Flying high - Bianca Iosivoni - ebook + książka

Flying high ebook

Bianca Iosivoni

4,3

Opis

Hailee skrywała tajemnicę. Mroczną i ponurą, o której nikt nie wiedział i nikt nie powinien się dowiedzieć. A już na pewno nie Chase. Hailee nie chce już dłużej udawać. Wpadła po same uszy, wbrew wszelkim swoim wcześniejszym planom. Wbrew temu, że od pierwszej sekundy, kiedy przed nim stanęła, była przekonana, że straci Chase’a. Ale każdym uśmiechem i każdym dotykiem chłopak coraz bardziej podbijał jej serce. Może jednak Hailee i Chase mają jakąś szansę? A może przeciwnie – muszą zdać sobie sprawę, że czasami nawet miłość nie wystarcza, aby dwoje ludzi mogło być razem? Kontynuacja historii Hailee i Chase’a znanej czytelnikom z Falling Fast.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 482

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (150 ocen)
82
38
25
5
0

Popularność




Tytuł oryginału: Flying High

Redakcja: Justyna Techmańska

Korekta: Renata Kuk, Dorota Piekarska

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: ZERO Werbeagentur GmbH

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2019 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-936-0

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Wszystkim, którzy znają ciemność.

Nie jesteście sami.

Nigdy nie jesteście sami.

Największym osiągnięciem jest być sobą w świecie, który nieustannie próbuje uczynić z ciebie kogoś innego.

– Ralph Waldo Emerson

Drogie Czytelniczki/Drodzy Czytelnicy!

Książka ta zawiera treści, które mogą być przyczyną różnego rodzaju niepożądanych zachowań. Dlatego TUTAJ znajduje się ostrzeżenie przed potencjalnymi tego skutkami.

UWAGA: Zawiera ono spojler całej niniejszej książki.

Życzymy Wam przyjemnej lektury.

Wasza Bianca i Wydawnictwo Jaguar

Playlista

Kelly Clarkson – Already Gone

The Fray – How to Save a Life

Walking On Cars – Don’t Mind Me

Jason Walker feat. Molly Reed – The Way Back

Avril Lavigne – Head Above Water

Rachel Platten – Fooling You

Jack Garratt – Weathered

Lady Gaga – Always Remember Us This Way

OneRepublic – Choke

Machine Gun, X Ambassadors & Bebe Rexha – Home

Florence + The Machine – Wish That You Were Here

Eric Arjes – Find My Way Back

The Band Perry – Stay in the Dark

Florence + The Machine – Stand by Me

X Ambassadors – Torches

Andra Day – Rise Up

Jem – You Will Make It

Walking On Cars – Catch Me If You Can

Tom Petty and the Heartbreakers – Learning to Fly

OneRepublic – Burning Bridges

Fleur East – Girl on Fire

You Me At Six – Take on the World

Imagine Dragons – I Bet My Life

WILD – Back to You

Rozdział 1

Chase

Znalazłam nowe najpiękniejsze miejsce. Wprawdzie nie znała go Katie, ale było bardzo ważne dla Jespera.

Spośród wszystkich słów z listu pożegnalnego Hailee te zapamiętałem najlepiej. Krążą po mojej głowie, wczepiają się w tkankę mózgu i nagle pojawiają się przed oczami tak wyraźne, że wszystko we mnie się zaciska i mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Zamiast tego obejmuję jednak mocniej kierownicę i zmuszam się, żeby odetchnąć głęboko. Raz. A potem jeszcze drugi i trzeci. Ale nadal czuję, jakbym zaraz miał się udusić.

Nie mam pojęcia, jak dotarłem tu z baru Beth – na ciągnącą się poza miastem Skyline Drive. Za nic nie mogę sobie tego przypomnieć. Wiem tylko, że muszę jechać dalej.

Szybciej. I jeszcze szybciej. Muszę znaleźć Hailee, zanim będzie za późno. Zanim zrobi coś, czego żadne z nas nie będzie mogło cofnąć.

Na samo wyobrażenie tego, że mógłbym stracić ją w ten sposób, wszystko na nowo wywraca mi się w żołądku. Clayton ponownie próbuje się do mnie dodzwonić, prawdopodobnie dlatego, że przed chwilą po prostu się rozłączyłem, ale ignoruję dzwonek, wyciągam komórkę z uchwytu i rzucam ją na siedzenie pasażera. Teraz nie mogę się tym zajmować. W tej chwili w mojej głowie jest miejsce tylko na jedną jedyną myśl. Na jeden jedyny cel.

Nie zwracam uwagi na krajobraz, który przelatuje za szybą, mimo że to z jego powodu przyjeżdża tu rokrocznie tak dużo turystów. Patrzę tylko przed siebie i dociskam pedał gazu. Silnik mojego dodge’a avengera wydaje z siebie jęk, a samochód przyspiesza. Jeszcze tylko kilka mil. Jeszcze tylko kilka minut.

„Boże, spraw, żebym nie przyjechał za późno”.

Właśnie w tej chwili mój mózg decyduje się zasypać mnie kanonadą wspomnień. Zalewa mnie fala odłamków obrazów i emocji, które za chwilę mnie pod sobą pogrzebią – a przynajmniej tak mi się teraz wydaje.

Przypominam sobie pierwszy raz, kiedy zobaczyłem Hailee. U Barneya, gdy mnie zagadała i następnego dnia w ciastkarni Lizzy, kiedy była zaskoczona naszym spotkaniem co najmniej tak mocno jak ja.

Przypominam sobie pierwszy raz, kiedy widziałem, jak się uśmiecha.

I przypominam sobie chwilę na płaskowyżu, kiedy zmęczona życiem niemal rzuciła się w dół.

A potem jeszcze naszą kłótnię w pokoju Jespera.

Jej uśmiech w labiryncie na polu kukurydzy.

Jej dłoń w mojej dłoni i jej ciało przytulone do mojego, kiedy w ciemności tańczyliśmy w jej pokoju, chociaż nie było żadnej muzyki.

Sposób, w jaki z całej siły trzymała mnie i próbowała uspokoić, kiedy zaatakowałem Shaine’a.

Pierwszy pocałunek po długim popołudniu nad jeziorem, kiedy w powietrzu unosił się jeszcze zapach ogniska.

Błysk w jej oczach podczas festiwalu.

Zdecydowanie wymalowane na jej twarzy, kiedy się ze mną żegnała.

W tym momencie uświadamiam sobie, że ta chwila mogłaby być naszą ostatnią. Że wczorajszy wieczór mógłby być ostatnim, kiedy rozmawiałem z Hailee, słyszałem jej głos, dotykałem jej, obejmowałem ją i kochałem się z nią.

Przełykam ślinę. Zaciskam palce na kierownicy, tak mocno, że całe ramię zaczyna od tego drżeć. Cholera, muszę się skoncentrować. Muszę znaleźć właściwy zjazd, bo jeśli przyjadę o kilka minut, kilka sekund za późno, będzie po wszystkim.

Wszystko się skończy.

Hailee

Kiedy byłyśmy małe, Katie namówiła mnie, żebyśmy zbadały las za domem. Miałyśmy akurat siedem albo osiem lat, był ciepły, letni dzień, a my się nudziłyśmy. Mama szukała właśnie czegoś w kuchni, a tata, który do niedawna siedział jeszcze z nami w ogrodzie i czytał, zniknął w gabinecie po tym, jak odebrał jakiś ważny telefon z kancelarii.

– No chodź, Hailee!

Nadal słyszę głos Katie tak dobrze, jakby stała teraz koło mnie. I widzę przed sobą małą dziewczynkę z rozjaśnionymi słońcem brązowymi włosami i ciemną opalenizną, tak wyraźnie jak piękną, młodą kobietę, na jaką wyrosła później moja siostra bliźniaczka.

– No, dalej. Idziemy do lasu! To będzie niezła przygoda, zobaczysz!

Na początku wahałam się, bo trochę obleciał mnie strach. Do tej pory byłyśmy tam jedynie w towarzystwie taty, nigdy same. Ale potem Katie wyciągnęła do mnie dłoń, a ja podałam jej swoją. Chichocząc, przebiegłyśmy przez łąkę w kierunku lasu, nie poświęciwszy nikomu ani niczemu ani jednej zbędnej myśli. A już z pewnością bez zastanowienia się, że to może być niebezpieczne albo że rodzice mogliby się martwić. I Katie miała rację: to była przygoda. Odkryłyśmy mały strumyk. Promienie słońca między drzewami i szemrzącą woda, która błyszczała w ich blasku, były takie magiczne, jakbyśmy weszły właśnie do jakiegoś zaczarowanego świata. Ale to jeszcze nam nie wystarczało, więc wdrapałyśmy się na drzewo, którego gałęzie zwieszały się nad strumieniem.

– Popatrz, jak wysoko potrafię wejść! Popatrz, Hailee! Popatrz!

Tego popołudnia Katie poślizgnęła się przy wspinaczce i spadła z drzewa. Miała szczęście. Parę gałęzi zamortyzowało upadek i nie uderzyła o kamienie na brzegu, wylądowała na poszyciu z miękkich liści. Mimo to przez chwilę leżała tam całkiem spokojnie. Bez ruchu. Nie wydając z siebie ani jednego dźwięku. Wtedy myślałam, że ją straciłam.

Teraz straciłam ją naprawdę.

Katie DeLuca urodziła się dwudziestego lutego, dwie minuty i pięćdziesiąt siedem minut przede mną, ale zaokrąglała to zawsze do trzech minut, bo to lepiej brzmiało. Była moją starszą siostrą, moją drugą połówką, moją pocieszycielką, centralnym punktem mojego życia, osobą, która dodawała mi odwagi. Nie mogę sobie przypomnieć czasu, kiedy nie byłybyśmy razem dłużej niż przez jedną noc.

A teraz minęło już piętnaście tygodni. Piętnaście tygodni bez Katie. Piętnaście tygodni, w ciągu których robiłam wszystko, na co zawsze miałam ochotę. Piętnaście tygodni, w ciągu których ośmielałam się robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie uważałam za możliwe. Piętnaście tygodni, w ciągu których wypełniałam obietnicę złożoną Katie.

Byłam odważna. Przez całe moje życie stosowałam się do zasad i wypełniałam plany. Z nas dwóch byłam tą grzeczną, podczas gdy Katie była buntowniczką. I chociaż tego lata złamałam wszystkie moje dotychczasowe zasady i przez trzy miesiące żyłam tak, jak gdyby nie było jutra, dopiero dzisiaj nadszedł dzień, kiedy to rzeczywiście stało się prawdą. Nie ma już dla mnie jutra. To lato od początku miało swoją datę końcową. Tylko w ten sposób mogłam przez to wszystko przejść. Wiedząc, że wkrótce zobaczę ponownie Katie i Jespera, byłam w stanie zrobić i osiągnąć wszystko. I być odważną. A teraz nadszedł czas, żeby być odważną po raz ostatni.

Kiedy chwytam za klamkę, żeby wysiąść z samochodu, moja ręka drży. Tylko kilka kroków dzieli mnie od krawędzi płaskowyżu. Wita mnie ciepła, letnia bryza, a widok, który widziałam już z wnętrza hondy, wydaje się teraz jeszcze piękniejszy. U moich stóp roztacza się dolina pokryta drzewami, których liście zaczynają już przebarwiać się na żółto i czerwono. Rzeka Shenandoah wije się przez park narodowy, a woda mieni się w słońcu tak samo jak strumień w lesie za naszym domem. Widać stąd nawet Skyline Drive, którą w ciągu ostatnich tygodni jeździłam z Chase’em.

„Chase…”.

Zaciskam oczy, oddycham głęboko i próbuję ze wszystkich sił przegonić myśli o nim. Tutaj nie chodzi o niego. Nigdy nie chodziło. Chodzi tylko o obietnicę, którą złożyłam na grobie mojej siostry.

„Zobaczymy się znowu, Katie. Obiecuję ci, że znowu się zobaczymy”.

A dzisiaj jest sto szósty dzień, który spędzam bez niej. I będzie to dzień ostatni.

Do moich uszu dochodzi głośny trzask, przerywając błogą ciszę. Moje palce są tak zesztywniałe, że zgniatają plastikową butelkę, którą trzymam w dłoni. Trochę mlecznobiałego płynu wylewa się na ziemię. Rozpuszczenie w wodzie tabletek nasennych mamy trwało dłużej, niż przypuszczałam, ale w końcu udało mi się to zrobić.

Teraz muszę już tylko…

Kiedy to wypiję, pozostanie mi jedynie zamknąć oczy. I zasnę. I będę znowu z Katie. Na myśl o tym drżę na całym ciele.

Kolana odmawiają mi posłuszeństwa.

Uginają się pode mną, a kiedy ląduję na twardej skale, przeszywa je ostry ból. Ocieram ręką łzy, ale one ciągle na nowo napływają mi do oczu. Nie potrafię przestać płakać. To idiotyczne.

Nigdy nie miałam zamiaru tu przyjeżdżać. Nigdy nie chciałam przyjechać do Fairwood. Ale przede wszystkim nigdy nie chciałam tu zostać. Ani na kilka dni, ani na kilka tygodni. A już na pewno nie na zawsze. Więc dlaczego teraz płaczę? Dlaczego wszystko mnie boli, jakby moje ciało z całych sił przed czymś się broniło? Jakby chciało powstrzymać mnie przed podniesieniem butelki i przytknięciem jej do ust?

W opuszkach palców czuję dziwne mrowienie, po czym – kiedy próbuję odkręcić nakrętkę – kompletnie tracę w nich czucie. Udaje mi się otworzyć butelkę dopiero za którymś razem, bo ciągle się z niej ześlizgują. Cholera, czy przez cały ten czas miałam takie spocone ręce?

Z moich ust wydobywa się szloch.

Przyrzekłam to.

Przyrzekłam to Katie.

Nie wiem, jak mam żyć bez niej. Po prostu tego nie potrafię.

Nie umiem.

Ale moja ręka pozostaje nieruchoma.

Drżąc na całym ciele, przysuwam się bliżej krawędzi przepaści i patrzę w dół. Mogłabym skoczyć. Po prostu zamknąć oczy i skoczyć. Ale czy na pewno bym wtedy umarła? Co, jeśli obudzę się w szpitalu? Ciężko ranna i bez żadnych szans na to, żeby zakończyć to tak, jak sobie wyobrażałam. Myśl, że miałabym spotkać w takim stanie mamę i tatę i zobaczyć na ich twarzach rozczarowanie, jest gorsza niż wszystko inne. Gorsze niż myśl, że miałabym się już więcej nie obudzić.

Poza tym dla mnie nie ma już odwrotu. Wysłałam list do rodziców. Napisałam list do Chase’a. Pożegnałam się.

Nie mogę wrócić, nawet gdybym chciała.

Bardzo wolno podnoszę rękę. Przysuwam butelkę do ust. Palce drżą mi tak mocno, że płyn rozlewa się dookoła.

Muszę to tylko wypić.

Tylko wypić.

Zaraz będzie po wszystkim.

Chase

Skręcam i pędzę nieutwardzoną drogą. Kawałki żwiru podskakują i uderzają w karoserię. Drzewa i krzaki przesuwają się za szybą w zatrważającym tempie. Zmuszam się, żeby zdjąć nogę z gazu, bo inaczej trafię zaraz w jakieś drzewo. Ale – niech to diabli! Każda sekunda się liczy. Każda sekunda, która zbliży mnie do Hailee, która…

Przede mną na skraju płaskowyżu pojawia się czerwona honda.

W pierwszej chwili paraliżuje mnie uczucie szoku pomieszanego z ulgą, ale zaraz potem naciskam na hamulec. Samochód zatrzymuje się z piskiem opon tylko kilka centymetrów za samochodem Hailee.

Mój puls szaleje. Nie mogę jasno myśleć. W mojej głowie panuje jeden wielki chaos.

Otwieram drzwiczki, wyskakuję na zewnątrz i biegnę przez płaskowyż.

– Hailee?

Jest tam. Jeszcze tam jest.

Siedzi zwrócona do mnie plecami, zbyt blisko przepaści, i… się nie rusza. Jest tak przerażająco nieruchoma, jak gdyby zamieniła się w kamień. Albo jak gdyby…

– Hailee!

Tym razem lekko się wzdryga i bardzo wolno odwraca w moją stronę. Jeśli wierzyłem, że niemożliwe jest, żebym odczuwał jeszcze większy strach, byłem w błędzie. Na widok Hailee moje serce zatrzymuje się, po czym zaczyna bić jeszcze silniej i jeszcze boleśniej niż przed chwilą.

Oczy Hailee są czerwone od płaczu. Na jej rzęsach błyszczą łzy. Rozmazany tusz zostawił ciemne ślady na skórze. I jest blada. Jest tak cholernie blada, jakby za chwilę miała upaść. Albo rzucić się w dół klifu. Czy to jej plan? Skoczyć?

– Chase…?

Nie wiem, czy usłyszałem swoje imię, czy tylko odczytałem je z ruchu jej warg. Ale mnie rozpoznała. Oddycha. Rozmawia ze mną. Czuję taką ulgę, że prawie uginają się pode mną nogi. Potem mój wzrok pada na plastikową butelkę, którą trzyma w dłoni.

Jest pusta.

– Cholera! – Nie zauważam nawet, że ruszam do przodu, ale nagle jestem już przy niej, opadam przed nią na kolana i łapię ją ostrożnie za ramiona.

– Co tam było? Wypiłaś to? Wszystko?

Jej palce zaciskają się wokół moich nadgarstków. Są zimne, słabe, ale trzymają mnie mocno.

– Wypiłaś to? – pytam dalej, podczas gdy wszystko we mnie wrze. Moje serce nadal bije jak oszalałe, ale teraz kontrolę przejmuje rozsądek. Przypominam sobie wszystkie rzeczy, których nauczyłem się w ostatnich latach, a reszta schodzi na dalszy plan. Pierwsza pomoc. Zabiegi resuscytacyjne. Postępowanie w sytuacji traumy. Ale ani w straży pożarnej, ani kiedy pomagałem w szpitalu czy kiedy szkoliłem się na ratownika medycznego w wojsku, nigdy nie było mowy o tym, co robić w takim przypadku jak ten. I nikt mnie nie ostrzegł, jak bezradny będę się wtedy czuł.

– Porozmawiaj ze mną – proszę ją i kładę dłoń na jej policzku. Jej skóra jest gorąca i wilgotna.

Hailee oddycha o wiele za szybko, a na jej szyi wyczuwalny jest przyspieszony puls. Ale na jej ciele nie widzę żadnych otwartych ran, źrenice wyglądają normalnie i wydaje się, że można z nią w miarę rozsądnie rozmawiać.

Bardzo wolno potrząsa głową.

– Ja… ja… nie mogłam tego zrobić. – Jej głos jest tylko urwanym, ledwo słyszalnym szeptem, a mimo to słyszę go wyraźnie w otaczającej nas ciszy. – Chciałam to zrobić. Chcę… dotrzymać obietnicy danej Katie, ale… ale… nie potrafię. – Łzy spływają jej po policzkach. – Po prostu tego nie potrafię…

Powtarza to w kółko, nawet wtedy, kiedy obejmuję ją ramieniem i przyciągam do siebie. Butelka wypada jej z ręki i turla się w dół po kamieniach. Dopiero teraz dostrzegam w niej resztki mlecznobiałego płynu i plamę na ziemi bezpośrednio koło nas. Cokolwiek Hailee chciała wypić – prawdopodobnie mieszankę tabletek nasennych i innych lekarstw – wydaje się, że to wylała, zanim zdążyłem tu przyjechać.

Nawet nie potrafię wypowiedzieć, co ta świadomość we mnie wyzwala. Przyciągam ją do siebie jeszcze mocniej i gładzę tył jej głowy i plecy, a ona przytula się do mnie, jakby nie chciała mnie już nigdy puścić. Z jej ust wydobywa się szloch, potem następny, aż w końcu nie potrafi już przestać. Przez jej ciało przechodzi drżenie, które z każdą sekundą staje się coraz silniejsze.

Trzymam ją w ramionach tak długo, jak długo tego potrzebuje. Jak długo oboje tego potrzebujemy.

– Nie jestem już całym, nienaruszonym człowiekiem – szepcze prawie niedosłyszalnie. – Została mnie tylko połowa…

Wszystko we mnie się ściska, więc obejmuję ją jeszcze mocniej. Mimo że tak bardzo chciałbym zapewnić ją, że to uczucie minie i wszystko będzie dobrze, nie mogę tego zrobić. Bo nie wiem, czy na pewno tak będzie. Nie ma na to gwarancji. A już na pewno nie ma gwarancji, że ten ból któregoś dnia osłabnie.

W tej chwili nienawidzę tej bezradności bardziej niż czegokolwiek innego. Jedyne, co mogę teraz zrobić, to być przy niej i dać jej poczucie, że nie jest sama. Bo nie jest. I muszę mieć nadzieję, że na razie to wystarczy.

– Jesteś pewna, że niczego z tego nie wypiłaś? – dopytuję się po kilku sekundach, bo mimo ulgi, którą odczuwam, nie potrafię uwolnić się od dręczących mnie wątpliwości. I paniki, która każe mi zabrać Hailee od razu do szpitala, gdzie zbadano by ją i otoczono opieką. Nie musiała wypić całej mieszanki środków nasennych, żeby dało to jakieś negatywne skutki. I kto wie, czy nie wzięła wcześniej czegoś innego, zanim sięgnęła po miksturę w butelce…

– Nie potrafiłam – powtarza. – Po prostu nie potrafiłam tego zrobić.

Waham się przez ułamek sekundy.

– I tak powinnaś pojechać do szpitala i dać się zbadać – mówię ostrożnie.

Od razu kręci głową i odchyla się trochę do tyłu, żeby móc spojrzeć mi w oczy.

– Nie mogę iść do szpitala. Jeśli tam się pojawię, wtedy… wtedy… oni potraktują to jako…

Potraktują to jako próbę samobójczą, porozmawiają z Hailee i w zależności od tego, jak ta rozmowa przebiegnie, mogą zakwalifikować ją jako osobę zagrożoną samobójstwem. Ewentualnie doradzą jej, żeby przez kilka dni została w szpitalu na obserwacji. Ale przecież Hailee nic nie zrobiła. Miała plan, ale go nie zrealizowała.

– W szpitalu mogą ci pomóc – próbuję ją uspokoić. – Nie zdarzy się nic, czego nie będziesz chciała, obiecuję ci to. Ale musisz poddać się badaniu i z kimś porozmawiać. Z kimś, kto ma do tego kwalifikacje.

Potrząsa głową.

– Przysięgam ci, że nic z tego nie wypiłam. Proszę, Chase. – Jej oczy wydają się olbrzymie na jej nadal nienaturalnie bladej twarzy. Patrzą na mnie błagalnie.

Ona jest już na dnie. Boże, jest tak zdołowana, jak to tylko możliwe, a jeśli jeszcze teraz zawiozę ją do szpitala na izbę przyjęć, chociaż tego nie chce… Jak to na nią wpłynie? Ale czy mogę wziąć na siebie odpowiedzialność i tego nie zrobić? Czy mogę zawierzyć jej słowom? Po tym wszystkim, co się wydarzyło? Po tym, co prawie zrobiła?

– Proszę… – Jej głos jest już tylko szeptem. W jej oczach na nowo pojawiają się łzy i toczą się w dół po policzkach. – Nie chcę tam jechać.

W mojej głowie pojawia się jedno przekleństwo za drugim, ale milczę, zaciskając zęby tak mocno, że aż boli mnie od tego szczęka. Nie mogę nadużyć jej zaufania. Ale nie mogę też zupełnie niczego nie zrobić. To nie byłoby tylko nieodpowiedzialne, lecz również sprzeczne ze wszystkim, czego się nauczyłem. Cholera, byłoby sprzeczne ze wszystkim, w co wierzę.

– W porządku – mówię, bo wpadam na jeden pomysł. – Nie pojedziemy do szpitala. Zawiozę cię z powrotem do twojego pokoju nad barem. Pod jednym warunkiem.

Patrzy na mnie przez chwilę w milczeniu, po czym nieznacznie kiwa głową na zgodę.

– Mój znajomy jest lekarzem i jest mi winny przysługę. Zbada cię bez wpisywania tego do akt, okej?

Waha się, wydaje się, że ze sobą walczy, jednak ponownie przytakuje ruchem głowy.

– Okej…

– Obiecaj mi to, Hailee. Obiecaj mi, że pozwolisz mu się zbadać.

– Obiecuję – odpowiada cicho i przytula się do mnie, kiedy ponownie biorę ją w ramiona. – Ale przyrzekam, że nic z tego nie wypiłam.

Boże, mam nadzieję, że to prawda. Tak bardzo na to liczę. Prawie tak samo jak na to, że da się namówić, żeby z kimś porozmawiać – z kimś, kto wie, jak postępować w tego rodzaju sytuacjach.

Powoli wstaję i pomagam Hailee się podnieść. Potem prowadzę ją do dodge’a, otwieram drzwi pasażera, pomagam jej wsiąść i zapinam pas bezpieczeństwa. Przez cały czas w klatce piersiowej czuję bolesne kołatanie, podczas gdy moja głowa nieustannie pracuje na pełnych obrotach.

„Ona tego nie zrobiła”. Hailee tego nie zrobiła. Ale była blisko. Może gdybym w porę nie przyjechał, wybrałaby jednak inne rozwiązanie. Gdybym pojawił się tu tylko kilka minut później – czy odnalazłbym ją w tym samym stanie co teraz? A może nie byłoby tu już ani śladu po Hailee, z którą spędziłem ostatnie tygodnie?

Ale jeszcze kiedy okrążam samochód, żeby w końcu wsiąść za kierownicę i włączyć silnik, uświadamiam sobie, że się myliłem. Nie znam Hailee. Nie tak naprawdę. I może nigdy tak naprawdę jej nie znałem.

Rozdział 2

Hailee

Kiedy otwieram oczy, wokół panuje spokój. Moje otoczenie. Mój oddech. Moje myśli. Wszystko się uspokoiło. I przez chwilę unoszę się gdzieś między jawą i snem, i to jest najbardziej błogie uczucie, jakiego doświadczyłam. Do chwili, kiedy wracają do mnie wspomnienia. Tego, co się wydarzyło. Tego, co prawie zrobiłam. Każde z nich kolejno pojawia się w mojej świadomości, aż jest ich tak dużo, że nic już nie czuję.

Wzrok powoli się wyostrza. Leżę w łóżku, które jest mi dobrze znane i w którym wyczuwalny jest nie tylko mój zapach, ale również jego. Patrzę w sufit, na który w ostatnich tygodniach patrzyłam zdecydowanie zbyt często. Na twarzy czuję ciepły powiew wiatru. Okno musi być otwarte. Z ulicy słychać głosy. Kroki. Okrzyki dzieci. Warkot samochodów. Dzwonki rowerów. Wszystko wydaje się takie… normalne. Takie codzienne. A nie powinno takie się wydawać. Jak świat może toczyć się dalej, jakby nic się nie wydarzyło?

Zamykam oczy i próbuję to zignorować. Ale przede wszystkim próbuję oprzeć się pokusie popatrzenia na zegarek. Bo niezależnie od tego, którą godzinę wskaże, wiem, że jest za późno. Nie powinno mnie tu być. Nie chciałam już tu być. A mimo to jestem. Nie dlatego, że Chase albo ktoś inny powstrzymał mnie przed wypiciem rozpuszczonych tabletek. Sama się powstrzymałam. I w chwili, kiedy ponownie otwieram oczy, nie wiem, czy powinnam być sobie za to wdzięczna, czy przeciwnie – mam się za to nienawidzić.

Chociaż najchętniej zamknęłabym ponownie oczy i na nowo odpłynęła w sen, zapominając o wszystkim dookoła, podnoszę się powoli na łóżku. Kręci mi się w głowie, usta są wyschnięte, oczy mnie pieką, a pod czaszką czuję pulsujący ból. Płakałam. Przypominam to sobie aż za dobrze. Czuję się, jakbym przeszła przez piekło. I to tam i z powrotem.

Lekarz, z którym zaprzyjaźniony jest Chase i który był u mnie rano, stwierdził to samo, co już i tak wiedziałam. Nic nie wypiłam. Nie mogłam. Słyszałam, jak cicho rozmawiali na korytarzu. Mogę przypomnieć sobie jeszcze fragmenty ich rozmowy.

– Fizycznie wszystko wydaje się w porządku, może tylko jest trochę wyczerpana. Ale poza tym… – Lekarz, którego imienia już nie pamiętam, doradził Chase’owi, żebym jak najszybciej udała się do jakiegoś terapeuty albo poszukała pomocy w poradni. Poza tym w najbliższym czasie nie powinnam zostawać sama. Chyba więc powinnam liczyć się z tym, że również teraz ktoś jest ze mną w pokoju. Mimo to jestem zaskoczona, kiedy słyszę znajomy głos.

– Witamy z powrotem.

Odwracam głowę i patrzę w twarz osoby siedzącej na krześle obok łóżka.

– Lexi…?

Kuzynka Chase’a opuszcza książkę, wsuwając między strony palec jako tymczasową zakładkę. Potem spogląda na mnie uważnie.

Naprawdę tu jest. Nie wiem, jak długo Lexi siedzi koło mnie, może dopiero od kilku minut, a może już od wielu godzin. I chyba rzeczywiście tak jest, bo niebo za oknem przybrało już złotożółtą barwę. Chyba przespałam cały dzień. Nic dziwnego, skoro ostatniej nocy nie zmrużyłam oka.

Chcę spytać, co się stało, ale milczę, bo w tej samej chwili uświadamiam sobie, jak absurdalnie by to zabrzmiało. Wiem dokładnie, co się zdarzyło i wątpię, żebym kiedykolwiek miała to zapomnieć. Nawet gdybym chciała.

Krótko omiatam wzrokiem pokój, co do którego byłam przekonana, że już nigdy go nie zobaczę, po czym wracam spojrzeniem do Lexi. Wydaje się blada. Jej długie, lekko kręcone włosy tworzą rozwichrzoną grzywę, w której wygląda, jakby dopiero wstała z łóżka. Jej makijaż pod oczami jest trochę rozmazany, a kiedy się podnosi i przekręca głowę w bok, słychać, jak strzyka jej w karku.

– Gdzie jest Chase?

Nie wiem, dlaczego jest to pierwsze pytanie, jakie zadaję. Może dlatego, że był on ostatnią osobą, którą czułam i widziałam, zanim zasnęłam. Może dlatego, że jego zapach i obecność są nadal wyczuwalne w tym pokoju, choć już go tu nie ma. I może również dlatego, że po wszystkim, co się wydarzyło, boję się ponownie spojrzeć mu w twarz.

– Akurat teraz? – Lexi unosi w górę brwi i rzuca książkę na nocny stolik. Krótkie spojrzenie na telefon i ten również ląduje z głuchym trzaskiem na blacie. – Nie mam pojęcia. Powiedział, że za parę godzin wróci. – Ostatnie słowa wypowiada zza zaciśniętych zębów.

Powoli przenoszę wzrok z telefonu na Lexi. Widziałam już u niej ten wkurzony, uparty wyraz twarzy. Szczerze mówiąc, widziałam go u niej więcej niż raz.

– Z mojego powodu jesteś taka wściekła…? Czy to wina Chase’a?

Prycha pogardliwie.

– Chase to idiota. Ucieka od problemów, zamiast zostać i się z nimi zmierzyć. Albo, Boże uchowaj, wspólnie znaleźć jakieś rozwiązanie. Dokładnie tak samo jak ktoś inny, czyjego imienia nie chcę teraz wymieniać.

Mimowolnie się wzdrygam i patrzę w dół na cienką kołdrę.

– Chyba to nas łączy…

Lexi przez chwilę mi się przygląda, po czym energicznie wstaje.

– Chcesz coś zjeść? Wypić? Ja zaraz umrę z głodu.

Tak szybko zmienia temat, że z trudem za nią nadążam, ale kiwam potakująco głową, chociaż w ogóle nie jestem głodna.

– Byłoby świetnie coś zjeść.

– Dobra. – Podpiera się dłońmi w biodrach i przygląda mi się przenikliwie. – Zejdę na chwilę do baru i coś nam przyniosę. Nie rób niczego…

– Głupiego?

Krótko zaciska usta.

– Niczego, czego ja też bym nie zrobiła. – Obrzuca pokój kontrolnym spojrzeniem, jakby czegoś szukała, po czym krótko kiwa w moim kierunku głową. – Zaraz wracam.

Patrzę, jak wychodzi. Zauważam, że zostawiła uchylone drzwi, zamiast je za sobą zamknąć i nie wiem, czy powinnam z tego powodu czuć ulgę, czy raczej się rozpłakać. Dokładnie rzecz biorąc, nic już nie wiem. Nic nie jest takie, jakie być powinno i to jest moja wina.

Przez chwilę przyglądam się moim dłoniom, potem zmuszam się, żeby wstać i powlec się do łazienki. Idę do toalety, myję zęby, a następnie twarz. Kiedy wycieram się ręcznikiem, mój wzrok pada na moje rzeczy. Lexi albo Chase musieli przynieść je z hondy i rozpakować. Leżą tu przybory do makijażu, gumki do włosów, szczoteczka, żel pod prysznic, szampon… ale brakuje maszynki do golenia. Tak samo jak szklanki. Rozumiem, dlaczego usunęli te rzeczy, mimo to na samą myśl o tym, robi mi się niedobrze.

Nie mogę pojąć, jak to się stało, że stałam się tą dziewczyną. Dziewczyną, na którą trzeba uważać, żeby sobie czegoś nie zrobiła. Przy czym nigdy nie czułam potrzeby, żeby sobie coś zrobić. Zawsze raczej unikałam bólu. Powoli opuszczam ręcznik i odwieszam go z powrotem na miejsce. Znam kilku ludzi z college’u, którzy przez jakiś czas umyślnie się okaleczali. Po niektórych tego nie widać, inni już zawsze będę nosili ślady na swoim ciele. Ludzie będą na nich patrzyli i będą wiedzieli, skąd pochodzą te blizny. I zawsze znajdą się tacy, którzy będą ich oceniać i potępiać za to, że nie potrafili znaleźć innej drogi. Tak samo jak od tej pory zawsze znajdą się ludzie, którzy będą wiedzieli, co chciałam zrobić i którzy będą mnie za to potępiać.

Zaciskam oczy, ale nie udaje mi się powstrzymać łez. Boli mnie całe ciało. Głowa mi pęka. Ale najgorzej jest tam w środku, głęboko w piersiach, gdzie została teraz już tylko jedna wielka czarna dziura. Jedynym powodem, dla którego cieszyłam się tym latem, robiąc te wszystkie zwariowane i odważne rzeczy, była absolutna pewność, że szóstego września zobaczę ponownie Katie. Wpisałam sobie nawet datę, miejsce i godzinę do kalendarza. Dokładnie piętnaście tygodni po tym, jak nas opuściła. W ten sam dzień tygodnia. O tej samej godzinie. W specjalnym miejscu, do którego ja i Katie koniecznie chciałyśmy wrócić. Dzisiaj wprawdzie nadal jest szósty września, ale jest już wieczór, a ja… ja nie wiem, co robić. Nie ma już przede mną daty, której mogłabym się trzymać, ani dnia, w którym miałabym ponownie zobaczyć siostrę i najlepszego przyjaciela. I nie mam najmniejszego pojęcia, co z tym zrobić. Jak żyć ze świadomością, że tych dwoje ludzi już nigdy tu nie wróci. Że straciłam ich na zawsze.

– Hailee? – głos Lexi wyrywa mnie z zamyślenia.

Moje odbicie w lustrze przygląda mi się zaczerwienionymi, podejrzanie błyszczącymi oczami. Pociągam nosem, wycieram dłonią policzki i wracam do pokoju.

– Co przyniosłaś?

Lexi patrzy na mnie podejrzliwie. To trwa jedynie krótką chwilę, może tylko sekundę, ale nienawidzę tego. Bo to pokazuje, że nie ma do mnie zaufania. A najgorsze jest to, że sama o to zadbałam. Lexi wskazuje ruchem ręki papierowe torebki i plastikowe kubki na łóżku.

– Koktajl mleczny, kawa, trochę ciasta Beth, bajgle i jeszcze parę rzeczy.

Dosiadam się do niej i pomagam rozpakować zawiniątka. Nadal nie czuję głodu, ale – żeby sprawić przyjemność Lexi – odgryzam kawałek bajgla i biorę łyk latte macchiato. Musiała przygotować ją Beth, bo smakuje tak samo jak kawa, którą piłam tu przez ostatnie trzy tygodnie. Czyli tak, jak najbardziej lubię.

– Wiedziałaś, że Chase chciał kiedyś zostać ratownikiem medycznym? – Lexi odzywa się po paru minutach.

Na chwilę przestaję żuć i potrząsam wolno głową. Nie opowiadał mi tego, ale nie jestem zaskoczona. Jeśli Chase chce komuś pomóc, to mu pomaga.

Lexi się krzywi.

– Tak, to było jeszcze za czasów szkolnych, ale też przez pewien czas po skończeniu szkoły. Kiedy był dzieckiem, jego największym marzeniem było zostać strażakiem. Ciągle latał z tym żałosnym hełmem na głowie, który dostał kiedyś od kogoś na Gwiazdkę. I jak tylko była taka możliwość, poszedł do ochotniczej straży pożarnej. Właściwie nie mogli brać nieletnich, ale szef straży to przyjaciel naszej rodziny i dzięki temu Chase mógł kilka razy wziąć udział w akcji. Wtedy dość szybko zorientował się, że woli ratować ludzi, niż gasić pożary. W liceum chodził na zajęcia medyczne, a po lekcjach pomagał nawet jako wolontariusz w szpitalu. Wiesz, jak to wygląda: nosił dokumenty z punktu A do B, spędzał czas z pacjentami, pomagał pracownikom szpitala i tak dalej.

– Czy wtedy poznał tego lekarza? – słyszę swoje pytanie. – Kiedy pracował jako wolontariusz w szpitalu?

Lexi potwierdza skinięciem głowy i wkłada sobie do ust ogromny kawałek czekoladowego ciasta.

– Przez jakiś czas byłam pewna, że odnalazł swoje powołanie – mruczy pod nosem.

– Co się stało?

Bo jak widać, Chase nie pracuje już nieodpłatnie w szpitalu, nie zaczął też kariery ratownika medycznego. Studiuje architekturę, w następnym tygodniu wraca na uczelnię, po studiach zacznie pracę w firmie swojego ojca i wuja, i będzie projektował budynki.

– Co się stało? Nasza rodzina. Ot co. – Lexi cicho się śmieje, ale brzmi to jakoś głucho. – Niezliczone pokolenia architektów. Nikt nie pytał Chase’a ani Josha, co chcą zrobić ze swoim życiem. To od początku nie podlegało dyskusji. Kiedy w liceum Chase to sobie uświadomił, zrobił zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i przez jakiś czas buntował się przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Ale w końcu… – wzdycha ciężko i wzrusza zrezygnowana ramionami – …w końcu dostosował się do ich oczekiwań. Poszedł do wojska, jeszcze jedna tradycja w naszej rodzinie, i ukończył tam szkolenie podstawowe… – Przerywa i przez moment wydaje się nad czymś zastanawiać. – Ale ukończył tam również szkolenie na ratownika medycznego. Potem jednak grzecznie pojechał do Bostonu i zaczął studiować architekturę.

Nigdy o tym nie opowiadał. Wprawdzie wiedziałam, że nie jest szczęśliwy na studiach i że nie cieszy się z perspektywy przyszłego zawodu, ale nie miałam pojęcia, że w gruncie rzeczy nie był to żaden wybór. A już na pewno nie jego. Z drugiej strony, sama zataiłam przed nim zbyt dużo rzeczy, żeby teraz móc robić mu z tego powodu wyrzuty. Zadaję sobie tylko pytanie, dlaczego nic mi o tym nie powiedział. Czy już dawno pogrzebał swoje marzenia? Czy jeszcze czasem o nich myśli?

– A co z tobą? – pytam, żeby oderwać się od tych rozważań. – Dlaczego nie zaczęłaś pracy w rodzinnym przedsiębiorstwie?

Jej pełne usta wykrzywiają się w grymasie.

– Bo moja buntownicza faza jeszcze się nie skończyła. Ale szczerze mówiąc, myślę, że tata i wujek Quentin nadal w głębi duszy mają nadzieję, że nastąpi jeszcze taki dzień, kiedy odkryję w sobie miłość do architektury i się opamiętam. – Przy ostatnich słowach Lexi robi w powietrzu palcami niewidoczny cudzysłów. – Co nigdy się nie zdarzy. Nie ma dla mnie nic nudniejszego, niż projektowanie jakichś koszmarnych biurowców czy hoteli, z geometrii przestrzennej zawsze byłam kompletnym zerem, a na myśl o tym, że resztę życia miałabym spędzić w jakimś dusznym biurze, mam ochotę wyskoczyć przez okno. – Słowa jeszcze nie opuściły na dobre jej ust, a jej oczy zdążyły już rozszerzyć się z przerażenia. – O, kurczę. Sorry. To był idiotyczny tekst.

– Nie. – Potrząsam głową i ku własnemu zaskoczeniu muszę się uśmiechnąć. – Był jak najbardziej na miejscu.

– Nie, to było niedelikatne i…

– Dziękuję – przerywam jej i odkładam na wpół zjedzonego bajgla na papierową torebkę.

Lexi marszczy czoło. Robi wrażenie zdezorientowanej.

– Za co mi dziękujesz?

– Za to, że znowu traktujesz mnie normalnie, a nie jak kogoś, kto… kto…

– Chciał się zabić? – Przeszywa mnie wzrokiem. – Chciałaś to zrobić, więc możesz to spokojnie powiedzieć.

Zaciskam usta. Nie wypowiem tych słów na głos. Mój plan nigdy nie miał nic wspólnego z tymi wszystkimi okropnymi obrazami, które normalnie kojarzą się z samobójstwem. Z krwią, bólem i cierpieniem, które wyrządza się innym. Chciałam tylko po prostu być znowu przy Katie. Chciałam być przy Jesperze. I chciałam, żeby ten ból wreszcie się skończył. Bo nie jestem w stanie znieść myśli o życiu bez mojej siostry bliźniaczki. Ani przed wakacjami, ani teraz.

Może dlatego fakt, że jestem tu i siedzę z Lexi na łóżku, wydaje się taki nierealny. Samo oddychanie wydaje się surrealistyczne. Rozmowa. Egzystencja. Wszystko poszło źle. Katie i ja od początku byłyśmy jednością. I powinnyśmy były nią zostać. Zawsze żartowałyśmy, że jako stare babcie skończymy w wielkim domu, pełnym kotów lub wnuków. Nie wiedziałyśmy wtedy jeszcze, która z tych wersji okaże się prawdziwa, ale jedno zawsze było dla nas jasne: że do naszego ostatniego tchnienia będziemy razem. Tak często o tym rozmawiałyśmy i żadna z nas nigdy nie potrafiła sobie wyobrazić, że mogłoby się to skończyć inaczej. Że jedna z nas mogłaby zostać sama. Całkiem sama.

Przełykam ślinę i opuszczam wzrok na pokrytą kwiecistym wzorem kapę na łóżku.

– Och, Hailee…

Nawet nie zauważyłam, że zaczęłam płakać. Dopiero kiedy Lexi podaje mi chusteczkę, uświadamiam sobie, że po moich policzkach spływają gorące łzy. Ocieram je, wydmuchuję nos i zgniatam chusteczkę w dłoni. W następnej chwili Lexi zabiera z łóżka jedzenie i napoje, odstawia je na biurko pod oknem, po czym ponownie się do mnie przysiada i w milczeniu przyciąga mnie do siebie.

Nie chcę płakać. Nie chcę znowu się rozkleić, bo – szczerze mówiąc – mam już tego dosyć. Ale nie mogę inaczej. Ból powraca. Czuję, jakby rozrywał mnie od środka. Do tego ta przeraźliwa pustka. Moja skóra jest napięta, gardło wyschnięte, a każdy oddech sprawia mi ból. To tak bardzo boli – być tu, kiedy Katie odeszła. Dlaczego jeszcze tu jestem? Dlaczego spotkało to ją, a nie mnie? Była lepsza ode mnie. Dużo lepsza. Była odważna, miała apetyt na życie, dzikie plany i zwariowane marzenia. To powinno było spotkać mnie. To ja powinnam leżeć w kostnicy. W trumnie. Pod ziemią. To powinnam być ja, a nie ona. Nie Katie.

Lexi mocno trzyma mnie w objęciach. Nie próbuje mnie uspokoić, nie mówi mi też, że wszystko będzie dobrze – i za to jestem jej nieskończenie wdzięczna, jeśli nawet nie mogę znaleźć odpowiednich słów. Bo nic już nie będzie dobrze.

Nie wiem, jak długo tak siedzimy. Czas wydaje się nie istnieć, jego upływ widać jedynie po tym, że niebo za oknem traci kolor i robi się coraz ciemniej. Boli mnie głowa. Mam wyschnięte gardło. Moje mięśnie pozbawione są jakiejkolwiek siły. Już nie mogę. Po prostu nie mogę.

– Chcesz o tym porozmawiać? – pyta Lexi, kiedy w końcu przestaję płakać.

Potrząsam przecząco głową i wydaje mi się, że słyszę, jak wzdycha z ulgą, ale z drugiej strony nie puszcza mnie, tylko nadal mocno obejmuje. I nie robi mi wyrzutów, a jedynie delikatnie gładzi mnie po plecach.

– To nic – szepcze po chwili. – Nikt nie będzie cię do niczego zmuszał. Ale jeśli chciałabyś porozmawiać, zawsze tu będę, okej? Chase również, jeśli tylko mu na to pozwolisz, tak samo jak Charlotte, Clayton i Eric, no i Beth. Wszyscy jesteśmy tu dla ciebie, Hailee.

Zaciskam powieki, ale mimo to łzy nadal płyną mi po policzkach. Nie wiem nawet, dlaczego jeszcze płaczę. Bo tak bardzo cierpię? Bo czuję się taka zagubiona i mimo słów Lexi nadal samotna? Bo chcę jej uwierzyć i jestem jej tak niesamowicie wdzięczna za to, że mną nie gardzi i nie potępia za to, co chciałam zrobić?

Sama nie wiem.

Łzy płyną nadal, nawet wtedy, kiedy jestem pewna, że wypłakałam już ostatnią i że nie jestem w stanie uronić ani jednej więcej. Spływają mi po policzkach, a Lexi trzyma mnie mocno w objęciach.

Rozdział 3

Chase

– Dokąd jedziesz?

– Nie wiem. Nic już nie wiem.

Kiedy jeżdżę po okolicy, w głowie nadal słyszę krótką rozmowę z Lexi, ale nawet kilka godzin później nadal nie wiem, dokąd właściwie chcę pojechać. Wiem tylko, że muszę być w ruchu, że potrzebuję czegoś, co zajmie moje myśli i odwróci je od wydarzeń dzisiejszego poranka.

Z odrętwienia wyrywa mnie dźwięk klaksonu. Światła zmieniły się na zielone. Daję kierowcy za mną znak ręką i naciskam pedał gazu. W międzyczasie wyjechałem już z Fairwood. Cholera, chyba nie jestem już nawet w tym samym stanie. W jakiś dziwny sposób wylądowałem tu, w tym małym miasteczku, którego nie pamiętam, ale które jednocześnie wydaje mi się jakby znajome.

Nie zastanawiając się, skręcam i jadę dalej prosto, po czym ponownie skręcam i zatrzymuję się na małym parkingu.

Silnik nadal pracuje, moja lewa ręka spoczywa na kierownicy, prawa na dźwigni zmiany biegów. W każdej chwili mogę jechać dalej. Muszę tylko zakręcić i wyjechać ponownie na ulicę. Ale nie robię tego, bo z jakiegoś cholernego powodu tu przyjechałem. Akurat tu. Na parkingu stoi długi, niski budynek. Hala bokserska. Ale taka, w której nie tylko można zaliczyć trening, ale również oddać się rozrywce zupełnie odmiennego rodzaju.

To nie jest studio w Charlestonie w Wirginii Zachodniej, to nie Roys Club, gdzie na ringu odbywają się nawet ostrzejsze walki i w którym ostatniej zimy występowałem w jednej z nielegalnych walk, które regularnie mają tam miejsce. Pierwotnie była to walka Josha, ale potem oczywiście musiał wziąć to świństwo, więc go zastąpiłem. Tak samo jak mnóstwo razy wcześniej i później. Znowu i znowu, i znowu. Myślałem, że z tym skończyliśmy. Byłem pewny, że ten etap mamy już za sobą.

I mimo to jestem tu teraz. Nie po to, żeby spłacić długi Josha, tylko dlatego, że tego chcę. Bo potrzebuję czegoś, co mnie zajmie. Chociaż na chwilę. Po raz pierwszy w swoim życiu jestem dobrowolnie w takim miejscu jak to.

Zanim mam czas się zastanowić, co tutaj, do cholery, robię, wyciągam kluczyk ze stacyjki i wysiadam. Otacza mnie wilgotne i ciepłe powietrze. Ziemia jest sucha, niebo przejrzyste i ciemne. Poza dwoma wolnymi miejscami cały parking jest zajęty. Nic dziwnego, w końcu jest piątkowy wieczór i ludzie przyjeżdżają tu nie tylko, żeby trenować, ale również żeby oglądać walki i obstawiać zakłady.

Nie mam przy sobie sportowego stroju, ale zawsze wożę w samochodzie ubranie na zmianę do pracy na budowie albo na wycieczki z Philem. Wyciągam je z bagażnika, sięgam jeszcze po butelkę z wodą, po czym wielkimi krokami mijam parking i wchodzę do budynku. Z zewnątrz niczym się nie wyróżnia. To tylko trochę zaniedbany, położony na uboczu klub bokserski. Nic nie wskazuje na to, że odbywa się tu coś więcej poza niewinnymi treningami.

Przy wejściu siedzi znudzony gość i popijając proteinowy koktajl, ogląda w telewizji walkę bokserską. Wymawiam właściwe słowa i powołuję się na kilka odpowiednich nazwisk, dzięki czemu mogę wejść do środka bez opłaty i bez karty członkowskiej. Nie ma tu okien, a oświetlenie jest kiepskie, mimo to widać, że w głównej sali trenują całkiem normalni ludzie. Kilku z nich dla rozgrzewki ćwiczy na bieżni. Jakiś facet z nadmiernie rozbudowaną muskulaturą przebiega właśnie obok mnie w kierunku sali treningowej, gdzie z sufitu zwisa z tuzin worków z piaskiem. Grupka kobiet i mężczyzn ćwiczy z hantlami w dłoniach, cicho przy tym postękując. Są tu najróżniejsi klienci: od nastolatka do bogatego pracownika korporacji, który na swoje wypielęgnowane dłonie wkłada właśnie bokserskie rękawice.

Rzucam w ich kierunku jeszcze jedno spojrzenie, po czym schodzę do piwnicy. Jeszcze zanim otwieram drzwi do sali, na której odbywają się walki, słyszę przenikliwe dudnienie basów. Wyciągam rękę i na chwilę się zatrzymuję. Jak tylko otworzę te drzwi, stanę się częścią tego, co tam się odbywa. Pomimo że przysięgałem sobie nigdy więcej w tym nie uczestniczyć. Nie ma nic, czego bym w tym nie nienawidził. Walka. Zakłady. Wrzask. Zapach potu, piwa i moczu. Ból. Długi, które później trzeba spłacić. Ale… kurde! Dzisiaj po raz pierwszy nie robię tego dla Josha – ani dla kogoś innego. Robię to dla siebie. Ten jeden raz naprawdę chcę tej walki. Ten jeden raz chcę to zrobić – i zapomnieć o wszystkim innym. Bo muszę zapomnieć, chociaż na krótką chwilę, o tym, co zdarzyło się dzisiaj rano. O tym, co prawie zrobiła Hailee. Inaczej zwariuję.

Nie wahając się dłużej, chwytam za klamkę i energicznie otwieram drzwi. Hałas, smród i gorąco niemal zwalają mnie z nóg. Próbuję oddychać możliwie płytko i przesuwam się obok ludzi zgromadzonych wokół ringu, którzy wrzeszczą do nieprzytomności.

Nie muszę długo czekać, nim umięśniony facet z ponurą miną i tatuażami na twarzy rozpoznaje mnie i prowadzi do małego pomieszczenia na zapleczu, gdzie śmierdzi jeszcze bardziej niż między tymi wszystkimi ludźmi. Prawdopodobnie od lat nikt tu porządnie nie sprzątał. Ignoruję zapach, hałas i myśli w mojej głowie. Ściągam koszulę, buty i dżinsy, i wciskam je razem ze swoją torbą, telefonem i kluczykami od samochodu do szafki, która lata świetności już dawno ma za sobą. Drzwiczki niemożliwie piszczą, ale zamek jeszcze trzyma. Wracam do głównej sali tylko w długich sportowych spodniach i z butelką wody w dłoni. Kilku chłopaków zostaje w szatni, żeby psychicznie przygotować się do walki. Wcześniej też tak robiłem. Próbowałem się zmotywować. Dodać sobie odwagi. Mówiłem sobie, że to tylko kilka razy, że niedługo Josh pozbędzie się długów, a ja nie będę już musiał wracać myślami do takich wieczorów jak te.

Na wspomnienie o tym tylko prycham pod nosem. Tak, jasne. Jakby człowiek mógł tak łatwo uciec przed własną przeszłością. Albo z nią zerwać.

Właściwie panujący tu hałas nie powinien pozwolić mi o czymkolwiek myśleć – przecież właśnie z tego powodu się tu znalazłem. Mimo to moje myśli ciągle wracają do Hailee. Do dzisiejszego poranka. A wraz z nimi wracają pytania. Dlaczego, do diabła, tego nie przewidziałem? Jak mogłem być tak pewny, że znam tę dziewczynę? Spędzaliśmy ze sobą całe dnie i noce. Jak to się, do jasnej cholery, stało, że nie dostrzegłem w jej oczach tego bólu? Jak to możliwe, że nie domyśliłem się, co planowała?

Boże… Gdybym mógł cofnąć czas, wszystko zrobiłbym inaczej. Z drugiej strony kompletnie nie wiem, co miałbym zrobić i jak miałbym to w porę zauważyć. Po prostu nie wiem. I to mnie dobija. To, że nie zauważyłem, że Josh ma problem z narkotykami, zanim było za późno, to jedno. Ten gość to mój starszy brat. Studiujemy wprawdzie na tym samym uniwersytecie, ale on właśnie zrobił magistra i obraca się w innym gronie znajomych niż ja. Nie widywaliśmy się częściej niż raz, najwyżej dwa razy w tygodniu. Od czasu do czasu chodziliśmy na piwo. Nic poza tym.

Lecz Hailee? Jak udało jej się to zataić przez cały ten czas, który spędzaliśmy razem? Jak mogłem być taki głupi, taki ślepy i tego nie zauważyć?

Ale nawet gdybym to zauważył – jak miałbym wtedy wiedzieć, co zrobić, skoro nawet teraz tego nie wiem?

Jedynym powodem, dla którego zostawiłem ją na ostatnie kilka godzin pod opieką Lexi, jest fakt, że doktor Pearson ją zbadał i zapewnił, że przynajmniej fizycznie wszystko z nią w porządku. Że rzeczywiście niczego nie wzięła. Dla pewności pobrał jeszcze krew, aby zbadać ją w laboratorium i godzinę temu zadzwonił do mnie, by potwierdzić, że nie wykryto obecności żadnych obcych substancji chemicznych. Więc powiedziała prawdę. Nie zrobiła tego. Nie próbowała się zabić.

„Ale chciała”.

Myśl ta powraca do mnie z nieznośną jasnością, wwierca się w głowę i osadza się w świadomości. Chciała to zrobić, wszystko przygotowała, napisała nawet list pożegnalny do rodziców. I wiedziała, że to zrobi, już wtedy, kiedy się poznawaliśmy. Tyle przynajmniej wynikało z jej listu do mnie. Wiedziała to. Wiedziała to przez te wszystkie tygodnie.

Cholera… Nie wiem już, co powinienem myśleć albo czuć. Wiem tylko, że potrzebuję przerwy. Jednej krótkiej chwili, kilku cholernych minut, w czasie których nie będę musiał o niczym myśleć. W czasie których nie będę czuł paniki i tych przytłaczających wyrzutów sumienia.

Przeczesuję palcami włosy. Na ringu, bezpośrednio przede mną, jakiś wielki łysy facet rzuca się na swojego przeciwnika i tak długo w niego uderza, aż wydaje mi się, że słyszę trzask łamanych kości. Na podłogę padają czerwone krople. Koleś kaszle i wypluwa krew. Próbuje wstać i walczyć dalej. Potrafi dużo wytrzymać, trzeba mu to przyznać. Ale jeden cios łysego wystarcza, żeby na nowo padł na podłogę. Tym razem już się nie rusza.

W żołądku czuję ucisk. Zaciskam pięści, powstrzymując w sobie impuls, żeby podbiec tam i sprawdzić, czy mężczyzna jeszcze oddycha. Szkolenie na ratownika tak mocno mnie ukształtowało, że w myślach przechodzę teraz wszystkie wymagane kroki. Sprawdzam oddech, puls, bicie serca. Wołam o pomoc. Zaczynam masaż klatki piersiowej.

Facet ma szczęście. Znam takie miejsca, gdzie opuszcza się ring tylko jako zwycięzca, nieprzytomny lub – w najgorszym przypadku – martwy. Innych opcji nie ma. Tutaj ma się większe szanse. I rzeczywiście właśnie ktoś się schyla i sprawdza jego funkcje życiowe, a zaraz potem pozostali pomagają mu stanąć na nogi.

– Whittaker. – Mężczyzna z tatuażami na twarzy staje w tej chwili koło mnie i mierzy mnie wzrokiem. – Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś cię tu zobaczę. No, przynajmniej jeden z was dotrzymuje słowa.

Zaciskam zęby. Z trudem powstrzymuję się, żeby mu czegoś nie odpowiedzieć i dalej niewzruszenie obserwuję ring. Nie mogę sobie przypomnieć jego imienia, ale to nie ma znaczenia. Jestem tu tylko po to, żeby chociaż na krótką chwilę zapomnieć o wszystkim innym, zaraz po tym już mnie tu nie będzie.

Facet z anielskim spokojem zapala papierosa. Oświetlenie w piwnicy jest tak słabe, że widzę wyraźnie, jak się żarzy.

– Nigdy nie mogę was odróżnić – mruczy pod nosem i strząsa trochę popiołu na zimną betonową podłogę. – Jesteś tym starszym czy młodszym?

Krępy mężczyzna zlewa ring wodą z ogrodowego węża. Krew rozmywa się i kapie na podłogę.

– Czy to ważne? – odpowiadam lakonicznie.

Dariusz – teraz przypominam sobie jego imię – uśmiecha się, odsłaniając przy tym rząd błyszczących białych zębów. Czarne tatuaże, które zaczynają się na skroni i pokrywają całą lewą połowę jego twarzy są teraz jeszcze lepiej widoczne.

– Nie. – Głową wskazuje na ring. – Jesteś następny, Whittaker.

Nienawidzę faktu, że zna moje nazwisko, chociaż byłem tu tylko raz. Że zna Josha. I że wtedy w ogóle tu przyjechałem. Ale dzisiaj wieczorem to nie będzie grało żadnej roli. Bo dzisiaj wieczorem nie chodzi o to, żeby spłacić długi Josha, tylko o to, żeby zapomnieć. Nawet jeśli tylko na kilka krótkich minut.

W palcach czuję mrowienie. Wśród okrzyków i owacji wchodzę na ring.

Kilka godzin później Lexi otwiera mi drzwi i wpatruje się we mnie, jakby ledwo mnie poznawała. Jej wzrok ześlizguje się w dół, rejestrując wszystkie zadrapania, które można rozpoznać na pierwszy rzut oka, po czym ląduje ponownie na mojej twarzy. Jej oczy robią się bardzo wąskie.

– Przysięgam, że gdybym cię właśnie nie potrzebowała, skopałabym ci tyłek tak mocno, że… – W każdej wypowiedzianej przez nią sylabie słychać wściekłość.

Kiwam tylko głową.

– Wiem.

Ale wtedy kuzynka mnie zaskakuje. Zamiast zrobić krok w bok, żeby mnie przepuścić, albo wymierzyć mi kuksańca, żeby przynajmniej dać upust swojej złości, robi coś innego. Coś, co jest tak niespodziewane, że na początku w ogóle nie potrafię na to zareagować: obejmuje mnie.

Mija kilka sekund, zanim uświadamiam sobie, co się dzieje, a tyle samo, zanim jestem w stanie odwzajemnić jej gest. Chwilę później Lexi odrywa się ode mnie i uderza mnie lekko w pierś, na co w sumie od początku liczyłem. Nic nie mówi, ale wyraz jej twarzy jest morderczy i nie pozostawia żadnych wątpliwości: będę musiał usłyszeć od niej jeszcze to i owo – tak samo jak Josh, kiedy wreszcie prawda wyjdzie na jaw, a on znowu pojawi się na celowniku. Kiedykolwiek miałoby to nastąpić.

– Jak ona się czuje? – pytam cicho, bo jest już po północy, a w pokoju pali się tylko mała lampa na biurku. Jej ciepłe światło wpada przez drzwi do zwykle ciemnego o tej porze korytarza.

– Śpi – odpowiada lakonicznie Lexi. O czymkolwiek ona i Hailee rozmawiały, pozostanie ich tajemnicą. – Przyniosę ci coś na oko. – Przesuwa się koło mnie i znika, zanim zdążę jej podziękować.

W czasie jazdy samochodem czułem się jeszcze w miarę dobrze, ale teraz zauważam, że moje lewe oko coraz bardziej boli. Prawdopodobnie już dawno zrobiło się zielono-niebieskie. Powinienem je schłodzić, żeby zaradzić najgorszemu, ale to jest sprawa drugorzędna. Teraz chcę tylko zobaczyć Hailee i przekonać się, że wszystko z nią w porządku. Że jeszcze oddycha.

Potrząsam głową, lecz nie mogę pozbyć się tej myśli. Nawet wtedy, kiedy wchodzę do pokoju, zamykam za sobą drzwi i podchodzę do łóżka. Lexi miała rację. Hailee leży zwinięta na boku pod cienką kołdrą i śpi. Nie wiem, jak długo tak stoję i obserwuję, jak jej pierś z każdym oddechem lekko się podnosi i opada. Ale po wszystkim, co się wydarzyło, potrzebuję tej chwili. Muszę przekonać się na własne oczy, że Hailee wciąż tu jest.

Słyszę za sobą trzask. Lexi stoi w drzwiach, trzymając zimny okład, opakowanie tabletek przeciwbólowych i butelkę wody.

– Dzięki, Lex.

Zbywa to wzruszeniem ramion. Nawet jeśli nigdy by się do tego nie przyznała, Lexi dba o ludzi, którzy są dla niej ważni i zrobi wszystko, żeby dobrze się czuli. To chyba jedyny powód, dla którego do tej pory jeszcze nie eksplodowała na którymś z porannych śniadań organizowanych przez moją mamę, kiedy kolejny raz pojawia się temat, że ja i Josh mamy dołączyć do firmy. Zna nas wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że żaden z nas nie zdecydował się na to dobrowolnie.

Wzdychając, patrzę ponownie na Hailee, po czym pokazuję Lexi, żeby wyszła ze mną na korytarz.

– Co się dzieje? – pyta ściszonym głosem.

Drzwi nadal są lekko uchylone, a żadne z nas nie chce obudzić Hailee. Ale tym razem nie chodzi o nią, tylko o kogoś innego. O prawdę, którą jestem winien Lexi, nawet jeżeli mój brat skręci mi za to kark. Oddycham głęboko.

– Josh nie jest w żadnej podróży, tylko w klinice odwykowej w pobliżu Bostonu.

– Co?! Żartujesz chyba?

– Uwierz mi, chciałbym, żeby tak było. – Zmęczony opieram się o ścianę i przyciskam sobie zimny okład do lewego oka.

– Ale jak… Jak to? – powtarza z niedowierzaniem. – Jak to możliwe, że nasz świątobliwy Josh wylądował w klinice odwykowej?

Parskam, słysząc przydomek, jaki mu nadała, bo używając tego określenia, nie myli się znowu tak bardzo. To ja byłem tym, który siebie i wszystkich innych wokół wiecznie wpędzał w kłopoty, Lexi zawsze była buntowniczką – a Josh? Josh był tym, który próbował wszystko załagodzić. Nie potrafię zliczyć, ile razy krył mnie albo Lexi i brał na siebie winę za coś, czego nie zrobił, a za co odpowiedzialność ponosiliśmy my. Zaczynając od cennej wazy z dynastii Ming, należącej do babki Alexandry, która nagle zamieniła się w stos bezwartościowych skorup, a kończąc na graffiti na terenie szkoły.

– Myślę, że nie znamy go aż tak dobrze, jak myśleliśmy – mówię cicho i patrzę na uchylone drzwi. – Każdy ma swoje tajemnice.

– Wiem. Ale jak, do diabła, do tego doszło? I kiedy?

Jest w takim szoku, że aż muszę się uśmiechnąć, choć jest to uśmiech pełen goryczy.

– Pytasz niewłaściwą osobę. Nie miałem o niczym pojęcia do chwili, kiedy odebrałem telefon z pogotowia. Przedawkowanie – dodaję, rzucając jej krótkie spojrzenie. Mój głos jest spokojniejszy i bardziej zrównoważony niż ja. Na samo wspomnienie tej sytuacji wszystko do mnie wraca: bezradność, zaskoczenie, wściekłość. Obezwładniająca panika, bo prawie go wtedy straciliśmy. – Obiecał, że przestanie, ale narobił sobie długów u nieodpowiednich ludzi, znowu wpadł w to gówno i w końcu sam zgłosił się na odwyk.

Lexi krzyżuje ręce na piersiach.

– Ile wynoszą jego długi?

– Dużo. I sam nie potrafił ich spłacić. – Lód trzeszczy mi w dłoni, kiedy na nowo przykładam okład.

– Stąd te walki? I dlatego nie ma od niego żadnych wiadomości?

Potakująco kiwam głową.

– Cholera, Chase. – Lexi chodzi po korytarzu tam i z powrotem. Z baru pod nami dochodzą stłumione odgłosy: brzęk naczyń, kroki, rozmowy, muzyka z kuchni. – Dlaczego nic mi nie powiedzieliście?

– Bo to by niczego nie zmieniło. Poza tym musiałem obiecać Joshowi, że będę trzymał język za zębami. Nie chciał wciągać w tę sprawę ani ciebie, ani nikogo innego.

Lexi obraca się do mnie.

– Ale ciebie wciągnął, prawda?

Wzruszam ramionami.

– To nie fair. Może rzeczywiście nic by to nie zmieniło, ale w końcu należę do rodziny! Josh jest dla mnie jak brat. Obaj jesteście.

Kiedy Lexi wpada w słowotok, nie mogę się nie uśmiechnąć. To takie typowe dla niej – i kolejny powód, dla którego do tej pory utrzymywałem to przed nią w tajemnicy. Nie chciałem, żeby niepotrzebnie się denerwowała, skoro i tak nie mogła nic zmienić. Ale przede wszystkim nie chciałem, żeby wygadała się przed mamą, tatą, swoimi rodzicami, swoim bratem i szwagierką.

Mój wzrok ponownie wędruje do drzwi. Hailee również zrobiła tajemnicę ze swoich planów. Prawdopodobnie dlatego, że doskonale wiedziała, że każdy, kto by się o nich dowiedział, zrobiłby wszystko, co w jego mocy, żeby ją powstrzymać. A przynajmniej wiem, że ja bym tak zrobił.

Wzdychając, przeciągam dłonią po twarzy. Byłbym obłudny, gdybym zarzucał Hailee, że mi się nie zwierzyła. Nie mogę jej nawet robić wyrzutów z faktu, że nie wie, jak ma dalej żyć bez swojej siostry. Albo bez Jespera. W ciągu kilku miesięcy straciła najlepszego przyjaciela i siostrę bliźniaczkę. A jej rodzice? Gdzie, do diabła, podziewają się jej rodzice, kiedy Hailee tak bardzo ich potrzebuje? Jak mogli pozwolić jej, po wszystkim, co się stało, wyruszyć w tę podróż? I to w pojedynkę? I dlaczego ani razu się z nią nie skontaktowali? A przynajmniej Hailee nic o tym nie mówiła i w ciągu tych kilku tygodni, które spędziliśmy razem, nie zauważyłem, żeby miała z nimi jakikolwiek kontakt.

– Skopię Joshowi tyłek, jak tylko ponownie go zobaczę! – Głos Lexi przywołuje mnie z powrotem do rzeczywistości. Nadal chodzi przede mną tam i z powrotem. – I tobie też! Nie myśl, że to koniec tej sprawy. Powinieneś był już dawno temu mnie w to wtajemniczyć! – Potrząsając głową, odwraca się i idzie ponownie w przeciwnym kierunku. – Wiedziałam, że coś jest nie w porządku. Wiedziałam to przez cały czas! I nic z tym… Cholera! Co ci się stało w rękę? – Nagle stoi przy mnie i podnosi do góry moją prawą dłoń.

Udaje mi się zdusić jęk. Skóra palców jest otarta. A na niej widać zaschniętą krew, strzępy skóry i zwykły brud. Do tej pory nie zadałem sobie trudu, żeby lepiej się temu przyjrzeć. Po walce miałem tylko jeden cel: jak najszybciej tu wrócić. Z powrotem do Hailee. Ale teraz dociera do mnie wreszcie, jak mocno poranioną mam dłoń i wykrzywiam twarz w niemym grymasie. Jak gdyby gojące się już stłuczenie, które zafundowałem sobie dwa tygodnie temu na budowie w Richmond, to było dla mnie za mało. Teraz, przez te nowe otarcia, ręka będzie mnie bolała jeszcze dużo dłużej. Ale przynajmniej udało mi się na ringu na kilka minut wyłączyć głowę i myślenie. Na chwilę pozbyć się wspomnień dzisiejszego poranka. Myśli o tym, co takiego mogło się wydarzyć i jak fatalnie to wszystko mogło się skończyć. I pogrążyć się na kilka minut w absolutnej ciszy.

Ciszy, która skończyła się w tym samym momencie, w którym skończyła się walka. A potem wszystko wróciło, z jeszcze większą intensywnością.

– Boże, czasami chciałabym stuknąć was tymi waszymi pustymi głowami, aż rozwinęlibyście może coś na kształt mózgu – syczy Lexi, jednocześnie puszczając moją dłoń. – Zrób coś z tym, zanim wda się zakażenie! – Bierze kilka razy głęboki wdech, a ja dosłownie widzę, jak intensywnie w tym momencie myśli. – Zostań z Hailee. Wytłumaczę cię jakoś na niedzielnym śniadaniu. A kiedy następnym razem zadzwoni Josh, chcę z nim porozmawiać.

– Masz na myśli, że chcesz na niego nawrzeszczeć.

– Och tak, to też. – Prycha i spogląda to na mnie, to na uchylone drzwi. – Potrzebujecie jeszcze czegoś?

– Nowego życia? – odpowiadam cynicznie.

Uderzenie w tył głowy jest jedyną odpowiedzią. W tej chwili Lexi tak bardzo przypomina swoją matkę, że muszę zagryźć wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem. I żeby nie zwrócić jej na to uwagi. Bo wtedy z całą pewnością zadałaby mi dużo więcej bólu.

– Idź już tam! – Palcem wskazującym pokazuje pokój. – Zadbaj o nią i o swoje skaleczenia. Ja zadbam o to, żeby nikt wam nie przeszkadzał. Z Beth już rozmawiałam. Hailee może korzystać z pokoju tak długo, jak zechce.

Zatrzymuję się z ręką na klamce.

– Pewnie myśli, że Hailee jednak zmieniła zdanie i postanowiła tu zostać.

Oboje zdajemy sobie sprawę, jak dużo prawdy jest w tych słowach. Żegnam kuzynkę skinięciem głowy i wchodzę do pokoju.

Kiedy drzwi zamykają się z cichym kliknięciem, Hailee jeszcze śpi. Tak jak kilka minut temu przez chwilę tylko jej się przyglądam. Żeby upewnić się, że jeszcze oddycha. Że jeszcze tu jest.

Do tej pory trzymała mnie na nogach adrenalina, ale teraz zauważam, jak zaczynają drżeć mi mięśnie i uginają się pode mną kolana. Cholera, jestem wykończony. Nie mam już siły ani nerwów. Nie wiem, co zrobić ani jak mam się zachować.

Więc robię jedyne, co wydaje się odpowiednie.

Rzucam ostatnie spojrzenie na Hailee i idę do sąsiadującej z pokojem łazienki, gdzie odkładam worek z lekko już roztopionym lodem. Pomieszczenie jest maleńkie i jeśli zbyt szybko bym się obrócił, z pewnością uderzyłbym w coś łokciem. Wiem z własnego doświadczenia, jak bardzo to boli, a dzisiejszego wieczoru już wystarczająco się nacierpiałem.

Biorę tabletki przeciwbólowe i popijam je wodą, opróżniając butelkę do połowy, po czym idę pod prysznic. Tylko na krótko i mając nadzieję, że jej tym nie obudzę, ale po ostatnich godzinach to po prostu konieczność. Następnie wycieram się, wkładam bokserki i podkoszulek, i wyciągam z podręcznej apteczki rzeczy potrzebne do opatrzenia rany. Możliwie szybko i gruntownie myję i dezynfekuję prawą dłoń, starając się z całych sił nie wydać z siebie ani jednego dźwięku, chociaż rana koszmarnie piecze. Prawdopodobnie zdarłem sobie z niej właśnie resztki skóry, ale przynajmniej nie wda się zakażenie. Na koniec owijam rękę bandażem i wracam do sypialni.

Może powinienem wyłączyć lampę na biurku, ale coś mi mówi, że oboje możemy potrzebować trochę światła w ciemności. Powoli, żeby nie obudzić Hailee, wchodzę do łóżka i kładę się za nią. Hailee wydaje z siebie lekkie westchnienie, po czym przytula się do mnie plecami. Robi to, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie i jest w tym geście tyle zaufania, że muszę przełknąć ślinę. Obejmuję ją ramieniem, zanurzam twarz w jej włosach i biorę głęboki wdech.

„Wciąż tu jest. Żyje. Jest przy mnie”.

Myśli te przyćmiewają wszystko inne w mojej głowie. Wiem, że Hailee i ja musimy porozmawiać. Pilnie. Ale nie teraz. Nie dzisiejszej nocy. Bo teraz chcę tylko trzymać ją w ramionach i upewnić się, że wszystko z nią dobrze. Przynajmniej w tej chwili.