchyma. Od rana unikała jakiegokolwiek kontaktu cielesnego, dotyku. Zastanawiał się, czy ma udawać, że tego nie zauważył, czy przeciwnie, zapytać o to wprost. Lepiej porozmawiać. Przecież nic jej nie zrobił.

– Muszę jechać. Jeśli za pół godziny nie usiądę za kasą, to mnie wywalą – powiedziała i wyszła z pokoju. Słyszał, jak idzie do łazienki. Poszedł za nią. Stała przed lustrem i czesała się.

– Pojadę z tobą – zaoferował się. – A potem cię odbiorę.

Pokręciła głową. Jej oczy mówiły: Trzeba było mnie wczoraj odebrać. To był wyraźny wyrzut, ale ponieważ nie wypowiedziała go na głos, on to zrobił.

– Jesteś zła, że mnie wczoraj nie było?

– Nie.

Dotąd nie zdawał sobie sprawy, ile znaczeń może mieć jedna sylaba. Oczywiście była zła, że go nie było. Chociaż dwa tygodnie wcześniej wiedziała, że wyjedzie. Uprzedził ją, że odwiedzi matkę i siostrę i że zabierze auto. Mówiła, że nie ma sprawy, że wróci autobusem. Kończyła zmianę o dziesiątej, dwadzieścia po miała autobus. Wsiądzie pod supermarketem, wysiądzie pod samym domem. Nie ma czego się bać. Jáchym też tak uważał. Nie trzymali Ramba na łańcuchu. Był dobrze wyszkolony. Kiedy ich nie było, biegał wokół domu, pilnował. Tyle że Smród nawet nie zbliżył się do domu.

– To moja wina, po co w ogóle wsiadałam z nim do auta – ciągnęła Hedvika. Gorycz w jej głosie nabierała oskarżycielskich nut. – Trzeba było poczekać parę minut i jechać autobusem. To wszystko moja wina! Mogłam się domyślić, że to wykorzysta! Że zamiast do domu, zawiezie mnie do lasu! Że mnie…

– Przestań. – Nie mógł tego słuchać. Kiedy późną nocą wrócił z Nymburka, Hedvika opowiedziała mu, co się stało, tak dosadnie, że Jáchym miał wrażenie, jakby siedział w aucie z nią i Smrodem. Jakby widział jego przenikliwy wzrok, jakby słyszał jego głos szepczący obrzydliwe groźby, które potrafią przerazić kobietę i zmusić ją do uległości, byle tylko nie zrobił jej czegoś jeszcze gorszego.

Hedvika popatrzyła na niego w lustrze.

– Co? Nie chcesz słuchać, do czego mnie zmuszał? Nie chcesz słuchać, co mi robił? I co znowu zrobi?

– Nie zrobi. Nie pozwolę na to – powiedział stanowczo. Tyle że wcale nie był stanowczy, wiedziała o tym. Miał łagodny charakter i nie cierpiał konfliktów, chciał mieć ze wszystkimi dobre stosunki, nawet z ludźmi, których się bał. Szczególnie z nimi. Dlatego zawsze dawał Smrodowi tyle trawy, ile sobie zażyczył. A życzył sobie coraz więcej. Odkąd odkrył, że Jáchym nie hoduje wyłącznie warzyw i owoców, miał go w garści. Wykorzystywał to, że stoi po drugiej stronie prawa, absurdalnego prawa, które sam łamał. Ale to niczego nie zmieniało. Jáchym był growerem i kropka. Gdyby go oskarżono, nie miałby w sądzie najmniejszych szans. Jak nic dostałby parę lat odsiadki, mimo że jego plantacja była mała. Nikogo nie zatrudniał, pomagała mu tylko Hedvika. Po prostu robili to, co sprawiało im radość. Nie uprawiali trawy dla pieniędzy. Mieli ograniczoną klientelę i ograniczone przychody. Oboje kochali konopie. Wiedzieli, że potrafią otwierać najskrytsze zakamarki duszy. Eksperymentowali z różnymi odmianami. Czasami udawało im się wyhodować prawdziwe rarytasy. Palenie ich było jak uczestnictwo w uroczystej mszy.

– Nigdy mu się nie sprzeciwisz, a on dobrze o tym wie. – Ton Hedviki nie był już drwiący ani oskarżycielski. Po prostu stwierdzała fakt. Odłożyła grzebień, prześlizgnęła się obok Jáchyma (wciąż uważając, żeby go nie dotknąć), z przedpokoju wzięła torebkę i kluczyki. – On cię nie szanuje. Gdyby tylko o ciebie chodziło, jutro zrobiłby to samo i nawet by mu powieka nie drgnęła.

Wyszła. Nie obejrzała się, nie pożegnała, poszła w stronę auta. Wsiadła, zatrzasnęła drzwiczki. Z każdego jej ruchu biło rozczarowanie. Wyrzucała mu, że nie wywiązuje się ze swojej roli mężczyzny-obrońcy. Patrzył za oddalającym się autem. Popołudnie przechodziło w wieczór, ale wciąż był upał. Powietrze drżało nad rozpaloną szosą i wraz ze słabnącym hukiem silnika coraz bardziej przypominało rozedrganą, cichnącą strunę. Po kilku minutach w końcu nastała absolutna cisza. Zawsze kiedy zapadła cisza, Jáchyma ogarniały osobliwe myśli.

Jego oczy błądziły po okolicy. Od lasu (tam się to wczoraj stało) przez pole rzepakowe i kukurydziane aż do murów jego gospodarstwa. W ścianę zbudowaną z piaskowca wmurowano dwie litery V z cegły, inicjały ojca i dziadka: Václav Valík. Choć piaskowiec i cegła z czasem erodowały, monogram wciąż był czytelny. Jáchym patrzył na niego i jego myśli popłynęły w stronę ojca. Odwrócił głowę, zerknął na szosę. Była pusta. Miał ochotę wytargać ze stodoły motor, wsiąść na niego i ruszyć przed siebie. Gnać, póki mu się benzyna nie skończy. I jeszcze dalej. Ale czuł, że dzisiaj zjawi się Smród. Przyjedzie, żeby nacieszyć się bezsilnością Jáchyma, przyjedzie, żeby upewnić się, że Jáchym zawsze zatańczy, jak on mu zagra. Jáchym zastygł w bezruchu. Nagle odniósł wrażenie, że ojciec chce mu coś przekazać. Zaczął nasłuchiwać. Słowa ojca powoli nabierały kształtu.

Kiedy dach gospodarstwa zniknął w lusterku wstecznym, w Hedvice wszystko pękło. Zaczęła płakać. Najpierw bezgłośnie, ale ciśnienie coraz mocniej rozsadzało jej piersi, i cichy płacz przeszedł w nieartykułowany, rozpaczliwy szloch. Czuła, że traci nad sobą kontrolę. Na pierwszym rozgałęzieniu skręciła w las, wrzuciła na luz, auto samo dojechało za stos żwiru, przygotowanego do łatania dziur w drodze. Płakała z zaciśniętymi powiekami, spazmatycznie, ocierając policzki grzbietem dłoni. W schowku leżała paczka z ostatnią chusteczką higieniczną, oszczędzała ją na potem, gdy już naprawdę będzie musiała wytrzeć nos. Nawet w chwili rozpaczy, targana silnymi emocjami, potrafiła zachować poczucie rzeczywistości. Nie straciła go także wczoraj w nocy, gdy Smród wywiózł ją w mrok, aż na drugi koniec lasu. Nie miała pojęcia, że las jest tak rozległy, nigdy wcześniej tam nie była. Jednak Smród najwyraźniej dobrze znał to miejsce.

– Wcisnę ci go tak głęboko do pizdy, że cię migdałki zaswędzą – powiedział, jednym szarpnięciem zrywając ramiączko jej sukienki. – Zrobisz, co ci powiem, albo nie wydostaniesz się żywa z tego lasu.

Wiedziała, że to nie są czcze pogróżki. Świadczył o tym ton jego głosu. Cichy, spięty. Mężczyźni zwykle potrafią się kontrolować lepiej niż kobiety, ale nie w przypadku, kiedy nasienie uciska im mózg. Wtedy potrafi obudzić się w nich potwór. Hedvika zawsze bała się tępej przemocy. Unikała jej. Wczoraj nie było dokąd uciec. Wyciągnął ją z samochodu. Próbowała się wyrwać, ale nie miała najmniejszych szans. Powalił ją na ziemię.

– Rozkładaj nogi, napalona suko. Przetrzepię twoją mokrą dziurę, aż będziesz skowyczeć – syczał jej do ucha. I inne, jeszcze bardziej obrzydliwe rzeczy. Słowa, jakich żaden mężczyzna nigdy nie wypowiedział w jej obecności. Był tak wulgarny, że ją to otumaniło. Zrobiła wszystko, czego chciał.

Ciśnienie w piersi powoli się zmniejszało, szloch cichł. Sięgnęła po chusteczkę, wytarła oczy i nos. Czuła, że odzyskuje zdrowy rozsądek. Zawsze był jej bronią. Nawet kiedy Smród odkrył, że hodują konopie. Przyjechał sam. Powiedział, że dostał anonimowy donos. To akurat było możliwe, zaopatrywali wprawdzie tylko znajomych, ale znajomi też mieli znajomych. Utrzymanie plantacji w tajemnicy nie było takie proste. Smród sprawdzał po kolei wszystkie szklarnie z warzywami i zerkał przy tym na Hedvikę. Zawsze rozbierał ją wzrokiem. Mieli nadzieję, że nie pójdzie na tyły ogrodu, za stodołę. Ale nie mogli mu w tym przeszkodzić. Poszedł i od tamtej pory miał ich w garści. Podyktował swoje warunki.

Jáchym zareagował wtedy irracjonalnie. Chciał skończyć z hodowlą, wszystko zniszczyć. Hedvika wybiła mu to z głowy. Czuła, że lepiej będzie dogadać się ze Smrodem i przy okazji trochę go umoczyć. Od tamtej pory zaopatrywali także jego. Chciał coraz więcej. Nie wiedzieli, czy zaczął sprzedawać, czy zwiększył własne spożycie. I to, i to było niefajne, bo zagrażało ich bezpieczeństwu. Z drugiej jednak strony doszli do wniosku, że im więcej chce, tym bardziej jest od nich zależny i tym mniej będzie z nim problemów. To, co zrobił wczoraj, pokazało, jak bardzo się mylili.

Prysznic jej nie pomógł, ale łzy tak. Hedvika czuła, że płacz ją oczyścił. Rano nie mogła płakać. Czuła się we własnym ciele jak obcy człowiek. Jakikolwiek kontakt cielesny przywoływał wspomnienia minionej nocy. Brzydziła się samej siebie. Nawet kiedy Jáchym wrócił i wszystko mu opowiedziała, nie zrobiło jej się lepiej. Nic to nie dało, zrzuciła tylko ciężar na niego. A dla jego łagodnego charakteru to było za wiele.

Rozejrzała się. Była sama na leśnej ścieżce, od szosy dzieliła ją hałda żwiru. Sięgnęła do torebki. Pistolet był większy, niż jej się wczoraj wydawało. Wzięła go do ręki, przez szybę wycelowała w pień modrzewia, delikatnie położyła palec na spuście. Gwałtownie opuściła ramię. Znów je uniosła. Zrobiła to kilka razy. Odbezpieczyła, zabezpieczyła. Broń szybko dopasowała się do jej dłoni, teraz leżała w niej idealnie. Jak ulał. Jak kiedyś. Wyjęła magazynek – był pełny. Wsunęła go. Schowała pistolet do torebki. Po raz pierwszy od wczorajszej nocy uśmiechnęła się – wyobraziła sobie jego minę.

Ruszyła. Za dwanaście minut zaczynała się jej zmiana. Nikt nie będzie za nią tęsknić. Dzwoniła do Jeremiášovej, koleżanka obiecała, że weźmie za nią zastępstwo. Może i nie uznawała pracy kasjerki za spełnienie marzeń, ale głupio byłoby ją stracić. Była jednym z filarów, na których Hedvika oparła swoje życie. Kiedyś jedynym takim filarem był dom dziecka. Gdy go opuściła, znalazła Jáchyma. Koleżanki nie kryły zaskoczenia. Kręciły nosem: no co ty – badylarz?! Uchodziła za piękność, koleżanki uważały, że mogła sobie znaleźć kogoś lepszego, zajść dalej. Ale ona nie wiedziała, gdzie jest to „dalej”. Raz jej zdjęcie pojawiło się na okładce pisma, szybko dostała kolejne oferty. Ale kariera modelki jej nie pociągała. Nie chciała sławy, wielkich pieniędzy ani bujnego życia towarzyskiego. Potrzebowała miłości, spokoju i pewności. Odnalazła to wszystko w Jáchymie. Jáchym, typowy „dusza człowiek”. Dlatego nie mogła powiedzieć mu o pistolecie. Lepiej będzie, jak sama to załatwi.

Wróciła na jezdnię, przejechała obok pola Luhana (nie miała dowodów, ale od początku podejrzewała, że to właśnie Luhan doniósł wtedy na policję), na skrzyżowaniu nie skręciła w stronę marketu, tylko w przeciwną. Nie miała jeszcze precyzyjnego planu, lecz wiedziała już, gdzie zaczai się na Smroda. Kiedy z nim skończy, wszystko wróci na stare tory. Każdego dnia będzie przesuwać towary na taśmie i skanować ich kody, będzie popijać zimną kawę z kubka. Będzie szybka i uprzejma, jak zawsze. Wolne chwile będzie spędzać z Jáchymem. W ogrodzie warzywnym, w szklarni, w sadzie. Bez pośpiechu, tak jak oboje lubili. Zwolnione tempo, zapach mokrej ziemi, jeden lub dwa jointy, pies na ganku. Szczęście, które udało im się zbudować i którego się nie wyrzeknie. Nie z powodu Smroda.

Znów potwierdziło się to, co wiedział od zawsze: kurwa jest kurwą od urodzenia. Nie staje się nią w ciągu życia. Po prostu ma to w sobie: sprzedajne libido, które zawsze podniecało Osvalda. Każda rozmowa z Hedviką była dla niego udręką. Udawała, że tego nie widzi. Wiele razy zastawał ją samą w gospodarstwie. Potajemnie ją sfilmował. Nie mógł zdobyć się na nic więcej, przez tego psa. Groźny owczarek kaukaski chodził za nią krok w krok. Osvald mógł jedynie zaczaić się i czekać na odpowiednią okazję. Doczekał się. Teraz czuł satysfakcję. Na pewno wiedziała, że do tego dojdzie, od dawno jej to sygnalizował. Sama się prosiła, przecież wsiadła do jego samochodu. Kurwa.

Dojeżdżając do gospodarstwa, myślał, jak ma się zachować. Najpierw nie chciał się tu zjawiać. Zamierzał nie pokazywać się przez kilka dni, zasiać w nich niepokój. Szczególnie w tym gamoniu. Osvald żałował, że nie widział jego miny, kiedy opowiadała mu o wydarzeniach z lasu. Teraz na pewno już tak nie wygląda, pierwszy szok wygasł, wściekłość zaczęła zmieniać się w strach. Strach należał do sprawdzonych pomocników Osvalda, ale tym razem niektóre sprawy wymknęły mu się spod kontroli. Nieźle zabiła mu klina z tym pistoletem. Nie wiedział, jak jej się to udało. Musiał mieć jakieś zaćmienie. Była tak posłuszna, że stracił czujność. A przecież prawie nigdy mu się to nie zdarzało. Rozkosz zawsze łączyła się w jego wypadku z czujnością. Wiedział, na ile może sobie pozwolić, wiedział, od czego lepiej trzymać się z daleka. Nie porywał się na zbyt inteligentne kobiety ani dziewczyny. Co do Hedviki się pomylił. Tak samo jak co do młodej Chladilovej, dwa lata temu. Była bardziej przebiegła, niż się wydawało, zapędziła Osvalda w kozi róg. Do dziś pamięta, jak wtedy spanikował. Ze strachu zniszczył całe cenne archiwum. Tak długo nad nim pracował i wszystko poszło w diabły. Zupełnie niepotrzebnie! Do dziś żałował, że tak się wtedy pospieszył. Nowy zbiór rósł bardzo powoli.

Zatrzymał samochód przed gospodarstwem, nerwowo wsunął dłoń w kaburę, dotknął broni zapasowej. Wciąż nie był pewien, czy nie popełnia błędu. Przesuwał wzrokiem po oknach. Od szyb odbijało się słońce, nie widział wnętrza. Jáchym kosił trawę przed domem. Kiedy dostrzegł samochód Osvalda, wyłączył kosiarkę i ruszył w jego stronę. Osvald obserwował go w napięciu. Mógłby się założyć, że dała mu pistolet. Udowodnij, że jesteś facetem – prawdopodobnie powiedziała coś w tym stylu. Tak właśnie mówią kurwy. Teraz pewnie stoi w pokoju, za firanką i patrzy. Ręce Jáchyma były puste, ale miał luźną koszulkę. Majtała mu się po bokach, bez problemu mógł tam schować broń. To by była dopiero gorzka ironia, dać się zastrzelić z własnej broni, pomyślał Osvald i mimo woli zaczął zastanawiać się, co by zrobili z jego ciałem. Pewnie zakopaliby je w ogródku. Nawozili gównem ziemię, w której leży. Skopaliby ją, użyźniali. Kosiliby na nim trawę. Ten gnojek specjalnie by na niego szczał.

– Dźbry! – Jáchym podniósł rękę w powitalnym geście. Na twarzy ani śladu gniewu czy poruszenia. Osvald nie spuszczał z niego oczu. Zwykle potrafił rozpoznać tłumione emocje po czyichś ruchach, postawie. Teraz nie wydawało mu się, żeby Jáchym cokolwiek ukrywał. Zbliżał się swoim normalnym, lekko chwiejnym krokiem, obwieszony piercingami i brzęczydełkami, przygarbione plecy, ptasie ramiona, na twarzy jak zwykle niemrawy uśmiech, za uchem skręt. Osvald obserwował go przez przednią szybę i rosła w nim pewność: ten idiota o niczym nie ma pojęcia. Nie powiedziała mu! Czyli jednak wcale nie była mądra. Chyba nie sądzi, że sama wyrówna rachunki z Osvaldem. Ha! A może wczorajsza noc jej zasmakowała? No tak, w końcu czego można się spodziewać po kurewce z bidula. Może chciałaby, żeby to się powtórzyło? Może skradziony pistolet ma tylko podnieść napięcie? Osvald czuł, że ta myśl coraz bardziej go podnieca. Nie miałby nic przeciwko, żeby jeszcze bardziej niż zwykle poigrać z ogniem. Myśl, że Jáchym mógłby wciąż zaopatrywać go w marihuanę, nie wiedząc, że rosną mu coraz większe rogi, wprawiła Osvalda w euforię. Wyjrzał z auta.

– Przejeżdżałem obok, pomyślałem, że zajrzę. – Patrzył, jak Jáchym wyjmuje jointa zza ucha i zapala go. Natychmiast poczuł straszną chęć, żeby też przypalić. Odkąd naczelnik wziął go na dywanik, musiał być ostrożny. Wiedział, że Lír ma go na oku. Ale teraz była niedziela wieczór, ani widu, ani słychu Líra, a potrzeba natychmiastowego zaciągnięcia się cudownym dymem grała na wszystkich strunach w ciele Osvalda. Zajarać i wlać w siebie kilka głębszych – właśnie tego potrzebował. Ostatnio palił więcej niż kiedyś. Bronił się w ten sposób przed depresją, która dopadała go coraz częściej. Pogoda też nie była bez winy. Od miesiąca nie padało, w ciężkim, rozpalonym powietrzu nie dało się oddychać, Osvald musiał mieć coś, co go uchroni.

– Przydałoby się trochę zioła po upalnym dniu – rzucił. Jáchym bez słowa podał mu jointa. Osvald zaciągnął się z niecierpliwością. Nie musiał długo czekać na efekt. Całe jego ciało, jeszcze przed chwilą spięte i nerwowe, zaczęło się rozluźniać. Wziął kolejnego macha i przyjął pierwsze oznaki niekontrolowanego poczucia szczęścia. Wstąpiło w niego przez tchawicę i osiadło w zagłębieniu między kośćmi obojczyka. Stres, z którym tu jechał, szybko się ulatniał. Teraz nie rozumiał, czego się bał. Nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo. Nawet gdyby ten dureń zaczął do niego mierzyć, tylko zrobiłby z siebie jeszcze większego klowna. Ha! Osvald dałby mu radę na milion procent. Czuł nagły przypływ energii i pewności siebie. Płynęły w nim przyjemnym strumieniem, nie gwałtownie. Stymulowały doznania zmysłowe.

– Jakaś nowa odmiana? – zapytał zaskoczony szybkością i intensywnością działania. Miał kilka lat doświadczenia z trawą, potrafił już po dwóch machach rozpoznać jakość. Ta była z najwyższej półki. – Daj jeszcze trochę.

– Nie mam więcej. To nie moje zioło.

Osvald zorientował się, że Jáchym kłamie. Natychmiast się zjeżył. Co on sobie myśli, nie będzie go tu nabierał. Pętak najwyraźniej zapomniał, kto tu rządzi. Wystarczy, żeby Osvald rzucił parę słów do słuchawki i szlus – po hodowcy i po hodowli. Ale to by z kolei była wielka szkoda. Nie miał pojęcia, skąd wówczas wziąłby tak dobre zioło. A potrzebował dobrego, te dziwki były wybredne. Im młodsze, tym bardziej wybredne. No dobra, nie będzie przeginał. Wyjął telefon i w milczeniu zaczął się nim bawić. Wystarczyło. Jáchym wsiadł do samochodu. Nigdy nie dawał mu towaru na zewnątrz i nigdy nie za dużo naraz. Był ostrożny – przynajmniej pod tym względem. Ani Osvald się obejrzał, gdy na siedzeniu leżał mały woreczek.

– Jaja sobie robisz? Dawaj więcej!

– Nie mam, serio – zarzekał się Jáchym. – Dostałem tylko próbkę.

Osvald odpuścił. Po prostu przy najbliższej okazji urządzi tu sobie małą kontrolę szklarni. Kto go tam wie, co ukrywa, łajza. Zaciągnął się jeszcze raz, oddał resztkę jointa. Wcisnął woreczek do kieszeni. Takim cudeńkiem na pewno nie będzie się z nikim dzielić, o nie. Zawartość tego woreczka uniesie go aż do nieba. Już teraz czuł się jak w niebie.

– Pierwsza klasa – powiedział z uznaniem. – Czemu sam takiej nie zasiejesz?

– Rozważam to. – Jáchym wysiadł z samochodu. – Podobno nawet niewymagająca. I szybko rośnie, zbiór już po ośmiu tygodniach.

Osvald znów przeleciał wzrokiem po oknach domu. Był ciekaw, czy za którymś z nich stoi Hedvika. Chciałby ją zobaczyć po wczorajszym. Zwłaszcza jej oczy. W oczach wszystkich dziewczyn, które zmusił do uległości, zawsze była pełna obaw niepewność. Czekały, co dalej. Czuły się poniżone, wykorzystane, pozbawione godności. Nie wiedziały, co ze sobą zrobić. Właśnie ich utrata pewności siebie podniecała go najbardziej. Bawił się z nimi w kotka i myszkę. Przerażona, ranna mysz rzadko znajdowała drogę na wolność. Zaczynała być bierna. Traciła wolę. Jak jego matka. Kiedyś doprowadzała Osvalda do rozpaczy. Kochał ją, a ona go za to karała. Ciągle okazywała mu, jak mało dla niej znaczy, dzisiaj nareszcie mógł się odwdzięczyć. Karta się odwróciła. Ona był bezradna. A on miał jej pieniądze.

Szosą przejechał traktor, siedział w nim Luhan. Machnął im ręką na powitanie. Wtedy, po tamtej rewizji był obrażony, nie mógł wybaczyć Osvaldowi, że węszył mu po gospodarstwie, wzbraniał się jak diabli. Dlaczego akurat u niego ten nalot? Może by tak u Staška poszukał? Każdy wie, czym stary Stašek parkinsona leczy! Ha! Luhan pojęcia nie miał, że naprowadził Osvalda na właściwy trop. Od starego Staška bardzo łatwo było dobrać się do Jáchyma. Wystarczyło trochę cierpliwości.

Luhan coś tam krzyknął z traktora, ale go nie zrozumieli. Osvald poczekał, aż przejedzie, i odpalił silnik. Chłodno skinął Jáchymowi głową na pożegnanie. Wszystko w nim śpiewało z radości, ale trzymał dystans. Nie mógł okazać temu idiocie, jak bardzo jest uzależniony od niego i jego trawy.

Powoli odjeżdżał. Kiedy mijał małą pergolę, zauważył, że nie stoi pod nią samochód. Czyli Hedvika gdzieś pojechała. Do pracy, albo… Osvald próbował wczuć się w jej sposób myślenia. Co by zrobił na jej miejscu? Zastanawiał się. Przyszło mu do głowy kilka niepokojących scenariuszy. Na logikę, powinien mieć się na baczności. Ale zaraz sam obśmiał ten pomysł. Na jaką logikę? Kobieta i logika? Przecież wszystkie myślą szparą!

Wyprzedził Luhana i zerknął na zegarek. Stopniowo rozbudzała się w nim żądza. Ale do wieczornego spotkania zostało jeszcze sporo czasu. Skoczy do domu i zmieni koszulkę. Potem powoli pojedzie na umówione miejsce. Chce tam dotrzeć pierwszy, musi jeszcze porządnie sprawdzić okolicę. Ta sprawa nie szła tak całkiem po jego myśli. Ostatnio narobił sobie wstydu. Był zalany w trupa, nerwy mu puściły, mało jej nie zabił. Tym razem musi bardziej uważać. Musi też przewidzieć ryzyko i ewentualne problemy, jakie mógłby robić ten łysy bufon. Niby porszakiem jeździ, a jest w głębokiej dupie! Ale właśnie w tym sęk. Kiedy ma kłopoty, zaczyna głośno szczekać. Już raz mu groził. Jego też trzeba będzie przypilnować. Obmyślić strategię. Osvald często miał wrażenie, że minął się z przeznaczeniem, że lepiej by zrobił, wstępując do wojska. Na pewno byłby lepszym żołnierzem niż policjantem. Praca w policji dawała zbyt dużo okazji, żeby zachowywać się jak świnia. Wiedział, że mówią na niego Smród. Nie zamierzał ani trochę poprawiać swojej reputacji.

Przypadki nie istnieją. Wszystko, co się dzieje, jest tylko częścią czegoś, co już się wydarzyło. Zbrodnia i kara. Wdech i wydech. Narodziny i śmierć. Nic nie wydarza się samo z siebie. Wiem, dlaczego akurat teraz siedzę tu, gdzie siedzę, wiem, dlaczego to piszę, znam bezpośrednią przyczynę, która jest konsekwencją innej przyczyny, ta z kolei jest następstwem jeszcze innej. I tak dalej. Nie znam tylko przyczyny pierwotnej. Nie ma jej w moich zapiskach, nie sięgają aż tak daleko. Zresztą, nawet gdyby sięgały, człowiek nie może cofnąć czasu, może tylko iść do przodu. Czynić jak najbardziej przemyślane kroki. Żeby niczego nie robić nieświadomie. Żeby nie dać się zaskoczyć. Poza tym okoliczności zaskoczenia też nie są przypadkowe, nie da się ich zmienić, ale można zdobyć nad nimi kontrolę. Po to ten dziennik. Żeby zapisywać w pamięci każde wydarzenie. Jak na przykład pozornie nic nieznaczący dialog ze sklepu.

– Butelkę koniaku gruzińskiego – mówię. Jego ulubiony. Młoda sprzedawczyni przelatuje wzrokiem po butelkach na regale. Kilka przesuwa, szuka w tylnych rzędach.

– Niestety nie mamy gruzińskiego.

Co teraz? Mam iść gdzie indziej? Ostatecznie decyduję.

– To poproszę metaxę.

Obserwuję, jak zdejmuje ją z półki. Rzuca mi figlarne spojrzenie. Myśli, że zmierzam po prostu schlać się na bogato. Nie ma pojęcia, jakie będzie zadanie koniaku. Już niedługo. Za kilka godzin. Kiedy wychodzę ze sklepu, patrzę na swoje odbicie w szybie. Napięte mięśnie szyi, zbyt surowa mina, z moich oczu bije gniew. Wiem, skąd się bierze, ale mógłby zniweczyć cały mój plan. Muszę się go pozbyć. Zaciskam pięść, mocno, mocniej, widzę, jak bieleją mi stawy, ale zaciskam jeszcze mocniej, siłą woli tłumię gniew, patrzę we własne odbicie, dopóki z moich oczu nie bije już tylko determinacja. Jej akurat nie muszę ukrywać. On też ją ma. Albo on, albo ja! Wygram. Nie tylko mam większą motywację, znam też łańcuszek przyczynowo-skutkowy. Jestem silniejszym przeciwnikiem. Także dzięki tym notatkom.

Jasne, liczę się z tym, że coś może nie wyjść. Że coś się posypie. Wtedy trzeba będzie improwizować. Nie mogę przestać myśleć o swoim celu. Trzeba to wszystko ukrócić. Oś dobra i zła nie ma początku ani końca. We mnie, w nim, w każdym. W różnym stopniu. Jeśli go zabiję, wszystkim zrobię przysługę, bo przyczynię się do zmniejszenia zła. Muszę o tym pamiętać. Muszę wciąż to sobie powtarzać. Będę wciąż od nowa czytać swoje zapiski. Żeby nie stracić sił.

Obie skrzynki na listy były identyczne. Pomalowane na zielono, z miedzianą tabliczką. Na jednej widniał napis Milada Štajfová, na drugiej Marián Holina. Drzwi wejściowe też były zielone. W bliskim sąsiedztwie nowych biurowców wyglądały jak z innego świata. Z innych czasów. Nawet teraz, o północy.