Magia krwi. Midnight Chronicles. Tom 2 - Laura Kneidl, Bianca Iosivoni - ebook

Magia krwi. Midnight Chronicles. Tom 2 ebook

Laura Kneidl, Bianca Iosivoni

4,2

Opis

Odkąd Cain została bloodhunterką, chroni mieszkańców Edynburga przed wampirami i innymi mrocznymi kreaturami. Traktuje swoją pracę bardzo poważnie, jest dokładna i zawsze trzyma się zasad. Wszystko to sprawia, że jest zupełnym przeciwieństwem WardenaPrinslo, którego głównym celem jest odnalezienie i unicestwienie zabójcy swojego ojca.

Dawniej Caini Wardenbyli przekonani, że nic ich nie rozdzieli, ale nie wszystko można wybaczyć. Teraz nie potrafią sobie wyobrazić, że jeszcze trzy lata temu walczyli ramię w ramię i mieli do siebie bezgraniczne zaufanie.

Powrót Isaaca, króla wampirów, nie pozostawia im jednak wyboru: znów muszą stanąć do walki. Razem. Pojawia się zatem pytanie, czy przypadkiem nie ma dla nich kolejnej szansy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (63 oceny)
27
20
15
1
0
Sortuj według:
Flica

Nie oderwiesz się od lektury

Uważam że druga część jest jeszcze lepsza jak pierwsza :D nie mogłam się od niej oderwać
00
Misiu579

Nie oderwiesz się od lektury

Nawet niezła, dużo przemocy ale lekko wyrażonej
00
KasiaK1292

Nie oderwiesz się od lektury

wartka akcja, silni bohaterowie I Romans w tle
00

Popularność



Kolekcje



Tytuł oryginału: Midnight Chronicles. Blutmagie

Redakcja: Karolina Wąsowska

Korekta: Marta Stochmiałek, Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: © Sandra Taufer Grafikdesign

Fotografie wykorzystane na okładce: © Shutterstock.com (Laura Crazy; Nik Merkulov, HS_PHOTOGRAPHY; Shebeko)

Copyright © 2021 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-8266-012-8

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Dla Marie i Nicole

PLAYLISTA

Metallica – Shoot Me Again

The Brothers Bright – Blood On My Name

Jinjer – Who Is Gonna Be The One

Miley Cyrus feat. French Montana – FU

Bring Me The Horizon – Shadow Moses

The Hives – Hate To Say I Told You So

Slipknot – Nero Forte

TOOL – Sober

Casper – Sirenen

Princess Nokia – Sugar Honey Iced Tea (S.H.I.T.)

Nightwish – Devil & The Deep Dark Ocean

Doja Cat – Boss Bitch

Emil Bulls – Survivor

Shinedown – DEVIL

Spiritbox – Blessed Be

Sleeping With Sirens – Agree To Disagree

Jinjer – Perennial

MILCK – Devil Devil

Mike Shinoda – Fine

Highly Suspect – Canals

Apocalyptica – Master Of Puppets

Ciara – Paint It, Black

Halsey – Nightmare

Sleeping At Last – Make You Feel My Love

Lamb of God – Walk With Me In Hell

The Prodigy – Spitfire

ROZDZIAŁ 1

Cain

Z brody kapała mi krew.

Klnąc, wyciągnęłam spod szklanki z koktajlem serwetkę i się wytarłam. Nie powinnam była może aż tak przesadzać ze sztuczną krwią – ale czym byłby kostium wampira bez niej? Zmięłam zakrwawioną serwetkę w kulkę i rozejrzałam się za koszem na śmieci. Chociaż wytężałam wzrok, w słabym świetle klubu nie było widać żadnego kubła. Lokal pękał w szwach i gdziekolwiek spojrzałam, dostrzegałam hunterów i archiwistów. Rozmawiali, śmiali się i tańczyli – na kilka godzin wypierali fakt, że wykonują jeden z najbardziej niebezpiecznych zawodów świata.

Zawsze uwielbiałam imprezy halloweenowe, które dla nas, hunterów – przynajmniej dla tych, którzy tej nocy nie patrolowali ulic Edynburga – organizowała co roku kwatera. Tym razem było jednak inaczej. Musiałam zachować umiar, bo następnego dnia przed południem miałam wystąpić na urodzinach jakiegoś dziecka i nie mogłam się tam pojawić na kacu.

Poirytowana, wsadziłam serwetkę do kieszeni spodni i dopiłam swoją Virgin Caipirinhę. Umiałam się dobrze bawić bez alkoholu, ale trudno znaleźć jakiś temat do rozmowy, gdy jest się jedyną trzeźwą osobą w sali pełnej alkoholizujących się dorosłych, którym w głowie tylko głupoty. Wyłowiłam słomką kostkę lodu ze szklanki po koktajlu i włożyłam ją sobie do ust jak landrynkę. Ze względu na sztuczne kły, które przykleiłam sobie na dzisiejszy wieczór, ssanie jej okazało się jednak trudniejsze, niż się spodziewałam.

Mój partner z łowów, Jules, ruszył w moją stronę z dwiema szklankami w dłoniach, które wziął z baru. Podał mi colę i usiadł na wolnym stołku obok mnie.

– Rozchmurz się trochę, Cain. To halloween, a nie pogrzeb. Wrzuć na luz.

Chciałam mu posłać posępne spojrzenie, co jednak do końca mi nie wyszło. Jules wyglądał jak na to zbyt śmiesznie. Tematem tegorocznej imprezy były „zabijane przez nas kreatury”. Każdy musiał przebrać się za jedno ze stworzeń, na które poluje. Jako blood hunterka wybrałam strój wampira, Jules – grim hunter – postawił na wilkołaka. Żaden tani, jakich pełno w sklepach z kostiumami. O nie. Jules miał na sobie garnitur w kwiaty, z rękawów marynarki wyrastały mu kępy sierści, za pazury służyły długie czarne żelowe tipsy, a zamiast makabrycznej zakrwawionej maski z wyszczerzonymi zębami włożył na głowę opaskę z psimi uszami. Sprawy nie ułatwiało to, że na wierzchu nosił amulet pierwszego stopnia, nawleczony na plecione kolorowe rzemyki. Był najmodniejszym, najmniej szkodliwym i najzabawniejszym wilkołakiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam.

– Łatwo powiedzieć, nie musisz jutro zabawiać gromady dzieciaków.

– Sama chciałaś.

– A co miałam zrobić? Odmówić?

– Tak, właśnie to powinnaś była zrobić. Agnes znalazłaby innego Kopciuszka.

– Pst, nie tak głośno – syknęłam. Jules jako jedyny wiedział, w jaki sposób zarabiam na życie: występuję jako księżniczka na przyjęciach urodzinowych.

Nienawidziłam tej roboty. Okej, nie do końca. W zasadzie całkiem mi się podobała. Godziny pracy były dość elastyczne, nigdy nie brakowało ciasta, a wynagrodzenie mnie satysfakcjonowało, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że za zabijanie potworów nikt mi nie płacił. Dobrze się też dogadywałam z maluchami, dlatego dwa razy w tygodniu prowadziłam zajęcia dla dzieci hunterów z naszej kwatery i uczyłam ich podstawowych umiejętności.

Jules upił łyk koktajlu.

– Nie czaję, dlaczego tak się tego wstydzisz.

– Nie musisz, wystarczy, że trzymasz język za zębami – odparłam, zaciskając usta w uśmiechu.

Jules niczego się nie wstydził. Nie obchodziło go, co inni mówią o nim i jego kolorowej garderobie, ja jednak nie byłam taka jak on. Przejmowałam się tym, co myślą o mnie pozostali hunterzy. Chciałam, żeby traktowali mnie poważnie, bo jeśli stanę się dla nich pośmiewiskiem, będę mogła zapomnieć o przejęciu w przyszłości kierownictwa w kwaterze. Wprawdzie osiągnięcie tego zajmie mi jeszcze z pewnością dobre dwadzieścia, trzydzieści lat – miałam dopiero dziewiętnaście, musiałam więc najpierw zdobyć doświadczenie – to nigdy nie jest za wcześnie, żeby zacząć przecierać sobie szlaki.

Nagle Jules zamarł. Jego mięśnie napięły się, a on się uspokoił. Tylko dwie rzeczy na tym świecie wywoływały u niego taką reakcję. Ponieważ z pewnością żadna nadprzyrodzona istota nie wkroczyła właśnie do klubu, oznaczało to, że…

– Harper tu jest – wyszeptał Jules tak cicho, że ledwie go dosłyszałam przy dudniącej muzyce.

Podążyłam za jego wzrokiem do wejścia. Natychmiast dostrzegłam Harper i jej brata bliźniaka, Holdena. Nie dało się ich nie zauważyć. Byli magic hunterami i jak wszyscy łowcy tego gatunku odznaczali się niewiarygodną urodą, która zawsze skupiała na sobie spojrzenia. Mieli jedwabiście czarne włosy, duże brązowe oczy i pełne usta. Gdyby Harper dorabiała w moim fachu, niewątpliwie przypadłaby jej rola Królewny Śnieżki, chociaż – gdyby ktoś chciał znać moje zdanie – przypominała raczej czarownicę z tej baśni. Była dość wredna, ale z niewytłumaczalnych dla mnie powodów Jules ją lubił. I to nawet bardzo.

– To twoja szansa – powiedziałam, szturchając go delikatnie łokciem.

Popatrzył na mnie.

– Że co?

Skinęłam głową w stronę baru, do którego zmierzali Harper i Holden. Chłopak przebrał się za tanią wersję filmowego czarodzieja. Miał szarobure szaty, które ciągnęły się za nim po ziemi, i długą siwą brodę, co sprawiało, że wyglądał jak Gandalf. Z kolei Harper zadała sobie jeszcze mniej trudu niż ja ze swoim kostiumem. Ubrała się w swój codzienny uniform: czarne dżinsy, kozaki, ciemny top i skórzaną kurtkę. Jedynie dorobione przez nią spiczaste uszy nie stanowiły części jej standardowego stroju.

– Zagadaj do niej.

Jules energicznie pokręcił głową. W migotliwym świetle klubowych reflektorów odniosłam wrażenie, że lekko zbladł.

– W żadnym wypadku. Wiesz, co się wtedy stanie.

Tak, rzeczywiście wiedziałam. Za każdym razem, gdy Jules uderzał do Harper, ta odprawiała go z kwitkiem, mimo że Jules był prawdziwym ciachem. I nie mówię tego tylko dlatego, że jesteśmy kuzynami. Dobrze wyglądał ze swoimi potarganymi rudymi włosami, miał przenikliwe niebieskie oczy i kanciaste rysy twarzy. Był zabawny, inteligentny i sympatyczny, a do tego należał do najlepszych łowców, jakich znałam. Wzrostem i posturą odstawał może trochę od większości grim hunterów, ale brak tych wrodzonych cech nadrabiał dyscypliną i determinacją.

– Jeśli nie zamierzasz z nią rozmawiać, to lepiej wybij ją sobie z głowy.

– Łatwo powiedzieć. – Spojrzenie Julesa znów powędrowało ku Harper. Opierała się o bar i śmiała ze słów brata. Jules głęboko westchnął. – Jak ktoś może być tak idealny?

– Zdejmij wreszcie te różowe okulary, Jules – parsknęłam. – To zdzira, jesteś dla niej o wiele za dobry. – Zwykle nie byłam aż tak ostra, zwłaszcza że ceniłam Harper jako hunterkę, ale po prostu nie mogłam jej znieść. Zbyt wiele razy dała kosza Julesowi i nienawidziłam tego, jak sprawia – jako jedyna – że jego pewność siebie kurczy się do wielkości ziarnka grochu.

– Nie rozumiesz.

– Fakt, nie rozumiem.

– Ona jest… – Jules przerwał w pół zdania i pokręcił głową, jakby próbował się wyzbyć myśli, która niemalże wymsknęła mu się z ust. – Wiesz co? Zapomnij. Chcesz zatańczyć?

– Sorry, nie dziś. – Byłam zdecydowanie zbyt trzeźwa, żeby dobrowolnie robić z siebie pośmiewisko przed kolegami. – Będę się chyba zbierać. Może spytaj Ellę, z pewnością chętnie z tobą zatańczy.

– Ella zmyła się stąd pół godziny temu.

Zmarszczyłam czoło.

– Już? Przyszła tu przecież nie dalej jak przed godziną.

– No. Najwyraźniej ma do załatwienia jakąś ważną soul hunterską sprawę – odparł Jules, patrząc znacząco w stronę wyjścia. – Wayne wyszedł pięć minut później. Po okolicy zapewne krążą jakieś duchy, które pilnie chcą wrócić w zaświaty.

– Au, nie martw się. Na pewno znajdziesz kogoś do tańca – pocieszyłam go, zeskakując ze stołka. – Widzimy się jutro na patrolu.

– Do jutra! – Jules się uśmiechnął.

Przedarłam się przez hordę świętujących hunterów i archiwistów – najpierw w drodze do szatni, potem do wyjścia. Kiedy znalazłam się na zewnątrz, z ulgą nabrałam w płuca zimnego nocnego powietrza. Po raz pierwszy od kilku godzin mogłam porządnie odetchnąć, nie czując przy tym kłującego w nos smrodu potu i alkoholu.

Powoli ruszyłam Victoria Street w kierunku starego cmentarza nieopodal Calton Hill. Noc była gwiaździsta i postanowiłam, że udam się pieszo do kwatery hunterów, bo zajmie mi to nie więcej niż dwadzieścia minut.

Edynburg był piękny za dnia, ale nocą to miasto wręcz odurzało. W ciemności, między starymi budynkami z piaskowca człowiek odnosił wrażenie, że przeniósł się do innej epoki. A przy światłach palących się w budynkach moja mała ojczyzna zyskiwała coś magicznego. Czasem zastanawiałam się, czy to właśnie dlatego w Edynburgu jest więcej nadprzyrodzonych stworzeń niż w innych miastach. Tak czy inaczej mogłam zrozumieć, dlaczego ktoś – martwy czy żywy, człekokształtny czy nie – chce tu mieszkać.

Zwykle o tej porze na ulicach panował już względny spokój, ale liczne imprezy z okazji Halloween, które odbywały się co krok, wygnały ludzi z mieszkań. W parach lub w grupkach stali przed pubami, palili papierosy i przechadzali się po okolicy, szukając kolejnej miejscówki.

Zadrżałam na chłodnym wietrze, mocniej opatuliłam się kurtką i przyspieszyłam kroku, nagle jednak poczułam rozmaryn. Moje mięśnie instynktownie się spięły i znów zwolniłam, szukając źródła tego zapachu. Nie mógł on wróżyć niczego dobrego.

Każdy gatunek wampira ma swój własny zapach, który wyczuwamy tylko my, blood hunterzy. Niektóre można łatwo zidentyfikować – na przykład owenga pachnie benzyną, a dhampire dymem – inne pachną mniej wyraziście. Zapach rozmarynu bezsprzecznie należy do któregoś z wampirów Isaaca lub – jak kto woli – klasycznych wampirów, czyli przemienionych ludzi żądnych krwi.

Przeleciałam wzrokiem po okolicy, aż skupiłam się na mężczyźnie, który szedł samotnie. I jakby już samo to nie było wystarczająco dziwne tego wieczoru, nie miał na sobie kostiumu, tylko bluzę z kapturem naciągniętym na twarz, jakby chciał coś ukryć.

Dyskretnie przyspieszyłam kroku, dogoniłam typa, żeby się upewnić.

Tak jak się spodziewałam – zapach rozmarynu nasilił się.

Usiadłam mu na ogonie i wyciągnęłam komórkę. Szybkie wybieranie – zadzwoniłam do Julesa.

– No dalej… – mamrotałam pod nosem, kiedy nie odbierał.

Rozległo się kliknięcie i włączyła się poczta głosowa.

Shit!

Rozłączyłam się i natychmiast zadzwoniłam jeszcze raz, cały czas niepostrzeżenie podążając za wampirem – na szczęście nie było to trudne w tłumie ludzi na ulicach.

– Hej, tu Jules. Niestety nie mogę właśnie…

Fuck.

W klubie panował prawdopodobnie zbyt duży hałas i Jules nie słyszał telefonu. A nawet jeśliby go odebrał, wątpiłam, czy po trzech koktajlach byłby w stanie w ogóle polować. Może lepiej tego nie sprawdzać.

Speszona zacisnęłam usta. Potrzebowałam partnera, nie wolno nam było w pojedynkę ruszać na łowy. Ale nie mogłam pozwolić, żeby ten wampir, jak gdyby nigdy nic, szukał sobie przekąski o północy.

Zamiast ponownie zadzwonić do Julesa, wybrałam numer kwatery.

– Usługi ogrodnicze Dagger. Czym mogę służyć? – powiedziała kobieta, której nie rozpoznałam po głosie. Zawsze używaliśmy fałszywych powitań, żeby nikt, kto przez pomyłkę się do nas dodzwoni, nie trafił na ślad łowców.

– Cain Blackwood. CB170516EDI. Możesz zlokalizować mój telefon? – zapytałam tak cicho, jak to tylko możliwe.

Rozległo się pospieszne stukanie w klawiaturę.

– Tak, już mam.

– Śledzę właśnie wampira i potrzebuję wsparcia.

– Uuh, wygląda to niestety dość nieciekawie – odparła kobieta z wyraźnym żalem w głosie. – Ewentualne posiłki są akurat w trasie. Możesz dostać wsparcie najwcześniej za pół godziny.

Za pół godziny? W tym czasie wampir zdąży zabić dziesiątki ludzi, jeśli najdzie go na to ochota; nie mogłam do tego dopuścić. Być może samotne łowy były zabronione ze względów bezpieczeństwa, ale w tym przypadku spokój niewinnych osób stał ponad moim.

– Zapomnij, że dzwoniłam. Jules i ja sami się tym zajmiemy – skłamałam i rozłączyłam się, nie czekając na odpowiedź, żeby nie tracić już więcej czasu.

Wiedziałam, że nie powinnam tego robić, ale nie miałam wyboru. Nie było cienia wątpliwości, że wampir przede mną szuka pożywienia, a zwlekanie do momentu, aż je znajdzie, nie wchodziło w rachubę.

Szłam kilka metrów za nim, czekając na odpowiedni moment, żeby uderzyć. Jak każdy hunter, nosiłam na szyi magiczny amulet pierwszego stopnia, mogłam go użyć do stworzenia iluzji, ale mimo to wolałam nie atakować publicznie. Złudzenie zawsze pozostawało bowiem tylko złudzeniem. Nie znaczyło to wcale, że ludzie nie mogą na nas wpaść. Raz za razem przypadkowe osoby stawały się świadkami działań hunterów, a tego należało unikać.

Na szczęście wampir nieświadomie ze mną współpracował – po niedługim czasie zszedł z głównej drogi i skręcił w jedną z licznych wąskich uliczek, które przecinały stare miasto w Edynburgu niczym naczynia krwionośne.

Obejrzałam się przez ramię. Kiedy byłam pewna, że nikt za nami nie podąża, wyzbyłam się resztek obaw związanych z tym, że jestem sama. Aktywowałam amulet na swojej szyi i przykucnęłam, sięgając po kukri, ciężki nepalski nóż, który nosiłam w prawym bucie. Palce mrowiły mnie z niecierpliwości, żeby wreszcie zacisnąć je na jego skórzanej rękojeści i wyciągnęła zakrzywione ostrze. Moje zmysły – z natury wrażliwsze niż u zwykłych śmiertelników – wyostrzyły się. Po to się urodziłam. Taka była moja dola i gdybym miała wybór co do swojego losu, i tak zdecydowałabym się na to samo.

Wyprostowałam się zdeterminowana.

– Hej, ty! Palancie!

Mężczyzna w bluzie zamarł w pół ruchu i odwrócił się do mnie. Kiedy na mnie spojrzał, kaptur zsunął mu się z głowy. W świetle samotnej latarni dostrzegłam, że jego blond włosy lśnią, jakby absorbowały słońce. Jego skóra była blada, a oczy zdawały się przeszklone. Osoba postronna mogłaby pomyśleć, że jest chory, ale ja wiedziałam lepiej – jest głodny.

– Witaj, hunterko – przywitał się, wykrzywiając usta w szyderczym uśmiechu, który odsłonił jego kły. Nie były szczególnie długie, co świadczyło o tym, że jest jeszcze młody. Niedoświadczony, ale na tyle dorosły, żeby wiedzieć, co robi, i nie zabijać już w sposób niekontrolowany, jak to się zdarzało nowo przemienionym wampirom. Te rzucały się do walki bez zastanowienia, podczas gdy dojrzałe jednostki rozkoszowały się dreszczem, który towarzyszy polowaniu, i lękiem swoich ofiar. Składało się to na część ich radości płynącej z krwi.

– Widzę, że nas naśladujesz. – Wampir spojrzał na sztuczne kły, które wciąż tkwiły w moich ustach. – Szkoda, że nie mogę cię przeobrazić.

– Wolałabym umrzeć – prychnęłam.

– Da się zrobić – zapewnił mnie gorliwie. Jego łagodne rysy wyostrzyły się. Pod bladą skórą pojawiły się czarne żyły, a źrenice przybrały ciemnoczerwony kolor, podczas gdy ręce zmieniły się w szpony z długimi pazurami idealnymi do przytrzymywania ofiar. Wyszczerzył zęby i wydał z siebie zwierzęce warknięcie, a potem rzucił się na mnie.

Mimo że biegł, rejestrowałam każdy jego ruch. To, jak napinają mu się mięśnie, a oddech przyspiesza, jakby brakowało mu tlenu. Włosy na rękach stanęły mi dęba, przygotowałam się.

Gdy wampir doskoczył do mnie, żeby mnie złapać, dosłownie poczułam na swojej skórze jego śmierdzący metaliczny oddech. Zanim jednak mnie chwycił, zwinnie przykucnęłam i go podcięłam.

Był zbyt rozpędzony, żeby utrzymać równowagę. Z łomotem runął na ziemię. Niestety, pod kątem, który uniemożliwił mi przebicie nożem jego serca. Zamiast tego wbiłam mu ostrze w prawe udo. Wydał z siebie mrożący krew w żyłach krzyk, który bez wątpienia było słychać na całej uliczce.

Poderwałam się z ziemi. Kukri zostawiłam w nodze wampira, żeby rana natychmiast się nie zasklepiła, a nieznajomy nieco dłużej odczuwał ból, który – jak miałam nadzieję – sparaliżuje go na kilka sekund. Potem puściłam się biegiem. Zdeterminowana ruszyłam do żeliwnej latarni osadzonej w murze budynku. Moje buty dudniły o ziemię, ale słyszałam, że wampir pognał za mną. Adrenalina krążyła w mojej krwi. Nie spuszczając celu z oczu, przyspieszyłam. Miałam tylko jedną szansę, żeby to szybko zakończyć. Mimo że geny blood hunterki dawały mi nadludzkie możliwości, to w przeciwieństwie do wampira mnie w którymś momencie zabraknie sił i wytrzymałości. On natomiast jest w stanie ciągnąć to w nieskończoność.

Zahamowałam raptownie tuż przed latarnią i odwróciłam się. Wampir był dosłownie kilka kroków za mną. Utykał lekko i trzymał kukri, jakby chciał mnie zabić moją własną bronią. Po raz ostatni wzięłam głęboki oddech i podskoczyłam. Moje palce zacisnęły się na latarni. Żeliwo wydało odgłos przypominający jęk, a z pęknięć na murze sypał się piasek, gdy bujałam się tam i z powrotem, żeby nabrać rozpędu.

Ciemny cień przemknął po twarzy wampira, jakby ten usiłował się domyślić, co planuję. Zbliżał się jednak nieustannie, pędzony zwierzęcym instynktem. Napięłam mięśnie, ostatni raz wzięłam zamach i gdy znalazł się tuż obok, chcąc mnie chwycić, kopnęłam go z całej siły w twarz.

Rozległ się trzask. Trysnęła krew. Wampir krzyknął i odrzucił mój nóż, żeby złapać się za nos, który w tej chwili nie był niczym innym jak zlepkiem roztrzaskanych kości.

Zadowolona z siebie puściłam żeliwny pręt. Wylądowałam obiema nogami na bruku, chwyciłam nóż i wbiłam go wampirowi w gardło, żeby zdusić jego jęki w zarodku.

Zamilkł.

Gdy wyciągnęłam ostrze, rozległ się dźwięk przypominający cmoknięcie i trysnęła krew, potem wycelowałam jeszcze raz i wbiłam nóż między żebra wampira, przeszywając mu serce.

Wampir popatrzył na mnie zszokowany, po czym padł bez życia u moich stóp.

Z ust wyrwało mi się westchnienie ulgi. Tak oto mamy z głowy jednego krwiopijcę mniej.

Wyciągnęłam telefon, który na szczęście wyszedł z tej walki bez szwanku, i wysłałam wiadomość do kwatery, żeby oddelegowali tu kogoś do sprzątnięcia zwłok.

Właśnie skończyłam pisać, gdy kątem oka dostrzegłam jakiś ruch. Odwróciłam się i zobaczyłam przed sobą parę chłodnych niebieskich oczu, które były mi równie dobrze znane, jak ciężar trzymanej przeze mnie broni.

– Co do cholery, Blackwood?

Warden

Jedna sekunda. Na tylko jedną cholerną sekundę spuściłem z oczu tego wampira i już nie żył. Cztery godziny obserwacji poszły na marne i nie wiedziałem, kogo mam za to winić: Cain czy siebie, bo pozwoliłem, żeby Kevin mnie zdekoncentrował. Ostatnio posłaniec śmierci często mi towarzyszył. Trudno powiedzieć, czy mu się nudziło, czy wiedział coś więcej, niż chciał powiedzieć, o życiu, które mi jeszcze pozostało.

Cain wzięła się pod boki i zmarszczyła brwi. Mgliście już pamiętam czasy, gdy na mój widok jej oczy się rozjaśniały, a nie mroczniały.

– Cześć, Warden.

– Dlaczego go zabiłaś?

Jej rude włosy wyglądały w ciemnej uliczce jak pochodnia. Brodę miała oblepioną krwią, która spłynęła jej po szyi. Przez moment żarzyła się we mnie troska, potem zauważyłem jednak sztuczne kły w ustach dziewczyny. Serio?

– Zabiłam go, bo na tym polega moja praca.

Popatrzyłem na zwłoki u swoich stóp – krew wampira płynęła wąskim strumieniem po chodniku. Nie mogłem pojąć, jak Cain udało się w pojedynkę tak szybko go unieszkodliwić. Wiedziałem z własnego doświadczenia, że jest dobra. Ale że aż tak? Jeszcze bardziej dziwiła mnie nieobecność Julesa. Znałem na pamięć reguły, które od lat sam łamałem. W Edynburgu hunterom nie wolno było wyruszać na łowy w pojedynkę.

– To był mój wampir.

– Przepraszam, nie widziałam obroży.

– Śledziłem go pół dnia.

Cain przykucnęła, żeby wyciągnąć kukri z nieboszczyka.

– I nie dałeś rady go zabić? Coś słabiutko, Warden. Naprawdę słabiutko.

– Nie chciałem go zabijać – wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Zazwyczaj nie dawałem się tak łatwo wyprowadzić z równowagi. Bez znaczenia, czy ścigałem wampira, stałem oko w oko z wilkołakiem, czy robiłem uniki przed świszczącymi zaklęciami jakiegoś czarodzieja. Żeby przeżyć, musiałem zachowywać zimną krew, przy tej dziewczynie traciłem jednak resztki opanowania. – Chciałem go spytać o Isaaca i dobrze o tym wiesz.

Cain, na pozór spokojnie, wytarła zakrwawioną broń o szarą bluzę wampira, ale ja dobrze wiedziałem, że ta powściągliwość jest tylko na pokaz, tak jak moja. Graliśmy w to przedstawienie od lat, za każdym razem, gdy na siebie wpadaliśmy.

– Co ty tu w ogóle robisz? Myślałam, że jesteś w Londynie.

Nie miałem pojęcia, skąd wie o moim wyjeździe do Londynu, to była nieoficjalna misja. Ani tym bardziej, dlaczego ją to interesuje. Zapewne miała nadzieję, że nie będzie musiała mnie już więcej oglądać.

– Dzisiaj wróciłem.

– I jak było?

Prychnąłem i skrzyżowałem ręce na piersi opiętej pasem pochwy na maczetę. Zwykle podczas obserwacji nosiłem ze sobą mniej rzucającą się w oczy broń, ale było Halloween i nikogo nie dziwił widok ostrza na moich plecach.

– Czemu chcesz wiedzieć?

Cain wyprostowała się, choć i tak nie miała szans znaleźć się na wysokości moich oczu. Była dość niska jak na blood hunterkę, ale w niczym jej to nie przeszkadzało, poruszała się jak prawdziwa łowczyni krwi – nie tylko z elegancją, lecz także z siłą.

– Wiesz co, Warden? Zapomnij, że pytałam.

– Z wielką chęcią.

Pokręciła głową, jakby poczuła się rozczarowana. Bez słowa odwróciła się na pięcie i pomaszerowała ciemną uliczką, zostawiając mnie samego z martwym wampirem.

Patrzyłem za nią, aż jej sylwetka rozpłynęła się w ciemności.

– Lubię ją. – Wtem usłyszałem za sobą znajomy głos.

Obróciłem się i zobaczyłem Kevina, swojego osobistego posłańca śmierci. Że tak to ujmę. W zasadzie jego zadanie polegało na odprowadzaniu ludzi po śmierci do krainy umarłych lub do podziemia, ale z jakichś niewyjaśnionych powodów chętnie spędzał ze mną swój wolny czas. I za każdym razem, gdy go widziałem, przybierał inną postać. Czasem był staruszką, czasem małym chłopcem, a czasami – tak jak dziś – blondynką z ponętnym dekoltem. Rozpoznawałem go zawsze po jego zamiłowaniu do K-popu, z czym chętnie się obnosił – dziś przybrało ono formę kolorowej bejsbolówki.

– Blackwood? Jest upierdliwa.

– Być może – odparł z wszystkowiedzącym uśmiechem Kevin. – Ale i seksowna.

Zacisnąłem usta. Nie dało się zaprzeczyć. A to jeszcze nie wszystko – była utalentowana. Ambitna. Sprytna.

I była moją ekspartnerką.

ROZDZIAŁ 2

Cain

Cain Blackwood, CB170516EDI, proszę się niezwłocznie udać do biura kierownika kwatery.

Po raz drugi przeczytałam słowa Alessandry, asystentki Granta. Chociaż dźwięk przychodzącej wiadomości wyrwał mnie ze snu pięć minut temu, wciąż nie udało mi się pojąć jej sensu. Grant chce mnie widzieć? Niezwłocznie? Nigdy dotąd mi się to nie zdarzyło. Tak, jasne, ściągał mnie do siebie i prowadziłam z nim rozmowy, ale do tych spotkań nigdy nie dochodziło z tak małym wyprzedzeniem i nie były tak pilne. Takie nagłe zaproszenie raczej nie wróżyło niczego dobrego. Ogarnęła mnie niepewność pomieszana z lękiem. Chodzi o moich rodziców albo o Julesa? Czy któremuś z nich coś się przytrafiło?

Nie, w takiej sytuacji obudzono by mnie dużo gwałtowniej. Musiało chodzić o coś mniej dramatycznego. Zmartwiło mnie to jednak bardziej niż widok wampira w nocy.

Kiedy szłam do łazienki przylegającej do mojego pokoju, z nerwów aż trzęsły mi się ręce. Każda kwatera wygląda inaczej i w wielu bazach, jak choćby w Londynie czy Berlinie, hunterzy mają wspólne prysznice. My w Edynburgu byliśmy szczęściarzami. Tutaj każdy mieszkaniec miał swoją własną małą łazienkę. Wprawdzie często długo trwało, zanim woda zrobiła się ciepła, i zazwyczaj jednak pozostawała zimna, ale i tak nie było najgorzej.

Zdjęłam piżamę i wskoczyłam pod prysznic. Los mi sprzyjał, cały czas woda była przyjemnie ciepła bez wahań temperatury, zbyt się jednak denerwowałam, żeby się tym cieszyć. W trymiga się umyłam, a potem włożyłam strój hunterski: czarne spodnie i czarny top. W Edynburgu lubimy klasykę. I chociaż nie czyhało tu na mnie żadne niebezpieczeństwo – wszystko zostało dobrze zabezpieczone – wsunęłam do buta jedno ze swoich kukri, a potem udałam się do biura Granta, które znajdowało się na najniższym poziomie.

Kwatera mieściła się w centrum Edynburga pod Calton Hill, odwiedzanym każdego dnia przez setki turystów, którzy nawet nie podejrzewali, że pod ich stopami – od starego cmentarza do pomnika Nelsona – ma siedzibę tajna organizacja. Na pięciu poziomach spało, trenowało i mieszkało blisko dwustu blood, soul, grim i magic hunterów – oraz garstka wolnych łowców, którzy nie urodzili się hunterami, ale dobrowolnie zdecydowali się na takie życie. Kilkoro łowców mieszkało poza kwaterą, ale mowa tu naprawdę o nielicznych przypadkach. Koszty najmu mieszkań w Edynburgu były wysokie, a dochody z pracy w niepełnym wymiarze godzin przeważnie niskie. Co przypomniało mi o tym, że tego dnia czeka mnie jeszcze kinderbal.

Zeszłam po schodach na sam dół i ruszyłam długim korytarzem, minęłam bibliotekę, czyli miejsce pracy archiwistów, areszt i szpital, po czym dotarłam wreszcie do biura Granta, najtrudniej dostępnego miejsca w kwaterze. Tutaj zarządzano aktami i tajemnicami. Otworzyłam przeszklone drzwi prowadzące do holu, gdzie siedziała Alessandra i opisywała dwie teczki osobowe – rozpoznałam je po szarym kolorze. Czyżby przybył ktoś nowy?

– Dzień dobry – przywitałam się z asystentką.

Alessandra nie była hunterką, ale przed dwoma laty wyszła za mąż za łowcę, dlatego została wtajemniczona. Od tamtej pory pracowała tu i wspierała nas swoim talentem organizacyjnym przy każdej nadarzającej się okazji.

– Grant chciał mnie widzieć?

– Tak, ale ma jeszcze spotkanie. Usiądź, proszę. – Wskazała na rząd krzeseł pod ścianą.

– Ile to może potrwać? – zapytałam, niepewnie zerkając na zegarek. Założyłam, że z miejsca porozmawiam z Grantem. Jego prośba wydawała się dość pilna. Poza tym mnie samej się spieszyło. Przemiana z Cain w Kopciuszka nie jest kwestią pięciu minut, zawsze zajmuje mi sporo czasu, a oczekiwano, że na siódmych urodzinach Lindy stawię się punktualnie.

Alessandra uśmiechnęła się.

– Tego niestety nie wiem.

– Jasne, dzięki – westchnęłam.

Usiadłam, wyjęłam telefon i napisałam do agencji eventowej – swojego pośrednika – wiadomość z wymówką, że jestem chora. Lepiej już zrezygnować, niż przyjść za późno. Być może uda im się znaleźć kogoś na zastępstwo. Bolało mnie jednak, że ta robota nie wypali. W moim budżecie zrobiła się przez to znacząca dziura. Wprawdzie kwatera zapewniała nam najbardziej niezbędne rzeczy – wyposażenie bojowe czy stroje sportowe do treningu – i gwarantowała bezpłatny wikt i opierunek, ale za wszelkie prywatne przyjemności musieliśmy płacić z własnej kieszeni. Przesunięcie spotkania z Grantem po to, żeby wybrać się na przyjęcie dla dzieci, nie wchodziło jednak w grę.

Chociaż w moim odczuciu minęła niemal wieczność, drzwi do gabinetu wreszcie się otworzyły i wyszło z niego dwoje hunterów, których jeszcze nie widziałam. Dziewczyna miała długie jasne włosy i w pierwszej chwili można ją było wziąć za Ellę, ale moja najlepsza przyjaciółka miała jasnobrązowe, a nie białoszare oczy, a rysy jej twarzy były zdecydowanie wyraźniejsze. Koleś koło niej miał brązowe włosy i trzydniowy zarost. Gdy przechodził obok, posłał w moją stronę czarujący uśmiech, na co dziewczyna przewróciła oczami, ale też skinęła mi głową.

Popatrzyłam za tą dwójką, a później skierowałam wzrok na Alessandrę, która dała znak, że wreszcie mogę wejść. Starając się nie tracić hartu ducha, wyprostowałam się i wkroczyłam do biura, w którym zawsze pachniało starym pożółkłym papierem.

– Cześć, Grant. Chciałeś mnie… – Zamarłam.

Grant nie był sam. Był z nim Warden. Siedział na jednym z krzeseł przy biurku i patrzył na mnie rozeźlony.

Dopadło mnie wyraźne déjà vu. Dawne wspomnienia, które od lat starałam się wyprzeć, powróciły. I ogarnęło mnie złe przeczucie co do powodu tego spotkania. Nie chciałam jednak wyciągać pochopnych wniosków. Może, ale tylko może, się myliłam.

– Dzień dobry, Cain – powitał mnie Grant z uśmiechem, który dodatkowo pogłębił zmarszczki na jego twarzy. Mimo sędziwego wieku jego włosy pozostawały ciemnobrązowe, a jasnoniebieska koszula, którą miał na sobie, wyraźnie podkreślała to, że był w wyśmienitej kondycji fizycznej, chociaż od dawna nie chadzał już na łowy i większość czasu spędzał za biurkiem. – Zamkniesz, proszę, drzwi?

Zrobiłam to, a potem spytałam o dwójkę hunterów, którzy przed chwilą wyszli z gabinetu, licząc, że w ten sposób zyskam trochę czasu na uporządkowanie myśli.

– To Roxy Blake, wolna hunterka, i Shaw, hunter in spe z londyńskiej kwatery. Będziesz miała okazję ich poznać, zostaną z nami przez jakiś czas – odparł Grant i napił się coli stojącej na biurku.

A więc stąd nowe akta osobowe. Zapewne Roxy i Shaw właśnie wysłuchali powitalnej pogadanki Granta. Nie wyjaśniało to jednak obecności Wardena.

– A dlaczego ty tu jesteś? – spytałam wprost.

– Pokazałem im drogę – odparł Warden z niewinnym uśmieszkiem na ustach, którego nie kupiłam.

– Usiądź – poprosił Grant i wskazał mi wolne krzesło koło Wardena.

Zawahałam się, ale po krótkiej chwili usiadłam, bo nie chciałam zachowywać się dziecinnie.

Krzesła nie były oddalone od siebie nawet na długość ramienia. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio znajdowałam się tak blisko Wardena. Od tamtego zdarzenia przed trzema laty niemal stale był w drodze, szukając Isaaca, króla wampirów. W tym celu zjechał świat wzdłuż i wszerz. A kiedy wyjątkowo zjawiał się w kwaterze, stosowaliśmy się do niepisanej zasady, że schodzimy sobie z drogi. W ostatnim roku widzieliśmy się może kilka razy. A teraz nagle dwa dni z rzędu – tego już za wiele!

– Z pewnością wiesz, dlaczego cię wezwałem – zaczął Grant.

Uznałam, że na razie najlepiej będzie zachować swoje przypuszczenia dla siebie.

– Nie, szczerze mówiąc, nie wiem.

– Kłamczucha – prychnął potępiająco Warden.

Grant skrzyżował ręce przed sobą na stole, po czym przyjrzał mi się uważnie.

Mój wzrok padł na wyraźnie widoczny tatuaż na grzbiecie jego prawej dłoni. Pośrodku znajdował się półksiężyc, znak rozpoznawczy grim hunterów. Tatuaż pochodził z czasów, gdy wszystko nie było jeszcze stale monitorowane, fotografowane i udostępniane w sieci. Dzisiaj my, hunterzy, musieliśmy nosić lepiej ukryte tatuaże; ja miałam swój po wewnętrznej stronie lewego ramienia.

– Warden mi powiedział, że wczoraj sama wybrałaś się na łowy. To prawda?

Zacisnęłam zęby. Jasna sprawa, Warden mnie wsypał. Czego innego się spodziewałam? Nie mógł, rzecz jasna, przepuścić okazji, żeby nie donieść na mnie Grantowi.

– Nie, nie wybrałam się sama na łowy – wyjaśniłam, starając się mówić spokojnie, mimo że wszystko się we mnie gotowało. Jakaś cząstka mnie wiedziała, że Warden miał pełne prawo to zgłosić, w końcu faktycznie postąpiłam wbrew zasadom. Wściekłość jednak we mnie wzbierała, bo wiedziałam, że wcale nie o zasady mu chodziło. Bądź co bądź, sam nieustannie był z nimi na bakier. – Wracałam właśnie z naszej imprezy halloweenowej i zauważyłam wampira. Starałam się skontaktować z Julesem, żeby mieć wsparcie, ale nie odbierał. Zadzwoniłam więc do kwatery. Powiedziano mi, że posiłki zjawią się najwcześniej za pół godziny. Tak długo nie mogłam czekać. Nie chciałam dopuścić do tego, żeby ten wampir zabił jakąś niewinną osobę, więc zmierzyłam się z nim w pojedynku jeden na jeden.

Grant kiwał głową, jego mina była jednak nieprzenikniona.

– Zgładziłaś tego wampira.

– Tak.

– Czy zranił cię przy okazji?

– Nie.

Grant ważył moje słowa, a potem westchnął.

– Jesteś naprawdę świetną łowczynią, Cain. I tym razem być może wyszłaś z tego bez szwanku, ale mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że mogłaś zginąć. Nie bez powodu tak dużą wagę przykładam do naszych zasad. Wasze bezpieczeństwo leży mi na sercu bardziej niż cokolwiek innego. Miałaś szczęście.

Ugryzłam się w język i tylko przytaknęłam, chociaż nie sądziłam, że moje przetrwanie ma coś wspólnego ze szczęściem. Łączyłam je raczej ze swoimi umiejętnościami.

– Robię to naprawdę z ciężkim sercem, Cain, ale złamanie zasad musi pociągać za sobą konsekwencje. – Grant przeniósł wzrok ze mnie na Wardena, a później z powrotem na mnie. – Zostajesz zawieszona w czynnej służbie na tydzień. Przez ten czas będziesz pomagać w zbrojowni.

– Że co?! To nie fair! – zaprotestowałam. – Nie poszłam sama na łowy! Gdy zobaczyłam wampira, od razu zadzwoniłam po swojego partnera, a później do kwatery. Dokładnie tak, jak wymaga tego protokół.

– Ale nie zaczekałaś na posiłki.

– Nie, bo nie było takiej potrzeby. Nadarzyła się idealna okazja do ataku. Nie chciałam ryzykować, że mi ten wampir zwieje. Nie darowałabym sobie. I cały czas byłam ostrożna.

Grant wstał z miejsca, obszedł biurko, oparł się o nie i skrzyżował ręce na piersi.

– Rozumiem to, Cain, i nigdy nie przestanę powtarzać, że jesteś świetną hunterką, ale złamałaś jedną z naszych najważniejszych reguł. To przewinienie nie może ujść ci na sucho. Jesteś wzorem dla wielu młodych hunterów i hunterek. Weźmy choćby dzieci, które uczysz. Patrzą na ciebie z podziwem. Jaki dałbym im sygnał, gdybym puścił ci to płazem?

– Myślę, że kara jest wręcz nazbyt łagodna – wtrącił się Warden.

Z trudem łapałam oddech. Parszywy zdrajca!

Przyglądałam mu się intensywnie, lecz nie odwrócił wzroku. Świdrował mnie niebieskimi oczami, jakbym była zamarzniętym jeziorem, którego powierzchnię chciałby przewiercić. Jeśli sądzi, że uda mu się mnie onieśmielić, to się grubo myli. Co on w ogóle sobie wyobraża? Sam od trzech lat wyprawia się w pojedynkę w świat, poszukując Isaaca. Co za hipokryta! Jedynym powodem, dla którego Warden nie jest następny w kolejce do ukarania, jest prawdopodobnie to, że Grantowi rzadko udaje się go złapać w kwaterze. A może po prostu uznał, że to beznadziejny przypadek. Tak czy inaczej, do tej pory żadna nagana skutecznie go nie odwiodła od samotnego polowania ani nie przemówiła mu do rozumu. Po co tracić czas na kogoś, dla kogo bez znaczenia jest to, czy ktoś się o niego troszczy, czy nie?

– A ja sądzę, że ty też zasługujesz na karę – zauważyłam z uśmiechem niewiniątka. – Tak, byłam sama na łowach, ale ty też byłeś, może nie? W każdym razie ja nie widziałam nigdzie twojego partnera. Ach, moment, przecież ty w ogóle nie masz partnera.

– I niby czyja to wina?

– Twoja. Bo kto inny zraził do siebie ostatnich pięciu? – Wiedziałam, że Warden miał po mnie jeszcze kilkoro partnerów, ale żaden z nich nie dał rady wytrzymać z nim zbyt długo. Co wcale mnie nie dziwiło. Po incydencie z Isaakiem Warden się zmienił. Chodził rozeźlony, zgorzkniały i zmęczony życiem, a to nie najlepsze połączenie. I w którymś momencie Grant nie wyznaczył mu już kolejnej osoby. Najwyraźniej musiał spisać go na straty, tak samo jak Warden spisał samego siebie.

– Przestańcie – rozkazał nam Grant, nim doszło do eskalacji. – Muszę przyznać, że Cain ma rację. W przeszłości na wiele rzeczy przymykałem oko, Wardenie. Ale jeśli teraz ukażę Cain za wczorajszą noc, to ciebie także.

Warden popatrzył na niego z niedowierzaniem.

– Chyba nie mówisz poważnie?

– Jestem jak najbardziej poważny. – Grant odepchnął się od krawędzi blatu, żeby znowu zająć miejsce za biurkiem. Niemal tak, jakby chciał wznieść barykadę między sobą a Wardenem przed dalszym ciągiem. – Też jesteś zawieszony na tydzień, będziesz pomagać Cain w zbrojowni.

Warden błyskawicznie wyprostował się na krześle.

– Co?! Dlaczego?

– To nie jest najlepszy pomysł – wtrąciłam.

– Tak, wręcz bardzo niedobry! – przyznał mi rację Warden.

Energicznie skinęłam głową, nawet jeśli oznaczało to, że zgodziliśmy się odnośnie do czegoś po raz pierwszy od lat.

– Może mógłby pracować w pralni? Albo w kafeterii? Albo szorować toalety?

– Albo może zrobię coś sensownego i dalej będę polować.

Zaśmiałam się gorzko.

– Chciałbyś.

– A nawet jeśli, to co?

– Jesteś niemożliwy!

Warden prychnął.

– I kto to mówi.

Ech, dupek.

– Nie znoszę cię!

– Spokój! – przerwał nam Grant. Z jego głosu zniknęło opanowanie. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby był równie surowy, co mogło wynikać z tego, że do tej pory nie dałam mu ku temu powodu. – Razem odbędziecie karę w zbrojowni. Bez dyskusji. Myślicie, że jestem ślepy? Widzę przecież, jak od lat ciągniecie tę dziecinadę. To śmieszne. Nie musicie się przyjaźnić, ale pracujemy tu razem, więc weźcie się w garść. I jeśli tylko usłyszę o jakichś zgrzytach, to przedłużę wam tę karę. Zrozumiano?

– Zrozumiano – wymamrotałam, nawet jeśli taki obrót spraw kompletnie nie był po mojej myśli. Ostatnią rzeczą, której chciałam, było wkurzyć Granta; zbytnio go szanowałam, zarówno jako huntera, jak i kierownika kwatery. Jakoś wytrzymam tydzień z Wardenem. Nie takie rzeczy już znosiłam – w porównaniu z ugryzieniem hydry lub opętaniem przez ducha to będzie pestka.

Grant popatrzył wyczekująco na Wardena, który jeszcze nie odpowiedział, a na jego twarzy zagościł niebezpieczny uśmieszek.

– Czy się rozumiemy, Mr Prinslo?

Warden wydał z siebie niezrozumiałe burknięcie, które mogło oznaczać zarówno „tak, sir”, jak i „niech cię diabli, stary pryku”.

Grant najwyraźniej chciał jednak widzieć dobro w moim byłym partnerze, bo skinął głową z satysfakcją.

– Świetnie. Miejmy nadzieję, że tym samym ta sprawa zostaje zamknięta. Możecie odejść.

ROZDZIAŁ 3

Cain

Trzy lata wcześniej

Przed egzaminem na huntera

– To wszystko, na co cię stać? – spytałam prowokująco, kiedy odskoczyłam, unikając ciosu Wardena. Trenowaliśmy w nieskończoność. Serce waliło mi w piersi, pot kapał z czoła jak woda z nieszczelnego kranu i… bardzo mi się to podobało!

– Nie chcę ci zrobić krzywdy – odparł z błyskiem w oczach mój przyszły partner.

– Nie dałbyś rady, nawet gdybyś spróbował.

– Dobrze, sama się prosisz. – Na zaczerwienionej twarzy Wardena pojawił się szeroki wyszczerz, po którym nastąpiła szybka seria ciosów i kopnięć wymierzonych w moją stronę, ale ja wprawnie się uchylałam.

Znajdowaliśmy się na macie w sali treningowej w kwaterze i szlifowaliśmy technikę walki wręcz bez uzbrojenia. Wprawdzie rzadko się zdarzało, żeby hunter stał nieuzbrojony naprzeciw jakiejś nocnej kreatury – bądź co bądź, zawsze wychodziliśmy z kwatery uzbrojeni po uszy – ale mimo wszystko dobrze być przygotowanym na taką ewentualność. Takie było przynajmniej moje zdanie. Warden widział to trochę inaczej. Zakładał, że zawsze będzie miał przy sobie chociaż jeden sztylet, mimo to przystał na moją prośbę i ćwiczyliśmy dzisiaj walkę wręcz.

– No dalej, Prinslo, nie poddawaj się. – Szturchnęłam go.

Zmrużył oczy i wbił we mnie ponure spojrzenie, po czym znów posypał się grad ciosów i kopnięć, których ja miałam być celem.

Na treningach byliśmy dość brutalni i ćwiczyliśmy bez żadnej osłony, tak jak miało to później wyglądać w rzeczywistości. Siniaki i drobne skaleczenia były na porządku dziennym. Wielu innych hunterów podczas treningu obchodziło się ze sobą łagodnie i używało ochraniaczy. My nie. Byliśmy z Wardenem gotowi dać z siebie wszystko i może byliśmy trochę za bardzo odważni, dlatego tak dobrze do siebie pasowaliśmy. Poza tym oboje byliśmy urodzonymi blood hunterami i nasze siniaki oraz inne małe otarcia goiły się dużo szybciej niż u innych hunterów. Nic wielkiego.

Zdyszany Warden znów przystąpił do ataku. Godziny treningu już go wyczerpały i jego ciosy stawały się coraz słabsze, ja jednak także ruszałam się coraz wolniej. Cios, którego w porę nie zauważyłam, dostałam od Wardena w ramię.

Ból w ręce eksplodował. Sapnęłam. Oszołomiona cofnęłam się o pół kroku i ten krótki moment, ten ułamek sekundy, gdy moje ustawienie nie było w stu procentach stabilne, Warden wykorzystał i mnie podciął. Z łomotem uderzyłam o matę.

Na tym się jednak nie skończyło. Warden zdążył się wiele nauczyć. Kiedyś odstawiałby już taniec zwycięstwa, ale moje nieustanne ględzenie o przestrzeganiu procedur, gdy ma się do czynienia z kreaturami, najwyraźniej do niego dotarło. Rzucił się na mnie całym swoim ciężarem i przygniótł do ziemi, tym samym całkowicie mnie obezwładniając.

Popatrzył na mnie z góry z figlarnym uśmiechem na twarzy. Jego palce zacisnęły się na moich nadgarstkach, nasze głowy dzieliły jedynie centymetry. Ciepły oddech Wardena musnął moją skórę. Kosmyk brązowych włosów opadł mu na czoło.

– No i? Zadowolona z mojego występu?

Zaśmiałam się. I zanim Warden zorientował się, co się dzieje, zahaczyłam stopą o jego nogi, uniosłam biodra i wytrąciłam go z równowagi. W mgnieniu oka, zanim udało mu się przeprowadzić kontratak, rąbnęłam go łokciem w żebra. Jęknął i runął jak długi. Przekręciłam go na brzuch i usiadłam na nim tak, że nie mógł się poruszyć. Warden był wprawdzie silniejszy i dobre dwadzieścia centymetrów wyższy ode mnie, ale odpowiednią techniką można wiele zdziałać.

Pochyliłam się do przodu i moje usta znalazły się zaledwie parę centymetrów od jego ucha.

– Nie, nie jestem zadowolona z twojego występu. Jesteś zbyt arogancki i zbyt szybko przestajesz się zabezpieczać. Kiedyś cię to zgubi.

Warden uśmiechnął się, chociaż jego policzek był przyklejony do maty.

– Błąd. Od czegoś mam w końcu ciebie.

Prychnęłam i zeszłam z jego pleców.

– Lizus.

Wyprostował się, a następnie zgodnie ruszyliśmy w stronę ławki na skraju maty, gdzie leżały nasze rzeczy. Dzisiejszy trening dobiegł końca.

Łapczywie napiłam się z butelki, po czym podałam ją Wardenowi, który przed chwilą opróżnił swoją.

– Wpadniesz wieczorem? – spytał, zostawiwszy mi ostatni łyk.

Dopiłam wodę.

– To zależy. Twój tata dziś gotuje?

W przeciwieństwie do mnie, Warden mieszkał z rodzicami poza kwaterą, głównie ze względu na Jamesa, swojego ojca. Był on człowiekiem i tylko pomagał hunterom, sporządzając broń i inne narzędzia do polowania na kreatury. Potrzebował miejsca – zarówno na narzędzia, jak i dla „duchowego rozwoju i kreatywności”, jak zawsze podkreślał.

– Tak, robi lasagne.

– Pycha. Uwielbiam lasagne twojego taty.

Warden upchnął w torbie sportowej ręcznik, którym wcześniej otarł sobie pot z czoła. Zawsze brał prysznic w domu, nigdy w kwaterze.

– To znaczy, że wpadniesz?

– Jasne – odparłam i wcale nie lasagne o tym przesądziła. Zawsze z chęcią przebywałam u rodziny Prinslo. Nie tylko dlatego, że Warden był moim najlepszym przyjacielem i lubiłam spędzać z nim czas, lecz także dlatego, że uwielbiałam dom jego rodziców. W przeciwieństwie do mieszkania moich, tutaj w kwaterze, tam naprawdę czułam się jak w domu. Mieli ogrodzenie ze skrzynką na listy, sąsiadów, których można było potajemnie śledzić zza zasłonki, a gdy tylko naszła kogoś na to ochota, mógł zawsze spojrzeć w niebo. Dlatego trochę zazdrościłam Wardenowi. Nie, żebym kiedyś mu się do tego przyznała.

– W takim razie widzimy się później? – Jego słowa zabrzmiały jak pytanie, choć już przecież mu to obiecałam.

Najpewniej będziemy zakuwać do egzaminów teoretycznych i może obejrzymy jakieś anime. Nienawidziłam japońskich kreskówek, ale Warden je uwielbiał, więc jakoś to znosiłam.

Przytaknęłam.

– Tak, nie mogę się doczekać.

– Super, do zobaczenia.

Uśmiechnęłam się.

– Do zobaczenia.

ROZDZIAŁ 4

Cain

Napisałam Julesowi wiadomość, że zostałam zawieszona i że tego wieczoru nie pójdę z nim na patrol. Natychmiast odpowiedział – nalegał, żebyśmy się spotkali, zjedli razem wczesny obiad w kafeterii i porozmawiali. Nie, żeby było o czym. Warden po prostu po raz kolejny udowodnił mi, że zrobił się z niego potworny dupek. Nie doniósł na mnie Grantowi dlatego, że bał się o moje bezpieczeństwo lub święcie wierzył w zasady. Nie, on to zrobił w ramach zemsty za to, że trzy lata temu zabiłam jego wampira i tym samym uratowałam mu życie, zamiast patrzeć, jak rusza na pewną śmierć. Wielkie dzięki.

Godzinę po spotkaniu z Grantem wciąż nosiło mnie ze złości. Teraz poirytowana wciskałam przycisk windy. „No dalej”, popędzałam ją, próbując nastawić się psychicznie na to, że przez kolejne dni stale będzie mi towarzyszyć poczucie, że płonę od środka. Warden tak na mnie działał. Wszystkie dobre i wszystkie złe wspomnienia, w których był obecny, gnały w mojej głowie na czołowe zderzenie jak dwa rozpędzone samochody, potem wszystko stawało w płomieniach.

Kiedy wreszcie rozsunęły się drzwi windy, okazało się, że nie jest pusta. W kabinie stało dwoje nowych hunterów z londyńskiej kwatery i jeszcze jedna osoba. Na jej widok aż się rozpromieniłam.

– Finny?

– Finny? – Blondynka, która nosiła na szyi magiczny amulet piątego stopnia, uniosła brwi.

– Zamknij się, Roxy – syknął Finn i przecisnął się obok niej, żeby się ze mną przywitać.

Nie widziałam go od wieków, ale od naszego ostatniego spotkania blisko rok temu prawie się nie zmienił. Czarne włosy tylko trochę mu urosły, rysy stały się jakby bardziej szorstkie i kanciaste, ale niebieskie oczy wciąż błyszczały równie bezczelnie.

– Nie wiedziałam, że tu jesteś – powiedziałam, odsuwając się od niego.

– Jestem, ale tylko przejazdem. – Finn wskazał na torbę u swoich stóp.

– Nie przedstawisz nam swojej przyjaciółki? – zapytał chłopak, który musiał mieć na imię Shaw.

Finn objął mnie ramieniem.

– To jest Cain. A to Shaw i moja partnerka, Roxy.

Skinęłam do nich głową.

– Miło was poznać.

Shaw uśmiechnął się do mnie, tak jak Roxy, która zdawała się jednak nieco bardziej spięta i niecierpliwie naciskała przyciski windy, bo z Finnem blokowaliśmy drzwi.

– Możemy jechać? Konam z głodu – powiedziała, a w jej głosie delikatnie pobrzmiewał irlandzki akcent.

Finn przewrócił oczami.

– Wybieramy się do kafeterii. Idziesz z nami?

– Z chęcią! Jestem tam umówiona z Julesem.

– Świetnie.

Wsiedliśmy do windy i pojechaliśmy do kantyny, mieszczącej się na drugim poziomie.

– Co was sprowadza do Edynburga? – spytałam, przenosząc wzrok z Finna na Shawa, a potem na Roxy, która stała w szerokim rozkroku, jakby usiłowała wbić nogi w ziemię.

– Jak już wspominałem, robię tu tylko krótki postój, potem jadę na kilka dni do rodziny. A Roxy i Shaw są tutaj, żeby obejrzeć sobie tę kwaterę. Shaw trenuje właśnie do egzaminu.

– Och, naprawdę? Prowadzę jeden z kursów dla kandydatów. Jesteś wprawdzie nieco starszy niż moi pozostali uczniowie, ale jeśli masz pytania, to chętnie ci pomogę.

Shaw uśmiechnął się szeroko.

– Jak miło, dzięki.

Winda zatrzymała się z lekkim szarpnięciem. Wysiedliśmy z niej i ruszyliśmy szerokim korytarzem oświetlanym lampami imitującymi światło dzienne, dzięki czemu nie miało się poczucia, że tkwi się pod ziemią.

Jak należało się tego spodziewać, kafeteria o tej godzinie była dość oblężona. Kilkoro z obecnych w niej hunterów skinęło mi na powitanie głową, a Evan, chłopiec ze wspomnianego kursu podstawowego, pomachał do mnie serdecznie.

– Skąd się znacie? – spytał Shaw i przeniósł wzrok z Finna na mnie.

– Cain była kiedyś we mnie na zabój zakochana i wszędzie za mną łaziła.

Szturchnęłam go w bok.

– Nie wierzcie w ani jedno jego słowo. Finny ukończył szkolenie w tym samym roku co mój kuzyn Jules, który teraz jest moim partnerem. Dlatego się znamy. I jeśli już, to Finn się we mnie podkochiwał, a nie odwrotnie.

Mlasnął językiem.

– Chyba w twoich snach.

– Masz na myśli koszmary? – odparłam, parskając śmiechem.

Wygadywaliśmy bzdury i oboje mieliśmy tego świadomość. Finn i ja zawsze byliśmy tylko przyjaciółmi. Trzeba wprawdzie przyznać, że całowaliśmy się dwa, trzy, cztery… no dobrze, kilka razy, ale tylko po to, żeby się odprężyć, a nie dlatego, że łączyło nas romantyczne uczucie.

– Hej! – Rozległ się czyjś głos.

Podniosłam głowę i zobaczyłam, że Jules szybkim krokiem idzie w naszą stronę. Miał na sobie ciemne dresowe spodnie i szary bezrękawnik z kapturem. Jak na niego był to zaskakująco bezbarwny strój. W oczy rzucały się jedynie kolorowe rzemyki jego amuletu.

Był tak samo zaskoczony widokiem Finna jak ja i po serdecznym przywitaniu stanęliśmy wszyscy razem w kolejce do okienka z jedzeniem.

– Nadal studiujesz architekturę wnętrz? – spytał Finn.

Jules przytaknął.

– Tak. W zeszłym roku zmieniłem wystrój kafeterii. Rozpiera mnie duma.

– To wiele wyjaśnia. – Finn rozejrzał się po sali, która była czymś więcej niż tylko nudną kantyną z chwiejnymi stołami i krzywymi krzesłami. Jules co do grosza wyczerpał powierzony mu przez Granta budżet. Teraz od ściany do ściany biegły drewniane belki, z których zwisały sztuczne rośliny. Z pomocą moją i jeszcze kilku innych hunterów Jules wykonał stoły z równie wytrzymałego drewna, które normalnie kosztowałyby fortunę. Wyposażenia wnętrza dopełniały dopasowane krzesła, inne elementy dekoracyjne w naturalnych kolorach i kremowa kanapa w kącie sali.

– Powinieneś wpaść do londyńskiej kwatery – wtrącił Shaw.

Jules się roześmiał.

– Może kiedyś.
– A co u ciebie? – Finn zwrócił się do mnie. – Co porabiasz?

– Różnie – odparłam wymijająco, bo zdecydowanie nie miałam ochoty opowiadać mu o udawaniu księżniczki na przyjęciach. Oprócz Julesa, Elli i moich rodziców nikt nie wiedział o mojej pracy na pół etatu, i lepiej, żeby tak zostało. – Ale porozmawiajmy o tobie. Jak ci idą studia?

– Pomijając to, że najprawdopodobniej nie mam sobie równych, jeśli chodzi o liczbę opuszczonych wykładów? Całkiem nieźle.

– Żeby to było tylko tyle – powiedziałam z uśmiechem.

Między innymi z tego powodu nie zdecydowałam się na studia. Podziwiałam Julesa za to, że łączył naukę z byciem hunterem i żadne z tych zajęć na tym nie cierpiało. Z drugiej strony miał mniejsze ambicje niż ja, jeśli chodzi o karierę w kwaterze. Satysfakcjonowało go, że jako łowca jest w czynnej służbie. Ja chciałam czegoś więcej. Postawiłam sobie za cel objęcie kiedyś kierownictwa i zmienienie wreszcie kilku rzeczy w kwaterze. Nie wszystko było tu złe, ale zdecydowanie widziałam pewne kwestie, które mogłyby zostać poprawione, zwłaszcza jeśli chodzi o równość. Grant jako kierownik, a także mój dziadek, który piastował to stanowisko przed nim, odwalili kawał dobrej roboty, ale czy to świadomie, czy też nie, najwyższe rangi zdobywali tu jedynie mężczyźni. Prawą ręką Granta był Wayne. Grim hunterom przewodził mój tata Andrew. Garstką soul hunterów kierował ojciec Elli, Louis. Magic hunterzy podlegali Jasonowi Staffordowi. A blood hunterzy mieli za swojego zwierzchnika Xaviera Gromana, który nie był nawet szczególnie dobrym łowcą. Dużo bardziej na to stanowisko zasługiwała moja mama, ale Grant powierzył je Xavierowi, zapewne z przyzwyczajenia, bo świetnie wiedział, jak dobra jest moja rodzicielka. I w kwestii tego przyzwyczajenia chciałam – nie, ja musiałam – coś zrobić.

Jeśli tylko zostanę kierowniczką, będę sprawiedliwie obsadzać wszystkie stanowiska i dążyć do równości. Ponieważ rządzi tu mój tata na spółkę z innymi facetami, kobietom często przypadają na patrole bezpieczne, czasem wręcz nudne trasy, a przy większych misjach robimy tylko za obserwatorki. Oczywiście nie zawsze, ale w opowieściach, które słyszałam od mamy, cioci i pozostałych kobiet, daje się dostrzec pewien wzorzec. Wzorzec, który chcę przełamać. Dlatego całą swoją siłę i energię inwestuję w hunterów i kwaterę, a nie w studia.

Zbliżaliśmy się do okienka z jedzeniem i wreszcie nadeszła nasza kolej.

– Co… co to jest? – spytała Roxy, wpatrując się z niedowierzaniem w menu wypisane kredą na czarnej tablicy obok okienka. – Ekologiczny łosoś z łódeczkami ziemniaków i duszonymi warzywami? Ser owczy podany z roszponką z lokalnego targu i jagodami goji oraz pieczywem oliwkowym… opcjonalnie z falafelem? To wszystko, co tu dają? Gdzie są frytki, pizza, mac and cheese? Czy ja już trafiłam do piekła?

Chwyciłam sztućce i talerz.

– Tak, to wszystko. Codziennie gotują coś ze świeżych ekologicznych produktów z targu, zawsze są więc tylko dwa dania: jedno z mięsem i jedno bez niego.

– Okej, to co my tutaj robimy? – spytała skonsternowana Roxy, po czym jej wzrok przeniósł się na Shawa. – Dlaczego nie poszliśmy znowu do tej pysznej włoskiej knajpy, w której byliśmy wczoraj? Przed ich cannelloni można składać pokłony.

– Bo Finn wyjeżdża zaraz po obiedzie i nie ma na to czasu – wyjaśnił cierpliwie Shaw.

Roxy popatrzyła na Finna.

– Nienawidzę cię.

Finn posłał jej całusa.

– Ja ciebie też. A teraz coś sobie wybierz.

Roxy jęknęła nieszczęśliwa.

– Kto wymyśla takie zdrowe idiotyzmy?

– Wayne – odparł Jules, wzruszając ramionami.

– Kim jest ten Wayne i gdzie mogę go znaleźć?

– Siedzi tam z tyłu. – Zauważyłam go, gdy tu weszłam, i wskazałam teraz w jego stronę.

Oczy pozostałych podążały za moją ręką. Wayne siedział samotnie przy stoliku i uśmiechał się pod nosem do czegoś na wyświetlaczu telefonu. Miał gęstą czarną czuprynę, żylastą, muskularną sylwetkę blood huntera i robiące wrażenie jasnoszare oczy soul huntera. To połączenie – mieszanka genów blood i soul hunterów – czyniło go kimś wyjątkowym. Wyczuwał wampiry oraz widział duchy. Według naszych danych w ciągu ostatnich stu lat na całym świecie urodziło się tylko czterech tak niezwykłych łowców.

– Oho – wymsknęło się Roxy na jego widok. Z jej twarzy zniknęło niezadowolenie spowodowane ograniczonym wyborem dań, ustępując miejsca zachwytowi. – Może powinnam jednak dać mu szansę.

– To znaczy? Jedzeniu czy Wayne’owi? – spytał Shaw tonem, który brzmiał na aż nadto wymuszony.

Roxy zerknęła na niego z błyskiem rozbawienia w oczach.

– Jedzeniu oczywiście.

Shaw odwzajemnił jej spojrzenie, nie odwracając wzroku.

Dwie, trzy sekundy po prostu na siebie patrzyli i chociaż praktycznie ich nie znałam, dosłownie czułam, jak coś się zmienia między nimi w powietrzu.

Finn popchnął Roxy. Trzymał już w gotowości swój talerz.

– Twoja kolej.

– Czy mogłabym dostać roszponkę z górą łódeczek ziemniaków?

Maureen, żona Xaviera, która dopiero przez niego dowiedziała się o hunterach i od tamtej pory prowadziła kafeterię, pokręciła głową.

Roxy westchnęła rozczarowana.

– W takim razie wezmę sałatkę z serem – jęknęła udręczona, jakby faktycznie znalazła się w prywatnym piekle. Z wyraźną niechęcią wzięła wręczony jej talerz.

Ostatni w kolejce był Shaw i kiedy wszyscy dostaliśmy obiad, zaczęliśmy szukać stolika.

Roxy apatycznie grzebała w jedzeniu.

– O rany, a tak się cieszyłam na ten posiłek.

– Nawet go nie spróbowałaś – zauważył Finn.

– Tak, ale to sałatka, Finny, SA-ŁAT-KA. Jest zdrowa – dodała dziewczyna i aż się wzdrygnęła.

Shaw przysunął do niej swój talerz.

– Masz, możesz ode mnie wziąć kilka ziemniaków.

– Serio?

Przytaknął, a ona nałożyła je sobie z uśmiechem.

– Dzięki, prawdziwy z ciebie przyjaciel, w przeciwieństwie do innych ludzi przy tym stole. – Znacząco popatrzyła na Finna, który wydał się jednak nieporuszony jej pełnym wyrzutu spojrzeniem.

– Jak zostaliście partnerami? – zapytałam z uśmiechem, bo mimo tych złośliwości było jasne, że Roxy i Finn się lubią.

– Bardzo mało spektakularnie. Spytałem po prostu Roxy, a moja ujmująca osobowość nie pozostawiła jej innego wyboru, musiała się zgodzić. Plus oczywiście to, że nikt inny nie chciał do niej dołączyć – wyjaśnił z uśmiechem Finn, ale ja dobrze go znałam i wiedziałam, że w tych słowach wypowiedzianych pół żartem, pół serio kryje się coś więcej. Nigdy nie spytałby Roxy o to, czy zostanie jego partnerką, gdyby nie był pewien jej umiejętności.

– A jak było z wami? – zapytał Shaw, lustrując wzrokiem Julesa i mnie. Był to grząski grunt, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach.

– Długa historia – odparłam wymijająco. Nie dało się jej opowiedzieć, nie wspominając o Wardenie, a ja nie chciałam o nim teraz myśleć. Wystarczyło, że za kilka godzin będę musiała z nim siedzieć w zbrojowni.

– Mam czas. – Shaw najwyraźniej nie złapał aluzji.

– W zasadzie nie jest aż taka długa. – Jules przyszedł mi z pomocą. – Mój ówczesny partner, Eliott, przeprowadził się ze względu na swoją dziewczynę i studia, a między Wardenem i Cain pojawiło się kilka różnic światopoglądowych. Było więc naturalne, że połączyliśmy siły.

Roxy wybałuszyła na mnie oczy.

– Byłaś partnerką Wardena?

Na to wspomnienie poczułam w ustach gorycz. Przytaknęłam.

Cicho zagwizdała.

– Co się stało?

Shaw uniósł brwi i spytał:

– Co to ma znaczyć?

– Niech on wam wyjaśni – odparłam oschle, bo naprawdę nie chciałam o tym mówić.