Someone new - Laura Kneidl - ebook
BESTSELLER

Someone new ebook

Laura Kneidl

4,4

60 osób interesuje się tą książką

Opis

Micah jest córką zamożnych prawników i siostrą Adriana, który z powodu swojego homoseksualizmu musiał opuścić rodzinny dom. Dziewczyna nie chce dłużej mieszkać z rodzicami i wyprowadza się. Gdy spotyka nowego sąsiada, nie może uwierzyć własnym oczom: jest nim Julian, chłopak, który kilka tygodni wcześniej stracił przez nią pracę. Micah czuje się fatalnie, w dodatku Julian jest wobec niej zimny i nieprzystępny i nie daje jej szansy na przeprosiny. Zaczyna się fascynować tajemniczą  naturą Juliana i chce go poznać bliżej. Odkrywa przy tym, że Julian trzyma na dystans wszystkich ludzi, nie tylko ją. Skrywa tajemnicę z przeszłości, która może na zawsze zmienić sposób, w jaki Micah go postrzega.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 539

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Someone New

Redakcja: Justyna Techmańska

Korekta: Aneta Szeliga

Skład i łamanie: Robert Majcher

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2019 by Bastei Lübbe AG, Köln

Projekt okładki ZERO Werbeagentur GmbH

Zdjęcie na okładce © FinePic / shutterstock

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-912-4

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Moim wspaniałym czytelnikom

Rozdział 1

Jak długo jeszcze będę musiała to znosić?

Po raz kolejny tego wieczoru zadawałam sobie to pytanie, kiedy Gwendoline Finn, najlepsza przyjaciółka mojej mamy, lustrowała mnie od stóp do głów. Krytycznie przyglądała się moim czarnym włosom z krótką grzywką, sukience od Louisa Vuittona i starym butom marki Jimmy Choo z przedostatniej wiosennej kolekcji. Zmarszczyła nos, co na jej skamieniałej od botoksu twarzy dało efekt zaledwie lekkiego grymasu.

Żyję już jednak jakiś czas na tym świecie i nauczyłam się odczytywać zastygłe miny high society.

– Słyszałam, że nie idzie pani na Yale – powiedziała pani Finn. Jej głos brzmiał przesadnie przyjaźnie, a jednocześnie słychać w nim było dystans. Tak jakby nie znała mnie od urodzenia. Widziała, jak sikam w pieluchy i wpycham sobie do buzi kawałki babki z piasku.

– Dobrze pani słyszała – odpowiedziałam. Czułam się jak Sam Winchester z serialu Nie z tego świata, który skazany był na ciągłe oglądanie rozmaitych rodzajów śmierci brata. Nade mną z kolei wisiała klątwa prowadzenia tej samej rozmowy przez cały wieczór. Poszczególne konwersacje wprawdzie różniły się doborem słów, ale wszystkie kończyły się tak samo: niezrozumieniem i pogardą.

– I rzeczywiście wybiera się pani do tutejszego koledżu?

Z utęsknieniem spojrzałam na jedno z wyjść, po czym kiwnęłam głową.

Pani Finn patrzyła na mnie ze zdumieniem, w którym była nawet odrobina wstrętu, tak jakby się bała, że mogłam złapać na MFC, koledżu w Mayfield, jakąś zaraźliwą chorobę.

Kusiło mnie, aby jej powiedzieć, jaką renomą cieszy się MFC, ale ona i tak by tego nie zrozumiała. Wszystko, co nie było Yale, Brown, Dartmouth, Harvardem czy Princeton, było dla tych ludzi godne pogardy; może jeszcze semestr studiów gdzieś w Europie byłby do zaakceptowania.

– Ale nadal zamierza pani studiować prawo?

– Oczywiście – odpowiedziałam z fałszywym uśmiechem i próbowałam nie myśleć o tym, jak bardzo znienawidzę kolejne lata. Prawda była taka, że nie interesowałam się ani polityką, ani ustawami, ani państwem prawa. O ile w teorii adwokat walczył o sprawiedliwość na świecie (piękna myśl), o tyle w praktyce służył przede wszystkim temu, by bogaci bogacili się jeszcze bardziej, a biedni mieli jeszcze mniej. Przynajmniej tyle udało mi się zaobserwować w ostatnich latach.

– Ta wiadomość z pewnością ucieszy pani rodziców – powiedziała pani Finn, ale to, co naprawdę chciała powiedzieć, brzmiało: „Przynajmniej ty nie będziesz hańbić nazwiska rodziny, studiując sztukę”. – A pani brat? Podróżuje właśnie po Europie, prawda?

– Tak – odpowiedziałam znudzona. Dlaczego ta kobieta musi mnie wkurzać pytaniami, na które zna odpowiedzi? A przynajmniej zna kłamstwa rozsiewane przez moich rodziców. W ich mniemaniu prawda była zbyt wstydliwa, by się nią dzielić. A przecież to oni powinni się wstydzić.

– Mój najstarszy syn, Carter, spędził kilka miesięcy we Włoszech. Wspaniałe doświadczenie. – Pani Finn uniosła rękę i skinęła na kelnerkę.

Natychmiast podeszła do niej młoda kobieta w białej koszuli i czarnych spodniach z materiału z ciemnymi szelkami. Miała włosy gładko zaczesane do tyłu i chociaż się uśmiechała, jej spojrzenie było puste. Nie chciała tu być tak samo jak ja. Mimo to bez mrugnięcia okiem trzymała tacę przed panią Finn, by ta mogła odstawić pusty kieliszek po szampanie i wziąć pełny.

– Czy są jeszcze zakąski z homarem?

– Sprawdzę w kuchni. – Kelnerka podeszła z tacą również do mnie.

Podziękowałam, kręcąc głową, choć odrobina alkoholu na pewno ułatwiłaby mi przeżycie tego wieczoru. Tyle że córce adwokatów nie wypadało łamać ustawy o wychowaniu w trzeźwości, zwłaszcza w obecności klientów, którzy płacą im milionowe honoraria.

– Michaella, tu jesteś!

Na dźwięk głosu mojej mamy obie odwróciłyśmy głowy. Mama miała na sobie ciemny kostium z plisowaną spódnicą, jej szpilki stukały o wypolerowaną marmurową podłogę. W przeciwieństwie do wielu swoich koleżanek mama jeszcze nie wypełniła sobie twarzy botoksem, ale kilka warstw makijażu przykrywało jej zmarszczki i maskowało piegi, które i ja miałam na nosie.

– Cały czas się za tobą rozglądam, chcę cię komuś przedstawić. Poznałaś już Marshalla Millingtona? – Wskazała na młodego mężczyznę, którego ciągnęła za sobą. Był chyba w moim wieku, ale nosił szary garnitur, identyczny jak ten, który wkładał mój ojciec.

– Cieszę się, że w końcu mogę cię poznać – powiedział i wyciągnął rękę na powitanie. Miał miły uśmiech.

Uścisnęłam jego dłoń.

– Marshall Millington. Jaka ładna aliteracja. Jesteś superbohaterem?

– Słucham?

– No, jak Peter Parker albo Wade Wilson – wyjaśniłam.

– Kim oni są? – zapytał ze zdumieniem i bezradnie spojrzał na moją mamę, która rzuciła mi surowe spojrzenie i ledwo zauważalnie pokręciła głową. Młodej kobiecie nie przystoją rozmowy o superbohaterach i komiksach. To są sprawy zastrzeżone dla dzieci i w dodatku wyłącznie dla chłopców, przynajmniej w średniowiecznym świecie moich rodziców.

– Spiderman? Deadpool? Hulk? Bruce Banner?

Marshall zmieszał się jeszcze bardziej. Jakim cudem ci ludzie podobno są tak światowi i jednocześnie żyją na Księżycu? Gdybym napomknęła o Wall Street, Marshall prawdopodobnie godzinami mógłby mówić o akcjach, kursach walut i światowych rynkach.

– Nie przejmuj się – przyszła mu z pomocą mama. – Mnie też nic nie mówią te nazwiska. Michaella zawsze miała osobliwy gust. Wprost urzekający. – Pogłaskała Marshalla po ramieniu. Jej złote bransoletki zadźwięczały, uderzając o siebie.

– Pani Finn?

Wróciła kelnerka. Zamiast tacy z kieliszkami z szampanem trzymała teraz tacę z przekąskami.

Pani Finn, mama i Marshall wzięli małe porcelanowe talerzyki i nałożyli sobie trochę smakołyków.

– Ty nic nie jesz? – Mama spojrzała na mnie pytająco.

– Nie, dziękuję, nie jestem głodna – skłamałam. W rzeczywistości umierałam z głodu, ale nie chciałam znowu wszystkim tłumaczyć, dlaczego homarów i kawioru nie ma w diecie wegetariańskiej, więc dałam sobie spokój.

Przysłuchiwałam się z udawanym zainteresowaniem, jak Marshall opowiada o praktykach w jakiejś gazecie i o tym, jak przeprowadzał wywiad z Donaldem Trumpem Juniorem. Oczywiście był republikaninem, jakżeby inaczej. Zostałam aż do momentu, w którym rozmowa zeszła na obecnego prezydenta i nie mogłam już dłużej tego słuchać. Zostawiłam ich pod pretekstem konieczności odświeżenia się i zanim kolejni klienci i partnerzy biznesowi moich rodziców zdążyli mnie zaczepić, ruszyłam dalej.

Przeszłam przez salon z wysokim sufitem, ciemnym kompletem wypoczynkowym i gigantycznym oknem wykuszowym otwierającym się na ogród. Ale zamiast pójść do łazienki, zwiałam do kuchni. Donośne głosy i śmiechy za moimi plecami robiły się coraz cichsze i po raz pierwszy od dwóch godzin odetchnęłam z ulgą.

Choć moi rodzice nigdy nie przebywali w kuchni, była tak wielka jak kawalerka i miała na wyposażeniu profesjonalny piec, jaki każdy kucharz chciałby mieć w swojej pięciogwiazdkowej restauracji. Gotowała tutaj jednak tylko Rita, gosposia. Nawet serwowane przez obsługę z kateringu przekąski nie były tu przygotowane. Wszędzie stały przykryte folią tace i pojemniki.

Otworzyłam lodówkę, monstrualnych rozmiarów urządzenie ze stali szlachetnej, z podwójnymi drzwiami i miejscem na jedzenie dla dziesięcioosobowej rodziny. Ze środka ziała jednak pustka, nie licząc jakichś smoothies i kolejnych przekąsek. Zamknęłam lodówkę, zdjęłam buty i wdrapałam się na kredens, co w ciasnej sukience okazało się nie lada wyzwaniem. Moi rodzice nie życzyli sobie w domu białego cukru, więc Rita zawsze chowała dla mnie kilka czekoladowych batonów w najdalszym kącie jednej z szafek. Ale tym razem schowek był pusty.

– Świetnie – mruknęłam zdenerwowana i już miałam zejść z kredensu, gdy z tyłu otworzyły się drzwi. Drgnęłam i musiałam się złapać jednej z szafek, żeby nie spaść. Shit. Odwróciłam się powoli, spodziewając się ujrzeć mamę. Od incydentu sprzed dwóch lat nie spuszczała mnie z oczu na tego typu imprezach. Ale to nie mama weszła do kuchni, tylko kelner.

Stał jak rażony gromem i wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami. Przy próbie zejścia z kredensu podwinęła mi się sukienka i facet miał doskonały widok na moją czerwoną koronkową bieliznę. Gapił się na mnie bez skrępowania.

Wyzywająco uniosłam brew.

– Podoba ci się ten widok?

Przesunął wzrok od mojego tyłka na twarz. Obojętnie wzruszył ramionami.

– Jeśli mam być szczery, bardziej podobałaby mi się czarna bielizna, ale czerwona też jest w porządku.

Ten grubiański komentarz całkowicie zbił mnie z tropu. Większość ludzi, którzy pracowali dla moich rodziców, obchodziła się ze mną jak z jajkiem. Albo uważali mnie za naiwną gąskę, albo bali się, że rozpuszczona panienka narobi im kłopotów. Dlatego mówili przy mnie tylko to, co, jak im się wydawało, chciałabym usłyszeć.

Zeskoczyłam z kredensu, naciągnęłam sukienkę na uda i przeciągle spojrzałam na faceta. Byłam pewna, że jeszcze nie proponował mi dzisiaj szampana. Zwróciłam uwagę na kanciaste rysy twarzy i pełne usta, które właśnie ułożyły się w krzywy uśmiech. I choć spiczasty nos był trochę za duży, nie zmieniało to faktu, że był zdecydowanie najatrakcyjniejszym facetem, jakiego widziałam tego wieczoru. Ciemne włosy, przypominające kolorem karmel, były nieco za długie, tak jakby przegapił ostatnią wizytę u fryzjera, i niedbale zaczesane do tyłu w sposób, jaki nie spodobałby się mojej mamie.

– Czarna jest nudna – powiedziałam w końcu.

– Jest elegancka.

– Twoja bielizna jest czarna?

Przechyliłam głowę i próbowałam z daleka rozpoznać kolor jego oczu, co przy sztucznym świetle reflektorów sufitowych było praktycznie niemożliwe. Domyślałam się jednak, że są niebieskie albo zielone, nie brązowe tak jak moje.

Na twarzy kelnera pojawił się wyraz rozbawienia, na jego gładko ogolonych policzkach pojawiły się dołki. Z całkowitym spokojem odstawił pustą tacę, tak jakby codziennie widywał obnażone kobiety na kredensach.

– Kto powiedział, że w ogóle noszę bieliznę?

– Wiesz, że serwujesz tutaj jedzenie?

– Ale do tego akurat używam rąk, a nie… – Urwał i zacisnął usta, żeby nie powiedzieć tego, co miał już na końcu języka, a potem odchrząknął. – Co ty tu w ogóle robisz? Szukasz czegoś? – Wskazał na otwartą szafkę.

– Jedzenia.

– Przecież jest go mnóstwo.

Prychnęłam.

– Widzę, ale macie coś bez kawioru, homarów i innych martwych zwierząt?

– Obawiam się, że nie.

– Kurczę.

Z jękiem oparłam się o kredens i objęłam się rękami w pasie, jakby to mogło powstrzymać mój żołądek przed ciągłym burczeniem. Dlaczego po drodze nie zatrzymałam się przy Whole Foods?

– Może będę mógł ci pomóc.

Kelner podszedł bliżej i zobaczyłam, że jego oczy są zielone. Nie jasnozielone jak pączki na wiosnę, tylko ciemne jak liście, zanim zaczną brązowieć i spadać z drzew. Nie zatrzymał się jednak przy mnie, tylko poszedł do spiżarni, w której zwykle przechowywano konserwy i suche produkty. Dzisiaj znajdowały się tam stosy ubrań i torebek. Kelner ukląkł i zaczął się przez nie przekopywać. Nie wiedziałam, czego szuka, aż w końcu wstał i podszedł do mnie z kanapką. Podał mi ją bez słowa.

Nie wahałam się.

– Dzięki, masz u mnie dług.

– Chętnie wezmę napiwek.

– Dostaniesz.

Odwinęłam folię z kanapki, upewniłam się, że naprawdę jest bez mięsa, ugryzłam kawałek i jęknęłam z zachwytu. Smakowała fantastycznie, nie tylko dlatego, że byłam wygłodniała. Chleb był miękki, jak świeżo upieczony, i obłożony nie tylko, tak jak zwykle, żółtym serem, majonezem, sałatą, ogórkami i pomidorami, ale miał dodatkowo odrobinę musztardy i czegoś słodkiego, czego nie umiałam rozpoznać.

Kelner mnie obserwował. Powoli i jednocześnie natarczywie przesuwał wzrok po moim ciele, tak jakby chciał zobaczyć nie tylko wymuskaną postać, ale i ukrywającą się pod spodem osobowość. Wielu mężczyzn przyglądało mi się tego wieczoru, ale od ich spojrzeń robiło mi się zimno. Teraz serce zaczęło mi bić szybciej.

– Jak masz na imię? – zapytałam z pełnymi ustami. – W myślach przez cały czas nazywam cię kelnerem.

– Ludzie już mnie gorzej nazywali.

Powiedział to w lekki sposób, lecz jednocześnie w jego oczach zamigotało coś ciemnego, co nie pasowało do tonu głosu.

Czekałam, żeby się przedstawił, ale zamilkł.

– Powiedz – nalegałam.

Nie wiedziałam, dlaczego tak mi zależy na poznaniu jego imienia, prawdopodobnie nigdy więcej już się nie spotkamy. W firmach kateringowych ludzie ciągle się zmieniali. Studenci przychodzili i odchodzili, jak im pasowało w danym semestrze. Nie byłam pewna, czy on jest jednym z nich. Był trochę starszy, wyglądał na dwadzieścia parę lat, ale może studiował jakąś trudną dziedzinę, na przykład medycynę, albo robił doktorat na jakimś innym kierunku.

– Julian – powiedział w końcu i to było wszystko: Julian. Bez tytułu, bez drugiego imienia, bez nazwiska, które mogłoby jakoś go określić i dać mi do zrozumienia, ile pieniędzy mają jego rodzice.

Uśmiechnęłam się i wskoczyłam na blat kredensu. Nogi wisiały mi w powietrzu.

– Ja jestem Micah.

– Wiem, kim jesteś. Michaella Rosalie Owens.

– Zabrzmiało jakoś groźnie. Jakbyś był stalkerem.

– Nie jestem żadnym stalkerem, tylko kelnerem z dobrym słuchem. Ludzie mówią o tobie.

– Co mówią?

– To i owo. Przede wszystkim zastanawiają się, dlaczego nie poszłaś na Yale. Podejrzewają, że jesteś w ciąży, tak jak kiedyś Lilly Sullivan. I że ojcem jest pewnie syn waszej gosposi, z którym niedawno miałaś romans.

Julian pokręcił głową, jakbym go rozczarowała.

Przewróciłam oczami i ugryzłam kanapkę, żałując, że razem z chlebem nie mogę połknąć własnych uczuć. Ludzie zachowują się, jakby świat miał się skończyć tylko dlatego, że zdecydowałam się na uczelnię, która nie należy do Ivy-League-College. Nie mogłam jednak z czystym sumieniem iść na Yale, nie wiedząc, co z Adrianem. Tak samo jak nie byłam w ciąży, on nie był w Europie – rodzice wyrzucili go z domu po tym, jak miesiąc temu nakryli go w łóżku z chłopakiem. Homoseksualizm nie pasował do konserwatywnego światopoglądu naszych rodziców i ich partnerów w biznesie. Żaden z nich nie odważył się nigdy otwarcie skrytykować orientacji seksualnej Adriana. Nikt nie chciał uchodzić za ignoranta. Jednak z czasem większość kontrahentów znalazła jakąś wymówkę, by zaprzestać kontaktów z kancelarią rodziców. Bali się, że ich nazwiska zostaną zbrukane jakimiś plotkami.

Od tamtej pory nie widziałam się z Adrianem. Tylko raz potajemnie zakradł się nocą do domu, żeby spakować swoje rzeczy i zostawić klucz. W pierwszym tygodniu po „incydencie” nie zamieniłam z rodzicami nawet słowa i ze wszystkich sił starałam się odszukać brata bliźniaka. Bezskutecznie. Przepadł. Nie było go u przyjaciół. Ani w ulubionej kawiarni. Ani w muzeum architektury nowoczesnej, które traktował jak swój azyl. Gdziekolwiek był, nie chciał, by ktoś go odnalazł. Nawet ja. Nie mógł uciec daleko, bo rodzice zablokowali mu wszystkie konta. Musiał być gdzieś w pobliżu i to był powód, dla którego nie wyjechałam z Mayfield na Yale. Adrian wycofał swoje zgłoszenie na studia, choć zawsze marzył o nauce na prestiżowej uczelni, bardziej niż ja. Nigdy nie chciałabym spełniać tego marzenia bez brata i w dodatku zostawiać go samego. Chciałam tu być, gdyby zdecydował, że wraca, a nie siedzieć prawie pięć tysięcy kilometrów stąd. Skoro nie miał wsparcia od rodziców, potrzebował go ode mnie.

Nigdy nie zrozumiem, dlaczego go wyrzucili, i jakaś część mnie chyba nigdy im tego nie wybaczy, ale w sumie nie byli złymi ludźmi. Zawsze dawali nam wszystko, czego nam było trzeba – ubrania, jedzenie, dach nad głową i miłość. I choć dużo pracowali, przynajmniej raz w tygodniu znajdowali czas na wspólny wieczór. Aż do zeszłego miesiąca. Nadal mam nadzieję, że będzie kiedyś tak jak dawniej i że pewnego dnia nauczą się akceptować Adriana takim, jaki jest. Mieli przecież mnie, a ja mogłabym być wszystkim, czym chcieli, żebym była: studentką prawa, adwokatką, partnerką biznesową i spadkobierczynią.

– Nie smakuje ci kanapka?

Z rozmyślań wyrwał mnie głos Juliana. Zamrugałam.

– Smakuje. Dobra jest. Czemu pytasz?

– Bo miałaś właśnie taką minę, jakby ktoś cię zmuszał do jedzenia śmieci.

– O, sorry, to nie przez tę kanapkę. – Uśmiechnęłam się, ale czułam, że wyglądało to jeszcze gorzej niż parę minut temu. Kiedy myślałam o Adrianie i swojej przyszłości, miało to na mnie określony wpływ. Muszę zająć głowę czymś innym. W tym stanie nie mogłam wrócić do salonu.

– Gdzie trzymacie szampana?

Julian podniósł pokrywę styropianowej skrzyni. Ze środka wyleciały kłęby pary. Pochodziły od agregatu, który miał utrzymywać alkohol w chłodzie. Wyjął jedną butelkę i zręcznie otworzył ją z głośnym hukiem.

Mimowolnie spojrzałam na jego ramiona i mięśnie ukryte pod białą koszulą. Julian nie był typem faceta ze studia fitness, ale widać było, że dba o siebie. Miał giętkie i szczupłe ciało.

Zauważył moje szybkie spojrzenie, ale zamiast je odwzajemnić i przyjąć z wyniosłym uśmieszkiem, odwrócił się i przyniósł kieliszek. Napełnił go szampanem po brzeg i podał mi.

– Dziękuję.

– To moja praca.

Ale dawanie mi kanapki, którą przyniósł dla siebie, nie należało do jego obowiązków, tak samo jak dotrzymywanie mi towarzystwa podczas ukrywania się przed gośćmi. Doceniałam to.

– Weź też kieliszek dla siebie. Wzniesiemy toast.

– Nie mogę.

Zmarszczyłam czoło. Czyżbym pomyliła się co do jego wieku?

– Daj spokój. Tylko jeden kieliszek. – Wyciągnęłam nogę i wyzywająco trąciłam Juliana palcem z polakierowanym na czerwono paznokciem. – Ja też nie powinnam jeszcze pić alkoholu.

– Ale ja nie mówię o moim wieku, tylko o tym, że jestem teraz w pracy.

– Pracujesz dla moich rodziców.

– To niczego nie zmienia.

– Proszę. – Wysunęłam dolną wargę. – Picie w pojedynkę nie jest fajne.

Julian zawahał się, spojrzał na mnie uważnie, tak jakby się zastanawiał, czy dla mojej prośby warto złamać zasady.

I dokładnie w tej chwili pożałowałam swoich słów. Nie powinien ze względu na mnie ryzykować utraty pracy. Moje żądanie było aroganckie i bezczelne, moja mama mogłaby tak zrobić, nie ja. Już miałam powiedzieć Julianowi, by zapomniał o tej prośbie, gdy westchnął, wziął kieliszek i napełnił go do połowy.

– Tyle musi wystarczyć – powiedział. – Za co wzniesiemy toast?

– Żeby ten wieczór szybko się skończył – odpowiedziałam, cały czas mając nadzieję, że mama nie wybrała właśnie tej chwili, by wejść do kuchni. – Cheers.

– Cheers – zawtórował mi Julian i podszedł do mnie z kieliszkiem. Rękaw jego koszuli lekko się przy tym podwinął.

Wydawało mi się, że zobaczyłam tam jakąś bliznę, ale materiał tak szybko wrócił na miejsce, że ostatecznie nie byłam pewna, czy sobie tego nie ubzdurałam. Żeby nie wydać się Julianowi jeszcze bardziej niewrażliwą niż przedtem, zamknęłam się i wypiłam łyk szampana. Musował mi w gardle, aż usłyszałam głośne brzęczenie. Instynktownie znieruchomiałam, ale to była tylko komórka Juliana.

Odstawił kieliszek, wyciągnął telefon z kieszeni spodni i ze ściągniętymi brwiami wpatrywał się w wyświetlacz, zanim zdecydował się odebrać.

– Hej, co jest?

Odwrócił się do mnie plecami i odszedł parę kroków dalej, słuchając odpowiedzi rozmówcy.

Wbiłam zęby w kanapkę, tak jakby żucie mogło sprawić, że nie będę podsłuchiwać Juliana.

– Weź go i posadź w kuwecie.

Zmarszczyłam czoło. Z kim on, do diabła, rozmawia?

– Teraz nic na to nie poradzę.

Julian westchnął.

– Cassie powinna to sprzątnąć.

– W takim razie zostaw to, dopóki nie wrócę.

Julian zaczął układać w styropianowej skrzyni brudne kieliszki, które jakiś inny kelner beztrosko zostawił na blacie.

– Dwie, trzy godziny.

Julian jęknął z frustracją i potarł nasadę nosa wierzchem dłoni, podczas gdy osoba po drugiej stronie słuchawki najwyraźniej mówiła dalej. W końcu opuścił rękę.

– Dzięki, na razie.

Rozłączył się i wsunął telefon z powrotem do kieszeni, wypychając ją. Powoli odwrócił się w moją stronę i podchwycił moje pytające spojrzenie, ale nic nie powiedział.

Kiedy dotarło do mnie, że sam nie powie mi, co zaszło, zapytałam:

– Kto to był?

– Mój współlokator.

– Musisz już iść? – zapytałam, zaskoczona tym, jak bardzo chciałam, żeby odpowiedź brzmiała „Nie”.

Julian potrząsnął głową i na czoło spadł mu brązowy kosmyk.

– Mój kot narobił pod łóżkiem. Mój współlokator nie chce tego sprzątać, ale też nie chce, żeby to tak leżało. Mam go dopiero od tygodnia.

– Kota czy współlokatora?

Julian się uśmiechnął.

– Kota.

– Jak ma na imię?

– Laurence.

Wzięłam jeszcze jeden kęs kanapki i resztę zostawiłam Julianowi. Nie powinien z mojego powodu głodować przez resztę wieczoru.

– Zawsze chciałam mieć kota, ale rodzice się na to nie zgadzają.

– Dlaczego?

– Boją się, że na ich drogich meblach będzie leżeć sierść.

– A od czego są rolki do ubrań?

Wzruszyłam ramionami i kiedy Julian zjadał resztę kanapki, opowiedziałam mu o akwarium, które dostałam od rodziców, gdy miałam siedem lat. Julian za szybko zjadł kanapkę, nasze kieliszki też już były puste. Nie było teraz żadnego powodu, by dłużej siedzieć w kuchni, tylko taki, że tego chciałam. Mama na pewno wkrótce odkryje moje zniknięcie.

Zeskoczyłam z kredensu i włożyłam buty.

– Myślę, że czas tam wrócić – powiedziałam, ale nie ruszyłam się z miejsca.

– Dlaczego przychodzisz na imprezę, na którą nie masz ochoty? – zapytał Julian i sprzątnął nasze kieliszki ze zręcznością, która pozwalała się domyślać, że zajmuje się kelnerowaniem już jakiś czas.

– Bo nie mam wyboru.

Julian pytająco uniósł brew.

– Chcę się wyprowadzić i szukam właśnie jakiegoś mieszkania. Nie stać mnie jednak na wynajęcie, więc mam umowę z rodzicami, że oni zapłacą mi za to i za studia, a w zamian ja raz w tygodniu zjawię się u nich na kolacji i będę się pokazywać na wszystkich ważnych towarzyskich eventach.

– Brzmi uczciwie.

– Wiem. – To było bardziej niż uczciwe. Kilka godzin mojego czasu za tysiące dolarów. Mimo to nienawidziłam każdej spędzonej w ten sposób sekundy. – A dlaczego ty tutaj jesteś? – zapytałam. Julian wydawał się tak samo zniechęcony jak ja i ani na krok nie zbliżył się do salonu.

– Czy to nie oczywiste? Zarabiam tu pieniądze. Laurence jest mały, ale kosztuje majątek.

– Ile dostajesz?

– Siedemdziesiąt pięć dolarów.

– Za godzinę?

Roześmiał się.

– Za cały wieczór.

– To nie za dużo.

– Więcej niż gdzie indziej.

– Nie wiedziałam. – Niby skąd miałam wiedzieć? W życiu nie musiałam przepracować nawet sekundy. Mimo to byłam pewna, że siedemdziesiąt pięć dolarów to za mało za obsługiwanie przez cały wieczór ludzi pokroju Gwendoline Finn. Dałam Julianowi znak, by za mną poszedł. – Chodź.

– Dokąd?

– Zobaczysz.

Zawahał się, ale nie opierał zbyt długo. Kilka chwil później wyszedł za mną z kuchni. Minęliśmy salon i przeszliśmy do garderoby.

W małym pomieszczeniu pachniało drogimi skórzanymi torebkami i wyperfumowanymi płaszczami gości. Odszukałam moją purpurową parkę, którą dostałam od mamy trzy miesiące temu na urodziny. Na wieszaku obok wisiała kopertówka, do której wepchnęłam notes.

– Potrzymaj. – Podałam zeszyt Julianowi.

Wziął go ode mnie. Drzwi garderoby zamknęły się za nim.

Światło było tu słabe, w porównaniu z kuchnią pomieszczenie wydawało się niewielkie. Musieliśmy stać między płaszczami i kurtkami dość blisko siebie. Nie uszło mojej uwadze, że ładnie pachniał, jodłą i ziemią, mimo że przez cały wieczór biegał z tacami.

– Co to jest? – zapytał.

Podniosłam głowę i ze zdziwieniem stwierdziłam, że jesteśmy podobnego wzrostu. Przyzwyczaiłam się, że przy moim metrze sześćdziesiąt muszę zadzierać głowę, nawet w czółenkach na obcasach, ale nie przy Julianie.

Kartkował mój notes i oglądał rysunki.

– To tylko coś, nad czym pracuję.

– Wygląda dobrze. – Otworzył na stronie ze szkicem postaci Albtraumlady. – Czy to będzie komiks?

– Może – odparłam i żeby nie musieć więcej o tym mówić, szybko sięgnęłam do kopertówki po portmonetkę. Uwielbiam komiksy, powieści graficzne i mangi. Dobrze znam ten rodzaj sztuki, ale trudno jest objaśniać ją ludziom. Moja pasja, zwłaszcza w kręgach, w jakich obracali się rodzice, wywoływała zwykle tylko zmęczone uśmiechy.

Otworzyłam portmonetkę, wyjęłam kilka banknotów i podałam je Julianowi.

– Masz.

Podniósł głowę znad notesu i spojrzał na pieniądze. Ze zdumienia szeroko otworzył oczy.

– To za dużo.

– Wcale nie. – To było dwieście trzydzieści dolarów. Więcej kosztowała moja kopertówka.

Potrząsnął głową.

– Nie mogę.

– Dlaczego nie?

Julian otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale go ubiegłam.

– I nie mów, że to za dużo.

– Ja… – Julian nie zdążył dodać nic więcej, bo w tej właśnie chwili otworzyły się drzwi garderoby. Julian zamarł, a ja instynktownie schowałam pieniądze do torebki.

– Michaella! – Nie było poza mamą drugiej osoby, która w jednym słowie umiałaby zawrzeć tak dużo oburzenia, rozczarowania i wściekłości. – Czy to jakieś żarty? Znowu? Patrzyła to na mnie, to na Juliana i kiedy dostrzegła, jak blisko siebie staliśmy, w jej wzroku pojawiło się jeszcze więcej pogardy. Nie trzeba było być jasnowidzką, by wiedzieć, co sobie myślała; scena, jaką przedstawialiśmy, była jednoznaczna. Sami w zamkniętej garderobie, przy przygaszonym świetle, z poczuciem winy na twarzach.

– Chciałam dać mu napiwek – powiedziałam.

– Napiwek. – Mama prawie wypluła z siebie to słowo. – Ten rodzaj „napiwków” możesz sobie darować, Michaello. Już rozmawialiśmy na ten temat, czy może zapomniałaś?

– Nie, ale naprawdę chciałam… – Podniosłam torebkę, żeby znowu wyjąć z niej pieniądze.

Ale mama już była przy Julianie. Jej pomalowane na czerwono usta wykrzywiał uśmieszek, jakim częstowała tylko adwokatów stojących po przeciwnej stronie.

Czułam, że Julian spiął się cały, ale wyraz jego twarzy się nie zmienił. Spoglądał na mamę obojętnym wzrokiem, a jej się to wyraźnie nie podobało.

– A pan… jest pan zwolniony. Niech pan się wynosi.

Wzięłam głęboki oddech.

– Mamo! Nie możesz go tak po prostu zwolnić!

– Mogę. I zrobię to – powiedziała krótko. – Cokolwiek tu robiliście, nie płacimy tym ludziom za to, żeby chowali się z tobą w szafie. Powinien być tam i nas obsługiwać.

– To nie był jego pomysł. Ja…

– Daj spokój, Micah – przerwał mi Julian. Z obojętną miną oddał mi notes i zrobił krok w tył.

Serce mi się ścisnęło. Pomyślałam o Laurensie. Czy Julian będzie mógł go teraz utrzymać?

Przeszedł koło mamy, kiedy ta nagle wyciągnęła rękę do przodu. Złapała go za ramię i nachyliła się ku niemu, pociągając nosem.

– Pił pan alkohol?

– Ja… Tak – przyznał Julian przygaszonym tonem. – Pół kieliszka.

Mama z odrazą pokręciła głową, choć sama wypiła już ze cztery kieliszki szampana.

– Zgłoszę to pańskiemu szefowi. Załatwię pana tak, że już nigdy nie dostanie pan w tym mieście pracy w kateringu.

Julian zacisnął zęby i zwinął dłonie w pięści.

Chciałam mu pomóc, ale znałam mamę. Była nieprzejednana, miała żelazną wolę i realizowała postanowienia, co sprawiało, że była znakomitą adwokatką. Wszystko, co powiedziałabym w obronie Juliana, obróciłoby się przeciwko niemu. Mogłam tylko milczeć i mieć nadzieję, że mama zajmie się pracą i zapomni na niego donieść.

Julian odwrócił się i wyszedł z garderoby, nie patrząc na mnie. Nie mogłam mieć mu tego za złe. To ja wplątałam go w kłopoty, on nawet nie zdążył wziąć ode mnie obiecanych pieniędzy. Przypuszczalnie już teraz żałował swojej fałszywej skromności.

Ze ściśniętym żołądkiem patrzyłam w milczeniu, jak idzie do kuchni po swoje rzeczy. Pewnie wyjdzie drzwiami dla służby i już więcej go nie zobaczę.

– Idziesz ze mną! – powiedziała mama ostrym tonem. To nie było pytanie, to był rozkaz. Zapraszającym gestem otworzyła drzwi. I tak jak w ostatnich tygodniach ugryzłam się w język i posłuchałam jej. Dla Adriana.

Odwiesiłam torebkę i ruszyłam z mamą w kierunku salonu. Szła tuż za mną, jakby chciała się upewnić, że nie pobiegnę za Julianem, i przez cały czas czułam na plecach jej pełen wyrzutu wzrok.

Rozdział 2

Dwa miesiące później

Odeszłam krok do tyłu i spojrzałam na swoje dzieło: twierdza zbudowana z kartonów po przeprowadzce. Sięgała aż do sufitu mojego nowego mieszkania, a przez otwór z prawej strony można było wpełznąć do środka. Poświęciłam trzy godziny z życia, żeby to zbudować i byłam spocona od układania pudeł, ale było warto.

Wytarłam czoło ręką, a potem wyciągnęłam telefon i pstryknęłam kilka zdjęć, żeby wysłać je Adrianowi. Moje wiadomości najwyraźniej docierały do niego, ale nie wiedziałam, czy je czyta, bo nigdy nie dostawałam odpowiedzi. Mimo to podtrzymywałam tę jednostronną korespondencję. Pisząc do brata, miałam poczucie, że jestem nadal częścią jego życia, choć nie widzieliśmy się od trzech miesięcy. Tęskniłam za nim i coraz bardziej się o niego martwiłam, choć zdaje się, że byłam w tym odosobniona. Rodzice zajmowali się codziennymi sprawami, tak jakby nigdy nie mieli syna. Inni też tak naprawdę się nim nie interesowali. Kilka tygodni temu próbowałam zamieścić ogłoszenie o zaginięciu, ale na próżno. Policja nie chciała się na to zgodzić. Adrian był zdrowym psychicznie, dorosłym mężczyzną. Spakował swoje rzeczy i odszedł z własnej woli, przynajmniej w jakimś stopniu. Według nich nie stało się nic, co mogłoby budzić obawy lub byłoby sprzeczne z prawem.

Potrząsnęłam głową i odepchnęłam od siebie wspomnienie, które znowu mogłoby mnie wpędzić we wściekłość; uczucie, którego ostatnio często doświadczałam wobec rodziców. Tym bardziej więc uszczęśliwiła mnie ta wyprowadzka. Szukanie własnego lokum trwało dłużej, niż myślałam, ale od dziś oficjalnie byłam właścicielką mieszkania na Copper Avenue – sfinansowanego przez rodziców. Nigdy nie odkładałam pieniędzy. Nie było takiej potrzeby. Przed historią z Adrianem nigdy bym nie pomyślała, że pewnego dnia nie będę już chciała żyć za pieniądze mojej rodziny.

Finansowa zależność miała jednak też dobrą stronę: ja i rodzice musieliśmy ze sobą rozmawiać. Choć nie miałam o nich najlepszego zdania, kochałam ich i miałam nadzieję, że pewnego dnia nasza rodzina znów będzie razem. Nie miałam pojęcia, czy to w ogóle jest możliwe, czy to tylko moje pobożne życzenie, ale musiałam przynajmniej spróbować. A to się uda tylko wtedy, gdy zostaniemy w kontakcie. Byłam łącznikiem między rodzicami a Adrianem – musiałam tylko go znaleźć.

Rzuciłam ostatnie spojrzenie na zdjęcia, które wysłałam Adrianowi i już miałam zamiar schować telefon z powrotem do kieszeni, gdy zaczął dzwonić. Poczułam mieszankę strachu i nadziei. To przecież nie mógł być przypadek. Drżącą dłonią podniosłam telefon i spojrzałam na wyświetlacz. I w tym samym momencie zobaczyłam z żalem, że to nie Adrian dzwoni. Ale też nie miałam pewności, że to nie on.

Nieznany numer.

Szybko przejechałam kciukiem po ekranie, zanim osoba po drugiej stronie przerwie połączenie.

– Halo?

– Dzień dobry, czy rozmawiam z Micah Owens? – zapytał obcy niski głos.

Opuściłam ramiona z poczuciem zawodu.

– Tak, to ja.

– Mówi Patrick Walsh, kierownik Rainpride Center. Rozmawialiśmy trzy tygodnie temu, kiedy przez moją instytucję szukałaś brata.

– Tak, pamiętam.

Jak mogłabym zapomnieć?

Kiedy policja nie zgodziła się na przyjęcie zgłoszenia o zaginięciu, rozpoczęłam poszukiwania na własną rękę. Obleciałam wszystkie znane mi miejsca spotkań osób LGBTQ w mieście, od poradni po nocne kluby, i specjalnie dla tych ostatnich wyrobiłam sobie fałszywy dowód. Gdyby rodzice się o tym dowiedzieli, zabiliby mnie. Ale warto było zaryzykować.

– Ma pan jakieś wieści? – zapytałam bez wielkich nadziei. Ton pana Walsha nie wskazywał na dobre wiadomości.

Westchnął.

– Niestety nie. Rozpytywałem wszędzie i powiadomiłem współpracowników o twoim bracie, ale nie zgłosił się do nas. – Pan Walsh zamilkł na chwilę. Jesteś pewna, że on nadal jest w mieście?

Nie.

– Tak – powiedziałam z uporem. Nie chciałam nawet myśleć o tym, że Adrian zdobył skądś pieniądze i wyjechał z Mayfield. W takim wypadku szanse na odnalezienie go byłyby marne. A jeśli wyjechał nie tylko z Mayfield, ale i z Waszyngtonu? Albo w ogóle ze Stanów? Może pojechał do Kanady. Na samą myśl o tym zmiękły mi nogi. Wolną ręką oparłam się o moją nową fortecę.

– Byłaś już na policji? – zapytał pan Walsh.

Kiwnęłam głową, ale zaraz zorientowałam się, że on tego nie widzi.

– Tak, byłam. Nie mogą mi pomóc.

– Przykro mi. – W jego słowach słychać było prawdziwy żal. – Mam nadzieję, że znajdziesz brata. Ma szczęście, że jesteś jego siostrą.

– Naprawdę? – Czasami nie byłam pewna, czy na pewno zawsze byłam dla niego taką siostrą, jaką powinnam być. Na pewno coś zrobiłam źle. Gdyby było inaczej, dlaczego uciekałby przede mną tak jak przed rodzicami? Ta myśl za każdym razem boleśnie mnie dotykała. – Dziękuję za pomoc, panie Walsh.

– Nie ma o czym mówić. Gdy się czegoś dowiem, dam znać.

– Dziękuję – powtórzyłam i zakończyłam rozmowę.

Powoli opuściłam rękę z telefonem, miałam zesztywniałe z napięcia palce, i spojrzałam na tapetę na wyświetlaczu. Na zdjęciu był Adrian, rodzice i ja na pokładzie łodzi, wszyscy opatuleni w grube kurtki, podczas rejsu przez lodowy krajobraz Grenlandii. Wybrałam to zdjęcie ze względu ma niesamowite lodowce w tle, ale dziś przypomniało mi tylko o tym, co utraciłam, a co znowu chciałabym mieć.

Wsunęłam telefon do kieszeni spodni i wyciągnęłam laptop z walizki, do której spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, tak, by mimo przeprowadzki mieć je w każdej chwili pod ręką. Oprócz Macbooka było tam kilka ubrań i kosmetyczka oraz tablet graficzny, pięć komiksów i dwa notesy mojej ulubionej marki. W jednym zostało tylko pięć wolnych kartek, drugi był jeszcze czysty. Nie mogłam się już doczekać, kiedy będę go zapełniać przemyśleniami i pomysłami na Albtraumlady.

Z laptopem w ręce obeszłam twierdzę i usiadłam na jednym z kartonów tworzących wejście. Załadowałam stronę Rainpride Center i przywitało mnie zdjęcie uśmiechniętego pana Welsha. Zdaje się, że miało już kilka lat. Obok znajdował się krótki tekst, w którym opowiadał o swoich osobistych doświadczeniach i decyzji o założeniu Rainpride Center. Przeczytałam to i kliknęłam w zakładkę „Datki”. Przebiegłam wzrokiem informację o tym, na co przeznaczane są darowizny i przeszłam do tego, co mnie interesowało: Proszę wybrać sumę. Wpisałam czterocyfrową kwotę, kliknęłam przycisk „Dalej” i podałam numer i kod mojej karty kredytowej. Miałam ją, odkąd skończyłam dziesięć lat. Rodzice co miesiąc ją zasilali.

– Państwo Owens, dziękujemy za datek – zaszczebiotałam. Skoro nie mają w sobie tyle przyzwoitości, by zająć się własnym synem, to niech przynajmniej ich pieniądze pomogą innym młodym ludziom, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji.

Otworzyłam Messengera i wysłałam wiadomość do mojej najlepszej przyjaciółki Lilly.

Kolacja?

Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.

Lilly: Nie mam czasu. Mam randkę na Skype z Tannerem.

Ja: Jutro. B&B?

Lilly: Chętnie.

Ja: O 16.00?

Lilly: O 17.00. Wcześniej mam jeszcze wspólną naukę.

Ja: Świetnie. Cieszę się!

Lilly: Ja też. Do jutra!

Ja: Do jutra! Powodzenia!!!

Lilly: Dzięki <3

Uśmiechnęłam się, byłam dumna z mojej najlepszej przyjaciółki. Lilly była najodważniejszą, najambitniejszą i najukochańszą osobą, jaką znałam, i już nie mogłam się doczekać, by za kilka miesięcy zobaczyć ją w todze i razem z nią przeżywać zakończenie liceum; i, o ile ją znałam – prawdopodobnie otrzyma dyplom z wyróżnieniem.

Nagle ktoś zapukał do drzwi. Ze zdziwieniem oderwałam wzrok od laptopa. To chyba jakiś sąsiad przyszedł się przedstawić. Tylko rodzice i Lilly znali ten adres.

Zamknęłam laptop i odłożyłam go na bok, a potem podeszłam do drzwi. Szybko poprawiłam T-shirt z Wonder Woman, kupiony na ostatnim konwencie komiksowym, i przejechałam palcami po włosach. W mieszkaniu jeszcze nie było lustra, ale może to lepiej, bo mogłam sobie wyobrażać, że nie wyglądałam tak niechlujnie, jak się czułam. Otworzyłam drzwi, przygotowana na przyjazne sąsiedzkie „Dobry wieczór”, ale gdy zobaczyłam, kto przyszedł z wizytą, stanęłam jak wryta.

Przed drzwiami stali młoda kobieta i mężczyzna. Nie mogli bardziej się od siebie różnić: ona była niska i drobna, miała rude włosy i skórę tak jasną, że miałam ochotę zaproponować jej trochę mojego kremu z filtrem. Chłopak natomiast był czarny, wyższy od niej o jakieś dwie głowy, miał szerokie ramiona i ciemne oczy, którymi z ciekawością mi się przyglądał. Ale to nie fizyczne różnice między nimi sprawiły, że zdębiałam, tylko to, co ich łączyło: oboje byli przebrani za elfy.

Uśmiechali się do mnie, widocznie rozbawieni moim zdziwieniem.

Powoli odzyskiwałam mowę.

– Cześć, Tauriel, cześć... – Zamilkłam, bo nie mogłam sobie przypomnieć żadnej czarnej postaci z Władcy pierścieni. Czy w ogóle jakaś była? Minęło kilka lat, od kiedy ostatni raz oglądałam ten film. – ...nie-Tauriel – skończyłam zdanie i uśmiechnęłam się przepraszająco.

– W porządku. To Tolkien coś sknocił, nie ty – powiedział chłopak i nerwowo dotknął spiczastych uszu. Miał na sobie kostium z brązowej skóry, przypominający wojskowy mundur, z licznymi sprzączkami i paskami, do których przytwierdził rozmaite rodzaje broni. Byłam pewna, że nie jest prawdziwa, chociaż tak wyglądała.

– Jego pech. Wyglądasz świetnie. – Spojrzałam na jego towarzyszkę i natychmiast się poprawiłam. – Oboje wyglądacie fantastycznie.

Dziewczyna miała na sobie sukienkę z zielonej bawełny, na przedramionach ciemne skórzane mankiety, a przy biodrze kołczan ze strzałami. Brakowało tylko łuku.

– Dzięki, jesteś bardzo miła. – Zrobiła ukłon pasujący do jej średniowiecznego kostiumu. – Ty musisz być Michaella, przynajmniej tak jest napisane na dole przy domofonie.

– Micah. Tylko rodzice mówią do mnie Michaella.

– Okej, a więc Micah. Ja jestem Cassie, a to – wskazała na chłopaka – jest Auri.

– Auri? – zapytałam, unosząc brew, choć byłam pewna, że się nie przesłyszałam. Miło brzmiące imię w ogóle nie pasowało do osoby, która stała przede mną. Chłopak był ogromny i sądząc po jego potężnych ramionach, na siłowni podnosił na dzień dobry ciężar równy mojej wadze.

– Właściwie Maurice, ale Auri też może być.

– Auri to piękne imię – rzuciła Cassie i spojrzała na chłopaka wielkimi zielonymi oczami. Stali tak blisko siebie, że Cassie prawie ciągle musiała zadzierać głowę. Na pewno przy tak dużej różnicy wzrostu całowanie się na stojąco nie było łatwe.

Auri uśmiechnął się do niej z góry.

– Musisz tak mówić, w końcu to ty je wymyśliłaś.

– Patrick Rothfuss je wymyślił – powiedziała stanowczo i wyjaśniła mi: – Auri jest bohaterem Imienia wiatru, naszej ulubionej książki. Znasz ją?

Potrząsnęłam głową.

– Nie, niestety nie.

– Mogę ci pożyczyć moje jubileuszowe wydanie z ilustracjami, jeśli obiecasz, że nie będziesz zaginała rogów. – Rzuciła Auriemu karcące spojrzenie.

– Nigdy w życiu bym tego nie zrobiła – odpowiedziałam bezzwłocznie. Nie byłam wprawdzie zapaloną czytelniczką, zwłaszcza książek, ale bardzo dbałam o swoje komiksy i byłam bliska ataku serca, kiedy przez nieuwagę naddarłam kartkę w jednym z notesów albo szkicowników.

– Sama tu mieszkasz? – zapytał Auri i wychylił się z ciekawością. Był na tyle wysoki, że swobodnie zajrzał do mieszkania ponad moją głową. Nie było tam za dużo do oglądania, pomijając moją twierdzę, pudła z meblami i owiniętą w folię sofę.

– Tak – odpowiedziałam i zmieniłam temat, zanim zdążył zapytać, skąd wzięłam na to kasę. Pieniądze rodziców nigdy dotąd nie były dla mnie problemem, ale w tym momencie wstydziłam się ich, być może dlatego, że jakaś część mnie wiedziała, że nie powinnam brać od nich kart kredytowych i czeków, jednocześnie skrycie odczuwając wobec nich odrazę za to, co zrobili z Adrianem.

– Studiujecie?

Cassie przytaknęła.

– Literaturoznawstwo, trzeci semestr.

– Grafikę – powiedział Auri. – I sport.

– Piłkę nożną?

Uśmiechnął się.

– Tak, mam stypendium.

– Chwalipięta – mruknęła Cassie, za co dostała od Auriego lekkiego kuksańca w bok. – A ty?

– Prawo – odparłam, próbując nie mówić tego zbyt zgorzkniałym głosem.

Pierwszy tydzień na uczelni już minął i zaczęły się zajęcia. Po pierwszym dniu przyszła mi do głowy szalona myśl, że może nie będzie tak źle, jak myślałam. Ale już drugiego dnia zmieniłam zdanie. Nienawidziłam tego. Nienawidziłam każdej minuty. Nienawidziłam każdego słowa wypowiedzianego przez profesorów. I nienawidziłam amerykańskiego systemu prawnego. Znosiłam to tylko dzięki mojej koleżance Alizie.

– Na którym semestrze jesteś? – zapytał Auri.

– Na pierwszym.

Cassie klasnęła w dłonie.

– O, pierwszak. Mogę cię oprowadzić po mieście.

Uśmiechnęłam się.

– Miło z twojej strony, ale jestem z Mayfield.

– Aha. – Spojrzała na mnie ze zdumieniem. – Rozumiem. Pomyślałam tak, bo masz własne mieszkanie.

– Tak... nie. Po prostu chciałam wyprowadzić się od rodziców. – Gdyby nie ta historia z Adrianem, prawdopodobnie nadal bym z nimi mieszkała. Albo i nie, bo gdyby Adrian został w domu, to pewnie razem z nim poszłabym na Yale, a nie została sama na studiach w MFC. – Skąd… – zamilkłam, kiedy nagle usłyszałam jakiś dźwięk. Wstrzymując oddech, nasłuchiwałam odgłosów drapania, dobiegających z sąsiedniego mieszkania. Towarzyszyło im żałosne miauczenie.

– O, chyba ktoś jest głodny – zauważył Auri.

– Mieliśmy go nakarmić dwie godziny temu.

– To wasz kot? – zapytałam ucieszona. – Zdaje się, że trafiłam na właściwych sąsiadów. Wprawdzie mogłabym mieć teraz własne zwierzątko, ale nie chciałam robić wszystkiego naraz. Najpierw się zaaklimatyzuję i zaliczę pierwszy semestr.

Cassie wyjęła strzałę z kołczanu, a potem zaczęła w nim szukać kluczy.

– Laurence jest kotem naszego współlokatora, ale on w soboty zawsze pracuje do późna, więc my się nim zajmujemy.

Ze zdumieniem spojrzałam na Cassie.

– Co powiedziałaś? Jak nazywa się ten kot?

– Laurence – roześmiała się. – Wiem, że to trochę dziwne imię dla kotka.

Kiwnęłam głową, ale w myślach byłam już krok dalej. To nie mógł być przypadek. Wykluczone. Ile kotów o imieniu Laurence mogło być w Mayfield? Niewiele, a to by znaczyło, że kelner z przyjęcia moich rodziców był współlokatorem Cassie i Auriego. Julian. Czy nie wspominał o Cassie? Nie byłam pewna, ale tak czy inaczej nie oczekiwałam, że jeszcze kiedyś go zobaczę. Po tym wieczorze sprzed dwóch miesięcy ciągle o nim myślałam, i nie chodziło tylko o moje wyrzuty sumienia. Skoro jednak tutaj mieszkał, to znaczy, że dostałam drugą szansę. Mogę naprawić to, co zepsułam.

– Wasz współlokator nie nazywa się przypadkiem Julian? – zapytałam, próbując ukryć ekscytację.

Cassie zmarszczyła czoło.

– Tak, Julian Brook. Znacie się?

– Można tak powiedzieć – odparłam z zakłopotaniem. Zastanawiałam się, czy opowiadał im o mnie. Czy słyszeli już o aroganckiej dziewczynie, przez którą wyleciał z pracy? A może tę część wieczoru puścił w niepamięć? – Poznaliśmy się na imprezie.

Brwi Auriego powędrowały w górę.

– Naprawdę? – W jego głosie słychać było zdziwienie.

– Tak.

Spojrzeli na siebie znacząco. Trwało to kilka sekund, po czym Cassie odwróciła się do mnie, nadal trzymając strzałę w dłoni.

– Co to była za impreza?

– Nudna – odpowiedziałam ostrożnie. – Pracował tam.

– Aaaaa. – Na twarzy Cassie pojawiło się zrozumienie. – Wszystko jasne.

– Co jest jasne?

Auri prychnął.

– Julian nigdy nie poszedłby na imprezę z własnej woli.

– Nigdy? – zapytałam ze zdumieniem.

Cassie potrząsnęła głową.

– Za nic.

– Ten chłopak jest prawdziwym pracoholikiem – wyjaśnił Auri i skrzyżował ręce. – Ciągle mówię, że powinien trochę odpuścić, ale kiedy nie jest na uczelni, idzie do jednej ze swoich stu tysięcy prac.

Stu tysięcy prac. A przeze mnie stracił jeszcze siedemdziesiąt pięć dolarów od moich rodziców.

– Teraz też pracuje jako kelner? – zapytałam z nieśmiałą nadzieją. Był sobotni wieczór, idealny czas na pracę w kateringu. Może mama naprawdę zapomniała naskarżyć na niego szefowi.

Cassie zastanowiła się przez chwilę, ściągając usta.

– Nie jestem pewna.

– Nie, nie pracuje – powiedział Auri. – Przecież pan Gordon go wyrzucił. Nie pamiętasz? Dlatego nie przynosi już wałówki do domu.

– Wałówki, z której nic nigdy dla mnie nie zostawało.

– Mówiłaś, że tego nie lubisz.

– Nie chciałam jeść surowych ryb, ale inne rzeczy tak.

– Och, więc chyba źle cię zrozumiałem.

Cassie przewróciła oczami.

– Oczywiście, że źle.

Zabawnie było przysłuchiwać się ich czułym sprzeczkom, ale powoli zaczęłam myśleć, że nie znali Juliana zbyt dobrze. Jak można nie wiedzieć albo wnioskować tylko na podstawie brakujących resztek jedzenia, czy współlokator został zwolniony czy nie? Gnębiące mnie wyrzuty sumienia nie stały się przez to ani trochę mniejsze, ale kot Juliana nie powinien dłużej chodzić głodny. Przez cały czas drapał drzwi.

– Lepiej idźcie nakarmić Laurence’a.

– O Boże, racja.

Cassie szybko włożyła strzałę do kołczanu i zaczęła obracać w palcach breloczek, na którym wisiał przynajmniej z tuzin kluczy.

– Jesteśmy fatalnymi opiekunami kotów – stwierdził Auri i pociągnął w stronę drzwi Cassie, nadal próbującą odnaleźć właściwy klucz.

– Byłoby inaczej, gdyby to był nasz kot.

– Nie mielibyśmy kota, tylko psa.

Cassie nic na to nie odpowiedziała, jeszcze raz odwróciła się w moją stronę.

– Miło było cię poznać, Micah. Na pewno wkrótce znowu się zobaczymy.

– Na pewno. Mnie też było miło.

Pomachałam im na pożegnanie. Wcisnęli się do mieszkania przez lekko tylko uchylone drzwi, by nie wypuścić kota na korytarz.

Stałam jeszcze przez chwilę i gapiłam się na ich zamknięte drzwi. Julian Brook. Kto by pomyślał?

Rozdział 3

– Nareszcie!

Lilly zeskoczyła z krzesła, kiedy z piętnastominutowym opóźnieniem weszłam do Beans & Bread, naszej ulubionej kawiarni od czasów szkoły średniej.

Przypadkowo odkryłyśmy ją lata temu, kiedy zaniosłam kilka moich rzeczy do second handu obok. Second handu już nie ma, zamiast niego tę dziwną kawiarnię otaczają dziś sklep erotyczny z zasłoniętymi szybami i studio manicure z nerwowo migającymi światłami na wystawie.

– Przepraszam, były korki.

Objęłam Lilly, a potem nachyliłam się nad Lincolnem i cmoknęłam go w jasnobrązowe włosy. Podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie.

– Micah!

– Jak żyjesz, wielki facecie?

– Mama powiedziała, żebym namalował dla ciebie obrazek.

Lincoln sięgnął po kartkę leżącą na krzesełku dla dziecka i uniósł ją z dumą.

Na obrazku było… Nie miałam pojęcia co to miało być. Lew? Eksplodujący obcy? Abstrakcyjna wizja wszechświata? Nie byłam pewna, mimo to uśmiechnęłam się i pochwaliłam Lincolna.

Jego oczy jeszcze bardziej się roziskrzyły i znowu zabrał się do pracy. Z pasją mazał kredką po papierze.

Pytająco spojrzałam na Lilly.

Moja najlepsza przyjaciółka fizycznie była zupełnie inna niż ja. Miała niebieskie oczy i blond włosy, które dzięki zabiegowi Brasilian Blowout gładko opadały jej na plecy. Zupełnie inaczej niż moje niesforne kosmyki, które nigdy nie wyglądały tak, jak chciałam. Przede wszystkim grzywka była trudna do okiełznania i codziennie rano od nowa musiałam walczyć z nią za pomocą prostownicy.

Wzruszyła ramionami i potrząsnęła głową.

Odetchnęłam z ulgą, że nawet mama Linka nie wie, co przedstawia rysunek, usiadłam i wyjęłam kartę ze stojaka. Zrobiłam to z przyzwyczajenia, bo u Ricka zawsze zamawiałam to samo.

– Nigdy nie zgadniesz, kto mieszka w mieszkaniu obok.

– Nick Robinson!

– Jasne, a na dole rezyduje Keiynan Lonsdale – prychnęłam.

– Szkoda. Mogłoby tak być.

– Oczywiście – przytaknęłam, jakby naprawdę było możliwe, by aktor z filmu Twój Simon był moim sąsiadem. – Mała podpowiedź: to nie jest nikt sławny.

– Hmmm. – Lilly z namysłem stukała palcem o brodę. – Alexandra Courtin?

Alex przez kilka lat chodziła do tej samej drogiej prywatnej szkoły co ja i Lilly, dopóki jej ojciec nie został zatrzymany za pranie brudnych pieniędzy i rodzina nie straciła całego majątku. Potem gdzieś zniknęli. Tak naprawdę nie wyjechali z Mayfield, tylko zostali wykluczeni z kręgów samozwańczej high society.

Potrząsnęłam głową.

– Nie, nie Alex. Powiem ci: Julian Brook.

Lilly zmarszczyła czoło.

– Kto?

Odłożyłam kartę na stojak.

– Julian. Ten kelner.

– Aha. Ten, którego kazałaś zwolnić? – zapytała Lilly, jednocześnie sięgając do torebki po chusteczkę higieniczną, żeby wytrzeć Lincolnowi nos.

– Nie kazałam go zwolnić. Splot niesprzyjających okoliczności doprowadził do tego, że mama go wyrzuciła – powiedziałam, ale natychmiast powróciło poczucie winy i przypomniałam sobie, jak Julian odwraca się ode mnie z zimną zaciętą miną.

– Co powiedział na twój widok?

– Nic, jeszcze się nie widzieliśmy. – Złapałam kredkę, która staczała się ze stołu i podałam ją Linkowi. Natychmiast zaczął rysować fioletowe kreski na eksplodującym obcym/lwie. – Wczoraj przed moimi drzwiami stanęli jego współlokatorzy, więc odnalazłam go przypadkiem.

– Nie poszłaś do niego od razu?

Przewróciłam oczami. Ona po prostu zbyt dobrze mnie znała.

– Był w pracy.

– A dziś rano?

– Chciałam, żeby się wyspał. – Lilly ze zdziwieniem uniosła brew. Westchnęłam. – Być może do drugiej w nocy nie spałam i przypadkowo zauważyłam, że nie wrócił do domu. A może bardzo cicho przemknął obok mojego mieszkania.

– Albo nocował u swojej dziewczyny.

– Mogło tak być. – Zamilkłam, bo kątem oka dostrzegłam, jak podchodzi do nas Rick, właściciel Bean & Bread.

– Dzień dobry, paniom – przywitał nas ze swoim ciężkim szkockim akcentem. – Jak leci?

– Znakomicie. A u ciebie? – zapytała Lilly z uśmiechem.

Link oderwał wzrok od obrazka i zaczął się wpatrywać w Ricka. Rick miał około pięćdziesiątki, lekki brzuszek, siwe włosy i jasną brodę, która sprawiała, że przez cały rok wyglądał jak Święty Mikołaj.

– Nie narzekam. – Uśmiechał się. – Co wam podać?

– Dla Linka sok jabłkowy. Dla mnie chai latte i… – Lilly urwała i zerknęła za plecy Ricka na wystawione ciasta. Z tęsknotą oglądała cytrynowe muffiny.

Nie znosiłam patrzeć, jak się waha. Chciała tego muffina, ale myślała, że nie zasłużyła na niego. W ciąży przytyła czternaście kilo, a potem doszło jeszcze kolejnych pięć. Nic strasznego, zważywszy na fakt, że wychowywała małe dziecko, a do tego nadganiała szkołę. Jednak Lilly ciągle robiła sobie wyrzuty z powodu wagi.

W końcu potrząsnęła głową.

– Już nic. To wszystko.

Rick przytaknął.

– A dla ciebie?

Uśmiechnęłam się.

– To samo co zawsze.

– Podwójne espresso i scone z dżemem. Zaraz przyniosę.

Skoczył do kuchni, z której na całą kawiarnię roznosił się cudowny zapach karmelizowanego cukru. Beans & Bread urządzone było z dziką różnorodnością. Zielone stoły, czerwone krzesła, żółte fotele w przeróżnych formach i odcieniach. Nic do siebie nie pasowało. Tak jakby Rick i jego żona szukali wyposażenia kawiarni w second handach.

Podkradłam Linkowi jedną kredkę i kawałek papieru.

– A jak z Tannerem? – zapytałam i zaczęłam szkicować postać kobiety. Miałam manię ciągłego rysowania, za co często byłam upominana przez rodziców. Myśleli, że był to wyraz nudy albo braku zainteresowań, ale to nieprawda. Rysowanie pomagało mi często lepiej się skoncentrować.

– Princeton go stresuje. Właściwie chciałby w weekend przylecieć do domu, ale profesorowie zarzucili go pracą. Prawdopodobnie aż do końca miesiąca nici z jego przyjazdu.

Lilly spojrzała ze zmęczonym uśmiechem na Linka, który wziął sobie właśnie nową kartkę i z szalonym zapałem rysował czarne kręgi.

– Codziennie wieczorem pyta o swojego tatę.

– To oczywiste. Tęskni za nim. Ale przecież Tanner niedługo przyjedzie.

Lilly westchnęła.

– Mam nadzieję.

Nachyliłam się i położyłam rękę na jej dłoni. Rzadko okazywała słabość, bo chciała być silna dla Lincolna. Ale teraz miała mokre oczy i widziałam, jak bardzo tęskni za Tannerem. Nie tylko za Tannerem – ojcem jej syna, ale i za chłopakiem, którego kochała już z pół dekady.

Był trzy lata starszy od niej i studiował w Princeton na piątym semestrze. Przyjęli go tam, zanim Lilly dowiedziała się, że jest w ciąży. Przesunął studia o jeden semestr, żeby być przy porodzie. Zastanawiał się nawet, czy nie zmienić Princeton na MFC, ale dyplom elitarnej uczelni może mu w przyszłości otworzyć wiele drzwi. Poza tym studia w Princeton były w rodzinie Tannera tradycją i wykraczanie przeciw niej wywołałoby jeszcze więcej złych emocji. W oczach ich rodziców niechciana ciąża nieletniej była już wystarczającym obciążeniem dla dobrego imienia obu rodzin.

– Na pewno. Zobaczysz, kilka tygodni minie jak z bicza strzelił.

– Tak, spędzimy wspólnie trzy piękne dni, a potem znowu nie zobaczymy się przez miesiąc. – Lilly westchnęła głęboko i opadła na krzesło, wysuwając swoją dłoń spod mojej. – Czasami zastanawiam się, czy podjęłam właściwą decyzję.

– Właściwą – powiedziałam z pewnością płynącą prosto z serca.

Wątpliwości Lilly nie dotyczyły urodzenia Linka, tylko zamiaru ukończenia liceum. Z tego powodu nie pojechała z Tannerem do New Jersey, bo przy obowiązkach szkolnych musiałaby sama zajmować się dzieckiem. Tutaj, w Mayfield, pomagały jej obie rodziny i przyjaciele. Nawet snobistyczni rodzice Tannera po narodzinach wnuka zaangażowali się w opiekę nad nim.

– Teraz jest ci trudno, ale kiedyś spojrzysz wstecz i będziesz dumna ze swoich osiągnięć.

– Albo będę żałować, że nie spędzałam więcej czasu z miłością mojego życia.

Machnęłam ręką.

– Nie zaprzątaj sobie tym głowy. Jesteście młodzi i macie przed sobą z pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat. Jeszcze będziecie mieli siebie dosyć. To teraz to tylko gra wstępna.

Lilly prychnęła.

– Dosyć długa gra wstępna.

Wzruszyłam ramionami i znowu pochyliłam się nad swoim rysunkiem.

– Wcześniej bardzo to u Tannera ceniłaś.

Przywarłam do drzwi i przez judasz patrzyłam na korytarz. Było poniedziałkowe przedpołudnie i powoli powinnam była się zbierać na wykłady, ale po raz ostatni dałam sobie jeszcze pięć minut, żeby zaczekać na Juliana. Zegar tykał. Lilly wyśmiałaby mnie, gdyby mnie zobaczyła, ale nie potrafiłam inaczej. Chciałam znowu go zobaczyć i przeprosić.

Po tamtej imprezie ciągle myślałam o nim i o Laurensie. Najchętniej zadzwoniłabym do firmy kateringowej, żeby go namierzyć i dać mu pieniądze, których wtedy nie chciał ode mnie przyjąć. Ale żeby to zrobić, musiałabym najpierw zapytać mamę o nazwę tej firmy, a to nie wchodziło w grę. Od razu zorientowałaby się, o co chodzi i palnęłaby mi mowę, a po wszystkim Julian miałby jeszcze większe kłopoty. Przetrzymałam więc wyrzuty sumienia, które w końcu zeszły na dalszy plan, bo martwiłam się o Adriana. Jednak teraz, kiedy dostałam drugą szansę, chciałam naprawić to, co sknociłam.

– No wychodź już – wymamrotałam. Niecierpliwie wpatrywałam się w pusty korytarz. Prędzej czy później będzie musiał wyjść na zajęcia albo do pracy.

Kiedy usłyszałam szczęk otwierających się drzwi, drgnęłam ze strachu, choć przecież przez cały czas czekałam na ten dźwięk. Serce zaczęło mi szybciej bić i mocniej przywarłam do wizjera, z którego miałam dosyć ograniczony widok. Najpierw zobaczyłam tylko zamazany cień z prawej strony, chwilę później rozpoznałam go: to był Julian. Przeszedł obok moich drzwi w kierunku schodów.

Szybko złapałam plecak, który stał przy mnie i otworzyłam drzwi.

Wystraszony Julian odwrócił się i znieruchomiał.

Spojrzenie jego zielonych oczu było dla mnie jednocześnie znajome i obce. Widziałam Juliana we wspomnieniach dziesiątki razy, jego spiczasty nos, pełne usta, dołeczki w policzkach. Teraz jego włosy były krótsze niż podczas naszego pierwszego spotkania i zamiast kelnerskiego stroju miał na sobie sprane jeansy i czarny sweter, o wiele za ciepłe jak na późne lato w Waszyngtonie.

– Cześć – przywitałam się z uśmiechem, starając się, by mój głos brzmiał możliwe neutralnie.

– Cześć – odparł Julian, lekko kiwając głową. Wydawał się zaskoczony, ale nie zdumiony, tak jakby Auri i Cassie wspominali mu o mnie.

Uśmiechnęłam się.

– Co słychać?

– W porządku. – Zawahał się. – A u ciebie?

Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie powiedzieć mu prawdy, ale szybko porzuciłam tę myśl. Pewnie uważałby mnie wtedy za całkowicie stukniętą.

– Nie mogę narzekać.

– To dobrze – rzucił beznamiętnie i zanim zdążyłam jeszcze coś powiedzieć, odwrócił się i odszedł. Tak po prostu.

Z konsternacją patrzyłam w ślad za nim. Co to miało być? Po tym, jak czekałam na niego ponad pół godziny, nie wiedząc, czy w ogóle przyjdzie? To tyle? Po tych wszystkich wyrzutach sumienia, które z jego powodu prześladowały mnie przez ostatnie dwa miesiące? To nie mogła być prawda. Może mnie nie poznał i udawał, ponieważ wstydził się zapytać. Sukienka od Louisa Vuittona z tamtego wieczoru i dzisiejsza koszulka z komiksowym motywem pochodziły z dwóch różnych światów.

Pośpiesznie zamknęłam drzwi i pobiegłam za Julianem. Schody trzeszczały pod moimi szybkimi krokami. Zwolniłam dopiero wtedy, gdy go dogoniłam.

– Hej – powiedziałam jeszcze raz. – Pamiętasz mnie?

Mój głos brzmiał niepewnie, ponieważ nie miałam pojęcia, co zrobię, gdy powie „nie”.

Nie zatrzymując się, Julian poprawił pasek swojej torby i spojrzał na mnie przez ramię.

– Tak.

Ulżyło mi, ale nie do końca. Z wyczekiwaniem wpatrywałam się w tył jego głowy i odliczałam sekundy z nadzieją, że jeszcze coś doda. Lecz on w milczeniu pokonywał kolejne stopnie. Robiłam się coraz bardziej niespokojna.

– I? – zapytałam w końcu.

– Co i?

– Nie chcesz mnie ochrzanić?

Zatrzymał się na parterze przed skrzynkami na listy i otworzył drzwiczki z napisem Brook, King i Remington.

– Właściwie nie.

– Naprawdę? – zapytałam, przyglądając się, jak wyjmuje ze skrzynki stertę listów. Przejrzał je i schował jeden ze swoim nazwiskiem, pozostałe odłożył z powrotem. – Przeze mnie cię wywalili.

– Zgadza się – odpowiedział spokojnie Julian.

Zmarszczyłam czoło. Dlaczego jest taki spokojny? Na jego miejscu szalałabym ze złości.

– Nie jesteś wściekły?

Julian westchnął i odwrócił się do mnie. Od zajścia w garderobie był to pierwszy raz, kiedy staliśmy naprzeciwko siebie. Byliśmy tak blisko, że nawet gdybym zamknęła oczy, wiedziałabym, że stoi przy mnie.

Popatrzył na mnie uważnie.

– Wyglądam na wściekłego?

Pokręciłam głową. Wydawał się spokojny, może nawet nieco znudzony.

– Nie.

– No więc masz odpowiedź.

Uśmiechnął się jakimś smutnym uśmiechem, który zniknął równie szybko, jak się pojawił. I tak samo szybko przeszedł obok mnie, zamknął drzwi i zostawił mnie samą.

Nienawidzę prawa, ale uwielbiam Mayfield College i nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego miejsca do studiowania. Oczywiście Yale jest wspaniałe i ma wiele do zaoferowania. Uczą tam najlepsi profesorowie w kraju, a uniwersytecki campus, który odwiedziliśmy z Adrianem na wiosnę, żeby obejrzeć naszą przyszłą uczelnię, zrobił na nas ogromne wrażenie. Stare budynki z cegły przenosiły w dawne czasy i dosłownie czuć było tutaj geniusz i talent takich ludzi jak Sinclair Lewis, Judith Butler czy Meryl Streep. Natomiast dla Adriana ważna była świetna renoma Wydziału Architektury. Z tego też powodu zdecydowaliśmy się na Yale, a nie na Columbia, Dartmouth czy Harvard, nie mówiąc już o tym, że Yale School of Fine Arts też cieszyła się dobrą sławą. Wtedy jeszcze myślałam, że przekonam rodziców do studiowania sztuki i malarstwa. Teraz jednak cieszyłam się, mimo że elitarne uniwersytety mają swoje zalety, że wybrałam MFC. Koledż lepiej do mnie pasował. Ludzie byli tu bardziej wyluzowani. Nie skupiali się na tym, by efektywnie wykorzystać każdą sekundę swojego życia i nawet po dwóch tygodniach od rozpoczęcia studiów nie panikowali z powodu przeładowanego planu zajęć – inaczej niż Tanner i inni znajomi studenci Ivy League. W końcu człowiek musi coś dostawać za swoje pieniądze, coś osiągać. Prawdopodobnie żaden z nich nawet nie dopuszczał do siebie myśli o bezcelowym włóczeniu się po kampusie, tak jak ja właśnie to robiłam.

Po pierwszych dwóch wykładach usiadłam pod drzewem, oparłam się o pień i czytałam powieść graficzną, czekając jednocześnie na Alizę. Niektóre zajęcia mamy razem, a zakolegowałyśmy się w pierwszym dniu, kiedy obie poszłyśmy na wagary. Ja dlatego, że w ogóle nie chcę studiować prawa, a ona z powodu Święta Ofiarowania. Nie jest religijna, ale zżyta ze swoim środowiskiem i dla reszty jej muzułmańskiej rodziny to święto wiele znaczy, dlatego spędza je razem z nimi. Następnego dnia, niezorientowane i zagubione, stałyśmy razem w auli i zaczęłyśmy rozmawiać.

Zamknęłam książkę i oparłam głowę o pień drzewa. Po prostu nie mogłam się skupić na ilustracjach i dymkach dialogowych. Moje myśli ciągle wracały do Juliana i naszego przedziwnego spotkania, z którym nie mogłam dojść do ładu. Z jego złością umiałabym sobie poradzić, ale ta obojętność wytrącała mnie z równowagi.

– Jestem!

Kiedy podniosłam głowę, oślepił mnie jaskrawy błękit nieba. Przymknęłam oczy i zamrugałam. Aliza miała na sobie jasną bluzkę i czarne jeansy. Ciemne włosy w naturalnych skrętach opadały na ramiona, a jej szyję zdobiły długie naszyjniki. Miała idealnie narysowane kreski, a mascary nawet nie musiała używać. Jej rzęsy były tak niewiarygodnie długie. Ja nie uzyskałabym podobnego efektu nawet po trzech warstwach tuszu.

– Idziemy? – zapytałam.

Z zapałem kiwnęła głową.

– Umieram z głodu.

– No to chodźmy.

Schowałam komiks do plecaka i wstałam. Już od pół godziny burczało mi w brzuchu, ale Aliza była jeszcze na wykładzie, na który ja nie chodziłam, a wolałam na nią poczekać, żeby nie jeść sama.

Otrzepałam sobie spodnie z trawy i poszłyśmy do Wild Olive, wegetariańskiej restauracji oddalonej od kampusu tylko o dwie ulice. Chodziłyśmy tam prawie codziennie, bo nie odpowiadało nam jedzenie w stołówce.

– Przeczytałaś teksty na popołudnie? – zapytała Aliza i wyciągnęła z torby okulary przeciwsłoneczne. Z pośpiechu i ekscytacji, że zobaczę dziś rano Juliana, oczywiście zapomniałam swoich i teraz musiałam mrużyć oczy.

– A jak myślisz?

Skrzywiła się.

– A więc nie?

– Piip – zapiszczałam. – Pudło. Jasne, że przeczytałam te głupoty. Chyba nie myślałaś, że zostawię cię samą na wykładzie profesor Lawson.

Lawson nas nienawidziła. Na zajęciach zmieszała nas z błotem za wagary w pierwszym dniu. I niby stuprocentowa frekwencja nie jest dla niej taka ważna, ale, jak nam to dobitnie wyjaśniła, jak ktoś nie ma w sobie nawet tyle motywacji, żeby pojawić się punktualnie na pierwszych zajęciach, to nie jest wart jej wysiłków. Akurat jeśli chodzi o mnie, nie pomyliła się aż tak bardzo, ale Aliza miała dobre wytłumaczenie. Tyle że Lawson skwitowała je nieprzychylnym prychnięciem. Dźwięk, który równie dobrze mogłaby wydać moja mama.

– Dzięki, uspokoiłaś mnie. Bałam się, że będę musiała przejść przez to sama.

Wzruszyłam ramionami.

– Może nas nie zapyta.

Aliza przewróciła oczami.

– Oszukuj się dalej.

Mruknęłam coś w odpowiedzi. Lawson uważała nas za osoby „niegodne” studiów prawniczych, więc zwracała na nas uwagę i dbała o to, żebyśmy niczego nie przegapiły i usłyszały wszystko, co mówi. Nie bez powodu ciągle sadzała nas w pierwszym rzędzie i stale o coś pytała.

Doszłyśmy do Wild Olive, niepozornie wyglądającej restauracji, mieszczącej się na parterze budynku z odpadającym tynkiem i wyblakłymi futrynami okiennymi. Poszarpany wiatrem baner z nazwą wiszący nad drzwiami był rozdarty w niektórych miejscach, ale to wszystko nas nie odstraszało. Weszłyśmy do środka i zadrżałam, kiedy owionął mnie zimny strumień powietrza z klimatyzacji.

– Cześć – przywitała nas Kimberly z szerokim uśmiechem. Była córką właściciela i zarządzała restauracją. W ciągu dnia pracowała też jako kelnerka, bo nie opłacało się zatrudniać nikogo na stałe dla nielicznych gości jedzących tu obiad. Kimberly wzięła dwie karty ze stojaka obok drzwi wejściowych i zaprowadziła nas na nasze stałe miejsce pod wielkim oknem, skąd miałyśmy dobry widok na mały trawnik z placem zabaw. – Przynieść wam coś do picia?

– Colę.

– A dla mnie herbata ziołowa.

Potrząsnęłam głową.

– Nie rozumiem, jak przy tym upale możesz pić herbatę.

– Ochładza ciało od środka, a poza tym nie jest tutaj zbyt ciepło.

To prawda. Marzłam w T-shircie i zastanawiałam się, czy nie wyciągnąć z plecaka rozpinanego swetra. Uwielbiam słońce i ciepło. Gdyby to zależało ode mnie, zima jako pora roku na pewno przestałaby istnieć. Nie mogłam więc zrozumieć, dlaczego ludzie tak ochładzają pomieszczenia; prędzej czy później same by się wychłodziły. Jak mawiali Starkowie: „Winter is coming”. Prawdopodobnie za dwa albo trzy miesiące.

Aliza otworzyła swoją kartę.

– Kto dzisiaj płaci?

– Ten, kto pyta – powiedziałam z uśmiechem.

Ponieważ przychodziłyśmy tutaj regularnie od początku semestru, postanowiłyśmy płacić na zmianę. Nie miało bowiem sensu, by za każdym razem dzielić rachunek na pół.

– Ja wezmę może wrap z hummusem i awokado.

– Dobry wybór, to jest pyszne.

– A ty co bierzesz?

Aliza spojrzała w kartę. Z trudem podejmowała decyzje, więc któregoś razu postanowiła przetestować każdą potrawę po kolei.

– Frytki warzywne z sałatką i sosem jogurtowo-arachidowym. Brzmi dobrze.

Zdecydowanym ruchem zamknęła kartę i położyła ją na mojej.

– Jak upłynął ci weekend? – zapytałam. Dzisiaj nie miałyśmy jeszcze okazji porozmawiać, bo przez czekanie na Juliana miałam mało czasu i ledwo zdążyłam na pierwszy wykład.

– Uczyłam się, gotowałam, piekłam, pracowałam nad nowym wyglądem mojego bloga, ale niewiele zrobiłam, bo ciągle aktualizowałam Instagrama. Mam prawie dwieście pięćdziesiąt tysięcy followersów – pisnęła z zachwytem, a ja się roześmiałam. Odkąd się poznałyśmy, nie mogła się doczekać, by osiągnąć tę liczbę na swoim blogu o jedzeniu.

– Ile jeszcze brakuje?

– Czekaj. – Aliza wyciągnęła telefon. – Niecałe dwa tysiące.

– Będziesz je miała najpóźniej pojutrze.

Westchnęła.

– Byłoby fajnie. Miałabym wtedy ćwierć miliona obserwujących jeszcze przed trzecią rocznicą powstania tego bloga. Wiesz, ile to jest ludzi? Cholernie dużo! A wiesz, kto ostatnio polubił moje zdjęcia? Gwyneth Paltrow.

– Ale ty nie znosisz jej książki kucharskiej – powiedziałam. Ja też nie byłam jej fanką, ale szanowałam ją za grę w filmach o Iron Manie.

Aliza wzruszyła ramionami.

– Może i tak, ale to w końcu Gwyneth Paltrow.

Kiwnęłam głową właśnie wtedy, gdy Kimberly nadeszła z naszymi napojami. Przyjęła od nas resztę zamówienia.

– Co sądzisz o powieściach graficznych, które ci przyniosłam? – zapytałam i wypiłam łyk coli. – Rzuciłaś na nie okiem?

– Tak.

– I? – Spojrzałam na nią z wyczekiwaniem.

Aliza popatrzyła na mnie i bez słowa sięgnęła po cukier. Wsypała go do herbaty i powoli mieszała, dopóki gorąca woda nie zabarwiła się od ziół na ciemny kolor.

– Są całkiem zabawne.

Całkiem zabawne? To wszystko? Dałam jej moich faworytów! To prawda, Wytches i