Someone to Stay - Laura Kneidl - ebook
NOWOŚĆ

Someone to Stay ebook

Laura Kneidl

4,1

38 osób interesuje się tą książką

Opis

Aliza Malik studiuje prawo na MFC, studia jednak niespecjalnie ją interesują, jej prawdziwą pasją – którą wyniosła z rodzinnego domu – jest gotowanie. Jest autorką bloga poświęconego kuchni, gdzie umieszcza swoje wegańskie przepisy, prowadzi konto na Instagramie, pracuje również nad książką kucharską, która wkrótce ma się ukazać w jednym z wydawnictw. Nauka i praca pochłaniają ją całkowicie, nie ma czasu na przyjemności, spotkania z przyjaciółmi, nie mówiąc już o posiadaniu chłopaka czy umawianiu się na randki. Coraz bardziej odczuwa też skutki permanentnego stresu, w którym żyje. Pewnego dnia spotyka jednak na swojej drodze Luciena, przyjaciela Cassie. Chłopak zapada jej w pamięć i przy następnym przypadkowym spotkaniu Aliza postanawia lepiej go poznać. W efekcie oboje zaprzyjaźniają się. Lucien studiuje ekonomię, po godzinach pracuje jednak jako makijażysta i charakteryzator. W zasadzie to jest jego pasja, ale zdecydował się na studia biznesowe, żeby być w stanie odpowiednio zaopiekować się młodszą siostrą, Amicią. Od śmierci ich rodziców w wypadku samochodowym trzy lata temu, Lucien jest jej jedynym opiekunem. Obowiązki domowe i ciągłe konflikty z dorastającą nastolatką przytłaczają go, ale dzielnie stawia im czoła, przedkładając zawsze dobro siostry nad własne marzenia i potrzeby.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 443

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Someone To Stay

Redakcja: Anna Pochłódka-Wątorek

Korekta: Marta Stochmiałek, Renata Kuk

Skład i łamanie: ALINEA Janusz Olech

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2020 by Bastei Lübbe AG, Köln

Projekt okładki: ZERO Werbeagentur GmbH

Zdjęcie na okładce: © FinePic/Shutterstock.com

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-979-7 (e-book)

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Wszystkim, którzy mają marzenia.

Miejcie odwagę je realizować.

Znajdź swoją drogę i nią podążaj, wsłuchując się w siebie, a nie w innych.

Anabelle Stehl

Playlista

Vancouver Sleep Clinic – Someone To Stay

Arctic Monkeys – I Bet You Look Good On The Dancefloor

Billie Eilish – Bad Guy

Halsey – I Walk The Line

Taylor Swift – The Man

Lizzo – Truth Hurts

Halsey – Sorry

Melanie Martinez – Show & Tell

Zella Day – Seven Nation Army

CHVRCHES – Death Stranding

Harry Styles – Falling

Jack White – Sixteen Saltines

Jessie Ware – Hearts

Left Boy – Sex Party

Grimes – You’ll Miss Me When I’m Not Around

Winona Oak – Break My Broken Heart

KUMMER – Ganz genau jetzt

Banks – Gimme

Lady Gaga – Stupid Love

Noah Cyrus ft. XXXTentacion – Again

Jessie Ware – Say You Love Me

Playlista Luciena

Code Orange – Forever

Slipknot – Disasterpiece

Slayer – Raining Blood

Trivium – Pull Harder On The Strings Of Your Martyr

Lamb of God – Laid To Rest

Knocked Loose – Deadringer

Jinjer – Outlander

Bury Tomorrow – Choke

Borknagar – Thunderous

Metallica – The Unforgiven

While She Sleeps – ANTI-SOCIAL

Bring me the Horizon – Ludens

Megadeth – Angry Again

Pantera – Walk

Slipknot – Nero Forte

System of a Down – Chop Suey!

Spiritbox – Holy Roller

Tool – Sober

Jinjer – Retrospection

Machine Head – Imperium

Metallica – King Nothing

Motörhead – Killed By Death

Children of Bodom – In Your Face

Disturbed – Droppin’ Plates

Arch Enemy – Nemesis

Rozdział 1

Moje życie się rozpadło. Jak regał, który dopiero co próbowałam złożyć. Niewiele brakowało, a wbiłabym już ostatni gwóźdź, kiedy konstrukcja zawaliła się na moich oczach. Trzeszczała i skrzypiała, aż w końcu z trzaskiem runęła na podłogę.

Zrezygnowana patrzyłam na stos desek u moich stóp. Niemożliwe. Godzina pracy na darmo. Gorzej być już nie mogło. Ten wtorek ostatecznie mnie dobił.

Poczułam w piersi nieprzyjemny ucisk. Najchętniej wczołgałabym się na nowo do łóżka. Ale nie chciałam, żeby akurat coś takiego jak głupi regał rozłożyło mnie na łopatki. Do tej pory dzielnie się trzymałam. Nie załamałam się nawet dzień wcześniej, gdy dowiedziałam się, że nie przyjęto mnie na wymarzone praktyki w Irresistible Future.

Schyliłam się po deski, ale kiedy na laminowanej podłodze odkryłam rysy, jakie powstały na skutek upadku, momentalnie odechciało mi się próbować ponownie.

– Cholera – zaklęłam i z hukiem upuściłam na podłogę deskę, którą dopiero co podniosłam. Nie minęły nawet dwa tygodnie, odkąd tu mieszkałam, a moje regały już nadawały się do wyrzucenia.

Drżąc na całym ciele, zdusiłam łzy frustracji, które podchodziły mi do gardła. Zacisnęłam palce na młotku. Musiałam naprawdę mocno się hamować, żeby nie rozbić tego szajsu w drobny mak. Ale pewnie wkrótce bym tego pożałowała, najpóźniej wtedy, kiedy musiałabym wybrać się po nowy regał. Mimo to potraktowałam całą tę stertę desek i prętów siarczystym kopniakiem. Przesunęła się z głośnym łoskotem po podłodze. Pewnie teraz moje laminowane panele doznały poważniejszego uszczerbku niż wcześniej, ale nie chciałam już o tym myśleć.

Głuchy odgłos stukania dobiegający spod moich stóp przypomniał mi, że nie mieszkam w tym domu sama. Uśmiechnęłam się przepraszająco, chociaż sąsiedzi nie mogli mnie teraz zobaczyć. Prawdopodobnie już nienawidzili mnie za te wszystkie hałasy o świcie, ale tylko wtedy mogłam wygospodarować trochę wolnego czasu na skręcanie mebli. Studia, prowadzenie bloga i pisanie książki, która wkrótce miała zostać wydana, pochłaniały mnie bez reszty.

Postanowiłam, że w ramach przeprosin obdaruję później moich nowych sąsiadów małym upominkiem. Ponoć droga do serca prowadzi przez żołądek, może więc trochę ciasta zmiękczyłoby ich na tyle, że wytrzymaliby jeszcze kilka takich poranków, nie informując właściciela lub ‒ co gorsza ‒ policji. Żeby jednak na razie bardziej ich nie denerwować, zdecydowałam się dać już sobie na dzisiaj spokój z tą robotą.

Rzuciłam okiem na komórkę. Była piąta trzydzieści cztery. Tym samym pozostały mi do wyboru dwie możliwości. Mogłam położyć się jeszcze spać albo wybrać się na kampus, żeby pouczyć się do dzisiejszych zajęć. Semestr dopiero się zaczął, a ja już miałam wrażenie, że nie nadążam z materiałem. Nie chciałam narobić sobie jeszcze więcej zaległości, więc podjęcie decyzji nie było trudne. Czasami naprawdę sama nie wiedziałam, dlaczego męczyłam się na tych studiach. Czy nie mogłam wybrać sobie kierunku, który wymagałby trochę mniej nauki?

Sięgnęłam po telefon, wyłączyłam pakistańskie wiadomości, których do tej pory słuchałam, i zadzwoniłam do Micah, którą poznałam rok temu podczas pierwszego semestru. Może miałaby ochotę spotkać się ze mną w kawiarni na kampusie. Wprawdzie było jeszcze cholernie wcześnie, ale Micah studiowała sztuki piękne i zamierzała razem z Cassie wydać powieść graficzną, ona zatem też miała dużo na głowie. Nauka z samego rana mogła więc być jej nawet na rękę.

Usłyszałam kilka sygnałów, po czym odezwał się głos zachęcający do pozostawienia wiadomości.

– Hej, Micah, to ja, Aliza – nagrałam się już w drodze do łazienki. – Chciałam tylko powiedzieć, że zaraz idę do uczelnianej kawiarni, żeby tam trochę popracować. Może miałabyś ochotę przyjść? Byłoby fajnie. Na razie!

Odłożyłam komórkę na półkę i przejrzałam się w lustrze nad umywalką. Łazienka nie miała okna, a sztuczne oświetlenie podkreślało niekorzystnie ciemne kręgi pod oczami. Ochlapałam sobie twarz zimną wodą w nadziei, że dzięki temu będę wyglądała na przytomniejszą, ale nic to nie dało. Co nie było w sumie dziwne, bo nie miałam pojęcia, kiedy ostatni raz spałam dłużej niż pięć godzin. W tej chwili miałam po prostu za dużo do roboty.

Wskoczyłam pod prysznic, nie myjąc jednak głowy. Miałam dość gęste włosy, dlatego wysuszenie ich trwało zawsze całą wieczność. A ponieważ na dzisiaj nie miałam zaplanowanej żadnej sesji zdjęciowej, pozwoliłam sobie zostawić je nieumyte. Następnie wyskubałam sobie kilka ciemnych włosków z twarzy i umalowałam się, by przynajmniej w kwestii urody sprawiać wrażenie, że mam swoje życie pod kontrolą. Włożyłam ciemne dżinsy i bluzę z logo Stranger Things, którą Micah przywiozła mi z konwentu SciFaCon w Seattle. Może była trochę za ciepła jak na koniec sierpnia, ale z powodu klimatyzacji zawsze strasznie marzłam w salach wykładowych.

Udałam się do gabinetu, gdzie wciąż był rozstawiony sprzęt po ostatniej sesji zdjęciowej, wsadziłam do torby laptopa i wszystkie materiały potrzebne tego dnia, po czym poszłam do kuchni. To było jedyne pomieszczenie w moim nowym mieszkaniu, które było już gotowe. Głównie za sprawą pieniędzy, które dali mi rodzice na jego umeblowanie. Nie prosiłam ich o to, ale upierali się, żeby wspomóc mnie finansowo. Gdybym odrzuciła ich pomoc, sprawiłabym im tylko przykrość. Poza tym dzięki temu mogłam pozwolić sobie na zatrudnienie fachowca do montażu – co zdecydowanie się opłaciło. Moja kuchnia wyglądała jak marzenie. Utrzymana była w jasnej kolorystyce z akcentami z ciemnego drewna i szkła. Znajdowały się w niej szeroki blat, wyspa z dużą płytą indukcyjną, lodówka z podwójnymi drzwiami i głęboki zlew z wysoką baterią, żebym mogła wygodnie zmywać wszystko to, co nie zmieściłoby się do moich dwóch zmywarek. Wyposażenie kosztowało majątek. Żadne z pozostałych pomieszczeń nie było tak drogo umeblowane, ale niczego nie żałowałam, bo przypuszczałam, że będę tu spędzać więcej czasu niż w którymkolwiek z pozostałych pokoi.

Wyciągnęłam z szafki pudełko i zapakowałam do niego kilka laddu, które przygotowałam poprzedniego wieczoru. Ozdobiłam je naprzemiennie pistacjami, orzechami makadamia, wiórkami kokosowymi i innego rodzaju dodatkami, żeby później móc pochwalić się nimi na blogu.

Zamknęłam pudełko, a jedną z kulek włożyłam sobie prosto do ust. Od razu poczułam się trochę lepiej. Słodko-orzechowy smak laddu przypominał mi moją babcię, chociaż jej wypieki smakowały zawsze odrobinę lepiej. Wzięłam sobie jeszcze dwie kulki na drogę, po czym przewiesiłam torbę przez ramię i wyszłam z domu, żeby złapać następny autobus.

Mieszkałam w jednej z dzielnic na obrzeżach miasta. Przede wszystkim nie chciałam przeprowadzać się zbyt daleko od rodziców. Ponadto w centrum albo w pobliżu uczelni w życiu nie mogłabym sobie pozwolić na trzypokojowe mieszkanie z tak dużą kuchnią. A dopiero to pragnienie zmotywowało mnie, żeby pójść na swoje.

Wyszłam na zewnątrz. Słońce dopiero co wstało, a niebo nade mną miało odcień pomarańczowo-ciemnoniebieski. W większości domów było jeszcze ciemno, a na ulicach panował względny spokój. Wydawało się, jakby nad całym miastem rozpościerał się utkany z ciszy płaszcz.

Wzięłam głęboki wdech, licząc, że udzieli mi się ten nastrój, uciszając dręczący mnie niepokój. Czułam się tak, jakby szalała we mnie niekończąca się burza. Gmatwała moje myśli, powodowała, że trzęsły mi się kończyny i po prostu nie dawała mi chwili wytchnienia. Nieustannie czułam strach przed bezruchem i lęk, że jeśli tylko na sekundę się zatrzymam, wszystko, co sobie zbudowałam, zawali się jak ten cholerny regał.

– Dzień dobry, Tyler – przywitałam baristę w kawiarni na kampusie.

Zmianę przed ósmą rano obsługiwali naprzemiennie on, Cora i Natalia. Cała trójka studiowała na MFC i w ostatnich miesiącach dość dobrze ich poznałam. Natalia studiowała weterynarię, Cora marketing, a Tyler zajmował się prawami człowieka. Pierwszy raz spotkaliśmy się na wiosnę, kiedy oboje w ramach wolontariatu pracowaliśmy w utworzonym specjalnie dla dziewcząt i kobiet ośrodku dla uchodźców. Podczas gdy Tyler pracował w biurze, ja wspólnie z mieszkankami ośrodka gotowałam, piekłam i dzieliłam się z nimi przepisami na tanie, ale zdrowe dania.

– Dzień dobry, Alizo – odpowiedział Tyler, skrywając dłonią ziewnięcie. Blond włosy odstawały mu na wszystkie strony, jakby wpadł za ladę prosto z łóżka. To było zresztą zrozumiałe, bo kto dobrowolnie włóczyłby się po kampusie o siódmej rano? Pomijając mnie i sportowców, którzy krążyli tutaj każdego poranka.

– To, co zwykle?

Skinęłam głową.

– Jak się udała randka w weekend?

Podstawił filiżankę pod ekspres do kawy, który gulgocząc, wolno budził się do życia.

– Dobrze.

– Dobrze… – powtórzyłam i uniosłam wyczekująco brwi. – Czy to wszystko, co od ciebie usłyszę?

Tyler roześmiał się, ale słychać było, że jeszcze na dobre się nie obudził.

– Poszło naprawdę dobrze. Maddy jest miła. Byliśmy w restauracji, którą nam poleciłaś. – Otworzył witrynę z przekąskami, wyjął dla mnie bajgla z sezamem, humusem oraz pomidorami i włożył go do tostera.

– Co jedliście?

– Ona wzięła risotto z dyni z kozim serem, a ja domową lazanię.

Uuu, to dobry znak, że pamięta, co zamówiła. Nie znałam Maddy, ale na podstawie tego, co opowiadał mi o niej Tyler, wydawało się, że do siebie pasują.

– Umówicie się jeszcze?

Podsunął mi moją kawę.

– Tak, jutro.

– Och! Dokąd chcecie pójść? – Położyłam dziesięciodolarowy banknot na blacie.

– Miałem nadzieję, że ty mi powiesz.

– Hm… – Z namysłem postukałam palcem wskazującym w brodę kilka razy. – Restauracja indyjska na Hickmann Street jest bardzo dobra. Jeśli Maddy nie lubi ostrego jedzenia, mogłabym też polecić restaurację sushi na Beverly Road albo Cordiali Saluti. Gdybyś chciał rzeczywiście zrobić na niej wrażenie, powinieneś sam coś ugotować.

Tyler wydał mi resztę.

– Nie umiem gotować.

– A potrafisz stosować się do wskazówek?

Wskazał na tablice, które wisiały nad kontuarem.

– Potrafię przygotować trzydzieści osiem napojów, jakie tu serwujemy. Nie mam problemu z trzymaniem się instrukcji.

– To daj mi komórkę.

Po krótkim wahaniu Tyler wręczył mi swój telefon.

Otworzyłam przeglądarkę i wpisałam adres mojego bloga. Od razu wpadł mi do głowy odpowiedni dla niego przepis. Proste, ale wyśmienite, z małą liczbą składników i klasycznymi przyprawami. Otworzyłam artykuł, który napisałam ponad rok temu, i zapisałam go w jego zakładkach.

– Masz, na pewno dasz sobie z tym radę. Maddy będzie zachwycona.

Tyler przeleciał wzrokiem przepis i uśmiechnął się.

– Wygląda spoko, dzięki.

– Musisz mi później opowiedzieć, jak ci poszło.

Skinął głową, a ja pożegnałam się, wzięłam kawę oraz bajgla i rozejrzałam się po kawiarni. Otworzono ją na nowo trzy albo cztery lata temu i była nowocześnie urządzona, z wieloma dużymi oknami ‒ nawet w pochmurne dni wpadało tu przez nie sporo światła. Z sufitu zwisały reflektory, które dodatkowo oświetlały wnętrze. Ciemne drewniane stoły w różnych rozmiarach pozwalały na spokojną pracę w pojedynkę, ale można też było usiąść tu w większej grupie.

Zajęłam moje stałe miejsce przy czteroosobowym stoliku w głębi lokalu w prawym rogu i wyciągnęłam z torby laptopa. Ponieważ zeszłej nocy pracowałam jeszcze nad obróbką zdjęć do dzisiejszego artykułu na bloga, bateria prawie padła. Wyciągnęłam ładowarkę i włożyłam ją do kontaktu. Laptop ożył.

Święcący na czerwono symbol nad programem do obsługi poczty pokazywał sto dwadzieścia siedem nieprzeczytanych wiadomości. Nie wiem już, kiedy ostatni raz pokazywał zero. Wszystkie próby opróżnienia mojej skrzynki pocztowej kończyły się dotychczas niepowodzeniem. Po każdej wiadomości, na którą odpowiadałam, przychodziła następna. To było błędne koło.

Otworzyłam skrzynkę i od razu rzuciła mi się w oczy odmowa, którą otrzymałam wczoraj.

Szanowna Pani Malik,

dziękujemy bardzo za Pani aplikację i zaangażowanie. Ma Pani imponujący życiorys, ale niestety w naszym dziale prawnym nie dysponujemy w tym momencie wolnymi miejscami dla praktykantów.

Życzymy Pani wszystkiego najlepszego w dalszej drodze zawodowej.

Z poważaniem,

Roshan Whitmore, Kierownik Działu Kadr

Z rozczarowania poczułam ucisk w żołądku, chociaż chodziło tylko o miejsce praktyk. Ale od lat moim marzeniem była praca dla Irresistible Future i Malalai Johnson. Była jedną z moich największych idolek, obok mojej mamy i babci. Śledziłam jej karierę, od kiedy byłam nastolatką. Zarządzała organizacją, którą założyli jej dziadek, afgański imigrant, oraz jej matka. Fundacja wspierała imigrantów i dzieci z rodzin imigranckich, pomagając im zbudować przyszłość dzięki poszukiwaniu pracy albo zapewnieniu środków finansowych podczas studiów. Na szczęście problemy te nigdy nie dotyczyły mnie, ale mojej babci nie było łatwo znaleźć pracę w Ameryce. Również niektóre z moich ciotek i kilku wujów, którzy urodzili się w Stanach, często miewali z tym problemy. I to nie dlatego, że nie mieli kwalifikacji albo byli leniwi, lecz dlatego, że niektórzy pracodawcy okazywali się idiotami. Od zawsze chciałam pomagać ludziom w potrzebie i dlatego później moim marzeniem stała się praca dla Irresistible Future. Jednak wczorajsza odmowa odsunęła to marzenie w nieokreśloną przyszłość.

Sfrustrowana zamknęłam skrzynkę pocztową i zamiast tego zalogowałam się na stronę Mayfield College, w skrócie MFC. Odpaliłam portal informacyjny, którego używali nasi wykładowcy, i otworzyłam wiadomość, którą w zeszłym tygodniu wysłała nam pani profesor Lawson. Znajdowały się w niej linki do fachowych artykułów na temat precedensów w prawie autorskim, które mieliśmy przejrzeć na dzisiejszy wykład.

Kliknęłam w pierwszy link i zaczęłam czytać, jedząc bajgla. Już po kilku minutach miałam zamęt w głowie i rosła we mnie chęć, żeby zamknąć kartę i zająć się pocztą albo Instagramem. Walcząc z pokusą, wyjęłam notatnik. Ale nadal odpływałam myślami do rzeczy, które miałam jeszcze dziś do załatwienia, jeśli nie chciałam, żeby moje plany na następne dni i tygodnie posypały się jak domino.

Kiedy po raz czwarty zaczęłam czytać artykuł o sprawie, która była rozpatrywana przed sądem w 2014 roku, na stół i mój notatnik – zapełniony w międzyczasie słowami, które tylko ja mogłam rozszyfrować – padł długi cień.

– Hej.

Podniosłam wzrok i spojrzałam prosto w parę ciemnobrązowych oczu, które znałam tylko z jednego wspomnienia. Na skórze poczułam mrowienie, a w żołądku nerwowy skurcz.

– Hej – wymruczałam nieoczekiwanie zachrypłym głosem.

Lucien stał przede mną z rękami w kieszeniach dżinsów i przyglądał mi się z zaciekawieniem.

– Nie wiem, czy jeszcze mnie pamiętasz. Spotkaliśmy się na letnim festynie w Bright Canopy. Jestem kolegą Cassie.

Prawie się roześmiałam. Czy go jeszcze pamiętam? Oczywiście. Lucien nie był kimś, kogo łatwo się zapomina. Miał wyraziste rysy twarzy z szerokim podbródkiem i wydatną szczęką, które świetnie ze sobą harmonizowały. Usta z lekko opuszczonymi kącikami wydawały się zapraszająco miękkie. A czarne włosy były na tyle długie, że opadały mu aż na czoło. Był dziełem sztuki, które zapadało w pamięć. Ale naprawdę niezapomniany był uśmiech, którym obdarzył mnie na festynie. Niepewny i jednocześnie pełen ciepła.

Odchrząknęłam.

– Tak, przypominam sobie.

– Mogę się dosiąść?

Z zaciśniętymi ustami spojrzałam szybko na laptopa i notatki leżące na stole. Miałam strasznie dużo do zrobienia i właściwie nie mogłam sobie pozwolić na żadną przerwę – nawet jeśli była tak atrakcyjna i fascynująca jak Lucien. Artykuły profesor Lawson były zaledwie pierwszym punktem na mojej długiej liście na dziś.

– Bez obawy, nie chcę zagadać cię na śmierć – kontynuował Lucien, zanim zdobyłam się na to, żeby mu odmówić. – Sam mam dużo do roboty. Pomyślałem tylko, że moglibyśmy razem się pouczyć. Ale jeśli wolisz być sama, mogę usiąść gdzie indziej.

– Nie, nie. – Wskazałam pospiesznie na wolne krzesło. – Wspólna nauka brzmi dobrze.

– Fajnie. – Lucien odstawił plecak i ściągnął z ramion czarną skórzaną kurtkę, po czym usiadł naprzeciwko mnie. Spod kurtki ukazała się równie ciemna koszula, której rękawy podwinął wysoko, tak że było widać tatuaże pokrywające jego całe przedramiona.

Wyglądał jak typ faceta, przed którym zawsze ostrzegał mnie ojciec. Rysunki wykonane czarnym tuszem, które pokrywały jego skórę, składały się głównie z czaszek, oparów dymu i pnączy. Nie były to zbyt wesołe motywy, ale Lucien nie wydawał się też szczególnie wesołym człowiekiem.

Nie mówiąc ani słowa, wyciągnął laptopa. Chyba rzeczywiście nie był zainteresowany rozmową. I chociaż właśnie tego chciałam, byłam już trochę rozczarowana jego milczeniem, mimo że nie potrafiłam powiedzieć dlaczego.

Zmusiłam się, żeby ponownie skierować wzrok na ekran, i przeczytałam jeszcze raz ostatni fragment. Już wcześniej niełatwo mi było skoncentrować się na nudnym specjalistycznym tekście, ale z Lucienem przy stole było to jeszcze trudniejsze. Jego obecność wywoływała we mnie ciągłe mrowienie w okolicach karku – a przynajmniej było tak przez pierwsze minuty. Po chwili mój niepokój zelżał, a ja dosłownie zatopiłam się w tekście. Było w tym coś dziwnego, ale Lucien był tak skoncentrowany na swojej pracy, że jego skupienie udzieliło się również mnie. Dałam się porwać jego zaangażowaniu i zanim się obejrzałam, przeczytałam wszystkie artykuły.

Z westchnieniem rozparłam się na krześle i sięgnęłam po filiżankę. Po ponad godzinie intensywnej nauki kawa była już zimna. Wypiłam ostatni łyk i wstałam.

– Przyniosę sobie jeszcze jedną kawę. Chcesz coś?

Lucien podniósł głowę i rzucił okiem na swoją filiżankę, która również była już pusta.

– Wezmę jeszcze jedno cappuccino.

– Zaraz przyniosę. – Chwyciłam portfel i popędziłam do baru. Wcześniej nie piłam tyle tego świństwa, ale drastyczne czasy wymagały drastycznych środków.

Ponieważ nastała już bardziej ludzka pora, w kawiarni było teraz więcej ludzi i musiałam poczekać parę minut, zanim przyszła moja kolej.

Kiedy wróciłam, Lucien znów siedział pochylony nad laptopem. Ale ku mojemu zaskoczeniu nie pracował teraz nad żadnym wypracowaniem ani niczym podobnym, tylko przeglądał zbiór zdjęć, na których widać było kobiety w sukniach ślubnych i eleganckich wieczorowych kreacjach.

Postawiłam obok niego cappuccino i usiadłam z powrotem na swoim miejscu. Dłońmi oplotłam filiżankę, żeby się trochę zagrzać.

– Nad czym pracujesz? To nie wygląda na księgowość. – Podczas naszego spotkania na letnim festynie powiedział, że studiuje ekonomię i zarządzanie.

– W weekend mam znowu ślub i szukam jeszcze jakichś inspiracji co do makijażu, bo panna młoda, cytuję: „chce czegoś niezwykłego, żeby nie wyglądać jak wszystkie inne kobiety”. – Przewrócił oczami.

Upiłam łyk kawy.

– No i masz już jakiś pomysł?

– Tak, to wydaje mi się interesujące. – Kliknął coś na swoim laptopie i odwrócił go w moją stronę. Na ekranie było zdjęcie kobiety z ekstrawaganckim makijażem oczu w kolorze fioletu. – Oczywiście, wszystko będzie bardziej stonowane. Kreska na powiece powinna być krótsza. A tu i tu lepsze byłyby jaśniejsze kolory, które lepiej dałyby się rozetrzeć. I nie zrobiłbym efektu podkrążonych oczu. Nie powinna w końcu wyglądać, jakby narzeczony nabił jej siniaka tuż przed ślubem.

Podobało mi się, jak bez zahamowań mówił o makijażu, jakby nie było w tym nic dziwnego, że facet zastanawia się, jak najlepiej rozetrzeć cienie na powiece.

– To mogłoby rzeczywiście dobrze wyglądać.

Lucien odwrócił znowu laptopa do siebie.

– A ty nad czym pracujesz?

– Nad niczym specjalnym. Próbuję tylko być na bieżąco z materiałem.

– Studiujesz prawo, tak?

Skinęłam głową zdziwiona.

– Tak. Skąd wiesz?

– Cassie mi powiedziała.

– Ach tak? – Pochyliłam głowę. – Cassie dużo o mnie mówi?

– Od czasu do czasu, ale nie tyle co o Aurim.

Musiałam się uśmiechnąć. W ciągu ostatnich tygodni nie spędzałam dużo czasu z Cassie, bo po szyję byłam zawalona robotą, starając się skończyć na czas książkę kucharską, która niedługo miała iść do druku. Mimo to dotarły do mnie informacje o akcji z Aurim. Już się pogodzili, a największe marzenie Micah, żeby zobaczyć ich jako parę, wreszcie się spełniło.

– Są naprawdę słodcy razem.

– Mam tylko nadzieję, że ich związek się nie rozpadnie.

Zmarszczyłam czoło.

– Dlaczego miałby się rozpaść?

– Nie mam pojęcia, nie chciałbym tylko, żeby Cassie cierpiała.

– Martwisz się o nią – stwierdziłam.

Lucien skinął potakująco głową.

– Po prostu dbam o swoich przyjaciół.

– Jak w ogóle się poznaliście? – Pytanie to miałam na końcu języka, od kiedy zobaczyłam ich na letnim festynie. Wydawali się tak różni, jak Cassie i Auri, a mimo to łączyła ich zażyła przyjaźń.

– Cassie mnie obrzygała.

Mrugnęłam. Czy naprawdę to powiedział?

– Co zrobiła?

W jego oczach pojawiła się rozbawiona iskierka.

– To było w pierwszym semestrze, podczas egzaminów śródsemestralnych. Była chora, a jednak na nie przyszła. Właśnie skończyłem jeden egzamin i niczego nie podejrzewając, szedłem korytarzem, kiedy z jednej z sal wybiegła Cassie. Wpadła prosto na mnie, ale zamiast „przepraszam” z jej ust wyskoczył tylko paw.

– O mój Boże. – Zaczęłam śmiać się na cały głos, przerywając w ten sposób panującą w kawiarni ciszę. – To naprawdę obrzydliwe. Co się później stało?

Lucien parsknął rozbawiony.

– Było jej strasznie głupio. Chciała uciec, ale nie odbiegła daleko, bo mocno chwiała się na nogach. Dogoniłem ją i zaprowadziłem do lekarza, gdzie spędziłem z nią pół popołudnia. Od tego czasu jesteśmy przyjaciółmi.

– To było naprawdę miłe z twojej strony. To, że jej pomogłeś.

– Mam młodszą siostrę i próbuję zawsze robić to, co w podobnej sytuacji zrobiłbym dla niej – powiedział Lucien i wzruszył ramionami, jakby sprawa niewarta była roztrząsania. A przecież znam mnóstwo osób, które pewnie na jego miejscu tylko by na nią nakrzyczały i wystawiły rachunek za zniszczoną koszulę. Ale może opinia ta odzwierciedlała tylko moje własne doświadczenia z ludźmi, które nie zawsze były pozytywne.

– Nie wiedziałam, że masz siostrę. – A przynajmniej nie mogłam sobie przypomnieć, żeby Cassie mi o tym opowiadała, ale może byłam w tym momencie po prostu zbyt rozkojarzona.

– Tak. Ma na imię Amicia – odpowiedział Lucien, a jego głos przybrał dziwny ton, którego nie mogłam całkiem rozszyfrować.

Odstawiłam swoją kawę.

– Dobrze się rozumiecie?

Lucien wydał z siebie dźwięk, który zinterpretowałam jako potwierdzenie. Zaraz po tym nagle zmienił temat.

– Kiedy masz pierwszy wykład?

– Yy... – zająknęłam się, zaskoczona pytaniem. Spojrzałam na zegarek. – Za pięćdziesiąt minut. A ty?

– Też. Pouczymy się jeszcze trochę?

Skinęłam głową i ponownie zwróciliśmy się w stronę naszych laptopów.

Liczba nieprzeczytanych wiadomości w mojej skrzynce zwiększyła się w międzyczasie do stu trzydziestu czterech, mimo to otworzyłam zadanie nadesłane przez jednego z profesorów, w którym miałam przyjąć rolę adwokata w fikcyjnej sprawie i zaplanować strategię obrony. Zrobiłam notatki i zaznaczyłam kilka paragrafów, które wydawały się interesujące w tej sprawie, żeby móc je później przejrzeć.

Czas zleciał szybciej, niż przypuszczałam, i zanim się obejrzałam, Lucien i ja pakowaliśmy już swoje rzeczy. Tymczasem kawiarnia coraz bardziej wypełniała się studentami, którzy mieli nadzieję, że uda im się jeszcze zdobyć kawę przed swoimi pierwszymi zajęciami.

– Ile jestem ci właściwie winien za to cappuccino?

– Nic, czuj się zaproszony – odpowiedziałam, lekceważąco machając jedną ręką, podczas gdy drugą wkładałam właśnie laptopa do torby. Wsunęłam go między notatki i plik kopert, które później miałam zanieść na pocztę.

Lucien poruszył prawym kącikiem ust. Był to niemal niewidoczny ruch, który zmienił jednak całą jego twarz.

– Dziękuję.

– Nie ma za co, dzięki tobie przynajmniej załatwiłam parę rzeczy. Znasz to uczucie, kiedy masz tyle do zrobienia, że czujesz, jakbyś stracił głowę, i nie wiesz nawet, gdzie masz zacząć, bo twoje myśli są wszędzie i nigdzie?

Lucien parsknął.

– Witaj w moim życiu.

Podeszliśmy do wyjścia. Chciałam właśnie otworzyć drzwi, kiedy kolejnych dwóch studentów weszło do kawiarni. Lucien, który był wyraźnie wyższy ode mnie, złapał drzwi tuż nad moją głową i przytrzymał je otwarte, tak żebyśmy mogli od razu wyjść na zewnątrz.

Świeciło słońce, które zdążyło już ogrzać powietrze.

Lucien poprawił sobie ramiączko plecaka.

– Dokąd idziesz?

Pokazałam na budynek wydziału prawa.

– A ty?

Wskazał przeciwny kierunek.

– Czyli musimy się tu pożegnać.

– Na to wygląda.

Poczułam rozczarowanie, chociaż nie było ku temu właściwie żadnego powodu.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez ruchu, jakbyśmy chcieli sobie coś powiedzieć, żadne z nas nie wiedziało jednak dokładnie co. Nieporadnie przestępowałam z nogi na nogę, aż w końcu nie mogłam już tego dłużej wytrzymać. Wymamrotałam kilka słów na pożegnanie, po czym szybko się odwróciłam i pobiegłam w kierunku swojego wydziału, nie oglądając się za siebie.

Nie wiedziałam, czy to była tylko moja wyobraźnia, czy było tak rzeczywiście, ale wydawało mi się, że jeszcze przez dłuższą chwilę czułam na plecach wzrok Luciena.

Rozdział 2

– Przepraszam, nie chciałam, żebyś na mnie czekała, ale znowu zadzwonił Joshua! – Tymi słowami przywitałam Micah, kiedy dotarłam do drzewa, przy którym zawsze się umawiałyśmy, żeby pójść razem na lunch.

Mówiła o nim żartobliwie „moje drzewo”, bo zazwyczaj to ona tu stała i czekała na mnie. Przypominałam sobie jeszcze zamierzchłe czasy, kiedy byłam osobą punktualną, ale mimo usilnych starań ostatnio przychodziłam zawsze za późno. A kiedy wyjątkowo myślałam, że będę na czas, zawsze musiał mi to ktoś zepsuć, tak jak w tym przypadku mój agent, który zadzwonił do mnie, chociaż mówiłam mu już chyba milion razy, że w tygodniu przed szesnastą nie mam czasu, by z nim rozmawiać.

– W porządku – powiedziała Micah i wcisnęła swój tablet do grafiki do wypchanego po brzegi plecaka. Kiedy jeszcze razem studiowałyśmy prawo, jej torba była zawsze prawie pusta, z wyjątkiem bloku rysunkowego i kilku ołówków, które zawsze miała przy sobie, żeby zabić czas podczas wykładów, ale od kiedy zaczęła studiować sztukę, nosiła ze sobą całe stosy książek i kserówek. Cieszyłam się, że wreszcie mogła robić coś, co ją pasjonowało.

Poczułam ulgę, że Micah najwyraźniej nie była na mnie zła za spóźnienie, i wyciągnęłam do niej rękę, by pomóc jej wstać. Na początku studiów spotykałyśmy się niemal codziennie na wspólny obiad, teraz zostały nam już tylko czwartki – i to też nie wszystkie.

– Nad czym pracowałaś? – spytałam Micah, która właśnie strzepywała sobie źdźbła trawy ze spodni. Do jasnych dżinsów z dziurami włożyła dzisiaj bluzę z logo Stranger Things, taką samą, jaką ja miałam na sobie dwa dni temu.

– Steven dał mi kilka wskazówek odnośnie do mojego rysunku Randalla. Właśnie próbowałam je wcielić w życie.

– To były zajęcia z aktu, zgadza się?

– Ehe, dokładnie tak!

Musiałam się przyzwyczaić, że Micah mogła zwracać się do swoich wykładowców po imieniu – na moim wydziale byłoby to nie do pomyślenia. Tak samo nie do pomyślenia jak dla mnie malowanie nagich ludzi. Wprawdzie nie byłam pruderyjna i wiedziałam, że chodziło tu o sztukę, ale nie potrafiłabym stać przed nagim facetem i rysować jego przyrodzenia.

Micah i ja opuściłyśmy kampus i skierowałyśmy się do Wild Olive, restauracji oddalonej od MFC zaledwie o dwie ulice, którą odkryłyśmy w pierwszym semestrze. Wybór wegetariańskich i wegańskich dań w stołówce pozostawiał wiele do życzenia, poza tym nie byłam pewna, czy jedzenie to było naprawdę halal. Wprawdzie przy niektórych potrawach było tak napisane, ale mocno nieapetyczne łyżki wazowe nie wzbudzały specjalnego zaufania.

– Dlaczego Joshua do ciebie dzwonił? – spytała Micah i wsunęła sobie za ucho pasmo czarnych włosów, które wiatr ciągle nawiewał jej na twarz. Panowała przyjemna aura typowa dla końcówki lata. Było dostatecznie ciepło, by nie musieć nosić kurtki, ale nie na tyle gorąco, by po zaledwie trzech krokach spływać potem. To była zdecydowanie najlepsza pora roku.

– Odezwał się do niego magazyn „Goddess”. Chcieliby przedstawić mnie i moją książkę w jednym z nadchodzących numerów.

Micah wybałuszyła oczy.

– Na serio?

Skinęłam głową. Skoro Micah zareagowała w ten sposób i znała to czasopismo, widać było, że to grubsza sprawa. „Goddess” miało nakład powyżej trzech milionów. Trzech. Milionów! I chcieli opublikować czterostronicowy artykuł o mnie. Nie skakałam jeszcze z radości chyba wyłącznie dlatego, że nie do końca dotarło do mnie, co się właściwie dzieje. Miałam wrażenie, że dopiero wczoraj zamieściłam na blogu swój pierwszy przepis. A teraz, już za kilka tygodni, miała ukazać się moja pierwsza książka kucharska, „Goddess” zaś, o którym wcześniej mogłam tylko pomarzyć, składało mi ofertę. Moje sny się ziściły i wszystko wokół mnie wydawało się nierealne i prawie za piękne, żeby było prawdziwe. Bałam się momentu, kiedy się obudzę i stwierdzę, że to był tylko sen, dlatego nie pozwalałam sobie na zbytnią euforię i rozbuchane nadzieje.

Z kolei Micah nie kryła zachwytu. Klaskała w dłonie i szeroko się do mnie uśmiechała, chociaż ostatnimi czasy często zaniedbywałam ją z powodu mojej książki i pracy.

– To naprawdę bomba! Wykupię wszystkie egzemplarze!

– Możemy znowu pójść razem, tak jak wtedy, gdy ukazał się artykuł w „Cooking Delicious Magazine” – zaproponowałam i otworzyłam przed nią drzwi prowadzące do Wild Olive.

Weszłyśmy do restauracji, która z biegiem czasu stała się niemal moim drugim domem, i usiadłyśmy przy naszym ulubionym stoliku. Rozpościerał się z niego widok na łąkę i plac zabaw. Właśnie szalała tam grupa przedszkolaków.

Kimberly, córka właściciela restauracji, podeszła do naszego stolika i podała nam menu.

– To samo, co zwykle? – spytała z uśmiechem. – Herbata i cola?

– Dzisiaj poproszę kawę, Kim – powiedziałam.

Skinęła głową i szybko się oddaliła, jakby miała bardzo dużo do roboty, chociaż w południe w tej małej restauracyjce było zazwyczaj dość spokojnie.

Powiesiłam torbę na oparciu krzesła, po czym sięgnęłam po kartę. Nie musiałam długo się zastanawiać. Przyzwyczaiłam się, żeby zamawiać z karty dania kolejno od góry do dołu, oszczędzając sobie w ten sposób każdorazowo trudów decyzji.

Wkrótce Kim wróciła do stolika z napojami i przyjęła od nas resztę zamówienia.

Miałam nadzieję, że kucharz nie każe nam zbyt długo czekać, bo przed następnym wykładem musiałam jeszcze zajść do biblioteki, by odebrać książkę, której potrzebowałam do pracy grupowej. Mieliśmy skończyć projekt za dwa tygodnie, a ja nie miałam pojęcia, kiedy znajdę czas, żeby spotkać się z innymi studentami. Nie chciałam jednak teraz o tym myśleć.

– A jak poza tym minął ci tydzień? Wydarzyło się jeszcze coś interesującego? – spytała Micah po tym, jak wydobyła widelcem ze szklanki kostkę lodu i włożyła sobie do ust, żeby ją ssać jak cukierka.

– Poza zapytaniem od „Goddess” raczej nie. Dużo pracowałam, ale prawie niczego nie udało mi się zrobić. Regały w moim mieszkaniu nadal nie są poskładane. Czyli wszystko po staremu. – Nie powiedziałam Micah o odmowie od Irresistible Future, bo nawet nie wiedziała, że się tam zgłosiłam. Poza rodziną nie powiedziałam o tym nikomu, żeby nie rozdmuchiwać sprawy i nie musieć odpowiadać ciągle na czyjeś pytania. Była to chyba słuszna decyzja, bo dzięki niej mogłam teraz uniknąć przekazywania dziesiątkom ludzi złej wiadomości. – A co u ciebie?

– To samo co u ciebie, poza regałami oczywiście, ale chcę spytać o coś innego… – Micah oparła brodę na dłoniach. Kiedy rozkruszyła zębami kostkę lodu, rozległ się trzask, a mnie od razu zaczęły boleć zęby. – Cassie zdradziła mi, że spotkałaś się z Lucienem. Dlaczego nic o tym nie wiem?

Słowa Micah brzmiały oskarżycielsko, ale głos miała podniesiony z podniecenia, jakby jednocześnie cieszyła się i czuła zdradzona, co było jak najbardziej w jej stylu. Micah uwielbiała tematy miłosne, zwłaszcza odkąd była z Julianem, co w połączeniu z jej bezgraniczną ciekawością sprawiało, że interesowała się związkami swoich przyjaciół i znajomych zawsze odrobinę za bardzo. Już po letnim festynie dopytywała się mnie o Luciena. Nic jej wtedy nie powiedziałam, bo właściwie nie miałam co opowiadać. Owszem, wydawał mi się atrakcyjny, ale atrakcyjny był dla mnie również Liam Hemsworth.

– Nic ci o tym nie opowiedziałam, bo nie miałam jeszcze okazji.

– Spytałam, czy coś nowego się wydarzyło, a ty powiedziałaś, że wszystko po staremu.

Przewróciłam oczami.

– Bo to prawda. Lucien i ja nie spotkaliśmy się specjalnie. Pamiętasz tamten poranek, kiedy wysłałam do ciebie wiadomość głosową? Poszłam sama do kawiarni, a Lucien też się tam znalazł. Usiedliśmy przy tym samym stoliku, żeby się razem pouczyć.

Micah wydęła usta.

– To wszystko?

– To wszystko – potwierdziłam i zamieszałam kawę. Była to już moja trzecia kawa tego dnia, bo zeszłej nocy znowu spałam zaledwie cztery godziny i o piątej rano zwlokłam się z łóżka, żeby podłubać trochę przy projekcie dla Essence Food. Pracowałam z tą organizacją już od kilku miesięcy. Miała siedzibę w Mayfield i postawiła sobie za cel zaopatrywać potrzebujących w środki spożywcze. Założycielka organizacji, Ebru Karayel, zwróciła się do mnie z pytaniem, czy nie chciałabym pomóc przy promocji projektu i zbiórce funduszy. Nie mogłam odmówić.

– I nic więcej się nie wydarzyło?

– Nie.

Na twarzy Micah odmalowało się rozczarowanie, a ja przypomniałam sobie uczucie pustki, które ogarnęło mnie, kiedy przed kawiarnią drogi Luciena i moja się rozeszły.

– Cieszę się, że nic więcej się nie wydarzyło – powiedziałam zdecydowanym tonem, żeby przekonać nie tylko Micah, ale też trochę siebie. – Nie mam czasu na takie rzeczy.

– Na jakie rzeczy? Na przyjaciół i dobrą zabawę? – Uniosła brwi, aż prawie zniknęły pod jej krótką grzywką, która była trochę krzywa, bo przycięła ją sobie sama kuchennymi nożyczkami.

Przewróciłam oczami.

– Wiesz, o co mi chodzi.

– Tak, ale nie możesz tylko pracować.

– Robię też inne rzeczy – zaprotestowałam, chociaż jeśli miałam być szczera, nie potrafiłam sobie przypomnieć, co to były za rzeczy. Pomyślałam o letnim festynie w Bright Canopy, ale to było ponad miesiąc temu. Jedyne przerwy od pracy, na jakie sobie pozwalałam, spędzałam z rodziną, ale i to zdarzało się coraz rzadziej. – Przecież jem właśnie z tobą obiad.

Micah prychnęła.

– To się nie liczy, każdy musi jeść. Powinnaś znowu zrobić coś tylko dla siebie.

– I co proponujesz?

– Umów się z Lucienem.

– Nie – wypaliłam trochę przedwcześnie, co spowodowało, że Micah zmarszczyła czoło.

Prawda była taka, że bardzo chętnie spotkałabym się z Lucienem, nawet jeśli mielibyśmy jedynie dłużej porozmawiać o robieniu makijażu – chociaż miałam przeczucie, że w rozmowie ma dużo więcej do zaoferowania. Ale już teraz prawie nie miałam czasu dla rodziny i przyjaciół, więc jak miałabym znaleźć miejsce dla nowego człowieka w swoim życiu? Byłoby to praktycznie niemożliwe. Lepiej było oszczędzić Lucienowi oraz sobie niepotrzebnego zamieszania i poprzestać na przelotnej znajomości.

Micah popatrzyła na mnie z rezygnacją.

– Okej, więc chodź przynajmniej dzisiaj wieczorem ze mną i Julianem do kina.

– Nie chcę wam przeszkadzać na randce, poza tym mam już plany na wieczór.

– A co takiego planujesz?

– Coś – odpowiedziałam wymijająco, bo wiedziałam, że Micah nie spodoba się moja odpowiedź.

– Aliza… – upomniała mnie i udało jej się utrafić dokładnie w ten sam ton, wyrażający rozczarowanie i złość, jakiego używała wcześniej moja mama, kiedy nie chciałam posprzątać swojego pokoju.

Westchnęłam.

– Mam naprawdę dużo nauki. Do następnego tygodnia powinnam skończyć referat i muszę jeszcze opracować zagadnienia do pracy w grupie. Reszta mnie zabije, jeśli nie oddam na czas swojej części. Opuściłam już pierwsze spotkanie. Poza tym muszę wcześniej przygotować materiały na bloga, jeśli w ogóle ma mi się udać wygospodarować czas, by się spotkać z grupą. Mój terminarz już teraz pęka w szwach.

Micah potarła sobie czoło, jakby przeze mnie rozbolała ją głowa.

– Właśnie o tym mówię. Zapracowujesz się. Czasami ty też potrzebujesz przerwy.

– Wkrótce sobie jakąś zorganizuję – obiecałam. – Akurat teraz mam dużo do zrobienia, ale będzie lepiej.

– Mówisz tak od tygodni.

– Po publikacji książki – obstawałam przy swoim. Musiałam w to wierzyć, bo wiedziałam, że dłużej nie wytrzymam takiego tempa. Każda część mojego ciała to czuła. Z dnia na dzień coraz trudniej mi się wstawało. Ale moja determinacja wciąż jeszcze okazywała się silniejsza niż zmęczenie.

– Ale przyjdziesz na przyjęcie urodzinowe Cassie? – spytała Micah.

Nie podobał mi się ton jej głosu – jakby mi nie ufała.

– Jasne, mam to zapisane w kalendarzu.

– Dobrze. I rozmawiałaś już ze swoją ciocią?

– Tak. Auri może przyjść obejrzeć kociaki w każdej chwili. Są naprawdę przesłodkie. – Wyciągnęłam komórkę i otworzyłam rodzinny czat, który musiałam wyciszyć, bo siedemnastu członków grupy pisało do siebie na dobrą sprawę bez przerwy. Na porządku dziennym wymieniano się tu zdjęciami zwierzaków, dzieci oraz potraw, więc musiało chwilę potrwać, nim znalazłam aktualne zdjęcia kotków, które dostałam od cioci zaledwie cztery dni temu. Pokazałam je Micah, która wydała z siebie takie same okrzyki zachwytu jak ja, kiedy zobaczyłam zdjęcia po raz pierwszy.

– O Boże, są cudowne! – piszczała, gładząc wyświetlacz, jakby rzeczywiście dotykała kociąt. – Cassie wyjdzie z siebie, jeśli podarujemy jej jedno z nich. Już teraz się cieszę na myśl o tym, jaką minę zrobi.

Przytaknęłam skinięciem głowy. Długo się zastanawialiśmy, co podarować Cassie na dwudzieste pierwsze urodziny. Rozpatrywaliśmy wszystkie propozycje: od biletów na przyszłoroczny SciFaCon po nowego laptopa, ale w końcu zdecydowaliśmy się na kotka. Cassie i Auriemu brakowało obecności Laurence’a – kota Juliana, a już niedługo zaczynał się sezon piłkarski, więc Auri będzie jeszcze rzadziej w domu i częściej w rozjazdach. Z kotkiem przy boku Cassie nie byłaby taka samotna. Czego nawet trochę jej zazdrościłam, ale w mojej obecnej sytuacji nieodpowiedzialnie byłoby fundować sobie jeszcze zwierzę domowe.

Do stolika wróciła Kimberly z naszym zamówieniem.

Wyciągnęłam znów telefon i ustawiłam talerz w świetle słonecznym, żeby zrobić zdjęcie. Podczas gdy Micah pałaszowała już swoje jedzenie, nałożyłam na zdjęcie filtr z Instagrama i napisałam krótkie przywitanie do moich blisko trzystu pięćdziesięciu tysięcy followersów.

Zanim zdążyłam odłożyć komórkę, pojawiły się już pierwsze reakcje na zdjęcie. Zauważyłam też, że w międzyczasie dostałam od swojego agenta trzy nowe wiadomości. Zmusiłam się, żeby je zignorować, i ponownie obróciłam się do Micah, ale myślami ciągle wracałam do maili, rozmów telefonicznych, listy spraw do załatwienia i całej reszty rzeczy, jakie jeszcze na mnie czekały. Nie mogłam nic na to poradzić. Próbowałam uporządkować myśli, tak jak uczyłam się podczas medytacji, ale jak zwykle zakończyło się to porażką.

Nie trwało długo, jak Micah zorientowała się, że jestem rozkojarzona. Nic nie powiedziała, ale widziałam w jej oczach, że nie była ze mnie zadowolona – ja zresztą podobnie.

Rozdział 3

Niecierpliwie stukałam paznokciami o blat w kuchni, wpatrując się w czerwone światełko tostera i czekając, aż zmieni kolor. Byłam tak pochłonięta pracą, że znowu zapomniałam zjeść śniadanie, czekając do ostatniej sekundy, żeby zrobić sobie coś do zjedzenia. Teraz prawie konałam z głodu, co odebrało mi ostatecznie wszelką cierpliwość.

Z mojego brzucha dobiegło głośne burczenie, dokładnie w momencie, kiedy czerwona lampka wreszcie zapaliła się na zielono. Położyłam gorącą kanapkę na ten sam talerz, którego używałam wczoraj wieczorem, i poszłam z powrotem do salonu. Tam opadłam na sofę i odgryzłam kawałek tosta. To były moje ostatnie dwie kromki chleba, ale miałam jeszcze dzisiaj w planie zakupy. Ludzie zazwyczaj mi nie wierzyli, kiedy mówiłam, że głównie żywię się tostami. Uwielbiałam wypróbowywać nowe przepisy i gotować, przede wszystkim dla innych, jednak na to potrzebowałam czasu. Czasu, którego na co dzień nie miałam, jeśli tego wcześniej nie zaplanowałam. I czasu, który niechętnie poświęcałam sobie samej.

Nabrałam gwałtownie powietrza, bo wegański ser rozpuszczony na toście okazał się bardzo gorący, i sięgnęłam po telefon. Od wielu godzin odpisywałam na wiadomości z Instagrama, które już od tygodnia czekały na odpowiedź. Próbowałam też zapoznać się z TikTokiem, do czego namawiał mnie mój menadżer.

Nowa wiadomość, która właśnie pojawiła się w górnej części ekranu, wyczarowała uśmiech na moich ustach.

Nazia: Co robisz?

Aliza: Lenię się na kanapie.

Nazia: … jakby to była prawda.

Aliza: Naprawdę!

Włączyłam aparat i zrobiłam selfie, jakiego prawdopodobnie nikomu oprócz siostry bym nie wysłała: byłam na nim nieumalowana, z potarganymi włosami i okruszkami tostów w kącikach ust. Ponadto widać było, że nadal jestem w piżamie. Chciałam się przebrać po tym, jak „szybko sprawdzę pocztę”, ale… to było jakieś pięć godzin temu.

Nazia: Dam głowę, że masz obok laptopa.

Miała rację, dlatego zignorowałam jej uwagę i zamiast tego spytałam, co robiła w tę sobotę. W odpowiedzi również otrzymałam zdjęcie. Nazia siedziała na łóżku z nawilżającą maseczką na twarzy. Najwidoczniej miała dzisiaj wolne. Nazia pracowała w miejskim muzeum historii naturalnej, gdzie była odpowiedzialna za oprowadzanie wycieczek.

Nazia: Kiedy znowu wpadniesz?

Aliza: Nie wiem.

Nazia: W następnym tygodniu?

Aliza: Może.

Nazia: Tylko może?

Nazia: Tęsknimy za tobą.

Aliza: Świetnie! Teraz mam wyrzuty sumienia!

Nazia: Dasz radę?

Aliza: Taak…

Nazia: Super!

Aliza: Jesteś podła.

Nazia: Wiem.

Nazia: No więc?

Aliza: Okej…

Nazia: Yeah!

Aliza: Ale teraz wracam do pracy.

Nazia: Pracy? Myślałam, że lenisz się na kanapie?

Aliza: Zamknij się.

Nazia: Kocham cię.

Aliza: Ja ciebie też.

Zablokowałam telefon i odłożyłam go w drugim końcu pokoju, żeby przez chwilę skoncentrować się na sprawach związanych ze studiami. Chociaż miałam wrażenie, że w tym tygodniu całkiem nieźle sobie radziłam, było kilka rzeczy, które musiałam nadrobić. Zaczęłam od sortowania notatek z ostatnich dni, przepisałam je na czysto i zapisałam w oddzielnych folderach, żeby później było mi łatwiej z nich korzystać.

Musiałam przyznać, że studia prawnicze jawiły mi się jako łatwiejsze. Nie przewidziałam zakresu i poziomu skomplikowania materiału, za to przeceniłam swoje możliwości czasowe. Coraz częściej zadawałam sobie pytanie, jak miałam sobie z tym wszystkim poradzić, i ciągle wracała do mnie myśl, żeby cały ten kram rzucić. Ale na razie jeszcze nie chciałam się poddać, bo potrzebowałam dyplomu, żeby mieć szansę na pracę w organizacjach takich jak Irresistible Future. A prawo umożliwiłoby mi zwalczanie nie tylko przejawów niesprawiedliwości społecznych, ale również ich przyczyn. Nie chciałam jedynie pomagać takim ludziom jak moja babcia w znalezieniu pracy. Pragnęłam również pociągnąć do odpowiedzialności osoby, które raz po raz bez powodu jej tej pracy odmawiały.

Przekartkowałam teczkę, aż doszłam do materiałów z wykładu profesor Lawson i do notatek, które zrobiłam sobie na początku tygodnia w kawiarni. Chcąc nie chcąc, pomyślałam przy tym o Lucienie. Od tego czasu już go nie widziałam, ale każdego dnia o nim myślałam. Nie miałam pojęcia, jak to się stało, ale jakoś udało mu się zakraść do mojej głowy. Co robił w tej chwili? Czy był już na weselu i robił makijaż pannie młodej? A może to było dopiero jutro? Zdradził mi jedynie, że chodzi o ten weekend, ale nie podał konkretnego dnia.

Dzwonek przy drzwiach wyrwał mnie z rozmyślań o Lucienie. I dobrze. Nie miałam czasu na tego rodzaju rozważania, chociaż miło było po długiej przerwie znów się kimś romantycznie zainteresować. Ostatni raz zakochałam się w liceum i chociaż sprawa z Irfanem nie trwała zbyt długo, te trzy miesiące, które spędziliśmy razem, należały do moich najpiękniejszych wspomnień.

Odstawiłam laptopa na bok i wstałam z kanapy, żeby otworzyć listonoszowi. Wiedziałam, że to on, bo każdego dnia przychodził o tej samej porze – i prawie codziennie znajdowałam w skrzynce informację, skąd mogę odebrać swoją paczkę, bo rzadko bywałam wtedy w domu. Przysyłano do mnie sporo różnych produktów – zazwyczaj były to prezenty od firm, które miały nadzieję, że zrobię im zdjęcie i umieszczę na swoim Instagramie. Od czasu do czasu trafiały się naprawdę fajne rzeczy, ale często chodziło niestety o chłam, który do niczego się nie nadawał. Nie mówiąc już o przedmiotach, co do których nie miałam pojęcia, jak w ogóle się u mnie znalazły, na przykład zestaw do malowania akwarelami, który teraz należał już do Micah.

– Dzień dobry! – przywitałam Hanka stojącego przed drzwiami.

– Dzień dobry – odpowiedział i wręczył mi wąską paczkę, którą wsadziłam sobie pod pachę, żeby podpisać się na elektronicznym czytniku.

Życzyłam mu miłego weekendu, po czym zamknęłam drzwi i spojrzałam na etykietę na paczce. Od razu przyspieszył mi puls. Nadawcą było moje wydawnictwo, a waga i wielkość się zgadzały…

Zaczęłam szybko rozrywać opakowanie i po chwili udało mi się dostrzec zawartość. Miałam rację! O mój Boże! Tętno mi szalało, a ręce zaczęły drżeć, kiedy wyjmowałam z kartonu pierwszy egzemplarz mojej książki. Gdy zobaczyłam okładkę ze swoim nazwiskiem, do oczu napłynęły mi łzy. Była taka piękna. Matowa z błyszczącym tytułem, po którym bezwiednie przejechałam palcem.

Wzięłam głęboki wdech i wypuściłam wolno powietrze, żeby uniknąć hiperwentylacji, po czym po raz pierwszy otworzyłam swoją książkę. Była po prostu perfekcyjna i dokładnie taka, jak sobie wyobrażałam. Po lewej stronie widać było zdjęcie gotowej potrawy, po prawej znajdował się przepis, opisujący krok po kroku, jak potrawę tę przygotować. Zawartość książki była podzielona na rozdziały: przystawki, dania główne, desery i drobne przekąski, a pomiędzy przepisami znajdowały się związane z nimi anegdoty z mojego życia. W ten sposób czytelnicy mogli nie tylko lepiej mnie poznać, ale również mogłam im pokazać, że najlepsze przepisy to te wzbogacone uczuciami i wspomnieniami. Gdybym miała do wyboru jakąś potrawę mojej babci i taką ugotowaną w pięciogwiazdkowej restauracji, wybrałabym zawsze tę pierwszą. Swoją książkę również napisałam w myśl tej zasady.

Moją książkę.

Nie mogłam w to uwierzyć.

Moją. Książkę!

Przycisnęłam ją do piersi. Była gotowa i wkrótce trzymać ją będą w rękach inni ludzie, postawią ją na regale albo otworzą w kuchni, żeby gotować według moich przepisów i w ten sposób tworzyć nowe wspomnienia. Ta wizja była tak przejmująca, że trochę zakręciło mi się w głowie, ale nawet nie pomyślałam, żeby usiąść. Zamiast tego założyłam buty, chwyciłam torebkę i wyszłam, żeby pokazać rodzinie najpiękniejszą książkę na świecie.

Drzwi do domu rodziców otworzyły się z cichym kliknięciem. Upierali się, żebym zatrzymała klucze. I chociaż przez dziewiętnaście lat życia wchodziłam tu i wychodziłam, kiedy mi się podobało, czułam się dziwnie, chwytając za klamkę bez pukania, skoro nie byłam już jednym z domowników. Równie dziwne byłoby jednak, gdybym zapukała, więc otworzyłam drzwi i weszłam do środka, jak robiłam to całe życie.

Nagle w domu zaległa cisza.

– Aliza, czy to ty? – zawołała w następnej sekundzie moja mama, tak głośno, że prawdopodobnie słyszeli to również sąsiedzi.

Chociaż oboje rodzice urodzili się w Stanach i angielski był ich językiem ojczystym, w naszej rodzinie panował zwyczaj, że w domu rozmawialiśmy w urdu. Tylko babcia, którą wszyscy nazywaliśmy Ammi, chociaż dokładnie rzecz biorąc, słowo to oznaczało „matkę”, uparcie obstawała przy tym, żeby mówić do nas po pendżabsku. Dlatego często prowadziliśmy rozmowy równolegle w trzech językach, czego nikt nie potrafił zrozumieć – poza nami.

– Tak! – krzyknęłam w odpowiedzi i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

– Jesteśmy w kuchni!

Uśmiechnęłam się. Gdzie indziej mogliby być?

Zdjęłam buty i postawiłam je obok tuzina innych przy wejściu. Była to pierwsza moja wizyta u rodziców od ponad tygodnia. Dla innych studentów może to było nic, ale dla mnie tych dziewięć dni to wieczność. Do czasu mojej wyprowadzki widywałam rodziców, Nazię i Ammi każdego dnia. I chociaż uwielbiałam moje nowe lokum i wolność, jaką zyskałam, byłam pewna, że zajmie mi jeszcze trochę czasu, zanim przyzwyczaję się do mieszkania w pojedynkę. Jednak nie mogłam wspomnieć o tym członkom mojej rodziny, bo od razu prosiliby mnie, żebym przeprowadziła się z powrotem.

Przeszłam korytarzem w kierunku kuchni, mijając zawieszone na ścianach stare zdjęcia i obrazy z religijnymi motywami, które przywiozła ze swojej ojczyzny babcia. W powietrzu unosił się zapach świeżo ugotowanego jedzenia. W mojej rodzinie jedzenie i jego przygotowywanie odgrywało ważną rolę, dlatego nie zdziwiło mnie, że wszyscy siedzieli przy okrągłym stole, podczas gdy na kuchence stał olbrzymi garnek, w którym coś gotowało się na wolnym ogniu.

Ammi przeglądała jakieś czasopismo, a tata pochylał się nad potłuczonym wazonem, starając się skleić go w całość szybkoschnącym klejem. Co do mamy i Nazii, chyba przerwałam im właśnie rozmowę. Były do siebie podobne jak dwie krople wody. Od spiczastej brody, przez pełne usta, aż do małego znamienia na prawej skroni. Podobieństwo między nimi było niemal przerażające.

– Salām Alejkum – przywitałam wszystkich.

– Wa aleikum as-Sālam – w odpowiedzi zgodnie pozdrowiła mnie cała moja rodzina.

– Co tu robisz? – spytała mama. W jej głosie słychać było jednocześnie radość i sceptycyzm, jakby bała się, że za chwilę usłyszy złą wiadomość. – Nie sądziliśmy, że dziś nas odwiedzisz.

Nazia mlasnęła językiem, zadowolona z siebie.

– Przemówiłam jej do rozsądku.

– To nie z tego powodu. Muszę wam coś pokazać.

– Co takiego? – spytał zaciekawiony tata.

Serce biło mi jak szalone i to nie tylko dlatego, że odcinek dzielący mnie od rodziców niemal przebiegłam, by jak najszybciej pokazać im moją książkę. Książkę, która zamieniła ostatnie tygodnie i miesiące mojego życia w piekło, powodując stres i bezsenność. Wielokrotnie zastanawiałam się, czy była tego warta, ale dzisiaj znałam odpowiedź: Tak. Tak. I jeszcze raz tak! Wszystko, co ma jakieś znaczenie, wymaga ofiar.

Sięgnęłam do torby i wyciągnęłam książkę.

– Proszę bardzo!

Teatralnym gestem uniosłam ją jak Rafiki małego Simbę, ukazując go zwierzętom Afryki.

Członkowie rodziny wybałuszyli oczy.

Mama chwytała ustami powietrze.

– Czy to twoja książka?

Skinęłam głową z szerokim uśmiechem na twarzy.

– Myślałem, że wyjdzie dopiero w październiku – powiedział tata, marszcząc czoło. W ciągu ostatnich pięciu lat na jego twarzy pogłębiły się zmarszczki, a jego włosy, kiedyś kruczoczarne, teraz poprzeplatane były siwymi pasmami, tak samo jak brwi.

– Tak, ale już ją wydrukowali. To mój egzemplarz autorski. – Pogłaskałam czule okładkę z błyszczącymi literami:A Story Served. Tak jak i przedtem wydawało mi się nierealne, że mogę wreszcie trzymać tom w rękach, jakby w rzeczywistości chodziło tylko o wyjątkowo wyrazisty sen.

– Pokaż. – Nazia wyjęła mi z rąk książkę.

– Ostrożnie – poprosiłam ją.

Zrobiła ruch ręką, który prawdopodobnie miał znaczyć tyle, co „tak, tak, będę uważać”.

Upomniałam ją wzrokiem. Gdyby zostawiła na okładce chociaż najmniejszą plamkę, musiałabym ją zabić.

Wstrzymałam oddech i patrzyłam, jak kartkuje, podczas gdy mama i tata z ciekawością zaglądają jej przez ramię. Tylko Ammi się nie poruszyła, uporczywie wpatrując się w swoje czasopismo.

Zabolała mnie jej reakcja. Od kiedy zakomunikowałam, że się wyprowadzam, traktowała mnie z chłodnym dystansem. Rodzice również nie byli zachwyceni pomysłem, że mam mieszkać sama, ale szybko się z tym pogodzili. Przywiązywali dużą wagę do tego, żebyśmy razem z Nazią miały więcej swobody niż oni jako dzieci, a nawet jako młodzi dorośli – mimo że nie podobało się to Ammi. Dla niej rodzina była najważniejsza i nie rozumiała, dlaczego się wyprowadziłam, żeby mieszkać w tym samym mieście, skoro równie dobrze mogłam zostać w domu. Już wielokrotnie próbowałam jej wytłumaczyć, że potrzebowałam dużej kuchni i więcej miejsca do pracy. Ale Ammi była upartą starszą panią z przekonaniami, których tak łatwo się nie zmienia, i za to ją podziwiałam. I chociaż przeszkadzał mi ten dystans między nami, wiedziałam, że jej postawa wynikała przede wszystkim z miłości i troski o mnie. Mimo to, a może właśnie dlatego, jej brak zainteresowania był bolesny, bo bez niej książka nigdy by nie powstała.

– Och, Ammi, popatrz! – zawołała w tym samym momencie Nazia i podniosła stronę z dedykacją.

Było tam napisane łacińskimi literami „Dla mojej Ammi. Dziękuję za wszystko”. Poniżej złotymi literami na ciemnym tle napisane było jeszcze raz to samo, tym razem jednak w urdu. To była jedna z moich najulubieńszych stron w książce, chociaż kosztowało mnie trochę wysiłku, żeby przekonać do niej wydawnictwo i zaprojektować ją dokładnie w ten sposób.

Ammi podniosła głowę i przez krótką chwilę wydawało mi się, że dostrzegłam w jej ciepłych brązowych oczach coś na kształt dumy. Jej wzrok przeniósł się z książki na mnie. Kiedy na mnie spojrzała, poczułam się nagle już nie jak prawie dwudziestojednoletnia kobieta, ale jak małe dziecko, które pragnęło pochwały. Przyglądała mi się w milczeniu, po czym skinęła lekko głową i na nowo zajęła się czytaniem swojego czasopisma.

Lekkie skinięcie głową. To nie było dużo, ale to było coś i próbowałam się tego trzymać, nieważne jak krótko i przelotnie wyraziła nim swoją aprobatę. Bo to, co napisałam w dedykacji, było prawdą – zawdzięczałam Ammi wszystko. Bez niej prawdopodobnie nigdy nie zajęłabym się gotowaniem.

Mając trochę sztywne poglądy, Ammi wzbraniała się wcześniej przed gotowaniem specjalnie dla mnie wegańskich potraw. Oznajmiła mi więc, że jeśli nie chciałam jeść tego, co ugotowała, powinnam sama się tym zająć – i właśnie to zrobiłam. Wtedy byłam na nią wściekła, że nie wspierała mnie w mojej decyzji zrezygnowania z produktów pochodzenia zwierzęcego, dzisiaj byłam z tego zadowolona. I chociaż nie rozumiała „tego całego blogowania”, jak to nazywała, była teraz wielką entuzjastką moich umiejętności kulinarnych i respektowała mój wybór, żeby nie jeść mięsa. Tak samo jak decyzję mamy, Nazii i moją, żeby nie nosić hidżabu, chociaż sama nigdy nie wyszłaby z domu bez nakrycia głowy.

Mimo powściągliwej reakcji Ammi reszta rodziny nie bała się otwarcie okazać swojego zachwytu moją książką. W podnieceniu przerzucali strony, chwalili zdjęcia potraw i te, na których było widać tylko mnie. Na koniec moje policzki wprost płonęły z radości, bo nie mogłam przestać się śmiać.

Po tym, jak mama w spokoju przejrzała całą książkę, podeszła do mnie, żeby mnie objąć. Zatopiłam się w tym znajomym uczuciu bliskości i zanurzyłam nos w jej ciemnych włosach, które jak zawsze wspaniale pachniały czymś kwiatowym. Rozpoznałabym ten zapach wśród setki innych.

– Jestem z ciebie dumna.

– Dziękuję. – Przycisnęłam ją mocno do siebie, pławiąc się w jej przychylności, do momentu, kiedy byłam gotowa na nowo ją puścić.

Po tym, jak przytuliła mnie mama, Nazia i tata zrobili to samo. Nazia była przynajmniej tak samo podniecona jak ja i opowiadała mi o ludziach, którym chciała podarować i polecić moją książkę. Tata okazywał trochę mniej euforii od mamy i siostry, ale ta powściągliwość była dla niego typowa i wiedziałam, że nie należało się nią przejmować. Nie był po prostu człowiekiem wielu słów. Ale po sposobie, w jaki na mnie patrzył, wiedziałam, co naprawdę czuje. Byłam pewna, że jak tylko dostanie swój egzemplarz, będzie go wszędzie pokazywał i nie przepuści okazji, żeby podetknąć go pod nos swoim przyjaciołom oraz kolegom z pracy.

– A ty? Co jeszcze zaplanowałaś na dzisiaj? – spytałam Nazię po tym, jak umieściłam książkę bezpiecznie w czeluściach swojej torby.

Siostra uśmiechnęła się szeroko, więc od razu się zorientowałam, że jej plany muszą mieć coś wspólnego z Hakimem, od lat jej chłopakiem.

– Hakim i ja wybieramy się dzisiaj na wystawę jego kolegi.

Usiadłam koło taty, żeby pomóc mu w sklejaniu wazonu rozbitego na tysiąc małych kawałeczków.

– Co to za wystawa?

– Zatytułowana jest Słowa w obrazach. To zbiór jego wierszy, przedstawiony techniką czarnej kreski. To znaczy, że napisał tekst w taki sposób, by powstał z nich rysunek.

Skinęłam głową.

– Brzmi interesująco.

– Jest naprawdę dobry. Wyślę ci później link.

– Dzięki, może tam zajrzę.

Mama wstała ze swojego miejsca, żeby zamieszać w garnku. Jak się okazało, wybrałam sobie jeden z najlepszych dni na spontaniczną wizytę, bo dzisiaj na obiad był saag ze świeżo upieczonym chlebkiem naan. Już na sam widok ciekła mi ślinka. Uwielbiałam saag, szczególnie jeśli gotowała go mama albo Ammi. To było zdecydowanie dużo lepsze niż tosty.

– Jak tam szkoła? – spytał tata.

Chwilę trwało, nim zorientowałam się, że mówił do mnie. Przewróciłam oczami i sięgnęłam po ścierkę, żeby zetrzeć z palców szybkoschnący klej.

– Studia, tato, studia, chodzę już na uniwersytet.

Prychnął, nie odwracając wzroku od dwóch części skorupy, które próbował właśnie skleić.

– Przecież wiem.