Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
449 osób interesuje się tą książką
Jeśli nie przestaniesz uciekać, miłość nigdy cię nie znajdzie
Ray ma zaledwie dwadzieścia kilka lat, a życie już zdążyło odebrać jej tych, których kochała. Najpierw rodziców, później ukochaną ciocię, a w końcu narzeczonego. Gdy kolejna strata odbiera jej grunt pod nogami, postanawia zostawić przeszłość za sobą i zacząć od nowa.
Nashville miało być tylko przystankiem. Tymczasem praca barmanki w popularnym klubie daje jej coś, czego od dawna nie czuła: spokój. Wszystko zmienia się jednak pewnego poranka, gdy Ray rusza na pomoc rannemu nieznajomemu.
Niedługo później w klubie pojawia się nowy szef. Wymagający, zdystansowany i budzący respekt wśród pracowników mężczyzna okazuje się osobą, której Ray uratowała życie.
Od śmierci narzeczonego nauczyła się żyć tak, by niczego nie stracić po raz kolejny. Tyle że niektóre osoby pojawiają się dokładnie wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy. I zostają na dłużej, niż powinny.
Czy Ray znajdzie w sobie odwagę, by jeszcze raz zaufać własnemu sercu?
18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 251
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Anita Kliczykowska
Love Sour
Nie zawsze tak było.
Ciemno.
Zimno.
I tak przeraźliwie samotnie.
Kiedyś byłam szczęśliwa.
Pamiętam zapach świeżej kawy, którą robiłeś każdego poranka.
Pamiętam Twój dotyk na mojej skórze.
Twe usta szukające moich.
Pamiętam nasze tańce w piżamach, gdy zamiast spać buszowaliśmy w kuchni.
Pamiętam te wszystkie chwile, w których byłam szczęśliwa. W których byłeś Ty.
A potem… potem zderzenie z rzeczywistością. I kłamstwa, którymi mnie karmiłeś każdego dnia. Wychodziły brudne z każdego zakamarka naszego domu. A gdy myślałam, że już nic nie może mnie złamać, zadzwonił telefon.
Jeden pieprzony telefon.
Że Ciebie już nie ma. I że nigdy już Cię nie będzie. Że nigdy nie naprawisz krzywd, które wyrządziłeś, że na zawsze zostawisz mnie z pytaniem, dlaczego oni okazali się ważniejsi ode mnie.
Nie mogę tu dłużej zostać, patrzeć na te ściany, które na początku były naszą radością. Naszym marzeniem i spełnieniem.
W których mieliśmy być my.
Wybrałeś inaczej i splamiłeś każdą minutę, którą tu przeżyłam.
Chciałabym napisać, że to koniec. Nie jestem pewna, czy moje roztrzaskane serce uda się jeszcze naprawić. Może miłość nie jest mi pisana?
*
Przekręciłam kluczyk w stacyjce i odpaliłam auto. Stary gruchot zarzęził znajomo.
Jedziemy, staruszku, może gdzie indziej odnajdziemy spokój – pomyślałam, włączając się do ruchu.
Boże, jak gorąco, pomyślałam, podrzucając siatki, które nieznośnie wbijały mi się w dłonie. To miały być małe zakupy, a skończyło się jak zawsze. Jeszcze kawa, mleko i przecież skończyły się chusteczki! Że też zachciało mi się spacerków od rana, przeklinałam siebie w myślach, idąc ulicami małego miasteczka, do którego los sprowadził mnie dwa lata temu. To wtedy spakowałam swój cały dobytek do starego Forda Transita i na chybił trafił wybrałam Nashville.
Niewielkie oszczędności, pozostałe po spłacie kredytów i niezliczonych długów mojego zmarłego narzeczonego, wystarczyły jedynie na wynajęcie mikroskopijnego mieszkanka na poddaszu starej szkoły. Może i mogłam jednocześnie gotować i brać prysznic, ale czułam się tam dobrze. Po roku zdecydowałam się podjąć pracę, a że akurat pobliski klub poszukiwał barmanki, odświeżyłam swoje umiejętności i tak od wielu już miesięcy przygotowywałam margherity, aperolki i inne cuda dla bogatych i rozwydrzonych dzieciaków z okolicy.
A teraz zachciało mi się zakupów przed pracą. Szłam pogrążona we własnych myślach i utyskiwaniu na mój ciężki zakupowy los. Zajęły mnie one tak bardzo, że nie usłyszałam pierwszego strzału.
Drugi za to zmroził mi krew w żyłach. Czułam, jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa, a serce dudniło głośno. Rozejrzałam się ostrożnie, starając się nie wykonywać żadnego gwałtownego ruchu. Nagle usłyszałam pisk opon. Szybko odwróciłam się w tamtą stronę i ujrzałam czarne BMW, do którego wskakiwało dwóch zamaskowanych facetów. Na ziemi leżał jakiś mężczyzna. Niestety mój instynkt samozachowawczy szwankował już od najmłodszych lat, dlatego, niewiele myśląc, rzuciłam siatki i pobiegłam do poszkodowanego.
Trzymał się za prawy bok, a jego ręka była cała we krwi.
– Matko jedyna! Nie wierzę, dlaczego akurat teraz, dlaczego akurat ja? – powtarzałam, a serce mi łomotało. W głowie miałam totalną pustkę. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić w takiej sytuacji. Próbowałam ucisnąć ranę, ale mężczyzna tylko głośniej jęknął z bólu. Rozglądałam się w panice, jak na złość nikogo nie było w pobliżu.
– Po… potrzebujesz pomocy? – zapytałam głupio. No jasne idiotko, facet leży cały we krwi, a ty się pytasz, czy potrzebuje pomocy?,skarciłam się w myślach.
– Te…, te…, tele… – wyszeptał z trudem postrzelony.
Pochyliłam się, a w nozdrza uderzył mnie oszałamiający zapach.
No tak, Ray, świetnie, facet umiera, a ty się podniecasz, skarciłam się w duchu.
– Telefon – wychrypiał w końcu.
– Jasne! Dzięki za pomoc. Teraz pozostaje jeszcze uratować ciebie – paplałam w nerwach. – Już dzwonię po karetkę.
– Nie! – niemal wykrzyczał.
Spojrzałam na niego przerażona.
– Nie po karetkę. John… – dodał z wysiłkiem i pokazał na kieszeń. – Telefon.
Zrozumiałam, co ma na myśli, ale spojrzałam na niego jak na wariata.
– Gościu, ty krwawisz, postrzelili cię! Na rozmówki z twoim kolegą jeszcze przyjdzie czas. Teraz dzwonię po kartkę i po gliny – zdecydowałam stanowczo.
– Nie, gliny nie – wyszeptał z trudem. – To małe, powiedzmy przyjacielskie nieporozumienie – dodał.
Małe przyjacielskie nieporozumienie? Czy on oszalał? Popatrzyłam na niego uważnie. Czarny garnitur, drogi zegarek na ręce i, sądząc po zapachu, perfumy też nie były tanie. Westchnęłam i wzruszyłam ramionami.
– Dobrze, że ja nie mam takich przyjaciół – zrobiłam w powietrzu cudzysłów. – Dobra, nie wypada się kłócić z postrzelonym. Miałam na myśli spluwę, a nie… – zakręciłam palcami przy czole, na co nieznajomy spojrzał na mnie podejrzliwie. – OK, już dzwonię – dodałam uspokajająco.
Ukucnęłam przy nim, na szczęście jego telefon łatwo było zlokalizować. Drżącymi rękoma sięgnęłam do kieszeni jego spodni, ale zawahałam się.
Dlaczego faceci noszą telefony w spodniach, a nie w torebkach – jak normalni ludzie?, pomyślałam. Nie chciałabym zostać zaraz oskarżona o molestowanie. To w końcu Ameryka, tu każdy każdego oskarża. A ta kieszeń znajduje się niebezpiecznie blisko…
– Mogę? – zapytałam, spoglądając na rannego. Na jego ustach pojawił się kpiący uśmieszek. – Widzę, że świetnie się bawisz. Może jednak pomyliłam się w ocenie i nie potrzebujesz mojej pomocy – bąknęłam, ale z satysfakcją wyciągnęłam telefon.
– No wiesz? – zbeształam go, poszukując numeru do tajemniczego Johna. – Telefon bez blokady? Każdy może cię okraść i zadzwonić, nie wiem, do Chin czy gdzieś – mamrotałam bez składu, scrollując listę kontaktów. – O mam! – zawołałam wreszcie i dodałam: – Może sam chcesz z nim pogadać? – Spojrzałam na faceta, coś było zdecydowanie nie tak. – Cholera jasna – zaklęłam pod nosem. – Jeszcze tego mi brakowało, musiał odpłynąć. – Sprawdziłam tętno i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
– Luke? No, czekamy na ciebie… – usłyszałam rozbawiony głos.
– To sobie jeszcze poczekacie – oznajmiłam. – Ten facet został postrzelony, a przed chwilą stracił przytomność – wyrzucałam z siebie słowa jak z karabinu. – Chciałam zadzwonić po karetkę i gliny, ale on mi nie pozwo…
– Gdzie jesteście? – zapytał tajemniczy John, wchodząc mi w słowo.
Podałam dokładny adres i zakończyłam błagalnym tonem:
– Proszę, pospiesz się.
– Już jedziemy – rzucił rozmówca, a po chwili dodał: – Nie pozwól mu umrzeć – i natychmiast się rozłączył.
Poczułam, jak trzęsą mi się ręce.
„Nie pozwól mu umrzeć, nie pozwól mu umrzeć” – te słowa jak zdarta płyta przewijały się w mojej głowie. Sorry, koleś, ale jakoś mężczyźni umierają w moim otoczeniu, nie zdarzają mi się szczęśliwe zakończenia, pomyślałam, czując, jak moje serce zaczyna galopować, a ręce dygotać. Zamknęłam szybko oczy, odliczając do dziesięciu. Polecił mi to kiedyś szkolny psycholog na moje ataki paniki. O dziwo tym razem też pomogło.
Wzięłam jeszcze jeden głęboki, uspokajający oddech i spojrzałam odważnie na mężczyznę. Mój podopieczny nadal był nieprzytomny, ale oddychał. Z jego boku ciągle sączyła się krew. Nie zastanawiając się, ściągnęłam apaszkę z włosów i ucisnęłam ranę. Kula chyba przeszła obok, oceniłam niemal profesjonalnie.
Rozejrzałam się dookoła, ale na horyzoncie nie było śladu ratunku. Przeniosłam swoje spojrzenie na twarz rannego. Blond włosy, szeroka szczęka, pełne usta. Był umięśniony, a na szyi widać było fragment tatuażu.
– Szkoda dla świata, żeby taki facet umarł – powiedziałam po cichu.
Nie mogąc się oprzeć, pochyliłam się, żeby jeszcze raz, ostatni raz, go powąchać. Zapach zawsze działał na mnie jak afrodyzjak. W tym momencie usłyszałam podjeżdżające auto i odskoczyłam od nieznajomego.
– To do mnie dzwoniłaś. Jak sytuacja? – zapytał ktoś, wyskakując z samochodu. Gość wyglądał i zachowywał się jak wojskowy: sztywna postawa, krótkie komunikaty.
– Wydaje się stabilny. Oddech płytki, tętno jest, kula chyba tylko go drasnęła – wyrecytowałam w podobnym stylu.
– Przejmujemy go – oznajmił John, a z tylnego siedzenia wysiadły pospiesznie kolejne dwie osoby, chwyciły mojego postrzelonego i przeniosły do kabiny.
Zanim drzwi się zatrzasnęły, John odwrócił się w moją stronę, spojrzał w moje oczy i skinął głową. Po chwili samochód odjechał z piskiem opon.
Rozejrzałam się po pustym parkingu. Byłam sama, z drżącymi nogami i rękoma ubrudzonymi krwią, a po niedawnych wydarzeniach zostały tylko plama na asfalcie oraz satysfakcja w moim sercu.
Mam nadzieję, że uda się go uratować, pomyślałam, odchodząc w stronę moich rozrzuconych zakupów.
Pozbierałam je do siatek i ruszyłam do domu. Dziwne uczucie. Przed chwilą ratowałam postrzelonego mężczyznę, a teraz znowu dźwigam torby. Tak, jakby to nigdy się nie wydarzyło. Tak, jakby nie wstrząsnęło to moim dniem. Przez moją głowę zaczęły przeskakiwać sceny, w których brałam udział. Dźwięk postrzału, moja ręka uciskająca krwawiącą ranę, metaliczny zapach krwi… Pokręciłam głową, by odgonić te wspomnienia. Czekał mnie długi dzień w pracy, musiałam się skupić na tym, co tu i teraz.
Wsunęłam klucz do zamka, niestety znowu się zaciął.
– Raz ratujesz komuś życie, a raz szarpiesz się z drzwiami. Jak to mówią, od bohatera do zera, czy jakoś tak… – mamrotałam pod nosem. Na szczęście drzwi szybko ustąpiły i mogłam wejść do środka.
Teraz szybki prysznic i praca.
– Mam nadzieję, że już więcej przygód mnie dzisiaj nie spotka – westchnęłam zmęczona, udając się pod natrysk.
Dochodzenie do siebie po postrzale nie było łatwe. Ten skurwiel Marco miał szczęście, że jego chłoptasie nie potrafią dobrze strzelać. Pierwszy strzał w ogóle był chybiony, ale drugi mnie drasnął. I to wszystko przez Jacoba. Mówiłem mu, że Marco to zatwardziały gangster i nie chcę żadnej współpracy z nim, niezależnie jak bardzo atrakcyjną cenę zaproponuje. Na szczęście już rozwiązałem ten problem – z moimi pieniędzmi i odpowiednią perswazją Johna… Temat incydentu na parkingu uznaję za zakończony.
Ale jak to w życiu bywa: jeden problem rozwiązany, więc od razu pojawia się następny – moja wybawicielka…
Ta dziewczyna… jak przez mgłę pamiętam jej oczy i usta… tak, te kuszące usta. To one co noc nawiedzają mnie we śnie. Muszę przetrząsnąć niebo i ziemię, żeby ją znaleźć. Tylko od czego zacząć?
Moje myśli przerwał dźwięk telefonu.
– Jak leci, Luke? Już w pełni sił? – Usłyszałem głos jednego z moich nielicznych przyjaciół, Caleba. – Kiedy wpadniesz do nas zobaczyć, jak się interes kręci? – zapytał.
Wiele lat temu kupiłem sobie klub. Taką miałem zachciankę. Okazało się, że mam do tego smykałkę i jakoś tak się to rozwinęło. Tym sposobem otwierałem właśnie piąty lokal. Caleb pracował jako manager tego pierwszego, w Nashville, i był świetny w swoim fachu. Pod jego rządami nie tylko finanse stały lepiej niż kiedykolwiek. Nashville to moje rodzinne miasteczko, dlatego do tej lokalizacji miałem szczególny sentyment.
– Halo? Jesteś tam? – głos Caleba przywołał mnie do porządku.
– Jestem, jestem. Tak, już w porządku. Wpadnę dzisiaj – odpowiedziałem i rozłączyłem się.
Nigdy nie byłem zbyt wylewny. Wzruszyłem ramionami i wybrałem numer.
– Jacob, dzisiaj wieczór w klubie – zakomunikowałem, gdy tylko się odezwał.
– Juhuuu! – Mój brat zaryczał w słuchawce. – W końcu przestałeś grać kartą postrzelonego i możemy wyruszyć na łowy – zarechotał radośnie.
– Nie rozpędzaj się – zastopowałem jego zapał. – Idziemy tam w interesach. Trzeba kontrolować nawet Caleba i zobaczyć na własne oczy, jak prosperuje klub – dodałem pobłażliwie.
– Luke… – zajęczał mój rozmówca.
– Ale na rozrywkę też przyjdzie czas – rzuciłem, po czym rozłączyłem się z uśmiechem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Love Sour
ISBN: 978-83-8423-710-6
© Anita Kliczykowska i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Maria Bickmann-Dębińska
KOREKTA: Magdalena Brzezowska-Borcz
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
