First last song - Bianca Iosivoni - ebook + książka

First last song ebook

Bianca Iosivoni

4,4

Opis

Kolejna książka z cyklu First autorstwa Bianki Iosivoni, która obok Mony Kasten i Laury Kneidl należy do ścisłej czołówki niemieckich pisarek, kierujących swoje przepełnione emocjami powieści obyczajowe do młodych kobiet!


Mason i Grace studiują na tej samej uczelni, ale nie pozostają w żadnych zażyłych relacjach. Sytuacja zmienia się radykalnie, kiedy Grace postanawia nieco schudnąć, a Mason zaczyna pełnić funkcję jej personalnego trenera. Był ostatnim facetem, którego opinią na swój temat by się przejmowała, a że kiedyś ona oddała mu przysługę, uznała, że nadszedł czas na rewanż.
Generalnie Grace wcale nie uważa, że musi zeszczupleć  – podświadomie czuje, że powinna zadowolić despotyczną matkę i swojego chłopaka.
Nie da się ukryć, poczucie własnej wartości jest u Grace żałośnie niskie. Tak bardzo, że gotowa jest poświęcić swoje marzenia i zrezygnować z przesłuchań i ze kariery na scenie. Nie chce dłużej poddawać się niczyjej presji, nie zostanie wokalistką.
Pod wpływem Emery, swojej przyjaciółki, postanawia jednak udowodnić coś sobie – i jej. Przesłuchanie wygrywa, ale członkinią zespołu wciąż nie chce być.
Mason, który  w zespole gra na gitarze i trochę śpiewa, doskonale  zdaje sobie sprawę, ile warta jest Grace, jej profesjonalne przygotowanie oraz znakomity głos. Jeśli zespół ma mieć jakiekolwiek szanse na wygraną w konkursie, do czego się właśnie przygotowuje, i na dalszą karierę w showbiznesie, może to osiągnąć tylko z Grace w roli wokalistki.
Podejmuje więc usilne starania, aby ją przekonać… Ciekawe, jaki będzie tego skutek i a jeszcze ciekawsze, jakie będą skutki uboczne!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 523

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (230 ocen)
131
62
32
5
0

Popularność




Tytuł oryginału: Der letzte erste Song

Redakcja: Urszula Przasnek

Korekta: Aneta Szeliga

Skład i łamanie: Robert Majcher

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2018 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright for the cover: Jovana Rikalo

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-886-8

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

PATRONAT MEDIALNY:

Melanie oraz wszystkim, którzy kochają muzykę i żyją nią tak ja Mason i Grace.

Playlista

David Guetta feat. Sia – Titanium

Madilyn Bailey – Scars

Aloe Blacc – Wake Me Up (Acoustic)

Self Deception – Fuckin’ Perfect

Macy Kate & Kurt Hugo Schneider – Radioactive

Kurt Hugo Schneider, Sam Tsui & Megan Nicole – Drag Me Down

Adele – Rolling In The Deep

Idina Menzel – Let It Go

Fugees – No Woman, No Cry

Dion – Runatound Sue

Solomon Burke – Cry to Me

Swing Republic – Crazy in Love

Chester See & Lana McKissack – Stay With Me

Little Mix – Towers

Alex Goot, Tiffany Alvord & Luke Conard – We Are Young

Kurt Hugo Schneider, Sam Tsui, Alyson Stoner – Despacito

Rihanna – Love On The Brain

Fame On Fire – Hello

Roy Orbison – Oh, Pretty Woman

Halsey – I Walk The Line

Fame On Fire – Numb

Fun. – All Right

Dion & The Belmonts – A Teenager in Love

Jon D & Tiffany Alvord – This Town

Kurt Hugo Schneider, Christina Grimmie & Sam Tsui – Just A Dream

Little Mix feat. Jason Derulo – Secret Love Song

Vitamin C – Graduation (Friends Forever)

Rozdział 1

Grace

To, że we wtorek rano, o czwartej trzydzieści dwie, stałam przed drzwiami mieszkania Masona Lewisa, nie był prawdopodobnie najlepszy z moich pomysłów. Ale po prostu nie mogłam spać i przez długie godziny przewracałam się tylko z boku na bok. Kiedy nie mogłam już tego wytrzymać, wstałam, wzięłam prysznic, ubrałam się, umalowałam, i przyszłam tutaj. Właśnie tu.

Opuściłam dłoń, nim odważyłam się zapukać do drzwi, i zaczęłam niespokojnie krążyć po korytarzu.

To było zwariowane i całkiem bezmyślne posunięcie, które kompletnie do mnie nie pasowało. Byłam w końcu zrównoważoną, wzorową córką, która zawsze miło się uśmiecha i wszystkim grzecznie potakuje.

Potrząsnęłam głową i zatrzymałam się w miejscu. Nie. Taka byłam wcześniej. Ale z chwilą przeprowadzki do Huntington i rozpoczęciem nowego życia w college’u zostawiłam wszystko za sobą. A może jednak nie?

Masz taką ładną twarz, Grace! Chciałabym tylko, żebyś bardziej pilnowała swojej wagi.

W głowie nieustannie rozbrzmiewały mi słowa mamy. Chciałabym móc powiedzieć, że ostatni raz słyszałam je lata temu, ale to nie byłaby prawda. Dopiero co w zeszłym tygodniu, kiedy byłam w domu w Montanie na ferie, usłyszałam je znowu.

Nie rozumiem, dlaczego ciągle masz problemy z wagą, nie jesteś przecież głupia.

Jak gdyby jedno miało coś wspólnego z drugim. Poza tym nie miałam żadnych problemów z wagą! To prawda, przytyłam kilka kilogramów przez ostatnie dwa semestry, osiągając – o mój Boże! – mniej więcej normalną wagę. Dla mojej matki było to jednak równoznaczne z katastrofą, o czym w ciągu ostatnich tygodni nie omieszkała mnie wielokrotnie poinformować. I mimo że broniłam się przed jej ciągłymi przytykami, i robiłam, co mogłam, żeby mnie nie dotknęły, coś z tego i tak pozostało. Coś, co mnie męczyło. A potem jeszcze ten tekst Daniela w niedzielę wieczorem…

Przełknęłam ślinę i obróciłam się do drzwi. Nie mogłam już tego słuchać ani wypowiedzianego na głos, ani rozbrzmiewającego w moich myślach. Z Masonem załatwię to szybko. Może będzie bolało, ale za to odbędzie się w ekspresowym tempie. Żadnych długich treningów w klubie fitness. Żadnych przysyłanych przez mamę cudownych diet. Tylko ostry trening, dzięki któremu w rekordowym czasie odzyskam figurę, jaką miałam na początku studiów. I wreszcie będę miała spokój.

Co do Masona… Nie będziemy przecież musieli zostawać najlepszymi przyjaciółmi. Szczerze mówiąc, kogoś takiego jak on wcale nie chciałam lepiej poznawać. Dlatego właśnie o czwartej czterdzieści pięć nadal stałam przed jego drzwiami.

Mason i ja nie mieliśmy ze sobą wiele wspólnego. Wprawdzie oboje studiowaliśmy muzykologię i wiedzę o teatrze w stosunkowo małym college’u i dzięki Emery mieliśmy zazębiające się grono znajomych, przez co w nieunikniony sposób na siebie wpadaliśmy, w gruncie rzeczy jednak nic nas nie łączyło. Nawet za bardzo go nie lubiłam. I właśnie dlatego byłam tutaj. Mason był chyba jedynym człowiekiem, którego zdanie na mój temat w ogóle mnie nie interesowało. I tak mi się nie podobał – z wzajemnością, tego byłam absolutnie pewna. To robiło z niego idealnego kandydata, a ze względu na jego przeszłość, jedynego kandydata do tego, co planowałam. Na jego korzyść przemawiało również to, że z pewnością nie będzie zadawać mi żadnych pytań – a jeśli nawet, to zadowoli się moim konsekwentnym milczeniem. W końcu interesował się mną i tym, co robiłam, równie mało jak ja nim. Jedyny moment, kiedy byłam dla niego ważna, wydarzył się w zeszłym roku, kiedy musiałam zastąpić wokalistkę z jego zespołu. Za to do dzisiaj był mi winien przysługę. Najwyższy czas się o nią upomnieć.

Wyprostowałam ramiona, wzięłam głęboki oddech i podniosłam dłoń, żeby zapukać.

Mason

– Jesteś mi winien przysługę.

Popatrzyłem ponuro na osobę stojącą przed drzwiami mojego mieszkania i przetarłem dłonią zaspane oczy.

– I przypomniało ci się to akurat o czwartej nad ranem?

Każdy z moich przyjaciół i znajomych przecisnąłby się koło mnie i wszedł do środka, nieważne, czy stałbym mu na drodze, czy nie. Ale nie Grace Watkins. O nie. Lady Grace czekała grzecznie, bez ruchu, unosząc jedynie wąskie brwi, aż zniknęły całkiem pod jej grzywką. Westchnąłem, zrobiłem krok w bok i wpuściłem ją do środka. I tak całkiem się już obudziłem. Dzięki.

– Jest prawie piąta – poinformowała mnie, przechodząc obok. Jak gdyby robiło to jakąś różnicę.

Weszła do mieszkania, które dzieliłem z jej najlepszą przyjaciółką Emery i jakimś nowym studentem z wymiany z Japonii, którego od początku semestru prawie nie widywaliśmy, ani nie słyszeliśmy. Odłożyła torebkę na sofę i odwróciła się do mnie. Jej długa różowa spódnica uniosła się, odsłaniając niewielki kawałek nagiej skóry nad kolanami, by za moment znowu opaść w dół. Oderwałem wzrok od jej nóg i skierowałem go powoli w górę. Grace była szczupła, prawie filigranowa, a sukienki i spódnice, które z upodobaniem nosiła, tylko to podkreślały. I była niska. W ciągu roku, od kiedy się znaliśmy, nigdy nie zwróciłem na to uwagi, ale kilka tygodni temu, podczas jednego z wieczorów, gdy graliśmy w różne gry w mieszkaniu Elle i Tate, Grace zdjęła buty. Kiedy później przypadkowo stanęliśmy koło siebie w aneksie kuchennym, zorientowałem się, że sięga mi nie tak jak zwykle do brody, tylko do piersi. Teraz też miała na nogach buty na obcasach, tak cienkich i wysokich, że absolutnie nie byłem w stanie pojąć, jak mogła się na nich poruszać. A ubrana była w białą, ozdobioną błyszczącymi kamyczkami, bluzkę i cienki rozpinany sweterek – nie jakiś prawdziwy sweter, który mógłby naprawdę ją ogrzać, chociaż w sierpniu i tak nie był jej potrzebny. Nawet o czwartej rano nie było jakoś szczególnie zimno. Ach nie, mój błąd: chwilę przed piątą.

– Inni ludzie o tej porze już trenują albo są w pracy – powiedziała protekcjonalnym tonem. Na jej twarzy nie było nawet śladu niewyspania – żadnych podkrążonych oczu, żadnych odcisków po poduszce na policzku, żadnego sennego wzroku. Miała umalowane oczy, niewymownie długie rzęsy, jej usta błyszczały delikatnym różem, a czarne, lekko pofalowane włosy opadały delikatnie na ramiona. Jak ktoś mógł o tej porze… wyglądać tak perfekcyjnie?

– Ci ludzie wstają tak wcześnie, bo są szaleni albo nie mają innego wyboru – odburknąłem. – Ja mam. Moje pierwsze zajęcia zaczynają się o dziesiątej!

Co oznaczało, że mogłem jeszcze spokojnie spać ze cztery godziny. Cztery. Godziny.

– Będziesz mógł więc dzisiaj załatwić wiele spraw przed rozpoczęciem zajęć. Nie musisz mi za to dziękować – dodała ze świętoszkowatym uśmiechem.

Żałowałem, że nie mogłem jej nawymyślać, choćby w myślach, ale na to nie byłem jeszcze dostatecznie obudzony. Bez dawki kofeiny, i to nieważne w jakiej postaci, nie nadawałem się do niczego. Więc kolejny raz przetarłem oczy i poczłapałem do aneksu kuchennego. Ponieważ żadne z nas nie było mistrzem gotowania, aneks wyposażony był po spartańsku: w czajnik elektryczny, mikrofalę i małą lodówkę. I tak było nas stać najwyżej na gotowe dania z supermarketu.

– Czego tu chcesz, Grace? Emery nie ma.

Nie musiałem sprawdzać, żeby to wiedzieć. Otwarte drzwi do jej pokoju mówiły więcej, niż potrzeba. A jeśli Emery nie było, znaczyło to, że spędziła noc u mojego najlepszego kumpla Dylana.

– Chcę, żebyś spłacił swój dług wdzięczności. – Grace podążyła za mną do kuchni i odepchnęła mnie delikatnie, ale stanowczo, widząc, jak chaotycznie krzątam się, usiłując przygotować kawę. – W zeszłym roku pomogłam ci na koncercie, kiedy zastąpiłam waszą chorą wokalistkę. Przypominasz sobie?

– Tak, pamiętam – przytaknąłem oschle i opadłem na jeden z hokerów stojących przy wyspie kuchennej, oddając jej pole do działania. Całkiem możliwe, że przyrządzała tu kawę częściej niż ja. Zazwyczaj kupowałem sobie coś po drodze albo wpadałem na krótko do kumpli i częstowałem się kawą z ich wspaniałego ekspresu. Tak jak prawie każdy z naszego kręgu znajomych, zwłaszcza Elle. Ale ona praktycznie mieszkała u Luke’a i organizowała tam ciągle te swoje wieczory filmowe. Na szczęście nie oznaczało to, że nie mogłem już spotykać się z chłopakami na nasze wieczory gier, nawet jeśli z powodu tego cholernego kota ryzykowałem życie… Poirytowany pokręciłem głową. Dlaczego, na Boga, nagle przyszło mi to na myśl? Rany, naprawdę natychmiast potrzebowałem kawy. Albo jeszcze kilku godzin snu. Najchętniej tego drugiego.

Grace jednak tak łatwo nie dała za wygraną. W milczeniu zalała gorącą wodą porcję kawy instant, zamieszała i postawiła przede mną dymiącą filiżankę. Sceptycznie obserwowałem każdy jej ruch. To niezwykłe, że była dla mnie taka miła – zamiast jedynie przewrócić oczami na sam mój widok i skomentować moją marną egzystencję cicho wymamrotanymi pod moim adresem wyzwiskami. A przecież w ogóle sobie na to nie zasłużyłem. No dobrze, w pierwszym semestrze, kiedy oboje zgłosiliśmy się na casting do przedstawienia, zadbałem o to, żeby nie dostała żadnej roli, kiedy sam zostałem obsadzony w roli głównej. Ale zrobiłem to w dobrej wierze. Postać zdecydowanie bardziej pasowała do innej naszej koleżanki. Chyba po niemal roku nie można z takiego powodu nadal być na kogoś złym. Prawda?

Milczała. Wziąłem pierwszy łyk kawy i skrzywiłem się. Ble!

Podała mi cukier, zanim zdążyłem poprosić. Dopiero gdy wsypałem do kubka kilka łyżeczek, płyn stał się zdatny do wypicia. I z każdym łykiem robiłem się trochę bardziej przytomny, chociaż za oknem nadal panowała przerażająca ciemność, wszystko tam było czarne jak smoła, nawet najmniejszego przebłysku słońca. Gdyby stanąć koło okna, można byłoby prawdopodobnie dostrzec kilka palących się latarni i nieliczne światła w oknach mieszkań, w których ludzie również byli już – zdecydowanie za wcześnie – na nogach. Przeszedł mnie dreszcz. Rzut oka na zegarek przypomniał mi, i to aż za dobrze, czas spędzony w wojsku. Nie bez powodu już w nim nie byłem, tylko w college’u, z planem zajęć, który pozwalał mi we wtorki spać prawie do dziesiątej. Przynajmniej wtedy, kiedy nie wyciągali mnie z łóżka nieproszeni goście.

Ponownie spojrzałem w kierunku Grace, która nadal bacznie mi się przyglądała, jak gdyby oczekiwała z mojej strony jakiejś reakcji. A przecież dopiero co rozbudziłem się na tyle, żeby móc w ogóle sklecić parę zdań. Zamiast jednak coś powiedzieć, odwzajemniłem jej spojrzenie, przyglądając się jej równie jawnie jak ona mnie.

Grace miała gładką, białą skórę. Na prawym policzku widniał mały pieprzyk. Jej oczy miały kolor zielononiebieski, a gęste rzęsy były równie czarne jak włosy. Kontrast między nimi powodował, że jej oczy wydawały się olbrzymie. To było pierwsze, co przykuwało wzrok, zaraz potem wystające kości policzkowe, trochę za duży, zadarty nos i cudowne usta z ciepłymi, miękkimi wargami. Wiedziałem to bardzo dobrze, bo kilka miesięcy temu całowałem je przy rundce gry w butelkę.

– Obudziłeś się już? – Grace przerwała nasze wzajemne gapienie się na siebie, jednocześnie wyrywając mnie z zamyślenia.

– Ty mi to powiedz. – Dałem sobie czas, żeby kolejny raz obrzucić ją wzrokiem. W końcu moje spojrzenie ponownie zawędrowało do jej twarzy.

Przez chwilę starała się wytrzymać mój wzrok, potem lekko zamrugała i spojrzała w bok, jakby musiała zebrać myśli.

– Jesteś mi winien przysługę – przypomniała mi. Jej głos był teraz nieco cichszy, ale ani trochę mniej zdecydowany. – Chcę, żebyś ze mną trenował. Pięć, sześć tygodni powinno wystarczyć.

Zmarszczyłem czoło.

– Co trenować? Twój głos? Tekst na przedstawienie?

– Mówię o sporcie. – Nerwowym ruchem odgarnęła włosy do tyłu. – Byłeś w wojsku, przeszedłeś więc też pewnie obóz dla rekrutów. Chcę się nauczyć tego, co tam trenowaliście.

Okej, teraz już ostatecznie straciłem wątek. Może winna była temu ta nieludzka godzina, a może fakt, że przez cały czas jakaś część mnie zastanawiała się, dlaczego akurat Grace Watkins stała w środku nocy w mojej kuchni, ale nie mogłem zrozumieć, o co jej chodziło.

– Chcesz, żebym cię trenował? – powtórzyłem z niedowierzaniem. – Wiesz chyba, że w naszej paczce to Luke robi za sportowca?

Machnęła tylko ręką.

– Luke nie był w wojsku, a ty tak.

– Chcesz wojskowego drylu? Mówisz serio?

Jaki rozsądny człowiek chciałby się temu dobrowolnie poddać, jeśli nie planował wojskowej kariery?

– Czy mogę spytać, dlaczego chcesz to sobie zrobić?

Po raz pierwszy Grace nie wydawała się już taka zdecydowana. Przez krótką chwilę wahała się, potem skrzyżowała ręce na piersiach.

– To moja sprawa.

– Oczywiście – odpowiedziałem, ociągając się i pijąc kawę małymi łyczkami. Okej, tu potrzeba innej taktyki. – A co na to twój chłopak, że o czwartej rano kręcisz się w mieszkaniu innego gościa i namawiasz go do wspólnego uprawiania sportu?

– Ach, wybacz. Nie wiedziałam, że muszę najpierw prosić Daniela o pozwolenie, zanim coś zrobię. – Oparła się obiema rękami o wyspę kuchenną i dosłownie przewierciła mnie wzrokiem na wylot. – Daj znać, kiedy wejdziesz już w dwudziesty pierwszy wiek, Mason.

Nie próbowałem nawet powstrzymać uśmiechu. Nawet jeśli mnie nie cierpiała, podobało mi się, że żadne moje pytanie nie wprawiało ją w zakłopotanie.

Podniosła się, kręcąc głową.

– A co na to twoja dziewczyna, że o piątej rano pijesz kawę z inną kobietą w swoim mieszkaniu?

Z mojej twarzy momentalnie zniknął uśmiech. Odchrząknąłem i pociągnąłem duży łyk kawy.

– To między mną a Jenny właśnie się…

– Ach? Czyżby znowu nastał ten moment?

Prawie się zakrztusiłem.

– Co… co to miało znaczyć? – wydusiłem wreszcie, kaszląc.

Grace przewróciła oczami, na chwilę się odwróciła, po czym postawiła przede mną szklankę z wodą. Wypiłem ją duszkiem, jak gdyby od tego zależało moje życie. Cholera… Zakaszlałem po raz ostatni i poklepałem się po piersiach. Oczy mi łzawiły, a gardło piekło.

– Co, do diabła, miało to znaczyć? – powiedziałem i odchrząknąłem, bo mój głos był strasznie zachrypnięty.

– Nie udawaj, przecież wszyscy wiedzą, że co chwilę się rozchodzicie i schodzicie.

Auć. W sumie domyślałem się, chociaż nikt jeszcze nie powiedział mi tego tak prosto w twarz. A jeśli się zastanowić, nie miałem najmniejszej ochoty rozmawiać z Grace Watkins o moim życiu miłosnym – a może raczej o jego braku. Na to była dla mnie zbyt brutalnie szczera. Jedynie Tate była gorsza, bo nie tylko szczera, ale też najzwyczajniej w świecie złośliwa.

– Zapomnij, że o to spytałem.

Uśmiechnęła się, wyraźnie zadowolona z siebie.

– Z największą przyjemnością. No więc? Jak wygląda sprawa z treningiem?

– Czy mam jakiś wybór?

– Nie.

Zaśmiałem się w duchu.

– Wszystko jasne.

– Jeszcze coś.

– Tak?

Ociągała się, w końcu jednak podniosła do góry brodę i wypaliła:

– To zostaje między nami, zrozumiano?

Zamrugałem zaskoczony, przytaknąłem jednak skinieniem głowy.

– Niech ci będzie – odpowiedziałem, opróżniłem filiżankę i wstałem. – To zacznijmy od razu.

Odsunęła się zaskoczona.

– Że co? Teraz? Zaraz?

– Myślałaś, że możesz wyciągnąć mnie z łóżka o czwartej nad ranem, a ja w rewanżu nie wypędzę cię od razu na dwór, żeby cię pomęczyć serią pompek?

Zmrużyła oczy.

– Czy to jest zemsta za to, że obudziłam cię chwilę przed piątą?

– Owszem. – Przeciągnąłem się. – Myślisz, że dasz radę się ze mną zmierzyć?

Zamiast dać mi jakąś odpowiedź, Grace odskoczyła od wyspy kuchennej, obeszła mnie dużym łukiem i chwyciła leżącą na sofie torebkę, potem skierowała się w stronę drzwi.

– Żebyś wiedział. Za dziesięć minut spotykamy się przed akademikiem – dodała, zanim zamknęły się za nią drzwi.

Przez kilka sekund patrzyłem na nie, pytając sam siebie, w co, do diabła, właśnie się wpakowałem.

Grace

Co, do diabła, strzeliło mi do głowy, żeby zrealizować ten szalony pomysł i poprosić akurat Masona Lewisa, żeby ze mną trenował? To była pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, kiedy szłam schodami na dół. Nie cierpiałam tego typa. Był seksistowskim dupkiem, histerykiem, imprezowiczem, kimś, kto ciągle musiał być w centrum zainteresowania. Ale miał też niesamowity głos. Głos, który przenikał mnie na wskroś, prześladował całe lato i… Nie. Stop. Wróć. Był dupkiem. Idiotą. Poza tym dwa semestry temu zadbał o to, żebym nie dostała swojej pierwszej głównej roli. I dlaczego? Bo mój wygląd i głos ponoć do niej nie pasowały. Zamiast tego dostała ją jakaś blond piękność śpiewająca sopranem, i to tylko dlatego, że wyciągała najwyższe dźwięki, których ja nie byłam w stanie zaśpiewać. Już nie.

Nieświadomie przejechałam dłonią po czterocentymetrowej bliźnie na lewej skroni, ale jak tylko zorientowałam się, co robię, natychmiast opuściłam rękę. To nie był czas i miejsce, żeby myśleć o tym, dlaczego nie dostałam roli, którą wcześniej podano by mi na srebrnej tacy. Rzuciłam okiem na niewielki, różowo-złoty zegarek. Jeszcze osiem minut. Musiałam się pospieszyć, jeśli chciałam zdążyć na wyznaczony przez samą siebie termin. I zdążę, bo punktualność i dobre maniery to jedne z nielicznych sensownych nawyków, które wyniosłam z domu.

Pchnęłam drzwi wejściowe i pobiegłam przez plac. Mój akademik był jednym z czterech budynków, stojących wokół zielonego dziedzińca. Mason i Emery zajmowali wspólne mieszkanie w jednym z nich, moja jedynka znajdowała się w akademiku naprzeciwko. Upał charakterystyczny dla późnego lata jeszcze się nie zaczął i panował przyjemny, rześki, poranny chłód. Latarnie oświetlały ulicę, a między chmurami zasnuwającymi niebo udało mi się dostrzec osamotniony błyszczący punkt. Zdecydowanie było tu mniej gwiazd niż w domu w Montanie. Nie miałam jednak czasu dłużej przyglądać się niebu. Weszłam do akademika, wjechałam windą na górę i już od drzwi zaczęłam się rozbierać. Odnalazłam strój do ćwiczeń: w malutkim pokoju znajdowała się równie malutka szafa, ale niemal wszystkie ubrania, z wyjątkiem stroju do ćwiczeń, leżały teraz niedbale rzucone obok niej, czekając na pranie.

Wciągnęłam na siebie strój sportowy, z minilodówki wyjęłam jeszcze butelkę wody i wypadłam na korytarz. W biegu wyciągnęłam z kieszeni gumkę, ale przez moment się zawahałam. Nigdy nie związywałam włosów. Nie tylko dlatego, że tak mi się bardziej podobało, ale także po to, by zasłonić nimi tę okropną bliznę. Jeśli jednak trening z Masonem będzie choćby w części przypominał to, co na temat treningu rekrutów znalazłam w internecie, z rozpuszczonymi włosami czekała mnie tylko śmierć. Poza tym i tak było mi wszystko jedno, co myślał o mnie ten typ.

Nie zastanawiając się więc dłużej, związałam włosy w kucyk i pobiegłam dalej.

Mason już na mnie czekał. Patrzył, drepcząc w miejscu dla rozgrzewki, z jego twarzy zniknęły już resztki senności. Ubrany był w długie spodnie i podkoszulek, a na głowie miał bejsbolówkę. Daszkiem do tyłu. Oczywiście. Czy mogło być inaczej? Ledwie powstrzymałam się od wymownego przewrócenia oczami.

Może i Mason nie był sportowcem jak Luke, stały członek drużyny lekkoatletycznej, ale widać było, że nadal regularnie trenuje. Prosty szary podkoszulek napinał się przy każdym jego ruchu i podkreślał kryjące się pod nim mięśnie. Całkiem, całkiem. Tak samo jak tatuaż. Pokrywał całe jego lewe ramię i zupełnie nie pasował do kogoś z wojskową przeszłością, chociaż świadczyły o niej nadal krótko przystrzyżone włosy. Wielki, czarny klucz wiolinowy, do tego parę słów prawdopodobnie pochodzących z piosenek. Ponieważ sama nie wyobrażałam sobie życia bez muzyki, tatuaż zaciekawił mnie, kiedy tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Nigdy jednak nie znajdowałam się wystarczająco blisko Masona, by móc rozszyfrować litery na jego skórze. No dobrze, może jeden jedyny raz znalazłam się rzeczywiście blisko, ale wówczas moją uwagę za bardzo przykuły jego oczy, dłonie i srebrny kolczyk w dolnej wardze.

Wcześniej nie zastanawiałam się, jak to jest całować kogoś z piercingiem w wardze, bo tacy ludzie zasadniczo nie byli w moim typie. Ale teraz znałam już odpowiedź. Mimo że było to tylko zadanie, jakie dała nam Tate, kiedy w zeszłym semestrze graliśmy w butelkę, wspomnienie tego pocałunku nie opuszczało mnie. Dosłownie wryło mi się w pamięć. Tak bardzo, że teraz mimowolnie gapiłam się na usta Masona. I to zdecydowanie za długo.

Szybko spuściłam więc wzrok i zaczęłam się rozciągać. Dorastanie w domu Watkinsów oznaczało rygorystyczne przestrzeganie planów ćwiczeniowych i diety. Nawet jeśli już zdołałam oduczyć się liczenia kalorii przy każdym posiłku i przestałam mieć wyrzuty sumienia, ilekroć cokolwiek zjadłam, nadal wiedziałam, jak należy prawidłowo się rozciągnąć przed każdym treningiem, by zapobiec możliwym urazom. Tylko że teraz nie miał to być aerobik ani pilates, ani żadne tam ćwiczenia na brzuch i pośladki. Poprosiłam o wycisk, jaki dostaje się w wojsku i – jeśli dobrze odczytywałam ruch kącików ust Masona – miałam właśnie za chwilę go otrzymać.

Opuścił ręce.

– Gotowa?

Skinęłam głową.

– Dobrze. Zaczniemy krótkim biegiem dla rozgrzewki, żebym mógł ocenić, w jakiej jesteś formie. – Wskazał na skwer między akademikami. – Pięć okrążeń powinno wystarczyć.

Zawahałam się. Wprawdzie jogging nigdy nie należał do moich ulubionych dyscyplin sportu, ale mogłam na to przystać. To nie to mnie powstrzymywało. Szybko obejrzałam się na wszystkie strony. W kilku oknach akademików paliło się już światło, ale większość z nich była ciemna. Niewielu studentów było o tej porze na nogach, co nie znaczyło, że nie miało się to zmienić w ciągu następnego kwadransa.

– Moglibyśmy trenować gdzie indziej? – Próbowałam nadać głosowi neutralny ton, aby Mason nie domyślił się, że było to dla mnie ważne.

Przyglądał mi się przez chwilę w milczeniu, po czym kąciki jego ust powędrowały w górę.

– Boisz się, że ktoś cię ze mną zobaczy, księżniczko?

Księżniczko?

Skrzyżowałam ręce na piersiach.

– Jesteś mi winien przysługę czy nie? Obiecałeś mi wtedy wszystko, cokolwiek będę chciała. A ja chcę trenować w innym miejscu.

Teatralnie przewrócił oczami.

– Wiedziałem, że pewnego dnia będę tego żałował. Okej, chodźmy.

– Dokąd?

– Za centrum sztuk scenicznych jest łąka, na której najwyżej kilku naszych kolegów ćwiczy swoje role do przedstawienia, ale najwcześniej robią to popołudniami. Teraz nie ma tam nikogo. I nikt nie przyjdzie i nie zobaczy cię przypadkowo ze mną – dodał sarkastycznie.

Zagryzłam wargi, żeby powstrzymać się od równie sarkastycznej odpowiedzi, skinęłam potakująco głową.

– W porządku. – Zawahałam się na chwilę, zmusiłam się jednak do krótkiego: – Dziękuję.

Mason mruknął pod nosem:

– Do usług.

Ruszył truchtem, a ja za nim. Milczenie między nami przedłużało się i żadne z nas nie próbowało go przerwać. Nawet wtedy, kiedy stało się bardzo krępujące.

Dlaczego w ogóle to sobie robiłam? Ach, tak. Winna była bezsenna noc i komentarz mojego chłopaka Daniela, o którym on na pewno już dawno zapomniał. Ale ja nie.

Jesteś pewna, że chcesz jeszcze zjeść deser?

Proste, prawie niewinne pytanie, chociaż zawierało się w nim tak dużo. W sobotę, przed oficjalnym początkiem semestru, wyszliśmy wieczorem z kilkoma znajomymi na miasto. W barze zamówiłam sałatkę, ale później rozważałam możliwość zjedzenia jakiegoś deseru – wybór był po prostu zbyt kuszący: od lodów, przez serniki do minipączków. A przynajmniej rozważałam ją do chwili, kiedy Daniel wypowiedział to zdanie. To był tylko żart i śmiały się z niego wszystkie osoby przy stole. Ze mną włącznie. Ale i tak poczułam lekkie ukłucie w żołądku. Nic nie mogło mnie odwieść od decyzji, by ostatecznie nie zamawiać żadnego deseru, chociaż Daniel przeprosił mnie za żart i mocno nalegał, żebym sobie jednak coś wzięła. Nigdy w życiu. Zbyt często słyszałam takie komentarze i zbyt mocno wryły mi się one w pamięć. I nie grało to żadnej roli, czy znajdowałam się w domu w Montanie, w przebieralni przed konkursem piękności w jakimś innym stanie, czy na uniwersytecie Blackhill w Wirginii Zachodniej. Komentarze takie jak ten prześladowały mnie, wracały do mnie znowu, i znowu, niezależnie od tego, jak bardzo z nimi walczyłam i jak bardzo próbowałam wyprzeć je ze swojej pamięci.

Och, skarbie, jak ty wyglądasz? Ale nie martw się, zaradzimy temu.

Tymi słowami przywitała mnie w domu mama na początku wakacji, po czym wzięła mnie w ramiona i w końcu poklepała po policzku, jakby musiała mnie pocieszyć, bo wtedy właśnie osiągnęłam wagę prawie zbliżoną do normalnej. Przez następne tygodnie na stół wjeżdżały jedynie sałatki, smoothies i odchudzające koktajle, a wszystkiemu, oczywiście, towarzyszyły surowe spojrzenia mamy i typowe dla niej uszczypliwości. Na odjezdnym wcisnęła mi jeszcze w rękę nowy plan żywieniowy. Bez słowa wsadziłam go do kieszeni, chociaż w tym samym momencie jakaś część mnie pogardzała mną za to.

Bo w gruncie rzeczy moja waga mi odpowiadała. Nigdy nie miałam za dużo ciała, zawsze raczej byłam trochę za chuda. W przeciwieństwie do mojej siostry Gillian, której krągłości mogły wzbudzić zazdrość w każdej kobiecie, ja prezentowałam się jak przecinek. Kiedy wszystkim dziewczynom w klasie urosły już piersi, ja musiałam jeszcze wypychać stanik, żeby przynajmniej w połowie móc dotrzymać im kroku, a nie wyglądać jak jakiś mały, kościsty chłopaczek. Dopiero parę lat później nie było to już konieczne, ale nadal pozostałam szczupła, i to tak bardzo, że nauczycielki wypytywały mnie, czy odpowiednio dużo jem, i informowały, że zawsze mogę do nich przyjść, gdybym miała jakiekolwiek problemy. Teksty te skończyły się, jak nożem uciął, kiedy wygrałam swój pierwszy konkurs piękności. Nagle nikt już nie martwił się o moją wagę, z wyjątkiem mamy, dla której zawsze mogłabym ważyć kilo albo nawet dwa mniej.

Tymczasem osiągnęłam prawidłowy indeks masy ciała. Może mój brzuch nie był już tak wytrenowany i płaski jak wcześniej, bo raz po raz podjadałam coś słodkiego i ćwiczyłam mniej niż kiedyś, ale nie było w tym nic złego. A przynajmniej uważałam tak do czasu, gdy w te wakacje pojechałam do domu.

– Dalej, na ziemię. Trzydzieści pompek! – Głośny głos Masona przywołał mnie do rzeczywistości. Zanim zdążyłam się zorientować, dobiegliśmy za budynek centrum sztuk. Rzeczywiście o tej porze nie było tu jeszcze nikogo. Byliśmy całkiem sami. Żadnych gapiów. Dokładnie tak, jak chciałam.

Nie ociągałam się i nie zadawałam żadnych pytań. W ciągu sekundy byłam już na kolanach, przyjęłam właściwą postawę, uniosłam się w górę i opadłam na dół. Raz. Dwa. Trzy razy. Dziesięć razy. Piętnaście. Zaczęły boleć mnie mięśnie i nie mogłam zapanować nad drżeniem. Rany, czy naprawdę tak bardzo wyszłam z formy? Jeszcze raz uniosłam się w górę, po czym opadłam powoli. Moje nadgarstki odmawiały posłuszeństwa. Oddech miałam krótki, płytki i przerywany.

– Dawaj, Watkins! – Ukucnął koło mnie. – Musisz dać radę zrobić dwadzieścia! W wojsku to minimum na półrocznym teście sprawnościowym. Jeśli teraz odpadniesz, możesz zapomnieć o dalszym treningu.

Jeszcze raz uniosłam się w górę, potem ręce ugięły się pode mną i osunęłam się na miękką trawę. Całe moje ciało drżało, Mason jednak jeszcze ze mną nie skończył. Właściwie dopiero zaczął. Teraz przyszła kolej na brzuszki. Okej, przynajmniej w tym miałam pewne doświadczenie.

A przynajmniej tak mi się wydawało. Po trzydziestu brzuszkach zaczęły się bóle, po czterdziestu drżenie mięśni, a po pięćdziesięciu nie nadawałam się już do niczego.

W polu mojego widzenia pojawiła się dłoń. Zawahałam się krótko, ale chwyciłam ją i pozwoliłam podciągnąć się w górę.

– Co dalej? – wysapałam, z jedną ręką na brzuchu, a drugą na biodrze, próbując przynajmniej w połowie utrzymać się prosto.

– Biegniemy dwie mile – odpowiedział i pociągnął parę łyków wody. – Co chwilę zmieniamy tempo. Twoim celem jest pokonanie tej trasy w mniej niż dziewiętnaście minut. Dasz radę?

Chciałam roześmiać się na głos – sama nie wiedziałam czy z rozbawienia, czy z rozpaczy – ale na to za bardzo bolały mnie mięśnie brzucha. Skinęłam więc tylko głową i napiłam się trochę wody.

– Jasne!

Mason ruszył pierwszy, a ja pobiegłam za nim. Opuściliśmy teren przy centrum, nie pobiegliśmy jednak drogą powrotną do akademików, tylko skręciliśmy na następnym skrzyżowaniu. Zbyt zajęta byłam kontrolowaniem oddechu i walką z kolką, która chwilę po starcie dała o sobie znać, żeby zwracać uwagę na trasę. Poza tym musiałam uważać, czy Mason właśnie truchtał w miejscu, czekając na zmianę świateł, czy bez ostrzeżenia ruszał sprintem do przodu. Był wytrwałym trenerem i chociaż w głębi ducha przeklinałam go za to, jednocześnie byłam mu też wdzięczna. Bo to było dokładnie to, czego chciałam. Dokładnie to, czego potrzebowałam. Twardy trening, by znowu odzyskać formę. I żeby móc wreszcie zapomnieć o tych wszystkich komentarzach, które prześladowały mnie nawet na drugim końcu kraju.

Rozdział 2

Grace

Dzień później nadal wszystko mnie bolało. Paliły mnie ręce i nogi, bolały nadgarstki, nie wspominając już nawet o mięśniach brzucha. Miałam wrażenie, że już nigdy w życiu nie będę w stanie niczego zjeść. Trening z Masonem był brutalny, ale właśnie tego chciałam: twardego, wojskowego treningu. I mimo że wszystko mnie bolało, stał się cud: słowa rozbrzmiewające jeszcze nie tak dawno w mojej głowie nagle zamilkły. Przynajmniej na chwilę. A ja czułam się lepiej. Głęboko w środku. Tam, gdzie nie było żadnych mięśni, które mogłyby drżeć z przemęczenia.

Zatrzymałam się na dużym placu koło fontanny i odetchnęłam. Słońce niemiłosiernie paliło, a wokół panował totalny zgiełk. W tym tygodniu oficjalnie rozpoczął się drugi rok moich studiów na Uniwersytecie Blackhill. Nie należałam już do nowych, nie byłam już świeżynką z pierwszego semestru, ale poważną studentką drugiego roku, a dokładnie trzeciego semestru. Wszyscy, którzy ukończyli razem ze mną liceum – z wyjątkiem niejakiej Emery Lance – byli już rok wyżej. Ja jednak potrzebowałam czasu, by zrozumieć, czego właściwie pragnęłam. Dojście do przeświadczenia, że chciałam studiować możliwie najdalej od mojego rodzinnego miasta, trochę trwało. Ale byłam tu, dwa tysiące mil od rodziców i dwa tysiące mil od wspomnień o tych pokręconych letnich feriach, które miałam właśnie za sobą, i nie mogłam być z tego powodu bardziej zadowolona niż teraz. Wreszcie znowu czułam, że mogę swobodnie oddychać.

Budynki z czerwonej cegły i małe sale wykładowe były mi już teraz dobrze znane, podobnie jak profesorowie, koledzy i urocza mała kafejka w pobliżu, w której prawie codziennie kupowałam kawę. Ale podczas gdy wokół mnie wszyscy wydawali się pochłonięci swoją nową codziennością, ja nadal nie miałam tak naprawdę pojęcia, co właściwie tu robię. Czy to uczucie miało kiedyś wreszcie mnie opuścić? A może w gruncie rzeczy inni dorośli też tak naprawdę nie wiedzieli, co właściwie robią, tylko się do tego nie przyznawali? Ta myśl miała w sobie coś jednocześnie pocieszającego, ale i przerażającego.

Jak na rozkaz moja komórka zasygnalizowała nadejście nowego mejla. Pobieżnie przeczytałam wiadomość i w duchu westchnęłam. W czasie ostatnich ferii mama wielokrotnie głośno zastanawiała się, czy nie upłynęło już wystarczająco dużo czasu od mojej wpadki i czy nie mogłabym znowu zacząć startować w konkursach piękności. Najwyraźniej nie było to tylko puste gadanie.

Kochanie, zgłosiłam cię do konkursu Miss Zimowej Nocy. Będziesz tu w czasie ferii, a to jest stosunkowo łatwy konkurs, bez poważnej konkurencji. Nawet ty dasz radę go wygrać.

Poczułam ucisk w żołądku. Zanim jednak zdążyłam o tym pomyśleć albo coś odpowiedzieć, usłyszałam znajomy głos:

– Grace!

Schowałam komórkę do torby i obróciłam się. Biegła do mnie Myung-hee. Jej czarne włosy były wysoko upięte, ale jeden kosmyk uwolnił się i zwisał swobodnie.

– A już myślałam, że to ja będę ostatnia. – Sapiąc, zatrzymała się przy mnie i podparła dłońmi o uda. Kiedy ponownie się wyprostowała, jej ciemnobrązowe oczy błyskały wesoło. – Dzień dobry!

Odwzajemniłam jej uśmiech i odsunęłam od siebie wszelkie pozostałości po złym samopoczuciu, jakie wywołał we mnie otrzymany mejl.

– Dzień dobry.

Myung-hee i ja widywałyśmy się często na terenie kampusu, ale zaprzyjaźniłyśmy się dopiero niedawno. Siedziałam przy stoliku w kawiarni nad cappuccino, próbując zdecydować, czy zamówić przez internet białą szyfonową sukienkę z głębokim dekoltem, czy też nie. Myung-hee siedziała przy stoliku obok i przypadkowo rzuciła okiem na ekran mojego laptopa. Natychmiast doradziła mi, żebym ją kupiła. W ciągu paru minut i po wymianie uwag na temat kolorów pomadek, całkowicie zatopiłyśmy się w rozmowie na temat mody, własnego stylu i połączeń kolorystycznych. Ona studiowała w tutejszym college’u zgodnie z wolą rodziców, bo jej ojciec pracował tu w teatrze. Zamiast występować na scenie, ona wolałaby jednak zostać makijażystką. Może dlatego zawsze była idealnie wystylizowana i udawało jej się bez patrzenia w lustro układać włosy w misterną, wysoko upiętą fryzurę. Jednocześnie potrafiła zachować przy tym wrażenie lekkości.

– Szykowna pomadka. – Wskazałam na świecącą czerwień, która podkreślała jej usta, jedyny kolorowy element w jej całkowicie czarnym stroju.

– Prawda? Dzięki. Jest nowa. – Uśmiechnęła się do mnie. – Ładne buty.

Spojrzałam na swoje stopy. Do ciemnoniebieskiej sukienki i cienkiego sweterka w kolorze lilaróż włożyłam dzisiaj srebrne sandałki na wysokim obcasie. Bieganie cały dzień w takich butach mogło być zabójcze, ale efekt był tego wart. A co zawsze mówiła mama? Piękno wymaga poświęceń.

– Dziękuję – odpowiedziałam szczerze.

– Okej, to tyle jeśli chodzi o komplementy. Lećmy, inaczej się spóźnimy! A wiesz, jaki potrafi być pan Denvers! – Wzięła mnie pod ramię i pociągnęła za sobą. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko dotrzymać jej kroku, chociaż przy każdym ruchu mięśnie nóg protestowały i musiałam uważać, by nie przewrócić się, biegnąc na takich obcasach.

– Jestem taka ciekawa zimowego musicalu! W tym roku chcą zacząć przygotowania jeszcze wcześniej niż zwykle, więc musimy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć!

– Gorzej niż w zeszłym roku być już chyba nie może – skomentowałam sucho.

Myung-hee zachichotała.

– Aż trudno uwierzyć, że opublikowali w studenckiej gazetce zdjęcie Jessiki w płonącej sukience. Ostro się zdenerwowała.

– Miała rację. Statyści to była jedna katastrofa. Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby naprawdę zapalili swoje pochodnie? – Kręcąc głową, weszłam do budynku centrum sztuk.

Prawie w tym samym momencie otoczyła mnie przyjemna cisza. Na zewnątrz było słonecznie, ciepło i głośno, a tu, w środku, było znacznie ciemniej, kilka stopni chłodniej i dużo spokojniej. Mimo że mijało nas mnóstwo ludzi, przemykających korytarzami i znikających w poszczególnych salach. W budynku znajdowały się sale prób dla studentów, przebieralnie pełne kostiumów, średniej wielkości sala koncertowa, dwie sale teatralne, audytorium maximum, studio tańca z salkami do ćwiczeń i dwie sale wykładowe. Było to miejsce, w którym najchętniej spędzałam czas i gdzie najlepiej się czułam. Tutaj mogłam do woli próbować, ćwiczyć teksty i kroki do przedstawień, i – co najważniejsze – popełniać błędy, nie popadając przez to w tarapaty. Tutaj nie chodziło o to, żeby być najlepszym, ale by dać z siebie wszystko.

Wślizgnęłyśmy się do audytorium maximum, gdzie zebrała się już większość studentów naszego kierunku. W pierwszym tygodniu każdego semestru organizowano obowiązkowe spotkanie, w którym brali udział studenci z każdego roku. Prezentowano wtedy wszystkie planowane projekty i przedstawienia, oraz role do obsadzenia na następne miesiące. Zauważyłam kilka osób, które znałam z poprzedniego roku i z którymi miałam już parę razy okazję próbować do późna w nocy. Byli tu Hannah, Jessica i jej chłopak Jacob, Chloe, Zachary, Alyssa i… Mason. Jeśli się nie myliłam, stał obok dwóch kolesi, którzy należeli do jego zespołu. Paxtona, studenta ostatniego roku i… imienia drugiego z nich nie mogłam sobie teraz przypomnieć. Z pewnością usłyszałam je kiedyś od Emery, wykrzyczane wprost do ucha podczas jednego z koncertów, ale ponieważ poza tym nie mieliśmy w ogóle ze sobą do czynienia, wyleciało mi z głowy.

Najwyraźniej Mason też mnie dostrzegł, bo mrugnął do mnie konspiracyjnie. Jeśli w ten sposób chciał mi przypomnieć o zakwasach z piekła rodem – z powodu których on sam z pewnością nie cierpiał – mógł sobie swój dobry humor wsadzić gdzieś. Odwróciłam wzrok i skoncentrowałam się na profesorze, który właśnie miał zabrać głos.

Jakąś godzinę później spotkanie się skończyło i mogliśmy rozejść się na właściwe zajęcia. Pożegnałam się więc z Myung-hee, która szła w innym kierunku, i ruszyłam na seminarium. Słońce świeciło nadal, ale przyjemne wrażenie spokoju zostało w budynku za mną. Ogarnęło mnie przykre uczucie, do którego już dawno zdążyłam się przyzwyczaić. Plecy prosto, łopatki w dół, broda do góry. Mimo że od półtora roku nie startowałam już w żadnym konkursie piękności, uwagi mamy nadal rozbrzmiewały mi w uszach. Jej zdaniem trzeba było wyglądać perfekcyjnie nie tylko na wybiegu, ale także poza nim. Prawdziwa lady z nienagannymi manierami, która nigdy się nie unosi, zawsze jest odpowiednio ubrana, do wszystkich odnosi się z dystansem i nigdy nie ma własnego zdania. To był ideał, do którego dążyłyśmy.

Dlaczego? Dlaczego akurat teraz przyszło mi to do głowy? Czy wakacje w domu i jeden żałosny komentarz mojego chłopaka mogły mieć na mnie aż taki wpływ? Czy moje poczucie wartości było aż tak małe?

Nieświadomie podniosłam dłoń, żeby wygładzić włosy, tak na wszelki wypadek, gdyby sierpniowa bryza lekko je potargała. Ale gdy tylko się zorientowałam, co właściwie chciałam zrobić – to znaczy upewnić, się, że blizna na skroni nadal jest ukryta przed oczami innych – od razu na powrót opuściłam rękę. Obłęd perfekcji, w którym żyła matka, kształtował mnie przez ponad połowę mego życia jako nastolatki. Był jak klatka, w której dałam się dobrowolnie zamknąć. I nawet teraz, dwa tysiące mil od domu, nadal mnie nie opuszczał.

Najwyraźniej byłam zbyt dużą optymistką. Widać trening z Masonem nie był wystarczająco ciężki, jeśli tak szybko znowu popadałam w tego typu rozmyślania.

Na wydziale lingwistyki spotkałam Emery Lance. Miała taką minę, jakby właśnie czekał ją sąd z powodu jakiegoś wykroczenia, a nie zwykłe zajęcia.

– Przypomnij mi raz jeszcze, dlaczego wybrałam francuski – przywitała mnie, odrzucając na plecy platynowe włosy, ozdobione, ponownie, różowymi końcówkami.

– Bo na początku nie miałaś innego wyboru, a teraz jesteś już nawet w stanie sklecić jakieś sensowne zdanie po francusku.

Przewróciła oczami, co dzięki czarnej kresce na powiekach i wytuszowanym rzęsom dawało naprawdę dramatyczny efekt.

– Nadal nienawidzę tego języka.

– A ja boję się biologii – przypomniałam jej, kiedy wchodziłyśmy na salę wykładową. – Mimo to nadal na nią chodzę i rozcinam małe biedne zwierzątka na pół.

– Masz raczej na myśli to, że to ja rozcinam je za ciebie – prychnęła pod nosem.

W pierwszym semestrze przypadkowo na siebie wpadłyśmy, co obie nas wprowadziło w stan lekkiego przerażenia. Powodem był fakt, że Emery i ja chodziłyśmy razem do liceum w Montanie i zdecydowanie nie byłyśmy wtedy przyjaciółkami. A dokładniej, z mniej lub bardziej uzasadnionych powodów, nie mogłyśmy siebie wręcz znieść. Nie zmieniło się to po przybyciu do Huntington w Wirginii Zachodniej. Dopiero kiedy okoliczności zmusiły nas do współpracy na biologii i francuskim oraz gdy zbliżyła nas do siebie tęsknota za domem, otwarta niechęć ustąpiła nagle miejsca czemuś innemu. Początkowo akceptacji, a wreszcie przyjaźni.

Lubiłam Emery, bo było jej wszystko jedno, co ludzie o niej myśleli i jakie plotki akurat o niej krążyły. Robiła swoje, nawet jeśli mogło to urazić innych. Wcześniej złościła mnie, bo robiła właśnie to, na co mi nigdy nie pozwalano – nie mogłam być sobą. Chociaż… szczerze mówiąc, zbyt często miałam poczucie, że kompletnie nie wiedziałam, kim właściwie jestem. Ale kto niby to wie, mając tyle lat? Teraz podziwiałam ją za to. Poza tym przebywanie z nią było miłą odmianą od powierzchownych kontaktów, tak typowych wśród studentów kierunków artystycznych.

– No, chodź już. – Usiadłam w jednym z pierwszych rzędów sali wykładowej. – Kiedyś będziesz podróżować po świecie jako fotograf i będziesz się cieszyć, że umiesz porozumiewać się po francusku.

– Francuski nikomu nie jest potrzebny – wymamrotała, siadając koło mnie.

– To prawda. Dlaczego niby miałabyś chcieć jechać do Francji? To okropny kraj, z fatalną atmosferą, nie wspominając już o tym, że nie ma tam absolutnie nic do fotografowania. Albo taka Kanada. Tam wszyscy są tacy mili, że nie wiedzieliby nawet, jak się z tobą obchodzić – dodałam. – Belgii z pewnością też nie ma na twojej liście interesujących destynacji. Tak samo odpada Szwajcaria, potem jeszcze Luxemburg, Monaco, Haiti, Seszele i Wybrzeże Kości Słoniowej. Nie wspominając o Madagaskarze i wielu innych afrykańskich krajach.

Przez kilka sekund tylko się we mnie wpatrywała.

– Czasami cię nienawidzę, wiesz?

– Wiem to bardzo dobrze. – Zadowolona, z uśmiechem na ustach, zaczęłam wyjmować z torby swoje materiały. Tę małą dyskusję zdecydowanie wygrałam.

Ułożyłam starannie na ławce laptop, książkę, notatnik i długopis, po czym zaczęłam mentalnie przygotowywać się do pierwszych zajęć z francuskiego w nowym semestrze. Na szczęście język ten zawsze przychodził mi bez trudu, ale miałam tę przewagę nad innymi, że wychowywałam się, mając kontakt równocześnie z angielskim i francuskim. Zdaniem moich rodziców dwujęzyczne wychowanie było nieodzowne, jeśli chciało się coś osiągnąć w życiu. Teraz byłam im nawet za to wdzięczna. Bo wszystkie kraje, które wymieniłam, należały zdecydowanie do miejsc, które chciałabym pewnego dnia odwiedzić.

Emery także wypakowała swoje rzeczy. Obok nich położyła na blacie jaskrawożółtą ulotkę pokrytą czarnym, tłustym drukiem, która wydawała mi się jakoś dziwnie znajoma. Może dlatego, że widziałam ją już co najmniej kilkanaście razy – na najróżniejszych tablicach korkowych na korytarzach w kampusie, na słupach ogłoszeniowych i latarniach w mieście, w klubach, no i przede wszystkim zawsze, zawsze w mieszkaniu mojej najlepszej przyjaciółki. A teraz kładła ją jeszcze tak bezpardonowo w zasięgu mojego wzroku, starając się jednocześnie, najbardziej jak mogła, udawać kompletną obojętność.

Uniosłam w górę brwi.

– Ty tak na serio?

– Ach, przestań już! – Obróciła się do mnie, jak gdyby tylko czekała na taką reakcję z mojej strony. – To twoja szansa, Grace.

– Szansa na co? Żeby zbłaźnić się na oczach wszystkich? Nie, dziękuję bardzo, raz już to przeżyłam. Nie mam ochoty na powtórkę.

– Ale kochasz śpiewanie!

– Śpiewanie? Tak! – wyjaśniłam. – Publiczne występy? Nie, nie i jeszcze raz nie!

Już na samą myśl o tym wszystko mi się w środku przewracało. Nie miałam problemu z występowaniem na scenie w przedstawieniach teatralnych i musicalach, bo nie byłam wtedy sama. Nawet gdy śpiewałam solo, wiedziałam, że na scenie, w świetle reflektorów, stoi za mną cały zespół. Tam byłam tylko jedną z wielu, nieważne, czy grałam główną rolę, czy drugoplanową. Poza tym w sztuce teatralnej czy w musicalu zawsze chodzi o to, żeby wcielić się w kogoś innego. Nie trzeba być sobą. A gdy śpiewa się na koncercie, jest dokładnie odwrotnie.

– Próbujesz namówić mnie do tego już od zeszłego semestru. Nawet w wakacje w domu nie dałaś mi spokoju! Kiedy wreszcie dasz za wygraną?

– Wtedy, kiedy pójdziesz na to przesłuchanie. – Emery tak energicznie gestykulowała rękami, że prawie trafiła w głowę chłopaka, który siedział przed nami. – Wiem, że to potrafisz i że bez problemu dostałabyś się do zespołu.

– Przeszło ci przez myśl, że może wcale nie chcę być w żadnym zespole?

– Bzdura.

Otworzyłam szeroko oczy.

– Co proszę?

– O, nie udawaj, że mnie nie zrozumiałaś. To bzdura – powtórzyła, a ja musiałam naprawdę się postarać, żeby na dźwięk tego strasznego słowa się nie wzdrygnąć. – Kochasz śpiewanie, widziałam cię z Masonem i z jego zespołem w zeszłym roku na scenie. Nie tylko widziałam, ale też słyszałam! Byliście wspaniali!

Przewróciłam oczami.

– To była wyjątkowa sytuacja. Ja tylko… pomogłam Masonowi.

– I sprawiło ci to przyjemność, wszyscy to widzieliśmy.

Tak, to była prawda. Bo nie miałam wtedy czasu, żeby wariować z nerwów przed występem. Bo nie miałam czasu, żeby się zastanowić, co taki występ naprawdę oznacza. A oznaczał bycie w centrum uwagi i wystawienie się na ostrze krytyki. Ale wtedy o tym nie myślałam. Poszłam przecież do klubu z Emery, Dylanem, Lukiem i resztą paczki, by uczcić urodziny Elle, a nie po to, żeby występować przed dwustuosobową publicznością. Wtedy nagle rozchorowała się wokalistka i groziło, że występ zespołu zakończy się po pierwszej połowie, a Mason błagał mnie, żebym zastąpiła chorą Hazel. Nie było czasu na tremę. Nie miałam czasu pomyśleć, że wszyscy ci ludzie będą widzieć na scenie mnie, a nie postać, którą grałam.

Emery jako jedyna znała historię, która stała za moją niechęcią do publicznych występów. Pochodziłyśmy w końcu z małego miasteczka i krótko po tym, jak wybuchł skandal związany z nią, doszło do drugiego, tym razem ze mną w roli głównej. Tylko że w moim przypadku nikt nie wyrażał głośno swojego oburzenia, a jedynie plotkowano na mój temat, zasłaniając dyskretnie usta dłonią, obrzucając mnie pogardliwymi spojrzeniami i wytykając palcami. Królowa liceum, która spadła ze swojego tronu. A ja spadłam niewiarygodnie nisko. Ale nim wylądowałyśmy obie w tym college’u, dwa tysiące mil od domu, Emery także znała tylko pogłoski. W końcu opowiedziałam jej całą prawdę na swój temat, tak samo jak ona opowiedziała mi o tym, co przydarzyło się jej. Wmawiałam sobie, że punktem zwrotnym naszej relacji był moment, gdy nasza wzajemna wrogość zamieniła się w przyjaźń, ale nie była to prawda. W rzeczywistości był to powolny proces, na który składała się nasza wspólna praca na zajęciach z biologii, korepetycje z francuskiego, które zaczęłam dawać Emery, a także tęsknota za rodziną, która połączyła nas tak samo jak poczucie ulgi, jakie odczuwałyśmy z powodu bycia tak daleko od domu.

Emery zdmuchnęła kosmyk włosów z twarzy.

– Jedynym powodem, dla którego nie chcesz iść na to przesłuchanie, jest…

– Nie mów tego.

– …to, że się boisz.

Zacisnęłam usta tak mocno, że ból uniemożliwił mi powrót w myślach do tamtego dnia. Dnia, od którego wszystko diabli wzięli. Moją wschodzącą karierę. Moje życie rodzinne. Mój związek ze Stephenem. Moje zdrowie. I moje poczucie własnej wartości.

– Hej… – Emery obdarowała mnie kuksańcem. Nagle nie robiła już wrażenia tak zdecydowanej jak jeszcze przed chwilą. Niespodziewanie chęć namówienia mnie do udziału w przesłuchaniu ustąpiła współczuciu. – Wiem, jak to jest się bać, że coś strasznego się powtórzy.

Zamknęłam oczy. Miała rację. Spośród wszystkich ludzi, których znałam, nikt nie mógł wczuć się w moją sytuację lepiej niż Emery. Ale w przeciwieństwie do mnie ona miała już konfrontację z powodami swego strachu za sobą – i wyszła z tego obronną ręką. Nawet jeśli do dzisiaj krążyły o niej plotki i niektórzy z naszych ograniczonych kolegów ze studiów od czasu do czasu czuli się w obowiązku obrzucić ją jakimś niewybrednym komentarzem. Większość jednak już sobie na to nie pozwalała, bo sprawa była dawno zapomniana. Poza tym odczuwali respekt. Nie przed jej chłopakiem Dylanem i nie przed innymi chłopakami z naszej paczki, ale przed samą Emery. Bo ta dziewczyna potrafiła się bronić nie tylko słowami.

W porównaniu z jej problemami moje obawy były całkowicie niegroźne – zdawałam sobie z tego sprawę. I w gruncie rzeczy Emery miała rację. Byłam po prostu tchórzem. Dlaczego nie miałabym się temu przeciwstawić? Czy dlatego, że miałabym znowu stanąć na scenie jako wokalistka i narazić się na zranienie, a sama myśl o tym wywoływała chęć ucieczki? Czy naprawdę chciałam, żeby jedno złe doświadczenie miało aż taki wpływ na mnie i ograniczało mnie przez całe życie? Rany, miałam po uszy słuchania, co mogę robić, a czego nie. Niezależnie od tego, czy chodziło o moją matkę, czy o moje wewnętrzne lęki. Miałam tego dosyć.

– Zgoda.

Emery obróciła do mnie głowę.

– Co proszę? Że co? Chyba się przesłyszałam.

Powoli wypuściłam powietrze.

– Pójdę na to przesłuchanie. Ale nie dlatego, że chcę być w zespole, tylko żeby udowodnić tobie i sobie, że potrafię to zrobić.

– Ha! To jest Grace Watkins, jaką znam. – W jej głosie słychać było dumę. – Dzisiaj wieczorem jest kolejny termin. Pójdę z tobą.

– Powinnaś – wymamrotałam i otworzyłam podręcznik do francuskiego. Nasza pani profesor właśnie wchodziła do sali. – W końcu to ty nawarzyłaś mi tego piwa.

Mason

– Hej, stary!

Odwróciłem się i musiałem zmrużyć oczy, bo oślepiło mnie słońce. W moim kierunku truchtem biegł Luke. Mimo sierpniowego skwaru i długiego dnia, jaki mieliśmy już za sobą, wyglądał nieznośnie rześko i świeżo. Dokładnie rzecz biorąc, wyglądał tak, jak gdyby za chwilę miał przebiec maraton, ja natomiast czułem się tak, jak gdybym właśnie ukończył tydzień piekielnych ćwiczeń w siłach specjalnych marynarki wojennej.

– Co tam? – Przywitaliśmy się uściskiem dłoni. Szedłem właśnie na ostatnie zajęcia, ale nie przeszkodziło mi to zatrzymać się i zrobić sobie krótką przerwę. Wszystko było lepsze od siedzenia na zajęciach profesora Ivanovicha, wsłuchiwania się w jego monotonny głos i walki z ogarniającą sennością. A tak to wyglądało tylko w te lepsze dni.

Dzisiejszy dzień zdecydowanie takim nie był. Było późne popołudnie, a ja miałem już za sobą… cholera, sam już nie wiedziałem, którą z rzędu kawę. To, że Grace obudziła mnie wczoraj tak wcześnie i przymusiła do ćwiczeń fizycznych, wywróciło mój zegar biologiczny do góry nogami. A nienawidziłem tego, kiedy nie mogłem się wyspać. Spanie było czymś wspaniałym i znajdowało się na samej górze listy rzeczy, które najchętniej robiłem. Zaraz po seksie, dobrej muzyce, jedzeniu burgerów i ogrywaniu chłopaków na playstation.

Luke, jakby czytał mi w myślach, powiedział:

– Spotykamy się u mnie, Trevora i Dylana, okej? Wczoraj wyszło nowe DLC i…

– Nie mogę – przerwałem mu i przetarłem powieki. – Dzisiaj wieczorem są przesłuchania do zespołu.

– Znowu? – Luke spojrzał zdziwiony. – Myślałem, że już dawno znaleźliście nową wokalistkę. Czy przesłuchania nie zaczęły się w zeszłym semestrze?

– Zgadza się.

Prawda była taka, że nikt po prostu nie mógł zastąpić Hazel. Nie tylko zapoczątkowała Waiting for Juliet, ale miała do tego idealny mezzosopran, którym mogła też śpiewać niektóre sopranowe i altowe partie. Oczywiście nie bardzo wysoko i nie bardzo nisko, ale zakres jej głosu był wystarczająco szeroki, a sam głos wyjątkowo silny. Poza tym wrażenie, jakie robiła na scenie, było porażające. Zawsze wiedziałem, że stracimy ją jako wokalistkę, kiedy tylko skończy studia, ale nie podejrzewałem, że tak trudno będzie znaleźć godną jej następczynię. Albo że zgłosi się na jej miejsce tak dużo osób, które nie będą w stanie zaśpiewać czysto choćby jednego dźwięku.

– A co z tą małą blondynką, która przed wakacjami była u was na kilku próbach?

Skrzywiłem się.

– Masz na myśli tę, od której głosu niemal pękały szyby? Nic z tego. Za bardzo interesowała się Paxem.

Luke pytająco zmarszczył czoło.

Westchnąłem teatralnie.

– Pax aktualnie znowu jest wolny i umawia się z dziewczynami, ale ta blondynka nie była po prostu w jego typie. Tyle że ona nie chciała tego zaakceptować i uganiała się za nim. Aż musiał zgłosić ją do ochrony kampusu, bo usiłowała w nocy włamać się do jego pokoju.

– Robisz sobie jaja.

– Nie. – Rozłożyłem szeroko ramiona. – Nawet sobie nie wyobrażasz, z jakimi ludźmi ma się tam do czynienia… Raz przyszedł jeden koleś tak niebywale pewny siebie, że był absolutnie przekonany, że przesłuchiwanie jakiegokolwiek innego kandydata będzie czystą stratą czasu. Tylko że potem sam nie potrafił choćby jeden raz trafić czysto w dźwięk.

Luke uśmiechnął się.

– Czy mam postarać się o zatyczki do uszu?

Parsknąłem tylko.

– Załatw nam lepiej jakąś przyzwoitą frontmenkę albo frontmena, bo jeśli o mnie chodzi, może to też być facet.

– Jasne. Dam znać, kiedy natknę się na kogoś takiego. – Poklepał mnie po ramieniu. – Powodzenia na przesłuchaniu, stary. I wpadnij do nas, jeśli jednak zdarzy się jakiś cud i znajdziecie wreszcie kogoś do zespołu. Do tego czasu ogram do zera Trevora i Dylana.

– Jakby to było możliwe! – zawołałem za nim, bo wszyscy wiedzieli, że to Luke zawsze jako pierwszy odpadał z gry. Nieważne, czy graliśmy w strzelanki, gry akcji, gry survivalowe czy te oparte na horrorach. Na szczęście jego optymizm, jeśli chodziło o szanse na wygraną w grach komputerowych, był niezłomny.

Pokręciłem głową, patrząc, jak się oddalał, a potem, ciężko wzdychając, ruszyłem na salę wykładową. W gruncie rzeczy wszystkim z nas będzie należał się medal, jeśli zdołamy nie zasnąć na wykładzie. Profesor potrafił w śmiertelnie nudny sposób przedstawić najbardziej nawet interesujący temat. Może dlatego, że po prostu beznamiętnie odklepywał tekst swojego wykładu, którego nauczył się na pamięć prawdopodobnie wieki temu. Kiedy więc zajęcia wreszcie się skończyły, oczy piekły mnie od długiego wpatrywania się w punkt na przeciwległej ścianie i o niczym bardziej nie marzyłem niż o położeniu się gdzieś ze słuchawkami na uszach i zrelaksowaniu przy dobrej muzie. Jutro rano miałem trenować z Grace, ale jeśli miała zamiar znowu obudzić mnie o czwartej rano, własnoręcznie wrzucę ją do rzeki, po czym wrócę do łóżka i będę spał dalej. I żeby nie było wątpliwości, czwarta czterdzieści pięć to nadal czwarta, a nie piąta.

Na zewnątrz było jeszcze ciepło, kiedy krótko po ósmej wyszedłem z budynku i przeciągnąłem się w ostatnich promieniach słońca. Moja motywacja związana z dzisiejszym ponownym przesłuchaniem była bliska zeru. Doskonale wiedziałem, że znowu przyjdą tylko ludzie, którzy albo w ogóle nie będą potrafili śpiewać, albo z innych powodów nie będą pasować do zespołu. To było naprawdę frustrujące. Potrzebowaliśmy frontmenki albo frontmena. Nawet jeśli przy pewnych piosenkach włączałem się do śpiewu, nie mogłem przejąć całej partii wokalu bez uszczerbku dla gry na gitarze. I niezależnie od tego, jak bardzo byłem pewny siebie i jak wiele kobiet piszczało podczas naszych koncertów, a potem próbowało wciskać mi swoje numery telefonów, wiedziałem, że moją siłą była gra na gitarze, a nie śpiew. To nie żadna fałszywa skromność, tylko czysta prawda. Byłem dobry, ale nie tak dobry, żeby na stałe zostać głównym wokalistą zespołu.

Poza tym byłoby miło, gdyby dla odmiany ktoś inny zajął się całą tą organizacją, wyszukiwaniem piosenek do coverów, dyskusjami z naszymi wykładowcami, kiedy moglibyśmy zająć salę na próbę i całą resztą. Wcześniej było to zadanie Hazel, a po jej odejściu wszystko przejąłem ja, ale zastępstwo to miało być tylko tymczasowe. Do momentu, kiedy znajdziemy nową wokalistkę – żebym znowu miał czas na pisanie własnych piosenek.

Spojrzałem na dłonie, marszcząc czoło. Minęły tygodnie, od kiedy po raz ostatni pracowałem nad własnym kawałkiem. Pierwszą piosenkę chciałem skończyć już ostatniej zimy, a teraz mieliśmy sierpień. Szukając zastępstwa za Hazel, rozstając się i schodząc z Jenny, nie miałem na to po prostu w ostatnich miesiącach głowy. I to złościło mnie najbardziej.

– Joł, Maze!

Gwałtownie podniosłem głowę.

Obok stał Jesse, nasz klawiszowiec. W jednej ręce starał się utrzymać papierową podstawkę z czterema kubkami kawy, drugą podał mi na przywitanie.

– Gotowy na kolejną rundę, numer trzysta dwadzieścia dwa?

Parsknąłem tylko i wziąłem jeden kubek.

– Miejmy to już za sobą.

Jeśli nawet Złociutki, urodzony optymista – jego przezwisko pochodziło od kręconej blond czupryny – wyjeżdżał z takimi tekstami, mieliśmy naprawdę przechlapane. Do diabła, przecież znalezienie na uczelni jakiejś dobrej wokalistki nie powinno być aż tak trudne. A może się myliłem?

Rozdział 3

Mason

– Maze. Jesse. Jak leci? – Kane przywitał nas podaniem ręki, podobnie jak Pax, który w tym celu odłożył na bok pałeczki, które zazwyczaj trzymał w dłoni. Postukiwał nimi nawet w czasie seminariów. Któregoś dnia jakiś profesor wyrzucił go za to z zajęć, bo ciągłe stukanie działało mu na nerwy. Tymczasem Pax, zamiast spakować swoje rzeczy i wyjść, ciesząc się z wolnej godziny, wszczął dyskusję, którą przez ponad pół zajęć bawili się wszyscy studenci. Wreszcie profesor dał za wygraną, ale zmarnował tyle czasu, że nie mógł zrealizować materiału, jaki sobie na nie zaplanował. Koleś może robił wrażenie powściągliwego, ale miał takie zagrania jak najlepszy adwokat od spraw karnych.

Jesse rozdał kawę, której wszyscy potrzebowaliśmy, żeby jakoś przeżyć to przesłuchanie. Wódka albo valium byłyby zdecydowanie lepsze, ale gdyby ktoś z zarządu uczelni przyłapał nas na piciu alkoholu w sali prób, w przyszłości oglądalibyśmy budynek centrum sztuk scenicznych już tylko z zewnątrz. A niezależnie od tego, jak byliśmy zdesperowani, Waiting for Juliet było dla nas zbyt ważne, żeby podjąć to ryzyko. Upić zawsze mogliśmy się później, gdzie indziej.

– Ile osób przychodzi dzisiaj? – Kane wypił łyk i postawił kubek obok siebie na podłodze, po czym wziął do ręki elektroniczny bas i zaczął delikatnie szarpać struny.

– Nie mam pojęcia, stary. – Pax zajął swoje miejsce za perkusją i zapamiętale walił w bębny. Jesse stał przy klawiszach i trzymając kubek z kawą w dłoni, drugą ręką nagrywał tło rytmiczne.

Uśmiechnąłem się. Byliśmy zgranym zespołem, ale bez Hazel, wokalistki, brakowało nam zasadniczej części. A z każdym nieudanym przesłuchaniem nadzieja na znalezienie jej następczyni stawała się coraz mniejsza. Zacząłem przyglądać się członkom zespołu.

Blondyn Jesse jak zawsze w trampkach i bluzie z kapturem, chociaż nienawidził sportu co najmniej tak samo jak Tate i Elle. Za to potrafił wyjść cało z każdej opresji dzięki dowcipowi i poczuciu humoru, a chłopięcy urok pozwalał mu owijać sobie kobiety wokół palca. Przypominał w tym mojego kumpla Luke’a, tylko że w przeciwieństwie do niego Jesse sprawiał wrażenie wiecznie bujającego w obłokach; cóż, nigdy nie przeżył niczego, co mogłoby sprowadzić go tak naprawdę na ziemię. Z nas wszystkich miał też najambitniejsze plany na przyszłość – zarabiać miliony, zwiedzić świat, ożenić się z supermodelką i przysłużyć się w znacznym stopniu do odnalezienia lekarstwa na raka. Może niekoniecznie w tej kolejności.

Kane to był całkiem inny przypadek. Wielki, do tego milczący i z wiecznie zaciętym wyrazem twarzy. Nawet wytrawny wykidajło zastanowiłby się dwa razy, zanim zdecydowałby się go zaczepić. On i Hazel byli w zespole od początku, ale jeśli w przypadku Hazel już po trzech wspólnych próbach znałem całą historię jej życia, o Kanie do tej pory nie wiedziałem prawie nic. Jasne, znałem jego dziwactwa dotyczące kawy, którą pił, wiedziałem, że był asem w bilardzie i świetnym basistą, ale na tym moja wiedza o nim się kończyła. Tego, że studiował muzykę, dowiedziałem się przez przypadek, bo chodziliśmy wspólnie na kilka zajęć.

No i był jeszcze Pax, ze swoimi ciemnobrązowymi włosami i ciuchami, które raz stylizowane były na emo, innym znowu razem na punka, a kiedy indziej jeszcze na grunge. Sam się na tym nie znałem, ale na jednej z imprez przeanalizowała go pod tym kątem Tate i wówczas z jej ust padły właśnie te pojęcia. Zapamiętałem je, prawdopodobne tylko dlatego, że – co zaznaczyła Tate, przewracając dramatycznie oczami – odnosiły się one nie tylko do stylu ubierania, ale również do stylów w muzyce.

Pax jako następny miał nas opuścić. Był już na ostatnim roku, co oznaczało, że za rok o tej samej porze, kiedy odbierze dyplom, będziemy musieli znowu rozglądać się za nowym członkiem zespołu. Kochałem tę barwną grupę ludzi, z którymi grałem od początku studiów, ale mdliło mnie od patrzenia jak po kolei odchodzili, tak samo jak mdliło mnie od szukania ich następców. Dlaczego wiecznie musiałem coś zmieniać? Dlaczego ludzie nie mogli po prostu ze mną zostać, tak jak obiecywali?

Cholera. Rozmasowałem sobie kark. To nie był ani czas, ani miejsce na tego typu przemyślenia. Przemyślenia, które nie miały zresztą zbyt wiele wspólnego z zespołem, a przynajmniej nie tylko. Rzuciłem okiem na komórkę i zakląłem w duchu. Żadnej wiadomości. Oczywiście, że nie. Wiedziałem przecież, że się do mnie nie odezwie, skoro kolejny raz ze sobą zerwaliśmy. Jenny kochała wolność i ja to respektowałem. Dawałem jej tyle wolności, ile chciała. Tak często, jak chciała. Pragnąłem tylko, żeby wreszcie zrozumiała, że wolność to była ostatnia rzecz, jakiej pragnąłem w naszym związku. Jeśli w ogóle można było jeszcze w naszym przypadku mówić o jakimś związku, bo w „przerwach” byliśmy oboje, na wyraźne zresztą życzenie Jenny, całkowicie wolnymi od wszelkich zobowiązań singlami, a nasze zachowania nie miały żadnych konsekwencji dla naszego „związku”.

– Ojoj – powiedział Jesse i podniósł głowę. – Nadchodzi pierwszy kandydat.

Powędrowałem za jego wzrokiem do drzwi, przy których zatrzymał się jakiś chudy koleś i piskliwym głosem dopytywał się, czy to tu ma się odbyć przesłuchanie. Westchnąłem w głębi ducha. Zapowiadał się cholernie długi wieczór…

Wieki później – a przynajmniej tak mi się wydawało – stanąłem przed wyborem, czy lepiej zacząć wyrywać sobie włosy z głowy, zaatakować kogoś długopisem, czy może rzucić w pierwszą lepszą osobę, jaka się napatoczy, zgniecioną kartką, pełną moich bezwartościowych zapisków i notatek. Ponieważ plan numer jeden byłby bolesny i – zważywszy na fakt, że od pierwszego dnia w wojsku nosiłem zawsze bardzo krótko przystrzyżone włosy – trudny do wykonania, a plan numer dwa zbyt krwawy, zdecydowałem się na opcję numer trzy.

– Hej! – Jesse złapał się za głowę i wyciągnął ze swoich loków kulę papieru wielkości śnieżki. – Przestań, Maze!

– Przestanę, jeśli nie będziemy musieli dalej tu gnić, bawiąc się w Idola.

Kane rzucił okiem na swoją komórkę.

– Siedzimy tu już godzinę. Myślę, że możemy na dzisiaj skończyć. Kto nie przyszedł do tej pory i tak najwyraźniej nie chce być w zespole.

Skinąłem głową i wstałem.

– Spadajmy stąd.

Zanim skończyłem zdanie, do sali weszła moja współlokatorka, a za nią… Grace Watkins. Mrugnąłem zaskoczony. Czyżby znaczyło to, że…? Nie, to nie mogła być prawda. Latem zeszłego roku musiałem ją błagać niemalże na kolanach, żeby zgodziła się zastąpić Hazel i zaśpiewała za nią resztę koncertu. I chociaż nieźle nam poszło, oboje wiedzieliśmy, że to już się nie powtórzy. Zbyt wiele nas różniło, poza tym byłem pewien, że nie za bardzo mnie lubi. Zresztą już jej się za tamtą przysługę zrewanżowałem. Ból mięśni i niewyspanie były tego najlepszym dowodem. Co więc tu teraz robiła?

– Stop! Poczekajcie. – Emery uniosła w górę oba palce wskazujące i zmierzyła każdego z nas po kolei wzrokiem. – Mam jeszcze jedną kandydatkę na przesłuchanie.

– Niby kogo? – Jesse zlustrował ją dokładnie od stóp do głów. – Ciebie?

– Chętnie ci zaraz pokażę, gdzie możesz mnie…

Jesse uśmiechnął się.

– No, dawaj, mała.

– Hej – wmieszałem się do rozmowy i zszedłem do nich na dół. – Nie zapominaj, że to ona złamała mi w zeszłym roku nos.

Emery tylko prychnęła pogardliwie.

– Ile razy będę jeszcze musiała to mówić? Nie był złamany, tylko nadłamany. Poza tym to ty…

– Poza tym – wpadłem jej w słowo i rzuciłem mojemu koledze z zespołu mroczne spojrzenie – ma chłopaka.