Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
11 osób interesuje się tą książką
Bestsellerowa autorka znowu w Polsce!
Czasami prawda jest równie niszczycielska, jak kłamstwo…
Żona:
Jestem w szpitalu po wypadku samochodowym, a policjanci przeszukują mój dom. Czy znajdą apaszkę, która należała do zamordowanej kobiety o miodowych włosach? Kobiety utrzymującej się z pracy na platformie erotycznej. Tej, która zniszczyła moją rodzinę…
Mąż:
Walczę o życie w szpitalu. Moja żona właśnie rozmawia z policją i oskarża mnie o zamordowanie kobiety o miodowych włosach. Jej zazdrość i podłe kłamstwa mogą zniszczyć mi życie. Jeśli jednak powiem prawdę, policja zacznie grzebać w przeszłości, a to także mnie pogrąży.
Żadne z nich nie mówi całej prawdy. Komu więc uwierzysz?
K.L. Slater - bestsellerowa autorka ponad dwudziestu thrillerów psychologicznych, które sprzedały się w ponad dwóch milionach egzemplarzy na całym świecie. Jej twórczość doceniono także w literaturze dla młodych dorosłych – cztery z jej powieści były nominowane do prestiżowej nagrody Carnegie. Posiada tytuł magistra kreatywnego pisania. Mieszka z mężem w malowniczej wiosce w hrabstwie Nottinghamshire.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 301
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 8 godz. 38 min
Lektor: Barbara Liberek
Tytuł oryginału
HUSBAND AND WIFE
Copyright © K.L. Slater, 2023
All rights reserved
Projekt okładki
Henry Steadman
Opracowanie wersji polskiej
Paweł Panczakiewicz
Zdjęcia na okładce
© Cavan Images, Offset/Shutterstock
Redaktor prowadzący
Katarzyna Muszyńska/Magdalena Sakowska
Redakcja
Joanna Serocka
Korekta
Katarzyna Kusojć
Barbara Szymanek
ISBN 978-83-8444-505-1
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
SARAH
PIĘĆ TYGODNI WCZEŚNIEJ
Ten dziwny wieczór zaczął się od internetowej randki z facetem, który się nie zjawił. A potem, kiedy Sarah już miała dać sobie spokój i wyjść, wpadła na kogoś, kogo nie spodziewała się więcej zobaczyć.
Dawne urazy chyba poszły w niepamięć i wieczór upłynął miło na wyjaśnieniach… i obietnicach, z których postanowiła go rozliczyć.
Kiedy się pożegnali, chwiejnie minęła ochroniarzy i wyszła z baru na opustoszałą ulicę. O wiele za dużo wypiła i mimo pewnego niedosytu wiedziała, że nie ma tego złego: jeszcze by się przewróciła albo zwymiotowała na parkiecie i narobiła sobie wstydu.
Znalazła się w modnej enklawie Lace Market, dzielnicy Notthingham. Podziwiała wysokie ceglane budynki z wiktoriańskimi gotyckimi fasadami. Nocą sprawiały wrażenie mrocznych i niebezpiecznych, górując nad nią w ciemności i potęgując uczucie klaustrofobii. Pospieszyła Stoney Street ku znajomej dzwonnicy kościoła St Mary’s na High Pavement, stukot jej obcasów poniósł się echem po okolicy.
Przestraszył ją odgłos szurania po prawej stronie; przystanęła na chwilę, po czym w przypływie przytomności umysłu ruszyła dalej w kierunku planowanego skrótu. Przesadza, bo jest późno i ciemno, stwierdziła. Przypływ adrenaliny otrzeźwił ją w jednej chwili, toteż przenikliwe miauczenie w uliczce, którą musiała przejść, wzbudziło jej natychmiastową czujność.
Zatrzymała się raz jeszcze i nadstawiła uszu. Dźwięk powtórzył się – tym razem wyraźniejszy, głośniejszy. Jeśli nie pójdzie tym skrótem, będzie zmuszona kuśtykać w przyciasnych szpilkach obrzeżem dzielnicy. Wydłuży trasę o piętnaście minut, a w tej okolicy niełatwo o taksówkę.
Stała rozdarta, drepcząc w miejscu na obolałych stopach. Zganiła się w duchu. To pewnie tylko kot, pomyślała. I tak wróci później, niż zapowiadała, wiedziała, że mama, która została z Millie, odetchnie dopiero na dźwięk klucza w zamku. Poza tym jutro musi wcześnie wstać. Ma lukratywne spotkania ze stałymi klientami, którzy wpłacili już zadatek, i nie chce, żeby przepadły, co oznacza, że budzik zadzwoni o szóstej.
Podeszła na palcach i zajrzała w głąb wąskiej uliczki. Dobiegł ją szmer. W tym miejscu panował mrok, było poza zasięgiem latarni.
Wtedy przypomniała sobie o latarce w telefonie. Jeśli to zwierzę, na pewno spłoszy je nagłe światło, a jeśli nie – jeżeli narkoman daje tam sobie w żyłę – no cóż, wybierze jednak dłuższą trasę. Weszła kawałek w uliczkę i wcisnęła ikonkę latarki. W chwili, gdy nastała jasność, ujrzała przed sobą twarz. Zanim zdążyła krzyknąć albo się cofnąć, silna dłoń brutalnie zasłoniła jej usta. Poczuła, że ktoś zarzuca jej coś na głowę i dusi. Otworzyła usta do krzyku, ale poleciała na ścianę pod gradem ciosów.
Osunęła się na ziemię.
NICOLA
TERAZ
Wpatruję się w gęstniejącą szarość za oknem. Pogoda dziś nie rozpieszcza, nawet jak na ponure listopadowe standardy. Wcześniej mieliśmy oberwanie chmury, a teraz ołowiane niebo, które zdaje się wręcz przytłaczać.
Mój mąż Cal patrzy nachmurzony znad gazety.
– Mówili, że nie zjawią się przed czwartą. Usiądź, kochana.
– Może się zdarzyć, że będą wcześniej, chcę im pomóc z rzeczami Barneya. – Ożywiam się na widok samochodu na zakręcie, ale jedzie dalej i znów zapada cisza. – Parker wspomniał, że nie będą mieli czasu wstąpić. Muszą od razu ruszać dalej, żeby ominąć korki na M1.
– Jasne – mamrocze Cal, szeleszcząc stronami.
Odwracam się i patrzę na niego.
– O co ci chodzi?
Opuszcza gazetę.
– Oboje znamy prawdziwy powód, dla którego rzadko wpadają, Nicolo, i korki nie mają tu nic do rzeczy. Parker nie chce ci robić przykrości, bo Luna pewnie mu zapowiedziała, że nie chce tu zostać.
Ponownie odwracam się do okna i widzę w szybie swoje zmęczone, niespokojne odbicie. Jak do tego doszło, że nasz jedyny syn Parker odgrodził się od nas i domu, w którym się wychował?
Lata minęły niepostrzeżenie i teraz nasz wnuk Barney jest w tym samym wieku co Parker, gdy cioteczna babka Cala zostawiła mu spory spadek. Długo się nie zastanawialiśmy. Wykorzystaliśmy całą kwotę i wzięliśmy mały kredyt, aby uciec z ciasnego mieszkania z tycim balkonem, i kupiliśmy ten dom, z przestronnymi pokojami oraz dużym ogrodem otoczonym starymi drzewami i kwitnącymi krzewami. Cal w pierwszej kolejności ustawił bramki dla Parkera na gładkiej szmaragdowej połaci trawnika.
– Czemu się uśmiechasz? – upomina mnie teraz łagodnie.
– Ach, wspominam tylko, jak się tu wprowadziliśmy, minę Parkera na widok własnego boiska do piłki nożnej.
Wrażliwy, bystry chłopiec wyrósł na mężczyznę i ma dziś własnego syna, a my rzadko go widujemy.
Cal uśmiecha się z rozczuleniem.
– Ogród to dla siedmiolatka idealna przestrzeń do kopania piłki. Dziś może tu biegać mały Barney… kiedy przyjeżdża, znaczy.
Niemal w każdy piątkowy wieczór nasz syn jeździ z rodziną do Yorkshire na weekend u rodziców Luny. Marie i Joe Barton-James mieszkają w pięknej posiadłości położonej na dwóch akrach wymuskanego terenu na obrzeżach malowniczego miasteczka Helmsley. Nadal pracujemy z Calem w dni powszednie, co siłą rzeczy uniemożliwia kontakt z Barneyem.
Ale nie poruszam tematu w obawie, że tylko pogorszę sprawę. Żyję zatem nadzieją na poprawę sytuacji i szansę spędzania cennego czasu z wnukiem. Jak w ubiegłym tygodniu, kiedy Parker zadzwonił i zapytał, czy Barney może zostać u nas na noc.
– Jestem nominowany do nagrody i firma szarpnęła się na bankiet w wypasionym hotelu w Leicestershire – oznajmił. – Byłoby miło pojechać, zwłaszcza gdybym miał wygrać!
– Ależ musicie jechać – odpowiedziałam stanowczo. – Na pewno wiedziałeś od dawna, czemu zostawiłeś to na ostatnią chwilę?
– Uznaliśmy, że rodzice Luny mogą być jeszcze zmęczeni po długim locie z Barbadosu, więc nie chcieliśmy ich prosić – odparł wymijająco.
– Koniecznie go przywieźcie – dodałam czym prędzej.
– Może powinienem znów pogadać z Parkerem, jak facet z facetem – stwierdza Cal. – Zapytać go, dlaczego stale odwiedza teściów, a nie ma czasu wpaść tu na herbatę.
– Nie rób tego. – Odwracam się od okna. – Luna się otrząśnie. Potrzebuje czasu, musi nas dobrze poznać. Powszechnie wiadomo, że mężczyźni lgną do rodziców żon, zwłaszcza kiedy dzieci są małe.
Wydmuchuje powietrze.
– Niby jak ma nas lepiej poznać, skoro prawie tu nie zagląda? Od dziewięciu lat są małżeństwem, a na palcach jednej ręki można zliczyć, ile razy zaszczyciła nas wizytą. My bywamy u nich jeszcze rzadziej.
Wzdrygam się, wbijając paznokcie pod opuszki.
– Przestań, Cal. Tylko nie dziś, bardzo cię proszę. Nie psuj tego.
– Próbuję tylko…
– Próbujesz mnie chronić, wiem, ale nie ma potrzeby. – Rozluźniam dłonie i rozciągam palce. – Cały tydzień czekam na dzisiejszy wieczór i…
– Chyba przyjechali. – Wskazuje na okno, za którym widzę pod bramą smukłą sylwetkę nowego czarnego Mercedesa naszego syna.
Biegnę do drzwi i otwieram je w chwili, gdy Parker wysiada i wesoło unosi rękę. Latarnia oświetla jego przystojną twarz i widzę szczery uśmiech w całej krasie.
– Cześć, mamo!
– Cześć, kochanie, cudownie cię widzieć. – Wsuwam stopy w ogrodowe klapki i gdy Parker otwiera drzwi od strony chodnika, idę krótką ścieżką do ulicy, obejmując się ramionami. Wyskakuje Barney, żywe srebro.
– Babcia! – woła, pędząc do mnie ze sporym dinozaurem pod pachą. Chwytam go w objęcia i obsypuję pocałunkami.
– Jest nasz duży chłopiec! – Rozkoszuję się jego bliskością i ciepłem. Wyrósł jak na drożdżach, tak strasznie za nim tęskniłam. Ostatni raz widzieliśmy się miesiąc temu. Odebrałam go ze szkoły i zabrałam na podwieczorek, kiedy Luna miała obsuwę na planie filmu z pokazu mody, a Parker pojechał w delegację i nie zdążyłby wrócić.
Mam przed oczami szałwiowego dinozaura.
– Widzisz, babciu? W dwudziestu pięciu ruchach zmienia się w ciężarówkę – oświadcza uroczyście Barney.
– O raju! Lepiej idź pokazać dziadkowi, bo nie uwierzy!
Barney wpada pędem do domu, a ja odwracam się z powrotem do samochodu, gdzie Parker wciąż wypakowuje torby z ubraniami, zabawkami oraz, jak sądzę, „specjalnym” jedzeniem syna. Przerywa na chwilę, żeby mnie objąć, i mocno przytula do piersi. Mój rosły chłopiec, którego brałam na ręce i obsypywałam pocałunkami, jak przed chwilą Barneya.
– Kocham cię, synku – szepczę mu do ucha.
– Ja ciebie bardziej – odszeptuje, po czym mnie puszcza i wraca do przerwanej czynności.
Drzwi od strony pasażera wciąż są zamknięte i nie widać nic przez przyciemnianą szybę. Pukam w okno, które powoli się opuszcza.
– Cześć, Luno, jak się masz?
Zaglądam do mrocznego wnętrza i widzę jej piękną, nadąsaną twarz. Rzeźbione rysy, wydatne kości policzkowe. Lśniące czarne loki upięte na czubku głowy. I te niewiarygodne oczy z bursztynowymi plamkami, które odbijają światło, zdając się wręcz skrzyć. Uśmiecha się i jej twarz się przeobraża, ale dostrzegam cienie pod oczami i odbicie czegoś, co wygląda jak niepokój.
– Miło cię widzieć, Nicolo – mruczy. – Wszystko dobrze. A ty?
Opiera rękę o szybę, a ja nakrywam ją swoją i ściskam przelotnie. Następnie owiewa mnie coś, co pachnie jak alkohol.
– U nas wszystko gra, dziękuję, kochana. Cieszę się z odwiedzin małego człowieczka. Jak tam twoi rodzice?
– Wspaniale, dzięki. Wrócili z Barbadosu, ale ich lot miał duże opóźnienie, więc jeszcze nie doszli do siebie. Zdaje się, że tata chce coś tam kupić, ale prawie nie mają czasu korzystać z willi w Portugalii, wciąż są w rozjazdach!
– Cudownie, niech odpoczywają, należy się im – mówię serdecznie. – Może wejdziecie na szybką herbatę, pogadamy chwilę?
– Wybacz, mamo! – woła Parker znad otwartego bagażnika. – Musimy lecieć. Podobno na M1 był wypadek, więc…
– Może następnym razem – uzupełnia Luna i ponownie czuję na twarzy jej oddech. To chyba płyn do płukania ust, a nie alkohol. – Tak mi przykro, zawsze wpadamy jak po ogień. – Trzeba jej oddać, że wygląda na skruszoną.
– Nie szkodzi – odpowiadam. – Grunt, żebyście wiedzieli, że zawsze jesteście tu mile widziani. Co słychać w pracy? Obserwuję twój Instagram, chyba sporo się dzieje.
– Naprawdę? Nie wiedziałam. Ciężko nadążyć, gdy ma się ponad pięćdziesiąt tysięcy obserwatorów, ale postaram się pamiętać, żeby też cię zaobserwować.
– Chyba świetnie ci idzie, co chwila coś wrzucasz. Nie wiem, jak ty nadążasz za modą!
Posyła mi wymuszony uśmiech.
– To moja praca, Nicolo, nie wrzucam byle czego. Ludzie nie zdają sobie sprawy, ile znani influencerzy poświęcają czasu na swoje media społecznościowe. Parker potwierdzi, że pracuję więcej od niego.
– Prawda! – woła Parker, a ona rzuca mu jadowite spojrzenie, które zbija mnie z tropu.
– No, wygląda na to, że idzie ci fantastycznie. Trzymam za ciebie kciuki, Luno – mówię po chwili.
– To miło z twojej strony. Dziękuję. – Zaciska pełne wargi. – Zrobiłam nową listę tego, co szkodzi Barneyowi. – Uśmiech gaśnie i wokół jej oczu osadza się niepokój. – Znajdziesz ją w torbie z jedzeniem. Wprowadziliśmy mu nowe witaminy do posypywania posiłków. Nie znosi tego, ale masz mu je wmusić.
– Spokojnie, na pewno dostanie, co trzeba. – Martwieję na samą myśl. Lista zakazanych produktów Barneya zdaje się nie mieć końca, co doprowadza Cala do szału.
– Ta kobieta ma paranoję. Dzieciak nabawi się przez nią kompleksów – pieklił się na początku roku, kiedy Luna przekazała nam przez Parkera, żebyśmy nie kupowali Barneyowi czekoladowych jajek z uwagi na wykrytą ostatnio nietolerancję nabiału. – Ci dwoje. Zawsze uważają się za najmądrzejszych.
Zerkam na Parkera, który bierze torby, aby je wnieść do domu.
– Pomogę mu – mówię do Luny. – Miłej zabawy na bankiecie. Wyślesz mi wasze zdjęcie, kiedy się przebierzecie?
Uśmiecha się z zadowoleniem.
– Pewnie. Dostałam dwuczęściową kreację od Miu Miu. Obłędną, z kryształkami.
– Bosko! Przyprowadzę Barneya, żeby wam pomachał.
– Do zobaczenia. – Przebiera palcami i szyba podjeżdża w górę.
Doganiam Parkera i biorę od niego torbę. Zanim docieramy do drzwi, odwraca się w moją stronę.
– W jakim tata jest humorze?
– Bardzo dobrym! – odpowiadam z wymuszonym ożywieniem. – Jest trochę zawiedziony, że nie zostaniecie na herbatę, ale trudno.
Parker przewraca oczami.
– Myśli, że wszyscy są tacy jak on, naprawią kilka bojlerów i cieknących kranów, po czym do końca dnia gniją w fotelu. Problem w tym, że ma za dużo czasu.
– Och, nie mów tak, Parker – mówię, kiedy mijamy roboczą furgonetkę Cala na podjeździe. To jego trzeci wóz na przestrzeni osiemnastu lat i nadal upiera się, żeby malować na każdym napis „Vance & Syn hydraulika i ogrzewanie” ozdobnymi czarnymi literami, mimo że Parker nigdy nie przejawiał najmniejszej chęci, aby przejąć po ojcu pałeczkę, nawet w dzieciństwie. – Tata jest po sześćdziesiątce i wciąż ciężko pracuje. Doskwiera mu to bardziej, odkąd stracił dofinansowanie i musiał zwolnić czeladnika.
Cal przez lata miał dość stabilną pracę, lecz zgodnie z niemiłym przytykiem Parkera faktycznie na małą skalę. Nigdy nie stawiał sobie ambitnych celów w postaci rozszerzenia działalności lub zatrudnienia kogoś na stałe. Mimo to jakoś sobie radziliśmy, on w firmie, ja na część etatu w bibliotece, to znaczy do czasu mojej choroby. Za sprawą spadku po ciotecznej babce i depozytu kredyt nie był dla nas dużym obciążeniem. Nie mieliśmy zarazem oszczędności, dzięki którym moglibyśmy spędzać wakacje na Barbadosie. O kupnie tam domu nie wspominając.
W progu Parker ścisza głos.
– Musimy pogadać, mamo.
Patrzę na niego ze zdziwieniem. Nie gadaliśmy w cztery oczy od czasu mojej choroby. Półtora roku temu ubierałam się przed lustrem w sypialni i dostrzegłam pomarszczoną skórę na lewej piersi. Żadnego bólu ani dyskomfortu, lecz wyglądało to dziwnie i byłam pewna, że pojawiło się niedawno.
Poszłam do lekarza rodzinnego, który skierował mnie do specjalisty. Okazało się, że pomarszczona skóra wskazuje na guz pod spodem, który usunięto, i wysłano mnie na chemioterapię, zakończoną sukcesem. Szast-prast, wydawałoby się, lecz nic bardziej mylnego. Było to koszmarne doświadczenie, na każdym etapie. Nie tylko dla mnie, ale i dla Cala oraz Parkera.
W tamtym okresie częściej widywałam się z synem, ale sytuacja nie zbliżyła go do ojca. Przepaść między nimi wręcz się pogłębiła.
– Słuchasz mnie, mamo? Muszę z tobą porozmawiać – powtarza Parker, zniecierpliwiony moim pustym spojrzeniem.
– Okej, kochany… mów śmiało. Co się dzieje?
– Nie teraz, ale niedługo. – Zerka na podjazd. – Widzisz, sęk w tym, że chcę pogadać z tobą w cztery oczy, żeby tata i Luna się nie dowiedzieli.
– Wszystko w porządku, Parker? – Czuję rosnącą gulę w gardle. Cóż jest tak ważnego i poufnego, że nikt nie może się dowiedzieć?
– Tata pracuje jutro rano?
– Tak, musi coś pilnie skończyć w Linby – odpowiadam ściszonym tonem. Wie, że Cal czasem pracuje w soboty, ale nie co tydzień. – Wyjeżdża wcześnie, żeby zdążyć na mecz w południe.
– Świetnie. Powinniśmy wrócić najpóźniej o dziesiątej, bo Luna prowadzi pokaz w internecie, więc podrzucę ją do domu i przyjadę prosto do ciebie. Barney może pooglądać telewizję, a my pogadamy w kuchni.
Przyglądam się jego ściągniętym rysom, zmarszczonym brwiom. Chce mi powiedzieć, że ma romans? A może podejrzewa, że to ona ma romans, i chce zasięgnąć rady? Może ma problemy finansowe?
– Czy mógłbyś chociaż…
Potrząsa głową.
– Muszę ci wszystko wyjaśnić, mamo. Od początku. – Patrzy na naręcze toreb. – Dokąd mam je zanieść?
– Zostaw tutaj, zajmę się nimi, jak pojedziecie. – Stawia wszystko obok schodów, lecz uprzedzając jego następny ruch, pcham go delikatnie w stronę salonu, skąd dobiegają śmiechy Cala i Barneya, którzy właśnie rozkładają dinozaura. – Przywitaj się z tatą.
Otwiera i zamyka usta, po czym rusza z ociąganiem w stronę dużego pokoju.
– Cześć, tato.
Po krótkiej ciszy słyszę głos Cala.
– Cześć, Parker. Wszystko gra?
Patrzę od tyłu, jak syn się prostuje.
– Tak… super. Właśnie dostałem awans na regionalnego dyrektora sprzedaży. Dorzucili mi służbową furę. Mercedesa.
– Ten kawałek tu nie pasuje, chłopcze – mówi Cal do Barneya. – Spróbuj z drugiej strony. O tak.
– Piękny samochód, Cal – wtrącam, wychylając się zza Parkera. – Mógłbyś rzucić okiem.
Ojciec i syn patrzą po sobie jak nieznajomi postawieni w niezręcznej sytuacji. Zastanawiam się, kiedy doszło do tego rozdźwięku. To się nie stało z dnia na dzień, tylko tak stopniowo, że ciężko uchwycić moment. Dzień po dniu, milczenie po milczeniu. Jak warstwy cebuli… a potem zachorowałam i różnice tak się pogłębiły, że pojednanie zdawało się nie wchodzić w rachubę.
– Niemiecka technologia, co? Ja tam wolę rodzimą produkcję. – Cal pociąga nosem, wręczając wnukowi kolejny fragment dinozaura. – Miałem już kilka Fordów Transitów i nigdy mnie nie zawiodły.
– O tak, zdaje się, że Ford produkuje je w Hiszpanii – stwierdza nie bez satysfakcji Parker. Podchodzi do syna, mierzwi mu włosy i cmoka w czubek głowy. – Do jutro, młody. – A potem: – Muszę jechać, mamo. Luna nie może się doczekać wieczoru, potrzebuje dużo czasu na przygotowanie.
Biorę Barneya za rękę i idziemy do drzwi. Biegnie do samochodu, żeby uściskać mamę, a ja zwracam się do Parkera.
– Bawcie się dobrze i nie martw się o Barneya. Dopilnuję, żeby miał wszystko, co trzeba.
– Super. – Patrzy mi w oczy. – To do jutra, tak? Napiszę, jak będę jechał.
– Dobrze. – Schyla się i całuje mnie w policzek, po czym idzie do auta.
Barney przybiega do mnie i machamy im na pożegnanie. Kiedy Mercedes znika za zakrętem, wracam do salonu i staję przed fotelem Cala.
– Nie mogłeś sobie darować, prawda?
– No co? – Zdzwiony podnosi ręce i rozgląda się po pokoju, jakby obserwował go tłum równie urażonych sojuszników. – Co ja znowu zrobiłem?
– Dobrze wiesz, co zrobiłeś. Nie mogłeś być miły chociaż przez chwilę, dla syna? Nic dziwnego, że nie chcą tu przyjeżdżać.
– Kto nie chce tu przyjeżdżać? – Barney podnosi wzrok znad zabawki.
Cal się rozkręca.
– Parker też mógł się wysilić, ale oczywiście musiał mi zaleźć za skórę. A nadęta paniusia mogła wejść się przywitać, ale gdzie tam, nie będzie się do tego zniżać, więc została w samochodzie.
– Czy dziadek mówi o mojej mamie? – dopytuje ze zdziwieniem Barney.
– Nie, kochanie. – Gromię Cala wzrokiem. – Mam dosyć tych złośliwości, jasne? Cały tydzień cieszyłam się na miły wieczór, więc dajmy już temu spokój.
– Jasne. – Cal z urazą krzyżuje ręce na piersi, jak nadąsany uczeń. – Ale jedno ci powiem: patrzysz na niego przez różowe okulary. Zawsze patrzyłaś. Nie widzisz tego, ale jest samolubny i bywa okrutny. Ręczę, że brak kontaktu to nie tylko wina Luny.
– Bzdura!
– Naprawdę sądzisz, że gdyby chciał nas odwiedzać, ona by mu tego zabroniła? Gdzie tam! Woli przesiadywać u jej dzianych rodziców i brylować na przyjęciach, takie z niego panisko. Sama go tak rozpuściłaś. Hydraulika mu nie wystarczała, a teraz my mu nie wystarczamy. Lepiej się z tym pogódź, a oszczędzisz sobie przykrości.
Nie wie, że po tym, jak zachorowałam, Parker zaczął wpadać na herbatę pod jego nieobecność. Nie wspominałam o tym, żeby nie ranić uczuć Cala.
Barney odkłada zabawkę i patrzy to na niego, to na mnie.
– Lubię tu przyjeżdżać. Chcę odwiedzać ciebie i dziadka.
– Oczywiście! – Obejmuję go i patrzę ze złością na męża. – Widzisz, co narobiłeś? Zdenerwowałeś go. Nie powinien musieć tego słuchać.
– Nie chcę, żebyś z hukiem spadła na ziemię, Nicolo – mówi łagodniej Cal. – Chciałbym, żebyś przejrzała na oczy i zrozumiała, że Parker nie jest takim aniołem, za jakiego go miałaś. Kiedyś przekonasz się na własnej skórze, jaki jest naprawdę.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
PROLOG
1
2
Okładka
