Falling fast - Bianca Iosivoni - ebook + książka

Falling fast ebook

Bianca Iosivoni

4,4

Opis

Hailee DeLuca postanawia zmienić swoje życie. Koniec z przesiadywaniem w domu i ukrywaniem się przed całym światem. Teraz Hailee chce znów robić wszystkie te rzeczy, których do tej pory się bała. No i właśnie wtedy poznaje Chase’a Whittakera i od pierwszej chwili wie, że ma poważny problem. Ogarniają ją te emocje, które chciała z siebie wyrzucić na zawsze. Ale każdy uśmiech Chase’a, każdy jego dotyk sprawia, że serce Hailee szaleje coraz bardziej i w końcu zatraca się na dobre. Hailee chciałaby być szczęśliwa jak każda młoda kobieta, chciałaby beztrosko przeżywać miłość, ale nie pozwala jej na to mroczny sekret z przeszłości, który może zniszczyć wszystko, a zwłaszcza to nowe uczucie. Chase jest jej coraz bliższy, jest też jednak coraz bliżej poznania straszliwej tajemnicy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 543

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (256 ocen)
143
75
27
7
4

Popularność




Tytuł oryginału: Falling Fast

Redakcja: Anna Pochłódka-Wątorek

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: ZERO Werbeagentur GmbH

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2019 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-916-2

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Wszystkim dziewczynom takim jak Hailee.

Bądźcie odważne!

Od początku miałaś moc

[…] Musiała[ś] dostać lekcję1.

– Czarnoksiężnik z Krainy Oz

Drogie Czytelniczki/Drodzy Czytelnicy!

Książka ta przedstawia różnego rodzaju niepożądane zachowania. Dlatego tutaj znajduje się ostrzeżenie przed potencjalnymi konsekwencjami takich poczynań.

UWAGA: Ostrzeżenie zawiera spojler całej książki.

Życzymy Wam przyjemnej lektury.

Wasza Bianca i Wydawnictwo Jaguar

Playlista

Tyler Glenn – Midnight

Charlotte Lawrence – You’re the One That I Want

Sara Bareilles – Brave

Lady Gaga & Bradley Cooper – Shallow

Walking On Cars – Flying High Falling Low

Rita Ora – Your Song

Little Mix – Shout Out to My Ex

Taylor Swift – Gorgeous

Danger Silent – Crawling

BANNERS – Ghosts

Lord Huron feat. Phoebe Bridgers – The Night We Met

5 Seconds of Summer – Lost in Reality

Alexandra Burke – Hallelujah

Mumford & Sons – Below My Feet

Skylar Grey & X Ambassadors – Cannonball

Gavin DeGraw – I Don’t Want to Be

Kodaline – Follow Your Fire

X Ambassadors – Kerosene Dreams

Birdy – Wings

Little Mix – Your Love

WILD – Here We Go

Kaleb Jones – So Good

Leona Lewis – Run

Sleeping At Last – Already Gone

Hailee

Piątek, 6 września 2019

10:21

Zwijam resztę swoich ubrań i wpycham je do torby obok butelki z wodą. Potem idę do łazienki, zabieram szczoteczkę i pastę do zębów i również pakuję je do torby.

To by było tyle.

Nic już w tym małym pokoju nie wskazuje na to, że kiedykolwiek tu byłam. Łóżko jest pościelone, a zasłony rozsunięte. Ciepłe światło słoneczne wpływa do środka i pada na chybotliwy drewniany stół stojący przy oknie, tak że drobinki kurzu wydają się tańczyć w powietrzu. To będzie kolejny piękny, wrześniowy dzień. Ale ja już go tu nie przeżyję. I tak zostałam tutaj za długo. Za długo u tych ludzi, którzy wpierw byli dla mnie obcy, potem jednak stali się moimi przyjaciółmi. I więcej niż tylko przyjaciółmi. O wiele więcej.

Podnoszę z podłogi torbę i z nocnego stolika biorę kluczyki od samochodu. Ostatnie spojrzenie na pokój, w którym zrodziło się więcej wspomnień, niż kiedykolwiek uważałam za możliwe, potem wolno zamykam za sobą drzwi.

Nigdy nie miałam zamiaru tu zostać. Znaleźć przyjaciół. Zakochać się.

Zamykam oczy i biorę głęboki wdech, bo wiem, że robię to, co trzeba, nawet jeśli chwilowo czuję coś innego. Ale przyrzekłam Katie, że gdy to lato dobiegnie końca, znowu się zobaczymy. A ja dotrzymuję obietnic.

W głębi duszy nie chcę odchodzić, opuszczać tego małego miasteczka i jego mieszkańców, którzy stali się mi bliscy w tak krótkim czasie, ale nadeszła pora, żeby się pożegnać.

Z cichym trzaskiem zamykam więc drzwi. I idę.

Rozdział 1

Hailee

21 dni wcześniej

Piątek, 16 sierpnia 2019

20:09

Nie miałam zamiaru tu przyjeżdżać. Nie planowałam stać przed jakimś grobem w ten rześki sierpniowy wieczór i wpatrywać się w litery tak długo, że zaczęły rozmazywać mi się przed oczami. Nie wiedziałam nawet, że byłam w pobliżu, ale kiedy zobaczyłam znak prowadzący do Fairwood w Wirginii, nie mogłam tak po prostu go minąć. Nie dzisiaj.

A więc jestem tu teraz i stoję na cmentarzu, w kolorowej, pasiastej spódnicy do kostek, bluzce odsłaniającej ramiona i kapeluszu z szerokim rondem. Źdźbła trawy łaskoczą mnie w stopy. Wiatr, który muska otaczające drzewa, jak ciche westchnienie towarzyszy moim oddechom. Ostatnie tego dnia promienie słońca ogrzewają mi plecy, a niebo przebarwia się na czerwonopomarańczowo, ale ja widzę tylko ten jeden grób przede mną, zdecydowanie zbyt świeży.

Ktoś postawił kwiaty. Ich główki chyboczą się lekko na wietrze. Obok stoi świeca, która najwidoczniej została dopiero co zapalona, bo niewielka jej część się spaliła.

Wolno przykucam. Kamień jest tak rozgrzany, jak gdyby zmagazynował w sobie całe ciepło tego lata. Ostrożnie przeciągam palcami po literach i liczbach.

Jesper Harrington. Kochający syn i dobry przyjaciel

16.08.1998 – 27.02.2019

Jeszcze kiedy czytam te słowa, poddając się ich działaniu, w myślach słyszę śmiech Jespera. Jego zabawne powiedzonka. Jego fantazyjne objaśnienia. Nigdy nie poznaliśmy się osobiście, tylko do siebie pisaliśmy i wymienialiśmy się wiadomościami głosowymi. Mimo to był on jednym z najlepszych przyjaciół, jakich kiedykolwiek miałam.

Na wspomnienie tego, jak pierwszy raz czytaliśmy sobie wzajemnie początki naszych rękopisów, muszę się uśmiechnąć. Bardzo bałam się go skrytykować, bo chociaż potrafił opowiadać niesamowite historie, jego styl był po prostu straszny. I mimo że – a może właśnie dlatego – tak ociągałam się ze swoją krytyką, on z tym większym zapałem rozszarpał mój tekst na kawałki. Później, na pocieszenie, przesłał mi zdjęcie króliczka, swojego pluszaka, który towarzyszył mu od czasu jego pierwszych urodzin i którego za skarby świata nikomu by nie oddał.

Czy teraz jest tam z nim? Głęboko pod ziemią. Samotny i opuszczony.

„Boże, nie mogę myśleć w ten sposób”. Ten grób jest tylko kawałkiem ziemi zwieńczonym nagrobkiem. Jespera tam nie ma. Jest teraz w lepszym miejscu. W miejscu, gdzie pewnego dnia się spotkamy. Mocno w to wierzę.

Ostatni raz przesuwam palcami po wygrawerowanych literach jego imienia i wchłaniam w siebie ciepło kamieni.

– Wszystkiego najlepszego, Jesper.

Kiedy wstaję, nagły podmuch wiatru nieomal strąca mi kapelusz z głowy. W ostatnim momencie chwytam go mocno i odgarniam długie kosmyki włosów z twarzy. Może to tylko zbieg okoliczności, ale mimo to postanawiam potraktować to jako znak. Znak, że dobrze zrobiłam, przyjeżdżając tu, chociaż na mojej liście nie było Fairwood. Ale szczerze mówiąc, nigdy nie miałam prawdziwego planu tej podróży, która zaczęła się ponad dwa miesiące temu, kiedy wsiadłam do swojej starej, czerwonej hondy i po prostu ruszyłam przed siebie.

Teraz też nie mam żadnego konkretnego planu, co dalej robić. Ciche burczenie w żołądku jest odpowiedzią na niewypowiedziane na głos pytanie. Powinnam zorganizować sobie coś do jedzenia, zanim się ściemni. Spędziłam już niezliczone noce w samochodzie i nie przeszkadzało mi, że sytuacja się powtórzy także tutaj. Ale spanie z pustym żołądkiem to istna tortura. W ciągu ostatnich tygodni zdarzyło mi się kilka razy również i to, ale absolutnie nie miałam ochoty ponownie tego doświadczać.

Ostatni raz patrzę na grób Jespera. Na myśl o tym, że już nigdy go nie usłyszę, nie będę z nim rozmawiać ani esemesować, czuję, jak głos więźnie mi w krtani. Mimo to uśmiecham się jeszcze raz w kierunku nagrobka. Potem odwracam się i idę z powrotem do kutej, żelaznej bramy, przez którą pół godziny temu weszłam na cmentarz w Fairwood.

Moja czerwona honda nie jest jedynym samochodem przed wejściem na cmentarz. Nikogo innego tu nie widziałam, ale obok mojego auta na parkingu stoją jeszcze stary pick-up, czarny jeep, dwa motory i srebrnoszary dodge. Interesująca kombinacja.

Z kluczykiem w dłoni idę do swojego samochodu, otwieram drzwi i opadam na siedzenie kierowcy. Wita mnie zapach chipsów, lemoniady i dezodorantu. Mieszanka zapachowa jest tak silna, że marszczę nos. Jest jeszcze całkiem ciepło, więc otwieram okno i włączam silnik.

Jadąc przez miasto, nie mam konkretnego celu, ale w ostatnich miesiącach zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Jakimś sposobem udaje mi się dotrzeć do głównej ulicy miasteczka, otoczonej małymi sklepikami i ślicznymi kafejkami w kolorowych domkach. Robią swojskie wrażenie, jakby z jakiegoś filmu albo serialu. Małe miasteczko, w którym możesz dobrze się poczuć. Kiedy kilka metrów dalej odkrywam na rogu przydrożny bar, mogę odetchnąć z ulgą. „Jedzenie!”. No wreszcie. Od kilku dni nie jadłam nic ciepłego.

Ale niestety wszystkie miejsca parkingowe na tyłach baru są zajęte. Objeżdżam kolejne dwie przecznice, ale nie ma tam ani jednego wolnego miejsca, gdzie mogłabym zaparkować samochód. Słońce już zaszło i chociaż niebo nadal zabarwione jest na jasnoróżowo, a latarnie uliczne oświetlają ulice, nieubłaganie zapada ciemność. Zaciskam wargi. Niechętnie chodzę sama po zmroku, a więc powinnam się pospieszyć.

Dwie przecznice dalej znajduję wreszcie lukę, wyłączam silnik, chwytam portfel i wyskakuję z samochodu. Powietrze jest jeszcze ciepłe, jest prawie parno, a na niebie nade mną zaczynają świecić pierwsze gwiazdy. Z bijącym sercem ruszam w drogę do baru i obiecuję sobie, że gdy już tam dotrę, wynagrodzę to sobie dodatkowo mlecznym koktajlem.

W pustej uliczce słychać tylko moje kroki. Jest niemal upiornie cicho. Skręcam w następną uliczkę i dochodzę do głównej drogi. Czuję ulgę. Tu są znowu inni ludzie. Ludzie, którzy albo wyszli się zabawić w piątkowy wieczór, albo wracają z pracy do domu. Tutaj nie jestem sama. Ale kiedy zbliżam się do baru, zwalniam kroku. W środku nikogo nie ma. Świeci się tylko oświetlenie zewnętrzne. A na drzwiach wejściowych wisi odręcznie napisana kartka: Dzisiaj zamknięte z powodu choroby.

Nie, to nie może być prawda.

Głośno wzdycham, kładąc jednocześnie rękę na wysokości żołądka, z którego nadal dochodzi głośne burczenie. Rozglądam się wokół. Przyjemna kafejka w pobliżu jest już zamknięta. Restauracja obok – z białymi obrusami i elegancko ubranymi kelnerami, których widzę przez okno – wygląda na o wiele za drogą. Ani śladu jakiejś knajpki, nie mówiąc już o supermarkecie. Nie ma tu nawet kiosku z batonami, chociaż tych akurat mam jeszcze w samochodzie sporo. Mój żołądek coraz głośniej protestuje. Boże, potrzebuję czegoś normalnego do jedzenia. A nie kolejnej przekąski w rodzaju chipsów.

Mój wzrok pada na oświetlony szyld. U Barneya.

Zanim się nad tym zastanowię i wybiję sobie pomysł z głowy, ruszam w kierunku wejścia. Może szczęście mi dopisze i będą mieli tam coś do jedzenia.

Chase

– Za Jespera!

Podnoszę butelkę i stukam się z ludźmi, których po skończeniu liceum nie spodziewałem się więcej zobaczyć. A przynajmniej nie z własnej nieprzymuszonej woli, bo z większością z nich nie miałem już nic wspólnego, niezależnie od tego, jak często bywałem w rodzinnym mieście. Ale każdego z nas coś łączyło z Jesperem. Była w tym pewna ironia, że w ów ciepły, parny sierpniowy wieczór połączyły nas właśnie jego urodziny. Tym bardziej że on nie mógł już w nich uczestniczyć.

– Hej, Chase! – woła Alexis, lepiej znana jako Lexi, i z drugiego końca stołu wyciąga w moim kierunku rękę uzbrojoną w kieliszek. Jej złotobrązowe loki unoszą się w górę i w dół przy każdym ruchu. Mimo że jesteśmy kuzynami, nie jesteśmy do siebie ani trochę podobni. Ze swoją ciemną skórą i zachrypniętym głosem przypomina swoją matkę, podczas gdy ja odziedziczyłem geny naszych ojców – przynajmniej w kwestii wyglądu: mam jasnobrązowe włosy, zielonobrązowe oczy i dołeczki w policzkach, dodające nieodpartego uroku wszystkim mężczyznom z rodziny Whittakerów. Tak przynajmniej słyszałem. Kiedy Lexi się uśmiecha, w jej policzkach nie widać żadnych dołeczków, za to wygląda tak, jakby chciała za chwilę kogoś zmieszać z błotem. – Dlaczego nie opowiesz tym nieudacznikom, jak poznałeś się z Jesperem?

Prycham cicho.

– Tę starą historię?! – woła Clayton i macha niedbale ręką. Za czasów szkolnych był typowym kujonem, nosił okulary i miał najlepsze oceny z przedmiotów ścisłych. Teraz w skórzanej kurtce i z nieodłącznym motocyklem robi zupełnie inne wrażenie. – Przecież każdy już ją zna.

Lexi marszczy czoło. Jest uparta.

– I tak chcę ją usłyszeć. Jest fantastyczna!

Krzywię się.

– Mówisz tak tylko, bo lubisz się przyglądać, jak inni cierpią.

Lexi kładzie dłoń na piersiach i udaje zaskoczoną. Dzięki ogromnym oczom à la Bambi i dziewczęcej sukience sprawia tak niewinne wrażenie, że prawie można by się nabrać. Ale ja za dobrze znam swoją kuzynkę. Lexi wie doskonale, czego i kogo chce – i ma na tyle pewności siebie, żeby tego zażądać. W dodatku wygrałaby każdy quiz, w którym chodziłoby o samochody. Zdecydowanie lepiej zna się na motorach niż Clayton. Prawdopodobnie nawet lepiej niż którykolwiek facet w tym barze. Po liceum szkoliła się na mechanika w zakładzie Tylera i obecnie uważana jest za najlepszego fachowca w mieście. Jeśli istnieje człowiek, któremu zawierzyłbym swojego srebrnoszarego dodge’a avengera, jest nim ona. Chociaż zdecydowanie za dużo mówi. Ale to chyba nasza cecha rodzinna.

– Przyniosę sobie jeszcze drinka. – Wskazuję kciukiem w stronę zatłoczonego baru za moimi plecami. – Ktoś coś chce?

Kręcą tylko głowami. Są już zatopieni w historii z naszego dzieciństwa, którą teraz w najlepsze opowiada Clayton. Znam ją, więc niczego nie przegapię, jeśli wstanę i opuszczę towarzystwo na kilka minut. Na szczęście nikt nie zauważa, że moja butelka z piwem jest jeszcze w połowie pełna. Chociaż cieszę się, że spotkałem starych znajomych i mogłem oddać się wspomnieniom, potrzebuję chwili przerwy. Od kiedy dwa lata temu przeprowadziłem się do Bostonu na studia, przyjeżdżam tu od czasu do czasu w weekendy i ferie, żeby odwiedzić rodzinę albo pomóc w firmie, ale to spotkanie po wspólnej wizycie na cmentarzu ma w sobie coś dziwnego. I nie tylko dla mnie, ale dla nas wszystkich. A ponieważ spędziłem już w Fairwood całe lato, odczuwam powoli pewien przesyt.

Mozolnie przebijam się przez tłum. Jest jeszcze stosunkowo wcześnie, ale w ten piątkowy wieczór pub Barneya jest już pełniutki. Na oko jest tu z pół miasta. Przy stołach siedzą i grają w pokera ci sami mężczyźni, którzy siedzieli tam już za moich szkolnych czasów, kiedy potajemnie się tu zakradałem. Na drugim końcu baru trwa właśnie wieczór panieński. Szczęśliwą panną młodą jest Sue Bowden. Najlepsza uczennica w klasie rok niżej ode mnie i kolejna osoba, obok Lexi i wielu innych obecnych tu osób, której nie udało się opuścić Fairwood.

– Chase Whittaker! – Znajomy głos huczy ponad muzyką, a silna dłoń klepie mnie po ramieniu. – Dawno cię tu nie widziałem. Pozdrów ode mnie swojego ojca, dobrze?

Kiwam tylko głową, ale nie zatrzymuję się. Pan Galloway skończył już sześćdziesiątkę, nadal jest w dobrej formie i pracuje dla mojego ojca na budowie, pilnując robotników. To miły facet, ale jeśli się nie jest wystarczająco szybkim, nagle siedzi się z nim przy piwie, a na zegarze jest piąta rano, bo pan Galloway człowieka zagadał, rozprawiając Bóg wie o czym. Czasami to nawet całkiem miłe, choć dzisiaj to ostatnie, czego potrzebuję.

Ponieważ przy barze jest ciągle pełno ludzi, wychodzę na chwilę na zewnątrz. Kiedy udaje mi się wreszcie przedrzeć przez wszystkich tu obecnych i otworzyć drzwi, biorę głęboki wdech – i momentalnie muszę się skrzywić. Nadal jest tak ciepło, że mam wrażenie, jakbym właśnie przeszedł z jednej sauny do drugiej. Do tej pory lato było wyjątkowo suche i myślę, że wszyscy ucieszyliby się z kilku deszczowych dni.

Z lewej strony na tyłach pubu znajduje się parking pełny samochodów. Jest zdecydowanie zbyt mały, dlatego wszystkie nasze auta stoją nadal przed cmentarzem. Spotkaliśmy się tam, żeby odwiedzić grób Jespera, a potem przeszliśmy po prostu kilkoma bocznymi uliczkami. Chcieliśmy jeszcze wypić za jego pamięć, więc żaden z nas i tak nie będzie już dzisiaj prowadził.

Słońce zaszło, a niebo jest całe rozgwieżdżone, od czego zdążyłem się odzwyczaić. W Bostonie, a szczególnie z okna mojego akademika na oświetlonym kampusie, widzi się zdecydowanie mniej gwiazd niż tu, w dolinie Shenandoah w Wirginii. Jeszcze o tej porze mogę w oddali dostrzec Appalachy i Pasmo Błękitne, które z obydwu stron otaczają dolinę. Wcześniej to miejsce wydawało mi się centrum wszechświata, później tajemniczym rajem ukrytym przed resztą świata. A teraz? Teraz nie wiem już, co to miejsce dla mnie oznacza. Nie jestem już chłopakiem, który tutaj się wychował. Biegał tu ulicami, na rowerze zwiedzał każdy zakamarek, śmiertelnie zmęczony wskakiwał do rzeki i każdego lata kąpał się w pobliskich jeziorach. Nic nie jest już tak jak dawniej. Nie może już takie być, skoro brakuje pewnych ludzi, którzy byli dla mnie ważni.

Wzdychając, potrząsam głową. Nie pora się z tego powodu smucić. Dobrze wiem, że gdyby Jesper wiedział, że teraz stoję tu na zewnątrz i użalam się nad sobą – akurat w jego urodziny, sprałby mi tyłek. Ale nie ma go tu i mi nie przyłoży, więc w sumie może mi to być obojętne. Mojego najlepszego przyjaciela już tu nie ma. I niezależnie od tego, jak wiele historii sobie opowiemy i jak często będziemy pić za jego pamięć, nic z tych rzeczy nam go nie wróci. Niektórzy nie dostają drugiej szansy, nie istnieje dla nich ani „później”, ani „jutro”. Mają tylko „tu i teraz”.

Kiedy wreszcie wracam do środka, muzyka wydaje mi się głośniejsza, głosy bardziej przeszywające, a ciepło jeszcze bardziej duszące. Mimo to przeciskam się przez ludzi w nadziei, że nie zagada mnie powtórnie pan Galloway.

Kieruję się w stronę baru i daję znak Darlene, że chciałbym kupić kolejne piwo. Z miejscowych browarów, czyli to samo, co zawsze. Ale tylko ono jedno nadaje się do picia. Wydaje się, że w Fairwood czas się zatrzymał, tak samo jak czasami zatrzymuje się zegar na wieży kościelnej. Nawet Darlene za barem wygląda dokładnie tak jak przed pięciu laty, kiedy wyrzuciła stąd mnie i Josha, gdy jak potajemnie zakradliśmy się do środka. Oczywiście jako nieletni. Wtedy to ja sprowadzałem mojego starszego brata na złą drogę. Jak szybko wszystko może się zmienić…

Czekając na zamówienie, rozglądam się po sali. Są tu ci sami ludzie, których znam całe życie. Z tyłu siedzi doktor Bryan, weterynarz, który opiekował się już moim pierwszym chomikiem, a trzy lata temu musiał uśpić owczarka Jespera. Naprzeciwko niego siedzi nowa lekarka – przy czym „nowa” oznacza tyle, że mieszka tu krócej niż dziesięć lat. Będzie nosić ten tytuł dopóty, dopóki nie otworzy tu praktyki jakiś inny „nowy” lekarz. W Fairwood wszystko idzie swoim własnym tempem. Nawet turyści, którzy pokonując Skyline Drive i jadąc przez dolinę Shenandoah, robią sobie tutaj krótką przerwę, stali się stałym elementem krajobrazu. Mimo to mój wzrok zatrzymuje się w tej chwili na czymś, co nie całkiem pasuje do tego znajomego obrazka. A może raczej na kimś.

Krok po kroku przeciska się przez tłum i rozgląda się wokół. Kiedy nasze spojrzenia się spotykają, momentalnie ogarnia mnie fala gorąca. Pierwsza myśl: jej oczy nie pasują do stroju, do tego czegoś przypominającego rajskiego ptaka i kolorowych, piórkowych kolczyków. Są ciemne i pełne tajemnic. Nie mogę oderwać od nich wzroku. Ona również zatrzymuje się w połowie ruchu. Jej usta rozchylają się, ale ona się nie uśmiecha, jedynie patrzy na mnie, chyba równie zaskoczona jak ja.

A przecież nie ma zupełnie żadnego logicznego powodu mojej reakcji. Nie jest w moim typie. Lubię miłe dziewczyny, raczej nierzucające się w oczy, nieskomplikowane i – w idealnym przypadku – z poczuciem humoru. Ta nieznajoma kompletnie nie pasuje do mojej szufladki. Jest jak orzeźwiająca bryza w tym zdecydowanie zbyt zatłoczonym pomieszczeniu, jak coś nowego i nieznanego w morzu codzienności. W bluzce odsłaniającej ramiona i szerokiej spódnicy w kolorach tęczy nie wygląda ani jak typowa turystka, ani jak ktoś stąd. Zdecydowanie nie jest stąd. W końcu znam w tym mieście prawie każdego.

Po paru sekundach spuszcza wzrok, ale ja nadal nie mogę przestać na nią patrzeć. Jeszcze coś, co kompletnie nie daje się logicznie wytłumaczyć. Specjalnie dzisiaj spotkaliśmy się, żeby uczcić urodziny Jespera, choć go już z nami nie ma. Nie powinienem się interesować jakąś tajemniczą nieznajomą. Szczególnie że sposób, w jaki się teraz rozgląda, ignorując zupełnie fakt, że przyciąga tym nie tylko moją uwagę, ale również niektórych innych mężczyzn w lokalu, bez wątpienia ściągnie na nią problemy.

W tym momencie znowu patrzy w moją stronę – i ten jej cholerny wzrok przeszywa mnie na wskroś. Na skórze zaczynam odczuwać mrowienie. Przyspiesza mi puls. Kim, do diabła, jest ta dziewczyna?

– Twoje piwo – nagle obok siebie słyszę głos Darlene.

Aż cały drgnąłem. Szlag, całkiem zapomniałem, że coś zamówiłem. Nerwowo wyciągam z kieszeni kilka banknotów i kładę je na barze, ale kiedy znowu rozglądam się za nieznajomą, widzę tylko, jak rozmawia z jakimś gościem, który nawet z daleka wygląda znajomo. Chwilę później znika w tłumie. Równie szybko jak przedtem ogarnęła mnie fala gorąca, tak teraz pojawia się rozczarowanie. Rozglądam się po stolikach, ludziach stojących dookoła, rzucam nawet okiem na parkiet, ale kimkolwiek jest nieznajoma, nigdzie nie mogę jej dostrzec. Cholera.

Ostatni raz szukam wzrokiem młodej kobiety, ale ponieważ nigdzie jej nie ma, chcąc nie chcąc, muszę wracać do innych przy stoliku. To nie tak, że nie lubię tej kolorowej paczki. Po prostu przypominają mi czasy, o których zbyt często nie myślę. Ale przede wszystkim opowieści o Jesperze uzmysławiają mi aż za bardzo, że na końcu nie było mnie przy nim. Jego tak zwanego najlepszego przyjaciela od czasów dzieciństwa. Kiedy dwa lata temu opuściłem miasto, żeby pójść na studia w Bostonie, przysiągłem sobie, że Jesper i ja pozostaniemy w kontakcie. Że w ferie będę przyjeżdżał do domu i że będziemy razem spędzać czas. Mówiłem, że mógłby odwiedzić mnie w college’u, gdyby lepiej się poczuł. Ale nie poczuł się lepiej, a nasze rozmowy telefoniczne, esemesy i mejle stawały się coraz krótsze, coraz rzadsze. Aż w końcu całkiem przestałem się do niego odzywać.

A teraz on nie żyje.

Boże, dziś wieczorem potrzebuję czegoś mocniejszego niż piwo. Odwracam się znowu do Darlene, ale ona jest już zajęta gdzie indziej.

Nagle czuję ruch na lewo ode mnie. W sumie to nic nadzwyczajnego. Lokal jest pełny ludzi i nikt dobrowolnie nie zwalnia miejsca przy barze, więc wszyscy inni, którzy chcą się napić, muszą się do niego przecisnąć. Ale nagle czuję zapach, który zdecydowanie tu nie pasuje. Wśród całej tej mieszaniny woni: ludzi, potu, słodkich perfum, nachosów i różnorodnych napoi, czuję nagle coś ciepłego. Coś kwiatowego.

– Hej, wreszcie cię znalazłam!

Głos jest jasny i miękki – i całkowicie mi nieznany. Odwracam głowę i patrzę prosto w twarz nieznajomej. Tej nieznajomej. Pod ciemnymi brwiami błyszczą ciemne oczy o trudnej do zdefiniowania barwie. Może się mylę, ale wydaje mi się, że dostrzegam w nich lekką panikę, mimo że dziewczyna się do mnie uśmiecha. Ma wysokie czoło, małe znamię na policzku i usta tak pełne, że na ich widok każdy facet na ziemi miałby niestosowne myśli. Zresztą niektóre z kobiet z pewnością też. Kolor jej włosów to coś pomiędzy blondem a brązem. Są długie i opadają jej na odsłonięte ramiona. Ale najbardziej rzucają się w oczy długie kolczyki z kolorowych piórek, które poruszają się przy każdym jej ruchu.

Patrzy na mnie, jak gdybym był odpowiedzią na wszystkie jej modlitwy – a ja nadal nie mam najmniejszego pojęcia, kim właściwie jest. Wiem tylko to, że jej spojrzenie działa teraz na mnie jeszcze mocniej niż przedtem. Rany…

– Jak widać… – odpowiadam na jej niecodzienne przywitanie. W moich słowach można usłyszeć pytający ton.

Ale ona nie wypada z roli ani na sekundę. Wzdryga się tylko, gdy facet za nią robi się coraz głośniejszy, i mówi do mnie cicho:

– Proszę, udawaj ze mną.

Jej głos jest tak cichy, że nie wiem, czy naprawdę słyszę jej słowa, czy czytam je tylko z ruchu jej warg. Ale jej palce wbijają się tak mocno w moje ramię, że jej krótkie, pomalowane na biało paznokcie bez wątpienia pozostawią po sobie ślady o kształcie półksiężyców. Chociaż nadal się uśmiecha, teraz jestem już pewien, że widzę, jak w jej oczach płonie panika. Panika, która zwiększa się, kiedy jej nowy adorator przebija się przez tłum i zmierza do baru.

Wiem już wszystko.

Nie wahając się ani przez chwilę, pochylam się trochę do niej i uśmiecham w najbardziej szarmancki sposób, na jaki mnie stać.

– Dobrze, że już jesteś.

Jej ramiona rozluźniają się trochę, ale nadal nie wydaje się całkiem spokojna. Rzucam okiem za nią, ale tłum zasłania mi widok. Nagle głośne dźwięki zagłuszają wszystko inne. Jednocześnie jej paznokcie wbijają się silniej w moje ramię.

– To moja ulubiona piosenka! – woła nagle. – Zatańczmy!

Zanim mam czas się zastanowić – albo chociaż zareagować – ciągnie mnie już za sobą na parkiet. Oddalamy się od wejścia, zagłębiamy w tłum i wynurzamy z niego dopiero na drugim końcu sali. O wiele za blisko odbywającego się tam wieczoru panieńskiego, jeśli sądzić po głośnych piskach. Moje piwo zostało na barze, mogę więc teraz obiema rękami objąć nieznajomą, która jak tornado pojawiła się w pubie. A teraz również w moim życiu.

Nie jest zbyt wysoka i sięga mi tylko do brody. Idealny wzrost, gdybym chciał ją pocałować. Albo żeby tylko z nią potańczyć. Nawet z bliska nie mogę dostrzec, jakiego koloru ma oczy, przeklinam więc w myślach kiepskie oświetlenie w lokalu. Z jakiegoś powodu jest to dla mnie ważne. A przecież nie znam nawet jej imienia, nie mówiąc już o tym, że nie mam pojęcia, kim w ogóle jest i skąd się tu wzięła. Albo dlaczego praktycznie rzuciła mi się w ramiona. Nie żebym się na to specjalnie uskarżał.

Podczas tańca jej wzrok błądzi gdzieś za naszymi plecami, jak gdyby bała się, że narzucający się mężczyzna nagle pojawi się na skraju parkietu. Nieświadomie przyciągam ją trochę mocniej do siebie i obracam tak, że znajduję się między nią a barem. W trakcie obrotu odrywa wzrok od tłumu i znowu spogląda na mnie. Pochylam się do jej ucha, żeby mogła mnie zrozumieć mimo głośnej muzyki.

– Znasz tego gościa?

Bierze głęboki wdech. Jej pierś mimowolnie muska mój tors, pozostawiając na mojej skórze podniecające mrowienie.

– Ja… – zaczyna, ale donośne głosy i nagła bójka przy barze przerywają jej. Kątem oka zauważam, jak Darlene daje znak ochronie, żeby się tym natychmiast zajęła.

Nieznajomej to chyba jednak nie uspokaja. A może po prostu nie zauważyła. Jej źrenice rozszerzają się, więc nie myśląc wiele, odsuwam się od niej, ale nadal mocno trzymam ją za rękę. Szybko rozglądam się wokół. Ciemne drewniane belki odgradzają miejsce do tańca od malutkich niszy i pomieszczeń z sofami oraz stołami bilardowymi. Pewną ręką prowadzę ją właśnie w tym kierunku. Przeciskamy się obok tańczących, wymijamy przyszłą pannę młodą, która w międzyczasie zdążyła założyć na głowę różowy welon, a teraz głośno domaga się body shotów, i okrążamy kelnera, który walczy właśnie z załadowaną do granic możliwości tacą. W kącie, na skraju parkietu do tańca, moja partnerka opiera się wreszcie o ścianę, a ja staję przed nią, odgradzając ją od reszty sali. Jedną rękę opieram o ścianę nad jej głową. Kontrolnie spoglądam do tyłu, ale wydaje się, że awantura została tam, gdzie się rozpoczęła. Ponownie więc zwracam uwagę na młodą kobietę przede mną. Musi być w moim wieku. Dwadzieścia dwa lata, może trochę młodsza. Na pewno nie starsza. Ma zamknięte oczy i głośno oddycha.

– Wszystko w porządku? – pytam trochę ciszej, bo tu z tyłu muzyka nie jest aż tak głośna. Z jednej strony osłaniają nas belki, a ja chronię ją moim ciałem przed spojrzeniami wszystkich innych.

Otwiera oczy i kiwa głową. Przełyka ślinę. A potem:

– Ja… w zasadzie przyszłam tu tylko po to, żeby coś zjeść, ale potem pojawił się ten obleśny facet, który mnie zagadywał i po prostu nie chciał się ode mnie odczepić. Nie chciał zaakceptować mojego „nie”.

Zamiast od razu odpowiedzieć, rozglądam się jeszcze raz wokół, ale w tym momencie nie widzę żadnego zagrożenia. Kimkolwiek był ten facet, Darlene i jej ludzie najwidoczniej już się nim zajęli. I – miejmy nadzieję – wystawili go za drzwi.

– Myślę, że już go nie ma – szepcze, podążywszy wcześniej za moim wzrokiem, po czym opiera się ponownie plecami o ścianę.

– Na to wygląda – potwierdzam i przyglądam się jej dokładnie. Co ją przywiało do Fairwood? Jej ubranie, zachowanie, akcent i cały jej sposób bycia nie dają mi żadnej wskazówki co do tego, skąd mogłaby pochodzić. Z północnych czy południowych stanów? Ze wschodu czy z zachodu? Z dużego czy małego miasta? Nie mam bladego pojęcia. – Tak tylko z ciekawości: skąd wiedziałaś, że nie jestem taki sam jak ten typ przed chwilą? – pytam, żeby ją sprawdzić. Tylko odrobinę.

– Nie wiem. – Patrzy wprost na mnie i zwilża językiem wargi. Podążam wzrokiem za tym niewielkim ruchem i momentalnie temperatura w lokalu podnosi się o parę stopni. – A jesteś?

„Cholera, nie”. Ale w tej chwili uświadamiam sobie aż nazbyt dobitnie, że miałem rację. Z takimi ustami może rzeczywiście każdego sprowokować do niestosownych myśli…

Żadne z nas się nie odzywa. Mój puls nadal szaleje i zauważam, że stoję zdecydowanie za blisko niej. Ale zamiast się odsunąć, przysuwam się jeszcze kilka centymetrów bliżej.

Jej policzki czerwienieją. Wow. Na to nie liczyłem. Do tej pory robiła na mnie wrażenie pewnej siebie – w końcu trzeba mieć nie lada odwagę, żeby w takiej sytuacji zaczepić obcą osobę. A przecież nie mogła wiedzieć, czy nie jestem takim samym lepkim typem jak ten, co nie chciał zostawić jej w spokoju. Teraz nagle wydaje się niezdecydowana, zagryza wargi i patrzy w bok. Dłonie oparła obok siebie o ścianę. Nie odpycha mnie, ale też do siebie nie przyciąga.

Cholera. Stoję tu przed kobietą, o której nie wiem nawet, jak się nazywa, i nie mogę myśleć o niczym innym tylko o tym, żeby ją pocałować. Kurczę, przed kim tu udaję – to była pierwsza rzecz, o której pomyślałem, gdy tylko zobaczyłem ją z bliska. A kiedy ona ponownie na mnie spogląda, jestem pewny, że w jej oczach da się odczytać podobne zamieszanie, jakie w tym momencie jest moim udziałem.

Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. Definitywnie nie. Ale w przyciąganie od pierwszego wejrzenia? „O tak, jak najbardziej”.

Otwieram usta, żeby wreszcie spytać ją o imię – ale ona mnie wyprzedza:

– Muszę lecieć! – woła nagle i uwalnia się z moich ramion. – Dzięki za pomoc!

Tak samo szybko, jak się pojawiła, znika w tłumie, a ja zostaję sam w niszy na skraju parkietu do tańca. Skołowany. Zaskoczony. I zachwycony. Zdecydowanie zachwycony.

Rozdział 2

Hailee

Biorę głęboki wdech. Ciepłe, letnie powietrze wypełnia mi płuca, ale niewiele to pomaga na kołatanie, które czuję w piersiach. Tak samo jasne światło słoneczne, które obudziło mnie w samochodzie godzinę temu, niewiele pomaga na moje skostniałe na lód palce.

Mimo że jestem w podróży od ponad dwóch miesięcy, nadal jest dla mnie wyzwaniem wejść do kawiarni, usiąść samej przy stoliku i zamówić kawę. To żałosne, wiem. I tak teraz jest z tym lepiej. Nie mam już ciągle wrażenia, że kiedy wypakowuję swój notatnik albo laptop i zatapiam się w moim świecie, wszyscy mnie obserwują. Tylko że dzisiejszego ranka, kiedy wchodzę do ślicznej małej kawiarenki o nazwie Ciastkarnia u Lizzy, naprawdę wszyscy się na mnie gapią.

To minus bycia w małym miasteczku. Tutaj od razu identyfikują cię jako obcego.

Klimatyzacja pracuje pełną parą i ochładza moją rozgrzaną twarz. W tle leci jakaś piosenka pop, słychać też ciche rozmowy. Szybko rozglądam się po sali, szukając pierwszego lepszego wolnego stolika, i kieruję się prosto do niego. Normalnie wyszukuję sobie świadomie jakieś ładne miejsce. Przy oknie albo w rogu, z plecami zwróconymi do ściany, żebym miała na oku całe pomieszczenie. Nie ma chyba rzeczy, której bardziej bym nienawidziła niż ludzi przemykających za moimi plecami albo zaglądających mi przez ramię, próbujących dostrzec, co takiego tam piszę. Brr! Ale teraz chcę tylko jak najszybciej umknąć uwadze znajdujących się tu osób.

W powietrzu czuć zapach ciasta i kawy. Dwie ściany są z czerwonej cegły, co razem z ciemnymi stołami i wygodnymi narożnikami, ozdobionymi kolorowymi poduszkami, nadaje pomieszczeniu wyjątkowo przytulną atmosferę. Do tego sterta gazet i czasopism oraz gdzieniegdzie na stolikach wazony z kwiatami. Nad narożną ladą, na której za szkłem wystawione są wszystkie pyszności świata, wisi czarna tablica. Na niej, ozdobnym pismem, wypisane są przeróżne rodzaje kaw i herbat, jakie można tu zamówić, nie mówiąc już o olbrzymiej liczbie domowych lemoniad i innych napojów orzeźwiających.

Chociaż siedzę teraz na małej ławie w rogu, nadal czuję na sobie spojrzenia obecnych. Na szczęście obok stolika pojawia się nagle kobieta w moim wieku. W ręce trzyma mały notatnik i długopis. Ma na sobie wysoko zapiętą białą bluzkę i ciemnozielony fartuch, nałożony na czarną spódnicę. Jej skóra jest tak samo jasna jak krótko przycięte, platynowe włosy. Wcale nie wygląda w nich jak chłopczyca, fryzura podkreśla jej kości policzkowe, tak że przywodzi na myśl wróżkę. Zza okularów widać ładne, niebieskie oczy.

– Witamy w Ciastkarni u Lizzy! – wita mnie przyjaznym uśmiechem. – Czego chciałabyś się napić?

Och.

– Hm… – Na chwilę tracę rezon, ale potem zmuszam się, żeby odwzajemnić jej uśmiech. – Poproszę duże latte macchiato i szklankę wody – wypowiadam te słowa automatycznie, wcale się nad nimi nie zastanawiając. Wystarczająco często byłam już w podobnej sytuacji.

Kelnerka kiwa głową.

– Już podaję.

Przez chwilę patrzę, jak odchodzi, potem wolno wypuszczam wstrzymywane powietrze. Okej. Poszło łatwiej, niż myślałam. Wypakowuję notatnik oraz długopis i układam je starannie na stole. Dopiero wtedy ośmielam się podnieść wzrok.

Ludzie już na mnie nie patrzą. Starszy pan przy kontuarze znowu czyta gazetę, dwie kobiety przy stoliku obok zatopione są w rozmowie, a rodzina z małym dzieckiem na drugim końcu kawiarni już pewnie o mnie zapomniała. Jest za bardzo zajęta zachęcaniem małego do jedzenia. Z ulgą opuszczam ramiona. Wydaje się, że skurcz, który zaczęłam już odczuwać w okolicach karku, da jednak na siebie jeszcze trochę poczekać.

Zanim mam czas otworzyć notatnik, kelnerka wraca z zamówieniem i stawia obie szklanki na blacie stolika.

– Czy mogę jeszcze coś zaproponować? Mamy akurat babeczki i tort domowej roboty. – Wskazuje długopisem na przeszkloną witrynę i zniża głos. – Tylko nie zamawiaj szarlotki. Dopiero jesienią jest naprawdę dobra, kiedy są słodsze jabłka.

– Och. Hm… okej. Może później. Więc… jeśli chodzi o ciasto. Dziękuję… – spoglądam szybko na jej plakietkę z imieniem – Charlotte.

– Nie ma sprawy. – Uśmiecha się i podchodzi do dwóch kobiet przy stoliku obok, które tak z nią rozmawiają, jak gdyby znały się od lat.

Wsypuję olbrzymią ilość cukru do kawy i mieszam łyżeczką, dopiero potem biorę ostrożny łyk. „O rany”. Jest mocna. Więcej niż dwie takie kawy i będę skakać po okolicy jak gumowa piłeczka. Ale zważywszy na to, co zaplanowałam sobie na popołudnie, potrzebuję każdej ilości energii, jaką mogę z siebie wykrzesać.

Ukradkiem rozglądam się kolejny raz po kafejce. Za ladą stoi barista i skoncentrowany przygotowuje kawę. Warkot maszyny wypełnia pomieszczenie i ma na mnie kojący wpływ, tak samo jak cicha muzyka i głosy innych gości. Do tego też musiałam się przyzwyczaić w ciągu ostatnich tygodni podróży, ale teraz odgłosy w tle już mi nie przeszkadzają. Przeglądam ostatnie kilka stron notatnika i zatapiam się we własnym świecie.

Emiko chciała właśnie wymknąć się z jaskini i musiała stanąć oko w oko z różowym potworem, który chciał przeszkodzić jej w ucieczce. Jednak udało jej się przegonić szorstkowłose stworzenie za pomocą magicznego światła, które nosiła w małej szklanej fiolce na szyi. Był to prezent od jej babci i umożliwiał Emiko robienie niewyobrażalnych rzeczy: mogła czytać w ciemności, bo magiczne światło zabarwiało na kolorowo litery książek. Odkryła też dzięki niemu tajemnicze drzwi i przejścia w swoim nowym domu. Ale potem w jednym z tych przejść zniknął jej młodszy brat Aki, a Emiko wyruszyła na jego poszukiwanie. Omal nie straciła magicznego światełka, ponieważ chciał wykraść je potwór, ale na szczęście udało jej się mu wymknąć. W przeciwnym razie nie byłoby już dla niej i jej braciszka ratunku.

W myślach od dawna bawiłam się pomysłem na historię Emiko, magicznego światełka i tymi wszystkimi przygodami, które mogłaby przeżyć. Ale dopiero dzięki Jesperowi odważyłam się i po kilku chybionych próbach udało mi się naprawdę przelać na papier słowa, które do tej pory wirowały jedynie w mojej głowie. Z typowym dla siebie urokiem stwierdził, że nie umiałabym napisać ckliwej romantycznej powieści dla młodzieży, ale że historia Emiko i jej magicznego światełka świetnie nadałaby się na książkę dla dzieci. No cóż, miał rację. Kolejny raz. Od kiedy na początku ferii spakowałam torbę i wsiadłam do swojej starej hondy, Emiko stale mi towarzyszy. Pierwsze zdanie napisałam w jakimś niepozornym barze na granicy Kalifornii i Arizony. Pierwsze rozdziały skończyłam w stodole w Kansas, gdzie mogłam przenocować w zamian za niewielką pomoc przy pracy w polu. A przed dwoma tygodniami w bibliotece w Nowym Jorku napisałam początek od nowa. W tej chwili mój rękopis ma już osiem rozdziałów. Przebywając w królestwie kolorów, Emiko właśnie obroniła swoje magiczne światełko przed jaskrawozielonymi trollami, różowymi potworami i żółtymi jak słońce duchami. Teraz musi jeszcze tylko znaleźć swojego brata – i razem z nim znaleźć drogę powrotną do domu. Jej podróż prawie dobiegła końca. Zakończymy ją wspólnie.

Jestem tak pochłonięta pracą, że do momentu, kiedy unoszę do ust filiżankę, nie zauważam nawet, że wypiłam już całą kawę. Woda też jest wypita do połowy. Kiedy pierwszy raz od nie wiadomo jak dawna odrywam się od tekstu i rozglądam, kobiet przy stoliku obok już nie ma. Nie ma też już rodziny z dzieckiem. Tylko starszy pan siedzi nadal przy kontuarze i czyta gazetę. Za to jest kilka nowych osób. Jest tłoczniej – i głośniej. Duży zegar na przeciwległej ścianie pomieszczenia zdradza mi powód: dochodzi dwunasta. Nic dziwnego, że lokal się zapełnia, bo oprócz kawy, ciasta i śniadań serwują tu też najwyraźniej dania obiadowe.

Zamykam notatnik, pierwszy raz od wielu godzin wypuszczam z dłoni długopis i prostuję zesztywniałe palce. Robię kilka okrężnych ruchów ramion i czuję, że boli mnie również kark, mimo to się uśmiecham. Nie ma nic lepszego, niż zatopić się całkowicie we własnej historii i zapomnieć o całym świecie. O czasie. Jedzeniu. Piciu. Spaniu. Palącej potrzebie odwiedzenia toalety. O tak, o tym zdecydowanie zapomniałam, co muszę teraz jednoznacznie stwierdzić.

Chcę właśnie wstać, kiedy mój wzrok pada na młodego mężczyznę, który zajął stolik niedaleko ode mnie – i momentalnie cała drętwieję. Powoli opadam z powrotem na siedzenie i mrugam parę razy, na wypadek gdybym miała przywidzenie. Trzeba przyznać, że oświetlenie w pubie wczoraj wieczorem było bardzo słabe i nie byłam w stanie dostrzec zbyt wielu szczegółów. Mimo to jego postura, szerokie ramiona, opalone ręce i krótkie, brązowe włosy wydają mi się przerażająco znajome. Może dlatego że zbliżył się do mnie tak bardzo, jak już dawno nie zrobił tego nikt inny.

Przed nim stoi filiżanka kawy, pusta szklanka po wodzie, a on pisze coś na… serwetkach? Nie, on maluje. A przynajmniej długopis porusza się po papierze niesamowicie szybko, a mnie się wydaje, że z daleka rozpoznaję małe obrazki.

Nagle moje serce bije mocniej. Wczoraj tak szybko uciekłam, że niczego się o nim nie dowiedziałam. Ale po męczącej jeździe, braku snu, wizycie na cmentarzu i później jeszcze konfrontacji z tym facetem, który się do mnie przyczepił… Czy to naprawdę dziwne, że zadziałałam odruchowo i po prostu go tam zostawiłam? No dobrze, jeśli mam być szczera, to już zagadnięcie go było reakcją odruchową, ale w tamtym momencie nie widziałam innego wyjścia. To była spontaniczna akcja w stylu kamikaze, bo chciałam się uwolnić od tego namolnego gościa, a on był jedyną osobą, która mnie zauważyła. Jedyną, która wzbudzała zaufanie.

W innych okolicznościach nigdy bym tego nie zrobiła. Ten facet zdecydowanie grał w innej lidze. Gdybyśmy spotkali się w domu, w Minnesocie, albo w college’u w San Diego, nigdy bym go nie zagadnęła. Nie w tym życiu.

I nie ma to żadnego związku z tym, że zauważyłam go wczoraj wieczorem, jak tylko weszłam do baru. Brązowe włosy, odrobinę ciemniejsze od moich, trzydniowy zarost, gęste brwi i ten jego uśmiech sprawiają, że jest zdecydowanie atrakcyjnym facetem. Ale jeszcze nie zbyt atrakcyjnym, kiedy człowiek wydaje się na tyle arogancki, że trudno się do niego zbliżyć. Jego uśmiech wczoraj był szczery. I ten jego niski głos…

Wlewam w siebie resztkę wody, ale nawet to nie pomaga nawilżyć wyschniętego gardła. Czuję też nieoczekiwane mrowienie w brzuchu.

Zaplanowałam sobie na tę podróż tak wiele, z tyloma kwestiami się liczyłam, ale definitywnie nie z tym, że spotkam kogoś, kto będzie miał na mnie taki wpływ. A już na pewno nie, że spotkam go w jakimś maleńkim miasteczku na końcu świata. W normalnych okolicznościach nigdy bym kogoś takiego nie zaczepiła, ale ponieważ w gruncie rzeczy zrobiłam to już wczoraj, teraz sytuacja jest całkiem inna. Poza tym postanowiłam sobie robić w te wakacje wszystko, do czego zawsze zachęcała mnie moja siostra bliźniaczka Katie. Wszystko, czego wcześniej zawsze się obawiałam, a na co teraz – z trudem, ale to zawsze coś – udaje mi się odważyć. O Boże, Katie wyjdzie z siebie, kiedy jej o tym opowiem – przede wszystkim o wczorajszym wieczorze. I o dzisiejszym wyczynie, jeśli się na niego zdobędę.

Ale co, jeśli on nie będzie mnie w ogóle pamiętał, bo było to dla niego jedynie nic nieznaczące, przy tym dość dziwaczne urozmaicenie jego i tak przyjemnie upływającego wieczoru? Albo jeśli zapamiętał mnie źle, po tym jak tak po prostu wyszłam? Może powinnam za to przeprosić. Ale jest też możliwe, że przyszedł do tej kawiarni i usiadł sam przy stoliku tylko po to, żeby mieć trochę spokoju. Podobnie zresztą jak ja.

Nerwowo zagryzam dolną wargę. Może jednak nie powinnam tego robić. Rozmawiałam z nim już wczoraj. Czy naprawdę każdego dnia muszę być odważna i wychodzić poza swoją strefę komfortu?

„Tak”, szepcze w mojej głowie jakiś głos, który aż za bardzo przypomina głos mojej starszej o trzy minuty siostry. Fantastycznie. Słyszę Katie nawet wtedy, kiedy nie ma jej przy mnie.

Prawie w tej samej chwili jedna z jego serwetek sfruwa na podłogę, dając mi idealny pretekst do podjęcia rozmowy. Nie czas na wykręty.

Biorę głęboki wdech. Potrafię to zrobić. Potrafię!

Zanim mam okazję wybić to sobie z głowy, wstaję i ruszam w jego kierunku. Dłuższe rozmyślania odbierają mi resztki odwagi i wszelką spontaniczność, tyle nauczyłam się o sobie tego lata. Nie mogę za długo nad czymś się zastanawiać, muszę to po prostu zrobić.

Z każdym krokiem, z którym się do niego zbliżam, moje serce bije coraz szybciej. Nie dlatego że aż nazbyt dobrze pamiętam jego spojrzenie i dotyk. I też nie dlatego że może się okazać miłością mojego życia, a ja chcę zapamiętać na zawsze chwilę naszego pierwszego spotkania. Moja nerwowość ma całkiem inne powody. W rzeczywistości nienawidzę rozmawiać z obcymi ludźmi. A jeszcze bardziej nie cierpię, kiedy jestem przez nich zagadywana. Nieważne, czy chodzi o niezobowiązującą pogawędkę na przystanku autobusowym, czy też pytanie o drogę. Wprawdzie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zrobiłam na tym polu pewne postępy – a przynajmniej tak mi się wydaje – ale nadal nie sprawia mi to przyjemności.

„Bądź odważna, Hailee. Bądź odważna”.

W myślach powtarzam sobie ciągle te dwa słowa. Nie wiem nawet, czego dokładnie się boję. No dobrze, to nie jest prawda. Mogę wyobrazić sobie niezliczoną liczbę potencjalnych scenariuszy tego zdarzenia – i żaden z nich mnie specjalnie nie uspokaja. Mogę przed nim stanąć i nie wydać z siebie żadnego dźwięku, bo ogarnie mnie taka wielka panika. Mógłby mnie też wyśmiać. Potraktować nieuprzejmie. Niechętnie. Albo po prostu podle. Przy czym wiem, że nie jest taki, w końcu już raz ze sobą rozmawialiśmy. Dzisiaj nie mam jednak żadnego dobrego pretekstu, żeby go zagadać, poza…

Kucam koło jego stolika i podnoszę serwetkę. Otwieram szeroko oczy z zaskoczenia, kiedy udaje mi się rozpoznać namalowane na niej bazgroły – tylko że to nie są bazgroły. To wygląda raczej na rysunek. Może z jakiegoś komiksu, jeśli obróciłabym trochę serwetkę i…

Słyszę koło siebie chrząknięcie.

Wzdrygam się, szybko podnoszę głowę – i widzę przed sobą te ciepłe, brązowe oczy.

– Hm… – Nie jestem zbyt elokwentna, za to macham mu kilka razy przed nosem serwetką. – To… więc to…

– Spadło? – pomaga mi wybrnąć. Kąciki jego ust drżą, ale nie śmieje się ze mnie, mimo że mój występ wydaje się go bawić.

Ze wstydu chcę zapaść się pod ziemię – błagam, czy mogłaby rozstąpić się pode mną? Właśnie teraz byłby dobry moment, ale mogę jeszcze poczekać ze dwie sekundy. Albo trzy.

Ponieważ nic się nie wydarza, zaciskam usta i kiwam energicznie głową.

– Ja… yyy…

„Powiedz coś, Hailee. Powiedz!”.

Ale nic nie przychodzi mi do głowy. Jest gorzej, niż to sobie wyobrażałam – a mam świetną wyobraźnię. Czuję piekący żar na policzkach i jestem pewna, że robię się czerwona jak burak.

– Powinnam…

Bez dalszego tłumaczenia rzucam mu w twarz serwetkę, odwracam się na pięcie i biegnę w przeciwnym kierunku. Nie z powrotem do stolika, ale do toalety, gdy tylko zauważam właściwe oznaczenie. Potrzebuję chwili, żeby się uspokoić. Może nawet dwóch chwil. Jeśli dopisze mi szczęście, będzie tam okno, przez które będę mogła wyskoczyć i uciec, gdzie pieprz rośnie. Nikt się o tym nigdy nie dowie, nawet Katie. Zabiorę ze sobą tę tajemnicę do grobu.

W łazience chodzę nerwowo przed lustrem tam i z powrotem. Nie muszę nawet w nie patrzeć, żeby wiedzieć, jak teraz wyglądam: pewnie robię wrażenie, jakbym właśnie uciekała przed policją. Czerwona, zgrzana twarz, nerwowe ruchy, gorączkowe spojrzenia. Jak to możliwe, że wczoraj byłam jeszcze taka odważna, taka pewna siebie, a dzisiaj, w blasku dnia, najchętniej schowałabym się do mysiej dziury? Chociaż może jednak nie, bo mam alergię na kurz i boję się karaluchów. Ale może pod puchatą kołdrę z kilkoma książkami pod ręką i podłączonym Netflixem. Tak, to byłoby idealne miejsce, żeby schować się przed całym światem.

Najchętniej od razu bym się tam teleportowała, ale niestety w tej chwili nie mam pod ręką ani puchatej kołdry, ani łóżka. Ostatnią noc spędziłam w samochodzie, jak już wiele innych w czasie podróży. Tylne siedzenie nie jest może zbyt wygodne, ale w śpiworze i z małą poduszką da się wytrzymać. A ponieważ aktualnie mam do dyspozycji bardzo ograniczony budżet, a jedzenie jest ważniejsze niż spanie, nie mam alternatywy.

Nagle czuję taką tęsknotę za swoją starą hondą, że momentalnie staję w miejscu. I tak nie miałam zamiaru zbyt długo zatrzymywać się w Fairwood, mogę więc przyspieszyć trochę bieg spraw i już teraz stąd zniknąć. Najlepiej zanim ponownie się skompromituję, tak jak to miało miejsce przed sekundą. Brr. A niektórzy nadal serio mnie pytają, dlaczego mam problemy z rozmową z obcymi ludźmi. Atrakcyjnymi ludźmi.

Wzdycham głęboko, decyduję się jednak zrobić to, co robiłam przez całe lato: wybrnąć jak najlepiej z tej sytuacji. Pierwszą rzeczą, której nauczyłam się podczas podróży, jest to, żeby korzystać z toalety, ilekroć nadarzy się taka sposobność, bo nie wiadomo, kiedy następnym razem będzie się miało ku temu okazję. Stosuję się więc teraz do tej zasady. Na koniec myję ręce i patrzę w lustro, żeby dodać sobie odwagi. Nadal jestem trochę potargana, ale nie wyglądam już tak źle, jak można by przypuszczać. Chociaż nadal przypominam trochę spłoszoną sarnę. To przez ciemne oczy, rozjaśnione słońcem włosy i piegi na nosie. Marszczę go, ale nadal je widać. Mnóstwo małych punkcików na skórze. Moja siostra bliźniaczka nie ma tego problemu, ale w przeciwieństwie do mnie ma ciemnobrązową grzywę i ciemniejszą karnację, odziedziczone po babci Włoszce.

Kręcę głową i odwracam się, ostatni raz robię głęboki wdech i wydech, potem otwieram drzwi i wracam do głównej sali, zanim zdążę zmienić zdanie. Mój notatnik i torba są jeszcze w tym samym miejscu, w którym je zostawiłam. Boże, czy w całej tej panice naprawdę zostawiłam rzeczy bez nadzoru? Każdy mógłby przejść obok i je sobie zabrać – albo przeczytać moje notatki. Każdy!

Kiedy z powrotem opadam na swoje miejsce i zatapiam się w ciemnych poduszkach, kolana mi drżą i nie mam odwagi podnieść wzroku. Za żadne skarby nie spojrzę w pewnym określonym kierunku. Nie chcę nawet wiedzieć, czy on tam jeszcze jest i czy zauważył mój powrót. Albo czy to go w ogóle interesuje.

Mimo to na skórze czuję niewielkie mrowienie, całkiem jakby ktoś mnie obserwował. Chcę właśnie spakować swoje rzeczy i zapłacić, ale zatrzymuję się w połowie ruchu i wbijam wzrok w notatnik.

„Nie patrz tam, Hailee. Nie patrz tam! Nie patrz… do cholery!”.

Podnoszę głowę. Jest. I patrzy w moim kierunku.

Pospiesznie opuszczam wzrok. Właściwie chciałam iść, ale łapię się na tym, że otwieram na powrót notatnik i udaję maksymalnie skoncentrowaną. W rzeczywistości jednak słowa na kartce w tej chwili dla mnie nie istnieją. W myślach jestem zbyt zajęta tym mężczyzną, żeby móc skupić się na tekście. Serce mi łomocze, a dłonie mam wilgotne, tak że muszę wycierać je w materiał sukienki. Dzisiaj rano włożyłam przewiewną sukienkę z szerokimi rękawami i odsłoniętym prawym ramieniem, bo zapowiadał się gorący dzień. I nawet tu w kawiarni nie jest mi zimno, chociaż jest włączona klimatyzacja, a sukienka sięga mi jedynie do połowy uda, odsłaniając nogi, które zdobią turkusowe botki.

Niepewnie podnoszę oczy. Nie, definitywnie nie jest mi zimno. A już na pewno nie, kiedy nasze spojrzenia ponownie się spotykają, a on tym razem nie odwraca wzroku. Łomotanie w mojej klatce piersiowej przybiera na sile, a na policzkach znowu czuję rozchodzące się ciepło. Co tu się dzieje? Faceci tacy jak on ze mną nie flirtują. A przynajmniej nie ze starą Hailee, która ukrywała się za rozciągniętymi swetrami oraz szerokimi podkoszulkami i robiła wszystko, żeby tylko nie musieć wychodzić z domu. A przecież jako studentka musiałam opuszczać pokój w akademiku i chodzić na wykłady, i to dużo częściej, niż miałam na to ochotę.

Przez chwilę wpatruję się w notatnik rozłożony na stole, po czym ponownie szukam jego wzroku. On nadal patrzy w moim kierunku. I tym razem na jego twarzy pojawia się uśmiech. Cholera. On naprawdę nie powinien się uśmiechać. Jest wtedy zdecydowanie zbyt atrakcyjny.

– Czy mogę ci coś jeszcze przynieść?

„Wielki Boże”. Aż podskoczyłam, kiedy nagle pojawiła się obok mnie Charlotte, która teraz stoi tu i przyjaźnie mi się przygląda. Czy ta kobieta to jakiś ninja? Zwalczam impuls, który każe mi położyć ręce w miejscu, gdzie czuję bicie serca, i zamiast tego głośno chrząkam. Jeszcze przed chwilą, kiedy wracałam na swoje miejsce, chciałam jak najszybciej stąd zniknąć. Ale teraz…?

– Poproszę jeszcze jedną kawę. – Słowa spływają mi z ust, zanim mam czas się nad nimi zastanowić. Niech to! Powinnam raczej poprosić o rachunek.

– Już przynoszę. – I Charlotte znowu znika.

Co ja zrobiłam? Będę musiała tu siedzieć, aż skończę drugą latte. A już teraz z trudnością udaje mi się usiedzieć na miejscu. Kolejna porcja kofeiny to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebuję. Mimo to z westchnieniem poddaję się losowi. Sama sobie nawarzyłam tego piwa.

Kątem oka zauważam ruch.

– Cześć. – Chłopak ze stolika obok stoi teraz przede mną i uśmiecha się na powitanie. Najwyraźniej bezgłośne skradanie się należy w tym mieście do standardowych umiejętności mieszkańców. – Mogę się przysiąść?

Czeka na moje skinięcie, dopiero potem siada na wolnym krześle naprzeciwko mnie. Przez chwilę jego spojrzenie pada na notatnik, ale – w przeciwieństwie do mnie – nie wpatruje się w niego bez ogródek, próbując rozszyfrować moje pismo, tylko szybko podnosi wzrok i spogląda ponownie na mnie. Częściowo czuję ulgę. Te słowa nie są przeznaczone dla obcych oczu. Z drugiej strony czuję też delikatną ekscytację. „Przysiadł się do mnie!”. To dobrze. Nie, to super! Tylko… co mam teraz z nim zrobić?

Jeszcze zanim ta myśl zdążyła przemknąć mi przez głowę, już chciałam wymierzyć sobie za nią siarczysty policzek. Przecież rozmawiałam wcześniej z mężczyznami. Wysokimi. Niskimi. Młodymi. Atrakcyjnymi. Mniej atrakcyjnymi. Na pierwszym semestrze zadurzyłam się w jednym z wykładowców, młodym przedsiębiorcy, który wygłaszał płomienne mowy na zajęciach z zarządzania firmą. A skoro potrafiłam rozmawiać z profesorem, na punkcie którego – chociaż tylko przez krótki czas – miałam totalnego bzika, teraz też dam radę. Przecież chodzi tylko o rozmowę, prawda? Nawet jeśli w small talku jestem beznadziejna. Bo bądźmy szczerzy, kto potrzebuje small talku? Kogo obchodzą rozmowy o pogodzie? Wystarczy popatrzeć przez okno, żeby zobaczyć, jaka jest pogoda. I sprawa załatwiona.

Odchrząkuję i staram się uspokoić ręce.

– Dzięki za pomoc wczoraj – wyrzucam z siebie w nadziei, że on rzeczywiście jeszcze mnie pamięta. W przeciwnym wypadku cała sytuacja byłaby dziwaczna dla nas obojga. – I… yyy… przepraszam za to przed chwilą. Z serwetką.

– Nie ma problemu. – Kiwa głową z uśmiechem na ustach, jego oczy świdrują mnie jednak badawczo. Prawie jakby chciał mnie prześwietlić. Do niedawna myślałam, że ma brązowe oczy, ale się myliłam. Są zielone. Wokół tęczówki widać pierścień albo raczej złotobrązowe słońce. Gdy się poszerza, w jego oczach dominuje kolor brązowy. To fascynujące. – Dotarłaś bezpiecznie do domu?

„Do domu?”. Och.

– Ja… tak.

Na szczęście mój samochód nie stał zbyt daleko. Ale potrwało trochę, zanim udało mi się zasnąć. I winy za to nie ponosił wyłącznie mój pusty i głośno dający o sobie znać żołądek.

– To dobrze. – Rozciąga ostatnie słowo, jak gdyby nie wiedział za bardzo, co miałby jeszcze powiedzieć.

Wspaniale. Przez te moje lakoniczne odpowiedzi rozmowa staje się dla nas dwojga krępująca.

– Nie jesteś stąd, prawda? – Zanim mam okazję coś odpowiedzieć, dodaje szybko: – Przepraszam. Dorastałem w Fairwood, ale w ostatnich latach rzadko tu bywam. Zasiedziałych mieszkańców znam dobrze, ale nowych nie bardzo. – W jego wypowiedzi słychać pytający ton.

Potrząsam głową.

– Nie mieszkam tu. Chciałam tylko… kogoś odwiedzić.

– Przyjaciół? Rodzinę?

Kiwam potakująco głową. I dodaję szybko, zanim rozmowa znowu z mojej winy zgaśnie:

– Jespera Harringtona.

Zamiera w bezruchu i wpatruje się we mnie tak intensywnie, że ponownie zaczynam nerwowo kręcić się na swoim miejscu. Ale on też nie może usiedzieć spokojnie. Przez cały czas kiwa prawą nogą, to w górę, to w dół. A przecież to niemożliwe, żeby był zdenerwowany. Czy może jednak…?

– Znałaś dobrze Jespera? – pyta po chwili.

Odchrząkuję.

– Można tak powiedzieć.

„Był moim najlepszym przyjacielem”. Mimo że nigdy go nie spotkałam. Z perspektywy czasu żałuję tego. Czytałam wiadomości od niego, wiem, jakich najczęściej używał emotikonów, czytałam jego opowiadania, słyszałam jego głos i śmiech. Lubiłam go, chociaż więcej niż raz mówił mi prawdę, która wcale nie była przyjemna. Jeśli o to chodzi, on i Katie świetnie by się rozumieli. Ale mimo że Jesper był moim przyjacielem, nigdy go nie poznałam. Nie osobiście.

Mimowolnie moje spojrzenie pada na notatnik. Czy mogę opowiedzieć temu obcemu mężczyźnie, skąd znam Jespera? Wszystko we mnie się wzbrania przed tym, by zdradzić tajemnicę Jespera komuś, o kim nie wiem, co go z nim łączyło. Z drugiej strony nie wydaje mi się, żeby Jesperowi to przeszkadzało. W końcu już go nie ma.

Opieram dłonie na książce i staram się powstrzymać pieczenie oczu. Dlaczego ludzie, którzy są dla mnie ważni, zawsze odchodzą? Bez pożegnania. Tak szybko jak myśl ta pojawia się w mojej głowie, odsuwam ją na bok. Bo to nie fair. Mama i tata są przecież jeszcze przy mnie, chociaż dzieli nas nieskończenie wiele mil – w sensie geograficznym i emocjonalnym. A moja siostra…

Z westchnieniem spoglądam ponownie na faceta, którego imienia nawet nie znam. Jesper nie miałby mi za złe, gdybym podzieliła się jego tajemnicą, ale to oznaczałoby, że musiałabym też zdradzić swoją. Opowiedzieć o tej jednej jedynej rzeczy, która tak wiele dla nas znaczyła. Nie wiem, czy jestem na to gotowa.

– Już dobrze – mówi w końcu i opiera się o oparcie krzesła. – Nie musisz mi tego mówić.

Czy ten facet znał Jespera? Czy chodzili razem do szkoły? Może byli nawet przyjaciółmi? Fairwood nie wydaje się duże, więc to całkiem możliwe. Patrzę na niego badawczo. Sprawia wrażenie zmęczonego. Nie, to nieprawda. Ciemne kręgi pod jego błyszczącymi oczami chyba nie wynikają jedynie z braku snu. Ma opadłe ramiona, a w jego ruchach daje się dojrzeć zmęczenie, a jednocześnie jest całkowicie spięty. Jego noga nie przestaje poruszać się to w górę, to w dół.

– W zasadzie nie miałam zamiaru przyjeżdżać do Fairwood. – Tyle mogę mu zdradzić. Wolno otwieram notatnik. – Ale potem okazało się, że przypadkiem jestem w pobliżu i… – Wzruszam ramionami.

Chyba liczę na to, że ponownie zapyta, skąd ja i Jesper się znaliśmy, ale on mnie zaskakuje.

Wokół jego ust błąka się niesamowity uśmiech. Dopiero teraz zauważam dołeczek, który pojawił się na jego policzku.

– Gdybym to wiedział, przedstawiłbym cię wczoraj innym. Nie jesteś jedyną osobą, która przyjechała do miasta na jego urodziny – dodaje.

Nie? Może nie powinno mnie to dziwić, ale pisałam z Jesperem niemal codziennie przez cały rok i przez ten czas tylko z rzadka wspominał o innych ludziach. O jego rodzicach prawie nie rozmawialiśmy, a już w ogóle nie pisał o tym, że spotyka się z przyjaciółmi i spędza z nimi czas. Jeśli już mówił coś o nich, to zazwyczaj w czasie przeszłym, jak gdyby z jakiegoś powodu spalił za sobą mosty. I może było tak rzeczywiście. Jest w tym coś dziwnego, że rozmawiasz z kimś o wszystkich jego pragnieniach, marzeniach, pomysłach i tajemnicach, jednocześnie tak mało o nim wiedząc. Znam historie, które pisał, ale nie znam jego historii. Poza tymi strzępami informacji, które wyjawił mi w ciągu ostatniego roku. Ale nie wiem, co się z nim stało, z jakiego powodu nie siedzi tu dzisiaj ze mną i nie pije kawy, jak to sobie wcześniej wyobrażaliśmy.

Nieznajomy nabiera powietrza, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale zanim zdąża otworzyć usta, przerywa mu wołanie dziecka. Kilka sekund później pada mu na szyję chłopiec, który może mieć sześć albo siedem lat, a do naszego stolika podchodzi kobieta w średnim wieku.

– Hej, przepraszam, że to tak długo trwało – zwraca się do mojego rozmówcy, a mnie obdarza przelotnym uśmiechem. – Wiem, że chciałeś wyruszyć wcześniej, ale śniadanie trwało całą wieczność, a potem Phil był jeszcze w warsztacie u waszego wujka. Ja muszę już za chwilę być u fryzjera, a potem lecę do sklepu.

Wypowiada wszystkie te informacje tak szybko, że z trudem mogę za nią nadążyć. Za to od razu rzuca mi się w oczy podobieństwo między ich trójką. Wszyscy mają ten sam kolor włosów, tylko że brąz u kobiety – prawdopodobnie matki albo ciotki – ma lekko czerwonawy odcień. Ale kiedy się uśmiecha, na policzku widać u niej taki sam dołeczek jak u faceta siedzącego naprzeciwko mnie.

Takie same dołeczki ma też chłopiec, który podskakuje teraz obok stołu i ciągnie za rękaw… brata? Kuzyna?

– Chodźmy już! Chodźmy już! – Chłopiec trochę sepleni, bo brakuje mu jednego siekacza, ale przez to jest jeszcze słodszy.

– Nic nie szkodzi. Dzięki, mamo. – Mężczyzna wstaje i całuje kobietę w policzek.

Ona poklepuje go po ramieniu i zwraca się krótko do mnie.

– Przepraszam, że wam przeszkodziłam, kochanie.

Potrząsam na to głową i odwzajemniam uśmiech. Nie mogę inaczej. Robi takie miłe wrażenie. Śpieszy się i jest trochę zestresowana, ale uśmiecha się szczerze i serdecznie. Macha jeszcze do nas i opuszcza kawiarnię tak samo szybko, jak się w niej pojawiła.

Nieznajomy podnosi ręce w geście przeprosin.

– Przykro mi, muszę już… – Chłopiec, Phil, jeśli dobrze zrozumiałam, ponownie ciągnie go za ramię. Muskularne ramię, co akurat właśnie teraz musiałam zauważyć.

Odrywam wzrok od jego ręki i zmuszam się, żeby ponownie spojrzeć mu w twarz.

– Spoko. Dzięki jeszcze raz za wszystko.

Uśmiecha się.

– To na razie. – Potem wraca do stolika i pakuje swoje rzeczy, jednocześnie mówiąc coś po cichu do brata. Nie ma ze sobą dużo: dwa zeszyty, całą stertę serwetek i plecak, który zarzuca sobie na ramię, po tym jak obok filiżanki kładzie kilka banknotów. Ostatni raz patrzy w moim kierunku, po czym znika – a ja staram się jak mogę opanować to okropne, budzące się we mnie rozczarowanie.

Bo mimo mojego kompromitującego występu sprzed chwili czuję teraz wielką ulgę. Boże, gdyby Katie tylko wiedziała, że zagadnęłam kompletnie obcego faceta. I to atrakcyjnegoobcego faceta! Zakrywam sobie twarz rękoma i z trudem opanowuję pisk podniecenia. Nie tylko go zagadnęłam, ale również z nim flirtowałam. Flirtowałam! Ja! Palce zaciskają mi się już prawie na komórce, żeby napisać o tym od razu do Katie, ale nagle nieznajomy znowu stoi przede mną, opierając się obiema dłońmi o blat stolika.

W jego zielonobrązowych oczach widać błysk.

– Zdradzisz mi swoje imię?

Uśmiecham się zaskoczona.

– Hailee. Mam na imię Hailee.

On też się uśmiecha.

– Miło mi cię poznać, Hailee. Jestem… – mówi coś, ale wrzask jego młodszego brata, który stoi przy drzwiach, przeskakując z jednej nogi na drugą, zagłusza kompletnie jego słowa. – Sorry, muszę lecieć. – Facet, którego imienia już nigdy nie dane mi będzie poznać, wykrzywia twarz i podnosi się, zanim udaje mi się cokolwiek odpowiedzieć.

Czuję lekką panikę, która mnie paraliżuje. Nie mogę znowu spytać go o imię, prawda? Nie, kiedy tak się spieszy, a jego brat niecierpliwie na niego czeka. I z pewnością nie teraz, kiedy wszyscy już na nas patrzą. To byłoby jeszcze bardziej krępujące.

– Zostaniesz dłużej w mieście?

Automatycznie kręcę przecząco głową.

– Dzisiaj wieczorem jadę już dalej.

– Słyszałem to już nie raz.

Mrugam lekko poirytowana.

– Jak to?

– Wielokrotnie – powtarza i rzuca kontrolne spojrzenie w kierunku wejścia, ale później znowu spogląda na mnie. – Tak twierdzą wszyscy turyści. Ale kiedy ulegną już urokowi Fairwood i jego mieszkańców, nie chcą stąd wyjeżdżać. Albo przynajmniej tu wracają. – I znowu jest, ten jego uśmiech. – Mam nadzieję, że tak będzie również w twoim przypadku i że się jeszcze zobaczymy. – Podnosi na pożegnanie rękę, po czym podbiega do swego młodszego brata, łapie go i zarzuca sobie z łatwością na ramię. Phil krzyczy z radości.

W zamyśleniu patrzę za nimi, aż zamykają się drzwi i nic więcej nie wskazuje, że tu w ogóle kiedykolwiek byli.

– Twoje zamówienie. – Nagle przede mną pojawia się kubek latte macchiato.

Aż drgnęłam. Całkiem o nim zapomniałam.

– Och… dziękuję.

Charlotte przyjaźnie kiwa głową i odchodzi z tacą dalej, żeby roznieść napoje innym gościom.

Jeszcze przed chwilą czułam się całkiem dobrze, ale teraz odczuwam jakąś dziwną pustkę. W rzeczywistości kawa to jedyna rzecz, jaka trzyma mnie jeszcze w Ciastkarni u Lizzy, bo o dalszym pisaniu mogę już teraz zapomnieć. Moje myśli za bardzo krążą teraz wokół całkiem innych tematów. I osób. Wokół jednej konkretnej osoby – i tej dziwnej obietnicy czającej się w jego słowach.