Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Mówi o sobie, że jest twórcą, a nie pisarzem. Powieść pt. “Magdalena Mikło”, to już trzecia publikacja Pawła Roberta Jankowskiego. Po kontrowersyjnym “Powrocie do świata analogowego” i futurystycznym “KRATERZE”, przyszła kolej na trylogię kryminalną, osadzoną w mrocznej scenerii okultyzmu.
Roman, główny bohater powieści, to de facto nieboszczyk, znaleziony na jednej z warszawskich ulic, który za namową swojej pierwszej żony próbuje rozwikłać zagadkę jej śmierci.
Kto zabił Annę? To pytanie towarzyszy wszystkim bohaterom powieści, nie tylko Romanowi. Sławek, to młody policjant. Stoi dumnie na czele zespołu śledczego komisariatu na ulicy Chodeckiej w Warszawie. Bednarek, jego szef, wymagający, ale jednocześnie błyskotliwy, leniwy, ale też zasadniczy i obowiązkowy. Magdalena Mikło? No cóż. Młoda, inteligentna, wygadana i piękna kobieta. Czego chcieć więcej? Może jedynie tego, czego czasem brakuje w życiu każdego człowieka, czyli miłości.
Czy Magda ją w końcu znajdzie?
Czy Roman rozwikła tajemnicę śmierci Anny?
Czy Sławek dowie się, kto zamordował Romana?
Czy może to Magda rozwiąże wszystkie zagadki kryminalne?
Czym kierował się morderca? Chęcią zysku, zazdrością, a może to kobieta była powodem, że zabił? A może zabiła...?
Co kryją tajemnice ludzkiej podświadomości?
Czy dusze mogą się ze sobą komunikować?
Czym jest tak zwany szósty zmysł?
Te pytania nie pozostaną bez odpowiedzi, jest tylko jeden warunek...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 423
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Paweł Robert Jankowski
Magdalena Mikło
Trylogia
Epizod pierwszy -
Syndyk
© Copyright – Paweł Robert Jankowski
Warszawa 03,2026 r.
projekty grafik – Paweł Robert Jankowski
Ilustracje wygenerowane przez sztuczną inteligencję Chut GPT oraz Copilot - Microsoft, na podstawie opisów autora.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie bez zgody autora lub właściciela praw autorskich jest zabronione.
Wtorek 05.05.2026 r. Warszawa
–Tak naprawdę, nie wiem kto to zrobił, ale stało się. Od jakiegoś czasu nie mam czucia w kończynach, widzę jakby przez mgłę i słyszę nieznajome głosy, które właściwie nic mi nie mówią i niczego mi nie przypominają. Dziwne to wszystko, jeść mi się nie chce, a nawet jeśli, to jak zaspokoić głód, skoro nie mogę się ruszyć? Czuję tylko zapachy z przeszłości, takie które kiedyś zachęcały mnie do skosztowania czegoś, co przygotowała moja matka. Nie czuję zapachu pizzy, burgera, czy frytek. Czuję zapach bigosu i grochówki, czasem nawet smak tych potraw i wtedy wspomnienia wracają, w pełnej krasie. Pamiętam wszystko z dzieciństwa, szkołę, kolegów, pierwszą miłość. Nie pamiętam jedynie tego, co stało się wczoraj i w ciągu ostatniego tygodnia. Wiem tylko tyle, że pokłóciłem się z Grażyną, ale to było w poprzednią niedzielę, chyba, bo nawet nie wiem jaki dzień dzisiaj mamy.
Miałem jechać do chorej matki, no cóż, nie pojechałem. Dlaczego wokół mnie nie ma nikogo, kto mógłby mnie teraz pocieszyć, jakoś wesprzeć, czy nawet nakarmić, mimo braku łaknienia? Albo chociaż zapytać, czy nie jestem głodny. Szklanka z wodą? Tak, to chyba szklanka z wodą. Stoi tam, na tej metalowej szafce. Muszę się napić, ale jak? Przecież jej nie dosięgnę, bo niby czym? Ręką, którą nie mogę ruszyć?
Słońce... Skąd się tu wzięło to wypalające oczy słońce? Ono mi nie pomaga, wręcz przeciwnie, razi mnie swoim przenikliwym blaskiem. A może to nie jest słońce? Gdzie oni wszyscy się podziali?! Czy może ktoś tu przyjść, do jasnej cholery?! – krzyknąłem. – Jest mi zimno!!
–Co jest? Dlaczego nikt mnie nie słyszy? Ile będę czekał, chce mi się pić! No nareszcie, idzie ktoś. Co to za... gość. Liczyłem raczej na Ankę, czy ona mnie jeszcze kocha? Niedawno nazwała mnie chamem i kurwiarzem, ale dlaczego? Przecież ja nigdy, no może raz, albo dwa razy ją zdradziłem. To znaczy przeleciałem jakąś laskę, może dwie, na boku, ale przecież kocham tylko ją, a tamto? Tamto nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Czy kobiety naprawdę tak bardzo są zazdrosne o przelotne romanse? Przecież to norma, albo taka moda. Same też to robią. Ciągle ktoś kogoś zdradza i co? Nic. Życie toczy się dalej. Zdrada to przecież nie śmierć, można przecież wybaczyć i kochać się dalej. O czym on mówi, ten gość? Wygląda jak napakowany goryl. Ooo! Jest i drugi! A ten to co? Lekarz jakiś, czy weterynarz, taki w kitlu? Co oni tu kurwa robią? Zostaw moją głowę, daj mi lepiej pić, tam stoi szklanka z wodą. Czy ty mnie słyszysz człowieku?! Nie słyszy. Coś mówią, ale ja też tego nie słyszę. O co tu chodzi, dlaczego jest mi tak zimno? O matko! Co ty robisz człowieku? Chcesz mi zrobić operację na żywo? Zaraz zemdleję. Nienawidzę tych narzędzi chirurgicznych! Aua! Nic nie czuję. Facet wbił mi chyba skalpel w środek klatki piersiowej i tnie w poprzek, teraz wzdłuż. Skurwiel pobiera moje organy. Ja nie mogę! Handlują dranie moimi narządami! Aniu! To ty? Chodź tu, zobacz co oni mi robią. Powiedz coś! Niech poczuję, że żyję, bo już dłużej tego nie wytrzymam!
–Ale, ty... nie żyjesz, Roman! – odpowiedziała szeptem, ale jednocześnie twierdząco zjawa.
–Co? Przestań. Nie rób sobie ze mnie żartów. Wiem, nie jest dobrze. Nie mogę ruszyć ani ręką, ani nogą. Nie widzę wyraźnie i czuję swojskie zapachy z przeszłości. – wydukał z trudem Roman.
–A słyszysz to, co mówią ci dwaj? – spytała.
–Co? Ci dwaj? Skąd to wiesz? Pewnie, że nie słyszę. Co jest do cholery? Bębenki mi w uszach popękały? – tym razem on zapytał.
–A mnie słyszysz, Romku?
–Ciebie słyszę.
–To znaczy, że nie żyjesz. I ja też, jestem martwa. Nie pamiętasz? Udusiłeś mnie własnymi rękoma. – dodała Anna i zniknęła z jego pola widzenia.
Roman, leżał teraz całkiem osamotniony, w tym dziwnym pomieszczeniu, wyłożonym niemal w całości, błękitno-białymi gorsecikami warszawskimi. Leżał tam nieruchomo, od dwóch, a może nawet trzech długich dni, na tym lodowatym, srebrzystym, wykonanym z nierdzewnej blachy mobilnym stole. Leżał, wpatrując się beznamiętnie w biel zimnego sklepienia, które kształtem mogło przypominać strop w kościele, albo w jakimś gotyckim zamku. Obok niego stała lampa, rzucająca swoje jaskrawe światło na jego nagie ciało. Wokół roznosił się ostry zapach formaliny, a na ścianie przed nim zamontowane były, jedne przy drugich, takie nieduże, metalowe drzwiczki, za którymi chłodziły się zwłoki umarlaków. Prosektorium było przygotowane do pracy. Było gotowe do tego, aby Gutowski mógł wykonać sekcję zwłok, Romana.
–Słuchaj, czy denat nie leży tutaj za długo? – spytał proforma podkomisarz Świderski.
–No, jak za długo? 48 godzin, zgodnie z procedurami. Zobacz Sławek, dotknij go. Jest całkiem zimny, a stężenie już ustąpiło. – odparł Gutowski.
–Okej. Wierzę ci na słowo Marku. – wzdrygnął się Sławek i cofnął dłonie tak jakby chciał się odepchnąć od tego tematu, – Masz może jakieś spostrzeżenia? – dodał.
–Dostał tutaj, z tyłu szyi. – stwierdził patomorfolog, unosząc głowę Romana i wskazując na miejsce uderzenia. – Widzisz? Jest taki dziwny ślad pomiędzy C3, a C4. Ale szczerze? Nie wiem, czy jest to przyczyna jego śmierci.
–Ja tym bardziej nie. Wszystko zależny od tego, jakie będą wyniki twoich badań.
–Zrobię co w mojej mocy, a co z identyfikacją? – tym razem spytał patomorfolog.
–Nie wiem, nie możemy dotrzeć do jego rodziny, nie ma go w rejestrach daktyloskopijnych. Facet urwał się z choinki i nadal nie mamy pojęcia kto to jest. Może jak dasz nam wyniki testu DNA, to wtedy cokolwiek się zmieni, na razie plaża. – odparł Sławek.
–To jeszcze chwilę potrwa, zaraz będę go ciął. Dopiero później badania biologiczne i toksykologia. – wypowiedział się jasno Gutowski.
–A możesz coś zrobić z jego twarzą? Nie wiem, może jakąś rekonstrukcję, czy coś w tym stylu? – zapytał policjant, nie licząc tym razem na cud, ale jednocześnie wyjaśnił: – Bo nawet gęby do portretu pamięciowego z głowy ofiary nie można zrobić, a co dopiero rozpoznać zwłoki.
–A nie! To nie moja bajka Sławku, musisz pogadać z prokuratorem, może oni mają jakąś dobrą ekipę, która to porządnie zrobi. – wyjaśnił Gutowski. – O, albo spytaj tych czarodziei z Kryminalistyki.
–No nie wiem. Oni ostatnio trochę nam nawalają, pieprzą robotę i zamiast pomóc, tylko nam utrudniają. Ale spróbuję, bo mam tam znajomą. Taką jedną, mądralę, z którą miałem już kiedyś do czynienia. Zobaczę co da się zrobić. Działaj dalej Marek, bo ta sprawa śmierdzi na odległość, niemal jak te trupy u ciebie. Trzymaj się, do jutra. – zakończył podkomisarz i pożegnał się z kierownikiem prosektorium.
Sekcja zwłok Romana rozpoczęła się krótko po południu. Dla Gutowskiego był to chleb powszedni, nic nadzwyczajnego, bo robił w tym zawodzie już dwadzieścia trzy lata. Na początku nie było tak słodko. Fetor rozkładających się zwłok tkwił w jego nozdrzach całymi dniami i nocami, nawet w weekendy, kiedy czas lubił spędzać nad Narwią w Czarnowie, próbując łowić Krąpie, albo złotołuskie Leszcze. Kiedy je patroszył, miał przed oczami wszystkie te lata, spędzone nad nieboszczykami przy bebeszeniu ich ciał, w celu zbadania przyczyn ich śmierci. Teraz? Teraz to tylko mała rybka, nic zdrożnego, do czego zdążył się już przyzwyczaić i oswoić z urokami tego zawodu. W każdym razie, jeszcze przed końcem sekcji zwłok denata, Gutowski musiał zadzwonić do prokuratora Dutkiewicza i poinformować go o wstępnych wynikach swojej pracy.
–Witam panie prokuratorze. – zagaił. – Czy ma pan chwilę?
–Tak, proszę mówić. Rozumiem, że ma pan dla mnie same ciekawego wiadomości, magistrze. – odpowiedział wątpliwym twierdzeniem Dutkiewicz.
–W sumie, to rewelacji żadnych nie mam, ale z obowiązku do pana dzwonię, panie prokuratorze. Facet nie żył od dwóch godzin zanim go znaleźli. Chodzi o to, że prawdopodobnie przyczyną śmierci denata był zawał. – rozpoczął referat Gutowski.
–Zawał? Jaki zawał? Podobno spadł z mostu i po chłopie. – zdziwił się prokurator.
–Nie wydaje mi się, ale na razie nie mogę tego potwierdzić i niepokoi mnie taka dziwna plama na jego szyi, jakby po uderzeniu. Nie mam jednak pewności, co to mogło być. – odparł bez wiary patomorfolog.
–Jaka plama? Może pan uściślić? Bo nie wiem, czy mam zamknąć sprawę, czy wałkować temat dalej? – zapytał ponownie prokurator, ale tym razem już całkiem namolnie.
–Tak, oczywiście. Mamy tutaj taki lekko fioletowy ślad na skórze tylnej części szyjnego odcinka kręgosłupa. Świadczy on o tym, że denat był przed śmiercią w to miejsce uderzony czymś miękkim, ale nie było to przyczyną zgonu, bo nie spowodowało żadnych poważnych obrażeń u ofiary. – wyjaśnił Gutowski.
–To co? Zamykamy temat? – wtrącił nadzorujący śledztwo, sprawiając wrażenie, jakby gdzieś się śpieszył.
–Panie prokuratorze, to pan podejmuje decyzje. Jak dla mnie była to śmierć z powodów naturalnych, chyba że... – odparł kierownik zakładu medycyny sądowej.
–Chyba, że co? – ponaglał Dutkiewicz.
–Chyba, że śmiertelny atak serca był następstwem zażycia środków farmakologicznych lub silnego stresu, ale to musimy jeszcze potwierdzić badaniami. Musimy też zrobić testy toksykologiczne, bo jest podejrzenie, że denat był pijany przed śmiercią. – dodał czym prędzej Gutowski.
–To po co pan do mnie dzwoni, panie magistrze? Marnuje pan mój czas. Niech da mi pan znać, jak będzie pan pewny tego, co tak naprawdę stało się z denatem. Żegnam. – zamknął temat Dutkiewicz i rozłączył się.
Gutowski miał dylemat, bo wiedział dokładnie, że nie może zakończyć badań bez jednoznacznych wyników, ale z drugiej strony dosłownie wszystko wskazywało na to, że bezimienny „pacjent” zmarł na atak serca, który mógł nastąpić na skutek wielu przyczyn. A ponieważ był w swojej pracy bardzo skrupulatny, to postanowił pochylić się nad tym problemem. Czas naglił, ciało denata nie mogło poczekać, jego krew zaczynała się rozkładać, a tkanki wiotczały i zaczynały się rozłazić pod wpływem byle dotyku. Gutowski musiał się spieszyć, więc szybko pobrał w miarę świeżą krew do badania, co pozwoliłoby ostatecznie wykluczyć lub potwierdzić chorobę wieńcową u nieżyjącego mężczyzny. Próbki przekazał do laboratorium, po czym wydobył z ciała narządy do analizy, zaszył rozcięte zwłoki i wsunął je z powrotem do firmowej chłodziarki.
–Niech pomyślę, czy ja śnię? Tak, to na pewno jest jakiś koszmarny sen. Jak ja to robiłem? Muszę się z tego wyrwać, zawsze jak miałem taki niechciany sen, to potrafiłem się go pozbyć. Potrząsałem głową i budziłem się, spróbuję... Nie, nie dam rady, przecież jestem sparaliżowany. Mogę ruszać jedynie powiekami i gałkami oczu. Dlaczego Ania mówi, że umarłem. Zaraz, coś mi świta. Pokój, ta kobieta i jakiś facet, może dwóch? Trzyma coś w ręku, siekiera? Chyba siekiera, albo jakaś gruba pała. Ale przecież ten typ mnie nie zabił, może chciał, ale tylko mnie nastraszył. Swoją drogą skąd on się tam wziął? Tam, to znaczy gdzie? Nie wiem, albo nie pamiętam. Ta kobieta, czy to Anastazja? Aniu pomóż mi, przepraszam cię za wszystko. Uwierz, naprawię to, co zepsułem.
–Czego znowu chcesz? Przecież powtarzam ci, że nie żyjesz. Przynajmniej jak dla mnie, Roman. – odezwała się ponownie Anna.
–Ale jak, dlaczego? Przecież rozmawiamy razem i... chyba się widzimy? Gniewasz się jeszcze na mnie Aniu? Nie miałem zamiaru cię zostawić, to była tylko jedna, jedyna przygoda. – tłumaczył się Roman.
–I o tę jedną przygodę za dużo. Kto ci kazał tam iść? Nie wystarczyła ci ta cukierkowa Grażynka z Woli? Musiałeś się jeszcze pieprzyć z tą no... jak jej tam. – zamyśliła się Anna.
–Anastazja... – dokończył Roman.
–Brzmi jak eutanazja. No tak, to niewątpliwie była twoja eutanazja, Roman. Poszedłeś tam i kaplica, wynieśli cię nogami do przodu. – dodała Anna.
–Czyli nie żyję? – spytał ponownie.
–Przecież ci mówię. Po tym jak pokłóciłeś się z Grażyną, poszedłeś do tej lafiryndy żeby zaspokoić swoje chore żądze, a spotkałeś tam swojego kata. – wyjaśniła.
–Kata? Coś kojarzę, jakby uderzenie w szyję. Czy to była siekiera? Nie, to nie mogła być siekiera skoro moja głowa wciąż tkwi na swoim miejscu. Szkoda, że nie mogę na siebie spojrzeć. Czy jest tu jakieś lustro?! – krzyknął.
–Nie dręcz mnie Roman. Ja tu czekam na swoją kolej, a ty mi dupę zawracasz. Musisz się mocno skupić i wszystko sobie przypomnieć. Od początku, do końca. – dorzuciła Anna i ponownie wyparowała niczym kamfora.
–Dajcie mi do cholery jakieś lustro! Nie, tylko nie to! Zabieraj swoje łapy draniu! Po co ta strzykawka?! Nie rób tego, niedobrze mi, zaraz się porzygam... Kurwa mać, chyba zemdlałem. Dlaczego jest tak ciemno. Nie dość, że marznę, to w dodatku nic nie widzę... Nie widzę, nie słyszę, nie czuję, nie mogę się ruszyć, ale myślę, więc chyba jestem...
Wyniki badań wróciły z laboratorium po dwóch długich godzinach, ale Gutowski wciąż trwał na posterunku. Pokwitował ich odbiór młodej laborantce, od której długo nie mógł odwrócić wzroku, by w końcu zapoznać się z rezultatem swoich działań. Na kartce napisano: wynik toksykologii ujemny, poziom hormonów wieńcowych w normie, troponiny późne podwyższone, co oznaczać mogło tylko jedno, mianowicie to, że denat stracił życie gwałtownie i nie miał wcześniej kłopotów kardiologicznych. Z oględzin nieboszczyka wynikało też, że jest to mężczyzna w wieku około 45-50 lat, dość wysportowany, niezbyt wysokiego wzrostu i czarnych, siwiejących delikatnie włosach. Cechą utrudniającą identyfikację ofiary, była jego zmasakrowana twarz w sposób jak dotąd niewyjaśniony, a wyniki badań laboratoryjnych i daktyloskopia znalezionego na miejscu materiału dowodowego, nie wskazywały na udział osób trzecich w potencjalnej zbrodni.
Środa, 06.05.2026 r. Patomorfologia,
ulica Wołoska, Warszawa.
Następnego dnia, Gutowski, postanowił jednak przyjrzeć się szyi Romana. Wyciągnął ponownie jego schłodzone ciało doczesne z lodówki i skupił się na nim. Centymetr po centymetrze zaczął przeglądać skórę na jego szyi, gdzie w miejscu wcześniejszej plamki pojawił się już pokaźny krwiak. W pewnym momencie zauważył niewielkie włókno sklejone z włosem, które mogło znaleźć się tam całkiem nieprzypadkowo. Podjął je delikatnie z badanego miejsca, włożył do foliowego woreczka na dowody organiczne, po czym schował materiał do metalowej szafki. Od razu, postanowił też skontaktować się ze Świderskim.
–Cześć Sławku. Tu Marek z medycyny sądowej, mogę? – spytał na dzień dobry.
–Tak, oczywiście. Zamieniam się w słuch. – rzucił podkomisarz.
–Mam pewne przypuszczenia co do śmierci naszego denata. Facet zmarł nagle na zawał i nie mam dowodu na to, że wcześniej chorował na serce. Ktoś lub coś musiało go porządnie przestraszyć i kipnął. Testy biologiczne wykazały również, że miał problemy z trzustką, ale na cukrzycę nie chorował. Znalazłem też niewielki fragment włókna na jego szyi, co mogło być powiązane z jego przedwczesną śmiercią. – wyłożył Gutowski.
–Na zawał? To w sumie chyba nieźle, bo raczej prokurator zamknie to śledztwo zważywszy na fakt, że znaleźli go pod mostem ze zmasakrowaną twarzą. Łatwo to wytłumaczyć, facet się napił, stał na moście i podziwiał Warszawę, nagle coś go przestraszyło, dostał zawału i spadł na goły beton prosto na twarz. Jak myślisz? – postawił tezę Świderski, oczekując jednocześnie jej potwierdzenia ze strony patomorfologa.
–Być może. Jest tylko mały problem. On był czysty, a oprócz zmasakrowanej twarzy i wyrwanych wszystkich zębów, denat nie ma zewnętrznych uszkodzeń ciała, ani złamanej żadnej kości, więc musiał być tam przyniesiony przez mordercę lub dostał zawału w tym miejscu, a masakry twarzy dokonał ktoś, lub coś po tym fakcie. – stwierdził Gutowski.
–To brzmi logicznie. Komuś bardzo zależało na tym, żeby go nikt nie rozpoznał. Jacek twierdzi, że chłopaki nie znaleźli żadnych zębów na miejscu zdarzenia. A nie wiesz co z tą twarzą się stało? – pytał dalej policjant.
–Wygląda jakby pies ją pogryzł, ale nie ma śladów ani zębów, ani obcej śliny. – tłumaczył rozmówca. – Być może grabki ogrodnicze, ale musiałyby być sterylnie czyste. Nie wiem, muszę to jeszcze zbadać.
–Okej, to dzwonię zaraz do Dutkiewicza. Wielkie dzięki, Marku. – odparł Sławek.
–Ja już z nim wstępnie rozmawiałem, ale w porządku Sławku, zadzwoń, może go trochę uspokoisz. To cześć. Będziemy w kontakcie. – zakończył Gutowski i wrócił do swojego „pacjenta”.
Podszedł do szafki stojącej przy ścianie pomieszczenia, które o tej porze roku mogło służyć raczej do ochłody, niż do autopsji zwłok i wyjął z niej celofanową torebeczkę z fragmentem włókna pobranego wcześniej z ciała denata. Podszedł do mikroskopu, wydobył delikatnie materiał dowodowy w postaci bawełnianej nitki i umieścił na szkiełku, pod obiektywem urządzenia badawczego. Następnie przekazał artefakt do laboratorium, a po otrzymaniu wyników usiadł przed monitorem komputera i ze szczegółami ten je opisał. Na koniec wkleił edytowaną treść do wiadomości tekstowej i wysłał ją na adresy mailowe Świderskiego i Dutkiewicza. Ponieważ dzień pracy w zakładzie medycyny sądowej właśnie się kończył, Gutowski ponownie schował zalatujące już lekko padliną zwłoki do szafy chłodniczej, spakował się i wyszedł.
–Czego znowu chcesz, hieno cmentarna? Zostaw mnie w spokoju. Co ja ci zrobiłem? Nie chcę do tej dziury! Znowu ciemno, ja pieprzę, chyba przymarzłem do tej blachy. Aniu, to ty? Pogódźmy się, proszę. Daj mi ostatnią szansę. Ja, ja już nigdy tego nie zrobię, obiecuję.
–Z tobą, to tak zawsze. Najpierw narozrabiasz, a potem, kiedy jest już za późno przepraszasz. Czasem, to nawet fajne było się pogodzić, ale teraz? Zobacz na swojego wacka, leży jak sflaczały balonik, nawet nie balon. Ale przecież, ty nawet głową nie możesz ruszyć, a co dopiero, tym, co tam zalega, między twoimi struchlałymi udami. – rozpoczęła Anna, wezwana kolejny raz przez nieboszczyka i dodała: – Widziałeś w ogóle swoją facjatę?
–Anka, przestań się nade mną znęcać, proszę. Lepiej powiedz, co się tak naprawdę stało? Jeśli ty nie żyjesz i prawdą jest, że to ja ciebie zabiłem, to jak to jest, że wciąż się widzimy i słyszymy? – próbował łagodzić poziom konwersacji Roman i jednocześnie dociekać „świętej” prawdy na temat swojego aktualnego położenia.
–Nie pamiętasz? Ty naprawdę tego nie pamiętasz. Jestem Medium, Roman. Byłam nią od zawsze, niemal od urodzenia, obudź się. Przypomnij sobie sprawę zaginięcia tej dziewczynki z liceum. Znaleźli ją po tym, jak jej ducha przypadkowo poznałam podczas sesji w Nieporęcie. Teraz mam kontakt z każdym, kto nie żyje i z każdym Medium, co jest jeszcze po tamtej stronie. Ale to się zaraz skończy. To już się prawie skończyło, tyle że nie dla ciebie, człowieka słusznie potępionego. Ty jesteś jak skazaniec, a nad twoją głową wisi gilotyna, a właściwie jej spadające ostrze, które za moment obetnie ci głowę. – kontynuowała swój ponadczasowy wywód była żona Romana.
–Co ty mówisz? Jaka gilotyna? Nie widzę żadnej gilotyny, widzę ciemność tej klatki, do której mnie wsadził ten gość w kitlu. – tragizował Roman.
–To przenośnia gamoniu, ale do rzeczy. To, co wydarzy się w ciągu następnego miesiąca, a może trochę więcej, dla ciebie będzie sekundą. Podczas tej sekundy Stwórca rozsądzi, czy twoje winy zostały już odkupione, czy będziesz musiał jeszcze trochę pocierpieć, zanim trafisz do raju lub sczeźniesz na wieki. W tym czasie dowiesz się, dlaczego stało się z tobą to, czego właśnie doświadczasz, a uda ci się to jedynie w przypadku, gdy okaże się, że jesteś niewinny. – spuentowała na koniec Anna i ponownie rozpłynęła się w przestrzeni.
–Medium? Rzeczywiście mówisz tak jak ona, ta kobieta, co kiedyś była... moją żoną? Nie odchodź, Aniu! Przecież wiesz, że cię kocham! To nie dzieje się naprawdę, ale ona ma rację, muszę sobie wszystko przypomnieć.
Genesis
Zima tego roku była wyjątkowo ostra, temperatury sięgały miejscami minus 15°C, a ja miałem już tego dosyć. Na szczęście wiosna szybko przyszła i wraz z nią nowe wyzwania zawodowe. Pewnego ranka, zaraz na początku maja 2026 r., przypadkowi przechodnie, spostrzegli ciało człowieka, leżące twarzą do dołu na chodniku przy ulicy Solec w Warszawie, tuż pod mostem kolejowym. Dyspozytor odebrał tę informację o 7:15. Patrol wysłali od nas, z Chodeckiej. Właściwie nie wiem dlaczego, bo inne komisariaty działały tego dnia normalnie. Może zdecydował o tym ślepy los, a może przeznaczenie, które odkąd pamiętam, prześladowało mnie jak cień. Ekipa śledcza przybyła na miejsce pół godziny od zdarzenia i wszystko wskazywało na to, że sprawa zakończy się szybciej niż się zaczęła. Razem z Wilku byliśmy tam nieco później, bo komendant Bednarek nie mógł się zdecydować, na kogo tym razem scedować to śledztwo. Padło więc na mnie i na Jacka, bo akurat robiliśmy papierkową robotę w związku z zamknięciem sprawy podpaleń na Bródnie. I całe szczęście, bo ckniło mi się już za robotą w terenie, a biurko to jednak nie była moja specjalność.
–To chyba nie będzie skomplikowana sprawa? – zapytałem.
–No raczej. Spójrz na resztki tej butelki, praktycznie była pusta zanim się potłukła. Musiał się napić, zaczął świrować, a potem spadł z tego mostu prosto na twarz i pozamiatane. – odparł Jacek, ale jednocześnie zauważył. – Pytanie co robił na moście kolejowym? Może go ktoś wyrzucił z pociągu?
–No właśnie, niby sprawa prosta, ale nie do końca, musimy poczekać na autopsję. Marek na pewno coś do tej sprawy wniesie. – dodałem od siebie.
–Nie ma śladów walki, żadnych zadrapań, siniaków. Tyko ta twarz, cała roztrzaskana. Pewnie o ten chodnik, ale te ślady? Jakieś nietypowe. – ciągnął mój partner, jednak już nie tak pewnie jak na początku.
–Rzeczywiście. Jakoś mało tej krwi i ubranie czyste. – potwierdziłem obiekcje Jacka i dodałem. – Wilku zbierzesz wszystkie fanty, sprawdź też metki na ciuchach. Niech chłopaki zrobią odciski ze szkła i wszystkiego co może pomóc w jego identyfikacji. Musimy dowiedzieć się kto to jest, bo Bednarek nam nie odpuści. Ja spróbuję skontaktować się z Dutkiewiczem i Gutowskim w sprawie autopsji. Aaa, i daj mi znać kiedy zabiorą ciało do prosektorium.
Ciało denata trafiło na Wołoską trzy godziny później. Marka jeszcze tam nie było, musieli go ściągać z Gdańska, bo na całym wybrzeżu nie mieli takich fachowców. Kiedy jednak Gutowski pojawił się w prosektorium następnego dnia, odetchnąłem z ulgą i zadzwoniłem do niego.
–Halo! Marek? Cześć, z tej strony Świderski z Targówka. Kojarzysz? – zapytałem na wstępie.
–No jak? Pewnie, że kojarzę, jak najbardziej. Cześć Sławku. Chociaż rzeczywiście dawno nie miałem sposobności z tobą rozmawiać. Chyba ostatni raz pół roku temu, przy okazji tych spalonych ciał na Marywilskiej. – odparł Gutowski. – Co ciebie tym razem... – zaczął pytać, ale ja od razu wtrąciłem:
–Tak, Marywilska. Jakaż to była dopiero łamigłówka. Ale to już historia Marku, bo mam kolejną sprawę i chodzi mi o tego denata, co przywieźli go do was wczoraj. Wiesz tego, do którego ściągnęli ciebie z Gdańska. Człowiek leżał na betonowym chodniku twarzą do dołu. Wszystko wskazuje na to, że spadł z mostu kolejowego, albo został wyrzucony z pociągu i po temacie. Prawdopodobnie był pijany, bo mamy tu pustą butelkę po Absyncie.
–Po Absyncie powiadasz, drogi trunek i mocny. Było coś czuć od „pacjenta”? – zapytał Marek.
–Nie bardzo, więc trzeba to sprawdzić. Ale komu ja to mówię. Jedyne, o co mogę ciebie poprosić, to żebyś tą autopsję wykonał tak szybko, jak tylko się da. Możesz to dla mnie zrobić? – sprostowałem, ale jednocześnie dodałem, aby się nieco wytłumaczyć. – Chodzi mi o to, że jeśli jest to coś więcej niż wypadek, to wolałbym nie wysłuchiwać od Dutkiewicza farmazonów na temat tego, jak to my wszyscy się opierdalamy. Wiesz o co chodzi?
–No jasne Sławuś, damy radę. Jutro, albo najlepiej pojutrze się za to biorę. Mamy tu wprawdzie kilku rezydentów, ale oni są już porobieni i odfajkowani. Nie martw się, damy sobie radę z Dutkiewiczem. – odparł z wyrozumiałością Marek.
Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, ale naszą rozmowę przerwał prokurator, którego wywołałem jak wilka z lasu, więc błyskawicznie musiałem przełączyć się na rozmowę z nim.
–Tak panie prokuratorze. – zagaiłem.
–Witam panie Świderski. Wie pan już, że to ja nadzoruję to śledztwo? – zapytał.
–Jakie śledztwo panie prokuratorze? Czy chodzi panu o to w sprawie bezimiennych zwłok znalezionych przy ulicy Solec w Warszawie? – odpowiedziałem mu z przekąsem.
–Czy pan ze mnie kpi, podkomisarzu? Mam nadzieję, że nie. Naturalnie, chodzi o denata z Powiśla. Z tego co wiem, to Bednarek zlecił to dochodzenie panu. Czy tak? – ciągnął zdecydowanym głosem Dutkiewicz.
–No tak, ale to dopiero wstępna faza tego śledztwa, a pan prokurator w konkretnym temacie dzwoni? Bo ja dopiero co rozmawiałem z Gutowskim z patomorfologii. – odparłem, niewzruszony dominującą postawą urzędnika.
–To dobrze podkomisarzu, bo doszły mnie słuchy, że to mógł być zwykły wypadek. Jeśli się to potwierdzi, to proszę mnie o tym jak najszybciej poinformować. Zresztą jeśli nie, to również proszę dzwonić, bo zależy mi na czasie, a sprawa nie wydaje się oczywista. – dorzucił.
–Dobrze panie prokuratorze. A co, che pan szybko zamknąć tę sprawę? Myślę, że jest to realne, tyko musimy poczekać na wyniki sekcji zwłok, a to będzie możliwe dopiero w przyszłym tygodniu. – tłumaczyłem dalej, jakby ten po drugiej stronie nie miał pojęcia o czym rozmawiamy.
–Psia krew. Nic nie można planować, nie mówiąc o tym, że na kolegów też nie można liczyć. Wszyscy akurat teraz musieli wziąć urlopy, jakby nie było lipca czy sierpnia w kalendarzu. – wykrztusił z siebie wkurzony Dutkiewicz, a ja ze swojej strony dorzuciłem mu trochę do pieca:
–Czyli pan też chce teraz iść na urlop? No to niech pan idzie, Gutowski powiedział, że na tym etapie damy sobie radę bez prokuratury.
–Niech pan nie będzie taki... Za dużo pan panie Świderski gada i tyle. Proszę robić swoje, a ja będę robił to, co do mnie należy. Będę pana nękał swoimi telefonami, proszę o tym pamiętać. Do usłyszenia. – zakończył natręt.
Gutowski wykonał swoją robotę ekspresowo. Można powiedzieć, że denat był przebadany dogłębnie, wzdłuż i wszerz. Jednak nasze śledztwo nadal trwało i nie mogło być zamknięte z powodów, o których wspomniał Dutkiewicz podczas naszej pierwszej rozmowy. Marek stwierdził, że włókno znalezione na zwłokach to bawełna, pochodząca prawdopodobnie z ręcznika frote, a denat mógł użyć go podczas porannej toalety. Zaniepokoił go tylko jeden szczegół, a mianowicie taki, że na włóknie tym znalazł śladowe ilości chloroformu. Sprawa śmierci nieznanej nam z nazwiska ofiary, nie była więc jednoznaczna. W czasie kolejnych kilku dni, razem z Jackiem analizowaliśmy zebrany z miejsca zdarzenia materiał dowodowy i aby nie wpaść w rutynę wymienialiśmy się swoimi wnioskami, oceniając jednocześnie ich wartość procesową. Niestety, nasze dochodzenie zamarło, bo jak dotąd nic się nie spinało. Mogło je ożywić tylko jedno, a mianowicie rozpoznanie danych osobowych denata, a w tym mogła nam pomóc jedynie profesor Mikło.
Środa, 06.05.2026 r. komisariat na
ulicy Chodeckiej, Warszawa
Jeszcze tego samego dnia, Sławek zatelefonował do Dutkiewicza. Ustalili, że śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci bezimiennego mężczyzny z Powiśla, będzie jednak kontynuowane z uwagi na nowy materiał dowodowy oraz brak wiarygodnego wyjaśnienia okoliczności jego śmierci. Świderski liczył na konkrety, zwłaszcza te związane z badaniem włókna, znalezionego na ciele ofiary. Jednakże e-mail z wynikami badań, znaleziony w skrzynce odbiorczej jego poczty, nie zawierał żadnych rewelacji. Z identyfikacją zwłok denata, która pomogłaby w ustaleniu prawdy, też nic nie drgnęło, dlatego zgodnie z sugestią Marka, Sławek skontaktował tym razem się z CLKP-kiem.
–Dzień dobry, z tej strony podkomisarz Świderski. Kojarzy pani. Czy mogę się umówić z kimś na konsultację? – zapytał.
–Oczywiście, z kim pan sobie życzy się spotkać? – odpowiedział kobiecy głos w słuchawce.
–Aaa, tak. Ostatnio miałem przyjemność z panią profesor Mikło, Magdaleną Mikło. Czy mogę? – odpowiedział śledczy.
–Oczywiście, zaraz sprawdzę jej grafik... O, widzi pan, będzie jutro po południu. Może być 14:00? – spytała z nutą samozachwytu kobieta.
–Jak najbardziej. Proszę mnie wpisać. Podkomisarz Świderski z komendy rejonowej na Chodeckiej. – odparł i dorzucił krótko: – Dzięki! Do usłyszenia!
Następnego dnia, tuż przed godziną czternastą, Sławek zjawił się na Wydziale Badań Dokumentów i Informatyki Śledczej na ulicy Iwickiej 14. Tutaj spotkać się miał z policyjną ekspert od trudnych spraw, za którą uważał profesor Mikło. To nie był ich pierwszy raz, dlatego wierzył, że i tym razem uda się przybliżyć nieco temat identyfikacji zwłok denata. W tym przypadku pomóc mogła jedynie antroposkopia czaszki nieżyjącego mężczyzny i tego co pozostało z jego twarzy. Dotychczasowe badania nie dały odpowiedzi na kluczowe pytanie, które póki co, spędzało sen z powiek Świderskiego Ale nie tylko jego, bo Dutkiewicz też na niego coraz mocniej naciskał, licząc na szybkie efekty śledztwa.
Była prawie czternasta, a ja siedziałem w sekretariacie Wydziału Badania Dokumentów i Informatyki Śledczej, czekając cierpliwie na spotkanie. Znałem ją nie od dziś. Tytuł „profesor” brzmi dostojnie, ale Magdalena Mikło to młoda, bo trzydziestodwuletnia kobieta z wyjątkowym wykształceniem, którego można jej tylko pozazdrościć. Ale wykształcenie to jedno, a wiedza to drugie. I właśnie jej wiedza najbardziej mi imponuje. Ma też w sobie coś takiego, co niektórzy ludzie określają jako szósty zmysł i zdaje się, że mają oni rację. Nie powiem, jest też kobietą niezwykle atrakcyjną fizycznie i nie łatwo jest skupić się przy niej na rzeczowej rozmowie. Mimo wszystko jednak trzeba próbować, albo przynajmniej udawać że się próbuje. Mówić do niej i słuchać, co ona ma do powiedzenia.
Po stosunkowo krótkiej chwili przepełnionej ciszą, sekretarka podniosła mnie z krzesła słowami:
–Panie komisarzu, pani profesor prosi do gabinetu.
–Dziękuję. – odparłem i modląc się w duchu o koncentrację na temacie przewodnim, wszedłem tam, gdzie skierowała mnie asystentka.
–Dzień dobry pani profesor. – zainicjowałem grze- cznie i dodałem. – Miło mi panią widzieć ponownie.
–Dzień doby, ale może mówmy sobie po imieniu, tak będzie łatwiej i mniej oficjalnie. Po prostu Magda. Może tak być? – zapytała, odpowiadając na moje skromne uprzejmości.
–Sławomir Świderski. Sławek. Oczywiście, tym bardziej, że tytuły mnie onieśmielają, zwłaszcza kiedy dotyczą osób takich jak pani... yyy, to znaczy ty. Mam na myśli twój urok osobisty, ale przede wszystkim nietuzinkową wiedzę, której to odrobinę ci zazdroszczę. – odpowiedziałem niezdarnie, wyraźnie skrępowany.
–Oj, Sławek, nie przesadzaj z tymi komplementami. Czasem mam ich po prostu dość. Choć przyznam, że twoje są bardzo miłe i niepospolite. Na co dzień słyszę jedynie idiotyczne pogwizdywania i prymitywne zaczepki, które staram się ignorować. Szczerze? Wolałabym unikać takich sytuacji, dlatego przejdźmy do tematu twojej wizyty. Co cię do mnie sprowadza? – spytała, wyznając z wrodzoną inteligencją to, co jej na wątrobie leżało.
–No tak. Chodzi o nasze najnowsze śledztwo w sprawie wypadku na Powiślu. Nie możemy kontynuować tego dochodzenia ze względu na brak możliwości identyfikacji zwłok. Mężczyzna, około 45 lat, prawdopodobnie z jakiegoś powodu spadł z mostu kolejowego na chodnik. Jego twarz jest zmasakrowana do takiego stopnia, że nie da się jej rozpoznać ani sportretować. Temat jest obecnie martwy, właśnie z tego powodu. Jak myślisz, co można z tym zrobić? Czy antroposkopia czaszki w tym przypadku coś zmieni? – zreferowałem, kończąc kluczowym pytaniem.
–Znam pobieżnie tę sprawę i myślę, że na pewno. Ale zęby? Znaleźliście zęby ofiary? – zapytała Magda, jakby miała ten temat opanowany do perfekcji.
–A co? Nie mówiłem o zębach? Wydaje mi się, że mówiłem. Mniejsza o większość, zębów też nie mamy. Żadnego, ani w czaszce, ani na moście, ani na chodniku. – odpowiedziałem nieco rozkojarzony urokiem dziewczyny.
–Zatem to nie mógł być wypadek, ktoś go zabił i upozorował przypadkową śmierć. Podczas upadku na twarde podłoże twarz nie ulega masakrze. Czaszka czasem pęka, oczy zapadają się, czasem szczęka wypada z zawiasów i to wszystko. Zęby powinny zostać na swoim miejscu. Jestem pewna, że denat nie miał żadnych obrażeń. – podsumowała mnie Magda.
–No właśnie miał. Jego twarz jest całkowicie nieczytelna. – odparłem nie kryjąc zdziwienia.
–Nie o tym mówię Sławku. Mówię o złamaniach, poważnych stłuczeniach, etc. – dodała.
–Okej. Rozumiem, to prawda. Facet jest gładki jak blat stołu. Tylko ta facjata, jakby ją ktoś zmielił maszynką do mięsa. To jak? Antroposkopia czaszki? – spytałem ostrożnie po raz drugi.
–Brak uzębienia komplikuje sprawę, ale tak. Wiesz na czym to polega?
–Coś tam wiem, ale opowiedz. Chętnie wysłucham twoich korepetycji. – poprosiłem chytrze, delektując się ukradkiem obecnością Magdy.
–Proszę, nie przeginaj. Ale dobrze, zidentyfikujemy twojego „pacjenta”, wykorzystując do tego najnowsze techniki, którymi dysponujemy. Na podstawie cech budowy zewnętrznej czaszki denata, sporządzimy jego przybliżony portret. Następnie zdigitalizujemy go i ożywimy za pomocą sztucznej inteligencji. Efekty przekażemy wam do powszechnej publikacji. Po dwóch tygodniach powinniśmy wiedzieć jak nieboszczyk się nazywa. – wyłożyła temat Magda i na moment zamilkła.
–I to mi się podoba. – przerwałem krótką ciszę i dodałem swoje pytanie: – Kiedy możemy zaczynać?
–Sekretarka ma mój grafik, umów się z nią. Będzie mi potrzebna tylko czaszka, najlepiej czysta, po usunięciu tkanki miękkiej i spreparowaniu. Dacie radę?
–Pewnie, że tak. Marek, to znaczy Gutowski, to najlepszy patomorfolog jakiego znam. – odpowiedziałem konkretnie i podniosłem się z fotela, widząc jak Magdalena dyskretnie spogląda na zegarek.
–To świetnie Sławku. To co? Widzimy się za kilka dni, tak? – zapytała podając mi rękę na do widzenia.
–Oczywiście. Widzimy się w przyszłym tygodniu. – odparłem i w pełni zadowolony z przebiegu spotkania wyszedłem z pokoju.
Poniedziałek 17.12.2025 r. ul. Mokotowska
Tego dnia, a było to może tydzień przed Bożym Narodzeniem, Roman wertował archiwa w swoim biurze. Szukał dokumentów firmy, której tydzień wcześniej, za sprawą postanowienia sądu rejonowego dla Mokotowa w Warszawie, został syndykiem masy upadłościowej. Firma jak firma, operowała w branży budowlanej, a że realizowała duże kontrakty, toteż obracała całkiem sporymi kwotami. Trzy tygodnie wcześniej, jej prezes Adam Górski, złożył wniosek do sądu o upadłość likwidacyjną spółki. Wiedział doskonale co robi, gdyż mimo to, że księgi AGBUD-u wykazywały, z grubsza, dwanaście milionów złotych w gotówce, to oficjalnie spółka Górskiego zbankrutowała, a jednocześnie kodeks spółek handlowych obligował go do zdecydowanych działań naprawczych. Jakkolwiek, sąd mógł wydać decyzję odmowną, to jednak Górski miał tam odpowiednie koneksje, stąd werdykt musiał ostatecznie działać na jego korzyść. Roman nie był człowiekiem bez wad, ktoś nawet mógłby powiedzieć, że był zły do szpiku kości. Jednak miał swoje zasady i bezpodstawnie nie łaszczył się na pieniądze. W przypadku firmy Górskiego, a raczej jego samego, miał duże obiekcje co do decyzji sądu, a przecież jako syndyk miał teraz pełnię władzy nad tą spółką. Firma była dłużnikiem pięćdziesięciu dwóch pracowników, siedmiu podwykonawców, ZUS-u i urzędu skarbowego. Uzbierało się tego prawie dwie dychy z sześcioma zerami. Roman doskonale wiedział jak to działa. W jego biurze od lat pracował przecież kilkuosobowy zespół wykwalifikowanych księgowych z dużym doświadczeniem. Dlatego po decyzji sądu znalazł się między młotem, a kowadłem, bo Górski przeznaczył bagatela, pół miliona złotych na koszty syndyka masy upadłościowej. Spółka Górskiego nie posiadała majątku zaliczanego do środków trwałych, bo tak było wygodniej. Wszelkie maszyny dzierżawiła i nawet z tego tytułu miała długi względem wierzycieli. Dlatego też, Roman jako syndyk tej spółki nie miał czego zlicytować, co mogłoby zapewnić możliwość zaspokojenia roszczeń beneficjentom jego długów. Przynajmniej niektórym. Mógł to zrobić tylko w jeden sposób. Mógł wykorzystać gotówkę, „zaoszczędzoną” przez Górskiego, ale ten sprytnie ukrył te aktywa.
Roman w końcu znalazł przedmiotowe papiery i zaczął je dokładnie przeglądać, skupiając swoją uwagę przede wszystkim na bilansie otwarcia likwidacji. Kiedy natknął się na wartość aktywów i zrozumiał, że spółka wykazała je głównie na koncie kasy, to z miejsca postanowił skonsultować ten fakt z główną księgową.
–Pani Moniko, zapraszam do mojego gabinetu! – zawołał, uchylając jednocześnie drzwi korpulentnej kobiecie w średnim wieku.
–Tak oczywiście szefie, już idę. – odpowiedziała, a zanim weszła do „jaskini lwa” usłyszała cichy pomruk pozostałych pań, co zwiastowało nadchodzącą burzę.
Kiedy drzwi do gabinetu zamknęły się za pracownicą syndyka, ten zapytał nerwowo:
–Pani Moniko, czy my nie mamy tutaj prawie trzynastu milionów? Na koncie kasy, proszę spojrzeć.
–Już szefie, a co to za spółka? – odparła w miarę spokojnie, po czym nie czekając na odpowiedź Romana, dodała. – Ach, to ten AGBUD Górskiego.
–Tak pani Moniko AGBUD. – potwierdził Roman i ponownie zadał pytanie. – Proszę spojrzeć, czy to gotówka?
–No tak, rzeczywiście, to gotówka szefie, a dlaczego pan pyta? – odpowiedziała i spojrzała na Romana.
–Bo zdaje się, że Górski w bilansie otwarcia wykazał prawie dwadzieścia milionów przeterminowanych zobowiązań i z tego co widzę na wynagrodzeniach jest prawie pół bańki, a przecież idą święta. – stwierdził, nie dowierzając i dodał. – Biorąc pod uwagę dzisiejsze realia, to zalega z wypłatami co najmniej za dwa miesiące.
–Mniej więcej, a w ZUS-ie co najmniej rok. Proszę spojrzeć. – dorzuciła księgowa.
–No tak, ale ZUS mnie na razie nie interesuje, bo jest w drugiej grupie wierzycieli, co innego pracownicy. Trzeba go zapytać dlaczego nie płaci.
–Nie płaci, bo nie chce. Nie zna pan realiów, szefie?
–Znam i to bardzo dobrze. I sam nie wiem jak to się stało, że sąd to przyklepał. Musimy wyrwać od niego te pieniądze, tylko jak? Trzeba będzie go jakoś przycisnąć, zmusić. Nie wiem? – zamyślił się Roman, po czym otworzył drzwi od swojego gabinetu i podziękował księgowej, prosząc ją aby wróciła do swoich obowiązków.
Nie mógł uwierzyć w to co zobaczył, a że był dość nerwowy, to w takich chwilach odruchowo sięgał po papierosa. Palił w biurze. Nie liczył się przy tym z odczuciami pracowników i to oni wychodzili wtedy na kawę lub ciastko, nie chcąc wdychać dymu, którym akurat Roman w tym momencie się nasycał. Przemyślał jeszcze raz sprawę bilansu spółki Górskiego i postanowił pogadać o tym z Grażyną. Kiedy wrócił do domu, zastał tam swoją aktualną małżonkę, a ta z racji wykonywanego zawodu z pewnością mogła wnieść do sprawy nową jakość.
–Cześć kochanie! – usłyszał, kiedy stanął w progu.
–O! A ty nie w pracy? Cześć skarbie. – odpowiedział równie czule i pocałował Grażynę w policzek.
–A wiesz. Wyszłam dzisiaj wcześniej, bo musiałam zrobić jakieś zakupy, a na mieście dziki tłum ludzi.
–Zakupy? Jakie zakupy? Przecież zakupy robimy w piątki. – zapytał, jakby trochę nieprzytomnie.
–No co ty, Roman? Idą święta, wigilia, prezenty trzeba kupić. – odpowiedziała, czym lekko poruszyła Romana.
–A wy ciągle z tymi prezentami! Ludzie nie mają wypłaty od dwóch miesięcy! A wy jak zwykle, tylko prezenty i prezenty! – krzyknął.
–O co ci chodzi! – odparła atak Romana, nieco podniesionym głosem. – Jakie wy? Jacy ludzie? Co? Masz jakiś problem z klientem, co nie płaci? To nie musisz mnie za to obwiniać. – dodała, ale już znacznie spokojniej.
–Jakbyś zgadła. Tydzień temu dostałem nową spółkę do likwidacji, ale okazało się, że facet ma kupę kasy w gotówce, tyle, że nie chce mi jej dać. Czy ty to rozumiesz? – wyjawił przyczynę swojej frustracji Roman, rozbierając się przy okazji z grubej, zimowej kurtki i wieszając ją w garderobie swojego okazałego domu.
Jak to syndyk, Roman nie cierpiał na brak pieniędzy. Lubił obwieszać się platyną, bo jak sam mówił, tak bardzo nie rzucała się w oczy jak złoto. Wszyscy myśleli, że to, co on na sobie nosi, to zwykłe srebro, a były to liczne spinki do krawatów i mankietów, łańcuchy na szyję, bransolety, nie licząc sygnetów z brylantami, których posiadał zaledwie kilka. Nabywał to wszystko za bezcen, kiedy nie mógł lub nie chciał upłynnić majątku likwidowanej spółki. Razem z Grażyną mieszkał teraz we własnym domu w Milanówku, który kupił za gotówkę. Byłą żonę, Annę, spłacił co do grosza pięć lat temu, kiedy rozwiódł się z nią, po tym jak poznał Grażynę i nie chciał przedłużać tamtego, toksycznego z jego punktu widzenia związku. Jego druga życiowa partnerka, okazała się bardziej wyrozumiała w stosunku do niego, tolerując fanaberie męża, związane choćby z obsesyjną skłonnością do oszczędzania, co ten osobiście tłumaczył awersją do roztrwaniania ciężko zarobionych pieniędzy. One jednak przychodziły mu całkiem łatwo. Od kiedy jako zdolny prawnik odbył szkolenia, zdał niezbędne egzaminy i otrzymał licencję syndyka masy upadłościowej od ministra sprawiedliwości, zarabiał naprawdę nieźle. Robotę wykonywały za niego księgowe, a on tylko wystawiał faktury i zanosił je do sądu, celem zatwierdzenia kwoty. Wprawdzie robił to uczciwie, ale potrafił też wykorzystać nadarzające się sytuacje, kiedy na przykład licytował majątek upadłej spółki i wyliczał dla swojej kancelarii krociową prowizję. Po ośmiu latach pracy miał już wszystko, czego dusza zapragnie, a do emerytury nie miał zamiaru czekać.
–To jak myślisz? Co z tym można zrobić? Można mu wyrwać jakoś tę kasę? – spytał spokojniejszym tonem, po tym jak wyłożył Grażynie całą historię ze spółką Górskiego.
Roman miał w tych sprawach zaufanie do Grażyny, pracowała przecież w kancelarii komorniczej u samego Wrzesińskiego. Poznali się przy okazji branżowego rautu, który zorganizował jej szef na okoliczność dwudziestolecia swojej kariery zawodowej. Od razu przypadli sobie do gustu, a że z Anną miał już na pieńku, to znajomość z Grażyną rozwinęła się bardzo szybko.
–Myślę, że tak. – odpowiedziała swoim namiętnym głosem.
–I jak to widzisz?
–Myślę, że trzeba zatrudnić detektywa z agencji, a ta zlokalizuje majątek, który zdefraudował Górski. Jestem pewna, że przelewał pieniądze na konto dzieci albo żony, jeśli tylko miał intercyzę.
–Raczej nie, bo z tego co wiem, to dzieci nie ma, a z żoną się rozszedł. – dodał od siebie Roman, jednak Grażyna szybko dokończyła:
–To na konto kochanki, bo taki numer w dzisiejszych czasach to standard.
–Pewnie masz rację. Taka informacja ułatwi nam pracę. A masz kogoś na myśli? Znasz jakiegoś detektywa, co umie to załatwić?
–Tak, On powinien wywęszyć bank i zdobyć numer konta, na który Górski przelewał pieniądze. – odpowiedziała rzeczowo Grażyna i dodała – Jutro zadzwonię do niego. Współpracuje z moim szefem od kilku lat, więc chyba się sprawdzi. Po nowym roku będziesz już wiedział coś więcej. Odpowiada ci to?
–Oczywiście! Jesteś kochana. – odparł z zachwytem Roman.
Środa, 06.05.2026 r. Patomorfologia, Wołoska
–Co ty robisz? Zostaw mnie w spokoju, ty hieno cmentarna. Ja chyba naprawdę nie żyję. Jak to się mogło stać. No nie, tego już za wiele! Zostaw debilu moją głowę w spokoju. Ooo kurrrrwaaa! Odciął mi głowę. Jak to dobrze, że nic nie czuję. A może to nie ja? Może to jakiś miraż, halucynacja. Gdzie ja do jasnej cholery jestem? O rany, ja pierniczę, on ma zmasakrowaną twarz. To znaczy ta niby moja odcięta głowa. Ale ta twarz. Zaraz, znowu coś sobie przypominam. Tak, to były te pazurki. To nimi zostałem pokiereszowany na amen. Ale dlaczego? Po co? Kto to zrobił? Nie widzę jego parszywej mordy. Kurwa mać, jak to bolało! To też sobie przypominam. Ten okropny, przeszywający ból na własnej twarzy. Leżałem wtedy nieprzytomny, a ten ktoś pastwił się nade mną tymi tępymi grabkami i kiedy skończył, z mojego oblicza została tylko czerwona od krwi bezkształtna plama. Wziął wtedy do ręki jakieś szczypce i powyrywał mi wszystkie zęby. Nie rozumiem, jak można być aż tak okrutnym? Dlaczego?... Ania? To znowu ty?
–No widzisz? Jak chcesz to potrafisz. Niedługo wszystko sobie przypomnisz.
–To ty kochanie, nareszcie wróciłaś!
–Nie ciesz się na zapas. Na razie zrozumiałeś tylko tyle, że stałeś się ofiarą napadu. – podpowiedziała Anna.
–Jakiego napadu? O czym ty mówisz Aniu? – spytał całkiem zdezorientowany.
–Nie rozumiesz Roman? Spójrz tylko i powiedz, gdzie są te twoje, jak ty to mówiłeś? Zajebiste klejnoty? Tak, te którymi lubiłeś się obwieszać jak choinka na święta i chwalić jaki to jesteś bogaty. No! Gdzie one są?
–Rzeczywiście, nie mam ich na sobie. Ale, ale zobacz, o tam, leżą na tym nocnym stoliku, chyba to nocny stolik? Tak Aniu?
–Nie podlizuj się. Ciągle tylko Aniu, Aniu. Zapomniałeś już co zrobiłeś? Zapomniałeś jak mnie załatwiłeś bez mydła? Jesteś mordercą Roman i musisz o tym pamiętać.
–To nieprawda, to nie ja cię zabiłem, to był... – tym razem Roman się zawahał.
–No widzisz. Nie wypieraj się gamoniu... Jaka ja byłam głupia, że za ciebie wyszłam. W dodatku ta fobia, to twoje popieprzone skąpstwo. Ono już mnie tak męczyło... Dobrze chociaż, że pracowałam i byłam niezależna finansowo.
–A tak... Pamiętam te wszystkie kłótnie. – przerwał Roman. – Ale to ty je wszczynałaś, nie ja. Musiałem oszczędzać, na dom, na samochód, na przyszłość, a ty? Ty tylko wydawałaś moje pieniądze, na jakieś zasrane gusła i karty.
–Uważaj co mówisz Roman. To nie były zwykłe karty, to był Tarot. Ale co ty możesz o tym wiedzieć, skoro nawet teraz nie rozumiesz tego, co się z tobą dzieje.
–No to mnie wreszcie oświeć. – zażądał, ale Anny nie było już w jego metafizycznej przestrzeni.
Piątek, 08.05.2026 r. Komisariat policji
ulica Chodecka
Dutkiewicz nie miał zamiaru odpuszczać. Urlop miał już z głowy ze względu na grafik, który jego koledzy po fachu wypełnili przed nim. Musiał się z tym pogodzić, tym bardziej, że sprawa denata z Powiśla nabierała tempa. Po kilku dniach oczekiwania na sygnał od Sławka postanowił go zaatakować swoim telefonem.
–Tak panie prokuratorze, słucham? – oznajmił Świderski, odbierając połączenie od Dutkiewicza.
–Jak tam nasze sprawy? Proszę mówić. – odparł nadzorujący dochodzenie oskarżyciel.
–Przecież rozmawialiśmy o tym zaledwie dwa dni temu panie prokuratorze. To trochę mało jak na taką trudną sprawę. – wyartykułował Sławek, próbując się bronić.
–Dwa dni dla mnie to całe wieki Świderski, mówiłem że będę pana nękał telefonami. Nie ma, trudna łatwa. Proszę mówić, co się wydarzyło w międzyczasie?
–Niewiele panie prokuratorze. Odbyłem niezwykle ciekawe spotkanie z antroposkopolożką. – wydukał drukowanymi literami podkomisarz.
–Z kim do cholery? Jaką antropolożką? – spytał Dutkiewicz, domagając się precyzji.
–Z panią profesor Magdaleną Mikło, tą od antroposkopii, z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji, a dokładniej z Wydziału Badania Dokumentów i Informatyki Śledczej na Iwickiej 14. – odpowiedział nieco złośliwie Sławek, aczkolwiek w jego mniemaniu dość dokładnie.
–Aaa, już kojarzę. To ta przemądrzała baba od badania kości. I co pan z nią ustalił? – tym razem odgryzł się prokurator.
–Nie od kości, tylko od identyfikacji zwłok opartej na badaniu czaszki denata i projektowaniu charakterystyki jego twarzy. To nazywa się antroposkopia panie prokuratorze. – wyjaśnił Sławek i dokończył wypowiedź. – Jeśli w ciągu kilku dni dostarczymy materiał do laboratorium, to za dwa tygodnie powinniśmy wiedzieć kto kryje się za tą, zmasakrowaną twarzą.
–Za dwa tygodnie? To jakiś absurd, zaraz dzwonię do Bednarka. – odpowiedział Dutkiewicz i nie pytając o więcej szczegółów, rozłączył się bez pożegnania.
Telefon od prokuratora zastał mnie na komendzie, gdzie właśnie omawiałem z Jackiem kwestię przygotowania czaszki denata do dalszych badań. Dokumenty, które upoważniały zakład medycyny sądowej do odcięcia głowy zamordowanego, dotarły z prokuratury równolegle do nas i do Gutowskiego. Kiedy ten do mnie zadzwonił, od razu wiedziałem o czym będzie rozmowa.
–Sławek? Cześć. Tu Marek z patologii, możesz rozmawiać? – zapytał.
–Cześć Marku. Wiem dlaczego dzwonisz. Dostałeś maila od Dutkiewicza. Zgadłem? – odpowiedziałem
–A skąd wiesz? Też dostałeś od niego kwity na tą głowę?
–Tak i jeśli mogę, to proszę cię abyś zrobił to na jutro. Dasz radę?
–Nie wiem, bo muszę sprawdzić, czy w magazynie mamy sodę kaustyczną. Bez niej się nie da, wiesz o tym?
–No wiem. To proszę cię sprawdź szybko, bo Dutkiewicz jak zwykle się pieni i szału dostaje. Jemu się kurde wydaje, że my jak roboty, bateryjkę w dupę i jazda. Mikło, wiesz ta babka z wydziału na Iwickiej, potwierdza, że to nie mógł być wypadek ani samobójstwo. Mówi, że ktoś musiał go tam przywlec. Jakbyś mógł wcześniej przyjrzeć się bliżej tym śladom na twarzy, bo po dekapitacji i oczyszczeniu czaszki tych dowodów już nie odzyskamy. Dobrze Marku?
–Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Zrobiłem taką quasi lokalkę i stwierdziłem, że to musiały być grabki ogrodnicze. Najpewniej takie małe, amatorskie, do pielenia. – zakomunikował mi szybko Gutowski.
–Czyli jednak. Mówiłeś o tym Dutkiewiczowi?
–Wcześniej mu sygnalizowałem, ale nie miałem jeszcze praktycznego potwierdzenia.
–A co cię przekonało?
–No mówię, zrobiłem takie małe doświadczenie na kawałku świeżej gliny, którą uformowałem na kształt twarzy denata i okazało się, że w praktyce ślady są identyczne. To znaczy skóra na twarzy musiała być nimi potraktowana, bo odstępy po ząbkach są podobne, a bruzdy identycznie się rozkładają.
–Okej, to mamy już jakiś punkt zaczepienia. Popchnę kogoś, żeby spenetrował okolicę, może coś jeszcze tam wywęszy. – dopowiedziałem i zwróciłem się bezpośrednio do Jacka. – Wilku, wyślij kogoś jeszcze raz na miejsce zdarzenia, niech poszuka tam grabek ogrodniczych, przypuszczalnie sprawca je tam porzucił. Możesz?
–Jasne Shihan. – odpowiedział Jacek, używając mojej ksywki, popularnej od jakiegoś czasu wśród kolegów z jednostki.
Nazywali mnie tak trochę po złości, ale nie przeszkadzało mi to zupełnie i szybko przywykłem do takiej formy, tym bardziej, że po prawie dziesięciu latach treningów japońskiego stylu walki Kyokushin, zostałem tak nazwany przez swojego Senseia.
–Marku masz jeszcze coś dla mnie?
–Tak. Nie pamiętam, czy ci to referowałem, ale ten fragment włókna, który odnalazłem na ciele denata, był nasączony chloroformem. Mówi ci to coś? – odpowiedział.
–Niewiele. To znaczy wiem, co to jest chloroform. To taki płyn co usypia, ale dlaczego ten fragment znalazłeś akurat na szyli?
–Bo prawdopodobnie był to ręcznik, taki zwykły bawełniany ręcznik. Początkowo zakładałem, że używał go do porannej toalety. To byłoby najbardziej logiczne, ale jak znalazłem na tym włóknie śladowe ilości tej usypiającej substancji, to zmieniłem zdanie. – spuentował.
–Myślisz, że go najpierw uśpili, a potem doprowadzili do jego śmierci?
–Niewykluczone, ale to nielogiczne, bo gdyby go znieczulili, to nie doszłoby u niego do zawału, bo niby wskutek czego?
–Może go uśpili żeby mieć go pod kontrolą, a potem, jak się obudził, to zszedł na zawał? – zapytałem nieco dywagując.
–Być może Sławku, ale ciężko to ocenić, bo dowodów wciąż nam brakuje. Powiedz lepiej kiedy Mikło zrobi tą gębę, bo ja tę czaszkę postaram się przygotować na pojutrze? – spytał na koniec.
–Ona twierdzi, że za dwa tygodnie, ale sam wiesz jak to jest. – odpowiedziałem i pożegnaliśmy się bo właśnie do naszego biura „wczołgał” się komendant komisariatu.
Poniedziałek 11.05.2026 r. komisariat na
Chodeckiej
Według mnie, Bednarek był nadętym bufonem. Każdy sukces naszego zespołu przypisywał sobie. Zazwyczaj, siedział w tym swoim zapuszczonym pokoiku, z którego rzadko wychodził, a jeśli już to tylko po to, aby nas popędzać. Czasem pokazywał swoje ludzkie oblicze podczas odpraw i wtedy starał się być profesjonalny jak mało kto. Może dlatego, mimo wszystko go szanowaliśmy, czerpiąc z jego wiedzy i doświadczeń tyle, ile tylko mogliśmy. Pierwsza odprawa, na której omawialiśmy wątek niezidentyfikowanej ofiary z Powiśla odbyła się na początku maja, tuż po wynikach sekcji zwłok denata, przeprowadzonej przez Gutowskiego. Rozpoczął jak zwykle komisarz Bednarek.
–Witam wszystkich. Jest Świderski i Wilkus? Dobrze, widzę was. Dzisiaj omówimy głównie sprawę, zarejestrowaną pod kryptonimem „No name”, czyli bezimienny. Jak się domyślacie chodzi o faceta, którego zwłoki znaleziono na początku maja pod mostem kolejowym na Powiślu. Sprawę nadzoruje, prokuratura rejonowa Praga Północ w osobie Dutkiewicza. Dochodzenie, jak zapewne wiecie, zleciłem Sławkowi i Jackowi, ponieważ mają w takich sprawach największe doświadczenie. Ale jeśli okaże się, że jest ona bardziej skomplikowana niż mi się obecnie wydaje, to postawimy na nogi cały komisariat. To będzie zależało głównie od tego, kto okaże się ofiarą i jakie ma powiązania. Bo to, że mamy do czynienia z morderstwem, to raczej mamy już ustalone. Tak, podkomisarzu Świderski?
–Zgadza się panie komendancie. – potwierdziłem słowa Bednarka i dodałem. – Po autopsji mamy już pewność, że to nie był wypadek ani samobójstwo. Poszlaki mamy rozpracowane, ale za bardzo nie trzymają się one kupy. Zaginięcia nikt nie zgłaszał, nikt nie wie co to za gość. Jednym słowem, facet widmo został zamordowany, a jego twarz zbezczeszczono, raczej dla zatarcia śladów. Ubierał się elegancko, więc prawdopodobnie był dzianym gościem. W grę wchodzi napad rabunkowy ze skutkiem śmiertelnym, ewentualnie porachunki na tle biznesowym. Nie wykluczam też udziału rodziny w morderstwie, ale to będziemy ustalać dopiero po identyfikacji ciała.
Pokrótce opowiedziałem na jakim etapie jest nasze dochodzenie i poinformowałem ekipę o tym, że wciąż czekamy na efekty pracy profesor Mikło. Niestety kolejny raz musiałem przyznać, że stoimy w miejscu, a oczekiwany przełom w naszym śledztwie jeszcze nie nastąpił. Potrzebowaliśmy go jak ryba wody, bo Dutkiewicz wciąż naciskał na rezultaty, a Bednarek nie miał już siły mu się tłumaczyć. Po moim treściwym wywodzie nastała chwilowa cisza, którą przerwał komendant naszej jednostki.
–Czy to wszystko szanowni państwo? Czy są jeszcze jakieś szczegóły, do omówienia?
–Raczej wszystko szefie, jeśli nie liczyć kilkudziesięciu telefonów od potencjalnych świadków, którzy twierdzą, że wiedzą kto go zabił. Rozdzwoniły się po tym jak media nagłośniły całą sprawę. – tym razem odezwał się Jacek.
–Co za brednie. A nie wiedzą przypadkiem kiedy wyląduje u mas UFO? – odparł Bednarek i dodał: – Skąd mają wiedzieć kto go zabił, jeśli nie wiedzą kto to jest. Telefony dzwonią, a sterty papierów rosną. Jeszcze nic nie wiemy, a już mamy ponad sto bezwartościowych stron akt tej sprawy. To jakiś koszmar.
–To ja dzwonię do Gutowskiego, zapytam o tę czaszkę. – stwierdziłem, co w praktyce oznaczało koniec kazania.
Okazało się, że już ją wysłał do Mikło, więc nie pozostawało mi nic innego jak czekać na efekty jej pracy. Ponieważ była to dla mnie doskonała okazja aby kontynuować z nią znajomość, to kolejny raz umówiłem się z nią na spotkanie.
Niedziela, 21.12.2025 r. Warszawa
Następnego dnia po rozmowie z Romanem, jego żona Grażyna skontaktowała się z detektywem Łukaszem Borowskim, który uchodził w swoim środowisku za jednego z najlepszych. Miał układ z szefem Grażyny, więc ta z łatwością namówiła go na kolejne zlecenie. Z Willmannem spotkali się na trzy dni przed wigilią Bożego Narodzenia w biurze detektywa na Mokotowskiej.
–Witam pana. Borowski Łukasz. – przedstawił się na wstępie detektyw.
–Dzień dobry panu. Roman Willmann, przez dwa el i dwa en. Żona mi o panu opowiedziała dużo ciekawych rzeczy. Czy to prawda, że to pan znalazł zwłoki Joli Wieczorkowskiej? Tej co zaginęła na wybrzeżu w 2019 roku. – zapytał uprzejmie Roman.
–Zgadza się panie mecenasie, ale nie róbmy z tego rzeczy nad wyraz wyjątkowej. Proponuję skupić się na pana problemach i o nich porozmawiać.
–Tak, oczywiście. Po to do pana przyszedłem. Rozumiem, że Grażyna, moja żona, naświetliła panu sprawę spółki Górskiego?
–Tak, przekazała mi ogólne dane, jednak wolałbym od pana uzyskać najmniejsze szczegóły. Oczywiście po podpisaniu zlecenia i umowy o poufności. Już przygotowałem papiery, może pan na nie rzucić okiem? – przyznał Borowski.
–Oczywiście, już parafuję. Otóż chodzi o spółkę Adama Górskiego AGBUD, która posiada niebagatelny majątek w postaci gotówki, jednak jest ona teoretycznie niedostępna, ponieważ właściciel spółki twierdzi, że nie jest dysponentem tych pieniędzy. Ja z kolei, jako syndyk masy upadłościowej tej spółki, muszę te pieniądze uzyskać. I spytam wprost, czy jest pan w stanie mi pomóc, panie inspektorze? – odparł Roman.
–Postaram się, w każdym razie moje koszty to prowizja od pozyskanych kwot oraz zaliczka na działania operacyjne w wysokości pięciu tysięcy złotych, czy to panu odpowiada?
–Jak najbardziej. A ta prowizja, to w jakiej kwocie, jeśli mogę wiedzieć? – odpowiedział pytaniem Roman.
–Tu jest napisane. O, proszę. Jeden procent, nie mniej niż dziesięć tysięcy.
–Świetnie. Tylko rozumie pan? Ta sprawa jest niezwykle delikatna. Ten Górski to w zasadzie mój klient, ale wisi mi sporo pieniędzy, więc mamy tu konflikt interesów. Ja po prostu muszę wyrwać od niego tę gotówkę.
–Oczywiście, panie mecenasie. Może pan mi zaufać. Proszę mi przekazać wszelkie informacje, mogące pomóc w tej sprawie, a obiecuję, że efekty przyjdą szybciej niż się pan tego spodziewa. Chodzi o wszelkie dane, kontakty osobiste i zawodowe Górskiego, adresy osób, z którymi ma jakieś powiązania, preferencje seksualne, etc.
–Panie Łukaszu, niech mnie pan nie przecenia, aż tyle o Górskim nie wiem. Pod pościel mu nie zaglądam, ale słyszałem, że ma kochankę. Nazywa się Dorota, on dużo o niej opowiada, jak tylko ma okazję. Ujmę to tak, lubi się przechwalać swoimi podbojami miłosnymi. Domyślam się, że pieniądze przelewał swojej partnerce, ale ona może nawet o tym nie wie. Tak, czy siak muszę odzyskać te środki, bo wierzyciele mnie naciskają, a sąd nie chce zatwierdzać wynagrodzenia dla mojej kancelarii.
–To już bardzo dużo. A nazwiska tej Doroty pan nie zna? – zapytał detektyw, notując wszystko skrupulatnie w swoim laptopie.
–Nie znam, ale może poznam. Jeśli spotkamy się kiedyś przy jakiejś okazji, to postaram się tego dowiedzieć. Wiem, że mieszka w Otwocku i tam ma też siedzibę jego spółka. – odparł Roman.
–Byłoby super! Jeśli panu zależy na czasie to do dzieła! – podsumował rozmowę detektyw i dodał: – z mojej strony to wszystko. Ma pan jeszcze jakieś istotne informacje? Jeśli nie panie mecenasie, to widzimy się w przyszłym tygodniu, dobrze?
–Naturalnie. Miło było pana poznać. Dziękuję inspektorze. – dorzucił swoje uprzejmości Roman.
–Mi również, do zobaczenia – zakończył Borowski i uścisnął rękę Willmanna na pożegnanie.
Środa, 20.05.2025 r. okolice ulicy Iwickiej Warszawa
Tym razem zaproponowałem spotkanie na neutralnym gruncie i co najciekawsze, ona zgodziła się na to bez żadnych obiekcji. Był to dla mnie pozytywny sygnał z jej strony, ale postanowiłem nie dawać sobie zbyt daleko idących szans na bliższą znajomość z nią, bo niby dlaczego. To, że Magda podobała mi się i imponowała swoim intelektem, to jeszcze za mało abym to ja stał się obiektem jej westchnięć. Pozostały nam więc na razie stosunki stricte zawodowe, na te inne, bardziej intymne nie robiłem sobie jeszcze nadziei. Do kawiarni przyszedłem pierwszy, ale długo nie czekałem, poza tym był piękny majowy dzień, więc usiadłem przy stoliku na zewnątrz. Magda przyszła dziesięć minut później, ale wcale się z tego nie tłumaczyła. Znalazła mnie wzrokiem i podeszła do mnie. Ja z miejsca wstałem i kiedy spostrzegłem, że wyciąga w moim kierunku swoją dłoń, odwzajemniłem ten gest.
–
