Moc amuletu. Midnight Chronicles. Tom 1 - Bianca Iosivoni, Laura Kneidl - ebook

Moc amuletu. Midnight Chronicles. Tom 1 ebook

Bianca Iosivoni, Laura Kneidl

4,0

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Łowczyni istot paranormalnych Roxy ma przed sobą trudne zadanie – musi odesłać z powrotem do krainy umarłych 449 zmarłych dusz, które niechcący uwolniła z zaświatów, inaczej sama tam trafi. Na razie nie idzie jej to zbyt dobrze, dlatego jest już niemal pogodzona z losem i odlicza kolejne dni, starając się przy tym maksymalnie korzystać z życia – objada się smakołykami i umawia na kolejne randki. Podczas jednej z nich wzywa ją jej partner Finn – potrzebuje pomocy w walce z duchem. Roxy niechętnie wstaje od stołu, ale obiecuje, że zaraz wróci, żeby dokończyć deser. W dotrzymaniu tej obietnicy staje jej na drodze inny duch – szybko go przegania, ale opętany przez niego mężczyzna traci przytomność. Roxy nie może go tak zostawić, a gdy nieznajomy odzyskuje przytomność, okazuje się, że nic nie pamięta – nawet jak się nazywa. To pierwszy taki przypadek w historii. Mężczyzna nadaje sobie imię Shaw, a ponieważ jest utalentowany, rozpoczyna szkolenie na łowcę. Ze względu na amnezję Shawa Roxy jest skazana na jego towarzystwo, co początkowo wcale się jej nie uśmiecha, ale z czasem się z nim zaprzyjaźnia. Do tego stopnia, że zdradza mu swoją tajemnicę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 446

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (117 ocen)
41
42
26
6
2
Sortuj według:
Misiu579

Nie oderwiesz się od lektury

Lekka książka fajna i ciekawa
00
super-bambusek

Dobrze spędzony czas

Książka na początku nie wciągnęła mnie jakoś mocno, przez co czytałam ją na raty. Od połowy książkę przeczytałam na raz bez robienia przerw. Napisana prostym językiem, który bardzo szybko się czyta. Nie zrobiła na mnie ogromnego wrażenia, mimo to warto przeczytać.
00
Dagaost

Nie polecam

nie wciąga, wiele już takich było
00

Popularność




Redakcja: Anna Pochłódka-Wątorek

Korekta: Andrzej Szewczyk, Marta Stochmiałek

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: © Sandra Taufer Grafikdesign

Fotografie wykorzystane na okładce: © Shutterstock.com (Laura Crazy; Nik Merkulov, HS_PHOTOGRAPHY; Shebeko)

Copyright © 2020 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-967-4

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Dla tych, którzy wierzą w magię.

Dla tych, którzy są inni.

Dla tych, którzy nie pasują do żadnej szufladki.

Ta książka jest dla Was.

PLAYLISTA

Elle King – Good Girls

Natalie Taylor – In the Air Tonight

Imagine Dragons – Warriors

Oh The Larceny – Check It Out

Marmozets – Weird And Wonderful

The Pretty Reckless – Why’d You Bring a Shotgun to the Party

Michael A. Levine, Lucas Cantor, Miriam Speyer – In The Dark

Black Lab – This Blood

Imagine Dragons – Bad Liar

The Phantoms – All For One

Led Zeppelin – Immigrant Song

DMX – Party Up

Muse – Dig Down

1985 – Every Woman

Amaranthe – Drop Dead Cynical

Skrizzly Adams – Dance with Darkness

Gin Wigmore – Written In The Water

Valerie Broussard – Trouble

Amy Stroup – In The Shadows

Bon Jovi – In These Arms

Unions – Bury

Once Monsters – Heroes of Today

Bon Jovi – We Don’t Run

RAIGN – This Is The End

Imagine Dragons – Rise Up

DMX – X Gon’ Give It to Ya

Rozdział 1

Roxy

Uwielbiam jeść. Czekoladę. Włoskie makarony. Zapiekankę cottage pie. Gulasz. Pizzę. Bułeczki scones. Lody… Dzięki jedzeniu wszystko jest po prostu lepsze.

Delektując się, wsunęłam ostatni kawałek ziemniaka do ust i zanim odłożyłam widelec na talerz, westchnęłam z zadowoleniem. Nie, westchnęłam z pełnym radości oczekiwaniem. Na deser przewidziano tort triple chocolate cake, czyli tort czekoladowy z płynnym wnętrzem i domowym sosem z prawdziwej wanilii. Lepszy niż najlepszy orgazm. Cała kolacja była przepyszna, ale to? Nie mogłam się wręcz doczekać, kiedy to zabójczo smaczne ciasto wyląduje przede mną na stole. Na coś takiego mogłam z wielką chęcią tracić swój jakże ograniczony czas. Nie na tego faceta, ale właśnie na takie jedzenie.

Okej, na tego faceta, który siedział akurat przede mną, trochę też.

– Ależ to ci sprawia radość, prawda? – Seamus uśmiechnął się szeroko i na jego gładko ogolonych policzkach pojawiły się małe dołeczki.

Na co dzień mówił prawie bez irlandzkiego akcentu – tylko po co silił się na to przy mnie? Ojczyznę wyczuwałam niemal w każdej sylabie. Punkty bonusowe zbierał za przyjemnie głęboki, spokojny głos idealnie pasujący do jego atrakcyjnej aparycji: wystylizowanych blond włosów, szerokich barków i umięśnionych ramion, które dowodziły, że całe lata grał w rugby. A do tego szare oczy lśniące uwodzicielsko.

Poznaliśmy się przed tygodniem w pobliżu British Museum. Jeżdżę tam czasem, żeby pomyśleć, a on akurat szedł do Senate House Library w poszukiwaniu materiałów na zajęcia. Byłam tego dnia kompletnie wykończona i niczego nie pragnęłam bardziej, niż napić się kawy. Zamiast tego wpadłam na Seamusa i dostałam jego numer telefonu oraz zaproszenie na randkę. Niezły interes, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Upiłam łyk wody.

– Staram się po prostu cieszyć każdym dniem.

W jego oczach coś błysnęło, przez moment lustrował mnie wzrokiem jak wtedy, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Zaczął od botków na morderczo wysokim obcasie, potem przyjrzał się obcisłym czarnym spodniom i bluzce w kwiatki z szerokimi rękawami oraz mniej więcej trzycentymetrowemu wisiorkowi w kolorze royal blue na złotym łańcuszku, który miałam na szyi, aż w końcu dotarł do ust. Nawet nie zaprzątałam sobie głowy, czy po tym wieczorze i wyśmienitym posiłku moja ciemnoczerwona szminka wciąż się trzyma, czy już się rozmazała. Testowałam ją na londyńskich ulicach w najtrudniejszych warunkach: nocą, podczas mgły – i przy mżawce! – w trakcie łowów z moim partnerem Finnem. Skoro była w stanie przetrwać spotkanie z upiorami, duchami i kreaturami z podziemia, da radę też na tej kolacji.

– Właściwe nastawienie – powiedział w końcu Seamus i znów popatrzył mi w oczy. – Czerpać ze wszystkiego to, co najlepsze.

Wydawało mi się czy ma zachrypnięty głos? Lekko skrzeczący. Może podniecony?

Powoli się uśmiechnęłam. Według wszelkiego prawdopodobieństwa randka potoczy się dalej równie ciekawie, jak się zaczęła. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że Seamus nie powie mi zaraz po wyjściu z restauracji „dobranoc” i nie rozpłynie się w mglistej londyńskiej nocy. Wsiądziemy razem do taksówki i może trochę się poobściskujemy, jadąc potańczyć lub gdzieś do pubu, a wcześniej czy później wylądujemy u niego w mieszkaniu. Miałam nadzieję, że ma przynajmniej własne mieszkanie lub chociaż wynajmuje je ze znajomymi, a nie dzieli z kimś pokój w akademiku i gdy będziemy się zajmować sobą, w każdej chwili będzie mógł wkroczyć jego współlokator. Takie rzeczy już przerabiałam i nie miałam ochoty na powtórkę.

Jeszcze szerzej się uśmiechnęłam i dyskretnie rozejrzałam się za obsługą. Wybrałam tę restaurację wyłącznie ze względu na kartę deserów, chciałam więc spróbować tego tortu czekoladowego. Za coś takiego mogłabym z marszu sprzedać duszę. No tak, to znaczy, gdybym już tego nie zrobiła. Przynajmniej poniekąd. W każdym razie zostało mi…

Rzuciłam okiem na nadgarstek. Zegarek wskazywał dzisiejszą datę: piętnasty czerwca. Na ten widok ścisnęło mnie w żołądku. Oznaczało to bowiem, że zostało mi jeszcze dokładnie dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć dni, żeby nacieszyć się życiem. Dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć dni, żeby wyśledzić i posłać z powrotem do piekieł wszystkie duchy, które uwolniłam. Do tej pory znalazłam ich zaledwie ułamek. Co w zasadzie nie było wcale zaskakujące, bo moja misja od samego początku była niewykonalna i z góry skazana na porażkę…

Upiłam duży łyk wody i poczułam w ustach gorzki smak, zmusiłam się więc, żeby znów skupić się na towarzyszu.

– No więc… – zaczął Seamus, ale urwał, gdy kelnerka przyniosła deser. Wreszcie! Najwyższa pora. – Dokąd chcesz iść po jedzeniu?

– Możemy skoczyć do jakiegoś pubu – zaproponowałam i chwyciłam widelec, jeszcze zanim stanął przede mną śliczny talerzyk. – Do klubu. Albo prosto do ciebie.

Kąciki jego ust się uniosły. O tak, ta propozycja bez wątpienia przypadła mu do gustu.

W innych okolicznościach działałoby to może odstraszająco: na pierwszej randce iść z facetem do łóżka. Ale tu w grę wchodził uciekający czas. Prawda była taka, że nie szukałam partnera na całe życie, mężczyzny, za którego wyjdę za mąż, z którym będę mieć dzieci i przy którym się zestarzeję. Niczego takiego nie doświadczę, już się z tym pogodziłam. W ten wolny wieczór szukałam po prostu nieco spokojnej rozrywki. Czegoś, co na chwilę zajmie mi myśli i uciszy tykanie zegara nad moją głową.

Seamus odchrząknął.

– W takim razie proponowałbym od razu do mnie.

– Z wielką chęcią.

Odkroiłam widelczykiem kawałek ciasta i zanurzyłam go w ciepłym sosie waniliowym. Właśnie chciałam unieść go do ust, kiedy coś obok mnie zabrzęczało. Zamarłam. Przez chwilę modliłam się po cichu, żeby to była komórka jakiegoś innego gościa, który przypadkowo ma taki sam dzwonek jak ja. Wszelkie nadzieje jednak prysły, gdy wyjęłam telefon z torebki.

– Sorki – powiedziałam z roztargnieniem. – Muszę odebrać.

Nacisnęłam zieloną słuchawkę i przytrzymałam aparat przy uchu.

– Finn! – przywitałam się dużo serdeczniej, niż miałam na to ochotę. Pierwszy kawałek czekoladowego ciasta leżał nietknięty na moim talerzyku. – Czego chcesz?

– Gdzie się podziewasz? – Rozległ się dobrze mi znany głos ze szkockim akcentem.

Zmarszczyłam czoło.

– Jestem na randce. Zapomniałeś?

Miałam wolny wieczór. Bez treningu. Bez patroli. Bez łowów. A już na pewno bez duchów, które trzeba odesłać do podziemia. W ten jeden jedyny wieczór mogli się chyba wszyscy łaskawie wstrzymać, jutro rano wrócę do pracy. Czy ja tak wiele wymagam?

Posłałam Seamusowi uspokajający uśmiech. Chociaż chciałam chyba za jego sprawą uspokoić głównie samą siebie, bo ogarnęło mnie przeczucie, że ta randka na bank okaże się katastrofą. Przy czym naprawdę nie była to moja wina. Co mogłam poradzić, że moi koledzy hunterzy zawsze dzwonią z prośbą o pomoc w najmniej odpowiednim momencie? A jeśli akurat miły starszy mężczyzna przy sąsiednim stoliku jest opętany przez ducha, którego zaraz będę musiała wypędzać w męskiej toalecie? Ech… Nie mówmy o tym.

– Ach tak – odparł oschle Finn. – W takim razie może poproszę tego ducha, żeby raczył zaczekać, aż zjesz i przelecisz tego kolesia.

Zacisnęłam zęby. Z zewnątrz wyglądałam zapewne na całkowicie opanowaną, w myślach jednak skręcałam Finnowi kark. I to nie tylko dlatego, że zakłócił mi randkę.

– Czy ty też przypadkiem nie masz dziś wolnego?

Albo raczej: „Co, do jasnej ciasnej, robisz na mieście, skoro dobrze wiesz, że hunter nie powinien wyprawiać się na polowanie sam?”.Po to w końcu mamy partnerów, kurna.

– Luz… – Padło z ust na pozór znudzonego Finna. – Właśnie wracałem z pubu do domu, gdy drogę przebiegła mi taka miła zjawa dość sporych rozmiarów. A więc co? Mam ją prosić, żeby zaczekała, czy jednak wpadniesz?

– Gdzie w ogóle jesteś?

– W Ravenscourt Park.

Raptem jedną stację metra ode mnie.

Zabiję go. Finn już nie żyje. Najpierw znajduje ducha – w wolny wieczór! – a potem przerywa mi randkę. Wrr!

– To coś jest cholernie silne – przekonywał głosem adwokata wygłaszającego przed sądem mowę obrończą. – Całkiem możliwe, że to jeden z twoich, więc bądź tak łaskawa, Roxano Blake, i rusz tyłek.

Blee. Nienawidziłam, kiedy tak do mnie mówił. Czułam się, jakbym dalej mieszkała w Irlandii i rodzice chcieli zmyć mi głowę za to, że znów się wyślizgnęłam późnym wieczorem.

– Prześlę ci współrzędne na komórkę – ciągnął Finn, nie czekając na moją reakcję.

– Pocałuj mnie gdzieś! – ofuknęłam go trochę zbyt głośno i tym samym ściągnęłam na siebie spojrzenia. Zignorowałam je. – Będziesz mi coś winny, MacLeod. – A potem, bo mimo wszystko nie mogłam zostawić go bez wsparcia, dodałam: – Już idę. – Po czym się rozłączyłam i odwróciłam do swojego towarzysza.

Tymczasem Seamus przestał się uśmiechać i teraz przyglądał mi się zatroskany. Między jasnymi brwiami zrobiła mu się zmarszczka.

– Wszystko w porządku?

– Tak. – Posłałam ostatnie tęskne spojrzenie na deser, chwyciłam torebkę i wstałam. – Muszę tylko szybko komuś w czymś pomóc. Nie martw się, nie zajmie to więcej niż dziesięć minut. Maks dwadzieścia. No może trzydzieści. Po prostu zamów sobie coś do picia. Wrócę, zanim się zorientujesz, że mnie nie ma. I rób, co chcesz, ale nie pozwól jej zabrać tego ciasta przed moim powrotem!

Niecałą sekundę później wielkimi krokami maszerowałam przez restaurację. W szatni odebrałam ponczo, które przypominało za długi ciemnoczerwony sweter, i wyszłam w zimną noc. Materiał powiewał za mną jak peleryna. Z przodu sięgał do bioder, z tyłu do podudzia. Odgarnęłam jasne włosy za uszy, naciągnęłam kaptur głęboko na twarz i ruszyłam.

Gdy kilka minut później opuściłam stację Ravenscourt Park i znów wyszłam na chłodne powietrze, gwar głosów i dudnienie metra podążyły za mną. Lekko mżyło i światła latarni odbijały się w kałużach przy krawężniku. Moje kroki odbijały się echem wśród murów, gdy przechodziłam pod wiaduktem. Za nim skręciłam w wąską uliczkę, która prowadziła wprost do parku. Po chwili odezwał się zegar na wieży kościelnej, a w oddali zawyły syreny. Wokół mnie było jednak cicho. Aż za cicho.

Nagle znad stawu w północnej części parku nadciągnęła mgła, a ja poczułam gęsią skórkę. W myślach przeklinałam się za to, że nie wzięłam ze sobą żadnej broni. Amulet na mojej szyi się rozgrzał, rozpędzając nieco obawy – jakby chciał mi przypomnieć, że najsilniejszą broń mam zawsze przy sobie.

Zwolniłam. Odgłos moich kroków nakładał się na cichsze cykanie świerszczy oraz hałasy z pobliskiej ulicy, nawet sowa dała gdzieś o sobie znać. Do tego mój przyspieszony oddech. Nie było tu ludzi. Innych łowców. Ani istot paranormalnych. Nie dotarłam jednak jeszcze na miejsce spotkania, którego współrzędne Finn przysłał mi na komórkę.

Minęłam korty tenisowe, opustoszałe o tej porze, podobnie jak plac zabaw w południowej części parku. Huśtawki lekko kołysały się na wietrze. Naciągnęłam mocniej kaptur na twarz i skierowałam się ścieżką na północ, przeszłam obok ławek, koszy na śmieci i drzew posadzonych w równych odstępach. Zapuszczałam się coraz głębiej, aż z gęstniejącej mgły pośrodku parku wyłonił się przede mną niewielki staw.

Nagle zapiekło mnie lewe ramię. Im bliżej wody podchodziłam, tym bardziej paliło, aż miałam wrażenie, jakby moja skóra stanęła w płomieniach. Twarz wykrzywiłaby mi się z bólu, gdyby nie to, że po blisko pół roku już się do tego przyzwyczaiłam. W tym czasie posłałam z powrotem do podziemia więcej dusz niż łącznie przez wszystkie wcześniejsze lata, gdy pracowałam jako hunterka – wciąż jednak było ich za mało. W takim tempie w ciągu pozostałych dwustu dziewięćdziesięciu dziewięciu dni nie uda mi się wypełnić swojego zadania.

Dotarłam do stawu, pośrodku którego znajdowała się mała wyspa, i przystanęłam. Było zimno, mój oddech parował, a wszechobecna wilgoć przenikała przez ubranie. Stłumiłam dreszcze i rozejrzałam się. Nie minęła sekunda, a z mroku wyłoniła się jakaś postać i ruszyła prosto na mnie.

Inne kobiety dostałyby może palpitacji serca, gdyby ktoś taki jak Finn MacLeod obrał na nie kurs, ale my znaliśmy się zbyt dobrze. No okej… Finn był atrakcyjny. Tyle mogłam przyznać, w końcu nie byłam ślepa. I jak mogłoby być inaczej – miał czarne włosy, które opadały mu na przeniebieskie oczy, do tego szkocki akcent i wytrenowaną sylwetkę typową dla grim hunterów. Wolałabym jednak rzucić się z wieży zegarowej Pałacu Westminsterskiego lub dać się wciągnąć piekielnym psom do podziemia niż pozwolić, żeby między mną a Finnem do czegoś doszło. Wprawdzie regularnie chodziliśmy razem na łowy, kłóciliśmy się jednak jak brat z siostrą – i dokładnie tak wyglądały nasze relacje: było to połączenie wiecznego wkurzenia z okazjonalnymi chwilami sympatii i głębokim przekonaniem, że zawsze możemy na siebie liczyć.

– Trochę ci zeszło – przywitał mnie i obrócił w palcach sztylet. Tę broń zawsze nosił przy sobie, bez względu na to, czy szedł na polowanie, czy do pubu, żeby obejrzeć mecz piłki nożnej. – Randka była tak świetna czy raczej tak beznadziejna?

Pokusiłam się o uśmiech, chociaż spiorunowałam go wzrokiem.

– Gdyby nie była udana, to nie miałabym teraz takiej ochoty, żeby zabić ciebie, a nieducha.

– Mhm – mruknął tylko Finn i uniósł ręce w geście dalekim od pojednawczego.

– Masz w ogóle pojęcie, co bym teraz robiła, gdybyś się nie wtrącił? – wybuchłam.

– Jadła? – Finn wyszczerzył się beztrosko. – Powinnaś się cieszyć, dzięki mnie masz przynajmniej coś w rodzaju treningu i możesz spalić te wszystkie kalorie.

Na to mogłam odpowiedzieć jedynie prychnięciem.

– Sorry, Blake, wprawdzie razem polujemy, ale na pewno nie będę odwalać za ciebie całej brudnej roboty. Nawet jeśli akurat jesteś na randce. Która to już w tym miesiącu? Piąta?

Myśl, żeby skręcić mu kark, stawała się z sekundy na sekundę coraz bardziej kusząca. Jakby w reakcji na to amulet na mojej szyi się rozżarzył.

Finn przelotnie zerknął na niebieskawe migotanie.

– Rozczarowujesz mnie. Wiesz przecież, że nie wolno stosować amuletu przeciwko innym łowcom.

Uśmiechnęłam się szeroko, aż zabolały mnie policzki, i zatoczyłam ręką koło:

– Nie widzę świadków. A ty? Poza tym co ci, do diabła, wpadło do łba, żeby iść samemu na łowy? Maxwell cię zabije, jeśli się dowie.

– Nie dowie się, zresztą wcale nie byłem na łowach, tylko przypadkiem spotkałem tego ducha – skontrował Finn i niedbale wzruszył ramionami. – Poza tym diabłów nie ma, jest co najwyżej król grimów siedzący na pięknym tronie w podziemiu.

Uniosłam ręce, jakbym naprawdę chciała skoczyć mu do gardła. To, że w ogóle od tak dawna wytrzymywałam z tym typem, przechodziło ludzkie pojęcie. Poznaliśmy się ponad trzy lata temu, kiedy zdawałam w Londynie egzamin hunterski. Już wtedy doprowadzał mnie do szału… ale mimo to – kiedy na początku roku wróciłam do Londynu – zostaliśmy partnerami. Nawet cholernie dobrymi partnerami.

– Dzięki, mądralo.

Głuche grzmienie znad stawu przypomniało nam, po co tu przyszliśmy.

Westchnęłam.

– Miejmy to już za sobą.

Zamiast się ruszyć, Finn posłał mi krytyczne spojrzenie. Dokładniej mojemu ubraniu.

– Na pewno jesteś odpowiednio wyposażona?

– Serio? Teraz?

Trzeba przyznać, że ciemnoczerwone ponczo było jedyną częścią garderoby, którą bym włożyła, idąc normalnie na łowy. Z wąskich spodni i botków na szpilkach raczej bym zrezygnowała. Przy czym te ostatnie mogły mi ewentualnie posłużyć za broń. Byłaby to przynajmniej jakaś odmiana, bo przeważnie nosiłam przy sobie poręczną kuszę.

Najważniejszy hunterski sprzęt był jednak zawsze przy mnie – i to nie dlatego, że odkąd zawiesiłam na szyi złoty łańcuszek z amuletem z błękitnym kamieniem, nie dało się go zdjąć. Tak już niestety mają magiczne amulety: raz założone, nie dają się ściągnąć, dopóki nie wyczerpie się zawarta w nich magia. Po ponad dziesięciu latach treningu wystarczyło, że ledwie o nim pomyślałam, a kamień rozbłyskał tak jasno, że było to widać nawet przez materiał.

– Pokaż mi tego ducha – zażądałam i zsunęłam kaptur.

Przestało padać, ale w powietrzu nadal utrzymywała się znaczna wilgoć – czułam ją na odsłoniętej skórze i aż przechodziły mnie dreszcze.

– Tędy. – Finn wskazał kciukiem za siebie.

Bez pytania ruszyłam za nim. Stuprocentowo ufałam jego ocenie, a poza tym nie chciałam, żeby trwało to dłużej niż absolutnie konieczne. W końcu czekała na mnie randka. Myśl o torcie czekoladowym dała mi takiego kopa, że prawie prześcignęłam Finna. Szliśmy brzegiem stawu, uważając przy tym, żeby nie hałasować, a przynajmniej nie zbudzić kaczek i gęsi, które mogłyby zdradzić nasze pozycje.

– Tam z przodu. – Finn przykucnął za krzakami i rozsunął na bok kilka gałązek. Potem pokazał mi miejsce oddalone od nas jedynie o kilka metrów.

Podczas gdy w pozostałej część parku panowały spokój i porządek, tu leżała rozwalona drewniana ławka. Stojący obok kosz przewrócono, a kwiaty wyrwano z ziemi. Dla osób postronnych mogło to wyglądać na zwykły akt wandalizmu, my jednak wiedzieliśmy, o co chodzi. Również dlatego, że kilka metrów dalej utworzył się duży krater, jak gdyby wybuchła tam bomba. Samego ducha nie było nigdzie widać. Żadna nowość. Nagle tuż przed naszymi oczami zmaterializowała się blada postać.

– Ooo, shit.

Wiedziałam wprawdzie, że Finn nie wezwał mnie tu z byle powodu, mimo to w głębi serca liczyłam, że będziemy mieli do czynienia z duchem o umiarkowanej sile. Tylko te najpotężniejsze, klasyfikowane jako duchy czwartej fazy, mogły samą siłą woli przybrać swoją dawną postać i stać się widzialne dla przeciętnego człowieka. Wszystkie inne były dla ludzi, a nawet dla łowców – takich jak ja i Finn – niewidoczne. Jedynie soul hunterzy o spojrzeniu duszy potrafili zauważyć każdy rodzaj ducha o każdej porze dnia i nocy, niezależnie od miejsca, ci jednak trafiali się dość rzadko. W kwaterze londyńskiej był zaledwie jeden hunter tego rodzaju. A Deeka zmogła akurat grypa.

– Dlaczego nie powiedziałeś od razu, że to duch czwartej fazy?

– Bo do tej pory nie wytworzył ciała – wymamrotał Finn. – Usłyszałem tylko huk i zobaczyłem chaos.

Co wskazywało raczej na ducha, którego zaliczamy do fazy trzeciej: mającego zdolność opętania człowieka i poruszania przedmiotami. Takie duchy były potężne i niebezpieczne, ale dało się je pokonać. Inaczej niż w tym przypadku.

Rozważyłam możliwości. Finn jako grim hunter polegał na wyjątkowej sile fizycznej i broni, którą bardzo dobrze operował, lecz w walce z duchem i jedno, i drugie byłoby praktycznie bezwartościowe. Tu mogły coś zdziałać tylko soul hunter lub magia amuletu.

Pospiesznie przebiegłam wzrokiem po najbliższym otoczeniu. Pusta ścieżka, mgła nad wodą, żadnych ludzi na widoku. Ułożyłam w głowie plan. Plan, który w ostatnich miesiącach stosowaliśmy tak często, że nie musieliśmy go teraz omawiać.

Skinęłam do Finna, a on ruszył. Skulony zaczął się skradać, schował się za drzewem, a później zniknął mi na moment z pola widzenia. Parę chwil później znów się pojawił, tym razem idąc pomału środkiem parkowej alejki, jakby był całkiem normalnym człowiekiem, który w piątkowy wieczór spaceruje po parku. Przy odrobinie szczęścia ta próba odwrócenia uwagi ducha wystarczy, żebym mogła wkroczyć do akcji.

Tak jak na to liczyliśmy, duch szybko zauważył obecność Finna. Co nie było wielkim osiągnięciem, jeśli wziąć pod uwagę hałas, który robił mój partner. Przyjrzałam się scenie rozgrywającej na moich oczach i wyciągnęłam amulet spod ponczo. Ani historia tej zjawy, ani to, dlaczego akurat tu postanowiła wszczynać burdy, nieszczególnie mnie ciekawiły. Interesowało mnie tylko to, żeby zagonić ją z powrotem do podziemia. Tam, gdzie jej miejsce. Do więzienia, z którego niechcący uwolniłam tego upiora kilka miesięcy temu.

Tak mocno ścisnęłam amulet, że ostry brzeg wbił mi się w skórę. Ból przypomniał mi o teraźniejszości, przeganiając z głowy wspomnienia. Nie mogłam pozwolić, żeby coś mnie zdekoncentrowało. Nawet własne myśli.

Gdy tylko duch przeszedł do ataku na Finna, wyszłam z kryjówki i podbiegłam do nich. Zjawa wykorzystała swoje zdolności telekinetyczne i cisnęła śmietnikiem w mojego partnera, który w samą porę odskoczył w bok.

Pieczenie ramienia wzmagało się z każdym krokiem. Stłumiłam je i skierowałam całą uwagę na amulet na swojej szyi. Zamknięta w nim magiczna siła pulsowała, potem niczym świecąca niebieska mgławica przemknęła po moich palcach i je oplotła.

Stojąc nadal w rozkroku, pozwoliłam, żeby ta energia przepłynęła mi przez dłonie. W tym momencie postać z zaświatów mnie zauważyła i zawirowała. Jej oczy znajdowały się w głębokich dołach i rozszerzyły się na widok skoncentrowanej magii. Duch prawdopodobnie już przeczuwał, co go czeka.

Tylko się uśmiechnęłam.

– Bye, bye.

Później wyrzuciłam ręce przed siebie. Magiczna siła lśniącym niebieskim promieniem uderzyła w postać i przeniknęła ją od stóp do głów. Przez chwilę, może dwie unosiła się jeszcze bez ruchu nad ziemią, potem rozprysnęła się na tysiące malusieńkich cząsteczek światła, które zaraz, błysnąwszy po raz ostatni, rozpłynęły się w powietrzu.

W parku zapadła cisza. Najpierw słyszałam tylko swój oddech i szum krwi w uszach, stopniowo jednak zaczęły docierać do mnie odgłosy nocy. Cichy plusk wody, cykanie świerszczy, szelest liści na drzewach. Pohukiwanie sowy.

Finn zabezpieczył okolicę, po czym przytruchtał do mnie.

– Świetna robota. Wszystko w porządku?

– W jak najlepszym.

Pieczenie ramienia nagle ustąpiło i poczułam wręcz, jak maluteńka cząstka blizny znika z mojej skóry. Odetchnęłam z ulgą. Jeśli pominąć ogarniające mój organizm zmęczenie, które dopadało mnie po każdym użyciu magii z amuletu, czułam się dobrze.

Wsunęłam wisiorek z powrotem pod ubranie i naciągnęłam kaptur. Potem odwróciłam się do Finna i posłałam mu szeroki uśmiech.

Zaniepokojony ściągnął brwi.

– Co jest?

– Bądź tak miły i trzymaj się z dala od duchów i innych kreatur! – Wwierciłam mu palec w pierś. – I jeśli do jutra rana jeszcze raz do mnie zadzwonisz, gorzko tego pożałujesz.

– Aye. – Rozbawiony pokręcił głową. – No dalej, już cię tu nie ma. Smacznego deseru! – Zawołał za mną, ale nie odwróciłam się do niego, jedynie uśmiechałam się pod nosem. Nie wiem, jak ten typ to robi, ale nigdy nie mogę się zbyt długo na niego złościć. Po raz kolejny zaświtało mi w głowie pytanie, czy z Niallem byłoby dziś tak samo… Gdyby tylko mój brat tu był.

Ból nadszedł szybko i nagle, ale nie niespodziewanie. Zacisnęłam zęby, pędząc dalej przez ciemny park, Finn zaś pomaszerował w przeciwnym kierunku. Z każdym krokiem usiłowałam wypierać myśli, a przede wszystkim poczucie winy. Nic tu po nich. Dzisiejszego wieczoru nie miałam w programie więcej duchów ani magii, za to mnóstwo dobrej zabawy. I tort czekoladowy.

Rozdział 2

Roxy

Zaraz będę, napisałam po drodze Seamusowi.

Odpowiedź nadeszła natychmiast:

Nie mogę się doczekać! :D

Z uśmiechem na twarzy schowałam komórkę do torebki i przyspieszyłam kroku. Nie bałam się chodzić nocą po parku, bo zarówno moja była mentorka – magic hunterka – jak i hunterzy z londyńskiej kwatery bardzo dobrze mnie wyszkolili. Może po tych kilku latach nie byłam specjalistką w walce wręcz jak Finn, ale przynajmniej potrafiłam się obronić, a w razie czego mogłam wykorzystać magię. Czy to przeciwko jakimś paranormalnym kreaturom, które tu grasowały, czy też natrętnym typom. Chociaż wolałabym rozkwasić im nos niż narażać siebie i innych hunterów na niebezpieczeństwo, gdyby mój amulet aktywował się na oczach zwykłego człowieka.

Spięłam barki i jeszcze przyspieszyłam. Ledwie zauważyłam, jak zimno się zrobiło. Mimo to, gdyby mi nie zależało, żeby jak najszybciej wrócić do restauracji i Seamusa, pokonałabym ten odcinek pieszo, zamiast iść teraz do najbliższej stacji metra. Inni uznaliby mnie może za wariatkę, skoro dobrowolnie wędruję po okolicy, ale pochodzę z małej wioski na zachodnim wybrzeżu Irlandii i długie przechadzki zawsze należały do mojej codzienności. Przede wszystkim o takich porach jak ta – późnymi wieczorami, gdy delikatna mżawka oczyszczała miejskie powietrze i ziemistą woń parku czuć było aż nadto wyraźnie – z żalem myślałam o tym, że będę musiała się skończyć spacer, wchodząc do śmierdzącego tunelu metra.

Im bliżej byłam południowego wyjścia z parku, tym bardziej cisza ustępowała odgłosom miasta. Szum przejeżdżających pojazdów, wyjący gdzieś w pobliżu alarm samochodu. Zaraz dotrę do ulicy i powrócę do cywilizacji.

Założyłam za ucho kilka jasnych kosmyków, które wiatr zwiał mi na twarz, przesłaniając na chwilę pole widzenia. Gdy znów coś zobaczyłam, zatrzymałam się jak wryta. Serce mi dudniło. Cała się spięłam. I zaraz głęboko pożałowałam, że nie wzięłam ze sobą kuszy.

Wręcz zbyt dotkliwie poczułam zimno. Na skórze pojawiła mi się gęsia skórka. Przyjrzałam się facetowi, który stał w ciemności, oddalony ode mnie jedynie o kilka kroków.

Blizna na ramieniu nie piekła mnie tak jak podczas spotkania z duchem nad stawem, mogło więc chodzić po prostu o jakiegoś odrażającego typa, a nie o istotę paranormalną. Jednak instynktownie wymacałam amulet pod ponczo. Zaraz poczułam pod palcami dobrze mi znane pulsowanie. Wisiorek był ciężki, nieco masywny i nie pasował do mojego stroju, ale nawet gdybym miała taką możliwość, wolałabym zostać żywcem pochowana niż go z siebie zdjąć. I mówi to ktoś z rozwiniętą klaustrofobią.

Nie żebym w ogóle mogła go ruszyć, ale… to szczegół.

Obcy wciąż ani drgnął, po prostu stał w wymiętoszonym ubraniu, ze zwieszonymi rękami, ciemnymi, lekko kręconymi włosami i zastygłym spojrzeniem. Byłby zapewne dość przystojny, gdyby nie opętał go jakiś duch. Duch, który definitywnie nie miał ochoty na pogawędkę ze mną.

Po czym to wnioskowałam? Może naprowadziły mnie niskie grzmoty z jego gardzieli. Może to, że w jednej sekundzie stał nieruchomo, a chwilę później pędził ku mnie z szaleńczą prędkością. A może chodziło o to, że zacisnął mi ręce na szyi?

Obcy przemieścił się tak szybko, że ledwie zdążyłam zareagować. Chwyciłam go zaraz za nadgarstki i spróbowałam się uwolnić. Odruchowo, chociaż wiedziałam, jak powinnam była się zachować. Wprawdzie na kursie samoobrony uczyli mnie czegoś innego, po prostu nie mogłam postąpić inaczej. Charcząc, łapałam powietrze. Przed oczami zatańczyły mi białe punkciki. Adrenalina pulsowała mi w żyłach, szczególnie wtedy, gdy duch mnie uniósł i straciłam kontakt z podłożem.

W duszy walczyłam nie tylko z czystą paniką, lecz także z instynktownymi reakcjami. Puściłam wreszcie jego nadgarstki i drżącymi palcami dotknęłam amuletu. Usiłowałam sobie przypomnieć pobierane nauki i skierować całą uwagę na magię zawartą w wisiorku, sprawę utrudniało jednak zaczynające się niedotlenienie. Tak cholernie utrudnia…

Z każdą sekundą czułam się lżejsza, chociaż moje członki stawały się coraz cięższe i tylko bez życia zwisały w powietrzu. Wzmógł się za to szum w uszach i wreszcie zagłuszył moje urywane sapanie.

Nie chciałam zginąć z rąk niespokojnego ducha, który okupował powłokę jakiegoś człowieka. Nie, nie umrę tak, do cholery. Muszę coś zrobić. Teraz!

Wtem się tam pojawiło. Ciepło. Magia. Ale nie prześlizgnęło się – tak jak zwykle – po moich dłoniach niczym lśniąca niebieska mgła, lecz pulsowało coraz szybciej, coraz gwałtowniej, w takt uderzeń mojego walącego serca.

Potem wszystko eksplodowało z ogłuszającym hukiem.

Impet magicznej energii odrzucił ode mnie napastnika, na mniej więcej metr poderwał w górę opadłe liście, które zawirowały w powietrzu, drzewa zatrzeszczały jak podczas gwałtownej burzy. Wylądowałam stopami na ziemi. Rzężąc, złapałam powietrze i oparłam dłonie o uda. Tak cholernie mało brakowało.

Najchętniej runęłabym na ziemię, zamknęła oczy i poczekała, aż powrócą mi siły, ale nie byłam taka głupia, by ufać, że to koniec. Pierwsza lekcja na temat duchów? Nigdy nie odwracajcie się do nich plecami. Druga? Nie traćcie koncentracji. Znów się wyprostowałam, akurat w chwili, gdy opętany również się podniósł. Dorobił się kilku zadrapań i otarć, jednak duchowi w jego wnętrzu było to obojętne. On tylko wykorzystywał tę powłokę do osiągnięcia swoich celów i z całych sił tłamsił w niej duszę.

Najwyższy czas skończyć z tym pasożytem.

Gdy tym razem dotknęłam amuletu, magia niezwłocznie rozeszła się po moich rękach. Ciepła poświata pulsowała mi między palcami. Mogłam formować ją wedle życzenia, zastosować zgodnie ze swoją wolą. Ale nie byłam w nastroju, żeby się przekomarzać.

Związałam magiczny snopek, przytrzymałam go w sobie i zaczekałam, aż nieznajomy podejdzie bliżej. Jeszcze tylko odrobinę. Jeszcze tylko kroczek i znajdzie się w światle latarni, a ja ujrzę go w całej okazałości. Potem wysunęłam ręce. Snop czystej energii wystrzelił prosto w mężczyznę, przeleciał przez niego na wylot i z zawrotną prędkością rozszedł się po nim. Obcy zastygł w pół ruchu, wstrząśnięty tą siłą. Latarnie dookoła nas zaczęły migać i wyglądało to tak, jakby cały świat wstrzymał oddech… a potem to się skończyło.

Inaczej niż dotąd, nie dostrzegłam gołym okiem, jak duch się rozpryskuje. Widziałam tylko, jak mężczyzna upada na kolana niczym marionetka, której ktoś odciął nitki. Przez moment w powietrzu utrzymywała się poświata, ale zaraz zniknęła.

W przeciwieństwie jednak do moich wcześniejszych doświadczeń z wypędzaniem ducha, ten mężczyzna nie wstał. Nie. On zapadł się w sobie jeszcze bardziej, runął do przodu i został na ziemi bez życia.

– Chyba sobie kpisz? – Skonsternowana zadarłam głowę i wpatrzyłam się w zachmurzone niebo, chociaż mój wzrok powinien raczej powędrować w dół, w kierunku podziemia. Nawet jeśli w rzeczywistości nie znajdowało się ono pode mną. – Tego nie było w umowie!

Mimo to podbiegłam do młodego mężczyzny – bo co, powiedzmy sobie szczerze, mogłam zrobić innego? Pozwolić mu umrzeć u swoich stóp? Na pewno nie.

Pospiesznie opadłam obok niego na kolana i sprawdziłam, czy oddycha.

Nie oddychał.

Puls? Bicie serca?

Też nic. Za to mój oddech niezmiernie przyspieszył i na nowo jak lodowata trucizna zaczęła mnie ogarniać panika.

– Obudź się, wstawaj! – Ręce mi drżały, kiedy dotknęłam jego mostka, szukając odpowiedniego miejsca do masażu serca. – Nie po to uwolniłam cię od tego ducha, żebyś mi tu teraz wykorkował!

Gdy tylko znalazłam właściwy punkt, oparłam się tam obiema rękami i rozpoczęłam reanimację. Po chwili przyszło mi do głowy, że może powinnam zadzwonić po karetkę. Lub po pomoc. Finn nie mógł odejść zbyt daleko.

– Fuck! – przerwałam uciskanie i wyjęłam komórkę z torebki. Jak w jakimś przeklętym koszmarze sekundy ciągnęły się w nieskończoność, zanim w ogóle udało mi się wybrać odpowiedni numer. Gdy rozległ się pierwszy sygnał, włączyłam głośnik i wróciłam do masażu serca.

Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć.

Kurna, ten koleś wciąż nie oddycha. A nawet jeszcze zbladł, chociaż wydawało się to niemożliwe.

– No dalej! – wydyszałam. – Takie ciacho nie może teraz zginąć!

Pochyliłam się, odgięłam mu głowę do tyłu i zaczęłam sztuczne oddychanie. Jego usta były tak zimne, że jeszcze mocniej zadrżałam. A jego zarost mnie drapał.

Skup się, Roxy! Ten typ zaraz się pożegna z życiem doczesnym, więc jakie to ma znaczenie, czy jego broda drapie, czy nie!

Znów się wyprostowałam, uciskałam jego tułów obiema rękami i liczyłam dalej. Towarzyszył temu niekończący się sygnał oczekiwania na połączenie.

– Hej. – Rozległ się wreszcie znajomy głos po drugiej stronie słuchawki. – Co się dzie…

– Karetkę! – zawołałam. – Przyślij mi tu, do cholery, lekarza! Szamana! Buddyjskiego uzdrowiciela! Wszystko jedno, byle tylko ten ktoś mógł go wskrzesić.

– Wskrze… Och, bloody hell! Gdzie jesteś?

– W parku. Przy południowym wejściu – wyrzuciłam z siebie i znów przycisnęłam dłonie do klatki piersiowej nieznajomego. Wzbraniałam się przed tym, żeby dać po prostu za wygraną. – Uwolniłam faceta od ducha, a potem koleś ot tak prawie zszedł.

Znów musiałam przerwać na sztuczne oddychanie, potem z głośnika dobiegła mnie zbawienna wiadomość:

– Już idę!

Bogu niech będą dzięki!

– Czekaj… – wymamrotałam i wlepiłam wzrok w twarz obcego. – Wydaje mi się, że już oddycha.

Na próbę przytrzymałam palec pod jego nosem i przy jego ustach.

Tak! Faktycznie. Ciepłe powietrze muskało moją skórę. Z poczucia ulgi osunęłam się na ziemię. Ale wiedziałam, że to jeszcze nie wszystko.

– Zaraz tam będę! – Dobiegł mnie głos Finna, potem mój partner się rozłączył.

Stękając, odwróciłam nieznajomego na bok i ułożyłam go w pozycji bocznej bezpiecznej. Po raz pierwszy cieszyłam się, że Maxwell, koordynator londyńskiej kwatery, co kilka miesięcy zmusza nas wszystkich do odświeżenia sobie kursu pierwszej pomocy. To prawdopodobnie uratowało temu kolesiowi życie.

Kiedy jeszcze raz się upewniłam, że wciąż dzielnie oddycha, usiadłam na asfalcie i czekałam. Dużo więcej nie mogłam zrobić. Byłam w stanie uwalniać ludzi od duchów, które opanowały ich ciała, wysyłać ghule na wegetariańską dietę w zaświaty, a w razie konieczności mogłam nawet utrzymać w szachu wampiry i inne potwory, ale nie byłam ani czarodziejką, ani lekarką. A ten facet pilnie potrzebował kogoś takiego.

Czekając na Finna i karetkę, miałam chwilę, żeby dokładniej przyjrzeć się nieznajomemu. Jego ubranie zdawało się znoszone, a buty dziurawe. Ewidentnie przydałby mu się prysznic, kilka nowych ciuchów i wizyta u fryzjera, bo ciemne kręcone kosmyki sterczały mu rozczochrane na głowie. Nie zaszkodziłoby też, gdyby się ogolił. Mimo że był nieprzytomny, miał w sobie coś, co czyniło go atrakcyjnym. A może moje oczekiwania po trzeciej sknoconej randce w tym miesiącu aż tak się obniżyły. Po tym, co się wydarzyło, byłam pewna, że tego wieczoru nie zobaczę już ani Seamusa, ani tortu czekoladowego.

Świetnie.

Ze zmarszczonym czołem przyglądałam się twarzy mężczyzny. Z bliska wydawała się dość szczupła, wręcz zapadnięta. Może był bezdomny? W każdym razie wyglądał tak, jakby od chwili opętania nie jadł zbyt wiele. Całkiem możliwe, że ten duch miał go w swoim posiadaniu już od dłuższego czasu i dlatego koleś tak wychudł i się zapuścił. Słyszałam o takich przypadkach, chociaż nigdy wcześniej nie przytrafiły się w Londynie. Tutaj hunterzy Maxwella pedantycznie pilnowali, żeby w mieście panował porządek. To oznaczało, że po ulicach nie mogli kręcić się opętani ludzie, a istot paranormalnych powinno być jak najmniej. Nie wspominając już o gremlinach, wampirach, czarownicach i legendarnych black shucks. Wzdrygnęłam się na samą myśl o tych przerażająco czarnych psach.

Coraz wyraźniej słyszałam czyjeś kroki, potem z ciemności wyłonił się Finn.

– Gdzie ta karetka? – spytałam i znów przystawiłam palec do twarzy nieznajomego. Oddychał. Najwyraźniej przetrwał najgorsze, ale mimo wszystko dziwne, że prawie zszedł. Zazwyczaj ludzie nie reagowali na egzorcyzmy aż tak gwałtownie. Byli może trochę zdezorientowani, niektórym kręciło się w głowie lub wymiotowali za najbliższym krzakiem, ale nie wyciągali od razu kopyt.

Finn pokręcił głową.

– Nie wzywałem. Zabierzmy go do kwatery. Pomóż mi go podnieść. – Ukucnął obok mężczyzny i wsunął mu ręce pod ramiona.

Przez sekundę lub dwie wpatrywałam się w Finna, potem jednak sama wstałam, żeby chwycić mężczyznę za nogi.

– Dlaczego? Kto tak mówi?

Jego wzrok wystarczył mi za odpowiedź.

Maxwell.

Rozdział 3

Nieznajomy

W głowie mi huczało. Kurna, w całym ciele mi huczało, jakbym harował dobry tydzień. Poza tym pikało mi w uchu i nie chciało przestać.

W świadomość wwiercał mi się jakiś skrzeczący odgłos. Czy to ja?

Spróbowałem otworzyć oczy, ale jakby ktoś położył mi na twarz cholerną sztangę z nieskończoną liczbą obciążników. Stękając, spróbowałem jeszcze raz. Coś jasnego oślepiło mnie i zmusiło, żebym znów zacisnął powieki. Co, do diabła…? Byłem martwy i szedłem w stronę światła, czy jak to się mówi? Czułem się raczej jak w piekle…

Mijały sekundy, wciąż miałem zamknięte oczy, ale pozostałe zmysły coraz raźniej budziły się do życia. Mimo dudnienia w głowie wydawało mi się, że słyszę kroki. Ktoś tu był. Biegał dookoła. Trzy kroki w przód. Trzy kroki w tył. Raz za razem.

Było ciepło, nie wiało, musiałem więc znajdować się w zamkniętym pomieszczeniu. Dobre i to. Już na samą myśl o tym, że mogę leżeć w lesie lub na jakiejś polanie, bezradnie wystawiony na pożarcie tym wszystkim gryzoniom, i odsypiać kaca, włos jeżył mi się na głowie. Nie, dziękuję.

Ale gdzie ja się, do cholery, znajdowałem? I dlaczego tu byłem? Co takiego się stało?

Na próbę poruszyłem najpierw palcami u ręki, potem palcami u nóg. Miałem czucie. Dzięki Bogu. Najwyższy czas się obudzić. Tym razem nie poprzestałem na niepewnym mruganiu. Otworzyłem oczy – a chwilę później zacisnąłem powieki, bo znów oślepiło mnie ostre światło. Au!

– Witamy wśród żywych. – Rozległ się obcy głos. Jakiejś kobiety. Dźwięczny. Poniekąd chłodny.

Kiedy lekko uniosłem powieki, nie wpatrywałem się już w ostre światło sufitowej lampy nad sobą, lecz skierowałem wzrok na nieznajomą, która stała w nogach łóżka.

Miała jasne, niewiarygodnie długie włosy, sięgające jej do talii, i kolorową bluzkę ze wzorem, który dodatkowo potęgował mój ból głowy, do tego łańcuszek z ciężkim niebieskim wisiorkiem na szyi. Oparła się dłońmi o metalową ramę łóżka i podczas gdy ja mierzyłem wzrokiem tę część jej ciała, którą mogłem dojrzeć ze swojej miejscówki, zdawało mi się, że ona ani na chwilę nie odrywa wzroku od mojej twarzy. Na jej szyi widniały jakieś czerwone ślady, ale z oddali nie mogłem się im dokładniej przyjrzeć. Kiedy znów dotarłem do twarzy i dostrzegłem nieufny wyraz jej jasnobrązowych oczu, kąciki ust mimochodem podjechały mi do góry.

– Witaj, aniele!

Boże, mój głos brzmiał tak sucho i chropowato, jakbym połknął nie tylko żabę, ale od razu cały staw.

Chciałem się podrapać po twarzy, ale mój ruch napotkał opór. Po raz pierwszy rozejrzałem się dookoła.

Zaczął mnie ogarniać strach. I to nie dlatego, że leżałem na łóżku pod cienką kołdrą i byłem cały ubrany na biało – ale dlatego, że byłem związany. Ktoś przywiązał mnie do łóżka za nadgarstki i kostki. Co, u licha?

Serce zabiło mi prędzej, a dotychczasowe równomierne pikanie w tle przyspieszyło i się wzmogło. Przytłaczające uczucie ścisnęło mnie w piersi i gardle. Obudziłem się w obcym miejscu przywiązany do łóżka. Takie coś usprawiedliwia panikę. Nawet wielką panikę.

Zmusiłem się jednak, żeby głęboko odetchnąć – raz, dwa, a może nawet trzy razy, potem znów podniosłem wzrok i utkwiłem go w młodej kobiecie w nogach łóżka.

– Trochę inaczej sobie wyobrażałem nasze zabawy w wiązanie, ale… okej.

Zero uśmiechu. Nie drgnęły jej nawet kąciki ust. Wszystko wskazywało na to, że mam do czynienia z twardym i dość kiepsko usposobionym babskiem. Ale w zasadzie było mi wszystko jedno. Miałem wrażenie, że tylko tego typu teksty powstrzymują mnie chwilowo przed popadnięciem w całkowity obłęd.

– Jestem Roxy – przedstawiła się.

Jej słowom towarzyszył melodyjny akcent. Akcent, którego wcześniej nie słyszałem i nie do końca umiałem go przyporządkować. Skąd była? Albo – co o wiele ważniejsze – gdzie my teraz byliśmy?

– Kim jesteś? – spytała.

– Nazywam się… – zacząłem automatycznie, po czym urwałem, bo w głowie miałem pustkę. Zmarszczyłem czoło, intensywnie się zastanawiając, starałem się zaserwować jej jakąś odpowiedź, ale… nic a nic mi się nie nasunęło. Kurna, kim ja byłem? Jak miałem na imię? Muszę chyba być w stanie przypomnieć sobie swoje przeklęte imię!

Znów nieco głośniej rozległo się pikanie, wydawane przez monitor po mojej lewej. Jednocześnie Roxy stukała palcami w ramę łóżka, a liczne pierścionki na jej palcach uderzały o metal. Raz za razem. Ten dźwięk niczym rozpalona strzała wrzynał się w moją już i tak zmaltretowaną głowę, w której małe paskudne skrzaty urządzały sobie właśnie imprezę.

– Stop.

Przestała i zaskoczona uniosła brwi – były nieco ciemniejsze i stanowiły ciekawy kontrast w stosunku do jej jasnych włosów.

– Ten hałas – wymamrotałem i chciałem się podrapać po czole, ale znów mi się to nie udało z powodu więzów. – Boże, to na serio jest okropne. Mogłabyś…? – Wskazałem brodą.

Roxy zdawała się sceptyczna, odchyliła się jednak i badawczo popatrzyła na lewo. Zapewne na drzwi, których ja nie mogłem dostrzec, bo zasłaniał je parawan rozstawiony obok łóżka przez jakąś dobrą duszę. Po drugiej stronie stała kolejna ścianka działowa, tak że nie dało się zobaczyć okna. Pomieszczenie rozświetlała tylko lampka nad moją głową – wydawała mi się malutka, choć równie dobrze mogła być ogromna. Nie miałem pojęcia, gdzie się znajduję i jaka jest pora dnia. Rozpoznałem jednak zapach i wyposażenie tego miejsca. Leżałem w szpitalu. Lub w ośrodku zamkniętym. Nieszczególnie mnie to uspokoiło. Ta cała Roxy na bank nie była moją pielęgniarką.

Momencik… Skąd mogłem wiedzieć, że to szpital, skoro nie pamiętam nawet, jak się nazywam?

Ku mojej wielkiej uldze Roxy porzuciła swój posterunek w nogach i po kolei uwolniła mi dłonie. Wprawdzie stopy wciąż miałem przywiązane, ale przynajmniej mogłem usiąść, podrapać się po twarzy i po obtartych nadgarstkach.

– Nazywasz się… – powtórzyła Roxy. Tym razem w jej słowach pobrzmiewało wyraźne zniecierpliwienie. Nie, zdecydowanie nie była miłą, wyrozumiałą pielęgniarką, która troszczy się o dobro pacjenta. Ale kim w takim razie była? I gdzie się, do cholery, znajdowałem?

– Może zdradziłabyś mi najpierw, jak tu w ogóle trafiłem? – podsunąłem i rozejrzałem się za czymś do picia, bo w gardle wciąż miałem tak sucho, że tylko skrzeczałem.

Na stoliku koło łóżka stały butelka wody i mały plastikowy kubek. Dla mnie nieosiągalne z powodu więzów na kostkach, które z każdym ruchem zaciskały mi się coraz mocniej.

W milczeniu Roxy obeszła łóżko i z nieprzeniknioną miną podała mi butelkę. Wziąłem ją od niej z wdzięcznością. Ten głupi kubek nie był nikomu do niczego potrzebny. Odkręciłem nakrętkę i napiłem się.

– Jesteśmy w Londynie – odpowiedziała na moje pytanie, nie spuszczając mnie z oczu ani na moment. – Znalazłam cię wczoraj wieczorem w Ravenscourt Park. Straciłeś przytomność, a później musiałam cię reanimować.

Zakrztusiłem się wodą, aż musiałem odkaszlnąć. Fuck, ale mnie paliło! Charcząc, postukałem się w pierś, a pikanie w sali znów się wzmogło. Aparatura, do której mnie podłączono, wariowała, ale ja nie mogłem myśleć o niczym innym: może jednak umarłem? To tak na serio?

Zanosząc się kaszlem, otarłem usta dłonią i wpatrzyłem się w bliznę między kciukiem a palcem wskazującym. Byłem całkowicie pewien, że nigdy jej tam nie widziałem. Nie mówiąc już o tym, że nie pamiętałem, skąd się wzięła.

Pikanie przyspieszyło. Wwiercało się równie boleśnie w moją świadomość, co wcześniejsze stukanie pierścionkiem o metal.

– Nie miałeś przy sobie komórki. Ani dowodu. Ani prawa jazdy. W ogóle żadnych dokumentów czy choćby kluczy, nie wspominając już o pieniądzach. Przypominasz sobie, co się wczoraj stało? – dopytywała. – Co robiłeś tak późno w parku? I jak się nazywasz?

Wciąż przyglądałem się zygzakowatej bliźnie, która jasno odznaczała się na mojej brązowawej skórze, i uświadomiłem sobie, że nie mam zielonego pojęcia, jak właściwie wyglądam. Nie wiedziałem, ani jak się nazywam, ani jaką kawę lubię. Kurna, nie wiedziałem nawet, czy lubię kawę.

W ogóle nic nie wiedziałem.

Roxy

Kilka minut później pożegnałam się z lekarzem dyżurnym – doktorem Fowlerem, który badał nieznajomego wkrótce po przyjęciu go na oddział, i zamknęłam za sobą drzwi, trochę ciszej, niżbym miała na to ochotę. Przeszłam przez ambulatorium z nieprzyjemnym uczuciem w brzuchu i wyszłam na korytarz prowadzący prosto do windy. Na zewnątrz deszcz dudnił o szybę zajmującą całą lewą ścianę, krople na szkle przesłaniały zapierający dech w piersi widok Londynu. Czekając na windę, niezmordowanie krążyłam tam i z powrotem. Jakby mało było, że Finn i ja musieliśmy przywieźć tu tego typka, teraz – kiedy się obudził – nic nie pamięta! Nie potrafi odpowiedzieć na żadne pytanie i chociaż udaje twardziela, widać po nim, że zaczyna panikować. A może raczej słychać – dzięki pikaniu monitora, który rejestruje uderzenia jego serca.

Kim on, do cholery, jest? I dlaczego nic nie pamięta? Czy podczas upadku uderzył się w głowę i teraz cierpi na amnezję? Ma to coś wspólnego z ogólnym wycieńczeniem? A może przepędzenie ducha koniec końców okazało się bardziej szkodliwe niż pomocne?

Ugryzłam się w dolną wargę. Cholera. Nasza lekarka Ingrid Abrahamsson wciąż była w kwaterze w Edynburgu na pogrzebie zaprzyjaźnionego huntera. Musieliśmy zaczekać na jej ocenę, ale doktor Fowler przeprowadził już obszerne badanie wstępne i zapewnił, że mój nowy przyjaciel wyszedł z tego bez szwanku, nie licząc kilku zadrapań i stłuczeń. Przynajmniej zewnętrznie. Teraz, kiedy odzyskał przytomność, sytuacja wyglądała inaczej. Bo „wyjście z tego bez szwanku”powinno oznaczać, że jest w stanie przypomnieć sobie swoją przeszłość. A może wciska mi kit? Tylko po co? Poza tym kardiomonitor pikał bardzo wyraźnie.

Stalowe drzwi otworzyły się przede mną i weszłam do środka. Mechanicznie wstukałam kod dostępu i wybrałam czwarte piętro, winda bezgłośnie ruszyła. Stałam w rozkroku ze skrzyżowanymi na piersi rękami i próbowałam oddychać powoli, kontrolując wdechy i wydechy. Może powinnam była jednak wejść schodami. Nie byłabym szybciej, ale przynajmniej pozbyłabym się trochę rozpierającej mnie energii, od której mrowiła mi skóra. I nie musiałabym wchodzić do metalowego sarkofagu… chociaż moja mentorka dawno mi wytłumaczyła, że rozsądniej jest stawiać czoło lękom niż przed nimi uciekać. Jechałam więc windą, mimo że całą sobą odczuwałam wstręt do panującej w niej ciasnoty.

Kilka sekund później drzwi otworzyły się po raz kolejny. Teraz nie przywitała mnie już ta sama cisza co na dole w ambulatorium. Słyszałam brzęk broni, sapanie mężczyzn i kobiet oraz przyciszoną muzykę, która dobiegała z sal treningowych. Strzały nie docierały do mnie tylko dlatego, że pomieszczenie do treningu strzeleckiego było szczelnie izolowane.

Mijając dwójkę hunterów, przywitałam się z nimi lekkim skinieniem głowy, po czym pokonałam kilka schodków i obiema rękami pchnęłam drzwi sali numer pięć.

– On nie ma pojęcia, co się stało!

– Kto? – Finn zatrzymał się w pół ruchu. W ręku trzymał sztylet, którego używał do walki na ulicy. – Twój kochaś z zeszłej nocy? Seks był tak nieudany, że symuluje amnezję?

Podniosłam pierwszy lepszy przedmiot, który wpadł mi ręce, i cisnęłam nim w Finna. Niestety miał świetny refleks i z drwiącym uśmiechem uchylił się przed nadciągającą rękawicą bokserską.

– Chrzań się, MacLeod! – burknęłam.

Odchylił głowę i się zaśmiał.

– Zakładam, że mówisz o tym młodym człowieku, z którego zeszłej nocy wygnałaś ducha? – wtrącił się Maxwell Cavendish.

Chociaż znałam Maxwella od trzech lat i już trochę czasu spędziłam w tej kwaterze, rzadko zdarzało mi się widzieć go w spodniach treningowych i prostej bluzce z długim rękawem. Wszyscy byli tu przyzwyczajeni do jego nieskalanie czystych koszul, kamizelek i tweedowych marynarek. Nawet swojego ukochanego bentleya reperował w takim stroju. Dla mnie było jednak jasne, że wielu kieruje się pozorami i go nie docenia. Widzieli uprzejmego starszego jegomościa z siwymi włosami i zadbaną brodą, o dobrych manierach i z najbardziej brytyjskim akcentem, jaki kiedykolwiek słyszałam. Nawet nie przypuszczali, że zanim ten magic hunter został przewodniczącym londyńskich łowców, specjalizował się w walce z najgroźniejszymi kreaturami. Ani tego, że w karate miał czarny pas w stopniu 5 dan. To by wyjaśniało, dlaczego Finn, mimo że używał broni, był dość spocony, a Maxwell sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz ogłosić kolejną przerwę na herbatę.

Zacisnęłam wargi i nieznacznie skinęłam.

– Nic nie pamięta. Nawet swojego imienia.

Maxwell w zamyśleniu podrapał się po brodzie.

– Fascynujące. Poproszę Westona, żeby pogrzebał w archiwum, ale o ile się nie mylę, w historii hunterów nie było przypadku całkowitej amnezji po wypędzeniu ducha.

– Nie tylko zapomniał, jak się nazywa i jak się znalazł wczoraj w parku. On w ogóle nic nie pamięta! Null. Nada. Nic. Gdyby go spytać o imię królowej lub o to, kto wygrał ostatni puchar świata w rugby, prawdopodobnie też nie umiałby powiedzieć.

Spoiler alert: nie chodzi wcale o Anglię. Chociaż od stycznia mieszkam w Londynie, jestem Irlandką z krwi i kości i nie mogłam sobie odmówić odrobiny radości z angielskiego nieszczęścia. Okej, w zasadzie nawet zbyt mocno się nie starałam.

Zamyślony Finn obrócił sztylet w palcach.

– Co na to doktorek?

– Doktor Fowler chce zrobić jeszcze kilka badań, teraz gdy pacjent już oprzytomniał i da się z nim porozmawiać, oraz zatrzymać go na obserwację i dożywienie. Przynajmniej do czasu, aż Ingrid wróci i go obejrzy.

Finn prychnął i spakował broń. Wyglądało na to, że trening skończony.

– A więc właściwie nie mamy pojęcia, co z nim jest nie tak.

– Właśnie. A ja nie umiem mu powiedzieć, że prawdopodobnie od dłuższego czasu był opętany przez ducha i dlatego zmizerniał. Albo tego, że być może zawsze taki był, a opętanie jedynie go dobiło. I co z tą pamięcią? – Rozłożyłam ręce, bo na to też nie miałam wytłumaczenia. W gruncie rzeczy powinno mi to zwisać. Wczoraj wieczorem najpewniej uratowałam mu życie, ale to tyle. Nie moja sprawa, co się z nim teraz stanie. Ani trochę. Dlaczego więc się nad tym w ogóle zastanawiam?

Maxwell pokiwał głową w zamyśleniu.

– W porządku. Będziemy mieli go przez jakiś czas na oku.

O nie. Znałam ten ton i to spojrzenie aż za dobrze. Nie, nie i jeszcze raz nie.

Ostrzegawczo uniosłam palec.

– Nie mów…

Jego uśmiech był tak przyjacielski, że zdawał się niemal diaboliczny.

– Od teraz ty za niego odpowiadasz, Roxy.

Wydałam z siebie odgłos, który plasował się między prychnięciem a burknięciem.

– Ach, daj spokój! Wiesz równie dobrze jak ja, że nie mam na to czasu. Muszę…

– Uwolniłaś go wczoraj od ducha i ocuciłaś, tak? – Maxwell przerwał mi bezlitośnie.

Zgrzytnęłam zębami.

– Tak, uwolniłam.

– Więc na razie za niego odpowiadasz.

Zawsze po sobie sprzątaj i nie zostawiaj żadnych śladów.

Tak, znałam te przeklęte zasady, ale miałam w tej chwili o niebo ważniejsze sprawy na głowie niż robienie za opiekunkę kogoś, kto raczej na bank nie wie, kto nam zgotował Brexit i kto jest obecnie prezydentem Stanów Zjednoczonych. Przy czym… akurat te kwestie mógł spokojnie zapomnieć. Sama bym tak chciała.

– I co ja niby mam z nim zrobić? – krzyknęłam za Maxwellem. – Grać w memory, aż wszystko sobie przypomni?

Nie dostałam żadnej odpowiedzi, bo w tym momencie drzwi się za nim zatrzasnęły.

Świetnie. Po prostu świetnie.

– Ach, daj spokój, Roxy – rzucił do mnie z uśmiechem Finn. – W porównaniu z kilkoma twoimi ostatnimi randkami nie będzie to żadna wielka katastrofa.

W odpowiedzi pokazałam mu tylko środkowy palec i wymaszerowałam z sali. Jak gdyby mało mi było Finna, na którego byłam skazana, to teraz w moim życiu pojawił się kolejny typ, z którym będę musiała się użerać. Fantastycznie. Tego właśnie mi było trzeba.

Rozdział 4

Nieznajomy

W głowie wciąż mi huczało. Piękna rudowłosa pielęgniarka o imieniu Sandy sądziła, że to wynik znacznego odwodnienia i niedożywienia. Wprawdzie wpompowywali we mnie jakąś ciecz przez wkłucie w zgięciu łokcia, ale nie odczuwałem jeszcze jej działania. Chyba że celem tego wszystkiego było narobienie mi apetytu. Dopadł mnie wilczy głód. Przez ostatnie dwa dni tak się opychałem, jakbym nie jadł od lat. I to mimo ostrzeżeń Sandy, że organizm musi się najpierw przyzwyczaić do właściwego odżywania. Nie słuchałem jej – i rychło poznałem nową najlepszą przyjaciółkę: muszlę klozetową.

Taa. Leżenie w szpitalu bez żadnych wspomnień i wypluwanie z siebie wnętrzności sprawiały mi ogromną przyjemność. Gorzej z programem telewizyjnym. Ciągnące się bez końca sitcomy, maraton Plotkary i mogące tylko człowieka zdołować wiadomości ze świata. Musiałem się jednak czymś zajmować, inaczej znów zacząłbym łamać sobie głowę.

Kim jestem? Jak się, cholera, nazywam? Jak się tu znalazłem? Kim jest ta cała Roxy, która stała przy moim łóżku, gdy po raz pierwszy otworzyłem oczy? I dlaczego od tamtej pory się tu nie pojawiła?

– Witaj, Jonie Snow! – zaćwierkotała Sandy, gdy weszła do sali. Nie miałem pojęcia, kim był ten typ ani dlaczego tak mnie nazwała, ale była takim słoneczkiem, że nie mogłem się przemóc i jej poprawić. A zresztą, co miałbym jej powiedzieć?

Sorry, nie nazywam się tak, ale nie mam pojęcia, jak naprawdę mam na imię.

Aha, jasne.

Chociaż nie mogłem sobie przypomnieć przeszłości, tego, co lubię i czego nie lubię, ani tych wszystkich rzeczy, które składały się na moją osobę, co nieco wiedziałem. Na przykład to, że znajduję się w szpitalu i jak działa telewizor, umiałem też czytać i pisać – to rozpoznanie nie tylko przyniosło mi ulgę, lecz także rozemocjonowało. Brakowało mi jednak innych informacji: choćby kim są kolesie w wiadomościach i jak wygląda aktualna sytuacja w mistrzostwach Europy w piłce nożnej.

Na razie w mojej karcie wpisano „John Doe”. Najwyraźniej tak nazywano pacjentów, których tożsamości nie dało się ustalić. Tak przynajmniej powiedziała Sandy, kiedy odzyskałem przytomność, a ona sprawdzała moje wyniki i mierzyła mi ciśnienie. Próbowałem więc się zaprzyjaźnić z tym Johnem Doe… lub Jonem Snow. Bez różnicy. Moją prawdziwą tożsamość ktoś jakby spuścił w toalecie; po dwóch dniach wciąż nie wypłynęła.

Z jakiegoś powodu liczyłem na to, że zajrzy tu chociaż policja i zada mi kilka pytań, do tej pory zjawili się jednak tylko szczupły, wysoki blondyn w okularach, który przedstawił się jako Weston, i lekarz o nazwisku Fowler.

Najwyraźniej nikomu mnie nie brakowało.

Wziąłem ze stolika plastikowy kubeczek z galaretką, a notes z ołówkiem zsunął mi się z kolan na materac. Sandy przyniosła mi je wczoraj, mając nadzieję, że zapiszę lub narysuję coś, co aktywuje moje wspomnienia. Do tej pory wyszło z tego tylko kilka pokrzywionych ludzików, parę kwiatków i kółek z krzyżykami. Jeśli to miało ożywić moją pamięć, to najwyraźniej miałem ją na poziomie czterolatka.

Wsunąłem sobie do ust łyżkę z zieloną galaretką, obserwując przy tym, jak Sandy odsuwa parawan. W ciągu ostatnich dwóch dni w pokoju niewiele się zmieniło. Był równie mały, jak wcześniej, a łóżko obok nadal stało puste, podobnie jak szafka. Automatycznie zasuwane żaluzje w jedynym oknie pozostawały opuszczone. Wczoraj przez chwilę próbowałem je podnieść, żeby wyjrzeć przez okno. Ależ to był błąd. Włączył się alarm, Sandy wpadła tu z lekarzem i zapędziła mnie z powrotem do łóżka. Dlatego wolałem już zajmować się telewizją, przynajmniej kiedy nie spałem. Spanie za to było super, a ponieważ nic mi się nie śniło, naprawdę mnie relaksowało.

– Jak się dziś czujemy? – spytała Sandy, nakładając mi mankiet do pomiaru ciśnienia. Nie mogłem się przyzwyczaić do widoku własnego o wiele za chudego ramienia. Niemal tak, jakby mój mózg zachował inny obraz. Tylko jaki dokładnie? Nie miałem pojęcia.

– Czałkem dybrzy – wymamrotałem z plastikową łyżeczką w ustach i sięgnąłem po pilota, żeby wyciszyć film akcji, który właśnie leciał w telewizji. Później po raz kolejny zanurzyłem łyżeczkę w galaretce. – Nic nie pamiętam. Prawdopodobnie jestem najbardziej wyluzowanym i beztroskim człowiekiem na świecie.

– I to się nazywa właściwe podejście. – Z uśmiechem na ustach zanotowała moje wyniki, tak jak zwykle o tej porze.

Minęło już ponad czterdzieści osiem godzin, od kiedy się tu obudziłem. Nie znałem wprawdzie swojego nazwiska ani przeszłości, ale z dość dużą dozą pewnością wiedziałem, że mam słabość do galaretki. I do czekolady. I chipsów. Do wafli ryżowych mniejszą, a z kawą musiałem się jeszcze oswoić, herbata smakowała bez dwóch zdań jak siki, a mleko… ble! Mleko było po prostu ohydne. Serio, kto z własnej woli wlewa je w siebie…

Kres moim rozmyślaniom położyło nagłe pukanie.