Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Szkolna psycholożka zostaje znaleziona martwa w mieszkaniu zamkniętym od środka. Lena Kordel trafia na ślad zaginionego notatnika, który prowadzi do policyjnej sprawy sprzed dekady.
W zimowej Łodzi wszystko zaczyna się od idealnie uporządkowanego mieszkania, pustego miejsca na biurku i starego adresu zapisanego na kartce. Lena rekonstruuje tamtą noc z ostrożnych zeznań, dokumentów medycznych i akt, które wyglądają zbyt czysto. Im bliżej jest prawdy, tym mocniej czuje, że nie chodzi wyłącznie o jedną śmierć, ale o wersję przeszłości, której ktoś wciąż pilnuje.
Drugi tom serii Akta Milczenia. Dla czytelników, którzy szukają gęstego kryminału policyjnego z narastającą presją i mocnym śledztwem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 488
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Andrzej Wolanski
Fałszywy Protokół
Andrzej Wolanski
Copyright © 2026 Andrzej Wolanski
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemie wyszukiwania informacji ani przekazywana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
ISBN: 9788384330708
Wydawca: Tempest & Tale
Wydanie pierwsze, 2026
Ta książka jest dziełem fikcji. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Długopis przestał pisać w połowie słowa. Hanna potrząsnęła nim nad marginesem, zakreśliła kółko, jeszcze jedno, aż na papierze wyszła blada spirala bez śladu atramentu. Wstała od stołu i poszła do kuchni, gdzie w szufladzie pod ścierkami leżało ich kilka, wszystkie z apteki, z reklamą leków na nadciśnienie wzdłuż obudowy. Pierwszy też nie chwytał. Drugi tak.
Wróciła do pokoju. Lampa stała przesunięta na sam brzeg stołu, tak żeby światło padało na kartkę pod kątem; wtedy widziała wgłębienia po dawnym piśmie, te miejsca, w których ktoś naciskał mocniej. Bez tego litery rozlewały się jej przed oczami. Okulary do czytania zsunęła na czubek nosa, potem zupełnie zdjęła, bo i tak nie pomagały po jedenastej.
Przepisywała wolno, słowo po słowie, sprawdzając każde z oryginałem leżącym obok. Oryginał był kopią, kserówką sprzed lat, papier już zżółkły na krawędziach, w jednym rogu przebity przez zszywacz i znów rozpięty, tak że dziurki rozeszły się w małą szarpaninę. Niektórych zdań nie chciała zmienić ani o przecinek. Przy trzeciej linijce od dołu zatrzymała się dłużej, oparła czoło na dłoni i siedziała tak, dopóki nie zaczęła jej drętwieć szyja.
Za oknem było już ciemno. Z dołu, od parkingu, dochodził pojedynczy warkot; ktoś próbował zapalić, gasił, próbował znowu. Potem cisza, a po niej trzaśnięcie drzwiczek i kroki, które ucichły, zanim doszły do klatki. Nie jej. Naciągnęła sweter na ramiona. W bloku grzanie wyłączali z końcem kwietnia, niezależnie od tego, jaka noc.
Drugą kartkę odłożyła na pierwszą i wyrównała stos o blat. Były cztery. Numerowała je w prawym górnym rogu, drobnymi cyframi, choć kolejność znała na pamięć. Tę z pustym miejscem zostawiła na wierzchu. W połowie strony, tam gdzie kiedyś coś było, całe zdanie, może dwa, został tylko szary prostokąt i ślad zgięcia, jakby kartkę składano i rozkładano tyle razy, że papier w tym miejscu wytarł się do przejrzystości. Przesunęła po nim opuszkiem. Nic. Pod światło widać było wgłębienia z drugiej strony, z odwrotnego pisma, ale nie te, których szukała.
Wstała po szklankę wody. Lek nasenny stał na parapecie w kuchni, blister napoczęty od brzegu, obok rozłożona ulotka, której nigdy nie składała z powrotem. Wzięła jedną tabletkę w palce i odłożyła. Jeszcze nie. Najpierw to dokończyć, choćby do rana miała leżeć z otwartymi oczami i liczyć przejeżdżające na dole tramwaje, bo i tak nie zaśnie, dopóki tego nie schowa tam, gdzie ma być schowane.
Schowek był banalny: pudło po butach, w środku reklamówka, w reklamówce te cztery kartki i jeszcze coś, czego nie wyjmowała. Pudło stało na górnej półce szafy, za zimowymi kocami, których nie sięgała bez taboretu. Nie chciała go tam wkładać dzisiaj. Chciała mieć to jeszcze przez noc na stole, w zasięgu ręki, żeby rano, na świeżo, przeczytać raz jeszcze i sprawdzić, czy w nocy czegoś nie dopisała sobie w głowie, czego nie ma na papierze. Tak się jej już zdarzało, że rano znajdowała na kartce zdanie, którego nikt nie wypowiedział, dopisane między wersami jej własnym pismem.
Telefon zadzwonił, kiedy nakręcała wieczko na szklankę z lekami, tę starą, na zatrzask, bo nowe otwierały się jej same w torebce. Aparat leżał w pokoju, na regale, między zdjęciem w ramce a doniczką ze skrzydłokwiatem, który podlewała za rzadko. Dźwięk był głośny i obcy o tej porze. Doszła, spojrzała na wyświetlacz. Numer, nie nazwisko. Znała go i nie znała. Coś z nim było nie tak, jakaś cyfra przestawiona, albo i nie, może po prostu nie spodziewała się go teraz.
Nie odebrała od razu. Dzwoniło długo, cztery razy, pięć. Patrzyła, jak świeci. Potem ucichło.
Odetchnęła, jakby wstrzymywała oddech, i sama się na tym przyłapała. Zebrała kartki ze stołu, wszystkie cztery, razem z oryginałem, i schowała je nie do pudła, na to nie miała teraz siły, tylko do szuflady w regale, pod pudełko z guzikami i zwiniętą włóczkę. Zasunęła. Stała chwilę z dłonią na uchwycie.
Telefon zadzwonił znowu. Ten sam numer.
Tym razem odebrała, bo wiedziała, że jak nie odbierze, to będzie dzwonił do skutku, a ona nie zaśnie ze świadomością, że ktoś chce się dodzwonić w nocy do starej kobiety i się nie może. Powiedziała swoje imię, tak jak zawsze, spokojnie, choć ręka jej drżała przy uchu.
Słuchała. Twarz jej się nie zmieniła, tylko usiadła powoli na poręczy fotela, jakby nogi same ją tam doprowadziły.
– Wiem – powiedziała krótko. A po chwili: – Nie teraz. Nie przez telefon.
Reszty nikt by nie usłyszał z drugiej strony szyby, gdyby stał na dole i patrzył w jej okno; widać było tylko sylwetkę przy lampie, pochyloną, i światło, które raz po raz przesłaniała, gdy przechodziła.
Rozłączyła się pierwsza. Położyła telefon ekranem do blatu. Przez moment w mieszkaniu nie było nic poza lodówką, która co jakiś czas budziła się i mruczała, i wodą w rurach gdzieś nad nią, ktoś spuszczał na górze. Skrzydłokwiat miał zwiędły jeden liść, brązowy na końcu. Oderwała go i zwinęła w palcach.
Podeszła do okna. Z piątego piętra widziała kawałek parkingu, rząd samochodów pod trzepakiem, kontener z otwartą klapą i pusty plac między blokami, gdzie za dnia dzieciaki grały w piłkę o ścianę bez okien. Teraz nikogo. Latarnia migała, jak migała od jesieni; ktoś zgłaszał, nikt nie przyjechał. W jej świetle widać było, że zaczął padać drobny deszcz, taki, którego nie słychać, tylko widać po tym, jak asfalt zaczyna lśnić.
Wróciła do szuflady, otworzyła ją, sprawdziła, że kartki leżą, jak je zostawiła, i znów zasunęła. Potem zgasiła dużą lampę i została jej tylko ta nocna, przy łóżku. Lek wzięła. Wodą popiła do końca, postawiła szklankę na nocnym stoliku, na podkładce z kółkami po innych szklankach.
Leżała na wznak, z rękami na kołdrze, i nasłuchiwała windy. Winda w tym bloku ruszała z jękiem i ze stukotem na każdym piętrze, więc słyszało się ją z daleka, słyszało się, na którym piętrze staje. Teraz milczała, z klatki też nic nie dochodziło. Kroki, gdyby były, niosłyby się po lastryku jak po studni.
Zamknęła oczy. Otworzyła. Lek działał na nią powoli, czasem wcale, lekarz mówił, żeby nie brać więcej niż jedną, a ona i tak czasem brała półtorej, kiedy serce waliło bez powodu, tak jak teraz. Liczyła oddechy. Doszła do trzydziestu i straciła rachubę, zaczęła od nowa.
Gdzieś po północy winda ruszyła. Usłyszała ją na dole, ten pierwszy szarpnięty zryw, i potem jak idzie w górę: drugie piętro, trzecie. Leżała i czekała, na którym stanie. Nie liczyła już oddechów. Liczyła piętra.
Czwarte.
Cisza, taka, że słyszała własną krew w uszach.
Piąte.
Drzwi windy rozsunęły się z tym swoim metalicznym sapnięciem. Na korytarzu zapaliło się światło na czujnik ruchu — przez szparę pod drzwiami zobaczyła, jak jasna linia kładzie się na podłodze przedpokoju. Ktoś szedł. Niespiesznie, równo, jakby wiedział, dokąd. Kroki ucichły przed jej drzwiami.
Nie zadzwonił od razu. Stał. Słyszała, że stoi. To dziwne, jak się słyszy, że ktoś stoi pod drzwiami i nie naciska dzwonka: oddech, przestępowanie z nogi na nogę, materiał kurtki ocierający się o framugę. Hanna usiadła na łóżku. Stopami szukała kapci i nie znalazła, więc wstała boso na zimną podłogę. Serce miała teraz wysoko, pod gardłem.
Dzwonek. Krótki, jeden raz, jakby ktoś nie chciał obudzić sąsiadów.
Poszła do drzwi. Nie zapaliła światła w przedpokoju; znała tę drogę po ciemku, trzy kroki i zakręt, ręka sama trafiała na wieszak. Przy judaszu się zatrzymała. Przez szkiełko korytarz był wypukły i żółty od lampy na czujnik, a w nim ktoś, zniekształcony, bliżej, niż powinien stać — twarz tak blisko wizjera, że widać było tylko jej dolną część i kołnierz. Hanna patrzyła chwilę. Potem oparła czoło o framugę, tuż obok zamka, i stała tak, z dłonią na klamce, której jeszcze nie nacisnęła.
Z drugiej strony ktoś powiedział coś cicho. Jej imię. To samo, którym przedstawiała się przez telefon.
Odsunęła zasuwę.
Teczka miała grzbiet podklejony taśmą, która puściła, więc kartki wysuwały się od dołu i Lena musiała trzymać ją obiema rękami, idąc od regału do biurka. Numer z grzbietu przepisywała na nową okładkę, potem datę wpływu, potem datę zakończenia kontroli, potem znów numer, bo za pierwszym razem przestawiła dwie cyfry i musiała kreślić. Kreślenia nie lubiła; ręka szła szybciej, niż oczy schodziły po rubryce.
Pokój był na drugim piętrze, od podwórza, i przez większą część przedpołudnia stało w nim to samo zielonkawe światło, niezależnie od pogody. Dwa biurka pod ścianą, jej trzecie, wciśnięte między szafę a kaloryfer, który grzał albo nie grzał, jak chciał. Dwóch starszych funkcjonariuszy zajmowało te pod ścianą. Jeden, Werblik, jadł drugie śniadanie z papieru i czytał coś w telefonie. Drugiego, którego nazwiska Lena ciągle musiała sobie przypominać, w ogóle dziś nie było; wziął wolne na piątek, połączył z weekendem, wyszło mu pięć dni z dwóch. Tak wszyscy robili w tym tygodniu. Pierwszy maja wypadał w piątek, trzeci w niedzielę, drugi ktoś wziął z urlopu, czwarty był poniedziałkiem, na który większość już też miała plany. Grafik na korytarzu wyglądał jak coś, co ktoś zaczął wypełniać i porzucił.
Werblik zgniótł papier po śniadaniu i wrzucił do kosza, nie trafił, podniósł, wrzucił jeszcze raz.
– Pani komisarz dziś do której? – zapytał, nie odwracając się.
– Do której każą.
– No bo gdyby pani wychodziła wcześniej, to ja bym dał klucz, bo ja o trzeciej muszę po dziecko.
Powiedziała, że nie wychodzi wcześniej. Werblik kiwnął głową, jakby to była odpowiedź, na którą czekał, i wrócił do telefonu. Tyle się do niej odzywał, kiedy się odzywał: o klucze, o to, kto zamyka, o ekspres. Reszty dnia nie było.
Teczek drogówki było jeszcze ze trzydzieści w tej partii, ułożonych w trzy chwiejne wieże na końcu jej biurka. Przepisywała z jednej okładki na drugą, bo stare się rozpadały, a system tego wymagał, żeby grzbiety dawały się odczytać przy spisie z natury. Robota nie wymagała od niej niczego poza tym, żeby nie pomylić cyfr i nie zasnąć. Czasem trafiała na coś, co kiedyś było sprawą: rozbity rower dziecka, potrącenie na przejściu, którego sprawcy nie ustalono. To były cudze daty i cudze nazwiska, których nikt już nie sprawdzał, więc przepisywała je tak samo jak resztę. Kiedy skończy tę partię, przyjdzie następna, a potem jeszcze jedna.
Kawę zrobiła sobie koło wpół do jedenastej, z automatu na korytarzu, bo ten w pokoju Werblik trzymał dla siebie i dwóch kolegów na jakieś składkowe zasady, do których jej nie dopuszczono. Automat wziął monetę, zaszumiał, nalał wody i dopiero potem, z opóźnieniem, dosypał czegoś brązowego, co osiadło na powierzchni i nie chciało się rozpuścić. Piła to i tak. Stała przy oknie na korytarzu, z kubkiem, i patrzyła na podwórze komendy, gdzie pod murem parkowały radiowozy i jeden cywilny samochód z otwartą maską, przy którym nikogo nie było. Własnego nie przyprowadziła. Stał pod jej blokiem od listopada, z rozładowanym akumulatorem, i przestała próbować go odpalać gdzieś koło Bożego Narodzenia. Do komendy jeździła tramwajem, dwie linie z przesiadką przy Mickiewicza, i o tej porze roku przynajmniej nie czekało się na przystanku w ciemności.
Wróciła do pokoju z kubkiem. Werblik akurat odbierał telefon, mówił „tak, tak, przekażę”, i przekazał, że dzwonili z sekretariatu, że pani naczelnik prosi.
– Kiedy?
– Teraz prosi. – Werblik wzruszył ramionami. – Renia dzwoniła, nie pani naczelnik. Ale jak Renia mówi „prosi”, to znaczy teraz.
Lena postawiła kubek na okładce teczki, którą właśnie zaczęła, i wytarła palce o spodnie. Drogę na trzecie piętro znała, klatką, nie windą, bo winda w tym budynku jeździła wolniej, niż się szło. Po drodze minęła dwóch z patrolu, którzy ucięli rozmowę, kiedy ich mijała, i podjęli ją za jej plecami; nie musiała słyszeć, o czym. Wiedziała, jak na nią patrzą. Już nie jak na kogoś, kto kiedyś prowadził sprawy w kryminalnym. Jak na kogoś, kto narobił kłopotu, najpierw sobie, potem innym, i kogo teraz przesunięto tam, gdzie kłopotu narobić trudno. Bartka przenieśli na piąty z dniem pierwszego marca. O nim też tak mówili, tylko ciszej, bo jego lubili.
Sekretariat Lasockiej był na końcu korytarza, za przeszklonymi drzwiami, które domykały się same z sykiem. Renia podniosła głowę znad biurka, zobaczyła Lenę i sięgnęła po dzbanek stojący na grzejniczku obok komputera.
– Ma pani chwilę, zanim pani wejdzie? – Nalała do kubka z napisem jakiegoś banku, postawiła przed Leną na skraju biurka. – To prawdziwa. Nie z automatu.
– Dziękuję.
– Pani naczelnik jest dziś… – Renia poszukała słowa, nie znalazła, machnęła ręką. – Jak to przed weekendem. Trzech na zwolnieniu, dwóch na wolnym, jeden na komisji lekarskiej. Liczy ludzi od rana. Niech się pani nie dziwi, jak będzie krótko mówić.
Lena upiła łyk. Kawa Reni była gorąca i mocna, i nie miała w sobie tego, co automat dosypywał na końcu. Renia patrzyła na nią przez chwilę, jakby chciała coś jeszcze dodać, potem nie dodała, tylko skinęła w stronę drzwi gabinetu.
Lasocka siedziała przy biurku, na którym leżały trzy grafiki obok siebie, jeden czerwono pokreślony. Bez podnoszenia wzroku pokazała Lenie krzesło.
– Chwilę. – Dopisała coś na marginesie środkowego grafiku, odłożyła długopis. Dopiero wtedy spojrzała. Wyglądała na zmęczoną w sposób, który nie miał nic wspólnego z tym konkretnym rankiem; tak wyglądała przez całą zimę. – Siadaj.
Lena usiadła. Trzymała kubek Reni na kolanie, obiema rękami.
– Zgon nagły na Polesiu. – Lasocka odwróciła do siebie pierwszą kartkę z cienkiej teczki leżącej z brzegu biurka, przeczytała, nie podała Lenie. – Zgłoszenie z dzisiejszego ranka. Starsza kobieta, sama w mieszkaniu, blok przy parku. Patrol był, dyżurny zawiadomiony, lekarz stwierdził, technik jedzie albo już jest. Na pierwszy rzut oka nic: upadek, wiek, leki. Ale jest sama, nie ma rodziny na miejscu, mieszkanie trzeba zabezpieczyć i spisać, administracja czeka pod drzwiami z kluczem i swoimi pretensjami, a ja nie mam kogo tam posłać do czynności pomocniczych, bo wszyscy, którzy by się nadali, są albo na wolnym, albo na zwolnieniu, albo siedzą przy czymś, czego nie zdejmę.
Lena czekała. Wiedziała, że to jeszcze nie wszystko, bo Lasocka nie wzywała jej, żeby narzekać na grafik.
– Pojedziesz tam. – Lasocka powiedziała to bez nacisku, jak coś, co już postanowiła i nie zamierza obronić. – Spis rzeczy, kontakt z administracją, dopilnowanie formalności do czasu, aż prokurator zdecyduje, co dalej. Technik robi swoje, ty robisz papier. Czynności pomocnicze. – Przerwała. – Nic, czego nie zepsujesz.
To ostatnie nie było złośliwe. Tak Lasocka mówiła rzeczy, których nie umiała powiedzieć inaczej; Lena znała ten ton z zimy, kiedy ta sama kobieta zsyłała ją do piwnicy, i znała go z marca, kiedy musiała napisać do akt dyscyplinarnych zdania, których wolałaby nie pisać, i napisała też te, których pisać nie musiała.
– Czemu ja?
– Bo cię mam. – Lasocka oparła się o krzesło. – I bo to robota, przy której nie ma okazji do niczego. Spisać rzeczy zmarłej, zabezpieczyć mieszkanie, oddać administracji to, co administracji, dopilnować, żeby technik miał spokój. Jest świadek śmierci? Nie ma. Jest podejrzenie? Nie ma. Jest prokurator, który ci coś zleca poza spisem? Nie ma i mam nadzieję, że nie będzie. Jedziesz, robisz, wracasz, w poniedziałek masz to z głowy i wracasz do teczek.
– Kałuża wie, że mnie tam ślesz? – spytała Lena.
– Kałuża prowadzi swoje. Ja prowadzę grafik. – Lasocka znów wzięła długopis, co znaczyło, że rozmowa się kończy. – To są czynności pomocnicze przy zgonie nagłym, nie powierzenie sprawy. Gdyby ktoś pytał, a nikt nie będzie pytał, bo to nikogo nie obchodzi, to dokładnie tak to nazwiesz. Adres masz u Reni, weź z patrolu kogoś, jak będzie wolny, jak nie, to technik tam jest. – Spojrzała jeszcze raz, krócej. – I Kordel. To staruszka, która upadła w swoim mieszkaniu. Pojedź, spisz, wróć. Nie szukaj.
Lena wstała. Kubek Reni odstawiła na brzeg biurka, bo z nim nie wypadało wyjść z gabinetu, i pożałowała tego od razu, bo na korytarzu nie było co pić.
– Dobrze.
– Adres u Reni – powtórzyła Lasocka, już do grafiku.
Renia miała adres wypisany na żółtej karteczce, gotowy, zanim Lena doszła do jej biurka; widać dostała go równo z Leną i równo go przepisała. Ulica, numer bloku, klatka, piętro. Polesie, od strony parku na Zdrowiu. Lena znała tamte bloki z widzenia, z tramwaju, wielka płyta z lat siedemdziesiątych, balkony obwieszone praniem i antenami, między budynkami place, trzepaki, kontenery. Nigdy nie miała tam sprawy. Z kryminalnego nie jeździło się na Polesie po staruszki, które upadły.
– Mam pani zamówić radiowóz? – spytała Renia. – Bo o tej porze, przed weekendem, może być problem. Wszystko w trasie.
– Pojadę tramwajem.
Renia spojrzała na nią, jakby chciała powiedzieć, że na czynności jeździ się służbowym, że tak się nie robi, że to nie wygląda. Potem nie powiedziała, bo wiedziała o samochodzie Leny tyle, co cała komenda, i wiedziała, że radiowóz przyjedzie za czterdzieści minut albo wcale.
– Niech pani weźmie jakieś rękawiczki ze sobą. – Renia otworzyła szufladę, wyjęła paczkę jednorazowych, foliowanych, podała przez biurko. – U techników to wiadomo, że są, ale jak pani będzie spisywać, to się przydadzą, a potem się szuka. – Karteczkę z adresem dosunęła na wierzch. – I niech pani coś zje. Bo na takich rzeczach człowiek stoi pół dnia, a potem leci na cukrze.
Lena wzięła karteczkę i rękawiczki, podziękowała. Renia już patrzyła w monitor, w grafik, który był ten sam co u Lasockiej, tylko z tej strony biurka.
Z korytarza zadzwoniła pod numer techników, żeby się umówić, kto na kogo czeka. Odebrał ktoś, kogo nie znała, młody głos, w tle szum klatki schodowej i czyjś inny, dalszy.
– Jadę do was na ten adres na Polesiu, do czynności pomocniczych – powiedziała. – Spis i zabezpieczenie. Kto tam jest z waszych?
– Olszak robi oględziny, ja przy nim. – Pauza, jakby sprawdzał coś przy mówieniu. – A pani komisarz długo będzie? Bo administracja stoi i piłuje, że oni mają godziny przyjęć i klucz im potrzebny, a Olszak ich nie wpuszcza, póki nie skończy.
– Niech administracja czeka. Ja będę za niecałą godzinę. Tramwajem.
W słuchawce coś się przesunęło, jakby odsunął ją od ust i powtórzył komuś, że za godzinę i że tramwajem; tamten drugi głos zaśmiał się krótko, potem ucichł. Lena nie czekała na komentarz.
– Mieszkania nie ruszajcie poza tym, co Olszak zabezpiecza – dodała. – Spis robię ja, nie administracja. Niech nikt niczego nie wynosi i nie wnosi.
– Jasne. – Pauza. – To my czekamy.
Rozłączyła się. Schowała telefon, paczkę rękawiczek wcisnęła do kieszeni płaszcza, do tej, w której nie było zdjęcia.
Na dół zeszła klatką. Na drugim piętrze zajrzała do pokoju po płaszcz; teczka, którą zaczęła, leżała otwarta, z kubkiem od automatu na okładce, kawa wystygła i zostawiła brązowe kółko na nowej tekturze. Lena zsunęła kubek, wytarła kółko rękawem, nie zeszło. Werblika już nie było — koło trzeciej, dziecko. Wież z teczkami nikt nie ruszył. Stały dokładnie tak, jak je ułożyła, trzy chwiejne, i poczekają do wtorku.
Wzięła płaszcz z wieszaka, sprawdziła kieszenie z przyzwyczajenia. Klucze, telefon, papierosy — paczka napoczęta, z zapalniczką wciśniętą pod celofan. W wewnętrznej, bliżej żeber, leżało zdjęcie, którego nie wyjmowała i nie przekładała; dwie dziewczyny przy trzepaku na bałuckim podwórku, obie mrużyły oczy do słońca. Zapinając płaszcz, czuła je przez podszewkę, tak samo jak klucze i paczkę, i tak samo nie zatrzymywała się przy tym dłużej.
Na przystanku przy Mickiewicza wiało, choć dzień był prawie ciepły. Tablica pokazywała siedem minut do tramwaju w stronę Polesia. Lena zapaliła, stojąc bokiem do wiatru, i przeczytała jeszcze raz karteczkę Reni, ulicę i numer, choć już je pamiętała. Z drugiej strony pętli pucowali tramwaj wężem, woda spływała po szybach i bokach, kapała na tory. Ktoś obok, starszy mężczyzna z siatką, narzekał półgłosem, że przed świętami nigdy nie ma jak dojechać, że puszczają co drugi, że potem stoi się jak baran. Lena nie odpowiadała. Dopaliła, zgasiła o krawędź kosza, wrzuciła.
Tramwaj nadjechał spóźniony o dwie minuty, mokry jeszcze po myciu. Wsiadła, skasowała bilet, stanęła przy oknie, bo siedzieć jej się nie chciało. Za szybą przesuwało się miasto na zachód: kamienice ustępowały blokom, bloki zieleni parku, a gdzieś przed nią, za kilkoma przystankami, był adres z żółtej karteczki, klatka, piętro i staruszka, która upadła. Pojedzie, spisze, wróci. W poniedziałek będzie miała to z głowy.
Tramwaj zazgrzytał na łuku i ruszył dalej.
Tramwaj wysadził ją trzy przystanki za parkiem, przy pętli, z której do bloku szło się jeszcze kawałek między garażami. Numeru z karteczki Reni nie musiała szukać długo. Pod klatką stał srebrny kombi z napisem firmy administrującej na drzwiach, a obok niego mężczyzna w kurtce, który na jej widok odsunął się od maski, na której opierał teczkę, i zaczął mówić, zanim podeszła.
– Pani z policji? Bo my tu od dziewiątej. Ja mam jeszcze dwa odbiory dziś, a ten pana technik nie wpuszcza, klucza nie bierze, nic. Ja rozumiem procedury, tylko że ja nie jestem od stania pod klatką.
Lena pokazała legitymację, on ledwie spojrzał. Klucz, owinięty kawałkiem taśmy z numerem mieszkania, trzymał w garści, jakby się bał, że ktoś mu go wyrwie. Powiedziała, że klucz będzie potrzebny przy zdawaniu mieszkania, nie teraz, i że teraz najlepiej, żeby pan poczekał albo zostawił numer. Zostawił numer, niechętnie, na odwrocie wizytówki, i jeszcze raz powtórzył, że ma godziny przyjęć. Domofon przy drzwiach był rozkręcony, kabelki wystawały ze ściany pod tabliczką, na której ktoś dawno temu zamazał połowę nazwisk. Drzwi i tak były otwarte na cegłę.
Winda stała na parterze z rozsuniętymi drzwiami i kartką „nieczynna” przyklejoną krzywo. Poszła schodami. Klatka pachniała tym, czym pachną takie klatki w maju, kiedy grzanie już wyłączone, a okna jeszcze nie otwarte na lato: kurzem z kaloryferów, czyimś gotowaniem, wilgocią lastryka. Na drugim piętrze ktoś uchylił drzwi na łańcuchu, popatrzył i zamknął. Na czwartym, na półpiętrze, leżała na stopniu plama po czymś zmytym, jaśniejsza od reszty lastryka, jeszcze nie do końca sucha, i taśma sygnałowa zaczepiona o poręcz, jeden koniec zerwany. Lena zatrzymała się przy niej na chwilę, nie schylając się. Tu albo nie tu. Nie jej rzecz, gdzie. Poszła wyżej.
Drzwi mieszkania na piątym były otwarte, podparte złożonym kawałkiem tektury. Ze środka dochodził głos i pstryknięcie aparatu. Olszaka znała z widzenia, z dwóch czy trzech miejsc jeszcze z czasów kryminalnego; przytył, posiwiał, poza tym ten sam. Kucał w przedpokoju nad podłogą i fotografował coś, czego stąd nie było widać. Drugi, młody, ten z telefonu, stał przy oknie kuchni z notatnikiem i odsunął się, gdy weszła, jakby zwolnił jej miejsce.
– Kordel, do czynności pomocniczych – powiedziała. – Lasocka mnie przysłała na spis.
– Wiem, dzwoniłaś. – Olszak nie wstał. – Daj mi dziesięć minut, skończę przedpokój i kuchnię, potem masz pokoje dla siebie. Ciało zabrali z godzinę temu, lekarz stwierdził rano, dr Bąk będzie robić sekcję, jak prokurator zarządzi, ale na razie to idzie jako zgon nagły.
– Gdzie ją znaleźli?
– Na półpiętrze niżej. – Olszak pstryknął jeszcze raz, obejrzał ekran aparatu. – Sąsiad rano, jak schodził do pracy. Leżała głową w dół na stopniach, między piątym a czwartym. Drzwi do mieszkania były zamknięte na klucz, więc albo wyszła i poślizgnęła się, albo… – Wzruszył ramieniem, nie kończąc. – Lekarz mówi uraz głowy, ale czy z upadku, czy o kant, tego ja ci nie powiem i on ci nie powie, od tego jest sekcja. Starsza, chora, leki na stoliku, serce. Wiesz, jak to jest.
Wiedziała, jak to jest. Wyjęła z kieszeni rękawiczki Reni, naciągnęła, schowała opakowanie z powrotem. Z przedpokoju widać było całe mieszkanie i nie było duże: kuchnia po lewej, pokój wprost, sypialnia za uchylonymi drzwiami w głębi. Meble z innej epoki, czyste, stały tak, jak je ustawiono dawno temu i już nie ruszano. Na regale w pokoju zdjęcie w ramce, doniczka, rząd książek, do połowy poradniki, do połowy kryminały w miękkich okładkach. Lampa stała przesunięta na sam brzeg stołu, z abażurem skręconym ku blatowi.
Spis robiła tak, jak się go robi: pokój po pokoju, od drzwi w prawo, notując rzeczy wartościowe, dokumenty, leki, pieniądze, to, czego rodzina albo administracja mogłaby potem szukać. Na stoliku przy łóżku stała szklanka z resztką wody i blister tabletek nasennych, napoczęty od brzegu, obok rozłożona ulotka. Spisała nazwę leku z opakowania. W kuchni, na parapecie, drugi blister tego samego, też napoczęty. Notowała równo, drobnym pismem, bez kreśleń.
Z dokumentów najpierw był portfel w szufladzie komody, dowód, legitymacja emeryta, kilka recept. Nazwisko przepisała z dowodu na górę swojego spisu, tak jak przepisuje się dane zmarłego do protokołu, bez zatrzymywania się na nim, jedno z wielu pól do wypełnienia. Reut. Imię, drugie imię, data urodzenia, adres ten sam co na klatce. Pięćdziesiąt osiem lat. Pod receptami leżał plik rachunków za mieszkanie, spięty spinaczem. Na regale, między książkami, stał terminarz w sztywnej oprawie, taki, jaki kupuje się raz na kilka lat i nosi, aż się rozlatuje. Zdjęła go, przerzuciła kilka kartek: wizyty u lekarza, godziny, czyjeś imiona z dopiskiem „oddzwonić”, daty wpłat. Nic, co by spisała poza tym, że terminarz jest. Odłożyła grzbietem w równą linię z resztą.
Młody technik skończył w kuchni i wyszedł na klatkę zadzwonić, że jeszcze chwila. Olszak przeszedł do pokoju, fotografował regał, parapet, podłogę pod oknem. Lena weszła do sypialni i zaczęła od szafy, bo tam zwykle ludzie chowają to, co dla nich ważne, między pościelą albo w pudłach na górnej półce. Szafa była stara, trójdrzwiowa, z lustrem na środkowym skrzydle, w którym zobaczyła siebie w rękawiczkach i pomyślała, że wygląda jak ktoś, kto przyszedł sprzątać. Górna półka mieściła koce, dwa zimowe, złożone w kostkę, i kołdrę w pokrowcu. Za nimi, wciśnięty w głąb, stał karton.
Wyjęła go, bo przy spisie wyjmuje się wszystko. Był ciężki, cięższy, niż się spodziewała po jego rozmiarze, i kiedy go stawiała na łóżku, coś w środku przesunęło się z suchym szelestem papieru. Pudło po butach, oklejone z wierzchu szerszą taśmą, która gdzieś się odlepiła i przylepiła z powrotem, zmarszczona. Na boku, długopisem, ktoś napisał coś i zamazał, zostało tylko „szk—” i kreska. Otworzyła.
W środku były teczki. Nie domowe, tylko szkolne, tekturowe, z gumkami, część z wytartymi grzbietami i naklejkami, na których wypisano roczniki i jakieś skróty. Pierwsza z brzegu była pusta, sama okładka, z odciskiem po czymś, co kiedyś w niej leżało. Pod nią plik luźnych kartek, kserówki, gęsto zapisane formularze z nagłówkami, których nie czytała w całości, tylko przebiegła wzrokiem: rubryki, daty, miejsca na podpisy. Jedna kartka miała w prawym górnym rogu numer strony dopisany ołówkiem. Inne były spięte i rozpięte, papier pożółkł. Reszta rzeczy w tym mieszkaniu stała tam, gdzie stała od lat, czysta i poukładana. A te papiery były cudze, stare, szkolne, i wciśnięto je za zimowe koce, w pudło po butach, na górną półkę.
– Olszak.
Przyszedł od progu, z aparatem na pasku.
– Co masz?
– Karton z dokumentami. – Cofnęła ręce, żeby mógł zobaczyć, nie ruszając zawartości. – Szkolne jakieś. Teczki, kserówki. Z szafy, za kocami.
Olszak zajrzał, pochylił się, nie dotykając.
– Po niej? Uczyła może. Nauczyciele to mają takie rzeczy całe życie, nie wyrzucają.
– Może. – Lena patrzyła na zamazany napis na boku pudła, na to „szk—”. – Tylko że reszta papierów po niej leży w komodzie, w pokoju, normalnie. A to schowane na samej górze, za kocami, których ona przy swoim wzroście i sercu nie sięgała bez taboretu.
– Taboret stoi w kuchni – powiedział Olszak. Nie żeby się sprzeczać, raczej żeby zamknąć temat zdrowym rozsądkiem. – Sfotografuję ci, jak leży, i wpiszesz do spisu jako jedną pozycję, karton z dokumentami. Administracja i tak będzie chciała wszystko zdać rodzinie albo do depozytu, jak się rodzina znajdzie. Jest rodzina?
– Jeszcze nie wiem. Lasocka mówiła, że nie ma na miejscu.
– No to poleży. – Olszak ustawił się nad łóżkiem, zrobił dwa zdjęcia kartonu z wierzchu, jedno z boku, z tym napisem. – Wpisuj. Ja kończę pokój i schodzimy, bo ten od administracji zaraz tu wejdzie po schodach i będzie nam tu chodził.
Wpisała. „Karton tekturowy (pudło po obuwiu), zawartość: teczki i dokumentacja papierowa, szkolna”, i numer pozycji. Tyle jej było wolno wpisać. Stała jeszcze chwilę nad otwartym pudłem, z dłonią w rękawiczce opartą o brzeg łóżka, i przerzuciła wierzchnią kartkę palcem, raz, żeby zobaczyć drugą. Druga miała numer strony, który nie szedł po pierwszej; brakowało czegoś między nimi, albo kartki ułożono nie po kolei. Nagłówka nie zdążyła doczytać, bo na klatce zadudniły kroki, ciężkie, i głos młodego technika, który mówił komuś, że jeszcze nie, że pani komisarz spisuje.
Zamknęła pudło. Klapa nie chciała wejść tam, gdzie była, taśma odstawała. Zostawiła ją odgiętą i odsunęła karton na brzeg łóżka, gdzie miał czekać na decyzję, czyja to teraz rzecz. Z przedpokoju mężczyzna z administracji już zaglądał do środka, z kluczem w garści, i pytał, czy może wejść, bo on naprawdę ma jeszcze dwa odbiory.
– Za chwilę pana wpuszczę do kuchni i pokoju – powiedziała Lena, wychodząc z sypialni i przymykając za sobą drzwi. – Do tego pokoju jeszcze nie. I niczego pan stąd nie wynosi ani nie wnosi, dopóki nie powie prokurator.
– A kto tu coś wynosi. – Obraził się, ale został w przedpokoju. – Ja tylko chcę wiedzieć, kiedy mieszkanie wraca do nas, bo ja muszę zameldować.
Powiedziała, że zamelduje mu prokurator, przez nią, jak będzie wiadomo. Olszak za jej plecami robił ostatnie zdjęcia pokoju. Za oknem dzień się rozkręcił na dobre, słońce stało już wysoko nad blokiem naprzeciwko, na placu między budynkami dwóch chłopaków odbijało piłkę o ścianę bez okien, raz po raz, głuchym łomotem, który wchodził przez uchylone okno razem z ciepłem. Lena dopisała do spisu jeszcze leki z kuchni, zegar, telefon stacjonarny na regale. Karton został w sypialni, na brzegu łóżka, z odgiętą taśmą.
Wpuściła administrację do kuchni i pokoju, kiedy Olszak skończył, i mężczyzna obszedł je szybko, zaglądając w kąty tak, jakby liczył, co trzeba będzie potem wynieść. Sypialnię zostawiła zamkniętą. Drzwi na dół Olszak podparł z powrotem tekturą, młody zwijał taśmę i pakował aparat do kuferka. Na klatce, schodząc, minęli kobietę z drugiego piętra, tę, która rano uchyliła drzwi na łańcuchu; teraz stała w nich szerzej, w fartuchu, i czekała, aż ktoś będzie przechodził.
– To po pani Reut tak? – Nie pytała o nazwisko, mówiła je, jakby je znała od lat. – Bo ja mówiłam mężowi, że ona kiedyś na tych schodach się zabije. Latarnia na dole nie świeci od jesieni, zgłaszałam dwa razy do administracji, i nic. A ona po ciemku schodziła, z tym swoim sercem. – Założyła ręce na fartuchu. – Spokojna była. Nikt do niej nie chodził prawie. Ostatnio ktoś, owszem, parę razy, ale to chyba w sprawie, bo z teczką. Ja się nie wtrącam.
Lena zatrzymała się o stopień niżej. Zapytała, kiedy to ostatnio, ten ktoś z teczką, i kobieta od razu się cofnęła, machnęła ręką, że nie wie, że ona naprawdę się nie wtrąca, że może to listonosz albo z opieki, mało to ludzi chodzi. Mówiła to już do zamykających się drzwi. Łańcuch zagrzechotał z drugiej strony.
Na dole, przy wyjściu, młody technik pokazał głową na róg klatki, gdzie pod sufitem, nad tablicą ze skrzynkami, wisiała kamera w plastikowej kopule, z przewodem schodzącym do puszki w ścianie.
– Monitoring osiedlowy mają – powiedział. – Nie wiadomo, czy działa. Połowa tych kopuł to atrapy, a połowa nagrywa na dysk, który ktoś kasuje co tydzień. Administracja by wiedziała. – Zapiął kuferek. – Ale to już nie nasza działka, jak nie ma sprawy.
Olszak wynosił sprzęt do auta. Mężczyzna z administracji szedł za nimi z kluczem, dopytując, czy może już zamykać górę, czy musi czekać. Lena stała jeszcze chwilę pod kamerą, z głową zadartą, patrząc na kopułę i ginący w ścianie przewód. Do spisu jej nie wpisała; spis kończył się na progu mieszkania.
W poniedziałek miała mieć to z głowy. Tak jej powiedziano i tak zamierzała. Karteczkę z adresem miała w jednej kieszeni, numer od administracji w drugiej; namacała jeden i drugi, schodząc po ciemnych stopniach do drzwi otwartych na cegłę.
Prosektorium pachniało chlorem i czymś słodkawym pod spodem, czego żaden chlor nie brał do końca. Olszak postawił kuferek na korytarzu, przy ścianie pomalowanej do połowy na zielono, i czekał, aż sanitariusz przepchnie wózek z czarnym workiem przez wahadłowe drzwi. Przyjechał tu nie dlatego, że musiał, tylko dlatego, że po drodze i tak wracał na komendę, a kartę z miejsca chciał oddać od ręki, żeby mu nie leżała w aucie do poniedziałku. Młody, Sajdak, szedł za nim z teczką oględzin pod pachą i rozglądał się tak, jak rozgląda się ktoś, kto jeszcze liczy, ile razy tu był.
– Pierwszy raz na Pomorskiej? – spytał Olszak, nie odwracając się.
– Trzeci. – Sajdak przełożył teczkę pod drugą pachę. – Ale za każdym razem inny zapach.
– Bo różne zwłoki. – Olszak powiedział to bez ironii, jak rzecz oczywistą, i pokazał mu głową, żeby usiadł na ławce pod oknem, bo tu się czeka, a nie wchodzi za każdym.
Czekali kwadrans. Korytarzem przeszła kobieta w fartuchu, niosąc reklamówkę z pieczywem, jakby wracała ze sklepu do biura, i Sajdak odprowadził ją wzrokiem, zanim zrozumiał, że to też pracownica, że tu ludzie chodzą po bułki między jednym a drugim. Dr Bąk wyszła do nich z głębi, w zielonej bluzie, z opuszczoną maską na szyi, i Olszaka przywitała skinieniem, jak kogoś, kto należy tu do umeblowania.
– Polesie, ta starsza? – Wzięła od Sajdaka kopertę z kartą, otworzyła, przeczytała pierwszą stronę, stojąc. – Zgłoszenie rano, lekarz stwierdził, uraz głowy, leki. Sekcji jeszcze nie mam zleconej.
– Wiem – powiedział Olszak. – Przywożę papier, nie zlecenie. Prokurator zdecyduje po długim weekendzie.
– Po długim weekendzie. – Dr Bąk przerzuciła kartkę. Czytała szybko, bez komentarza, i dopiero przy drugiej stronie zatrzymała palec, jakby chciała coś sprawdzić, i nie sprawdziła, bo to nie była jeszcze jej sprawa. – Leżała na półpiętrze, głową w dół. Lekarz pisze rana tłuczona okolicy skroniowej, lewa strona. – Spojrzała na Sajdaka. – Z której strony schodziła, jak spadała? Macie w oględzinach kierunek?
Sajdak otworzył teczkę na kolanie, przerzucił dwie kartki, zanim trafił.
– Głową w dół, twarzą do ściany. Stopy wyżej, na piątym stopniu od góry. – Mówił to z papieru, nie z pamięci, i było po nim widać, że woli z papieru. – Plama po zmytym była niżej, pod głową.
– No to lewa skroń przy ścianie z prawej strony klatki, jak schodzi. – Dr Bąk nie powiedziała tego pytająco, raczej ułożyła sobie obraz na głos, dla siebie, i zaraz go zostawiła. – Może być. Upadek ze schodów daje różne rzeczy, zależy, jak człowiek leci, czego się chwyta, o co zawadza. Starsza, na lekach nasennych, w nocy, latarnia nie świeci. – Zamknęła kartę. – Bez sekcji to idzie jako schody i tyle.
– A z sekcją? – Sajdak spytał, zanim pomyślał, i Olszak na niego zerknął, bez słowa, jakby mu mówił, że tu się tak nie pyta.
Dr Bąk nie wyglądała na urażoną. Włożyła kartę z powrotem do koperty, równo, jak coś, co zaraz pójdzie na półkę.
– Z sekcją zobaczę, co jest w środku, i napiszę, czego się trzymam, a czego nie. – Oddała kopertę Olszakowi. – Powiedz prokuratorowi tyle: nikt mnie na razie o nic nie pyta, więc nic nie mówię. A jak zapyta, to przy starszej osobie z urazem głowy i nasennymi we krwi niczego nie wykluczę i niczego nie potwierdzę, dopóki nie otworzę i nie wróci toksykologia. To trwa tygodnie. Tyle.
– Tyle mu powiem.
– I że karta od lekarza jest krótka. – Dodała to już od progu wahadłowych drzwi, przytrzymując je ramieniem. – Skroń, leki, serce, koniec. Trzy linijki przy zgonie bez świadka. Lekarz, który też ma długi weekend.
Drzwi zamknęły się za nią z syknięciem dociskacza. Olszak schował kopertę do kuferka, między folie z zabezpieczonymi śladami, i wstał z ławki z tym westchnieniem, które Sajdak już u niego znał z dwóch poprzednich razy.
– Tylko jej tej karty nie streszczaj nikomu jako „wypadek” – powiedział, schodząc po schodach. – Ona ci nie powiedziała, że to wypadek. Powiedziała, że nie zobaczy, dopóki nie otworzy. To nie to samo.
Na zewnątrz było jasno i ciepło, kasztany przed prosektorium puściły już liście, i ta jasność po korytarzu wydała się Sajdakowi prawie nieprzyzwoita. Olszak otworzył auto, rzucił kuferek na tylne siedzenie i przez dach popatrzył na młodego.
– Podrzucę cię na komendę. Tylko nie gadaj po drodze, bo ja po prosektorium lubię ciszę.
Spis Leny leżał na biurku Lasockiej w poniedziałek rano, między grafikiem na nadchodzący tydzień a wydrukiem, którego Lena z tej strony nie widziała. Lasocka czytała spis tak, jak czyta się rzecz, którą się zamawia, żeby była, a nie żeby ją studiować: przesuwając wzrokiem po pozycjach, zatrzymując się na tych, które mogą jej kiedyś wrócić jako pretensja rodziny albo administracji.
– Czysto zrobione. – Odłożyła kartki. – Leki, dokumenty, sprzęt, dwie pozycje gotówki. Terminarz wpisałaś jako jedną pozycję, to dobrze, nie czytaj cudzych terminarzy, jak nie musisz. – Przesunęła palcem niżej, na ostatnią pozycję. – A to co.
– Karton z dokumentami. Szkolne. – Lena stała przy biurku, bo Lasocka nie powiedziała, żeby usiadła. – Stare teczki, kserówki. Były w szafie w sypialni, za kocami.
– I co.
– I nic. Wpisałam, jak leżało, sfotografowane przez Olszaka. Zostawiłam w mieszkaniu.
Lasocka popatrzyła na nią chwilę dłużej, niż wymagała ostatnia pozycja spisu. Znała ten ton, dokładnie ten, którym Lena mówiła „i nic” wtedy, w listopadzie, o nagraniu, o którym też miało być nic. Nie powiedziała tego. Wzięła spis, wyrównała kartki o blat i włożyła do teczki sprawy, której okładka była jeszcze cienka.
– Olszak był u Bąk z kartą? – spytała, bo to ją interesowało bardziej niż karton.
– Był. – Lena wiedziała to od Olszaka, który zajrzał rano do pokoju drogówki z kubkiem z automatu, żeby jej oddać kopię spisu z podpisem. – Bąk mówi to co zwykle. Bez sekcji nic nie powie, a jak będzie sekcja, to i tak da margines.
– Czyli zgon nagły. – Lasocka zamknęła teczkę. – Prokurator dostanie kartę i spis, zakwalifikuje, jak zakwalifikuje. Pewnie odmówi wszczęcia albo da sekcję dla świętego spokoju i tak czy siak umorzy. Starsza pani, schody, leki. – Popatrzyła na Lenę przez chwilę. – Ty masz teczki drogówki. Werblik mówił, że stoisz na literze K i nie ruszasz dalej, bo nie ma kogo zapytać o klucze.
– Werblik wyszedł po dziecko o trzeciej i zabrał klucze do szafy.
– To go jutro złap rano. – Lasocka sięgnęła po telefon, który zadzwonił, i to był koniec rozmowy o kartonie, zanim się dobrze zaczęła. Ręką pokazała Lenie drzwi, uprzejmie, bez patrzenia, i już mówiła do słuchawki, że nie, że na dziś nie ma nikogo, że dwóch jest na zwolnieniu, jeden na komisji, a długi weekend zjadł resztę.
Lena wyszła. W sekretariacie Renia podniosła głowę znad maszyny, zobaczyła, z czyjego pokoju Lena wychodzi, i tylko ściągnęła usta, jakby chciała zapytać, ale nie tu i nie teraz. Na korytarzu, przy automacie, stał Olszak, dolewał sobie wody do kubka z dystrybutora, bo kawy z automatu nie pił od lat, jak nikt na tym piętrze.
– Oddałem Bąk kartę – powiedział, jakby kontynuował rozmowę, której nie zaczęli. – Karta krótka, Bąk niezadowolona. – Napił się wody. – Ale to nie twoja sprawa już, Kordel. Spisałaś, zdałaś, zamknięte. Nie rób sobie z tego niczego.
– Nie robię.
– Robisz. – Olszak nie powiedział tego nieprzyjemnie. Znał ją z kryminalnego, z czasów, kiedy jeszcze nie była tą, o której się mówiło. – Pamiętam, jak ty robisz. – Wyrzucił kubek do kosza, choć był plastikowy i mógł stać. – Idę. Mam jeszcze trzy zdarzenia z weekendu do opisania, w tym jedno z nożem w Teofilowie, gdzie wszyscy widzieli i nikt nie widział. – Poprawił pasek kuferka na ramieniu i ruszył w stronę schodów do depozytu, zostawiając ją przy automacie z pełnym kubkiem, którego nie zaczęła pić.
Prokurator zadzwonił we wtorek, ale nie do Leny i nie w sprawie kartonu. Hejda – bo właściwość przy Polesiu wypadła na jego rejon, czego Lena dowiedziała się ubocznie, z tego, że Lasocka po rozmowie z nim była przez godzinę bardziej milcząca niż zwykle – zarządził sekcję. Nie dlatego, że coś podejrzewał. Dlatego, że karta lekarza była, jak to ujęła Lasocka, przekazując rzecz Lenie w dwóch zdaniach na korytarzu, „za krótka jak na osobę, która spadła ze schodów z lekami we krwi i bez świadka”, i że Hejda wolał mieć sekcję w aktach niż tłumaczyć później, czemu jej nie było. Tyle ostrożności mu zostało po sprawie z zimy, której nikt nie nazywał, ale wszyscy pamiętali.
Sekcję dr Bąk zrobiła w środę. Lena nie była przy niej i nie miała prawa pytać o wynik, bo nie była w sprawie. Dowiedziała się i tak, bo Olszak schodził do depozytu po coś swojego i wracał przez ten sam korytarz, i przystanął przy drogówce z tą swoją informacją, którą niósł, jakby mu ciążyła.
– Bąk skończyła Polesie. – Oparł się o framugę. Werblik przy drugim biurku nawet nie podniósł głowy znad teczek. – Uraz głowy potwierdza, rana tłuczona, krwiak. Mechanizm jak zawsze u niej: nie wyklucza upadku, nie wyklucza, że ktoś ją na ten upadek nakierował, bo jeden ślad jej nie pasuje.
Lena odłożyła długopis. Werblik tym razem podniósł głowę, na chwilę, i wrócił do swojego.
– Jaki ślad.
– Drobny. – Olszak machnął ręką, jakby chciał z góry zaznaczyć, że to nic, zanim powie co. – Mówi, że obok rany na skroni ma jeszcze jedno otarcie, na karku, niżej, z tyłu. Płytkie. Mogło być od stopnia, jak leciała, mogło być od czegokolwiek wcześniej, ona się o wszystko obijała, miała siniaki w różnym wieku, bo starsza i sama. Bąk go opisała, bo ona wszystko opisuje, i napisała, że nie potrafi powiązać go z mechanizmem upadku ani go z niego wykluczyć. – Wzruszył ramieniem. – Czyli po jej staremu: jest otarcie i nie wiadomo, skąd.
– I toksykologia?
– Za tygodnie. Krew pobrana, poszła. – Olszak odepchnął się od framugi. – Hejda dostanie protokół sekcji, zobaczy „nie wyklucza, nie potwierdza”, „otarcie niepowiązane”, i zrobi to, co robi prokurator z taką sprawą bez świadka, bez śladu włamania, z zamkniętymi drzwiami i osobą na nasennych. Umorzy albo zawiesi do toksykologii i potem umorzy. – Spojrzał na nią, raz, uważniej. – Nie patrz tak. To naprawdę wygląda na schody.
Wyszedł. Lena siedziała chwilę z długopisem w palcach i nie wróciła od razu do litery K. Otarcie na karku, niżej, z tyłu. Próbowała sobie ułożyć, tak jak Bąk układała na głos w prosektorium, którego strona to jest, jak ktoś leci głową w dół, twarzą do ściany. Skroń lewa szła przy ścianie. Kark, z tyłu, niżej – to było po przeciwnej stronie głowy niż rana, i niżej, tam, gdzie stopień przy upadku twarzą naprzód raczej nie sięga. Mogło być wcześniejsze. Mogło być od pościeli, od framugi, od czegokolwiek, jak mówił Olszak; starsza, sama, obijała się. Mogło być od dłoni, która przytrzymała kark, zanim głowa poszła w dół, ale tak samo mogło nie być, i nikt tego nie odróżni z otarcia, którego biegła nie umie przypiąć do niczego.
Werblik odsunął teczkę.
– Idziesz na K czy stoisz? – spytał, nie złośliwie, tylko dlatego, że chciał klucz do szafy, żeby schować swoje przed wyjściem.
– Idę. – Lena przysunęła stos drogówkowy z powrotem pod rękę i zaczęła przepisywać numer z rozpadającej się okładki, jeden, drugi, i pismo miała równe, drobne, bez kreśleń.
Numer K-114, mandat z lutego, kierowca z Widzewa. Przepisała, sprawdziła, odłożyła. Wzięła następną teczkę. Wpisała K-115 i nie uwierzyła sobie.
Tramwaj na Mickiewicza miał szyby zaparowane od ludzi po pracy i Lena stała przy drzwiach, z torbą wciśniętą między kolano a poręcz, bo siedzących miejsc nie było, a i tak nie usiadłaby, gdyby były. Ktoś za nią rozmawiał przez telefon o tym, że szwagier nie oddał wiertarki od Wielkanocy. Za oknem przesuwały się bramy, witryna z napisem ROLETY ŻALUZJE, drzewo, które ktoś przyciął na kikut, znowu brama. Wieczorem światło robiło się żółte i płaskie, jakby ktoś je rozcieńczył, i kasztany na skwerze stały już całe w liściu, a ona pamiętała te same kasztany gołe, bo przez całą zimę jeździła tą samą linią, i przez całą zimę było ciemno, zanim zdążyła dojechać.
Wysiadła dwa przystanki za wcześnie, jak zwykle, żeby kupić papierosy w kiosku, w którym sprzedawca jej nie pamiętał, mimo że brała te same. Zapaliła pod wiatą, dopaliła idąc. Buty już przy kałuży na przejściu puściły wodę przez szew, ten sam szew co w marcu, więc weszła do bloku z mokrą skarpetą na lewej stopie i z tą myślą, którą miała za każdym razem na schodach, że trzeba kupić nowe, i której za każdym razem nie kończyła kupnem.
Skrzynka na listy w sieni miała wygięte drzwiczki, których zamek nie domykał się od grudnia, więc trzymała się na zgięciu kartonu wepchniętego za zawias przez kogoś przed nią. Wyjęła ulotkę pizzerii i rachunek za wodę, drzwiczki domknęła kolanem. Sąsiad spod jedenastki, ten od roweru w korytarzu, schodził z workiem na śmieci i przystanął o stopień wyżej, jakby chciał coś powiedzieć o tej skrzynce albo o czymś innym, otworzył usta, rozmyślił się i tylko mruknął dobry wieczór, mijając ją bokiem, żeby nie zahaczyć workiem. Odpowiedziała mu tym samym. Nie wiedziała, jak ma na imię, choć mieszkali na jednym piętrze od września, i to jej nie przeszkadzało, raczej odpowiadało.
W mieszkaniu pachniało kurzem i tym czymś nieokreślonym, czym pachnie lokum, w którym się nie gotuje. Pudła stały tam, gdzie postawiła je we wrześniu: dwa pod oknem, jedno przy regale, na którym nie było książek, bo książki były w pudłach. Na jednym leżał czajnik bez gwizdka i kubek. Zdjęła płaszcz, powiesiła na klamce, bo wieszak też był gdzieś w pudle, i nastawiła wodę. Czajnik grzał głośno i bez ostrzeżenia, więc trzeba było przy nim stać albo wracać do zimnej, i ona wybrała stanie, oparta o blat, z papierosem, którego w mieszkaniu palić nie powinna, ale paliła.
Płaszcz wisiał na klamce, cięższy z jednej strony, i wiedziała, którą. Nie sięgnęła.
Zalała herbatę, wzięła kubek do pokoju i usiadła na podłodze przy pudle z napisem KSIĄŻKI/RÓŻNE, bo na podłodze było jej wygodniej niż na jedynym fotelu, w którym sprężyna wychodziła pod prawym udem. Otworzyła pudło, nie dlatego, że czegoś szukała, tylko żeby coś robić rękami. Na wierzchu leżał segregator z rachunkami za prąd z poprzedniego mieszkania, których nie wyrzuciła, bo a nuż. Pod spodem słownik. Pod słownikiem zdjęcia luzem, nie w albumie, bo albumu nigdy nie kupiła: ona z bratem nad morzem, ona w mundurze w dniu, którego nie lubiła wspominać, ktoś, kogo nie poznawała od razu i poznawała dopiero po swetrze. Przełożyła je z powrotem, równo, jak układała wszystko, i zamknęła klapę.
Mokra skarpeta przypomniała się jej dopiero teraz, w cieple pokoju. Zsunęła ją, powiesiła na oparciu fotela i otworzyła drugie pudło, to bliżej okna, z napisem RÓŻNE/PILNE napisanym we wrześniu, gdy jeszcze rozróżniała pilne od reszty. Skarpet w nim nie było. Była pościel, przedłużacz, suszarka do włosów, której nie używała, i papierowa torba z apteki sprzed przeprowadzki, w której coś grzechotało. Nie sprawdziła co. Zamknęła i to pudło, znalazła suche skarpety w jedynej rozpakowanej szufladzie w przedpokoju, włożyła grube, zimowe, bo cienkie też były gdzieś w pudle, i wróciła do pokoju w zimowych skarpetach w maju, z kubkiem, który zdążył ostygnąć po raz drugi.
Telefon zawibrował na pudle obok. Esemes od operatora o jakiejś ofercie. Odłożyła telefon ekranem do dołu i przez chwilę patrzyła na płaszcz na klamce, na ten cięższy bok, i powiedziała sobie, że to dziecinada, że to fotografia, papier, że nie waży nic. Wstała, podeszła i wyjęła ją z wewnętrznej kieszeni, tej bliżej żeber, dwie dziewczyny przy trzepaku, podwórko zamknięte ścianami okien. Trzymała ją chwilę, nie patrząc właściwie, bo znała ją na pamięć, zanim ją dostała, z głosu, nie z obrazu. Włożyła z powrotem, do tej samej kieszeni, i wygładziła klapę płaszcza, żeby leżała płasko.
Usiadła w fotelu mimo sprężyny.
Karton za zimowymi kocami. Wracał jej nieproszony, między rachunkiem za prąd a mokrą skarpetą, jak wraca rzecz, której się nie domknęło. Stara, schorowana kobieta — w spisie napisała tylko nazwisko i wiek, REUT, pięćdziesiąt osiem, bo tyle wiedziała i tyle wpisała, a kim była za życia, nie miała skąd się dowiedzieć — trzyma na górze szafy, za kocami, których przy chorym sercu nie zdejmowała bez taboretu, pudło z cudzymi szkolnymi teczkami. Reszta jej papierów leżała w komodzie normalnie, na wyciągnięcie ręki, recepty, dowód; terminarz na regale, między książkami. A tamto wysoko, schowane, taśmą zaklejone, napis zamazany do trzech liter. Nie pasowało. Pasowałoby, gdyby uczyła, ktoś by powiedział, że uczyła, i koniec. Tylko że Olszak to powiedział pierwszy, „uczyła może”, i nawet on nie brzmiał, jakby w to wierzył, raczej jakby chciał zamknąć pozycję spisu.
I to otarcie. Kark, z tyłu, niżej, którego Bąk nie umiała przypiąć do niczego. Po przeciwnej stronie głowy niż skroń.
Wypiła pół herbaty, zimnej już w połowie, bo zapomniała o niej, jak zwykle. Wzięła telefon, żeby sprawdzić godzinę, i palec sam zjechał niżej, w kontakty, do litery B. Numer zapisał się jej w listopadzie sam, nazwał się jej imieniem bez nazwiska, i nie skasowała go ani wtedy, gdy się pokłócili, ani potem, gdy go przenieśli. Patrzyła na ten wpis dłużej, niż patrzy się na rzecz, którą chce się tylko sprawdzić. Potem nacisnęła.
Odebrał po czwartym sygnale, w tle telewizor albo radio, ktoś mówił o pogodzie.
– No proszę – powiedział Bartek. Ściszył tamten głos. – Drogówka dzwoni po godzinach. Coś z mandatem?
– Nic z mandatem. – Przełożyła telefon do drugiej ręki, podciągnęła kolana. – Jak na piątym?
– Na piątym jak na piątym. – Słychać było, że się przesuwa, że gdzieś siada. – Robię wezwania, jeżdżę na kolizje, raz w tygodniu ktoś mi powie, że jak na takiego z kryminalnego, to się przyzwyczaiłem. Przyzwyczaiłem się. – Krótka cisza, w której tamten telewizor mówił dalej. – Nie po to dzwonisz.
Mogła powiedzieć, że tak, że tylko zapytać. Otworzyła usta i nie powiedziała tego, bo on by usłyszał, że kłamie, słyszał ją zawsze, to było najgorsze i czasem najlepsze w nim.
– Miałam zgon nagły na Polesiu. Starsza pani, schody, leki. Czynności pomocnicze, spis. – Powiedziała to płasko, jak się mówi rzecz nieswoją. – Już zamknięte. Lasocka odebrała spis, prokurator pewnie odmówi wszczęcia.
– No to gratuluję domkniętej sprawy.
– No.
Słyszała, jak on czeka. Nie naciskał. To była nowa rzecz w nim, ta cierpliwość, której w listopadzie nie miał; przeniesienie czegoś go nauczyło, może tego, że nie wszystko trzeba od razu chwytać. Lena patrzyła na płaszcz na klamce i milczała razem z nim, i to milczenie było prawie znośne.
– Był tam karton – powiedziała w końcu. – Nie pasował.
– Karton.
– Stare szkolne teczki, w domu emerytki, schowane wysoko za kocami. Reszta papierów na widoku, a to wysoko. – Usłyszała, jak głupio to brzmi powiedziane na głos, drobne, niczyje. – I biegła ma jeden ślad, którego nie umie przypiąć. To wszystko.
Bartek nie odpowiedział od razu. W tle ktoś wyłączył telewizor.
– Lena. – Powiedział jej imię tak, jak się je mówi, żeby ktoś przestał. – Spisałaś, zdałaś. Naczelnik ma spis, prokurator ma kartę. Karton stoi, gdzie stał. Ty masz dyscyplinarkę u Kałuży, która ci się zaraz domknie, i nie potrzebujesz, żeby ktoś zapisał, że komisarz od teczek drogówki dzwoni wieczorem do komisariatu piątego w sprawie, której nie ma.
– Nie dzwonię w sprawie. Dzwonię do ciebie.
– Wiem. – I po tym, jak to powiedział, było słychać, że wie, i że to go nie cieszy ani nie złości, tylko go kosztuje, jak go kosztowała cała tamta zima. – Dlatego ci mówię. Zostaw to. Naprawdę. Raz w życiu niech ktoś inny domknie nie po tobie.
Milczała.
– Słyszysz mnie?
– Słyszę. – Przesunęła kciukiem po szwie fotela, tam, gdzie wychodziła sprężyna. – Masz rację.
– Nie mam, bo i tak zrobisz po swojemu. Ale spróbuj. – Coś w jego głosie zmiękło na koniec, mimo woli. – I kup sobie buty, słychać po tobie, że znowu chodzisz mokra.
– Skąd słyszysz buty przez telefon.
– Stąd, że cię znam. Dobranoc, Kordel.
Rozłączył się pierwszy. Lena została z telefonem przy uchu jeszcze przez sygnał rozłączenia, potem opuściła rękę. W mieszkaniu zrobiło się cicho tą ciszą, którą słychać: lodówka, rura w pionie, ktoś nad nią chodzący na piętach. Płaszcz wisiał na klamce. Pudła stały pod oknem, dwa i jedno, i te dwa pod oknem miała rozpakować jeszcze przed Bożym Narodzeniem, a był maj.
Wstała, dolała sobie do zimnej herbaty z czajnika, który znów zagrzała, i tym razem stała przy nim do końca, żeby nie wrzało na pusto. Za oknem gasły okna w bloku naprzeciwko, jedno po drugim, nierówno. Wzięła z parapetu paczkę papierosów, wyjęła jednego i nie zapaliła, tylko obracała go w palcach. Bartek miał rację we wszystkim oprócz tego jednego, czego mu nie powiedziała. Ta kobieta przez całe lata trzymała coś wysoko, za kocami, musiała po to wnosić taboret, którego przy takim sercu wnosić jej nie wolno było, i nie wnosiłaby go dla rzeczy, na której jej nie zależało.
Odłożyła papierosa do paczki. Poszła spać od niewypitej herbaty i niewypalonego papierosa, zostawiając mokrą skarpetę na oparciu fotela, bo kaloryfer był zimny, ogrzewanie wyłączyli z końcem kwietnia. Rano miała znów teczki drogówki i literę K. I wiedziała, kładąc się, że jutro złapie Werblika o klucze przed jego trzecią, przepisze numery, jakie trzeba, i że gdzieś między K-115 a K-120 wstanie, weźmie płaszcz z klamki i pojedzie na Polesie oddać klucze osobiście, choć administracja przysłałaby kogoś, gdyby tylko poczekała. Nie poczeka.
Werblik oddał klucze do szafy dopiero o wpół do jedenastej, bo najpierw musiał skądś przynieść kawę, a potem rozłożyć na biurku zdjęcia z weekendu i opowiedzieć, jak córka nie chciała wejść do wody. Lena przepisała w tym czasie cztery teczki, K-114, K-115, dwie spod ściany z literą rozmazaną przez wilgoć, i kiedy wreszcie dostała klucz, otworzyła szafę, wyjęła segregator, którego potrzebowała, i zaraz zamknęła ją z powrotem, żeby Werblik nie musiał potem sprawdzać, czy jest zamknięta. Zegar nad drzwiami pokoju spieszył się o jakieś dwadzieścia minut, nikt go nie nastawiał; według niego było już południe.
O dwunastej, czyli wedle korytarza koło wpół do dwunastej, zadzwoniła do administracji z numeru, który mężczyzna zostawił jej na odwrocie wizytówki. Odebrała kobieta, „pani od kluczy”, jak się sama nazwała, kiedy Lena powiedziała, o co chodzi, i kazała czekać, bo musiała sprawdzić w księdze, czy mieszkanie nadal jest „na nich, czy już zdane”. Było na nich. Klucz, jak się okazało, też był u nich; ten z taśmą i numerem, który technik nie chciał wziąć, wrócił do biura i leżał w szufladzie razem z innymi, na haczykach, których nikt nie podpisał. Lena umówiła się, że przyjedzie po niego sama i sama domknie przekazanie, żeby nikt nie musiał stać pod klatką.
– My byśmy wysłali człowieka – powiedziała kobieta, z lekkim żalem w głosie, jakby ją tym ktoś urażał.
– Ja będę i tak w tamtych stronach – skłamała Lena, bo nie była i nie miała być.
Tramwaj jechał wolniej niż w piątek, przez roboty na torowisku za halą, gdzie ludzie w kamizelkach stali wokół rozkopanego pasa i jeden coś mierzył, a reszta patrzyła. Wysiadła przy tej samej pętli. Plac między garażami wysechł od piątku, błoto stwardniało w koleiny, a w jednej z nich tkwił but dziecięcy, sam, bez pary, oblepiony do połowy. Pod klatką nikt nie czekał z teczką opartą o maskę. Domofon był rozkręcony tak samo, drzwi podparte tą samą cegłą, jakby od weekendu nikt ich nie zamknął ani nie otworzył.
Pani od kluczy okazała się drobną kobietą po sześćdziesiątce, w pikowanej kurtce, która przyjechała własnym małym autem i czekała w nim z włączonym radiem, dopóki Lena nie zastukała w szybę. Wysiadła z pękiem kluczy, z których każdy miał kawałek taśmy z numerem, i z księgą wydań w plastikowej okładce, wytartej na rogach od noszenia pod pachą.
– To pani się podpisze, że pani odbiera, i jak pani skończy, to pani się podpisze, że pani zdaje – powiedziała, otwierając księgę na masce auta, na tej samej, na której tamten trzymał teczkę. – Bo u nas się wszystko podpisuje. Ja tu nie od wczoraj jestem.
Lena podpisała się w rubryce, której kobieta nie czytała, tylko wskazała palcem. Data, godzina, numer mieszkania, „odbiór”. Potem weszły razem na górę, schodami, bo winda nadal stała na parterze z kartką, której nawet nie wymieniono na nową. Na półpiętrze między czwartym a piątym taśmy sygnałowej już nie było, ktoś ją zerwał do końca, a plama po zmytym wyschła i zlała się z resztą lastryka, jaśniejsza tylko z bliska. Pani od kluczy minęła to miejsce, nie patrząc, mówiąc po drodze, że ona to mieszkanie pamięta jeszcze sprzed remontu pionu, że tu zawsze był spokój, że pani Reut płaciła co do dnia.
Drzwi otworzyła sama, swoim kluczem, i oddała Lenie ten z taśmą.
– To ja na panią zaczekam na dole, w aucie – powiedziała. – Bo ja na klatce marznę, mam to po operacji. Jakby pani potrzebowała, to ja słyszę, jak ktoś schodzi.
Zostawiła Lenę w drzwiach i zeszła, niespiesznie, trzymając się poręczy. Lena weszła i zamknęła za sobą, nie na klucz.
Mieszkanie stało tak, jak je zostawiła. Powietrze było cięższe niż w piątek, zatęchłe od zamknięcia, z tym słodkawym spodem, który zostaje w lokum bez gospodarza. Lampa na brzegu stołu, doniczka, zdjęcie w ramce na regale, książki do połowy poradniki. W kuchni na parapecie stał drugi blister, tak jak go opisała, i ulotka rozłożona obok. Naciągnęła rękawiczki Reni, te same, z drugiej pary, i poszła do sypialni.
Karton czekał na brzegu łóżka, z taśmą odgiętą tam, gdzie jej nie domknęła. Usiadła przy nim, nie na łóżku, tylko na taborecie, który Olszak wtedy odnotował jako stojący w kuchni, a który ktoś — ona sama albo administracja, nie pamiętała kto — przestawił pod okno sypialni. Postawiła go bokiem do łóżka i przysunęła karton bliżej, na sam skraj.
Zdjęła klapę i tym razem nie przerzuciła wierzchu palcem, tylko zaczęła wyjmować. Teczka pusta, ta sama, sama okładka z odciskiem po grzbiecie czegoś, co kiedyś w niej leżało; odłożyła ją na łóżko, otwartą, żeby pamiętać kolejność. Pod nią plik luźnych kartek. Brała je po kilka, kładła na kolanie, czytała na tyle, na ile dało się czytać cudzy formularz sprzed lat, w którym połowa rubryk była pusta, a połowa wypełniona pismem, które się zmieniało, raz drobnym, raz większym, jakby pisało dwoje ludzi albo jeden w różnym czasie.
Kserówki. Nie oryginały — kserówki, część krzywo skopiowana, z czarnym pasem przy zgięciu, gdzie kartka nie dolegała do szyby. Na jednej, przy samym brzegu, odbił się skrawek innej kartki, która musiała leżeć obok na szybie kopiarki, gdy ktoś przyciskał wieko: pasek cudzego druku, urwany w pół słowa, nie z tej strony, nie z tego formularza. Ktoś kopiował to byle jak, kładąc po dwie naraz, jak się kopiuje w pośpiechu albo bez pomysłu, że to się komuś kiedyś przyda. Nagłówki urzędowe, których nie znała, bo nie była z oświaty i nie miała powodu znać; słowa, które rozpoznawała pojedynczo, nie składając ich w całość. Daty. Miejsca na podpis, część pusta, część z zamaszystym ruchem pióra, którego nie dało się odczytać jako nazwiska, tylko jako podpis kogoś, kto podpisywał takie rzeczy wiele razy. Pieczątka, odbita słabo, z numerem, który równie dobrze mógł być numerem szkoły, co czymkolwiek innym. Nie przepisała go, odłożyła kartkę pod spód.
Wśród kartek leżał plik spięty zardzewiałym spinaczem, który zostawił na papierze brunatny ślad w kształcie samego siebie. To było coś dłuższego, kilka stron, jednolitych z wyglądu, ten sam nagłówek na każdej, ten sam typ formularza. Rozpięła spinacz, bo papier i tak był już naderwany przy dziurkach. Pierwsza strona miała w prawym górnym rogu wydrukowane „1” i była zapisana do połowy, dalej szła rubryka z miejscem na opis i ten opis był: gęsty, równy, dopisany ręcznie pod drukiem. Druga strona miała „3”.
