Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Piętnaście lat temu pewna kobieta błagała przez telefon o patrol pod łódzki adres na Bałutach. Nikt nie przyjechał. W aktach nie został żaden ślad.
Podczas digitalizacji policyjnego archiwum komisarz Lena Kordel — odsunięta od spraw, której nikt nie chce już słuchać — odzyskuje to nagranie. Kilka dni później pod ten sam adres jedzie współczesny patrol: nauczycielka Marta Krynicka leży martwa w mieszkaniu.
Zbieg okoliczności? Błąd w archiwum? Czy stara cisza, na której ktoś zbudował spokojne życie? Im głębiej Lena drąży, tym wyraźniej widzi, że milczenie bywa wygodne dla wszystkich — i że prawda kosztuje więcej, niż wolno jej zapłacić.
„Martwy Numer" to powolny, gęsty polski kryminał o winie, zaniechaniu i głosie, którego nikt nie usłyszał. Pierwszy tom serii „Akta Milczenia".
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 513
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Andrzej Wolanski
Martwy Numer
Andrzej Wolanski
Copyright © 2026 Andrzej Wolanski
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemie wyszukiwania informacji ani przekazywana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
ISBN: 9788384330494
Wydawca: Tempest & Tale
Wydanie pierwsze, 2026
Ta książka jest dziełem fikcji. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Słuchawka leżała na podłodze w przedpokoju, na linoleum, które odchodziło przy progu kuchni. Telefon stał na taborecie pod lustrem, kabel skręcony tak, że trzeba go było rozplątywać palcem za każdym razem. Wzięła słuchawkę, nim się zdecydowała, że bierze. Sygnał był długi, równy, ciągnął się w uchu jak nitka.
Z góry znowu coś zeszło na schody. Nie krok, nie głos. Coś między jednym a drugim, przesunięte przez sufit i ścianę tak, że nie dało się powiedzieć, z którego mieszkania. Przyłożyła wolną dłoń do framugi. Drewno było zimne i lepkie od starej farby. Na klatce paliła się jedna żarówka, ta przy zakręcie, więc cień poręczy kładł się aż na jej drzwi.
Wcześniej stała pod tymi drzwiami tak długo, że stopy zdążyły jej zmarznąć na linoleum, a ona dalej nie ruszała się z miejsca. Przyłożyła ucho do zimnego drewna, potem oko do szpary, gdzie uszczelka odeszła od futryny. Widziała kawałek schodów i poręcz; więcej nie chciała widzieć, więc się cofnęła. Potem poszła do kuchni, wyjęła klucz, odłożyła go i wróciła do telefonu, a kolejność tego wszystkiego już jej się myliła.
Wykręciła trzy cyfry. Zna je każdy, a i tak palec szukał tarczy po omacku, bo nie chciała zapalać światła w przedpokoju. Tarcza wracała wolno, z tym swoim zgrzytem.
Odebrali nie od razu.
– Dyżurny, słucham.
Głos był spokojny, trochę znudzony, jakby człowiek po drugiej stronie jadł albo właśnie odłożył kubek. W tle stukała maszyna do pisania albo coś podobnego, miarowo, bez pośpiechu.
– Trzeba przysłać patrol – powiedziała. Za szybko. Usłyszała własny oddech w słuchawce i ścisnęła ją mocniej, żeby nie drżała. – Pod ten adres trzeba kogoś przysłać. Teraz.
– Spokojnie. Co się dzieje?
Otworzyła usta i nie miała pierwszego słowa. To, co działo się nad nią, trudno było podać obcemu przez telefon. Było tylko zejście po schodach, które nie było krokiem, a potem cisza, która trwała za długo.
– Na górze – zaczęła. – U sąsiadów. Coś się dzieje na górze. Słyszałam… było słychać, a teraz jest cicho i to jest gorzej.
– Adres proszę.
Podała ulicę. Nazwa weszła jej w usta i wyszła nie tak, jak trzeba, zlepiona, z połkniętą końcówką, bo cały czas nasłuchiwała sufitu. Po drugiej stronie nic się nie zmieniło, ten sam stukot, ten sam oddech kogoś, kto siedzi.
– Numer.
– Numer cztery. To znaczy… – Spojrzała na drzwi, jakby tam była przyklejona kartka z numerem, której nigdy tam nie było. – Wejście od podwórka, oficyna. Trzeba wejść od podwórka, bo od frontu jest brama na zamku po dziewiątej. Pierwsza klatka w głębi.
– Która to dzielnica?
Powiedziała. Słowo, które mówiła całe życie, teraz brzmiało jak coś, czego nie była pewna. Z góry znów się przesunęło, krótko, i ucichło w pół ruchu. Przycisnęła słuchawkę do ucha tak mocno, że plastik zapiekł.
– Niech pan kogoś przyśle. Proszę. Tu mieszka młoda dziewczyna, na górze, i ja nie wiem, czy ona… Już dawno powinno być słychać, że wychodzi, a nic nie ma.
– Pani się przedstawi.
Nie odpowiedziała od razu. Wzrok poszedł jej w stronę kuchni, gdzie na stole stała szklanka po herbacie i leżał klucz, jej klucz, który wyjęła wcześniej i położyła, sama już nie wiedziała po co. Za oknem podwórko było ciemne, jedno okno na drugim piętrze świeciło żółto i zaraz zgasło.
– Czy to ważne, jak się nazywam? Trzeba przysłać patrol, mówię panu. Pod ten adres. Zaraz.
– Pani się uspokoi. – Po drugiej stronie ktoś odsunął coś po blacie, coś ciężkiego. – Coś pani słyszała czy coś pani widziała? Bo to są dwie różne rzeczy.
Zawahała się. Tego się bała przez całą drogę od kuchni do telefonu: że ją o to zapytają. Widziała kawałek schodów przez szparę w drzwiach, które uchyliła wcześniej, choć nie powinna. Powiedzieć to teraz, na głos, obcemu, znaczyło przyznać, że stała w progu i patrzyła, zamiast zamknąć i nie wiedzieć.
– Słyszałam – powiedziała tylko. – Na górze było słychać szarpanie i taki… potem upadek, jakby coś ciężkiego. A teraz nic. Już długo nic.
– U kogo konkretnie? Wie pani, kto tam mieszka?
– Na górze. Ta dziewczyna z góry. – Głos jej się załamał na słowie „dziewczyna" i zaraz wrócił, twardszy. – Ja jej dobrze nie znam. Wiem tylko, że tam mieszka, i że… proszę, niech pan kogoś przyśle, ja nie mogę tam sama iść.
Stukot w tle ustał. Przez moment była tylko linia i szum, ten pusty oddech kabla. Czekała, aż znów coś szurnie po blacie po tamtej stronie, ale nie szurnęło.
– Proszę pani. – Głos był teraz wolniejszy, jakby człowiek odchylił się na krześle. – My takie zgłoszenia mamy co noc. Najpierw ktoś słyszy, potem się okazuje, że to telewizor, albo że sąsiad wrócił pijany i przewrócił szafę. Pani tam mieszka, pani wie, jak to bywa pod tym adresem.
– Nie wiem, jak bywa. – Powiedziała to za głośno i sama się zlękła własnego głosu na klatce. Ściszyła. – Mówię panu, co słyszałam dzisiaj. Nie wczoraj, nie kiedyś. Dzisiaj.
– A jest pani sama w domu?
Tego pytania się nie spodziewała. Stała boso na linoleum, w rajstopach z poprzedniego dnia, i nagle zrobiło jej się zimno w stopy. Za drzwiami była pusta klatka, a każdy jej oddech niósł się po niej za daleko. Cofnęła się o krok, kabel napiął się i pociągnął taboret. Lustro nad telefonem było stare, z plamą u dołu, gdzie srebro zeszło; widziała w nim własny zarys i za sobą ciemną plamę drzwi. Przełożyła słuchawkę do drugiej ręki, bo ta pierwsza zaczęła się pocić.
– Niech pan po prostu kogoś przyśle – powtórzyła, ciszej, prawie szeptem. – Spiszę się, podam wszystko, tylko niech najpierw ktoś tu przyjedzie i wejdzie na górę. Pięć minut. Wy macie radiowóz gdzieś niedaleko, prawda? Zawsze stoi przy tej budce.
– Zanotuję zgłoszenie. – Coś zaszeleściło, papier albo nic. – Jak będzie wolny patrol, to ktoś podjedzie i się rozejrzy. Tylko niech pani nie otwiera nikomu i nie wychodzi na klatkę, dobrze? Dla własnego spokoju.
– Kiedy podjedzie?
– Jak będzie wolny.
Chciała zapytać jeszcze raz o ten sam adres, upewnić się, że dobrze go zapisał, że nie pomylił numeru, że wie o oficynie i o bramie na zamku. Otworzyła usta. W tej samej chwili z góry zeszło jeszcze raz, bardzo cicho, jeden miękki dźwięk, jakby ktoś usiadł na schodach albo zsunął się po ścianie, i nic więcej.
– Halo? – powiedział głos w słuchawce. – Jest tam pani?
Odsunęła słuchawkę od ucha. Patrzyła na drzwi, na cień poręczy, który leżał na ich dolnej połowie i nie ruszał się. Z drugiej strony, mała i blaszana, dalej szła mowa: czy pani jeszcze jest, proszę podać nazwisko, halo.
Odłożyła słuchawkę na widełki. Nie trzasnęła, położyła ją ostrożnie, jakby to miało znaczenie, żeby było cicho. Sygnał urwał się w pół.
W przedpokoju został szum w uszach, jej własny oddech i taboret przesunięty o parę centymetrów od ściany. Klucz leżał na stole w kuchni tam, gdzie go zostawiła. Żarówka przy zakręcie buczała cicho.
Stała przy aparacie jeszcze chwilę, z dłonią na widełkach, jakby miała podnieść je znowu. Potem przekręciła klucz w drzwiach, najpierw raz, potem na drugi spust, sprawdziła klamkę, sprawdziła jeszcze raz. Cień poręczy nie drgnął. Na górze już nic nie schodziło.
Kawa z automatu wyszła do połowy kubka i przestała. Lena postukała w obudowę, najpierw delikatnie, potem otwartą dłonią z boku, tam, gdzie naklejka informowała, że urządzenie jest własnością firmy zewnętrznej i że w razie usterki należy dzwonić pod numer, którego ktoś dawno zamazał długopisem. Maszyna mruknęła, puściła jeszcze trochę i zgasła. Kubek był ciepły od spodu, prawie pusty u góry. Wzięła go i tak.
Korytarz w podziemiu komendy ciągnął się od schodów do drzwi z napisem „Magazyn C", a wzdłuż jednej ściany szły rury w bandażach z szarej taśmy, niskie tak, że wyższy człowiek musiałby się schylać. Lena nie musiała. Szła z kubkiem w jednej ręce i z teczką pod pachą, mijając kraty boksów, w których stały regały z pudłami, i czuła ten zapach, który tu był zawsze: kurz, zimny beton, coś słodkawego od starego papieru i odrobina spalenizny z grzejnika, który ktoś trzymał za blisko regału. Światło dawały świetlówki co kilka metrów, część migała, jedna nie świeciła wcale. Pod nią beton był ciemniejszy, jakby ktoś coś tu kiedyś rozlał i nie domył.
Drzwi magazynu były uchylone. Pchnęła je biodrem.
Sobczak siedział przy stole zestawionym z dwóch biurek, w kurtce, bo na dole nigdy nie było ciepło, i przekładał płyty z jednego pudła do drugiego. Robił to powoli, ze spisem przy łokciu, i nie podniósł głowy, kiedy weszła.
– Pani komisarz – powiedział do pudła. – Pani kawa znowu nie działa?
– Pani kawa działa wybiórczo.
Postawiła kubek na wolnym skrawku stołu, między klawiaturą a stertą kopert z opisem wyblakłym do szarości. Zdjęła płaszcz, rozejrzała się, gdzie go powiesić, nie znalazła nic poza grzejnikiem i oparciem krzesła, i przewiesiła go przez oparcie. Krzesło zaskrzypiało, kiedy usiadła. Wszystko tu skrzypiało albo się kiwało; biurka były zbite z różnych kompletów, jedno wyższe od drugiego, i pod krótszą nogę Sobczak podłożył złożony druk, żeby się nie chybotało.
Na ekranie przed nią migotał wykaz. Kolumny: sygnatura, opis nośnika, kategoria, uwagi. Połowa pól w uwagach była pusta albo miała wpis „brak opisu". Lena przesunęła kółkiem myszy w dół, lista jechała i jechała, a końca nie było widać.
To była jej robota od sześciu tygodni. Nadzór nad projektem, tak to nazwano w piśmie, które dostała w październiku i które przeczytała dwa razy, żeby się upewnić, że nie ma w nim słowa „nadzór" w cudzysłowie. Nadzór nad digitalizacją zasobów archiwalnych w zakresie nośników audio i mieszanych. Brzmiało jak coś, co robi się przed odejściem albo zamiast czegoś. Naczelniczka powiedziała wtedy, że to ważne, że ktoś musi to ogarnąć z głową, że przecież Lena lubi, jak jest porządek. Lena nie lubiła cudzego porządku bardziej niż reszta wydziału, ale nie powiedziała tego. Powiedziała „dobrze" i zeszła do piwnicy, i od sześciu tygodni schodziła co rano.
Nie pytała już, dlaczego akurat ona. Wiedziała. Wszyscy w wydziale wiedzieli i nikt nie mówił tego wprost, bo nie było tego w żadnym piśmie. Była sprawa wiosną, której nie odpuściła, kiedy kazano odpuścić, i była rozmowa, po której naczelniczka przez tydzień nie patrzyła jej w oczy na korytarzu. Potem przyszło pismo o nośnikach. Tyle. Nie wypominali jej tego głośno; po prostu jej teczki przestały lądować na biurku, a zaczęły lądować takie wykazy.
– Ile mamy tych płyt na dziś? – spytała.
Sobczak odsunął pudło i policzył palcem po spisie.
– Z tej partii czterdzieści dwie. Plus to – pokazał brodą na drugą stertę. – To jeszcze nie wiem, co jest. Przyjechało z komisariatu na Bałutach przy okazji, jak zwijali tamten magazyn. Wrzucili do jednego pudła kasety, płyty, jakieś dyski, jeden taki – sięgnął, wyjął coś płaskiego, czarnego, w plastikowym pudełku bez podpisu – jeden taki w ogóle nie wiem. Opisu zero.
Wzięła to od niego. Pudełko było zarysowane, etykieta odeszła, został po niej prostokąt mniej zakurzony niż reszta i ślad po kleju. W środku coś, czego nie umiała od razu nazwać; nie płyta, nie kaseta z jej dzieciństwa, coś pośredniego, z epoki, której nie pamiętała dobrze, bo wtedy nie była jeszcze w policji.
– Skąd to dokładnie?
– No mówię, z Bałut. Likwidowali pomieszczenie, wszystko, co miało jechać do brakowania albo do nas, jechało do nas, bo nie było komu posegregować na miejscu. – Sobczak wzruszył ramionami i wrócił do swojego pudła. – Część kat. B i tak pójdzie do zniszczenia, jak komisja przejedzie. Ale póki nie ma opisu, to nie wiadomo, co jest A, co B, co w ogóle nasze. Więc się skanuje, wpisuje i odkłada.
Odłożyła czarne pudełko na bok, na skraj biurka, gdzie leżały już trzy inne bez opisu, i nie myślała o nim więcej. Było jednym z wielu. Przez sześć tygodni nauczyła się brać nośnik, wpisywać i odkładać, jednym ruchem, bez zatrzymywania się na żadnym z osobna; inaczej dzień rozłaziłby się na nic.
Kawa wystygła, zanim do niej wróciła. Ciepła była niedobra, więc wypiła ją zimną. Odstawiła kubek na akta i został po nim mokry pierścień; przesunęła go o centymetr, jakby to coś naprawiało.
Robota szła rytmem, który już znała. Bierze się nośnik, sprawdza sygnaturę na obudowie, jeśli jest. Szuka jej w wykazie. Jeśli się zgadza, wpisuje się, co widać, i odkłada na regał z gotowymi. Jeśli się nie zgadza albo nie ma sygnatury, robi się osobny zapis: kategoria nieustalona, opis brak, do weryfikacji. Większość szła do tej drugiej kupki. Sygnatury bywały naklejane, wydrapane, napisane na taśmie klejącej, która już odeszła; numery z różnych systemów, z różnych lat, część w ogóle niepasująca do wykazu, który miała na ekranie.
– Maszyna do przegrywania kaset działa? – spytała po jakimś czasie, nie podnosząc głowy znad klawiatury.
– Działa, jak się ją podgrzeje. – Sobczak nie zażartował; powiedział to rzeczowo, jak mówi się o czymś, co naprawdę trzeba podgrzać. – Stoi za regałem, na wózku. Tylko że do tego – wskazał ręką ich oba pudła, kasety, płyty, czarne pudełka – do tego trzeba różnych rzeczy. Każdy nośnik chce swojego. A połowa sprzętu, co go czyta, już nie istnieje albo stoi gdzieś w komisariacie i nikt nie wie, czy działa.
– To co robicie z tym, czego nie ma czym odczytać?
– Wpisuję „nośnik bez możliwości odczytu na posiadanym sprzęcie" i odkładam. – Spojrzał na nią pierwszy raz dłużej, znad okularów, które nosił zsunięte na czubek nosa. – Pani komisarz, ja nie jestem od ratowania zawartości. Ja jestem od tego, żeby na koniec roku zgadzała się liczba pozycji i żeby nikt nie zniszczył czegoś, czego nie wolno. To są dwie różne roboty. Ja robię tę jedną.
Nie odpowiedziała. W swoim wąskim wycinku miał rację i wiedział, że ma. Lena też kiedyś nie znosiła, gdy ktoś z zewnątrz robił jej więcej roboty z czegoś, co miało być po prostu policzone. Teraz siedziała w cudzej piwnicy, przy cudzym spisie, i to ona była tym kimś z boku.
Postukała paznokciem w blat. Na ekranie czekał następny pusty wiersz.
W pudle z Bałut na samym spodzie leżała kartka, złożona na czworo, zżółkła. Wygładziła ją na biurku. Był to spis zawartości, odręczny, długopisem, z nagłówkiem komisariatu i z listą pozycji, których nikt nie skreślił przy pakowaniu. Lena policzyła wiersze, potem policzyła to, co naprawdę leżało w pudle. Nie zgadzało się. Na liście było dwadzieścia jeden pozycji, w pudle siedemnaście, a do tego dwie kasety, których na liście nie było wcale, i to czarne pudełko bez podpisu, też spoza spisu.
– Sobczak, ten karton z Bałut ma swój spis. – Pokazała mu kartkę. – I się nie zgadza. Brakuje czterech rzeczy, a są dwie, których tu nie wpisali.
Sobczak nawet nie wziął kartki do ręki. Zerknął i wrócił do swojego.
– No i co ja na to poradzę. – Wzruszył ramieniem. – Pakowali w pośpiechu, przy zwijaniu magazynu. Ktoś dosypał z drugiego pudła, ktoś coś wyjął, bo akurat tego szukał, i nie odhaczył. Tak to zawsze wygląda. Pani myśli, że ja mam tu dochodzić, gdzie się podziały cztery kasety sprzed nie wiadomo ilu lat?
– Wpisuję rozbieżność do uwag czy nie?
– Pani wpisze, że stan faktyczny niezgodny ze spisem przy przejęciu, i tyle pani z tym zrobi. Bo dalej to już jest pytanie do tych, co pakowali, a tych połowa jest na emeryturze albo na innym komisariacie. – Powiedział to bez goryczy, jak coś oczywistego. – Te, których brakuje, pewnie poszły do brakowania osobno, jak kat. B, jeszcze tam, na miejscu. Albo leżą w innym kartonie. Albo ich nigdy nie było, a ktoś wpisał z głowy, żeby się lista zgadzała.
Lena dopisała w polu uwag to, co kazał, słowo w słowo, bo akurat w tym miał rację i nie było sensu się stawiać. Ale kartkę zostawiła na wierzchu, pod kubkiem, żeby się nie zgubiła. Cztery brakujące pozycje na liście pozostały bez odpowiednika, cztery wiersze, które do niczego nie prowadziły. Wodziła po nich palcem, od jednego do drugiego i z powrotem, jakby ich kolejność miała coś znaczyć; nie znaczyła. Odsunęła kartkę i wróciła do liczenia tego, co miała.
Wstała, żeby rozprostować plecy. Krzesło znów skrzypnęło. Podeszła do regału z gotowymi, przeciągnęła palcem po grzbietach pudełek, równo poukładanych, każde z białą naklejką i sygnaturą wypisaną drukowanym pismem Sobczaka. To była jedyna część tego pomieszczenia, która wyglądała na skończoną. Reszta była rozkopana: pudła na podłodze, koperty rozsypane, jedna kaseta bez obudowy leżała na parapecie wewnętrznego okienka, które wychodziło na drugi, jeszcze ciemniejszy boks.
Za oknem na poziomie ulicy, tam wysoko, gdzie szyba w ramie była zakratowana i brudna, robiło się już szaro, choć dochodziło dopiero południe. Listopadowe popołudnia w Łodzi ciemniały szybko; rano schodziła pod ziemię po ciemku i po ciemku z niej wychodziła. Tu, w piwnicy, w ogóle nie było okna z prawdziwego zdarzenia, tylko ta szczelina pod sufitem i świetlówki, więc i tak nie wiedziała, czy na zewnątrz pada.
– Lasocka schodziła? – spytała.
– Nie. Dzwonili z sekretariatu, czy projekt idzie zgodnie z harmonogramem. Powiedziałem, że idzie. – Sobczak zapisał coś w spisie. – Bo idzie. Z grubsza.
– Z grubsza.
– No idzie. Pani komisarz, jak się ma policzyć trzy tysiące pozycji, z których połowa nie ma opisu, to „z grubsza" to jest najlepsze, co można powiedzieć uczciwie. Reszta to ściema dla harmonogramu.
To było najbliżej żartu, jak Sobczak dochodził, i Lena uznała, że na ten poranek wystarczy. Wróciła do stołu, usiadła, przysunęła klawiaturę. Czekał na nią rząd niezamkniętych wierszy, każdy z migającym kursorem w polu „uwagi", i ten widok był jej teraz bliższy niż jakiekolwiek akta z prawdziwą sprawą. Można było się na to złościć albo można było po prostu wpisywać. Wpisywała.
Przy kolejnym pudle natrafiła na płytę z odręcznym dopiskiem na środku, flamastrem, rok i jakieś litery, rozmazane od tego, że ktoś dotykał ich palcem, zanim wysechł tusz. Włożyła ją do czytnika podłączonego do służbowego komputera. Napęd zamruczał, pokręcił, zatrzymał się, pokręcił znowu. Pojawiło się okienko z pytaniem, czy sformatować, bo nośnik jest nieczytelny. Kliknęła „nie", wyjęła płytę, wpisała w uwagach: nośnik uszkodzony lub nieczytelny, do weryfikacji na innym sprzęcie. Odłożyła ją na kupkę przegranych, gdzie leżała już większość tego, czego nie miała czym odczytać.
– Ten wózek z magnetofonem – powiedziała. – Da się go podciągnąć tutaj, do prądu?
– Da się. Tylko pani komisarz po co? To i tak nie pani działka, te kasety. – Sobczak nie patrzył na nią, ale ton mu się zmienił, ostrożniejszy, jak u kogoś, kto wyczuwa dodatkową robotę nadchodzącą z boku. – Mamy je policzyć, nie odsłuchiwać. Odsłuchiwanie to godziny. A godzin nikt nam nie da.
– Policzymy szybciej, jak będę wiedziała, co liczę. – Sięgnęła po czarne, zarysowane pudełko, które wcześniej odłożyła na skraj, to bez podpisu, z prostokątem po etykiecie. Obróciła je w palcach. Plastik był zimny i lekko tłusty, jak wszystko, czego dotykało się w tej piwnicy. – Część z tego nie wpiszę uczciwie, póki nie usłyszę, czy w ogóle coś tam jest, czy szum.
– Pani wpisze „nieustalone" i będzie uczciwie.
– Będzie wygodnie.
Sobczak nie odpowiedział, tylko westchnął przez nos i wrócił do swojego pudła, dając jej do zrozumienia, że jeśli chce robić sobie więcej roboty, to jej sprawa, byle nie jego. Wstał jednak, obszedł regał i przyciągnął wózek; kółko z przodu zacinało się i ciągnęło w bok, więc szło to z szarpnięciem. Magnetofon na wózku był ciężki, kanciasty, z tych, które pamiętały inne dekady, z metalowymi klawiszami i naklejką inwentarzową na boku. Sobczak wpiął wtyczkę do przedłużacza, sprawdził, czy się zaświeci, i zaświeciło się; jedna czerwona dioda, słaba.
– Działa – powiedział. – Tylko głowice brudne, więc będzie szumieć. I nie wiem, czy to w ogóle czyta to, co pani ma.
– Zobaczymy.
Odłożyła czarne pudełko z powrotem na stół, bo to nie była kaseta i nie pasowało do magnetofonu, a sięgnęła do pierwszego z brzegu pudła z Bałut, gdzie kasety leżały luzem, jedna na drugiej, część bez obudów. Wyjęła pierwszą lepszą. Była szara, z papierową wkładką wyblakłą tak, że nie dało się odczytać, co kiedyś na niej napisano; został tylko cień liter i jedna cyfra, może rok, może numer, nie wiadomo. Obejrzała taśmę pod światło świetlówki, sprawdziła, czy nie jest zerwana, czy szpule się obracają. Obracały się.
Sobczak patrzył na to z miną człowieka, który już widzi, że dzień mu się wydłużył.
Lena otworzyła klapę magnetofonu. Zawias chrupnął, sucho, jakby się go dawno nie ruszało. Włożyła kasetę, dosunęła do oporu, zamknęła klapę. Przez moment jej palce zostały na obudowie, czując pod opuszkami chropowatość naklejki inwentarzowej i to ciepło, które urządzenie zdążyło już oddać do ręki. Za zakratowanym oknem pod sufitem przejechał samochód i zgasł; w piwnicy było słychać tylko buczenie świetlówki i to, jak grzejnik strzelił raz, prostując się od ciepła.
Przysunęła krzesło bliżej. Położyła palec na klawiszu odtwarzania, metalowym, oporowym, takim, który trzeba było docisnąć mocniej, niż się człowiek spodziewał. Docisnęła.
Klawisz zaskoczył z metalicznym stuknięciem i szpule ruszyły. Najpierw nie było nic, tylko szum, gruby i równy, jakby ktoś przykrył głośnik dłonią i pocierał nim po stole. Lena czekała, z palcem jeszcze na obudowie. Taśma szła, licznik obracał się skokami, a z głośnika leciał ten sam jednostajny syk, w którym co chwilę coś trzaskało, jak iskra w starym przewodzie.
– No i szumi – powiedział Sobczak, nie odrywając się od swojego pudła. – Mówiłem.
Nie odpowiedziała. Pochyliła się bliżej, tak że twarz miała prawie nad kratką głośnika, i wsłuchiwała się w to, co było pod szumem. Bo coś tam było. Nie melodia, nie słowa, na razie tylko rytm, który nie należał do taśmy: jakby pod jednostajnym sykiem ktoś oddychał, daleko, za ścianą zbudowaną z samego trzasku. Przewinęła kawałek do przodu, na ślepo, dociskając drugi metalowy klawisz. Taśma pisnęła wysoko, zwinęła się, stanęła. Cofnęła. Znów szum, znów to coś pod spodem.
Potem, nagle, w środku trzasku – głos.
Tak słaby, że przez moment nie była pewna, czy go słyszy, czy sobie dopowiada. Kobiecy. Jedno zdanie, urwane na początku i na końcu, przykryte sykiem tak, że z całości został kontur: parę sylab miękkich, jedna twarda, i to charakterystyczne podniesienie pod koniec, które jest w prośbie, nie w stwierdzeniu. Reszta utonęła. Lena cofnęła taśmę o kawałek i puściła jeszcze raz. Głos wrócił w tym samym miejscu, równie cienki, równie obcięty, i nadal nie dało się z niego wyjąć ani jednego pełnego słowa.
– Tu coś mówią – powiedziała.
Sobczak podniósł głowę znad pudła. Słuchał chwilę, z miną kogoś, kto robi grzeczność.
– Mówią albo radio z drugiego pokoju. – Wrócił do płyt. – Na tych starych taśmach wszystko mówi. Głowice brudne, to się nakłada jedno na drugie. Pani komisarz puści to dziesięć razy i za dziesiątym usłyszy, co pani chce usłyszeć.
Może i miał rację. Lena przewinęła do początku, zanotowała w głowie położenie licznika, i puściła od nowa. Tym razem słuchała inaczej: nie szukając słów, tylko ucząc się szumu, żeby wiedzieć, gdzie się urywa, a gdzie pod nim coś jest. Po kilkunastu sekundach syk się zmieniał, robił się płytszy, jakby źródło dźwięku zbliżyło się do mikrofonu, i właśnie w tej płytszej części wracał głos. Dwa razy. Raz dłużej, raz krócej. Między nimi była przerwa, w której coś stukało równo, miarowo, daleko. Ten stukot nie zmieniał się tak jak głos; szedł przez całą scenę jednakowo, jakby należał do miejsca, nie do rozmowy.
Sięgnęła po długopis i odwróconą kopertę, jedną z tych z wyblakłym opisem, i zaczęła pisać to, co rozumiała. Wyszło niewiele. „Kobieta. Prosi (?). Coś – teraz?". Przy drugim wejściu głosu dopisała znak zapytania i nic więcej, bo nie miała czego. Spojrzała na to, co zapisała, i było tego mniej niż na karteczce z listą zakupów.
Przewinęła do tego płytszego miejsca raz jeszcze. Przyłożyła ucho prawie do kratki, zasłaniając drugie dłonią, żeby buczenie świetlówki nie właziło w taśmę. Tym razem z głosu wyszła jedna rzecz, której była pewna: słowo, które kończyło się twardo, „–trol". Patrol. Reszta zdania rozsypała się wokół tego jednego ogona, ale ten ogon był. Cofnęła i sprawdziła. „Patrol", a przed nim coś, co mogło być „przysłać" albo „przyślijcie", zlepione, połknięte na początku.
– Sobczak. – Nie podniosła głosu, ale coś w nim się zmieniło i archiwista to usłyszał, bo tym razem odłożył płytę. – Chodź tu na chwilę.
Podszedł niechętnie, wycierając palce o kurtkę. Lena cofnęła taśmę, podniosła rękę, żeby był cicho, i puściła. Szum, trzask, ten płytszy fragment, głos. Sobczak stał z głową przekrzywioną, wbity wzrokiem w podłogę, cały zamieniony w słuch.
– No, coś tam jest – przyznał po chwili. – Baba.
– Co mówi?
– Skąd ja mam wiedzieć. – Wzruszył ramionami, ale nie odszedł od razu. – Coś o patrolu? Może. Albo „kontrolę", albo nazwisko jakieś. Pani komisarz, na tym sprzęcie to się nie rozsądzi. Głowice trzeba wyczyścić, a i tak połowa zostanie w szumie.
– A da się to przegrać na komputer? Tak, żeby zobaczyć obraz dźwięku, ten wykres.
– Da się wpiąć przez wyjście, jak znajdę kabel. – Spojrzał na magnetofon, na jego tylną ściankę, gdzie były gniazda z innej epoki, okrągłe, opisane symbolami, których już się nie używało. – Tylko że wykres pani pokaże, gdzie jest głośniej, a gdzie ciszej. Słów panią z wykresu nie wyczyta.
Wiedziała to. Mimo wszystko chciała to mieć przegrane, w pliku, w czymś, co nie zależy od tego, czy stara taśma wytrzyma jeszcze jedno przewinięcie. Taśma była fizyczna i krucha; już teraz przy zatrzymaniu wychodziła z prowadnic i trzeba ją było wpychać palcem. Za każdym razem przy klawiszu coś chrzęściło inaczej niż poprzednio. Tu, na dole, nauczyła się szybko, że jak się czegoś chce z takiej taśmy, to zgrywa się ją od razu, póki jeszcze jest co zgrywać.
Sobczak poszedł szukać kabla, marudząc pod nosem, że to nie jego działka i że z takim wyjściem to się skończy na przejściówce, której nikt tu nie ma. Lena została sama z magnetofonem. Puściła jeszcze raz, ciszej, samej sobie. Głos kobiety wszedł i wyszedł, dwa razy, i za drugim razem usłyszała w nim coś, czego wcześniej nie złapała: nie tylko prośbę, ale i to, że kobieta przerywa sama sobie, zaczyna i nie kończy, jakby nasłuchiwała czegoś w tej samej chwili, gdy mówi. Pod jej głosem ciągle stukała ta równa rzecz. Zegar, kapanie, maszyna, krok na piętrze – nie dało się ich rozdzielić.
Zapisała na kopercie jeszcze jedno: „patrol – przysłać (?)". I niżej, po namyśle: „w tle stuka – co?". Potem przekreśliła „co" i zostawiła samo „stuka", bo pytanie i tak nie miało na razie sensu.
Spojrzała na samą kasetę. Wyjęła ją, żeby raz jeszcze obejrzeć papierową wkładkę. Cień liter, jedna cyfra, może rok. Przyłożyła ją pod świetlówkę i obracała tak i siak; gdyby to był rok, to dwie pierwsze cyfry zlewały się w plamę, a ostatnia mogła być zerem albo szóstką, albo niczym, śladem po czymś, co kiedyś tam stało. Nie było sygnatury. Nie było żadnego numeru, który dałoby się znaleźć w wykazie na ekranie. Sama taśma niczego o sobie nie mówiła; była tylko szara, lekka i taka jak setka innych w tym pudle.
Sięgnęła po listę spod kubka, wyciągnęła ją, wygładziła ponownie. Spis z Bałut, ten odręczny, niezgodny. Dwie kasety nadprogramowe, których na liście nie wpisano. Ta szara, którą trzymała w ręku, mogła być jedną z nich, albo jedną z tych dwudziestu jeden, które na liście były, albo żadną. Nie dało się rozstrzygnąć. Pozycje na kartce miały krótkie opisy, dwa, trzy słowa każdy, pismem tego samego człowieka: „taśma – dyżur", „taśma – szkolenie", „płyta – fotografie", i tak dalej, suche, robocze. Żadna z linijek nie pasowała do tego, co właśnie usłyszała, bo żadna nie mówiła nic o kobiecie, o prośbie, o niczym. A jednak jej palec zatrzymał się przy jednej, przy „taśma – dyżur", przycisnął papier i nie ruszał dalej, choć następna linijka czekała tuż pod nim.
Odłożyła kartkę. To było za szybkie skojarzenie, ten rodzaj, którego nie ufała u innych, więc nie zamierzała ufać go u siebie. „Dyżur" mogło znaczyć wszystko. Rejestrator z dyżurki nagrywał, owszem, ale nagrywał godzinami pustkę, sprawdzenia łączności, kogoś, kto pyta o wolne miejsce w izbie. To, że na taśmie jest głos kobiety mówiącej o patrolu, równie dobrze pasowało do ćwiczeń, do szkolenia, do nagranej dla żartu scenki. Niczego nie wykluczała i niczego nie zakładała; tak była nauczona i tak jej zostało, nawet tu, gdzie nie miała czego prowadzić.
Sobczak wrócił z plątaniną kabli i jedną przejściówką, która, jak przewidział, nie pasowała. Mocował się z tym przy tylnej ściance magnetofonu, klnąc cicho, a potem znalazł inną drogę, przez jakieś gniazdo z przodu, którego Lena wcześniej nie zauważyła, i wpiął to do swojego laptopa stojącego na drugim biurku.
– Spróbujemy tak – powiedział. – Tylko panią uprzedzam, że jak to weszło z szumem na taśmę, to z szumem wejdzie do pliku. Komputer nie wyczyści tego, czego nie ma.
– Wiem. Mam je mieć w pliku, a nie czyste.
Uruchomił program, którego okno wypełniła pusta linia. Lena cofnęła taśmę do początku. Sobczak kliknął nagrywanie i skinął głową; nacisnęła odtwarzanie. Na ekranie linia ożyła, zaczęła falować, gęsto, drobno: szum dawał równe, niskie pasmo, a tam, gdzie wcześniej słyszała głos, fala podskakiwała wyżej, w dwóch miejscach, dokładnie tak, jak zapamiętała. Patrzyli oboje, jak to się rysuje, w milczeniu, przy buczeniu świetlówki. Taśma doszła do końca tego, co na niej było – bo dalej był już tylko czysty syk, bez głosu, bez stukotu, jak gdyby nagranie urwało się albo po prostu skończyło tam, gdzie ktoś przestał nagrywać to, co chciał lub musiał.
Sobczak zatrzymał plik. Zostawił go na pulpicie pod nazwą, którą nadał automat, ciągiem cyfr i godziną zgrania.
– Tylko go pani jakoś nazwij, bo za tydzień nie będzie pani wiedziała, co to jest – powiedział, już zbierając się do swojego pudła. – I niech pani wpisze w wykazie, że nieopisana, kat. nieustalona, bo to jest cała prawda, jaką mamy.
Lena nie nazwała pliku od razu. Przesunęła suwakiem po wykresie, do pierwszego z dwóch wzniesień, i kliknęła w nie. Z głośników laptopa głos wyszedł trochę inaczej niż z magnetofonu, ostrzej, z większym sykiem, ale i z czymś, czego wcześniej nie złapała w gęstym basie taśmy: w środku zdania kobieta zrobiła wdech, krótki, urwany, taki, jaki się robi, kiedy się nasłuchuje, i zaraz po nim weszło to twarde „–trol". A na samym końcu drugiego fragmentu, już prawie w szumie, było jeszcze coś. Nie słowo. Dźwięk, który mógł być początkiem nazwy, jednej sylaby, ściętej w pół przez urwanie nagrania albo przez to, że kobieta sama się rozmyśliła. Zostało z tego pół samogłoski i nic, na czym dałoby się oprzeć.
Puściła to jeszcze dwa razy. Dźwięk za każdym razem był ten sam i mówił dokładnie tyle samo, czyli prawie nic. Kobieta. Prosi o patrol. Coś dzieje się teraz. W tle stuka. Koniec. Wszystko inne – gdzie, kiedy, kto, do kogo, czy ktoś przyjechał – leżało poza krawędzią taśmy, w szumie albo w tym, czego po prostu nie nagrano.
Otworzyła wykaz na służbowym komputerze, znalazła pusty wiersz. W polu sygnatury wpisała: brak. W opisie nośnika: kaseta magnetofonowa, szara, wkładka nieczytelna, prawdopodobnie z partii z komisariatu na Bałutach. W kategorii: nieustalona. Kursor stanął w polu uwag i migał. Lena patrzyła na niego, jak gaśnie i wraca, gaśnie i wraca, i nie kładła palca na klawiaturze.
Potem otworzyła drugie okno i przejrzała to, co miała pod ręką: wykaz z Bałut na ekranie, odręczny spis na biurku, własne dwie koperty z bazgrołami. Szukała czegokolwiek, co dopinałoby ten dźwięk do jakiejś sprawy, jakiegoś numeru, jakiejś daty. Nie było. Ani jednej linijki, która mówiłaby, że kiedyś, gdzieś, ktoś przyjął to zgłoszenie, zapisał je, posłał patrol albo nie posłał. Taśma leżała na stole, głos siedział w pliku, a wokół nich nie było żadnej karty, żadnej notatki, żadnej daty, żadnego nazwiska – nic, do czego można by to dopiąć.
W polu uwag dopisała: „nagranie – kobieta prosi o patrol, w tle stuk; bez metadanych; brak powiązania z jakąkolwiek sprawą w dostępnych materiałach". Przeczytała to. Skreśliła „prosi o patrol" i zostawiła „głos kobiecy (treść częściowo nieczytelna)", bo „prosi o patrol" było już interpretacją, a ona miała tylko ogon słowa i własne ucho. Zapisała wiersz.
Wróciła do pliku na laptopie Sobczaka. Skasowała ciąg cyfr i wpisała coś, żeby go odnaleźć: datę dzisiejszą i jedno słowo, „kaseta-szara". Tyle umiała o tym powiedzieć uczciwie. Kliknęła zapis. Ikonka pliku usiadła na pulpicie między dwiema innymi, z takimi samymi datami zamiast nazw.
Szara kaseta leżała na stole, wysunięta do połowy z magnetofonu. Lena wepchnęła ją z powrotem palcem i dosunęła klapę. Sobczak liczył dalej swoje płyty, jedna na drugą, ze spisem przy łokciu.
Lena odsunęła krzesło, wzięła obie zapisane koperty i włożyła je do teczki. Kasetę zostawiła w magnetofonie. Przed wyjściem jeszcze raz spojrzała na wykaz z Bałut, na cztery puste wiersze bez odpowiednika, i na odręczny spis z linijką „taśma – dyżur", przy której wcześniej zatrzymał się jej palec. Nie dopisała przy niej niczego. Tylko przesunęła kartkę tak, żeby leżała na wierzchu, gdzie ją widać.
Radiowóz stał z włączonym silnikiem przed bramą, bo Karol Mrózek nie chciał, żeby znowu mu zgasł. Auto miało swoje humory od listopada, odpalało za trzecim razem albo wcale, a on nie zamierzał tłumaczyć dyżurnemu, dlaczego patrol utknął na Bałutach z martwą baterią. Wycieraczki zostawił na jednym takcie. Szyba i tak zachodziła mżawką szybciej, niż dało się ją zetrzeć.
Obok, na fotelu pasażera, sierżant Edyta Lont kończyła czytać zgłoszenie z tabletu. Czytała wolno, poruszając wargami, jak ktoś, kto nie ufa temu, co przeczytał za pierwszym razem.
– Szkoła dzwoniła o wpół do dziewiątej – powiedziała. – Dyrektorka. Nauczycielka nie przyszła od poniedziałku, nie odbiera, dziś miała radę pedagogiczną i nie ma jej na radzie. Wcześniej nigdy się tak nie zachowywała. Krynicka Marta, rocznik osiemdziesiąty.
– Wpół do dziewiątej. – Mrózek spojrzał na zegar na desce. Dochodziła jedenasta. – Czyli siedzimy w tym od dwóch godzin razem z poprzednim patrolem.
– Poprzedni patrol pukał i pojechał. Nikt nie otworzył, nikt z sąsiadów nie wiedział nic konkretnego, sąsiadka z parteru powiedziała, że pani „chyba wyjechała". Dyżurny chciał zamknąć jako nieobecność. Dyrektorka zadzwoniła drugi raz, że to nie w jej stylu, i kazali wracać.
Mrózek zgasił silnik mimo wszystko, bo paliwo też było jego problemem do końca zmiany. Auto szarpnęło i ucichło. Przez chwilę słyszeli tylko deszcz na dachu i własny oddech, który parował na zimnej szybie.
Kamienica wyglądała jak połowa ulicy: tynk schodzący płatami do gołej cegły, brama z lewej strony, framuga oklejona resztkami ogłoszeń o skupie złota i o zaginionym kocie. Brama była otwarta, ale tylko jedno skrzydło, to z furtką wyciętą niżej, tak że trzeba było wejść z pochyloną głową. Za nią ciągnęło chłodem i moczem.
Podwórko-studnia. Trzy ściany okien, czwarta głucha, z zamurowanymi otworami i wymalowanym na czerwono numerem, którego już nikt nie pamiętał. Na środku stał kontener i kilka rowerów przykutych do trzepaka. Mrózek od razu zauważył, że w głębi, gdzie podwórko zwężało się w szyję między oficyną a sąsiednim budynkiem, stoi człowiek w roboczej kurtce i pali pod daszkiem.
– Państwo do kogo? – zawołał, choć mundury widział doskonale.
– Do pani Krynickiej. Półpiętro, oficyna. – Lont sprawdziła w tablecie. – Pierwsza klatka w głębi.
Mężczyzna pokiwał głową, jakby się tego spodziewał, i zaciągnął się do końca.
Był dozorcą, a właściwie konserwatorem od wspólnoty, nazwiskiem Pęczak, i od razu zaczął tłumaczyć, że to nie jego rejon, że on tu przychodzi dwa razy w tygodniu, że klucze ma do piwnic, do węzła, do bramy, ale nie do mieszkań, bo mieszkań nie wynajmuje wspólnota, tylko właściciele, a właściciele to różni ludzie, część za granicą. Mówił szybko i nie patrzył na nich, tylko gdzieś w bok, na rynnę. Mrózek znał ten sposób mówienia z innych podwórek, u ludzi, którzy z góry odgradzają się od tego, o co za chwilę ktoś ich poprosi.
– Do tego mieszkania kto ma klucz? – przerwał mu.
– No właśnie nie wiem. Ona wynajmowała. Od pana, co kupił to na licytacji parę lat temu, ale on tu nie mieszka. Administracja zewnętrzna, firma, mają biuro na Zachodniej. Dzwonić można, tylko że dziś środa, to nie wiem, czy ktoś odbierze.
Lont już dzwoniła. Mrózek ruszył w głąb podwórka, pod ścianę oficyny, gdzie wejście prowadziło przez drewniane drzwi z górną szybką zalepioną od środka kartonem. Klatka schodowa była ciasna i kręta, schody drewniane, wytarte na środku do połysku, balustrada z prętów, z których co trzeci był dorobiony z gładszej rury. Pachniało kapustą i czymś słodkawym, starym. Pierwsze drzwi na parterze. Potem zakręt. Potem półpiętro, jedno mieszkanie, drzwi obite czarną dermą, z wizjerem i dwoma zamkami.
Zapukał. Nic. Zapukał mocniej, krawędzią pięści, tak że zadrżało okienko na klatce.
– Policja. Pani Krynicka? – Przyłożył ucho do dermy, która była zimna i lekko lepka. Z drugiej strony nie szło żadne ciepło, żaden ruch, tylko gdzieś dalej, w ścianie, szumiała rura. Pochylił się, powąchał szparę przy podłodze. Nie czuł tego, czego się bał, ale nie czuł też niczego dobrego. Powietrze stamtąd było stęchłe i nieruchome.
Lont weszła za nim, schowała telefon do kieszeni kamizelki.
– Administracja odbiera za dziesiątym sygnałem. Klucz do tego lokalu mają, ale w biurze, na Zachodniej, i pani od kluczy jest u lekarza do trzynastej. Powiedziała, żeby nie ruszać bez niej, bo to nie ich odpowiedzialność, jak coś.
– Jasne. Niczyja to nie odpowiedzialność.
Stali na półpiętrze i nasłuchiwali jeszcze chwilę, choć obaj wiedzieli, że to już nic nie da. Mrózek przejechał kciukiem po skrzynce na listy przy drzwiach, jednej z tych dawnych, metalowych, z otworem zatkanym ulotkami. Wyciągnął róg jednej z nich, przeczytał do połowy: promocja na piec gazowy, ważna do końca października. Z dołu skrzynki sterczał jeszcze brzeg czegoś sztywniejszego, awizo albo rachunek, ale nie chciał tego dotykać.
– Z poniedziałku te ulotki czy starsze? – mruknął bardziej do siebie.
– Nie wiem. – Lont wzruszyła ramionami. – Ja bym dzwoniła do dyżurnego. Mamy nieobecność od poniedziałku, dwa razy potwierdzoną, niereagowanie, zatkaną skrzynkę i zapach, którego nie umiem nazwać, ale mi się nie podoba. To już nie jest „chyba wyjechała".
Mrózek zszedł do bramy, żeby złapać zasięg i porządnie zameldować, bo na klatce telefon zwariował. Dozorca Pęczak stał tam, gdzie go zostawili, i zdążył zapalić następnego. Patrzył, jak Mrózek mówi, i przestępował z nogi na nogę, a kiedy padło słowo „straż", odwrócił się do okien, jakby sprawdzał, czy ktoś patrzy.
Dyżurny po drugiej stronie zadawał te same pytania, które Mrózek już sobie zadał. Od kiedy nieobecność. Czy ktoś z rodziny. Czy są przesłanki zagrożenia życia, bo bez przesłanek nikt drzwi nie wyważy. Mrózek powiedział, co miał: nieobecność potwierdzona przez szkołę, niereagowanie, brak kontaktu, sąsiedzi nic, skrzynka nietknięta od dni, zapach przy drzwiach. Dyżurny chwilę milczał, słychać było stukot klawiatury.
– Dobra. Ślę straż do otwarcia. Z administracją się nie patyczkujcie, jak nie ma klucza w rozsądnym czasie, to wchodzimy z PSP, decyzję bierze kierujący działaniem na miejscu. Zabezpieczcie wejście, nikogo nie wpuszczać do lokalu.
Czekanie na straż to była najgorsza część i Mrózek dobrze to znał z innych takich wezwań. Z początku wydawało się, że to potrwa kwadrans, a potem minęło czterdzieści minut i zaczął marznąć w bramie, bo z podwórka ciągnęło jak z lufy. Lont została na górze, pod drzwiami. On pilnował, żeby Pęczak nie zniknął i żeby sąsiedzi, którzy zaczęli się schodzić w oknach, nie wyszli na schody.
Jedna kobieta, starsza, w rozpiętym płaszczu narzuconym na szlafrok, zeszła jednak do połowy klatki i stanęła na zakręcie, opierając się o ścianę. Pytała, czy to o panią z półpiętra, i sama sobie odpowiadała, że przecież mówiła, że coś z nią nie tak, bo światło się paliło i paliło, a potem zgasło i już się nie zapaliło. Mrózek poprosił, żeby wróciła do siebie, że ktoś do niej przyjdzie i wszystko spisze. Kobieta nie wracała, tylko przekręcała guzik płaszcza w palcach i powtarzała o tym świetle, raz, drugi, jakby ją to uwierało bardziej niż samo wezwanie. W końcu zeszła z powrotem, ale drzwi zostawiła uchylone i było słychać, jak za nimi gada do kogoś albo do telewizora.
Wozu straży nie dało się wprowadzić w bramę, więc dwóch strażaków przyszło pieszo z podwórka, z torbą narzędzi, spokojnych i rzeczowych, jakby przyszli wymienić piec. Dowódca, krępy facet z szarą brodą, popatrzył na drzwi, na zamki, na framugę.
– Dwa zamki, derma na płycie, framuga drewniana, ale solidna. Da się otworzyć ślusarsko, ale to potrwa. Szybciej będzie po framudze. – Spojrzał na Mrózka. – Wchodzicie po nas. My otwieramy, wy decydujecie, co dalej, to wasz lokal.
– Wchodzimy.
Strażak nie pytał o nic więcej. Założył łom między framugę a skrzydło, w miejscu dolnego zamka, oparł się całym ciężarem. Drewno zaskrzypiało, potem trzasnęło sucho, raz, drugi, i framuga puściła nie przy dolnym zamku, ale przy górnym, gdzie była słabsza. Drzwi odskoczyły do środka i uderzyły o coś miękkiego, zatrzymały się w połowie. Z mieszkania wyszło powietrze cięższe niż na klatce. Zimne, bo okno musiało być uchylone, ale gęste i słodkawo-kwaśne. Pęczak, który stał o piętro niżej, cofnął się i zniknął na podwórku.
– Stop. – Strażak wystawił rękę, nie wchodząc. – Macie.
Mrózek wszedł pierwszy, bo to była jego robota, nie ich. Rękawiczki założył jeszcze na klatce; teraz przestąpił próg bokiem, żeby nie napierać na drzwi. To, co je zatrzymało, leżało za nimi, w wąskim przedpokoju: kobieta, na boku, podciągnięte kolana, jedna ręka pod policzkiem, druga wyciągnięta w stronę kuchennych drzwi, jakby się czegoś trzymała albo do czegoś sięgała w chwili, gdy upadła. Miała na sobie sweter i spodnie od dresu, jedną skarpetę. Twarz odwróconą do ściany. Skóra na odsłoniętym przedramieniu nie była taka jak skóra żywego człowieka. Wiedział od razu, że nie ma tu czego sprawdzać, ale i tak przykucnął i przyłożył dwa palce do szyi, w to jedno miejsce. Chciał móc potem powiedzieć, że to zrobił. Nic. Skóra zimna, bez tętna, sztywna w karku.
Cofnął się, żeby nie deptać. Lont stała w drzwiach, oddychała przez usta.
– Nie żyje – powiedział, choć nie musiał. – Nie ruszamy. Schodzimy, zabezpieczamy, dzwonimy.
Wyszedł na klatkę i przez chwilę musiał oprzeć się o balustradę z dorobionych prętów. Zapach trzymał się w gardle i nie chciał zejść. Lont już meldowała. Strażacy stali na półpiętrze, z dala od progu, i czekali, aż zostaną zwolnieni. Dowódca zapisywał coś w swoim notesie, pewnie godzinę wyważenia, bo ktoś go o to później zapyta, kto i kiedy podjął decyzję o wejściu.
Z dołu, z podwórka, dochodziły już głosy. Dwie kobiety i mężczyzna stali pod kontenerem i patrzyli w górę, na otwarte teraz okno oficyny. Jedna z kobiet trzymała w ręku reklamówkę z zakupami i nie odstawiała jej, tylko przekładała z ręki do ręki.
Mrózek zszedł, rozciągnął przy bramie taśmę między framugą a rynną i powiedział wszystkim, żeby nie wchodzili na klatkę, że teren jest zabezpieczony, że za chwilę przyjedzie technik i prokurator. Słowa szły z niego automatycznie, w tej samej kolejności co zawsze. Pęczak palił już chyba czwartego i zapytał, czy może iść, bo ma jeszcze węzeł na trzecim podwórku. Mrózek powiedział, że nie, że niech zostanie, że ktoś będzie chciał z nim rozmawiać.
– Ja jej prawie nie znałem – powiedział dozorca, zupełnie niepytany. – Cicha była. Korepetycje chyba dawała, bo dzieci przychodziły. Ale ja jej prawie nie znałem.
Lont została na górze, przy drzwiach, żeby nikt nie wszedł i nic nie ruszył, dopóki nie zjawi się technik kryminalistyki. Mrózek wziął na siebie podwórko i bramę. Tak dzielili każdą taką robotę i nie musieli tego ustalać.
Technik przyjechał po dwudziestu minutach, młody, w kombinezonie naciągniętym dopiero w klatce, z walizką, która stukała o każdy schodek. Za nim, osobno, podjechała na podwórko jeszcze jedna osoba, w cywilu, w ciemnym płaszczu – prokurator albo ktoś z dochodzeniówki, Mrózek nie znał z widzenia. Ten ktoś nie wszedł od razu, tylko stanął na środku podwórka, popatrzył na ślepą ścianę z czerwonym numerem, na rowery, na kontener, na okna pełne twarzy, i dopiero potem podszedł do bramy.
– Kto otwierał?
– Straż. Decyzję brał dyżurny, kierujący na miejscu potwierdził. Mamy nieobecność od poniedziałku zgłoszoną przez szkołę, dwa razy, niereagowanie, przesłankę zagrożenia życia. Pukaliśmy, dzwoniliśmy do administracji, klucz był nieosiągalny w rozsądnym czasie. – Mrózek podał to równo, bez ozdób, bo wiedział, że ta wersja pójdzie potem do papieru i że ktoś ją porówna z zegarem. – Nauczycielka, Krynicka Marta. Leży w przedpokoju, na boku. Nie ruszaliśmy.
Człowiek w płaszczu pokiwał głową, wciągnął rękawiczki i ruszył po schodach za technikiem. Mrózek został przy taśmie. Patrzył, jak na półpiętrze zapala się światło, jak za uchylonym oknem przesuwają się cienie, jak Lont schodzi wreszcie na chwilę, blada, i staje obok niego w bramie, żeby zapalić, choć nie paliła od roku.
– Mieszkanie wygląda normalnie? – zapytał.
– Normalnie. – Zaciągnęła się, skrzywiła. – Czysto nawet. Książki, zeszyty, kuchnia posprzątana. Kubek na suszarce, jeden. Wygląda, jakby ktoś wyszedł do sklepu.
Stali tak, póki na podwórko nie wjechał drugi radiowóz i ktoś nie zaczął spisywać sąsiadów. Człowiek w płaszczu zszedł na chwilę, ściągnął rękawiczki i zapytał Lont, czy mieszkanie było zamknięte od środka. Tak, na oba zamki, odpowiedziała, klucz tkwił w zamku górnym po wewnętrznej stronie, dlatego administracja i tak by nie weszła swoim. Człowiek w płaszczu pokiwał głową, zapisał to gdzieś i powiedział półgłosem, bardziej do technika niż do nich, że na razie nic nie wskazuje na obcą rękę, że to wygląda na zgon nagły, że zdecyduje prokurator po oględzinach, ale żeby nie nakręcać ludziom historii na podwórku. Potem wrócił na górę.
Mrózek wpisał do notatnika godziny: zgłoszenia, przyjazdu, wyważenia, stwierdzenia zgonu. Pisał ołówkiem, bo długopis mu zamarzł. Pani od kluczy z administracji zadzwoniła wreszcie, po pierwszej, zapytać, czy ma przyjeżdżać, skoro już otworzyli bez niej; Lont powiedziała, że niech przyjedzie i niech przywiezie dane właściciela i umowę najmu, jeśli ją mają. Z góry, przez otwarte okno, słychać było teraz cichy stukot: technik chodził po pokoju, otwierał szuflady, przekładał coś sztywnego, papier albo zeszyty. Mrózek dopisał na dole strony nazwisko dozorcy i firmy administrującej, zamknął notatnik, schował ołówek za pasek kamizelki i poszedł poprawić taśmę przy bramie, którą wiatr zsunął z rynny.
Lena otworzyła plik między dwoma innymi na pulpicie Sobczaka, bezimienną ikonę z datą i godziną zamiast nazwy. Przegrała go rano na pendrive, swój, prywatny, bo służbowego nikt jej tu nie wydał, a potem przez pół godziny mocowała się z głośnikami komputera w sali na pierwszym piętrze, której z nikim nie dzieliła, bo nikt jej tam nie sadzał. Dźwięk z głośników był gorszy niż z laptopa archiwisty. Zjechała na słuchawki, jedną sztukę, którą miała w torbie do telefonu, i słuchała na lewe ucho, z prawym wolnym na korytarz, gdzie ktoś co chwilę przechodził i pytał, czy to jej miejsce.
Głos wchodził dwa razy, tak samo jak wczoraj. Kobieta, prośba, twardy ogon „–trol", stuk w tle. Przez noc nic się nie zmieniło i nie miało jak; przewinęła fragment trzeci raz, potem czwarty, za każdym razem słysząc o sylabę więcej, niż było na taśmie. Wyłączyła odtwarzacz i otworzyła to, po co naprawdę przyszła na górę: wykaz.
Nie ten z Magazynu C, spis nośników, który robiła od sześciu tygodni. Ten drugi – rejestr zdarzeń, dziennik służby dyżurnej, wszystko, do czego miała dostęp ze swoim hasłem, a miała mniej, niż kiedyś. Jeśli ktoś kiedyś, gdziekolwiek, przyjął to zgłoszenie, to gdzieś musiał zostać po tym ślad. Wpis. Numer. Karta interwencji. Linijka w dzienniku, że o takiej a takiej godzinie dzwoniła kobieta i prosiła o patrol pod taki a taki adres. Tego szukała.
Problem był prosty i Lena znała go, zanim usiadła. Nie miała ani daty, ani adresu, ani numeru zgłoszenia. Miała głos, jedno słowo i przeczucie, że to nagranie pochodzi z czasów, kiedy człowiek dzwonił jeszcze na komendę, a nie do centrum, kiedy rozmowy zbierał lokalny rejestrator na taśmę albo na coś między taśmą a dyskiem, a papier prowadziło się ręką, w książce, którą potem chowano do segregatora, a segregator do pudła. Szukała wpisu, którego nie umiała zawęzić nawet do roku.
Zaczęła i tak. Najpierw od adresu, którego nie miała, a właściwie od tego, co z adresu zostało. Z taśmy miała kilka sylab, które brzmiały jak nazwa ulicy zlepiona w jedno, i jedną cyfrę, „cztery", którą wczoraj zapisała na kopercie ze znakiem zapytania. Cztery mogło być numerem domu, numerem mieszkania, początkiem numeru albo niczym. Wstukała w wyszukiwarkę rejestru samo „cztery" i system odpowiedział, że nie rozumie, czego od niego chce. Wstukała kilka kombinacji ulic, które brzmiały jak to, co słyszała, i dostała listę zdarzeń tak długą, że żadne nie znaczyło nic. Bójki, alarmy, hałas po nocy, otwarte okno, zgubione dziecko, pijany w klatce. Przez kilkanaście lat dzwoniono o patrol setki razy dziennie. Każda linijka miała swój adres i swoją godzinę. Żadna nie miała kobiety z taśmy.
Po godzinie Lena odsunęła się od ekranu i sięgnęła po kubek, który zniósł jej tu na górę odruch, nie pragnienie. Kawa była tak samo zła jak na dole, tylko cieplejsza o piętro. Wypiła łyk i odstawiła. Patrzyła na listę zdarzeń, na jej koniec, którego nie było widać. Porządek wymagał, żeby wiedzieć, co z czym ułożyć, a ona nie wiedziała nawet, z którego roku jest rzecz, którą trzyma.
Zeszła z powrotem do magazynu, bo na górze nie miała czego więcej zrobić, a Sobczak był na dole i Sobczak znał te systemy lepiej niż ona, choćby z lenistwa, bo całe życie pracował tam, gdzie inni przestali zaglądać.
– Jak długo trzyma się dziennik dyżurnego? – spytała od progu. – Stary, z czasów, kiedy to jeszcze szło na 997.
Sobczak nie podniósł głowy znad pudła. Zastanawiał się chwilę, jak człowiek, który zna odpowiedź, ale woli ją podać dokładnie, żeby nie musieć potem niczego cofać.
– To zależy, co to za dokument. – Odłożył płytę. – Dziennik to jedno, karta zdarzenia drugie, notatnik służbowy funkcjonariusza trzecie. Każde ma swój symbol w wykazie akt i swój okres. Część jest kat. A, leży wiecznie, idzie do archiwum państwowego. Większość roboczego to kat. B. B się trzyma tyle, ile pisze przy symbolu, a potem komisja brakuje.
– Brakuje znaczy niszczy.
– Brakuje znaczy: spisuje, że niszczy, i niszczy. – Wzruszył ramieniem. – Jak po terminie, to po terminie. Nikt nie chowa papieru ponad jego okres, bo nie ma gdzie. Pani komisarz widziała, ile tu miejsca.
Widziała. Regały szły do sufitu i sufit był nisko.
– A nagranie? Stara taśma z dyżurki, taka jak ta szara. Ile się trzyma takie coś?
Sobczak skrzywił się, jakby pytanie samo w sobie było źle postawione.
– Nagrania z dyżurki to inna bajka. Tamto szło na lokalny rejestrator, nie do żadnego centralnego systemu, bo centralnego wtedy nie było, nie tak jak teraz. Co komenda, co komisariat, to inny sprzęt, inne taśmy, inne dyski, jeden trzymał trzy miesiące i kasował na okrągło, drugi miał gdzieś pudło, które nikt nigdy nie ruszył. Dlatego pani to w ogóle znalazła. Gdyby ta taśma była opisana i wpisana, toby ją dawno wybrakowali razem z papierem. Została, bo nikt nie wiedział, że jest.
To było logiczne i zamykało jej drogę z dwóch stron naraz. Jeśli papier po tym zgłoszeniu istniał i był kat. B, to dawno go nie ma. Jeśli był kat. A, leży w archiwum państwowym pod sygnaturą, której Lena nie zna i nie wyciągnie bez daty i bez sprawy. A taśma została nie dlatego, że ktoś jej pilnował; została, bo o niej zapomniano i nikt nie wpisał jej do żadnego wykazu, z którego dałoby się ją wyjąć.
– Czyli jak ktoś dzwonił, dyżurny zanotował, patrol nie pojechał, to gdzie by to było dziś?
– Nigdzie. – Sobczak powiedział to bez ciężaru, jak rzecz oczywistą. – Albo w wybrakowanym, albo w niedopisanym. Pani komisarz, ja pani powiem inaczej. Jak dyżurny zanotował i patrol pojechał, byłaby karta interwencji. Jak zanotował i nie pojechał, byłaby linijka w dzienniku i tyle. A jak nie zanotował w ogóle, to nie ma czego szukać, bo nigdy nie powstało. I to ostatnie jest najczęstsze. Papier robi się, jak coś się dzieje. Nie jak ktoś dzwoni i odkłada słuchawkę.
Lena oparła się o regał. Zimny był przez płaszcz.
To, co mówił, składało się w wytłumaczenie, które nie wymagało ani jednej złej osoby. Nagranie zostało, bo system tamtych lat był dziurawy i lokalny. Papieru nie było, bo go wybrakowano albo źle opisano, albo nigdy nie zrobiono. Adres dawała tylko zniszczona taśma i niewyraźny głos. Dziewczyna, do której pewnie wzywała patrol, jeśli w ogóle do kogoś, mogła dawno wyjechać, umrzeć naturalnie albo nigdy nie istnieć poza tym jednym zdaniem na taśmie. Wszystko dawało się ustawić tak, że nie zostawało nic prócz pliku audio bez metadanych i komisarza, który ma za dużo czasu w piwnicy.
Tak należało to ustawić. Tak ustawiłaby to przełożona, która chce zamknąć pozycję w wykazie i przejść do następnej. Najtrudniejsze było to, że Lena umiała sobie wyobrazić tę rozmowę co do słowa. Znała ją z innych spraw i znała w niej siebie, jak się upiera przy czymś, czego nie umie nazwać. Sobczak nie kłamał i niczego przed nią nie chował. Po prostu odpowiadał na pytania, a odpowiedzi prowadziły wszystkie w jedno miejsce: że nie ma sprawy.
Była jednak rzecz, której nie umiała dopasować i która wracała, aż w końcu ją złapała. Brak papieru tłumaczył się sam, na sto sposobów. Ale ktoś tę kobietę nagrał, a nagranie zostawało tylko wtedy, gdy szło na rejestrator dyżurki, czyli gdy rozmowa naprawdę weszła na linię komendy. Ktoś po drugiej stronie podniósł słuchawkę. Ktoś tę kobietę słyszał, tak jak ona słyszała ją teraz, na lewe ucho, przez tani głośnik. Rozmowa się odbyła, a po rozmowie, której nikt nie wpisał, został tylko dźwięk na szarej taśmie.
Niczego to nie dowodziło. Mogła to być rozmowa testowa, szkoleniowa, sprawdzenie łączności, kawał na nocnej zmianie. Mogła być prawdziwa i zwyczajnie zlekceważona, bo zlekceważonych zgłoszeń są w każdym dzienniku tysiące i większość kończy się tym, że nic się nie stało. Lena wiedziała to wszystko i nadal nie umiała odłożyć kasety na regał z gotowymi, gdzie było jej miejsce.
Wzięła odwróconą kopertę, tę samą, na której wczoraj pisała w magazynie. Z drugiej strony, na czystej, wypisała sobie listę, bo lista była tym, do czego sięgała, kiedy nie wiedziała, co robić, i czego nikt jej nie mógł zabronić, dopóki pisała ją po cichu. Pisała krótko, jak Sobczak liczył płyty.
Ustalić rok nagrania – sprzęt, format, typ nośnika; może po samej taśmie da się powiedzieć epokę. Sprawdzić, jaki rejestrator miała dyżurka, z której to przyszło – Bałuty, likwidowany komisariat. Spytać, kto prowadził digitalizację tamtej partii przed nią, jeśli ktokolwiek prowadził. Wyciągnąć z wykazu akt symbol i okres dla dziennika służby dyżurnej i dla taśm z rejestratora – żeby wiedzieć, czego się trzymać, a co dawno wybrakowano. Sprawdzić, czy w ogóle istnieje protokół brakowania z tamtego komisariatu i co w nim spisano. Odczytać adres z taśmy dokładniej, niż umiała wczoraj.
Została jej jedna linijka, która nie zaczynała się od muru. Adres. Tylko adres dało się jeszcze raz przepuścić przez ucho, bez niczyjej zgody, bez wniosku, bez sprawy. Reszta wymagała papieru, którego nie było, ludzi, których nie było, i czasu, którego nikt jej nie da na rzecz, której formalnie nie prowadzi.
Sobczak skończył liczyć swoje pudło i zapisał liczbę przy łokciu, zadowolony, że się zgadza.
– Pani komisarz odpuści tę taśmę? – spytał, nie złośliwie, raczej z nudów. – Bo ja bym ją wpisał jako nieustaloną i zamknął pozycję. Komisja przejedzie, weźmie kat. B, a tę szarą zostawi, bo nie ma kategorii. I będzie leżeć dalej.
– Niech leży. – Lena złożyła kopertę i schowała do kieszeni płaszcza. – Tylko jej nie wpisuj do brakowania, dopóki nie powiem.
– Nie mam jej jak wpisać. Nie ma sygnatury. – Wzruszył ramieniem i wrócił do następnego pudła. – Sama się broni.
Lena wyszła z magazynu z kopertą w kieszeni. Na korytarzu rury w bandażach z taśmy szły wzdłuż ściany, niskie, a ona nie musiała się schylać. Pod niedziałającą świetlówką beton był ciemniejszy. Minęła go i poszła do schodów, powtarzając sobie w głowie te kilka sylab z taśmy, które brzmiały jak ulica, i tę jedną cyfrę, cztery, której nie umiała przypiąć do niczego.
Słuchawka uciskała ucho i Lena przesunęła ją wyżej, bo dolny brzeg wcinał się w chrząstkę. Plik szedł z pendrive’a, przez tani odtwarzacz na służbowym komputerze, którego nie umiała nakłonić, żeby pokazał wykres, więc miała tylko dźwięk i klawisz spacji pod palcem. Cofała o trzy sekundy, puszczała, cofała o trzy sekundy. Robiła to od pół godziny i przy którymś powtórzeniu zaczęła słyszeć słowa tam, gdzie był tylko szum, więc na chwilę zdjęła palec z klawisza.
Kobieta wchodziła, mówiła swoje, milkła. Potem to drugie wejście, krótsze, z połkniętym początkiem i twardym ogonem na końcu. Adres był gdzieś tam, w pierwszym wejściu, między prośbą a stukiem. Lena nie potrzebowała całej kobiety. Potrzebowała kilkunastu sylab, które padają, kiedy człowiek podaje miejsce: nazwa, numer, czasem dzielnica, czasem klatka. Adres przez telefon dyktuje się wolniej niż resztę, z naciskiem, bo to jedyna rzecz, którą trzeba przekazać bezbłędnie. Tyle że ta kobieta nie dyktowała wolniej. Mówiła wszystko jednym tchem, jakby się bała, że ją przerwą, i ulica wyszła z niej zlepiona, bez szwów.
Zapisała na kopercie pierwszą wersję. Brzmiało jej to jak coś na „–ńska”, długie, miękkie w środku, z „r” gdzieś przed końcówką. Łódź miała tych „–ńskich” na pęczki. Wpisała w wyszukiwarkę map trzy, które pasowały rytmem, i obejrzała każdą: jedna na Widzewie, dwie na Górnej, żadna nie brzmiała w głowie tak jak na taśmie, kiedy do niej wracała. Problem polegał na tym, że za każdym razem, gdy patrzyła na nazwę zapisaną na ekranie, a potem słuchała nagrania, ucho dopasowywało dźwięk do tego, co już widziała. Zobaczyła „Przybyszewskiego” i usłyszała „Przybyszewskiego”. Zobaczyła co innego i usłyszała co innego. Skasowała wszystkie trzy linijki z koperty i została z czystym miejscem i z gorszym samopoczuciem niż na początku.
Drugie podejście zrobiła inaczej. Zamknęła oczy, oparła się o blat i puszczała tylko ten jeden fragment, w kółko, bez patrzenia na nic, bez zapisywania, aż przestanie być słowami i zrobi się sekwencją głosek. Tak uczono ich kiedyś przy nagraniach z podsłuchu, dawno, na kursie, na który pojechała, bo ktoś inny nie chciał. Najpierw głoski, dopiero potem znaczenie. Wyszło jej coś, co zaczynało się od spółgłoski wybuchowej, „p” albo „b”, potem samogłoska, potem długa miękka część, której nie umiała rozłożyć, i na końcu „–ka” albo „–na”, ucięte stukiem. Numer, jeśli był, szedł zaraz po tym i ginął razem z oddechem kobiety. Cyfra „cztery” padała później, osobno, już w drugim wejściu, i Lena dalej nie wiedziała, czy to numer domu, czy mieszkania, czy strzęp czegoś, co tylko brzmi jak liczba.
Wstała, zaparzyła kawę z automatu na korytarzu, wróciła. Kawa była gorzka i letnia, i nie pomogła, ale przerwa pomogła trochę, bo trzecie podejście dało jej rzecz, której wcześniej nie miała. Usłyszała w długiej miękkiej części dwie sylaby zamiast jednej. Nie „–szew–”, tylko coś jak „–czew–” albo „–cew–”. To zmieniało wszystko i nic, bo łódzkich ulic z taką częścią też było kilka. Ale jedna z nich, kiedy Lena wpisała ją z palca, nie czekając na podpowiedź mapy, ustawiła się w głowie obok dźwięku tak, że nie chciała odejść. Boczna od arterii na Bałutach, krótka. Lena nigdy tam nie była i nie umiałaby od ręki wskazać jej na mapie.
Nie zaufała sobie. Wiedziała, że dokładnie tak wygląda dopasowanie na siłę: człowiek słucha trzydzieści razy, mózg się męczy, i w końcu podsuwa jakąkolwiek całość, byle skończyć. Zostawiła tę nazwę nieskreśloną na kopercie i obok napisała dwie inne, które brzmiały podobnie, żeby nie oszukać się jedną. Potem zrobiła czwarte podejście, tym razem nie na ulicę, tylko na tło.
Stuk szedł równo przez całe pierwsze wejście i przez połowę drugiego. Wcześniej brała go za zegar albo za czyjś krok i odkładała jako nieistotny. Teraz słuchała tylko jego. Nie był to zegar; zegar tyka inaczej, sucho, z odbiciem. To było twardsze, z lekkim podwojeniem, jakby dwa uderzenia bardzo blisko siebie udawały jedno. Coś metalowego o coś metalowego, miarowo, bez przyspieszania nawet wtedy, gdy głos kobiety się łamał. Lena nie umiała tego nazwać i przestała próbować. Zanotowała tylko: „stuk – równy, podwojony, obojętny na nią”. Obojętny był ważny. Cokolwiek to było, nie reagowało na to, że kobieta prosi o patrol. Szło dalej swoim rytmem.
Piąte podejście było już tylko sprawdzeniem. Puściła całość raz, od początku do syku na końcu, i nie szukała niczego nowego, tylko słuchała, czy ta jedna bałucka nazwa, którą zapisała, broni się w kontekście całego zdania, czy tylko w izolowanym fragmencie. Broniła się słabiej, niż chciała, ale nie odpadła. Pewności nie było. Była bliżej niż rano o jeden krok, i ten krok wystarczał, żeby wstać od komputera.
