Jednak mnie kochaj - Laura Kneidl - ebook

31 osób właśnie czyta

Opis

Kiedy Sage przyjeżdża na studia do Melview w Nevadzie, nie ma ani przyjaciół, ani pieniędzy, ani dachu nad głową. Ma puste konto, śpi w samochodzie, jest zagubiona i niepewna jutra, ale jednocześnie z determinacją walczy o nowe życie. Chce zostawić za sobą bolesną przeszłość, ale ta nie daje o sobie zapomnieć i powraca w postaci natrętnych myśli i obrazów. Sage cierpi na ataki paniki, które pojawiają się w obecności nieznanych mężczyzn, więc życie studenckie staje się dla tej młodej kobiety sporym wyzwaniem. Mroczne przeżycia z rodzinnego domu powracają jak mantra, którą Sage na próżno powtarza: Nie boję się. Na szczęście Sage poznaje na studiach April i znajduje pierwszą bratnią duszę. Sage i April stają się przyjaciółkami, a dorywcza praca w bibliotece uniwersyteckiej pozwala na utrzymanie się w nowym mieście. Sprawy komplikują się, kiedy Sage poznaje niezwykle przystojnego brata April — Lukę, studenta bibliotekoznawstwa, łamacza damskich serc i amatora erotycznych przygód. Początkowo czuje wobec Luki tylko niechęć, obawia się go tak jak wszystkich innych mężczyzn, ale z czasem dostrzega, że Luca to wrażliwy, zraniony człowiek, tak jak ona spragniony prawdziwej bliskości. Kiedy w obecności Luki, na którym coraz bardziej jej zależy, Sage po raz kolejny przeżywa atak lęku, postanawia skorzystać z profesjonalnej pomocy i zaczyna regularne sesje z psychoterapeutką. Tymczasem do samochodu Sage włamują się złodzieje i Sage traci nawet to prowizoryczne schronienie. Z pomocą przychodzą April i Luca, oferując Sage własne mieszkanie. Codzienne przebywanie z Luką pozwala Sage pozbyć się resztek uprzedzeń wobec niego, między Sage i Luką zaczyna iskrzyć, nawiązuje się między nimi emocjonalna i erotyczna więź. Niestety, kiedy wydaje się, że Sage uporała się z przeszłością i zaczyna żyć pełnią życia, przeszłość jeszcze raz pokazuje swe złowrogie oblicze i powraca w najmniej spodziewanej chwili, podczas błogich świątecznych dni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 440

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Berühre mich. Nicht.

Redakcja: Alicja Laskowska

Korekta: Ewa Mościcka

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: ZERO Werbeagentur GmbH

Zdjęcie na okładce: © FinePic / shutterstock

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2017 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright for the Polish edition © 2019 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-845-5

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2019

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2019

Playlista

Sia – Never Give Up

Danko Jones – Don’t Fall In Love

Katelyn Tarver – You Don’t Know

Casper – Ariel

Emilie Autumn – Manic Depression

Kaleo – Automobile

Disturbed – The Sound Of Silence

Florence + The Machine – Long & Lost

Rihanna feat. Calvin Harris – We Found Love

Hozier – Work Song

Jennifer Rostock – Deiche

Adele – Chasing Pavements

Zella Day – Wonderwall

Johnny Cash – One

Silverstein – Smile In Your Sleep

Seether feat. Amy Lee – Broken

Hurts – Stay

Slipknot – Snuff

Slipknot – Goodbye

MIKA – Happy Ending

Dla tych, którzy zawsze byli przy mnie – Bianca, Caro, Kim, Mona, Nadine, Rebecca i Yvonne.

Rozdział 1

Nie boję się.

Ten lęk nie jest realny.

Bez przerwy powtarzam w myślach te słowa z nadzieją, że któregoś dnia mój mózg poradzi sobie z irracjonalnym odczuciem. Tyle że to nie stanie się dzisiaj.

Wytarłam wilgotne dłonie w dżinsy i zaczęłam głęboko oddychać. Powietrze w bibliotece było chłodne i suche od klimatyzacji. Pachniało kurzem i klejem używanym do naprawiania uszkodzonych grzbietów książek.

– W czym mogę pani pomóc?

Zamrugałam i na miękkich nogach zrobiłam krok w przód. Ciemnowłosy bibliotekarz, oczekujący za ladą na moją odpowiedź, nosił ledwo widoczny zarost, tak jakby rano nie zdążył się ogolić. Miał grube palce z obgryzionymi paznokciami i złotą obrączkę. Uśmiechnął się do mnie.

Nie odwzajemniłam uśmiechu, moją twarz zakryło pasmo brązowych włosów. W prawej ręce poczułam zdradliwe mrowienie zwiastujące napad paniki. Zwykle nie wywoływały jej takie sytuacje jak ta, ale nowe otoczenie sprzyjało atakom. Odetchnęłam głęboko i miałam zamiar odpowiedzieć, ale słowa, które przygotowałam sobie rano, nie przeszły mi przez gardło. Nieporadnie wskazałam palcem na wywieszoną obok lady tabliczkę: Poszukujemy pracownika do pomocy przy katalogowaniu zbiorów magazynowych.

Bibliotekarz przyglądał mi się badawczo, a ja przeklinałam w duchu semestr, który oficjalnie rozpoczynał się dopiero za tydzień. W tamtej chwili wyjątkowo chciałam, żeby pojawili się obok mnie jacyś inni studenci. Na ogół nie przepadam za tłumami i unikam dużych grup, ale przynajmniej byłabym jedną z wielu, a nie znajdowałabym się w centrum uwagi. Tymczasem biblioteka była prawie pusta, nie licząc kilku osób ślęczących nad książkami. Przy punkcie informacyjnym stałam sama, więc bibliotekarz mógł patrzeć tylko na mnie.

– Jest pani zainteresowana pracą dorywczą?

– Tak. – Z moich ust wydobył się ochrypły szept.

Brwi bibliotekarza ściągnęły się za okularami. Znałam ten grymas, widziałam go już setki razy na rozmaitych twarzach. Oni wszyscy uważali mnie za stukniętą albo chorobliwie nieśmiałą. Nie byłam ani stuknięta, ani chorobliwie nieśmiała, ale nie miałam zamiaru udowadniać im, że są w błędzie. Lepiej, żeby nie znali prawdy.

– Studiuje pani tutaj?

Kiwnęłam głową.

Bibliotekarz spojrzał na ekran komputera.

– Jak się pani nazywa?

Moje nazwisko.

Znam je.

Muszę je tylko wymówić.

– Sage Derting.

Mężczyzna wprowadził dane do systemu.

– Jest. – Zmarszczył czoło. – Nie podała pani swojego aktualnego adresu. Rozumiem, że już nie mieszka pani w Maine?

Potrząsnęłam głową. Myśl o tym, jak daleko jestem od Maine, złagodziła nieco atak paniki. Celem mojej podróży była ucieczka od dawnego życia i osiągnęłam go. Całymi miesiącami wyczekiwałam tego momentu i stanęłam na głowie, żeby zebrać pieniądze na wyjazd. Jednak benzyna, jedzenie, nocleg w hostelu, przebita opona i wymiana oleju na trasie liczącej prawie trzy tysiące mil kosztowały tyle, że stan mojego konta był bliski zera. Dlatego bardzo potrzebowałam tej pracy. W zeszłym tygodniu zbyt dużo osób mi odmówiło i nie chciałam zaprzepaścić kolejnej szansy.

Odchrząknęłam.

– Na razie szukam mieszkania.

Kłamstwo łatwo przeszło mi przez usta, a bibliotekarz nie zadawał pytań.

Zniknął pod ladą, wyciągnął stamtąd jakiś formularz i przesunął go po blacie w moją stronę.

– Późno się pani zgłasza, ale na nikogo się jeszcze nie zdecydowaliśmy. Proszę pójść prosto do rzędu G, potem w lewo. Za pół godziny zamykamy.

W wyciągniętej ręce trzymał długopis z logo uniwersytetu.

Wpatrywałam się w nią, szacując, jak blisko jego palców znajdą się moje palce, gdy sięgnę po długopis. Piętnaście centymetrów. Zero bezpośredniego kontaktu, ale mimo wszystko będę blisko.

– Mam coś do pisania – powiedziałam, wzięłam formularz i pospiesznie odeszłam.

Mrowienie w dłoni powróciło, kiedy znalazłam się w szerokim przejściu prowadzącym do czytelni w dalszej części biblioteki. Między potężnymi drewnianymi regałami stali pojedynczy studenci, ci, którzy przyjechali wcześniej. Przyjrzałam się uważnie każdemu z osobna – kobietom nie poświęciłam zbyt wiele czasu, ale mężczyzn obejrzałam dokładnie. Wszyscy byli zajęci swoimi książkami albo laptopami i zdawali się nie zwracać na mnie uwagi.

Skręciłam w rząd G i ujrzałam tam stoły z takiego samego ciemnego drewna jak regały. Na końcu siedziało naprzeciwko siebie dwóch typków. Ten, który był do mnie zwrócony plecami, pełen rezygnacji pochylał się nad książką z głową wspartą na dłoniach, tak jakby nic nie rozumiał z tego, co czyta. Drugi w zamyśleniu obgryzał ołówek i nerwowo bębnił palcami w blat stołu. Ku swojemu zaskoczeniu stwierdziłam, że jest przystojny. Miał naturalną opaleniznę, kruczoczarne włosy, a opięty na bicepsach T-shirt wyraźnie wskazywał na to, że chłopak spędza czas nie tylko w bibliotece. Ale ta część mnie, która działała wbrew wszelkiej logice, kazała mi odejść w przeciwnym kierunku. Opadłam na krzesło obok jakiejś dziewczyny na drugim końcu rzędu.

Podniosła wzrok znad książki i zmarszczyła brwi.

– Tak? – zapytała z nutą sceptycyzmu w głosie.

– Cześć. – Uśmiechnęłam się. – Możesz mi pożyczyć coś do pisania?

– Jasne. – Sięgnęła do plecaka i podała mi długopis, który wyglądał dokładnie tak samo jak ten od bibliotekarza.

Wzięłam go bez zastanowienia.

– Dzięki.

– Startujesz na to stanowisko? – Wskazała na leżący przede mną formularz. Od razu rzuciły mi się w oczy jej bransoletki. Były splecione z kawałków skóry i ozdobione kamykami i złotymi elementami, dzięki którym brązowe rzemyki zyskały elegancki i kobiecy wygląd.

Kiwnęłam głową.

– Ty też?

– Nie, przesiadywanie w zakurzonych piwnicach jakoś mnie nie kręci. Mam obiecaną pracę w bistrze. W Le Petit. – Wypowiedziała nazwę lokalu z przesadnym akcentem. – Wiesz gdzie?

– Tak, zajrzałam tam.

Poszłam do tego baru, kiedy zobaczyłam na tablicy ogłoszenie w sprawie pracy. Szybko jednak porzuciłam myśl o ubieganiu się o tę posadę. Stoły były tam tak gęsto poustawiane, że nie dałabym rady przemieszczać się między ludźmi bez dotykania ich. Poza tym pomieszczenie było zagracone, a szerokie bary i kamienna twarz właściciela podziałały na mnie odstraszająco.

– Tak w ogóle to jestem April – przedstawiła się dziewczyna. Jej jasne włosy poskręcane w delikatne fale opadały na ramiona, podkreślając szczupłą twarz. Uświadomiłam sobie, że to pierwsza osoba w moim wieku, z którą rozmawiam po przyjeździe do Melview.

– Sage.

– Miło cię poznać.

April wsunęła notes w książkę i zamknęła ją.

– Jesteś na pierwszym roku?

Przytaknęłam.

– Ty też?

– Tak. Przyjechałam tu dwa tygodnie temu i uczę się na zajęciach dokształcających. Jakby nie wystarczyło, że będą człowieka dręczyć przez cały semestr – westchnęła.

Posłałam jej współczujący uśmiech.

– Skąd pochodzisz?

– Z Brinson. To mała mieścina po drugiej stronie jeziora, jakieś sto mil stąd.

Melview leży w pobliżu jeziora Tahoe i tylko nieduże obszary leśne oddzielają miasto i uczelnię od akwenu otoczonego przez liczne rezerwaty ochrony przyrody.

– A ty jesteś stąd?

Pokręciłam głową.

– Nie, z Maine.

– O rany, masz naprawdę daleko do domu.

Wzruszyłam ramionami i spojrzałam na formularz. Gdyby to ode mnie zależało, ta odległość mogłaby być jeszcze większa. Oczywiście była to idiotyczna myśl, bo trzy tysiące mil stanowiło wystarczający dystans, ale podobała mi się wizja oceanu oddzielającego mnie od mojej przeszłości.

– Chciałam pojechać na zachód Stanów – powiedziałam wymijająco.

– Dlaczego nie od razu do Kalifornii?

– Nie przyjęli mnie na uniwersytet w Los Angeles.

– Szkoda, ale teraz jesteś tutaj i mogłyśmy się poznać. Nie ma czego żałować.

April uśmiechnęła się do mnie i wtedy komórka, która leżała na stole obok niej, zaczęła wibrować. Dziewczyna momentalnie straciła humor. Z westchnieniem odczytała wiadomość.

– Muszę odebrać brata. Najwyższy czas, żeby zrobił prawo jazdy. – Zebrała swoje rzeczy i upchnęła je w czarnym plecaku. – Miło było cię poznać, Sage. Dasz mi swój numer?

– Jasne.

Wymieniłyśmy się numerami, a April życzyła mi powodzenia w ubieganiu się o pracę.

Patrzyłam na nią, dopóki nie zniknęła za następnym regałem. Upewniłam się jeszcze, że typki nadal siedzą nad książkami, i dopiero wtedy zabrałam się za formularz.

Oddałam dokument pięć minut przed zamknięciem biblioteki. Położyłam go na ladzie, żeby uniknąć ewentualnego kontaktu z bibliotekarzem. Przeczytał to, co napisałam, z zadowoleniem kiwnął głową i zakomunikował mi, że w najbliższych dniach skontaktuje się ze mną. Zmusiłam się do uśmiechu – mam nadzieję, że nie było widać, jak bardzo jest sztuczny – i opuściłam stary budynek.

Z informacji, jakie można wyczytać ze strony MVU, wynika, że na początku uniwersytet w Melview był szkołą prywatną, a biblioteka stanowiła rdzeń tej placówki. Dopiero w latach pięćdziesiątych szkoła przekształciła się w uczelnię i od tego czasu kampus stale się rozrastał, co zaowocowało interesującym architektonicznym eklektyzmem. Niektórzy dyrektorzy chcieli utrzymać stary styl, charakterystyczny dla budynków Harvardu czy innych elitarnych amerykańskich uczelni, a inni woleli modernizować i dlatego znajdują się tu nie tylko budynki z kamienia, lecz także nowe zabudowania o prostych bryłach, z dużą ilością szkła i metalu.

Podobała mi się ta mieszanka starego z nowym. Idąc po opustoszałym kampusie na parking, odwróciłam się w stronę biblioteki. Słońce już prawie zaszło, ale o tej porze roku w Nevadzie noce są wyjątkowo ciepłe. W Maine termometry rzadko pokazywały trzydzieści stopni, dlatego miałam więcej swetrów i kurtek, niż trzeba. Poza tym brakowało mi pieniędzy na nowe ubrania. Potrzebowałam tej pracy. Pilnie. I już pomijając ciuchy, bez dodatkowych funduszy z moich studiów też nic nie będzie. Nie miałam za co opłacić uczelni, bo wszystkie moje podania o stypendium zostały odrzucone, a na finansowe wsparcie rodziców nie miałam co liczyć. Prawdopodobnie daliby mi kasę, gdybym o nią poprosiła, ale tego nie zrobię. Pożyczanie pieniędzy wiąże się ze zobowiązaniami, a tych nie chcę mieć wobec swojej rodziny. Prędzej zamieszkam pod mostem, niż wyciągnę do nich rękę po pomoc.

Doszłam do parkingu, na którym stał należący do mnie od trzech miesięcy volkswagen transporter. Czerwona karoseria była porysowana i miejscami zardzewiała, fotele wysiedziane, a silnik nieprzyjemnie ryczał. Ktoś mógłby powiedzieć, że to wrak samochodu, ale ja go uwielbiałam. Nie znam się na mechanice i tym podobnych sprawach, ale to auto dało mi wolność, a poza tym od tygodnia zapewniało dach nad głową.

Odsunęłam wielkie boczne drzwi i weszłam do środka. Od razu włączyłam trzy latarki, które umocowałam pod sufitem za pomocą sznurków, taśmy klejącej i drutów. Oświetlały wnętrze, w którym obecnie znajdowało się całe moje życie. Po jednej stronie leżał śpiwór. Rozścieliłam go na karimatach, żeby metalowa podłoga nie dawała mi się tak bardzo we znaki. Miałam tylko jedną poduszkę i starą patchworkową kołdrę zszytą z różowych i fioletowych kawałków. Moja nieżyjąca już babcia uszyła ją przed moimi narodzinami. Kołdra była nieduża i mocno sprana, gdzieniegdzie wystawały z niej nitki i widać było dziurki, ale nie miałam serca jej wyrzucić, bo w pewnym sensie była najbardziej wartościową rzeczą, jaką posiadałam. Przypominała mi o czasach, kiedy wszystko było jeszcze takie, jakie być powinno, a gdy mocniej wciągnęłam powietrze, czasami miałam wrażenie, że nadal pachnie domem babci. Ciasteczkami, ziołami i bezpieczeństwem. Po drugiej stronie, obok prowizorycznego łóżka, stały jeden na drugim dwa kartonowe pudła z ubraniami. Resztę miejsca zajmowały plastikowe pojemniki z akcesoriami do produkcji biżuterii. Projektuję ją i sprzedaję na Etsy.

Usiadłam na śpiworze, owinęłam się patchworkową kołdrą i odczytałam esemesa, który godzinę wcześniej przysłała mi mama.

Próbowałam się do Ciebie dodzwonić, ale nie odbierałaś. Niestety, zaraz wychodzę do pracy. Może w przerwie zadzwonię jeszcze raz, jeśli nie będzie zbyt późno. Kocham Cię, Mama.

Przeczytałam wiadomość po raz drugi z nadzieją, że te słowa coś we mnie poruszą. Wywołają nostalgię. Tęsknotę za domem. Poczucie przynależności. Ale nic takiego się nie wydarzyło; wróciły tylko wspomnienia, o których chciałam zapomnieć. Odetchnęłam głęboko i żeby nie budzić podejrzeń, napisałam do mamy esemesa, w którym życzyłam jej spokojnej nocy w szpitalu. Nie miała pojęcia, co się wydarzyło.

Zanim znowu dopadły mnie złe myśli, przyciągnęłam do siebie jedno z pudeł na biżuterię z rozpoczętymi projektami naszyjników i zabrałam się do roboty.

Zaczęłam projektować bransoletki, naszyjniki i kolczyki jako piętnastolatka. Nawlekanie elementów naszyjników i klejenie kolczyków sprawiało, że nie myślałam o swojej sytuacji, a z czasem ta rzemieślnicza praca stała się ucieczką od codzienności. Kiedy siedzę w swoim vanie, z kołdrą i perełkami, świat wraca na swoje miejsce. Na moment rzeczywistość się zatrzymuje, a ja mogę marzyć o życiu, w którym nie ma lęku. Im więcej biżuterii robię, tym bardziej pochłania mnie ten drugi świat.

Megan, moja przyjaciółka, namówiła mnie do sprzedaży rękodzieła przez internet. Nie obiecywałam sobie po tym zbyt wiele, jednak o dziwo moja biżuteria szybko znalazła nabywców. Wprawdzie nie zbiłam na tym majątku, ale bez sztucznego złota, srebra i skórzanych paseczków nie mogłabym sobie pozwolić na ucieczkę z Maine.

Właściwie nie powinno mnie tu być. Tylko studenci mieszkający w akademikach mogą swobodnie poruszać się w budynkach, ale jeśli chcę wziąć prysznic, nie mam innego wyjścia.

Poczekałam do południa, bo wtedy ludzie wychodzą z akademików i idą na stołówkę. Stanęłam pod drzwiami i udawałam, że zajmuję się swoją komórką, dopóki z akademika nie wyszły dwie dziewczyny. Tak się zagadały, że nawet mnie nie zauważyły. Przytrzymałam drzwi i zanim zdążyły się zamknąć, wskoczyłam do środka. Wyprostowałam plecy, żeby wyglądać na pewną siebie.

Korytarze były puste i wypełnione tak przeraźliwą ciszą, że przywoływały na myśl oficjalne rozpoczęcie roku w dawnych czasach. Tylko z niektórych pokoi dochodziły jakieś szmery. Wbiegłam na schody z ręcznikiem pod pachą. Wprawdzie na każdym piętrze znajdowały się wspólne prysznice, ale w poprzednich dniach zauważyłam, że na pierwszym zainstalowano nowe główki prysznicowe, więc postanowiłam zaznać trochę luksusu. Tabliczkę z napisem Łazienka widziałam już ze schodów. Przyspieszyłam kroku.

Nagle otworzyły się drzwi jednego z pokoi. Drgnęłam ze strachu, ale zmusiłam się, żeby iść dalej i nie zwracać na siebie uwagi. Nie spodziewałam się jednak, że zobaczę mężczyznę.

Zamurowało mnie. Facet naprzeciwko był uosobieniem wszystkich moich lęków. Był wysoki, olbrzymi wobec moich stu sześćdziesięciu pięciu centymetrów. Jego całą prawą rękę pokrywały tatuaże i wydawało mi się, że na wskazującym palcu jest jakaś ciemna plamka. To kazało mi spojrzeć na jego dłonie. Obie miał wolne, w każdej chwili mógł mnie złapać i przycisnąć do ściany. Nagle zrobiło mi się tak zimno, jakby w moich żyłach zamiast krwi płynęła lodowata woda; we wszystkich kończynach poczułam odrętwienie.

Kiedy na mnie spojrzał, gwałtownie wciągnęłam powietrze w płuca. Jego oczy przypominały deszczowy dzień – były mgliste, zimne i szare, a jego twarz okalały jasne loki. Na ustach błąkał mu się krzywy, nieprzyzwoity uśmieszek. Powoli zamknął za sobą drzwi.

Nie boję się.

Ten lęk nie jest realny.

Moja mantra na nic się nie zdała. W tamtej chwili lęk był bardzo realny. Znałam go jak starego kumpla i znowu uległam złudzeniu, że mogę go kontrolować.

Chłopak zrobił kilka ostrożnych kroków w moją stronę. Chciałam stamtąd uciec, ale byłam uwięziona we własnym ciele. Im bliżej podchodził, tym więcej szczegółów dostrzegałam. Na ramieniu miał wytatuowane figury geometryczne układające się w symetryczny wzór. Plamka na palcu okazała się wytatuowaną błyskawicą. Jego nos zdobił mały garb, zbyt proporcjonalny, by mógł być skutkiem złamania, a na szyi odznaczał się fioletowy siniak.

Mimo że facet ledwo na mnie spojrzał, poczułam, że z każdą chwilą rośnie we mnie potrzeba wezwania pomocy. Tyle że nawet gdybym naprawdę chciała to zrobić, nie byłabym w stanie wydać z siebie nawet najcichszego dźwięku.

Tymczasem nieznajomy znajdował się ode mnie już na wyciągnięcie ręki. Odwzajemnił moje spojrzenie i tym razem dostrzegłam w jego wzroku coś lubieżnego. Podobam mu się?

– Nie widziałaś mnie – szepnął groźnie.

Machinalnie kiwnęłam głową.

Uśmiechnął się szeroko, po czym minął mnie i poszedł w stronę schodów.

Stałam nieruchomo, dopóki nie ucichły odgłosy jego kroków. Potem zamknęłam oczy i odetchnęłam głęboko, żeby się uspokoić. Trzęsły mi się ręce, napięcie powoli schodziło z mięśni. Na miękkich nogach poszłam do łazienki. Co chwila oglądałam się za siebie. Facet nie wrócił. Szybko wskoczyłam do środka.

Pięć minut później stałam w strugach ciepłej wody pod jednym z nowych pryszniców. Kąpiel nie odprężyła mnie tak, jak się tego spodziewałam, ale przynajmniej nie byłam już spanikowana. Pozostało tylko przytłumione poczucie dyskomfortu, przez które nie mogłam zapomnieć o tym mężczyźnie. Kto to był? I co robił w żeńskim akademiku? Odpowiedź nasuwała się sama, a malinka na jego szyi zdawała się potwierdzać moje przypuszczenia. Może jestem wykończona i mam paranoję, ale z pewnością nie jestem głupia. W końcu nie wszystkie osiemnastolatki mają równie zaburzone postrzeganie płci przeciwnej jak ja.

Wiem, że moja reakcja była nieuzasadniona i że prawdopodobnie jestem stuknięta. To nie fair wrzucać wszystkich mężczyzn do jednego worka i porównywać z NIM. Na przykład bibliotekarz jest pewnie całkiem normalnym ojcem rodziny, który robi ze swoimi dziećmi zupełnie zwyczajne rzeczy. Był nieszkodliwy i moje racjonalne „ja” od razu to zauważyło. Ale to coś, co wywołuje u mnie lęk, nie ma nic wspólnego z racjonalnością. To odruch, mechanizm obronny, który zaczyna działać, kiedy w pobliżu pojawi się jakiś osobnik rodzaju męskiego, fizycznie silniejszy ode mnie.

Podczas kilku miesięcy poprzedzających ukończenie liceum spotykałam się często ze szkolną psycholożką. Chciałam się dowiedzieć, co skrywa się za moim lękiem, by lepiej go zrozumieć. Próbowałyśmy analizować mój problem i do pewnego stopnia nam się to udało. Doktor Pacat ciągle podkreślała, że naprawdę będzie mogła mi pomóc dopiero wtedy, gdy będę z nią całkowicie szczera. Na to jednak nie byłam gotowa, a skutek był taki, że spotykałyśmy się coraz rzadziej, aż w końcu przestałyśmy się widywać.

Zakręciłam wodę i wycisnęłam na dłoń sporą ilość szamponu o zapachu mango ze sklepu typu: wszystko po 5 złotych. Pienił się porządnie, tak jak lubię, i gdyby jeszcze grało radio, kąpiel pod prysznicem byłaby idealna.

Wystawiłam twarz pod strumień wody, zamknęłam oczy i spłukałam pianę z włosów, i wtedy usłyszałam swój telefon. Nie wygrywał żadnej piosenki z listy przebojów czy czegoś w tym stylu, tylko po prostu dzwonił. Szybko owinęłam się ręcznikiem i wyskoczyłam spod prysznica. Podeszłam do kupki ubrań i mokrą ręką wyciągnęłam komórkę z kieszeni spodni.

– Halo?

– Pani Derting? – usłyszałam jakiś męski głos.

– Tak?

Dobrze wiedzieć, że jestem w stanie przynajmniej rozmawiać z facetami przez telefon.

– Dzwoni Strasse z biblioteki. Była pani zainteresowana pracą dorywczą w magazynie. Chciałem panią poinformować, że dostała pani tę pracę i…

Nie słuchałam tego, co mówił dalej. Kamień spadł mi z serca. Udało mi się powstrzymać pisk, choć zaczęłam podskakiwać z radości.

Mam pracę!

Mam pracę!

Mam pracę!

Pracę!

Pracę, w której zarobię pieniądze! Może niedługo będzie mnie stać na nowe łóżko.

– Proszę przyjść do biblioteki w poniedziałek po zajęciach, przekażę wtedy pani resztę informacji. Czy to pani odpowiada?

– Całkowicie – wypaliłam.

Wiedziałam oczywiście, co to znaczy. Będę musiała pójść z panem Strassem do magazynu. Nie miałam jednak wyboru. I wolałam spędzić parę minut w ciemnej piwnicy z tym facetem, niż przez cały semestr pracować w jakimś barze czy kawiarni. Właśnie tego potrzebowałam: pracy w samotności i odosobnieniu. W bibliotece mogłabym przebywać bez obaw o to, że spotkam jakichś podejrzanych typków.

Rozdział 2

Pierwszy dzień roku akademickiego zaczął się od bólu pleców. Kiedy próbowałam wyjść z transportera, poczułam piekący ból rozlewający się od ramion wzdłuż kręgosłupa aż po kość ogonową. Miałam dopiero osiemnaście lat, ale spanie na podłodze volkswagena nie służy nikomu, bez względu na wiek.

Do tej pory budził mnie tu tylko szum ulicy, ćwierkanie ptaków i stłumione odgłosy rozmów, ale dzisiaj rano usłyszałam potężny chór. Mieszkałam na tym parkingu już od jakiegoś czasu i dopiero teraz kampus wypełnił się życiem. Wszędzie stali, siedzieli albo spacerowali studenci, a na placu zostało zaledwie kilka wolnych miejsc.

Mój wzrok instynktownie zatrzymywał się na męskich twarzach. Szukałam w nich jakichkolwiek oznak wrogości. Wydawało się, że nikt nie zwraca na mnie uwagi, więc iskra paniki, która już się pojawiła, powoli zgasła. Wzięłam głęboki wdech i wykonałam ostrożne skręty tułowia, aż poczułam w kręgosłupie przyjemny ból, i stopniowo z mięśni zaczęło schodzić napięcie.

– Hej, Sage!

Opuściłam ramiona i rozejrzałam się ze zdumieniem. Nikt w Melview nie znał mojego imienia, poza… April. Szła przez parking prosto w moją stronę. W ostatnich dniach przyszło mi kilka razy do głowy, żeby napisać do niej esemesa, ale zawsze rezygnowałam ze strachu, że powiem coś nie tak.

– Dzień dobry. Już się denerwujesz?

Spojrzałam na budynki za jej plecami, rzucające długie cienie na trawnik, i gwałtownie kiwnęłam głową.

– Chyba nikt nie zauważy, jeśli pójdę dzisiaj na wagary?

April ściągnęła mocno uszminkowane usta.

– Chyba nie, ale po co ryzykować? Potem będziesz musiała siedzieć obok najbardziej beznadziejnej osoby w grupie, bo wszystkie inne miejsca będą zajęte.

Potrząsnęłam głową. Oczyma wyobraźni ujrzałam nieznajomego z akademika.

– Racja, lepiej nie.

– No to masz odpowiedź. – April poprawiła pasek plecaka. – Dostałaś pracę w bibliotece?

Uśmiechnęłam się.

– Tak, zaczynam dzisiaj po południu.

Myśl o spędzeniu czasu sam na sam z panem Strassem powodowała u mnie bóle brzucha, ale nie mogłam się już doczekać własnych pieniędzy.

– Wygląda na to, że naprawdę się cieszysz.

– Bo tak jest – zapewniłam. – Chcę tam pracować.

April sceptycznie uniosła wystylizowaną brew.

– Siedzenie w taki piękny dzień w piwnicy na pewno daje mnóstwo radości.

– Tam jest chłodno – odparłam i wyciągnęłam torbę z volkswagena.

Chciałam zasunąć drzwi, ale April nagle zainteresowała się samochodem. Przytrzymała moją rękę i z ciekawością zajrzała do środka. Latarki pod sufitem były wyłączone, ale światło wpadające z zewnątrz wystarczyło, żeby wszystko zobaczyć. I chociaż byłam dumna ze swojego auta i wiedziałam, ile dla mnie znaczy, to zrobiło mi się głupio. Ledwo się znałyśmy i już się dowiedziała, że właściwie jestem bezdomna. Samochód raczej nie był normalnym mieszkaniem.

April wyciągnęła głowę ze środka i spojrzała na mnie.

– Proszę, tylko mi nie mów, że mieszkasz w aucie.

– Nie mieszkam w aucie.

– To kłamstwo?

– Tak.

– Nie możesz tu mieszkać.

– Właśnie że mogę.

Wzruszyłam ramionami i próbowałam zbagatelizować całą sprawę. Zrobiłabym wszystko, żeby April nie patrzyła na mnie z takim współczuciem i troską. Volkswagen może nie był ósmym cudem świata, ale zdarzają się gorsze rzeczy. Wiem, bo je przeżyłam.

– W żadnym wypadku nie możesz tu zostać. – April spojrzała na mój śpiwór i w zamyśleniu przygryzła dolną wargę. – Pogadam z bratem – powiedziała nagle z jakąś dziką determinacją w głosie.

– O czym?

– Zapytam go, czy przez parę dni nie mogłabyś spać u nas na kanapie, dopóki nie znajdziesz jakiegoś mieszkania. – Zawahała się. – Bo przecież szukasz czegoś, prawda?

– Nie – przyznałam.

Brew April znowu powędrowała w górę.

– Nie?

– Tak… to znaczy nie. Nie szukam żadnego mieszkania – wyjaśniłam, jąkając się, i zatrzasnęłam drzwi transportera. – Lubię swój samochód, a poza tym nie chcę się nikomu narzucać.

– Nie narzucasz się, sama ci to zaproponowałam. – April ciągle spoglądała na samochód, mimo że drzwi były już zamknięte. – A moja propozycja jest trochę egoistyczna. Potrzebuję wsparcia. Wiesz, jak to jest, kiedy otaczają cię sami faceci?

Potrząsnęłam głową.

– Okropnie – powiedziała April. – Mój brat mieszka w tym mieszkaniu od trzech lat i traktuje je jak swoje królestwo. Wszędzie walają się jego książki i płyty, a kiedy mnie zdarzy się zostawić w łazience tusz do rzęs, od razu muszę wysłuchiwać kazania. I bez przerwy przesiaduje u nas jego najlepszy przyjaciel. Gapią się razem w telewizor i grają w jakąś głupią strzelankę. A ja nawet nie mogę obejrzeć ulubionego serialu.

– Przykro mi. – Nie zapytałam April, jak niby miałabym spać na kanapie, skoro przez cały czas jej brat ze swoim kumplem bawią się tam jakąś wirtualną bronią, bo w gruncie rzeczy to nie miało znaczenia. – Jeśli brat tak cię wnerwia, to dlaczego z nim zamieszkałaś?

Westchnęła i ruszyłyśmy w stronę uniwersytetu.

– Bo jednocześnie jest moim przyjacielem. Wiem, że to brzmi idiotycznie. Jaką nudziarą trzeba być, żeby przyjaźnić się z własnym bratem. Ale pomijając całe to mieszkanie i jego przygody z dziewczynami, to jest świetny koleś.

– Dla mnie to nie jest nudziarstwo – powiedziałam, nie patrząc na April. Przyglądałam się mijającym nas studentom. Nikt nie zwracał na mnie uwagi i zamiast lęku czułam tylko niepokój, co zdarzało mi się często, kiedy przebywałam wśród ludzi. Niepokój mnie jednak nie paraliżował i nie groził napadem paniki, pod warunkiem że inni trzymali się na dystans. – Ja chciałabym się przyjaźnić z moją siostrą.

– Starsza od ciebie czy młodsza?

– Młodsza. Ma trzynaście lat i jest na mnie wściekła za to, że się wyprowadziłam.

A przynajmniej tak mi się wydaje. Od wyjazdu z Maine nie rozmawiałam z nią, chociaż obiecałam, że zadzwonię. Jednak do tej pory nie odważyłam się na kontakt z moim dawnym życiem z obawy, że miałoby to zły wpływ na nowy początek.

– Rozumiem ją. Starsze rodzeństwo to dopust boży. Zawsze dostają wszystko jako pierwsi i jeszcze nie potrafią tego docenić.

Ja bardzo doceniam uniwersytet i jego oddalenie od Maine, bardziej niż Nora może pojąć. Tyle że nie mogłam o tym powiedzieć April, więc na jej uwagę odpowiedziałam jedynie uśmiechem.

Ściągnęła z nadgarstka gumkę do włosów i upięła swoje blond pukle w niedbały węzeł.

– I tak pogadam z bratem. Będzie wiedział, co jest grane, jeśli zdecydujesz się przyjąć moją propozycję, choćby na jedną noc. W tym samochodzie na pewno nie jest wygodnie.

– Dzięki – odparłam, puszczając mimo uszu jej ostatnią uwagę. – Może kiedyś się skuszę.

April uśmiechnęła się i tym samym zakończyłyśmy rozmowę o mieszkaniu. Szłyśmy przez rozległy kampus w stronę biblioteki, mijając po drodze akademiki i stołówkę.

– Jaki masz pierwszy wykład? – zapytała po chwili.

– Nauki społeczne. A ty?

– Fizykę.

– Fizykę? – powtórzyłam ze zdumieniem.

Kiwnęła głową.

– Do czego ci się to kiedyś przyda?

– Nie wiem jeszcze, ale po prostu lubię fizykę i matmę.

– Że co?

– A czemu nie?

Spojrzałam na April. Musiałam raz w tygodniu chodzić na podstawy matematyki w ramach „kwalifikacji kluczowych” i to mi w zupełności wystarczało.

– Czy to nie jest oczywiste?

Zaśmiała się.

– Co mam ci powiedzieć? Lubię logikę tych przedmiotów. Jeśli znasz sposoby rozwiązania różnych zadań, to nic nie będzie w stanie cię zaskoczyć. À propos wykładu – muszę lecieć.

April wygładziła jasną bluzę ze złoconymi guzikami i poprawiła jej brzeg, żeby nie wysuwał się spod paska dżinsowych boyfriendów.

– Jak wyglądam?

– Jak studentka, która chce dobrze zacząć swój pierwszy dzień.

Na twarzy April pojawił się szeroki uśmiech. Pożegnałyśmy się. Zajęcia na kierunkach humanistycznych odbywały się w starych budynkach na wschód od biblioteki, a nauki przyrodnicze mieściły się w nowych zabudowaniach po zachodniej stronie.

W drodze na wykład od razu zatęskniłam za towarzystwem April. Bez niej dotkliwiej odczuwałam obecność tych wszystkich ludzi w kampusie. Z prawej strony przemknął jakiś zaaferowany student. Inny koleś przeciął mi drogę i prawie na mnie wpadł. A tuż za mną szedł mężczyzna z długimi czarnymi włosami i mogłabym przysiąc, że mam go za plecami już od parkingu.

Przyspieszyłam kroku. Byłam wdzięczna za to, że są tu studentki. Wiedziałam, że na tych studiach będę się musiała zmierzyć z moimi lękami, ale była to cena, jaką musiałam zapłacić za wolność. Wprawdzie istnieją uczelnie tylko dla kobiet, ale od początku nie brałam ich pod uwagę, bo nie mogłam pogodzić się z myślą, że przeszłość do tego stopnia będzie trzymała mnie w szachu. Chciałam prowadzić normalne życie i kiedyś będę na to gotowa. Jedyną przeszkodę stanowi mój lęk, a jedyny sposób, by go przezwyciężyć, polega na stawieniu mu czoła.

Wyprostowałam plecy i poszłam w kierunku budynku, w którym miał się odbyć mój pierwszy wykład. Wcześniejszy przyjazd na kampus miał i tę zaletę, że nie musiałam teraz we wszystkim się rozeznawać. Możliwości spędzania czasu w volkswagenie nie były aż tak liczne, więc dużo spacerowałam po kampusie. Zrobiłam nawet z tego pewien rodzaj zabawy, szukając nowych dróg i skrótów. Poza tym często bywałam w bibliotece, żeby na jakimś ogólnodostępnym komputerze pracować nad nowymi zamówieniami z Etsy. Od kiedy wyjechałam z Maine, doskwierał mi brak sprzętu. Musiałam zostawić w domu laptop, który był własnością całej rodziny, a w komórce brakowało już miejsca na nowe dane. Tymczasem moja nieobecność w sieci od razu miała negatywny wpływ na sprzedaż i oceny. Klienci coraz częściej narzekali, że nie odpowiadam wystarczająco szybko na zapytania, ale w mojej obecnej sytuacji niewiele mogłam zrobić.

Doszłam do wydziału nauk społecznych. Był to nowy budynek, ale zaprojektowany w dawnym stylu. Z daleka trudno było to zauważyć, ale z bliska wyraźnie widać było różnicę. Kamień nie był tak zmurszały, okiennice zbyt równe, a wentylacja działała o niebo lepiej niż w starych budynkach.

Na pierwsze zajęcia przyszło umiarkowanie dużo ludzi. Sala mogła pomieścić tylko około pięćdziesięciu osób i zadawałam sobie pytanie, czy tylko ja od razu rozpoznaję świeżo upieczonych studentów. Siedzieli w milczeniu na krzesłach, porozkładali przed sobą notatniki i czekali na wykładowcę. Starsi studenci siadali na stołach i gawędzili ze sobą w małych grupkach. Przyszło sporo studentek i szybko zajęłam miejsce między dwoma dziewczynami z pierwszego roku, żeby się nie przejmować później jakimś męskim sąsiedztwem. Obie popatrzyły na mnie sceptycznie, ale zignorowałam te spojrzenia, bo byłam już wystarczająco zdenerwowana. Przedtem dzięki April i konieczności dotarcia na zajęcia moje myśli krążyły gdzie indziej, ale nagle zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno zdecydowałam się na właściwy wykład. Co będzie, jeśli mi się nie spodoba? Miałam dosyć sprecyzowane plany na przyszłość, więc odkrycie, że studia mi nie odpowiadają, albo że wręcz ich nie cierpię, byłoby dla mnie sporym rozczarowaniem.

Profesor Carson nie kazała na siebie długo czekać. Była wysoką kobietą w średnim wieku, nosiła długą spódnicę i bluzkę, którą równie dobrze mogłaby włożyć jakaś jej studentka. Odczytała po kolei nasze imiona z listy i musieliśmy się przedstawić grupie, z którą będziemy współpracować w tym semestrze. Przy siedmiu słuchaczach płci męskiej udało mi się powiedzieć coś o sobie bez jąkania się. Potem profesor Carson przedstawiła nam plan nauki i wymagania dotyczące prac, za które pod koniec semestru dostaniemy oceny.

Wykład minął szybko, a potem razem z innymi studentkami poszłam do północnego skrzydła na następne zajęcia – wprowadzenie do psychologii.

Aula była większa, mieściło się w niej około dwustu osób. Nadal przeważały kobiety, ale proporcje były już bardziej wyrównane. Usiadłam obok dwóch studentek, ale cały czas pamiętałam, że za plecami mam jakiegoś faceta. I nie ześwirowałam tylko dlatego, że dzielił nas stół. Solidny drewniany stół – bariera, którą nie tak łatwo sforsować. Ale i tak bez przerwy musiałam wycierać wilgotne dłonie w dżinsy, żeby w ogóle utrzymać długopis w zimnych palcach. Kusiło mnie, żeby się obejrzeć i spojrzeć domniemanemu niebezpieczeństwu prosto w oczy. Oparłam się jednak pokusie i zaczęłam śledzić każdy krok profesora Eriksena. Wszedł po schodkach na katedrę i podał nam wykaz lektur do wykładów i pisemnych egzaminów. Jęknęłam, usłyszawszy, ile pozycji liczy ta lista, wokół mnie też rozległy się odgłosy przerażenia.

– Oczekuję, że przeczytacie państwo wszystkie te książki – powiedział Eriksen z rękami założonymi za plecami. – Może się państwu wydawać, że jest tego sporo, i to prawda, ale psychologia jest złożoną dziedziną. Nie działa tak jak ekonomia przedsiębiorstw. Każdy człowiek jest inny i każda choroba ma wiele twarzy…

Nie słyszałam dalszych słów, bo ktoś dotknął mojego ramienia. Koleś siedzący za mną trącił mnie długopisem. Dlaczego to zrobił? Zacisnęłam zęby i próbowałam znowu normalnie oddychać. W końcu znajdowaliśmy się w auli pełnej ludzi. Nie ma się czym martwić.

Chłopak dotknął mnie znowu. Zignorowałam go, ale kiedy jego długopis wbił mi się w ramię po raz trzeci, nie wytrzymałam. Odwróciłam się i oparłam plecy o mój stół.

Popatrzyłam na niego. Obracał właśnie długopis w palcach. Uśmiechnął się do mnie, a ja w odpowiedzi zmierzyłam go wzrokiem. Miał na sobie czarny T-shirt z postacią, która kojarzyła mi się z pewną grą komputerową, i pomimo upału nosił czapkę. Zsunął ją z czoła mocno w tył, więc widać było jego czarne włosy.

– Hej.

Milczałam. Zamrugałam tylko powiekami.

Chłopak odchrząknął i pochylił się w moją stronę.

– Widziałem cię z April. Szłyście przez kampus.

To nie było pytanie, tylko stwierdzenie.

Kiwnęłam głową.

– Znasz ją?

Byłam w stanie wydobyć z siebie tylko szept, ale ponieważ nadal trwał wykład, nikt nie kojarzył tego szeptu z moim lękiem.

– Od urodzenia.

Niepokój powoli gdzieś się ulotnił, kiedy zrozumiałam, z kim mam do czynienia. Nie był zbyt podobny do April, może z wyjątkiem oczu, tyle że jej miały kolor szary, a jego jasnoniebieski. Patrzył na mnie przyjaźnie, przez co trochę się rozluźniłam.

– Mam na imię Gavin.

Zaschło mi w ustach. Przesunęłam językiem po spierzchniętych wargach.

– Sage.

Gavin uśmiechnął się jeszcze bardziej, a ja się ucieszyłam, że nie przyszło mu do głowy podawać mi rękę.

– Jesteś tą dziewczyną z biblioteki.

Zatkało mnie.

– Mówiła ci o mnie?

Pokiwał głową. Nie zdziwiło mnie to. April wspominała przecież, że ma dobry kontakt z bratem.

– Dostałaś pracę?

– Tak. Dzisiaj zaczynam.

Sama nie wiem, dlaczego mu o tym powiedziałam, chyba dlatego, że i tak by się dowiedział od April. A być może moje irracjonalne emocje w końcu zdecydowały się posłuchać rozumu, a ten w ogóle nie przejmował się Gavinem.

Uśmiechnął się.

– No to fajnie.

– Fajnie – powtórzyłam jak głupia. Liczyłam, że jeszcze coś powie, cokolwiek, bo ja nie byłam w stanie nic powiedzieć. Nigdy wcześniej nie rozmawiałam tak długo z chłopakiem w moim wieku i nie wiedziałam, co się w takich sytuacjach mówi. Gavin jednak zamilkł, więc tylko patrzyliśmy na siebie bez słowa.

Jego spojrzenie było tak przenikliwe, że dostałam gęsiej skórki. Nabrałam powietrza w płuca, otworzyłam usta, ale nie wydobyłam z gardła żadnego dźwięku. Zanim zrobiło się jeszcze dziwniej, odwróciłam się w stronę profesora. Byłam zła na siebie. Czy on powie April, jakie ze mnie dziwadło?

Wykład się skończył. Wszyscy ruszyli do wyjścia i tylko ja zostałam na miejscu, udając, że robię notatki, chociaż w gruncie rzeczy chodziło o to, by uniknąć kontaktu z innymi ludźmi przy wychodzeniu z auli. Nie chciałam się izolować, ale dzięki takim ćwiczonym przez lata trikom łatwiej dawałam sobie z tym wszystkim radę.

Rozdział 3

Po ostatnim wykładzie poszłam do biblioteki. W informacji powitał mnie pan Strasse. Podał mi rękę, ale jej nie uścisnęłam. Wymamrotałam coś o bakteriach, co zostało skwitowane zdumionym spojrzeniem. Strasse poprowadził mnie wzdłuż regałów z książkami do najdalszej części budynku, do której wstępu bronił studentom czerwony sznur. Za nim znajdowało się zejście do piwnicy. Zachowując bezpieczny dystans, podeszłam za bibliotekarzem do zamkniętych drzwi.

Nie boję się.

Ten lęk nie jest realny.

Powtarzanie tych słów pomaga, podobnie jak myśl o tym, co by się ze mną stało, gdybym nie przyjęła tej pracy i musiała wrócić do Maine. To wyobrażenie trzymało mnie w ryzach i pozwalało lepiej znosić całą sytuację.

– Można wyjść z magazynu bez klucza, ale nie można bez niego tam wejść – wyjaśnił Strasse i otworzył drzwi za pomocą czipa, którego przyłożył do klamki.

Światło włączyło się automatycznie i oświetliło pomieszczenie z ciasno ustawionymi metalowymi regałami. W środku było chłodno i sucho, tak jak w całej bibliotece, tyle że w powietrzu unosił się ciężki zapach wieloletniego kurzu.

Pan Strasse poprowadził mnie w głąb pomieszczenia. Musiałam się naprawdę natrudzić, żeby koncentrować się nie tylko na postawie jego ciała, lecz także na jego słowach.

Moja praca była śmiesznie łatwa. Miałam brać pudło książek, wyszukiwać dla nich odpowiednie karty katalogowe w którejś z szaf i wpisywać informacje do komputera w celu digitalizacji zasobów. Każde pudło miało otrzymać własny numer, żeby w razie potrzeby można było je szybko odnaleźć. I tyle. Idealne zajęcie dla kogoś, kto chce się odmóżdżyć i zapomnieć o stresującym dniu na uczelni.

– Ma pani jakieś pytania?

Potrząsnęłam głową.

– W razie czego, wie pani, gdzie mnie szukać.

Pokiwałam głową i minutę później drzwi zamknęły się za panem Strassem. Byłam sama.

Kiedy podeszłam do regału, żeby wyciągnąć pierwszy karton, usłyszałam, jak moje kroki odbijają się echem w pomieszczeniu. Na pokrywie zalegała gruba warstwa kurzu. Podniosłam ją ostrożnie i przejrzałam książki.

Po godzinie skończyłam pracę przy pierwszym pudle. Zajęcie nie było ciężkie, ale poszczególne czynności zajmowały więcej czasu, niż się spodziewałam. Na przykład nie wszystkie karty katalogowe w szafie były poukładane alfabetycznie.

Odkładałam właśnie karton na miejsce, gdy usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Przypuszczałam, że to pan Strasse, który przychodzi sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Wstałam i z zadowoleniem stwierdziłam, że nie czuję strachu. Monotonna manualna praca zawsze mnie uspokajała. Poprawiłam bluzkę, nie zwracając uwagi na plamy kurzu, i wyszłam zza regału.

To był on.

Stał tam.

Dokładnie na wprost mnie.

W odległości pięciu kroków stał facet z akademika. Żołądek podjechał mi do gardła, kiedy gapiłam się na czarny tatuaż wystający spod rękawa jego koszulki. Przed moimi oczami rozbłysły obrazy, o których wolałabym zapomnieć i które ścięły mi krew w żyłach. Nogi miałam jak z waty.

– Hej.

Ten głos był równie głęboki jak ten z moich wspomnień.

– Ty jesteś Sage?

Nawet nie zauważyłam, kiedy kiwnęłam głową, ale najwyraźniej to zrobiłam, bo facet mówił dalej.

– Mam na imię Luca. Mamy pracować razem przy digitalizacji.

Nie.

Nie.

Nie.

Nie.

Tylko to dźwięczało mi w głowie.

Mamy pracować razem przy digitalizacji.

To niemożliwe.

Nie możemy razem pracować.

W żadnym wypadku!

Nie ma mowy!

Co innego wytrzymać kilka minut w piwnicy ze Strassem, ale z tym facetem? Nie!

– Chyba już się spotkaliśmy – dodał i zrobił krok w moją stronę. Nosił plecak. Ręce wsunął w kieszenie spodni. – W akademiku. Pamiętasz?

Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.

Tego już było za wiele. Ominęłam go szerokim łukiem i dopadłam drzwi. Zamknęły się za mną z hukiem. Biegłam ciemnym korytarzem, a potem schodami w górę aż do biblioteki. Z ulgą zauważyłam, że byli tam jacyś studenci, oddzielali mnie od tego całego Luki. Mimo to dalej biegłam wzdłuż regałów w poszukiwaniu jakiegoś spokojnego kąta. Widziałam skierowane na mnie zdumione spojrzenia, ale mało mnie one obchodziły.

W końcu dostrzegłam puste miejsce między regałem z książkami a ścianą. Pobiegłam na koniec tej alejki i osunęłam się na podłogę. Przyciągnęłam nogi do brzucha, oplotłam je ramionami i wcisnęłam twarz w kolana. Nie mogłam złapać tchu, chociaż przebiegłam zaledwie kilkaset metrów – albo i mniej – a przed oczami latały mi czarne plamki. Dyszałam i cieszyłam się, że udało mi się wyjść z tego cało. Tak jakby Luca na powitanie przystawił mi nóż do gardła.

Co on tu robi? Pan Strasse nie wspominał o drugim pracowniku. Przypomniałam sobie rozmowę z nim pod prysznicem, kiedy podskakiwałam z radości i nie słyszałam części jego słów. Czy wtedy mówił coś o Luce? Możliwe, choć teraz to nie miało już znaczenia. Jestem tu i on też tu jest. Pytanie, co z tym zrobię. Gdybym miała posłuchać swojego ciała, to powinnam natychmiast rzucić tę robotę. Byłaby to typowa dla mnie reakcja ucieczkowa, która jednak nie stanowiłaby rozwiązania mojego problemu. Wprawdzie więcej bym go nie spotkała, ale nie uchroniłoby mnie to przed wyzwaniami mojego nowego życia. W Melview nie było zbyt dużo możliwości pracy dla studentów, a ja, bez doświadczenia, nie byłam rozchwytywana, o czym dobitnie przekonała mnie cała masa odpowiedzi odmownych. I nawet przy bardziej optymistycznym nastawieniu musiałby minąć jakiś czas, zanim znalazłabym sobie nową pracę, która odpowiadałaby moim potrzebom, a tak długo nie mogłam czekać. Potrzebowałam książek i materiałów do zajęć, a za 43,22 dolary, jakie mi jeszcze pozostały na koncie, nie będę mogła tego wszystkiego kupić. Nie mówiąc o tym, że powoli miałam dosyć zakradania się pod prysznic, spania w transporterze i jedzenia kanapek z automatu. Pożyczka studencka też nie wchodziła w grę, bo czesne i tak już było wysokie, a ostatnie, czego mi było trzeba, to nowe długi i odsetki do spłacania. Nie chciałam kończyć studiów zadłużona po uszy.

Podniosłam głowę i oparłam brodę o kolana. Alejka już nie była pusta. Kilka metrów ode mnie stał starszy mężczyzna. Przez chwilę nie mogłam zrozumieć, co tu robi, ale przypomniałam sobie, że uczelnia daje emerytom możliwość bezpłatnego uczestnictwa w wybranych zajęciach.

Staruszek miał przerzedzone siwe włosy odsłaniające plamy na skórze. Kiedy mnie dostrzegł, zaczął mi się przyglądać spod zmrużonych powiek. Na jego twarzy pojawił się łagodny i jednocześnie smutny uśmiech, tak jakby rozumiał mój ból. Odwzajemniłam uśmiech, a mężczyzna znowu zajął się książkami.

Dlaczego nie mogłam się zachować przy Luce właśnie w taki sposób? Dlaczego moje ciało w każdym mięśniu, w każdym kawałku czyjegoś ciała, w każdym słowie widziało zagrożenie?

Westchnęłam. Wiedziałam już, co robić, nawet jeśli jakaś część mnie buntowała się przeciwko takiemu rozwiązaniu. Wszystkie w miarę sensowne argumenty przemawiały za pozostaniem w tej pracy, opanowaniem lęku i znalezieniem sposobu, by móc pracować z Lucą. Tylko dlaczego akurat z nim? Dlaczego musi to być ktoś, kto budzi najgorsze wspomnienia? Czy nie mógłby to być ktoś podobny do brata April? Ktoś o trzeźwym spojrzeniu i przyjaznym uśmiechu, kto nie skrywa w sobie niczego zwodniczego i diabelskiego?

Od razu porzuciłam te rozmyślania. Donikąd mnie nie doprowadzą, nie mogę nic zmienić w tej sytuacji, mogę tylko próbować się z nią zmierzyć. Podniosłam się więc z podłogi i podeszłam do informacji.

Pan Strasse nie pytał, dlaczego wyszłam z magazynu, i zanim się obejrzałam, znów stałam przed drzwiami w piwnicy. W środku czułam niepokojące drżenie, ale musiałam spróbować. W przeciwnym razie wygrałby mój lęk, a ja nie mogłam pozwolić, by przeszłość miała aż taki wpływ na przyszłość.

Wzięłam głęboki oddech i przestąpiłam próg magazynu.

Luca siedział przy komputerze. Rozparł się na starym biurowym krześle, tak jakby to był wygodny fotel. Ręce założył za głowę i gapił się w sufit. Nie zauważył mnie, więc zdążyłam mu się uważnie przyjrzeć przez kilka sekund. Miał na sobie czarne dżinsy i szary T-shirt podkreślający muskularne, wytatuowane ramiona. Jasne loki w nieładzie opadały mu na twarz, a na szyi nadal miał ślad po malince.

Musiałam bezwiednie wydać z siebie jakiś dźwięk, bo Luca odwrócił się. Jego szare oczy patrzyły na moje zesztywniałe ciało. Zaczęły mi się pocić dłonie i miałam nadzieję, że Luca siedzi zbyt daleko, żeby zauważyć, że cała się trzęsę.

Przez chwilę wpatrywał się we mnie przenikliwym spojrzeniem, a potem uśmiechnął się tym swoim krzywym uśmieszkiem.

– Kiedy następnym razem uciekniesz stąd w panice, chciałbym wiedzieć dlaczego. Myślałem, że się pali.

Zacisnęłam usta i kiwnęłam głową.

– Zaczniemy jeszcze raz? – zapytał i wstał z krzesła, które skrzypnęło pod jego ciężarem.

Kiedy podchodził do mnie, nie spuszczałam wzroku z jego rąk. Stanął przede mną i musiałam wytężyć wszystkie siły, żeby się od niego nie odsunąć.

– Cześć, jestem Luca.

Wyciągnął rękę. Wlepiłam wzrok w jego wytatuowany palec. Błyskawica była trochę podobna do tej Harry’ego Pottera, ale miała więcej zygzaków i zastanawiałam się, czy to coś znaczy.

– Ty musisz być Sage. Pracujemy razem przy katalogowaniu zbiorów.

Przeniosłam wzrok na jego twarz i znowu spojrzałam na jego dłoń. Wahałam się. Nieprawda, nie wahałam się, wiedziałam, że jej nie dotknę. Stał zbyt blisko.

– Mam zakurzone ręce – odparłam i demonstracyjnie schowałam je do kieszeni. Słaba wymówka, i w dodatku wydukałam to z trudem.

Luca uniósł jedną brew i cofnął rękę.

– Pan Strasse powiedział, że wszystko ci wytłumaczył.

Kiwnęłam głową. Znowu.

– No więc?

Luca patrzył na mnie z wyczekiwaniem. Prawy kącik jego ust drgał. Byłam pewna, że serce przestało mi bić – bynajmniej nie z zachwytu.

– Powiesz mi, jak to ma wyglądać, czy mam zgadywać?

Potrząsnęłam głową. Tym razem nie było potakiwania. Miałam powód, żeby trzymać się na dystans. Zrobiłam krok w tył, a wtedy moje stopy, uwięzione pomiędzy Lucą a moim lękiem, zaplątały się i potknęłam się, lecąc w stronę regału, przy którym niedawno pracowałam.

Za plecami usłyszałam kaszel, który przypominał zduszony śmiech. Zignorowałam go i wyciągnęłam z regału karton z książkami. Trzymałam go przed sobą jak tarczę.

– Bierzesz sobie jakieś pudło – powiedziałam, nie spuszczając Luki z oczu. Podeszłam do szafy z kartami katalogowymi i postawiłam przy niej karton z książkami. Luca szedł za mną. Jego kroki odbijały się echem w pomieszczeniu.

– Potem szukasz kart pasujących do książek i wpisujesz dane do komputera. – Wskazałam palcem na prastare pudła z głośno szumiącymi wentylatorami. – Na koniec numerujesz karton i wpisujesz ten numer do systemu, żeby w razie czego można było łatwo odnaleźć potrzebne książki.

– To wszystko? – zapytał Luca.

Potaknęłam i zanim otworzyłam pudło i wyjęłam stamtąd pierwszą książkę, przez chwilę czekałam, aż Luca coś powie albo zada jeszcze jakieś pytanie. Tą książką był stary tom wierszy z pożółkłymi, po części oderwanymi już stronami. Zabrałam się za przeszukiwanie kartoteki, ale nie byłam w stanie całkowicie zapomnieć o chłopaku. Wyraźnie czułam jego obecność, mimo że na niego nie patrzyłam. Kątem oka widziałam, co robi, i słyszałam, jak podchodzi do regału po kolejny karton. Postawił go tuż obok mojego.

Kurz zawirował w powietrzu. Luca zakaszlał. Wzdrygnęłam się. Był blisko. Zbyt blisko. A mimo to ani nie sparaliżowało mnie ze strachu, ani nie uciekłam. Lęk nadal we mnie był, ale najwidoczniej ta emocjonalna, nielogiczna część mnie w końcu zrozumiała, jakie konsekwencje miałaby nieudana współpraca z Lucą.

W kolejnych godzinach pracowaliśmy obok siebie w milczeniu. Robiłam wszystko, żeby zejść mu z oczu. Każda inna dziewczyna pewnie skakałaby z radości, gdyby mogła zostać w magazynie sam na sam z kimś takim jak on. Możliwości, jakie się tu otwierały, były ogromne, ale to właśnie one mnie martwiły. Tym razem jednak mój lęk przynajmniej nie był paraliżujący. Z czasem chyba do mnie dotarło, że Luca nie zjawił się tutaj po to, by mnie skrzywdzić. Tak samo jak ja chce zarobić trochę pieniędzy, a jego milczenie wyraźnie dowodzi, że jestem mu obojętna. Nie interesuje się mną i jeśli tylko nie będę mu wchodzić w drogę, zostawi mnie w spokoju.

Przynajmniej taką mam nadzieję.

Rozdział 4

Rano obudziło mnie pukanie. Zamrugałam, otworzyłam oczy i jęknęłam. Noc minęła zbyt szybko. Próbowałam zignorować te dźwięki, ale znowu ktoś załomotał w bok transportera.

– Minuta! – krzyknęłam zachrypniętym głosem i wygrzebałam się ze śpiwora. Poprawiłam patchworkową kołdrę, która okrywała moje ramiona, i włączyłam jedną z latarek. Spojrzałam na telefon i zobaczyłam, że znowu nie odebrałam telefonu od mamy. Odczytałam wiadomość od niej.

Mam nadzieję, że pierwszy dzień był udany. Tęsknimy za Tobą, Mama.

Nie odpowiedziałam na esemesa i wrzuciłam komórkę do jednej ze skrzynek na biżuterię.

Byłam wyczerpana, chociaż spałam dobre dziesięć godzin, i tylko ból pleców powstrzymał mnie od ponownego położenia się na twardej metalowej podłodze. Dyżur w bibliotece mnie wykończył – fizycznie i psychicznie. Wczorajszy dzień, a przede wszystkim obecność Luki wyssały ze mnie wszystkie siły. Przy wyjściu z pracy czułam jednocześnie ulgę i paniczny strach i parę minut później, kiedy w końcu mój ściśnięty żołądek trochę się rozluźnił, zwymiotowałam za jakimś krzakiem.

Napady paniki przypominały w moim przypadku rosyjską ruletkę, towarzyszyło mi przy tym przekonanie, że każda chwila może być moją ostatnią. Nerwy są wtedy napięte do granic możliwości. A kiedy przychodzi twoja kolej, żeby nacisnąć spust, umierasz w środku, żeby chwilę później, o ile nie natrafiłeś na kulę, znowu powitać życie. Do następnej kolejki. Nieustające krążenie między strachem a ulgą pozbawia człowieka sił. I trzeba opierać się pokusie naciśnięcia spustu sześć razy z rzędu tylko po to, żeby skończyć z niepewnością. Nie żebym próbowała się zabić. Czasem miewałam takie myśli, były to jednak jakieś chaotyczne rozmyślania, jakie przydarzają się wszystkim nastolatkom.

Ktoś znowu zapukał do drzwi transportera. Spojrzałam na siebie i z ulgą stwierdziłam, że nie włożyłam tej właściwie już za małej różowej piżamy. Chyba byłam zbyt zmęczona, żeby się przebrać, i zdjęłam tylko dżinsy. Szybko wskoczyłam w legginsy i otworzyłam drzwi.

Widok April mnie nie zaskoczył, w końcu była jedyną osobą, która wiedziała, że mieszkam w swoim aucie. Miała na sobie ciemne dżinsy i trochę za dużą koszulę w kratkę. Wyglądałaby skromnie, gdyby nie włożyła ozdobnego naszyjnika i wielkich kolczyków. Ja wyglądałabym w tym kiczowato, ale do niej pasowało idealnie.

– Cześć, śpiochu.

Zmrużyłam oczy w jasnym porannym słońcu.

– Dzień dobry.

– Wpuścisz mnie? Przyniosłam śniadanie.

April podniosła papierową torbę i dwa plastikowe kubki w tekturowej podstawce. Poczułam zapach świeżo zaparzonej kawy.

– Śniadanie. Magiczne słowo. – Odsunęłam się, żeby mogła wejść do środka.

Ledwo usiadłyśmy na śpiworze, gdy April wcisnęła mi w dłoń kubek z kawą.

– Dzięki. Nie musiałaś.

– Najpiękniejsze niespodzianki to te, których nie musimy robić.

April uśmiechnęła się i wyciągnęła z torby dwie czekoladowe muffinki.

Już sam ten widok wystarczył, żebym poczuła się wściekle głodna. Z mojego żołądka wydobywało się znajome burczenie. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jadłam muffinki. Były towarem luksusowym, na który po wyprowadzce z domu nie mogłam sobie pozwolić.

– Dziękuję – powtórzyłam i upiłam łyka kawy. – Jak ci poszło wczoraj?

– Było ciężko – westchnęła April. – Myślałam, że kursy przygotowujące są okropne, ale prawdziwe zajęcia to horror. Już po dziesięciu minutach przestałam nadążać za profesorem. Cały czas bazgrał coś na tablicy i nie mogłam tego odczytać. Jeden z moich kolegów, Aaron, w połowie wykładu zapytał, czy nie byłoby lepiej używać laptopa i rzutnika. Profesor Strock prawie go za to wyrzucił z wykładu.

– Urocze – wymamrotałam.

– Dokładnie. – April przewróciła oczami. – A jak było u ciebie?

Zastanawiałam się przez chwilę nad odpowiedzią. Wykłady mi się podobały, koledzy i koleżanki byli mili i nikt poza Gavinem nie zawracał mi głowy. I mimo początkowych trudności panowałam nad swoim lękiem, i mogłam pracować po południu razem z Lucą.

– Dobrze.

– Dobrze? – Uniosła brwi. – To wszystko?

– Bardzo dobrze – poprawiłam się. – Nauki społeczne to będzie bułka z masłem, na psychologię mamy przeczytać z milion książek, a naukowe teksty trudno będzie napisać bez laptopa, ale jakoś to będzie.

– Możesz pożyczać mojego lapka, kiedy nie będzie mi potrzebny. – Odłamała kawałek babeczki i włożyła go do ust.

– Nie trzeba. Od czego jest biblioteka?

– Żeby się obściskiwać między regałami? – April zatrzepotała rzęsami i przez moment myślałam, że robi aluzję do Luki, ale przypomniało mi się, że przecież nawet jej o nim nie wspominałam.

Odchrząknęłam i szybko zmieniłam temat.

– A tak poza tym to spotkałam twojego brata.

– Wiem. – Uśmiechnęła się.

Wyglądało na to, że nie powiedział jej o moim żenującym milczeniu, i zastanawiałam się, czy dzisiaj też usiądzie za mną na wykładzie. Miałam taką nadzieję. Było w nim coś takiego, co trzymało mój lęk na uwięzi. Nadal go czułam, ale przy Gavinie robił się mniejszy i koniecznie musiałam się dowiedzieć, o co w tym chodzi.

– Tak naprawdę śniadanie jest od niego – powiedziała April i zlizała czekoladę z palca. – Mówił, że wyglądałaś wczoraj marnie i na pewno przyda ci się coś takiego. Potem wcisnął mi dziesięć dolarów i kazał kupić dla nas obu coś do jedzenia.

Na myśl o tym, że Gavin mówił o mnie takie rzeczy, od razu zrobiło mi się gorąco i poczułam, jak twarz mi czerwienieje. Miałam tylko nadzieję, że April nie zauważyła tego w panującym w aucie półmroku. Poza tym nie byłam pewna, co to znaczy. Czy było mi przykro, że Gavin odkrył prawdę? Czy może cieszyłam się, że o mnie pomyślał?

– To naprawdę miło z jego strony.

– Tak – prychnęła April i przewróciła oczami. – Wczoraj myślałam, że go uduszę, kiedy mnie wyrzucił z sofy. A potem wyskoczył z tym śniadaniem i cała złość mi przeszła. To chyba najmilszy egoista, jakiego znam. No i w weekend go nie będzie. – Ostatnie zdanie powiedziała bardzo wolno, patrząc na mnie z wyczekiwaniem.

Zmarszczyłam czoło.

– To znaczy?

– To znaczy, że w końcu spokojnie obejrzę swoje seriale, a ty nie będziesz musiała spać w aucie, bo od piątku wieczór do niedzieli po południu sofa będzie wolna.

– Dokąd się wybiera twój brat?

– Tata przyjeżdża, żeby go zabrać do domu. Będą naprawiać razem dach. Nasza macocha zarezerwowała sobie weekend w spa, a ja nie chcę przeszkadzać w spotkaniu ojciec–syn, więc zostaję tutaj. Przyjdziesz do mnie, prawda?

– Nie wiem – zawahałam się.

– Proszę! – April patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem. – Nie chcę siedzieć sama. A poza tym ktoś musi mnie powstrzymać przed zjedzeniem pięciu paczek czipsów.

Wiedziałam, że samotne siedzenie w domu i czipsy to tylko pretekst do wyciągnięcia mnie z transportera, ale nie miałam jej tego za złe. Na jej miejscu pewnie zrobiłam tak samo. A skoro Gavina nie będzie, nie miałam powodu, żeby nie przyjąć zaproszenia.

– Zgoda, ale pod warunkiem że twój brat się na to zgodzi.

– Jasne, że to zrobi. – April uśmiechnęła się do mnie i zjadła ostatni kawałek muffinki.

Odwzajemniłam uśmiech i musiałam przyznać, że cieszyła mnie wizja weekendu z April. Bez mojej najlepszej przyjaciółki Megan, która została w Maine, czułam się w Nevadzie samotnie. Brakowało mi kogoś, z kim mogłabym porozmawiać, a perspektywa spędzenia dwóch nocy na sofie zamiast na podłodze transportera była dosyć kusząca.

Kiedy kończyłam jeść, April wtajemniczyła mnie w szczegóły ulubionych seriali, a ja opowiedziałam jej o mojej biżuterii. Okazało się, że często zagląda na Etsy i że zna mój sklep, i nawet dała się namówić, żeby w weekend pomóc mi trochę przy zamówieniach.

Drugi dzień na uczelni był znacznie przyjemniejszy niż pierwszy, przede wszystkim dlatego, że nie musiałam iść do magazynu, no i tym samym nie musiałam spotykać Luki.

Na psychologii Gavin siedział kilka rzędów za mną. Skinął mi głową, ale nie zamienił ze mną ani słowa. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie podejść do niego i nie podziękować za śniadanie, ale szybko zrezygnowałam z tego pomysłu.

Po zajęciach z pisania tekstów naukowych, zaopatrzona w kanapkę z serem, wróciłam do samochodu. Jedząc, przeglądałam książkę z listy profesora Eriksena. Wypożyczyłam ją sobie z biblioteki na przerwie obiadowej. Rozumiałam z tego tylko połowę, a ponieważ to była książka biblioteczna, nie mogłam niczego podkreślać. W miejscach, które zamierzałam później sprawdzić w internecie, naklejałam karteczki samoprzylepne.

Wieczorem pracowałam przy biżuterii i cieszyłam się, że mogę pobyć sama, kiedy z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek telefonu. Odłożyłam na bok naszyjnik, na który właśnie nawlekałam ozdoby, i miałam nadzieję, że to nie jest znowu mama. Wygrzebałam komórkę spod kołdry i westchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam na wyświetlaczu Megan. Odebrałam z radością i lekkimi wyrzutami sumienia.

– Hej.

Odpowiedziało mi milczenie, a zaraz potem entuzjastyczne:

– Ty żyjesz! A już myślałam, że trzeba zgłosić zaginięcie.

Jak na dziewczynę Megan miała niezwykle niski, ale jednocześnie zmysłowy głos. Uwielbiałam jej słuchać. Nieraz w nocy, kiedy lęk tak mocno trzymał mnie w swoich szponach, że nie mogłam spać, dzwoniłam do Megan. Często opowiadała mi wtedy szczegółowo o swoim dniu albo o swoich pracach, albo po prostu czytała mi coś na głos. Dźwięk jej słów działał na mnie uspokajająco i czasami żartowałyśmy, że Megan jest stworzona do czytania audiobooków.

– Przepraszam, że do ciebie nie zadzwoniłam. – Odsunęłam na bok biżuterię i wyciągnęłam się na śpiworze. – W Maine wszystko w porządku? Albo w Nowym Jorku? Czy gdzie tam teraz jesteś.

Megan się roześmiała.

– W Maine. U nas po staremu, tylko w Walmart poprzestawiano regały. Fascynujące. Aha, przefarbowałam sobie włosy na turkusowo.

– Seksownie – roześmiałam się, niezbyt zaskoczona tą wieścią. Odkąd skończyłyśmy piętnaście lat, Megan regularnie farbowała włosy na wszystkie kolory tęczy. Co miesiąc były inne: zielone, niebieskie plus czerwone, białe, szare i czarne we wszystkich możliwych odcieniach i wariacjach. I choćby nie wiadomo jak dziwny kolor Megan zrobiła sobie na głowie, było jej w nim do twarzy.

– Przesłałam ci parę zdjęć na mejla – powiedziała Megan.

– Zobaczę jutro.

– Napisz, jak ci się podobają.

– Na pewno wyglądasz wspaniale – odparłam i dodałam: – Jak zwykle.

Usłyszałam na wpół rozbawione, na wpół lekceważące prychnięcie.

– Mam nadzieję, że tak jest, bo przez najbliższe tygodnie nie da się nic z tą fryzurą zrobić. A teraz opowiedz mi o Melview. Jak było pierwszego dnia?

– Sporo się działo.

– Dobrych czy złych rzeczy?

Przykryłam się patchworkową kołdrą. O tej porze roku w Nevadzie było przyjemnie ciepło, ale noce bywały zimne. Bez ogrzewania volkswagen szybko się wychładzał.

– Nie wiem, chyba i to, i to – rzuciłam i opowiedziałam jej o Gavinie i zaufaniu, jakim go darzyłam. Nie chciałam się zapędzać i mówić, że podeszłabym do niego bez strachu i wątpliwości, ale miał w sobie coś, co łagodziło mój lęk. To tak jak z tym starszym panem z biblioteki albo z naszym listonoszem z Maine. Nie wywoływali we mnie tak panicznego lęku jak Luca czy inni faceci. Moje ciało instynktownie czuło, że może im zaufać, i to samo dotyczyło Gavina.

– Brzmi fantastycznie – powiedziała Megan po chwili. Oprócz szkolnej psycholożki była jedynym człowiekiem, który wiedział o moim lęku i jego rozmiarach, chociaż nie miała pojęcia, co go wywołuje.

– Naprawdę? – zapytałam niepewnym głosem. Przyznaję, udało mi się jako tako porozmawiać z Gavinem i poradziłam sobie z Lucą, ale czy to wystarczy, żeby te spotkania nazwać „fantastycznymi”?

– Naprawdę – potwierdziła Megan. – Ten Gavin wydaje się całkiem fajny i April też. Cieszę się razem z tobą, że znalazłaś ludzi, z którymi się dogadujesz.

Nie musiała mówić nic więcej, bo i tak w tonie jej głosu usłyszałam: Martwiłam się o ciebie.

– Może nawet trochę się cieszę na myśl, że spotkam się jutro z Gavinem – przyznałam.

Megan pisnęła z zachwytu.

– To ekscytujące! Chcę zobaczyć jego zdjęcie. Opisz mi go.

– Ehm – chrząknęłam. – Ma dłuższe czarne włosy, ale ciągle nosi czapkę, więc nie widziałam za dużo. I ubiera się w koszulki z postaciami z kreskówek. Jest dosyć mocno opalony, ma skórę w czerwonawym odcieniu. Może jego rodzina pochodzi z Meksyku.

Megan cmoknęła.

– Brzmi sexy.

– Bo jest seksowny – zaśmiałam się nerwowo. – Ale najpiękniejsze w nim są oczy. Tak błękitne, że ma się wrażenie, że wprost promienieją. – W przeciwieństwie do szarych oczu, o których nie mogę zapomnieć, ale nie chciałam w tym momencie psuć sobie nastroju rozmyślaniem o Luce.

– Cieszę się, że tak ci się układa – powiedziała Megan. Miałam ochotę ją przytulic. – Byłoby fajnie, gdyby wypaliło z Gavinem. Zaprosisz go na randkę?

Gwałtownie potrząsnęłam głową.

– Za wcześnie. Znamy się dopiero od dwóch dni.

Zwłaszcza że „znamy się” to lekka przesada na określenie tego, co nas łączy. Prawie wszystkiego, co o nim wiem, dowiedziałam się od April.

– A poza tym, czy nie byłoby dziwne, gdybym to ja go zaprosiła?

– Niby dlaczego? Trzeba sobie jakoś radzić. Emancypacja, kochana!

– Może później – odparłam i spróbowałam sobie wyobrazić, jak by to było zagadnąć Gavina i zaprosić go na randkę, zostać z nim sam na sam, pocałować go. Chciałabym wiedzieć, jak to jest być z mężczyzną. Czasami o tym marzę; w marzeniach jestem odważna.