Akt Zgonu - Andrzej Wolanski - ebook

Akt Zgonu ebook

Andrzej Wolanski

0,0

Opis

Stara kobieta umiera we śnie w szanowanej łódzkiej rodzinie. Wszystko się zgadza – poza kilkoma drobiazgami, które nie chcą do siebie pasować.

Na miejsce przyjeżdża komisarz Lena Kordel – miała tylko spisać zgłoszenie i wrócić. Ale data na grobie nie pasuje do aktu zgonu, w księgach ziewa luka, a w rodzinnych albumach brakuje jednej fotografii i jednego imienia, które bliscy wymawiają tylko półgłosem. Im głębiej Lena drąży, tym wyraźniej widzi, że tę wygodną wersję ktoś pielęgnuje od pokoleń. To powściągliwy, mroczny polski kryminał o lojalności krwi i cenie prawdy – tajemnica rodzinna, której nikt nie chciał wyciągać na światło.

Trzeci tom serii Akta Milczenia. Zanurz się w sprawie, którą zamyka się dopiero wtedy, gdy ktoś przestanie milczeć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 575

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Akt Zgonu

Andrzej Wolanski

Akt Zgonu

Andrzej Wolanski

Copyright © 2026 Andrzej Wolanski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemie wyszukiwania informacji ani przekazywana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 9788384330722

Wydawca: Tempest & Tale

[email protected]

Wydanie pierwsze, 2026

Ta książka jest dziełem fikcji. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Wyjazd

Światło w warsztacie paliło się dłużej niż zwykle, choć nikt już nie pracował.

Była to żarówka pod blaszanym kloszem, zawieszona nisko nad stołem, na którym za dnia heblowano deski i mieszano klej, a teraz leżały tylko wióry i jeden rozsypany pęczek gwoździ. Mężczyzna stał przy stole tyłem do drzwi i czegoś szukał wśród narzędzi, nie zapalając górnego światła. Za szybą stała ta wczesna zima, kiedy ziemia już zmarzła, ale śnieg jeszcze nie spadł i podwórze było całe czarne. Na ścianie wisiał kalendarz parafialny z dużą cyfrą roku u góry, przekreślony do połowy miesiąca ołówkiem.

Z głębi domu dochodziły kroki. Ktoś chodził po schodach w górę i w dół, więcej razy, niż było trzeba, jakby zapominał za każdym razem, po co szedł.

Na rogu stołu, odsunięta od wiórów, leżała otwarta księga w płóciennej oprawie, taka, w jakiej w tym domu od lat zapisywano cudze nazwiska, daty, numery kwater i ceny trumien. Mężczyzna od czasu do czasu podchodził do niej, brał obsadkę, maczał stalówkę w kałamarzu i pisał jeden wiersz, powoli, literami równymi jak na zamówienie. Potem prostował się, dmuchał na atrament, żeby prędzej obeschło, i wracał do narzędzi. Skończył wiersz, przeczytał go raz w świetle żarówki, ujął bibułę i przyłożył do mokrego atramentu, mocniej, niż było trzeba. Zamknął księgę, ale nie odłożył jej na półkę, gdzie stały inne. Wsunął ją do szuflady pod blatem i przekręcił w niej kluczyk.

Pod ścianą, na koziołkach, stała mała skrzynia. Biała, świeżo malowana, krótsza od tych, które robiono tu zwykle — taka, jakiej nie zamawia się często, a kiedy się zamawia, robi się ją bez słowa i bierze połowę ceny albo nic. Lakier jeszcze nie wysechł zupełnie; na wieku, przy okuciu, został odcisk czyjegoś palca i nikt go nie wytarł. Wieko było przykręcone. Mężczyzna podszedł, sprawdził dwie śruby kciukiem, dokręcił jedną o ćwierć obrotu i cofnął rękę, jakby się sparzył.

Skrzynia była lekka. Podniósł ją sam, bez pomocy, jednym ruchem barku, przycisnął do piersi i obrócił nią w drzwiach, żeby nie zaczepić o framugę. W połowie kroku przełożył ją wyżej, na przedramię, jak się przekłada pakunek, nie ciężar.

Na podwórzu czekał samochód z otwartą tylną klapą i wygaszonymi światłami. Silnik chodził na wolnych obrotach, dymił spod tyłu siwą smugą, która rozłaziła się tuż nad brukiem i nie szła w górę. Drugi mężczyzna, młodszy, siedział za kierownicą i nie wysiadał. Patrzył w bramę, w czarną dziurę przejazdu na ulicę, i co chwilę przecierał szybę dłonią, choć szyba nie była zaparowana z jego strony.

Skrzynię wsunęli na pakę razem, w milczeniu, podając ją sobie nad zderzakiem. Wsunęła się za daleko, do samej blachy, i zazgrzytała o coś metalowego w środku. Starszy poprawił ją, przesunął bliżej krawędzi, podłożył pod spód złożony koc, żeby nie skakała. Potem stał jeszcze chwilę z ręką na klapie, nie zamykając jej.

— Zostaw — powiedział młodszy z kabiny. Nie odwrócił głowy.

Starszy zostawił. Zamknął klapę, ale nie do końca, tylko docisnął zatrzask palcami, żeby nie trzasnęło.

W oknie na piętrze zapaliło się i zaraz zgasło światło. Ktoś tam stał za firanką; widać było tylko, że firanka się poruszyła i znieruchomiała. Z domu nie wyszedł nikt więcej. Pies u sąsiada zza płotu zaszczekał dwa razy, ktoś go uciszył słowem, i zrobiło się tak cicho, że słychać było, jak woda kapie z rynny do beczki pod ścianą, równo, co kilka sekund.

Wtedy z sieni wyprowadzono dziecko.

Szło o własnych siłach, prowadzone za rękę, w za dużym płaszczu zapiętym pod samą szyję i w czapce naciągniętej na czoło. Drugą ręką trzymało coś przy piersi — niewyraźny tłumok, może zabawkę, może zawiniątko — i nie chciało tego puścić, kiedy kobieta przy nim chciała poprawić rękaw. Kobieta była niska, w chustce, i nie podnosiła twarzy. Mówiła do dziecka półgłosem, w kółko to samo, słów nie dało się rozróżnić. Raz urwała w pół słowa, przełknęła, zaczęła od początku.

Dziecko przystanęło przy samochodzie i spojrzało w stronę paki, gdzie pod niedomkniętą klapą bielał kawałek skrzyni. Patrzyło na to chwilę dłużej, niż patrzy się na rzecz obcą. Potem dało się posadzić z tyłu, na siedzeniu, za przegrodą oddzielającą kabinę od paki. Kobieta wsiadła obok, między dziecko a drzwi, i przyciągnęła je do siebie ramieniem.

Starszy mężczyzna nachylił się do otwartego okna od strony kierowcy. Stamtąd, z głębi domu, ktoś wyniósł na próg torbę i postawił ją, nie schodząc niżej niż na pierwszy stopień. Potem cofnął się w ciemność sieni.

— Macie dojechać przed świtem — powiedział starszy. — Żeby nikt po drodze.

Młodszy skinął głową. Trzymał ręce na kierownicy i patrzył przed siebie.

— I wracaj sam.

Tego młodszy już nie potwierdził. Wrzucił bieg, samochód szarpnął, zgasł, zapalił się znowu po dwóch próbach, kaszląc. Z tyłu coś się przesunęło — czy to skrzynia, czy torba, nie było jak sprawdzić. Dziecko odwróciło się i przez tylną szybę popatrzyło na dom, na warsztat, na zapaloną żarówkę pod blachą, która świeciła teraz na pusty stół. Kobieta delikatnie obróciła mu głowę z powrotem do przodu, dłonią na policzku, i przytrzymała.

Samochód wytoczył się przez bramę. Koła zachrzęściły po zamarzniętym błocie w przejeździe, a światła zapaliły się dopiero na ulicy, za narożnikiem, kiedy dom zniknął już z lusterka. Przez chwilę słychać było jeszcze silnik, coraz dalej, coraz niżej, aż został tylko dźwięk wody z rynny do beczki.

Starszy mężczyzna stał na podwórzu, dopóki nie ucichło zupełnie. Zapalił papierosa od zapałki, osłaniając płomień dłonią, choć wiatru nie było. Palił, patrząc na bramę. Potem wrócił do warsztatu, ale nie zgasił od razu światła. Usiadł na taborecie przy stole, oparł łokcie na blacie, między wiórami, i siedział tak nieruchomo, twarzą do drzwi, którymi przed chwilą wynoszono skrzynię.

Na koziołkach, gdzie stała, został tylko mokry ślad od lakieru i drugi pęczek gwoździ, nietknięty.

Na piętrze, za firanką, kobieta w oknie czekała, aż mężczyzna na dole skończy palić. Kiedy zgasił niedopałek o podeszwę i schylił się, żeby go podnieść z bruku i schować do kieszeni — bo nawet teraz nie rzucił go na ziemię — odeszła od okna. Słychać było, jak po drugiej stronie domu zamyka jedne drzwi, potem drugie, i jak przekręca klucz, dwa razy, w zamku, którego od środka nikt nie zamykał.

Rano na drzwiach zakładu wisiała kartka, że dziś nieczynne z powodu żałoby w rodzinie. Pismo było staranne, kaligrafowane, takie, jakim wypisywano klientom daty i imiona na wstążkach. Sąsiedzi przystawali, czytali, kiwali głowami. Kobieta z naprzeciwka, ta od psa, postała dłużej. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziała tę małą na podwórzu — i nie umiała. Wydało jej się, że dawno, ale nie była pewna, czy dawno, czy może wcale; w takiej rodzinie człowiek nie pyta, a dzieci w zimie i tak siedzą w domu. Pomyślała, że trzeba będzie kupić znicz, i poszła po chleb.

Samochód wrócił następnego dnia po południu, sam, z pustą paką. Na pace nie było już ani skrzyni, ani torby, ani koca — tylko ślady błota innej, dalszej drogi, gliniastego, czerwonawego, jakiego pod tym miastem nie ma. Młodszy mężczyzna wjechał na podwórze, wyłączył silnik i siedział jeszcze chwilę w kabinie, zanim wysiadł. Z domu nikt nie wyszedł go przywitać. Wszedł sam, długo i dokładnie otrzepując buty z tej obcej gliny na progu, aż nic z tamtej drogi nie zostało na podeszwach.

A na cmentarzu, w kwaterze pod murem, w tej części, gdzie chowa się najmłodszych, kopano już dół. Grabarz pracował od świtu, sam, w rękawicach, odgarniając zmarzniętą wierzchnią warstwę kilofem, niżej już łopatą. Robił go niewielki, krótki, mierzył raz po raz na oko, przykładając trzonek łopaty wzdłuż wykopu, i jeszcze raz ujmował z boków. Akurat na taką skrzynię.

Pod południe podjechał wóz z zakładu. Skrzynię opuszczono na pasach we dwóch, krótko, bez wielu ludzi wokół; ksiądz odprawił przy niej szybko, w palcie, dmuchając w dłonie, bo mróz nie odpuścił. Stało paru krewnych, kobieta w chustce nie przyjechała. Skrzynię zasypano, grabarz ubił ziemię tylną stroną łopaty i wyrównał kopczyk. Krzyża jeszcze nie było; miał przyjść później, z warsztatu, z datami wykutymi ręką, która tej nocy wpisywała wiersz do księgi pod kluczem. Na razie wbito w ziemię tabliczkę z deski, a na niej, tym samym starannym, kaligrafowanym pismem co na kartce na drzwiach, wypisano imię i dwie liczby. Atrament rozmazał się od wilgoci, zanim ktokolwiek zdążył to przeczytać do końca.

Zgon nagły

Litery na grzbietach teczek wyblakły tam, gdzie najczęściej dotykały ich palce, i Lena Kordel od trzech tygodni przepisywała je na nowo, żeby maszyna do segregacji w piwnicy mogła je w końcu odczytać. K jak Kolasa. K jak Kowalczyk. K jak Krasoń, dwa razy, bo ktoś przed laty założył dwie teczki na jednego pana Krasonia i nikt tego nie scalił. Pisała flamastrem, który już prawie wysechł, więc trzymała go przy kaloryferze, żeby zmiękł, i co kilka liter musiała na nowo przyłożyć go do papieru po kawałku metalu na parapecie, aż złapał.

Pokój na drugim piętrze miał jedno okno wychodzące na podwórze komendy, gdzie stały radiowozy, które rano nie chciały zapalać, i jeden cywilny opel, którego nikt nie ruszał od zimy. Werblik siedział przy drugim biurku tyłem do niej, ze słuchawką telefonu wciśniętą między ucho a ramię, i wpisywał coś jednym palcem, bardzo wolno, dyktując sobie po cichu każdą cyfrę. Trzecie biurko, to nowej, stało puste; dziewczyna miała szkolenie z systemu na Lutomierskiej i wracała dopiero po południu. Pachniało zimną kawą z automatu na korytarzu i papierem, tym starym, który trzyma w sobie kurz nawet wtedy, kiedy się go nie rusza.

Było gorąco. Lipiec wszedł w drugi tydzień, a kaloryfer, przy którym grzała flamaster, był oczywiście zimny jak co dzień; przez zamknięte okno biło z podwórza rozgrzanym betonem, a oba wentylatory, które miały trafić na drugie piętro, trafiły gdzie indziej. Lena zdjęła marynarkę i powiesiła na oparciu krzesła. W jej wewnętrznej kieszeni, bliżej żeber, była fotografia, której nie wyjmowała w pracy. Przesunęła krzesło tak, żeby marynarka nie zsunęła się na podłogę, i wzięła następną teczkę.

Telefon na biurku Werblika zadzwonił po raz drugi, kiedy on jeszcze nie skończył pierwszej rozmowy. Werblik westchnął, odłożył jedną słuchawkę, podniósł drugą, posłuchał chwilę i podał ją Lenie nad przejściem między biurkami, nie zakrywając mikrofonu.

— Sekretariat. Lasocka cię prosi. — Wrócił do swojej cyfry, jakby jej nie przerwał.

W sekretariacie Renia nalewała komuś kawy z dzbanka, prawdziwej, nie z automatu, i postawiła Lenie kubek, zanim ta zdążyła powiedzieć, że nie trzeba. Lasocka stała w drzwiach swojego gabinetu z kartką w ręce i okularami zsuniętymi na czubek nosa.

— Patrol z Bałut zgłasza zgon nagły, kobieta, rocznik czterdziesty siódmy, w mieszkaniu — powiedziała, nie wchodząc głębiej w temat. — Lekarz na miejscu, rodzina na miejscu, wygląda jak wygląda. Czwartego nie ma, Mrózek na zwolnieniu, dyżurny mi mówi, że ma jeden patrol na pół Bałut i drugiego nie da. Potrzebuję kogoś, kto pojedzie, dopilnuje formalności i wróci z papierami, żeby nie leżało. Nic więcej.

Lena wzięła kubek, bo był już w jej dłoni.

— To nie jest moja sprawa, pani naczelnik.

— To nie jest niczyja sprawa. To zgon nagły osoby starszej, którą znalazła rano synowa. — Lasocka zdjęła okulary i potarła nasadę nosa. — Mówię ci wprost, bo wiem, jak to brzmi. Potrzebuję rąk, a nie mam. Pojedziesz, popilnujesz, żeby ekipa zrobiła swoje, lekarz wypisał, co ma wypisać, i przywieziesz mi protokół zgłoszenia. Bez fantazji. To jest czynność porządkowa, nie śledztwo. Drogówka czy nie drogówka, jesteś oficerem i potrafisz spisać zgłoszenie.

Z korytarza dochodził głos Werblika, dyktującego sobie kolejną cyfrę. Renia odwróciła się do dzbanka i udała, że jej tu nie ma. Lena postawiła kubek na rogu biurka, bo nagle nie chciała go trzymać.

— Wpis mam w aktach na trzy lata — powiedziała.

— Wiem, gdzie masz wpis. Sama go czytałam. — Lasocka spojrzała na nią dłużej, niż było trzeba na takie zdanie. — Dlatego mówię: czynność porządkowa. Adres masz u Reni. Jedź i wróć.

Auto nie wchodziło w grę, więc Lena pojechała tramwajem. Z przystanku przy komendzie czternastka szła na Bałuty z dwiema przesiadkami albo jedną dłuższą, wybrała dłuższą, bo nie chciała czekać. W tramwaju było duszno i pełno; ktoś wiózł na kolanach doniczkę z pelargonią owiniętą w gazetę, kobieta naprzeciwko spała z otwartymi ustami. Lena stała przy oknie i patrzyła, jak Łódź przesuwa się za szybą — Zachodnia, potem kamienice coraz niższe, coraz bardziej zmęczone, balkony podparte stemplami, sklep z używaną odzieżą, zakład szewski czynny od jedenastej. Wysiadła o jeden przystanek za wcześnie, żeby przejść kawałek i zapalić.

Adres był na bocznej ulicy, gdzie kamienice stały po jednej stronie, a po drugiej ciągnął się mur i za nim coś, co kiedyś było fabryczką, a teraz miało wybite okna i kratę na bramie. Dom Łabędziów dało się poznać z daleka po szyldzie. Nie był to szyld nowy, podświetlany; była to tablica z lastriko wmurowana w ścianę przy bramie, z literami niegdyś złoconymi, dziś przyciemniałymi: „USŁUGI POGRZEBOWE ŁABĘDŹ" i niżej, mniejszą czcionką, „od 1958". Pod tablicą, w przejeździe bramnym, stały drzwi z matową szybą i drugi, mniejszy szyld, ten już nowszy, z numerem telefonu i dopiskiem o całodobowym przewozie. Dwa kroki dalej, w tym samym przejeździe, była zwykła brama na podwórze i klatka schodowa.

Radiowóz stał przy krawężniku, pusty, z otwartym oknem. Lena dopaliła papierosa, zgasiła go o krawędź muru i schowała niedopałek do kieszeni płaszcza, bo na ulicy nie było kosza, a na bruku w bramie ktoś już zamiótł. Weszła na klatkę. Schody były stare, drewniane, wytarte na środku każdego stopnia, ale czyste i pachnące pastą; na półpiętrze stała doniczka z paprocią. Lena minęła ją i poszła wyżej.

Drzwi na pierwszym piętrze były uchylone. Z mieszkania dochodziły głosy, jeden męski, urzędowy, drugi kobiecy, spokojny, i trzeci, też kobiecy, ale wyższy, łamiący się. Lena zapukała w futrynę i weszła, pokazując legitymację pierwszemu, kto na nią spojrzał — a był to mundurowy, młody, który odetchnął na jej widok, jakby ktoś wreszcie przyszedł zdjąć mu coś z głowy.

— Pani z komendy? Dzwonili, że ktoś przyjedzie. — Mówił ciszej, niż było trzeba. — Lekarz już prawie skończył, czeka tylko na... no, na panią. Rodzina w kuchni. Ciało w sypialni, tam.

W przedpokoju było ciemno i ciasno, pełno mebli z innego czasu — wieszak z lustrem, komoda, na komodzie serwetka i lampka z porcelanową stopą. Pachniało lekami i czymś jeszcze, słodkawym, kościelnym, jakby ktoś niedawno palił świecę. Z kuchni wyszła kobieta i Lena od razu wiedziała, że to ona tu wszystkim kieruje, choć nie powiedziała jeszcze ani słowa. Była po pięćdziesiątce, ubrana ciemno i schludnie, włosy upięte; miała na sobie fartuch w kratę, który zdejmowała właśnie z ramion, jakby zdjęła go specjalnie na przyjście policji.

— Renata Łabędź — powiedziała i podała rękę, sucha, pewna. — Synowa. To ja ją rano znalazłam. Dziękuję, że pani przyjechała tak szybko, wiem, że to formalność, ale wolę, żeby było wszystko jak należy. My się akurat na tym znamy, na takich sprawach, więc proszę powiedzieć, czego pani potrzeba, i postaram się nie przeszkadzać.

— Komisarz Kordel. — Lena nie dopowiedziała, skąd, i Renata nie zapytała. — Najpierw lekarz, potem spiszę zgłoszenie. Gdzie jest pani teściowa?

— Stefania. Stefania Łabędź. — Renata wskazała ręką drzwi w głębi przedpokoju, ale nie ruszyła w ich stronę, jakby zostawiała Lenie pierwszeństwo. — Mama miała siedemdziesiąt dziewięć lat. Serce, nadciśnienie, od jakiegoś czasu już z głową gorzej. Odeszła w nocy, we śnie. Doktor Cieśla ją prowadził od lat, on właśnie jest przy niej.

Sypialnia była mała, z jednym oknem zasłoniętym do połowy. Łóżko stało pod ścianą, wysokie, z drewnianym wezgłowiem; na nim leżała stara kobieta, przykryta po pierś, z rękami złożonymi na kołdrze. Ktoś jej te ręce złożył — leżały zbyt równo, palce splecione, jak na obrazku. Twarz miała spokojną, zapadniętą, usta lekko otwarte. Przy łóżku, na taborecie, siedział mężczyzna w rozpiętej koszuli, z torbą lekarską u stóp, i pisał coś na podkładce opartej o kolano. Podniósł głowę, kiedy weszła.

— Cieśla — powiedział, nie wstając. — Pani z policji? To ja zaraz kończę. Naturalny zgon, serce, ja tę panią leczę... leczyłem dwadzieścia parę lat. Tu nie ma o czym mówić, szkoda pani fatygi.

— Komisarz Kordel. Spiszę zgłoszenie, taka procedura przy nagłym. — Lena podeszła bliżej łóżka, nie dotykając niczego. — Może pan mi powiedzieć, kiedy ją pan ostatnio widział żywą?

— Tydzień temu, może dziesięć dni. — Cieśla wrócił do podkładki. — Przyszedłem z receptami. Ciśnienie wysokie, ale w jej wieku to norma. Brała leki, czasem brała, czasem nie pamiętała, że wzięła, i brała drugi raz, takie rzeczy. Synowa pilnowała, jak mogła.

Lena patrzyła na rękę kobiety, tę bliższą, lewą, leżącą na kołdrze wierzchem do góry. Skóra była cienka, pomarszczona, sina w kostkach, taka jak u starych ludzi. Ale tuż nad nadgarstkiem, na wewnętrznej stronie przedramienia, gdzie skóra jest jaśniejsza, było coś jeszcze — pas zaczerwienienia przechodzącego w siniec, niezbyt duży, ale wyraźny, podłużny, jakby ktoś ścisnął to przedramię i przytrzymał. Lena nie powiedziała nic. Spojrzała na drugą rękę, prawą, splecioną z lewą — tam nic nie było widać, bo leżała spodem.

— A to skąd? — zapytała, wskazując głową, nie palcem.

Cieśla podniósł wzrok znad podkładki, popatrzył na przedramię i przez moment nie odpowiadał. Pisak zatrzymał mu się w połowie litery. To była krótka chwila, ułamek, ale Lena ją zobaczyła, bo na nią właśnie patrzyła.

— Starsi ludzie się tłuką — powiedział w końcu, trochę za szybko. — Skóra cienka, naczynka pękają od byle czego. Mogła się uderzyć o szafkę, mogła upaść w nocy i sama się podnieść, mogła ją synowa przytrzymać, jak się chwiała. To nic nie znaczy. Ja takich siniaków u staruszków widzę dziesięć dziennie.

— Pewnie tak — powiedziała Lena.

Powiedziała to spokojnie i odsunęła się od łóżka, żeby on nie czuł się obserwowany, ale nie odwróciła wzroku od ręki, dopóki nie musiała. Na nocnej szafce stało kilka opakowań leków, jedno przewrócone, i szklanka do połowy z wodą. Listek tabletek leżał obok, wyciśnięty częściowo, niektóre kapsułki na blacie luzem, jedna spadła na podłogę i leżała przy nodze szafki. Lena nie schyliła się po nią. Zapamiętała, gdzie leży.

— Doktorze, na karcie pan napisze przyczynę zgonu i godzinę. Godzinę szacunkową, jeśli pan zna.

— Nad ranem. Synowa ją znalazła koło ósmej, ciało już chłodne, stężenie zaczęte. Powiedzmy między trzecią a piątą. — Cieśla dopisał coś i podsunął jej podkładkę, żeby zobaczyła, że pisze. — „Niewydolność krążenia, przyczyna naturalna." Tak to wygląda i tak będzie w karcie. Pani komisarz, ja rozumiem, że ma pani swoje rubryki do wypełnienia, ale tu naprawdę nie ma sprawy. Rodzina chce ją pochować po ludzku, a nie żeby jej babcię wozili na sekcję przez sińca, którego się starsza pani nabawiła, otwierając okno.

Z przedpokoju nadeszła Renata, cicho, i stanęła w drzwiach, nie wchodząc. Trzymała ręce splecione na fartuchu, który zdążyła znów na siebie założyć.

— Wszystko w porządku? — zapytała, ale patrzyła nie na Lenę, tylko na Cieślę.

— W porządku, pani Renato — odpowiedział lekarz, zanim Lena zdążyła otworzyć usta. — Pani komisarz tylko spisuje, co trzeba. Zaraz skończymy.

Lena wyszła do przedpokoju, żeby zapisać dane do protokołu, i Renata wyszła za nią, gotowa podać każdy szczegół, zanim padło pytanie: pełne imię i nazwisko zmarłej, datę urodzenia, numer dowodu, którego kopię już przygotowała w szufladzie komody, nazwisko lekarza, numer telefonu do zakładu, choć zakład był ich własny i przez ten zakład mieli ją chować. Mówiła równo, bez wahania, czasem uprzedzając pytanie. Raz tylko, kiedy Lena spytała, kto mieszkał z teściową na co dzień, Renata zatrzymała się na pół sekundy.

— Mama mieszkała sama. My z mężem na parterze, przy zakładzie. Janusz, mój mąż, to syn Stefanii. — Powiedziała to i zaraz dodała: — Zaglądałam do niej rano i wieczorem. Dziś rano nie odpowiadała, więc weszłam swoim kluczem. I już.

— Mąż jest w domu?

— Jest. — Renata spuściła wzrok na fartuch i wygładziła go dłonią. — Źle to znosi. To jego matka. Lepiej go teraz nie ruszać, jeśli pani pozwoli.

W przedpokoju, na komodzie pod lustrem, między serwetką a lampką, leżała koperta. Stara, pożółkła, otwarta, z wystającym do połowy złożonym papierem — papierem urzędowym, z tych grubszych, z odbitą pieczęcią, których dziś już się nie używa. Leżała tak, jakby ktoś niedawno wyjął ją, rozłożył, przeczytał i wsunął z powrotem niedbale, nie do końca. Lena widziała tylko górną krawędź wewnętrznego arkusza i kawałek nadruku. Nie sięgnęła po nią. Zapisała w notesie godzinę, dane, nazwisko lekarza, a obok, mniejszym pismem, dwa słowa, które nie należały do protokołu, i zamknęła notes.

Mundurowy z klatki zajrzał do mieszkania i powiedział, że przewóz już jedzie, ten z zakładu, bo rodzina sobie życzy własnym. Renata skinęła głową, jakby to było oczywiste, i poszła do kuchni dać znać mężowi. Cieśla wyszedł z sypialni, zapiął koszulę, podał Lenie wypełnioną kartę zgonu i swoją wizytówkę, i poczekał, aż ona wszystko schowa, żeby mieć pewność, że schowała.

— Pani naczelnik dostanie protokół jeszcze dziś — powiedziała Lena, bardziej do siebie niż do niego.

— No to wszystko gra. — Cieśla wziął torbę. W drzwiach przystanął, jakby chciał coś dodać, i nie dodał; tylko spojrzał jeszcze raz w stronę sypialni, gdzie pod kołdrą leżała Stefania Łabędź z rękami złożonymi zbyt równo, i wyszedł na klatkę.

Lena została chwilę dłużej. Przewóz miał dopiero przyjechać, mundurowi czekali na dole, a ona stała w ciasnym, ciemnym przedpokoju, pod lustrem, obok komody, na której leżała stara koperta i przewrócona lampka, której nikt nie poprawił. Z kuchni dochodził teraz głos mężczyzny, niski, niewyraźny, i głos Renaty, która coś mu tłumaczyła półgłosem, spokojnie, w kółko, jak się tłumaczy komuś, kto nie chce słuchać.

Na półpiętrze, schodząc, Lena zatrzymała się na pół kroku. Obok podlanej paproci, której woda jeszcze stała w podstawce, na ścianie był jaśniejszy prostokąt po czymś, co kiedyś tam wisiało — pusty, czysty, bez gwoździa, bez haczyka. Ktoś zdjął, zakitował dziurę i pomalował na biało, tylko farba na tym kawałku wyszła jaśniejsza niż reszta ściany. Lena popatrzyła na to chwilę, nie wiedząc, czemu patrzy, i poszła niżej.

Na dworze było jeszcze goręcej niż przed południem. Przy krawężniku, za radiowozem, stał już karawan — czarny, lśniący, z napisem „ŁABĘDŹ" wzdłuż boku, tym samym krojem liter co tablica w bramie. Dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach wyjmowało nosze. Robili to wprawnie, w milczeniu, bez pośpiechu, jak ludzie, którzy robią to codziennie. Lena odsunęła się, żeby przepuścić nosze w bramę, i zapaliła drugiego papierosa, choć obiecywała sobie, że nie będzie.

Wyjęła notes, otworzyła na ostatniej stronie i spojrzała na te dwa słowa zapisane obok protokołu, nie po to, żeby je przeczytać — pamiętała je — tylko żeby zobaczyć, czy naprawdę je napisała. „Siniec. Zawahał się." Zamknęła notes i schowała do kieszeni płaszcza, tej samej, w której leżał już niedopałek sprzed godziny, i ruszyła w stronę przystanku, zanim karawan zdążył wyjechać z bramy.

Mieszkanie po niej

Protokół Lasocka dostała tego samego dnia, jeszcze przed czwartą, i tym powinno się skończyć. Skończyło się na tym, że nazajutrz przed południem zadzwonił do sekretariatu ktoś z zakładu Łabędziów i Renia przeszła z tym do pokoju na drugim piętrze, bo nie wiedziała, komu to przypisać.

— Dzwoni jakaś pani — powiedziała, stojąc w drzwiach z karteczką. — W sprawie tej wczorajszej, z Bałut. Mówi, że na karcie zgonu jest pomyłka w dacie urodzenia i lekarz kazał to zgłosić, zanim pójdzie do urzędu. Ty tam byłaś, to ja ciebie szukam.

Werblik nie podniósł głowy znad swojej cyfry. Lena odłożyła flamaster przy kaloryferze, choć kaloryfer był zimny, i wzięła karteczkę. Numer był ten z szyldu w bramie, ten nowszy, z dopiskiem o przewozie. Pomyłka w dacie nie była jej sprawą — kartę wypisywał Cieśla, poprawiać miał ją Cieśla albo urząd — ale to ona spisywała zgłoszenie i to jej dane szły do protokołu, a Lasocka nie lubiła, kiedy do protokołu wracało się dwa razy. Lena oddzwoniła. Renata odebrała po pierwszym sygnale, jakby siedziała przy telefonie.

— Dobrze, że pani dzwoni — powiedziała. — Doktor wpisał czterdziesty siódmy, a w dowodzie jest czterdziesty siódmy, ale w starym akcie urodzenia ona ma inaczej, i teraz w zakładzie nie wiedzą, co kuć na tabliczce na czas pogrzebu. Wolę, żeby się zgadzało z papierami, które pani widziała. Może pani wpadnie na chwilę? Ja i tak segreguję jej rzeczy, bo trzeba zwolnić mieszkanie, a nie chcę, żeby coś poszło źle przez datę. Pani komisarz raz to widziała, drugi raz pani spojrzy i będzie z głowy.

Lena poszła do Lasockiej po zgodę na wyjście. Lasocka nie podniosła głowy znad ekranu.

— To nie sprawa policji — powiedziała.

— Wiem. To poprawka do mojego protokołu. Data się rozjeżdża między dowodem a starym aktem, a ja mam to podpisane jako zgodne.

Lasocka popatrzyła na nią przez chwilę dłużej, niż wymagała data urodzenia czyjejś teściowej.

— Godzinę — powiedziała. — I żeby w papierze się zgadzało. Nie szukaj tam niczego, czego nie ma.

Czternastka szła z przesiadką, a Lena wysiadła przystanek wcześniej, nie po to, żeby zapalić, tylko żeby przejść tę boczną ulicę pieszo i obejrzeć ją bez radiowozu przy krawężniku. Mur naprzeciwko ciągnął się dalej, niż się jej wczoraj wydało, i kończył bramą po dawnej fabryczce, zaryglowaną łańcuchem. Po stronie kamienic ktoś wystawił na chodnik wersalkę z rozprutym bokiem, z karteczką „za darmo, działa". W przejeździe bramnym Łabędziów drzwi z matową szybą były dziś otwarte na oścież, podparte cegłą, i ze środka szło zimno piwnicy i ten słodkawy, kościelny zapach, który Lena poczuła wczoraj w przedpokoju. Z głębi zakładu dochodził dźwięk piły, krótki, równy, i ktoś zaraz go uciszył, jakby usłyszano kroki w bramie.

Renata zeszła po nią na klatkę, w tym samym ciemnym ubraniu co wczoraj, tylko bez fartucha. Miała na rękach cienkie bawełniane rękawiczki, takie, w jakich się pakuje, i ściągnęła je, podając Lenie rękę.

— Dziękuję pani — powiedziała. — Niech pani uważa na drugim stopniu, jest zbity, ciągle mam to naprawić.

Na półpiętrze paproć stała tam, gdzie wczoraj, podlana, a obok niej na ścianie był ten jaśniejszy prostokąt po czymś zdjętym. Niewielki, wielkości małej ramki. Farba na nim była biała, o ton jaśniejsza niż reszta ściany, równo zatarta, bez śladu po gwoździu.

Mieszkanie wyglądało inaczej niż wczoraj. Wczoraj było w nim ciało, lekarz i mundurowy, i wszyscy chodzili wokół sypialni. Dziś sypialnia stała pusta, łóżko rozebrane do gołego materaca, a życie mieszkania przeniosło się do dużego pokoju, gdzie na stole, na krzesłach i na podłodze leżały rzeczy wyjęte z szaf: pościel złożona w kostkę, ręczniki przewiązane sznurkiem, pudła po butach pełne dokumentów, reklamówki. Renata segregowała to metodycznie, kupka do kupki, i było widać, że robi to od rana i że umie to robić. Część rzeczy miała już naklejone karteczki: „do parafii", „do wyrzucenia", „zostawić".

— Niech pani siada, ja tylko wyjmę te papiery — powiedziała Renata i poszła do przedpokoju.

Lena nie usiadła. Stała przy stole i patrzyła, jak kobieta porusza się po cudzym mieszkaniu pewniej niż gospodyni, wiedząc, gdzie co leży, choć to nie było jej mieszkanie. Z przedpokoju Renata wróciła z teczką z gumką i z dowodem zmarłej w foliowej koszulce, i położyła oba przed Leną na wolnym rogu stołu.

— Tu dowód, czterdziesty siódmy — powiedziała, wskazując palcem rubrykę. — A tu — wyjęła z teczki złożony arkusz, szary, miękki od starości — akt urodzenia, jeszcze przedwojennym drukiem przepisywany, i tu ma czterdziesty szósty. Widzi pani. Dlatego doktor się pyta, co kuć. Ja mówię: kujemy jak w dowodzie, bo dowodem się legitymowała całe życie, ale wolałam, żeby pani wiedziała, że jest ta różnica, żeby potem w protokole nie było, że ja coś poprawiałam za pani plecami.

Lena obejrzała oba papiery. Różnica była, jeden rok, i nie znaczyła nic — starsze akty roiły się od takich, przepisywanych ręką z ręki, mylonych przy chrzcie i przy meldunku. Zapisała w notesie obie daty i przy nich, że do karty idzie data z dowodu. To załatwiało powód, dla którego tu przyszła. Mogła już wyjść.

Nie wyszła. Renata wróciła do swoich kupek, a Lena, czekając, aż tamta dopisze coś na kopercie, którą Lena miała wziąć dla Lasockiej, przeszła kilka kroków wzdłuż ściany, gdzie stała witryna z szybą. Za szybą stały zastawa do odświętnych okazji, dwa kieliszki do likieru, porcelanowa figurka pasterki z odtłuczonym palcem i fotografie w ramkach, gęsto, jedna obok drugiej, niektóre za drugimi. Lena patrzyła na nie przez szybę, nie otwierając.

Były tam fotografie z różnych lat. Mężczyzna w mundurze z czasów, których Lena nie umiała umiejscowić, ze sztywnym kołnierzem; ten sam mężczyzna starszy, przy warsztacie, z heblem w ręku, w fartuchu roboczym. Ślubne zdjęcie pary — ona w sukni krótkiej, powojennej, on poważny, z zaczesanymi włosami; Lena domyśliła się, że to Stefania z mężem, młodzi. Chłopiec w komunijnym ubranku, z gromnicą, na tle tej samej witryny, w której teraz stał. Dalej ten sam chłopiec dorastający, na rowerze, potem już mężczyzna, gruby, w garniturze, przy jakiejś uroczystości. Grupowe zdjęcie przed bramą zakładu, dużo ludzi, podpisane na dole odręcznie datą, której Lena nie odczytała przez szybę.

Patrzyła na to dłużej, niż patrzy się z grzeczności. Coś w tym rzędzie ramek było nierówne, a nie umiała od razu powiedzieć co. Dopiero kiedy przeszła wzrokiem drugi raz, od lewej do prawej, jak po linijce, zobaczyła, że na całej półce nie ma ani jednej dziewczynki. Byli chłopiec, mężczyźni, panie młode, starzy ludzie przy warsztacie. Małej dziewczynki nie było na żadnym zdjęciu, przez wszystkie te lata.

Mogło tak być. Rodzili się sami chłopcy; bywa. Lena odsunęła tę myśl, bo nie znaczyła nic, i właśnie wtedy zobaczyła w tylnym rzędzie, za ślubnym zdjęciem Stefanii, ramkę odwróconą tyłem do szyby. Stała tak, jakby ją ktoś obrócił, nie wyjmując — tekturowe plecy, dwa zagięte blaszki, pusty haczyk do zawieszania. Z miejsca, gdzie stała Lena, nie dało się powiedzieć, czy w ramce jest jeszcze zdjęcie, czy została pusta.

— To po teściu zostało, te wszystkie zdjęcia — odezwała się Renata zza jej pleców, spokojnie, jakby odpowiadała na pytanie, którego Lena nie zadała. — Cała rodzina od zawsze przy zakładzie. Mama tego nie ruszała, bałaby się stłuc. Ja teraz nie wiem, co z tym zrobić. Pewnie do mnie pójdzie, na parter, bo komu.

Stanęła przy Lenie, blisko, i przekręciła kluczyk w zameczku witryny, jakby chciała pokazać, że niczego nie ma do ukrycia, a potem nie otworzyła drzwiczek, tylko zostawiła dłoń na szybie, na wysokości fotografii.

— Ładna rodzina była — powiedziała Lena, bo trzeba było coś powiedzieć.

— Pracowita. — Renata cofnęła rękę. — Niech pani nie patrzy na ten kurz, ja jeszcze nie doszłam do witryny, najpierw papiery.

Odeszła do stołu i Lena za nią, bo nie miała powodu zostać przy szybie. Renata podała jej kopertę z poprawką do daty, zaadresowaną już ładnym, równym pismem do naczelnik Lasockiej, z dopiskiem „dot. zgonu Stefanii Łabędź". Lena schowała kopertę i wtedy, odwracając się, żeby wziąć płaszcz z oparcia, zobaczyła komodę w przedpokoju, tę samą co wczoraj, pod lustrem.

Na komodzie nie było już lampki, była przesunięta na bok, ani serwetki. Był stos posegregowanych dokumentów, a na samej górze, na wierzchu, leżała ta stara koperta. Pożółkła, otwarta, ta sama, której wczoraj Lena nie tknęła. Dziś leżała inaczej — wyjęty z niej arkusz był rozłożony obok, przyciśnięty drugą ręką do blatu, jakby ktoś niedawno go czytał i nie zdążył złożyć. Lena znalazła się przy komodzie, idąc po płaszcz, i nie musiała sięgać. Papier leżał odwrócony do góry, gruby, z odbitą pieczęcią urzędu i z nadrukiem, którego wczoraj nie widziała.

Był to odpis aktu zgonu. Druk stary, rubryki wypełnione ręcznie, atrament wyblakły do rdzy. Lena zdążyła przeczytać nazwisko — to samo nazwisko, Łabędź — i w rubryce roku zgonu dwie cyfry, których układ zatrzymał jej wzrok na pół sekundy dłużej, niż chciała. Imię było inne niż wczorajsze. Nie Stefania. Krótsze, kobiece, na trzy sylaby, na literę, której potem nie umiała sobie przypomnieć. W rubryce „wiek zmarłego" stała jedna niska liczba, taka, jakiej nie wpisuje się starym ludziom.

Renata wzięła arkusz z blatu, zanim Lena zdążyła odczytać więcej, i zrobiła to bez pośpiechu, naturalnie, jak się zbiera ze stołu rzecz, która komuś przeszkadza.

— To stare papiery rodzinne, jeszcze po teściu — powiedziała, wkładając arkusz z powrotem do koperty, a kopertę pod stos, na sam dół. — Pełno tego, każdy zgon w rodzinie od pięćdziesiątego ósmego mają w odpisach, bo z tego żyją. Mama trzymała wszystko, każdą kartkę. Teraz to muszę przebrać, bo co niepotrzebne, idzie do pieca.

— Macie tego dużo — powiedziała Lena.

— Cały zakład na tym stoi. — Renata zamknęła szufladę komody, w którą wsunęła stos, i zamek szczęknął cicho. — Człowiek się przyzwyczaja.

Powiedziała to bez ciężaru, jak rzecz oczywistą, i odwróciła się, żeby podać Lenie płaszcz z oparcia, choć Lena sama już po niego sięgała. Z kuchni nikt nie wyszedł. Mężczyzny, którego głos Lena słyszała wczoraj zza drzwi, dziś nie było słychać; drzwi kuchni były zamknięte, a pod nimi, na podłodze, stała para męskich kapci, ustawiona równo, noskami do ściany, jakby ktoś je tam zostawił i nie wrócił.

Lena włożyła płaszcz. W przedpokoju, na ścianie nad komodą, wisiało lustro, a obok lustra, na haczyku, pęk kluczy z drewnianą zawieszką w kształcie łabędzia, wytartą do białości po jednej stronie. Renata zdjęła ten pęk i przełożyła go do kieszeni, jakby przy obcym nie chciała go zostawiać na widoku, a może tylko porządkowała dalej.

— Dziękuję, że pani przyszła — powiedziała, otwierając drzwi na klatkę. — Wiem, że to nie pani robota. Ale wolę mieć papiery w porządku. Jak się chowa swoich, to się chce, żeby było czysto.

Na półpiętrze Lena minęła paproć i ten prostokąt na ścianie. Tym razem zatrzymała się przy nim na krok, niby poprawiając pasek torby. Pusty, czysty, wielkości małej ramki — takiej, jaka mogłaby stać w tylnym rzędzie witryny, obrócona tyłem do szyby. Czy to ten sam rozmiar, nie umiała powiedzieć; nie miała czego przyłożyć. Renata stała wyżej, na podeście, z ręką na poręczy, i czekała, aż Lena zejdzie. Lena zeszła.

W przejeździe bramnym drzwi zakładu były już zamknięte, cegła odsunięta pod ścianę. Piła nie pracowała. Lena wyszła na ulicę, na to samo upalne południe co wczoraj, minęła wersalkę z karteczką „za darmo, działa", której nikt nie wziął, i przy murze, gdzie nie było kosza, zapaliła papierosa, choć kopertę dla Lasockiej miała już w kieszeni i mogła wracać.

Wyjęła notes i pod wczorajszymi dwoma słowami dopisała, jednym pociągnięciem, datę z dowodu i datę ze starego aktu urodzenia, te, po które ją tu wezwano — czterdziesty siódmy i czterdziesty szósty — i postawiła między nimi kreskę, bo to była różnica, którą miała wpisać do protokołu, i to się zgadzało. Pod kreską, niżej, zatrzymała ołówek. W rubryce, którą widziała przez pół sekundy na komodzie, rok zgonu nie był ani czterdziesty siódmy, ani czterdziesty szósty. Był z zupełnie innej epoki, sprzed pół wieku, a wiek przy nim — jednocyfrowy. Imienia nie umiała sobie przypomnieć. Nie wiedziała, czyj to akt, i nie miała prawa pytać. Zapisała tylko, małym pismem, z boku, dla siebie: dziecko. Czyjeś.

Zamknęła notes i schowała go do kieszeni. Karawan nie stał już przy krawężniku. Za szybą drzwi z matowego szkła, w głębi zakładu, paliło się światło, równe i blade, i ktoś tam się poruszał, niewyraźny za mleczną taflą, schylając się i prostując nad czymś, co stało na koziołkach.

Margines

Kopertę dla Lasockiej Lena oddała Reni przy dzbanku, bo Lasocka miała kogoś u siebie, i tym powinno się skończyć. Renia obejrzała równe pismo na froncie, dopisek „dot. zgonu Stefanii Łabędź", i odłożyła ją na stos do podpisu, między pismo o przydziale opon zimowych a coś z kadr.

— Ładnie pisze ta pani — powiedziała i dolała Lenie z dzbanka, choć Lena nie podstawiła kubka. — Ktoś jeszcze tak pisze. Z zawijasem przy Ł.

Lena wzięła kubek, bo kawa była prawdziwa, i wróciła na drugie piętro. Werblik gadał przez telefon o czyimś urlopie, trzymając słuchawkę ramieniem i pisząc jednocześnie na grzbiecie teczki. Na blacie Leny leżał stos teczek z literą P, a w stosie zakładka z miejscem, w którym wczoraj przerwała przepisywanie. Pierwsza miała grzbiet wytarty do żółtości i napis tak wyblakły, że trzeba go było czytać pod światło.

Przepisała trzy. Przy czwartej odłożyła flamaster i wyjęła notes.

Pod „Sińca. Zawahał się." i pod dwoma datami z kreską był wpis z wczoraj, ten z boku, małym pismem: dziecko. Czyjeś. To nie była jej rubryka. Data urodzenia teściowej, którą tu wezwano, szła do protokołu i była już w kopercie u Reni; reszta nie miała numeru sprawy, nie miała jej nazwiska przy sobie, nie miała nikogo, kto by tego od niej chciał. Lena wiedziała, jak to się nazywa, kiedy się drąży w czymś, czego nikt nie zlecił. Nazywało się to dokładnie tym, za co siedziała przy literze P.

Zamknęła notes. Otworzyła go znowu.

Siniec widziała własnymi oczami. Cieśla się przy nim zawahał, a potem zbył go zdaniem, które wygłosił za szybko. Leki były rozsypane, jeden listek wyciśnięty do końca, jedna kapsułka pod szafką, której nikt nie podniósł. Ręce ułożone zbyt równo. Żadna z tych rzeczy nie była dowodem, a razem też nie były; były czterema drobiazgami w mieszkaniu starej kobiety, która umarła w nocy.

Tylko że Cieśla się zawahał.

Po południu zeszła na parter, do pokoju przy bramie, gdzie wisiał grafik i gdzie można było sprawdzić, czy ciało Stefanii Łabędź w ogóle gdzieś trafiło, czy zabrał je od razu karawan zakładu i koniec. W rubryce było, że karta zgonu wystawiona przez lekarza POZ, przyczyna naturalna, ciało wydane rodzinie do pochówku. Żadnego skierowania na sekcję, bo nie było po co; przy zgonie osoby starej i schorowanej, z kartą lekarza, który ją prowadził, nikt nie wozi zwłok na Kopcińskiego dla zasady. Lena wiedziała o tym, zanim zeszła. Zeszła i tak.

Bąk znała z dwóch poprzednich razów. Zadzwoniła do prosektorium z parteru, z telefonu na korytarzu, bo nie chciała tego robić ze swojego pokoju przy Werbliku.

— Bąk — odezwał się głos po czwartym sygnale, zmęczony, jakby właśnie od czegoś odeszła.

— Kordel. Mam pytanie nie do akt.

Po drugiej stronie była chwila ciszy, w której słychać było wodę lecącą z kranu i potem zakręconą.

— Pani Kordel od liter — powiedziała Bąk. — Słyszałam, że panią przenieśli. To pani teraz dzwoni w sprawach nie do akt z drogówki.

— Z drogówki.

— No to mów.

Lena oparła się plecami o ścianę korytarza, przy gablocie z ogłoszeniami związku, i powiedziała krótko: starsza kobieta, siedemdziesiąt dziewięć lat, zgon w nocy, znaleziona rano, karta naturalna od lekarza rodzinnego. Na wewnętrznej stronie lewego przedramienia podłużny siniec, jakby ktoś ścisnął i przytrzymał. Rozsypane leki. Lekarz wpisał niewydolność krążenia i wahał się przez sekundę nad sińcem, a potem powiedział, że starsi się tłuką.

Bąk słuchała bez wtrąceń, co u niej nie było uprzejmością, tylko sposobem oszczędzania czasu.

— I co chcesz wiedzieć — powiedziała, kiedy Lena skończyła.

— Czy ten siniec coś znaczy.

— Nie widziałam ciała.

— Wiem.

— To zacznij od tego, że ci powiem coś, czego nie chcesz usłyszeć. — Bąk znów odkręciła kran, jakby myła ręce, i mówiła przez ten szum. — U osoby w tym wieku, na lekach, z chorym sercem, podbiegnięcie na przedramieniu nie znaczy nic albo znaczy wszystko, i z opisu przez telefon nie odróżnisz jednego od drugiego. Mogła się o coś uderzyć. Mogła upaść i ktoś ją podniósł za rękę. Mogła brać leki rozrzedzające krew, a wtedy siniaki robią się od samego dotknięcia, od ściągnięcia rękawa, od trzymania za rękę przy myciu. Stary człowiek na takich lekach to mapa siniaków, których nikt nie umie wytłumaczyć, łącznie z nim samym.

— A gdyby ktoś ją przytrzymał.

— Gdyby ktoś ją przytrzymał, też by tak wyglądało. — Kran ucichł. — I tu masz cały problem, Kordel. To wygląda tak samo. Przyduszenie u starej kobiety na nasennych, która i tak miała chore serce, po godzinach, po tym, jak ktoś przy niej posprzątał i ułożył ją do snu, jest w sekcji rzeczą, której się nie rozstrzyga. Wybroczyny w spojówkach bywają od reanimacji, od kaszlu, od samego umierania. Złamana kość gnykowa u młodego coś by mówiła; u staruszki bywa krucha i pęka od byle czego, jeśli w ogóle pęknie. Jak masz ciało świeże i na stole, to czasem da się powiedzieć. Po pochówku, po tym, co rodzina pogrzebowa zrobi z ciałem, którym się zajmuje sama, nie da się już nic.

Lena patrzyła na ogłoszenie o wycieczce związkowej do Zakopanego, na zdjęcie gór, którego nikt od miesięcy nie zmienił.

— Czyli mówisz, że to mogło być.

— Mówię, że nie mówię nic. — W głosie Bąk pojawiło się zmęczenie ostrzejszego rodzaju. — Słuchaj, ja ci nie dam tego, po co dzwonisz. Ty chcesz, żebym powiedziała, że to nie jest naturalne. Ja ci mówię, że nie wiem, i że gdybym dostała to ciało na stół jutro rano, świeże, dalej najpewniej bym nie wiedziała, tylko dopisałabym do protokołu trzy zdania o tym, że mechanizmu nie sposób ustalić. A tego ciała nie ma na stole. Jest u rodziny, która szykuje pogrzeb. Więc po co ty mi to mówisz.

— Bo Cieśla się zawahał.

Bąk milczała przez moment.

— Lekarze się wahają, jak wypisują kartę komuś, kogo znali — powiedziała w końcu, ciszej. — To nie jest dowód. To jest człowiek, któremu nieprzyjemnie. Idź z tym do prokuratora, jak musisz, ale wiesz, co ci powie. Powie, że na karcie jest naturalny, że nie ma wniosku, że nie ma podstawy do sekcji, i że jak chcesz ekshumacji, to przynieś coś więcej niż siniak i czyjeś wahanie. A nie przyniesiesz, bo nie masz.

Po drugiej stronie ktoś wszedł do prosektorium, słychać było drzwi i drugi głos, i Bąk powiedziała komuś obok, żeby zaczekał.

— Dzięki — powiedziała Lena.

— Za co. Nic ci nie dałam. — Bąk zawiesiła głos. — I dobrze ci radzę: zostaw to. Nie dlatego, że nie masz racji. Dlatego, że nawet jak masz, to nie wyjdzie z tego nic, tylko ty znowu pod ścianą. Już raz tak było.

Rozłączyła się, zanim Lena zdążyła odpowiedzieć.

Lena odwiesiła słuchawkę i stała chwilę przy gablocie. Bąk nie powiedziała, że zgon był naturalny. Powiedziała, że nie sposób udowodnić, że nie był. W papierze wychodziło na jedno.

Wróciła na górę i przepisała jeszcze cztery teczki, żeby nie siedzieć z niczym, i nazwiska na grzbietach przepływały jej przez rękę, nie zatrzymując się w głowie. Po godzinie wzięła notes i dopisała pod „dziecko. Czyjeś." jedno słowo: margines. Potem skreśliła je, bo nie znaczyło nic dla protokołu, a potem zostawiła skreślone, bo dla niej znaczyło.

Do Hejdy poszła nazajutrz, i to też nie było mądre.

Poszła z czymś innym, z teczkami do podpisu, które i tak musiał ktoś zanieść, a Renia podsunęła jej je z wyrazem twarzy mówiącym, że wie, po co Lena się wyrwała z roznoszeniem papierów na pierwsze piętro. Gabinet Hejdy był po słonecznej stronie i o tej porze nagrzewał się tak, że prokurator trzymał uchylone okno i wentylator, który ledwo mieszał gorące powietrze. Hejda podpisał teczki, nie czytając więcej, niż musiał, i kiedy odłożył pióro, Lena wciąż stała.

— Coś jeszcze, pani komisarz — powiedział, nie pytając, tylko stwierdzając, że coś jeszcze będzie.

— Jedna sprawa. Nie moja. Zgon nagły z Bałut, sprzed paru dni. Łabędź, Stefania, siedemdziesiąt dziewięć. Byłam tam pomocniczo, spisywałam zgłoszenie.

— Pamiętam, że nie miała pani nic spisywać poza grzbietami teczek. — Hejda powiedział to bez złośliwości, jak człowiek, który zna grafik. — Lasocka panią wysłała, bo Mrózek na zwolnieniu. Czytałem protokół. Karta naturalna. Co tu jest do mnie.

Lena położyła przed nim notes, otwarty, bo nie miała nic innego do położenia. Cztery linijki swoim pismem. Sińca. Zawahał się. Leki. Ręce.

Hejda spojrzał na to dłużej, niż wymagały cztery linijki, i nie wziął notesu do ręki, jakby wzięcie go do ręki już było czynnością, której nie chciał mieć za sobą.

— Rozmawiałam z Bąk — powiedziała Lena. — Mówi, że mechanizmu nie da się ustalić. Że gdyby to było przyduszenie u takiej osoby, w sekcji wyglądałoby tak samo jak zgon naturalny. Że ciała już nie ma, bo idzie do pochówku.

— Czyli Bąk pani powiedziała, że nic nie wie.

— Powiedziała, że nie da się rozstrzygnąć.

— To znaczy, że nic nie wie. — Hejda odchylił się na krześle, które skrzypnęło, i wentylator obrócił się ku niemu, poruszając mu papiery na biurku, które przycisnął dłonią. — Pani Kordel, ja to pani teraz powiem raz, spokojnie, żeby pani nie musiała tego sobie tłumaczyć później. Mam kartę zgonu wystawioną przez lekarza, który tę kobietę leczył. Mam przyczynę naturalną. Nie mam zawiadomienia o przestępstwie. Nie mam wniosku o sekcję. Mam biegłą, która mówi, że nawet gdyby ją zbadała, toby nic nie ustaliła. I mam funkcjonariuszkę od teczek, która przyniosła mi notes z czterema słowami i siniakiem na ręce starej kobiety, która brała leki rozrzedzające krew.

— Tego o lekach nie wiem na pewno.

— Bąk pani powiedziała, że na takich lekach robią się od dotknięcia. — Hejda nie podniósł głosu, ale mówił teraz wolniej, oddzielając słowa. — Niech pani usłyszy, co pani mówi. Chce pani, żebym wszczął sprawdzenie w sprawie zgonu uznanego za naturalny, bez zawiadomienia, bez podstawy medycznej, na podstawie wahania lekarza i czterech rzeczy, które pani widziała kątem oka w cudzym mieszkaniu, do którego pani drugi raz weszła poprawiać datę urodzenia. A potem, jak rodzina napisze skargę, że policja nęka ich w żałobie, ja mam to obronić, a pani naczelnik ma obronić panią, której nie obroni, bo ma pani wpis w aktach na trzy lata. Tak to wygląda z mojej strony biurka.

Lena nie odpowiedziała od razu. Wentylator obrócił się z powrotem ku niej i przyniósł zapach nagrzanego kurzu z kratki.

— Wiem, jak to wygląda — powiedziała.

— Wiem, że pani wie. — Hejda przesunął notes po blacie z powrotem ku niej, jednym palcem, nie biorąc go. — Dlatego mówię pani nie jak prokurator, tylko jak ktoś, kto woli pani tego oszczędzić: tu nie ma sprawy. Może coś było, a może nie było. Tego się już nie dowiemy, bo nikt tego nie zabezpieczył w odpowiedniej chwili, a ja nie mam czego zabezpieczać teraz. Jak nie ma czego dowieść, to nie ma sprawy, choćby pani miała rację. I niech mi pani nie mówi o wahaniu lekarza, bo na wahaniu nie postawię nikomu nawet pytania.

Wziął następną teczkę ze stosu, czego nie musiał robić, i to było zakończenie rozmowy.

— Roznoszenie papierów to dobry pretekst, pani komisarz — dodał, nie podnosząc głowy. — Ale tylko raz. Drugi raz pani naczelnik się zorientuje, że pani nie roznosi papierów.

Lena zabrała notes i wyszła. Na korytarzu pierwszego piętra było chłodniej niż w gabinecie, bo okna wychodziły na podwórze, w cień. Przy schodach stał automat z kawą, ten, który brał monety wybiórczo, i Lena wrzuciła dwie, bo chciała czymś zająć ręce, a automat zaszumiał, mrugnął i oddał jej monety, nie nalewając nic. Wzięła je z powrotem do kieszeni, do tej z dwoma niedopałkami.

Wszystko, co Lena miała, zmieściło się na czterech linijkach, a czterech linijek nikt jej nie przyjmie.

Zeszła na drugie piętro. Werblik skończył gadać przez telefon i jadł kanapkę z papieru rozłożonego na klawiaturze, której nie używał. Stos z literą P leżał tam, gdzie go zostawiła. Usiadła, wzięła flamaster, odkręciła nasadkę.

Nie zaczęła przepisywać. Wyjęła notes i pod skreślonym „margines" dopisała, bez powodu, którego umiałaby nazwać Hejdzie albo Lasockiej, dwa pytania, jedno pod drugim. Czyje to było dziecko. I drugie, mniejsze, jakby sama nie chciała go zobaczyć: dlaczego ona ma jego akt na komodzie.

Na żadne z nich nie miała prawa szukać odpowiedzi. Zakręciła flamaster, zanim cokolwiek nim napisała na grzbiecie pierwszej teczki, i trzymała go tak chwilę, zakręcony, patrząc na wyblakłą literę pod światło.

Usługi pogrzebowe Łabędź

Klepsydra wisiała na słupie przy przystanku, między ogłoszeniem o skupie złota a kartką o zaginionym kocie, i Lena zobaczyła ją, zanim zdążyła pomyśleć, że jej tu nie ma po nic. Wysiadła z czternastki przystanek wcześniej, tylko że tym razem nie miała koperty do oddania ani daty do poprawienia, ani nikogo, kto by ją tu wysłał. Miała sobotni poranek, wolny, i kawę z termosu, którą wypiła w tramwaju. Klepsydra była świeża, jeszcze wilgotna od kleju w rogach. „Ś.P. STEFANIA ŁABĘDŹ", a niżej, mniejszym drukiem, godzina mszy i nazwa parafii, i na samym dole, tym samym krojem co tablica w bramie, „Pogrzeb prowadzą Usługi Pogrzebowe Łabędź".

Rodzina chowała się sama. Lena stała przy słupie dłużej, niż wymagało przeczytanie klepsydry, i myślała o tym jednym zdaniu na dole — że zakład prowadzi pogrzeb własnej seniorki, że ci sami ludzie, którzy ją znaleźli rano i wezwali znajomego lekarza, teraz wykuwają jej tabliczkę, składają ją do trumny i niosą na cmentarz.

Nie miała tu czego szukać. Powiedziała to sobie wyraźnie, idąc boczną ulicą, i to nie pomogło.

Brama przejazdowa była dziś otwarta szerzej niż w tygodniu. W przejeździe stał karawan, ten sam czarny, z napisem wzdłuż boku, i obok niego, na koziołkach, leżała trumna jasnego drewna, jeszcze bez wieka, a przy niej dwóch mężczyzn w roboczych fartuchach przewlekało przez uchwyty taśmy. Drzwi zakładu z matową szybą stały otworem, podparte tą samą cegłą, i ze środka szło zimno, zapach kleju, lakieru i tego słodkawego, kościelnego, który Lena znała już z przedpokoju na górze. Z głębi dochodził równy dźwięk, nie piła, coś cichszego — ktoś szlifował.

Renata wyszła z zakładu, zanim Lena zdążyła zdecydować, czy w ogóle wchodzi. Miała na sobie ciemny kostium zamiast fartucha, włosy upięte gładziej niż w tygodniu, i poruszała się tak, jak człowiek, który ma rozpisany cały dzień i wie, w której jest minucie. Zobaczyła Lenę przy bramie i nie okazała zdziwienia, tylko coś w rodzaju spokojnej satysfakcji, że oto przyszedł ktoś, kogo można poprowadzić.

— Pani komisarz. — Wytarła dłoń o chusteczkę, zanim podała ją Lenie. — A ja myślałam, że już panią zwolniliśmy z tej daty. Wszystko się zgadza, kujemy z dowodu, tak jak mówiłam.

— Byłam w okolicy. — Lena nie tłumaczyła, jak się jest w okolicy w sobotę rano na bocznej ulicy na Bałutach, a Renata nie zapytała. — Zobaczyłam klepsydrę.

— Pojutrze. — Renata spojrzała na karawan, na trumnę, jak gospodyni na nakryty do połowy stół. — Wszystko na czas będzie. Niech pani wejdzie na chwilę, skoro pani już jest, i tak się grzeję na tym przejeździe, a w środku chłodniej.

Lena weszła. Nie powinna, i weszła.

Wnętrze zakładu było większe, niż się spodziewała po wąskiej szybie w bramie. Pierwsze pomieszczenie służyło za biuro i wystawę naraz — biurko z komputerem starszym niż ten na komendzie, regał z segregatorami, a pod ścianą wzorniki: kawałki desek różnych gatunków, próbki tkanin na wyściółkę, katalog krzyży i tabliczek z cenami przypiętymi spinaczami. Na ścianie wisiał kalendarz parafialny i obok niego oprawiony w ramkę dyplom albo podziękowanie, którego Lena nie odczytała z daleka. Za uchylonymi drzwiami na zapleczu widać było warsztat: koziołki, wióry na podłodze, stojak z dłutami, i tam właśnie ktoś szlifował — mężczyzna w fartuchu, odwrócony tyłem, którego Lena wzięła najpierw za pracownika.

— To Janusz — powiedziała Renata, idąc za jej wzrokiem. — Mąż. Robi tabliczkę dla mamy. Sam chciał, mówię mu, że chłopcy zrobią, a on, że nie, że sam. — Powiedziała to równo, ale przez sekundę dłużej trzymała wzrok na plecach męża, niż wymagało zdanie. — Niech pani mu teraz nie przeszkadza. On ze mną rozmawia normalnie, ale jak ktoś obcy, to się robi... no, źle to znosi. Mówiłam pani.

Mężczyzna przy szlifierce nie odwrócił się. Lena widziała tylko jego kark, czerwony, i to, jak trzyma kawałek mosiądzu w obu rękach, blisko twarzy, jakby od tego, jak go przyłoży do tarczy, zależało więcej niż gładkość liter. Nie wyglądał na pijanego o tej porze. Robił to powoli, dłużej, niż potrzeba na jedną tabliczkę.

— Pan się sam zajmuje kamieniem? — Lena zapytała o to nie męża, tylko Renatę, bo tak chciała Renata.

— Kamieniarstwo to było dawniej, za teścia, za dziadka. — Renata podeszła do regału i poprawiła segregator, który i tak stał równo. — Wielkie płyty robił jeszcze Wincenty, świętej pamięci, dziadek Janusza, i mają tu po nim narzędzia, dłuta, wszystko. Teraz to się zleca, bo gdzie tam ręcznie kuć granit. Ale tabliczki, takie drobne, mosiężne, krzyżyki, to Janusz lubi sam. To po dziadku. Dziadek wszystko robił sam, do końca. Mawiał, że obcemu się nie da wykuć nazwiska tak, żeby się zgadzało.

Powiedziała to lekko, jak rodzinną anegdotę wyciąganą setny raz przy obcych, i od razu przeszła dalej, do następnej rzeczy, jakby zdanie o dziadku trzeba było czymś przykryć.

— Kawy pani nie zaproponuję, bo mamy tu tylko taką w torebkach, dla klientów. — Renata wskazała ręką w stronę wystawy. — Klient i tak nie pije. Przychodzi załatwić, co najgorsze, to po co go częstować jak na imieninach.

Renata nie czekała na uśmiech. Wyjęła z szuflady biurka teczkę z gumką, jedną z wielu, i otworzyła ją na blacie tak, że Lena widziała, co w niej jest, choć nie była to teczka dla Leny.

— Tu mam wszystko na pojutrze. — Mówiła, przerzucając kartki, nie z myślą, żeby Lena czytała, tylko żeby pokazać, że jest co przerzucać. — Zgoda z parafii, ksiądz Reś prowadzi, on naszą rodzinę zna od zawsze. Kwatera nasza, na Dołach, grobowiec rodzinny. Trumna gotowa, widziała pani. Tabliczka będzie, jak Janusz skończy. Wszystko swoje, nic z obcego nie trzeba brać. Inni to muszą biegać, do jednego po trumnę, do drugiego po kamień, do trzeciego po karawan, a u nas wszystko pod jednym dachem od pięćdziesiątego ósmego.

— Wygodnie — powiedziała Lena.

— Pewnie, że wygodnie. — Renata zamknęła teczkę. — Ale nie o wygodę chodzi. Jak się tym żyje przez trzy pokolenia, to się człowiek nauczy, że przy śmierci najgorsze jest, jak coś nie gra. Data nie ta, nazwisko przekręcone, ktoś czegoś nie dopilnował. Ludzie potem żyją z tym latami, że babcię źle pochowali. My pilnujemy, żeby się zgadzało. Z tego mamy chleb. Z dat, pani komisarz, i z tego, że się zgadzają.

Lena patrzyła, jak kobieta odkłada teczkę na półkę, równo, grzbietem do grzbietu z innymi, identycznymi, opisanymi nazwiskami i latami na naklejkach. Cały regał takich teczek, rząd przy rzędzie, od podłogi po sufit, nazwiska i daty, daty i nazwiska. Lena nie powiedziała nic, bo nie było czego powiedzieć, a Renata, jak zwykle, zdążyła już przejść do następnej rzeczy.

W warsztacie szlifierka ucichła. Janusz odłożył mosiądz na stół, dmuchnął na niego, przetarł kciukiem. Przez uchylone drzwi Lena zobaczyła go z profilu — twarz ciężka, obrzmiała, oczy podpuchnięte, ale nie od płaczu, raczej od czegoś, co trwa dłużej niż jeden płacz. Wziął ze stołu drugą tabliczkę, gotową, i przez chwilę trzymał obie obok siebie, porównując, i Lena z miejsca, gdzie stała, zobaczyła, że na obu jest to samo nazwisko i że na jednej z nich data jest krótsza niż na drugiej. Nie zdążyła odczytać. Janusz zauważył, że ktoś patrzy przez drzwi, i odwrócił obie tabliczki napisem do blatu, jednym ruchem, odruchowo, jak się zasłania coś, na co się nie chce, żeby patrzono.

Renata stanęła między Leną a drzwiami warsztatu, niby przypadkiem, sięgając po coś z regału.

— On nie lubi, jak się patrzy, kiedy robi — powiedziała. — Zawsze tak miał. Chodźmy, pokażę pani na zewnątrz, jak idą przygotowania, bo tu tylko kurzem oddychamy.

Wyszli na przejazd. Mężczyźni w fartuchach skończyli przewlekać taśmy i teraz wycierali trumnę miękką szmatką, każdą deskę z osobna, powoli, jak się czyści coś, co ma stać na widoku. Renata podeszła, obejrzała robotę, poprawiła własną ręką róg wyściółki, który był równy i bez jej poprawki, i powiedziała coś półgłosem jednemu z mężczyzn, który skinął głową. Lena stała z boku, w bramie, i patrzyła na to wszystko jak na sprawnie prowadzony zakład, którym to było.

A jednak stała dłużej, niż wymagała grzeczność, i patrzyła nie na trumnę, tylko na to, jak Renata się porusza. Tydzień temu w mieszkaniu Stefanii ta sama kobieta przekręcała kluczyk witryny, wiedziała, gdzie co leży, poruszała się po cudzym domu pewniej niż gospodyni. Tu, u siebie, między koziołkami a karawanem, poruszała się tak samo.

— Pani na pogrzeb przyjdzie? — zapytała Renata, prostując się znad trumny. Zapytała to obojętnie, ale spojrzała na Lenę uważniej, niż padło pytanie.

— Nie wiem. — Lena nie skłamała. — To zależy od służby.

— Niech pani przyjdzie, jak pani będzie miała czas. — Renata znów wytarła dłonie chusteczką. — Mama by się ucieszyła, że ktoś z urzędu. Ona zawsze szanowała urząd. — Zatrzymała się, jakby coś sobie przypomniała, i dodała ciszej, już nie tym gładkim głosem, którym mówiła o teczkach i datach: — Pod koniec to ona już nie wiedziała, kto jest z urzędu, a kto nie. Gadała różne rzeczy. Ale szanowała.

Powiedziała to i od razu pożałowała, że powiedziała; Lena zobaczyła to po tym, jak Renata zacisnęła chusteczkę w dłoni i odwróciła się do mężczyzny przy karawanie, żeby coś poprawić, czego nie trzeba było poprawiać. Lena nie zapytała, co Stefania gadała. Wiedziała, że gdyby zapytała teraz, w tym przejeździe, między trumną a karawanem, w sobotę rano, bez sprawy, bez mandatu, bez niczego prócz własnej ciekawości, to byłaby dokładnie ta druga koperta, o której mówił Hejda, ten drugi raz, po którym Lasocka się zorientuje. Więc nie zapytała. Zapamiętała tylko, że Renata sama wspomniała, niechcący, że Stefania pod koniec coś gadała, i że zaraz tego pożałowała.

Wyszła na ulicę. Renata odprowadziła ją do bramy, jak się odprowadza gościa, i stanęła w przejeździe, między trumną a światłem dnia, ciemna sylwetka na tle jasnego drewna.

— Niech pani uważa na siebie, pani komisarz — powiedziała na pożegnanie, i zabrzmiało to zwyczajnie, jak się mówi każdemu, kto wychodzi. — Upał ma trzymać cały tydzień.

Lena ruszyła w stronę przystanku i dopiero przy klepsydrze na słupie zatrzymała się znowu. Pod nazwą parafii była jeszcze jedna linijka, której za pierwszym razem nie doczytała, bo ją zasłaniał róg kartki o kocie: „spocznie w grobowcu rodzinnym na cmentarzu Doły". Grobowiec rodzinny. Lena pomyślała o tych dwóch tabliczkach na stole Janusza, o jednym nazwisku na obu i krótszej dacie na jednej z nich. Pomyślała też, że nie była to jej sprawa, że grobowiec stoi tam, gdzie stoi, na cmentarzu, na który każdy może wejść, w sobotę, po godzinach, jak każdy obywatel.

Tramwaj akurat podjeżdżał. Lena nie wsiadła. Stała przy słupie z klepsydrą, z resztką zimnej kawy w termosie, i patrzyła, jak czternastka odjeżdża w stronę centrum, w stronę domu, do pudeł, których nie rozpakowała, i czajnika bez gwizdka. Doły były w drugą stronę.

Doły

Na Doły jechało się przez pół miasta z przesiadką, bo czternastka skręcała nie tam, gdzie trzeba, i Lena dopiero przy bramie głównej zorientowała się, że wlokła się tą trasą dłużej, niż gdyby poszła prosto do domu. Brama była otwarta na oścież, dwa skrzydła z czarnej blachy odsunięte do murka, a za nimi alejka asfaltowa, popękana, z wymalowanymi przy wjeździe miejscami dla karawanów. Sobotnie popołudnie wyciągnęło na cmentarz ludzi z konewkami i reklamówkami, kobiety w letnich sukienkach niosące doniczki, starszych mężczyzn, którzy szli wolno, jakby już sobie tu coś upatrzyli. Upał stał między pomnikami nieruchomo, odbity od lastriko i od piasku w alejkach, i pachniało rozgrzaną żywicą z tui oraz tą zwiędłą wodą z wazonów, którą się tu wylewa pod krzaki.

Lena nie wiedziała, gdzie jest grobowiec Łabędziów, i przez chwilę stała przy planie cmentarza pod blachą, wyblakłym tak, że kwatery zlewały się w jedno żółtawe pole z numerami. Plan i tak nie miał nazwisk. Miał litery i cyfry, sektory, i strzałkę „tu jesteś", przekreśloną długopisem przez kogoś, kto się widać pomylił albo chciał komuś pokazać, gdzie naprawdę jest. Renata wymieniła kwaterę przy teczce na pojutrze, lekko, między godziną mszy a kwiatami, ale Lena nie zapamiętała numeru, bo wtedy nie był jej do niczego potrzebny. Teraz był. Poszła w głąb, w stronę starszej części, bo grobowiec rodzinny od pięćdziesiątego ósmego musiał stać tam, gdzie chowano dawniej, nie przy nowym murze z kolumbarium.

Szła wolno, czytając nazwiska z boku, nie dlatego, że szukała ich między tymi kamieniami, tylko dlatego, że tak się chodzi po cmentarzu, kiedy się kogoś szuka — czyta się wszystkich po drodze. Mijała groby zadbane i te zarośnięte trawą po kostki, z fotografiami w owalnych ramkach, z których część wyblakła na biało, tabliczki „rodzina" bez imion, znicze stopione w jedną kałużę wosku. W jednym miejscu robotnik w gumowcach mył lastriko szczotką na kiju, woda spływała brudna, szara, do alejki, i mężczyzna nie podniósł głowy, kiedy go mijała. Gdzieś dalej ktoś kuł, równo, dwa uderzenia i pauza, dwa uderzenia i pauza, i przez moment pomyślała, że to znów Janusz, zanim sobie przypomniała, że Janusz jest na Bałutach i szlifuje mosiądz, a tu, na cmentarzu, kują kamieniarze, których jest dwunastu, i robią to dla dwunastu różnych rodzin.

Grobowiec Łabędziów znalazła nie po nazwisku, tylko po tym, że był większy od sąsiadów. Stał w starej kwaterze, przy alejce obsadzonej tujami przerośniętymi tak, że dawały cień nawet w to popołudnie. Płyta z czarnego, polerowanego granitu, szeroka, z krzyżem wyciętym w kamieniu, a pod krzyżem nazwisko literami złoconymi, dużymi, wykonanymi ręką, która umiała: ŁABĘDŹ. Niżej, w kolumnie, imiona i daty, jedne pod drugimi, dopisywane przez dziesięciolecia, bo litery w górnej części były grubsze, bardziej zatarte, a niżej cieńsze, nowsze, ostrzejsze w krawędziach.