Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
ONA
Pracująca w biurze podróży Tarnowianka, która potrafi sprzedawać cudze marzenia, a własne odkłada na później. Dzięki temu czuje, że jest bliżej świata, choć sama nigdy nie ruszyła dalej niż osiemdziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania. Wciąż mieszka w bloku, w którym dorastała, co niedzielę jeździ na obiady do rodziców i kocha tę swoją niezależność. Ma w sobie więcej ufności, niż rozsądek by zalecał, i serce, które zbyt łatwo każe jej pomagać innym.
ON
Gburowaty trzydziestoparoletni programista. Przyjechał do obcego miasta zacząć wszystko od nowa, mając w kieszeni jedynie kilka złotych i obiecaną posadę. Zamknięty w sobie, oszczędny w słowach i wyraźnie niechętny całemu światu. Czy zyskuje przy bliższym poznaniu?
Alicja zostaje wystawiona do wiatru przez przyjaciółkę, więc teraz desperacko szuka sposobu, aby uniknąć przeprowadzki do rodziców. Szczepan także znajduje się w prawdziwych tarapatach. Praca w Tarnowie miała oznaczać nowy początek. I wszystko byłoby w porządku, gdyby firma zapewniła mu mieszkanie.
Jedna decyzja podjęta wbrew zdrowemu rozsądkowi – Ala proponuje nieznajomemu wynajem pokoju z odroczeniem opłaty – sprawia, że tych dwoje zostaje… współlokatorami mimo woli.
Dwie przypadkowe osoby – co może pójść nie tak? Czy ich wspólne mieszkanie stanie się piekłem… czy początkiem czegoś zupełnie nieoczekiwanego?
Przypadkowe spotkanie na przystanku autobusowym wywraca życie Ali i Szczepana do góry nogami. Wspólne mieszkanie miało być tylko chwilowym aktem dobroci, a szybko zmienia się w grę, w której stawką stają się prawdziwe uczucia. Kocham tę historię za genialne potyczki słowne bohaterów i za to, jak powoli topnieją lody wokół poturbowanego przez los Szczepana. To idealna, otulająca lektura, w której zakochasz się od pierwszej strony!
Agnieszka, @ksiazkowy.labirynt
Ta historia udowadnia, że życie najbardziej lubi zaskakiwać wtedy, gdy wszystko wymyka się spod kontroli. Pełna humoru, emocji i świetnych dialogów opowieść o ludziach, którzy próbują poukładać swoje sprawy, choć los uparcie miesza im szyki. Bohaterowie są tak prawdziwi, że ma się wrażenie, jakby mieszkali tuż za ścianą i zaraz mieli zapukać do drzwi. To książka, przy której można się uśmiechnąć, wzruszyć i na kilka godzin po prostu dobrze spędzić czas, zapominając o bożym świecie. Uwaga – istnieje ryzyko zarwanej nocy.
Izabela, @belkowwa.czyta
Współlokator mimo woli to książka, która zawiera w sobie wszystko, czego potrzebuje czytelnik romantycznych historii. Idealna dla tych, którzy szukają powieści pełnej emocji, napięcia i niezapomnianych wrażeń. Zaskakujące zwroty akcji i świetnie wykreowani bohaterowie sprawiają, że trudno oderwać się od tej książki!
Larysa, @garden.of.books_
Jedno mieszkanie i dwa zupełnie różne światy. Współlokator mimo woli to ciepła, zabawna i pełna emocji historia o dwojgu ludzi, którzy mieli tylko dzielić przestrzeń, a odnaleźli coś znacznie więcej. Ta lekka komedia romantyczna wywoła uśmiech na Waszych twarzach i sprawi, że nie będziecie chcieli opuścić tego mieszkania.
Sylwia, @ksiazkowertyczna
Współlokator mimo woli to książka, która wciąga od pierwszych stron. Jeśli szukacie romansu z wyjątkowym i uroczym klimatem, świetnym humorem, a przy tym pachnącą kawą o poranku, to jest to zdecydowanie pozycja dla was.
Natalia, @nata_liabooks
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 558
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
1. Wystawieni do wiatru
Stoi parę metrów od mojego przystanku. Stoi i wygląda na zagubionego.
Kilkutygodniowy zarost dodaje mu męskości. Mężczyzna jest co najmniej dziesięć lat starszy ode mnie. Przyglądam się jego zadbanej sylwetce. Wysoki, smukły, zaokrąglony tam, gdzie trzeba – nie od tłuszczyku, tylko od mięśni. Pasują mu bardzo krótka fryzura i krzaczaste brwi.
Chyba nie powinnam się tak na niego gapić, ale przyciąga mój wzrok i nic nie mogę na to poradzić. Typ intelektualisty nie jest w moim guście – przynajmniej tak sądziłam do tej pory. Teraz zmieniłam zdanie. Od razu przykuł moją uwagę.
Ściąga okulary w grubych oprawkach i przeciera powieki wierzchem dłoni. Nawet ten gest jest idealny. Wszystko w nim jest idealne: to, jak stoi w lekkim rozkroku i przechyla ciężar ciała na prawą nogę, te kontury twarzy i wysokie czoło. Nie widzi, jak bezczelnie się na niego gapię na przystanku. Jeszcze chwila, a z otwartej buzi pocieknie mi ślina. Tymczasem on skupia się zupełnie na czymś innym, patrzy w dół, jakby badał układ kostki brukowej.
Coś go niepokoi i ten niepokój jest w jakiś sposób seksowny. Czy ja jestem chora? Powinnam mu współczuć. Powinnam do niego podejść i zapytać, czy w czymś mu pomóc. Zamiast tego fantazjuję, że mnie zauważa, a potem szeroko się uśmiecha i zaprasza na kawę. Rozmawia nam się tak dobrze, że postanawiamy zmienić miejsce na bardziej dyskretne i poznać się bliżej – ale już fizycznie.
Chora!
Tak zdecydowanie jestem chora. Tak się rozmarzyć w biały dzień! W samo południe. W centrum miasta. Ale co, nie wolno mi? Ktoś mi zabroni?
Wolno mi, oczywiście, że mi wolno. Poza tym czekając na Ninę, nie mam nic lepszego do roboty.
Nagle mój sen na jawie przerywa nadejście SMS-a. Tylko dlaczego przyjaciółka pisze do mnie, skoro lada moment się zobaczymy?
Ninek: O matko! Alu, tak strasznie Cię przepraszam, że daję znać dopiero teraz. Nie przyjadę do Ciebie. Nie gniewaj się…
Jak to nie przyjedzie?!
Wybieram jej numer, ale odrzuca moje połączenie. Chwilę potem przychodzi kolejna wiadomość.
Ninek: Trafił mi się staż życia. Pamiętasz, jak opowiadałam Ci o…
Czytam przelotnie cała wiadomość i robi mi się słabo. Ona tak na serio! Wcale nie żartuje! Wielokrotnie zdarzało jej się robić mnie w bambuko. Ale nie tym razem. Uświadamiam to sobie, kiedy na przestanku zatrzymuje się autobus z Krakowa, a wśród podróżnych nie ma mojej przyjaciółki.
Wystawiła mnie!
Nina w ostatniej chwili raczyła mnie poinformować, że nie przyjedzie.
Nie przyjdzie! A ja głupia tłukłam się moim złomem przez pół miasta, żeby ją odebrać. Miała wiele okazji, żeby napisać mi o zmianie swoich planów. Nie tylko nie zamierzała dzisiaj przyjechać, lecz także olała mnie po całości, bo nie zamieszka ze mną podczas wakacji!
Nina, dlaczego?! Dlaczego mi to zrobiłaś? Wszystko mogę zrozumieć, ale nie zmianę planów na ostatnią chwilę. Przecież jeszcze wczoraj rozmawiałyśmy o maratonie wspólnych wieczorów.
Kipię ze złości, a ja rzadko bywam wściekła. Nie dość, że kosztem awantury z koleżanką z pracy musiałam zwolnić się godzinę wcześniej, to jeszcze potem gnałam przez pół miasta na łeb na szyję. Chciałam zdążyć ze wszystkim i się udało. Wstąpiłam nawet do monopolowego i kupiłam ulubione wino przyjaciółki. Nie wspomnę o tym, że wczoraj pół dnia spędziłam na sprzątaniu mieszkania, zwłaszcza drugiej sypialni.
Po wyprowadzce Bartka była w opłakanym stanie. Mój chłopak, teraz już były, urządził sobie tam schowek. Nazywa siebie projektantem wnętrz, ale jego praca ogranicza się do malowania ścian. Fakt, nie był takim zwykłym wykończeniowcem wnętrz. Miał talent. Potrafił za pomocą kilku farb i przyrządów stworzyć coś fantastycznego, co odmieniało wygląd całego pomieszczenia. Tworzył esy-floresy, wzorki, paski, malowidła i tym podobne. Oprócz tego, że w sypialni trzymał swój sprzęt, w tym kilkadziesiąt różnych farb, to ściany służyły mu do testowania pomysłów.
Dlatego teraz każda ze ścian wygląda inaczej i kompletnie do siebie nie pasuje. Sprzątanie tego pokoju przyniosło mi sporo satysfakcji. Zwłaszcza wyrzucenie na śmietnik całego dobytku Bartka. A muszę zaznaczyć, że było tego całkiem sporo. Zasłużył sobie na to. Bydlak! Z drugiej strony gdyby zależało mu na tych rzeczach, już dawno by je odebrał, miał na to dużo czasu.
Razem z Niną miałyśmy przejrzeć resztę jego rzeczy i również się ich pozbyć. Teraz będę musiała zrobić to sama.
Tak się nie robi, koleżanko!
Nieznajomy wyciąga z kieszeni spodni telefon i pisze coś szybko. Nagle zaczyna nerwowo wciskać przycisk z boku urządzenia. Domyślam się, że właśnie padła mu bateria. Ze wściekłością wrzuca telefon do niewielkiej torby przewieszonej przez ramię. Przesuwa dłońmi po twarzy. Zatrzymuje je na głowie, a ja nie mogę już dłużej znieść tego widoku.
Wstaję niepewnie i zanim podejdę do nieznajomego, tańczę niczym zbłąkana owieczka, która nie pamięta drogi do swojego stadka. Krok w tył, potem dwa w przód. W końcu biorę wdech i zbieram się na odwagę.
– Przepraszam, czy wszystko w porządku? Mogę jakoś pomóc?
Zerka na mnie ze złością. Trwa to może ułamek sekundy.
– Chcesz mi pomóc? A przenocujesz mnie? – wyrzuca z desperacją i opryskliwością. – Nie? Tak myślałem.
Obraca się na pięcie i odchodzi zrezygnowany. Nie wiem, co mną kieruje, ale podążam za nim.
Powinnam raczej ruszyć w stronę parkingu i mieć gdzieś tego niewdzięcznika, ale sumienie mi nie pozwala. Jego niemiłe zachowanie spowodowane jest pewnie tym, co go obecnie trapi. Nie widzę innego wytłumaczenia.
– Poczekaj – wołam.
– Chryste! Czego znowu chcesz? – reaguje tak, jakby uczepił się go jakiś małolat, ale taki naprawdę upierdliwy.
– Chcę ci pomóc. Już mówiłam – odpowiadam spokojnie i nie daję się sprowokować jego opryskliwości.
– Nie możesz mi pomóc! Zresztą nie chcę twojej pomocy. Nie potrzebuję jej, a w ogóle to przecież cię nie znam. Poradzę sobie.
– Nie potrzebujesz? A wygląda całkiem inaczej.
– Posłuchaj! – zaczyna tak, jakby powoli kończyła mu się cierpliwość.
Po chwili jednak rysy jego twarzy łagodnieją i kontynuuje już nieco spokojniej, ale wciąż z irytacją w głosie.
– Nie możesz mi pomóc. Jestem tego pewny, więc daj sobie spokój.
– Pozwól, że sama ocenię.
Patrzy na mnie w taki sposób, jakby chciał powiedzieć: „Sama tego chciałaś”.
– Potrzebuję noclegu na parę dni, może nawet na parę tygodni. Najgorsze jest jednak to, że nie mam czym zapłacić, żaden hotel nie w chodzi w grę. Kasę będę mieć dopiero za jakiś czas, ale teraz jestem goły i wesoły.
– Dyskutowałabym z tym, że jesteś wesoły.
– Ha, ha, ha – ironizuje. – Nie mam ochoty na żarty. Możesz już sobie pójść?
– Nie, nie mogę – odpowiadam stanowczo. – Teraz tym bardziej chcę ci pomóc.
Nieznajomy prycha pogardliwie.
– Jestem Ala, od Alicji, ale nie lubię swojego imienia, bo wszystkim kojarzy się z Alicją w Krainie Czarów, przez co mam awersję do tej książki. Wszystkich proszę, żeby mówili do mnie Ala. I tylko tak, bo jak ktoś nazywa mnie Alutką czy Alunią, to od razu zbiera mi się na wymioty.
Patrzy na mnie zaskoczony. Pewnie sobie myśli: „Co to za świruska przede mną stoi?”.
– A ty jak masz na imię?
– Yyy… – Wyraźnie się waha. – Szczepan jestem. I też nie lubię swojego imienia.
– To jak na ciebie wołają? Szczepik? Panek?
Zaciska usta w wąską kreskę, a ja już wiem, że nie lubi tych zdrobnień.
– Muszę iść.
Obraca się i odchodzi. Robi kilka dużych kroków i nagle przystaje. Przystaje, bo z moich ust wypływają dziwne słowa. Wcale nie chciałam ich powiedzieć.
– Mam wolny pokój.
Zaskoczony odwraca się po kilku sekundach. Mierzy mnie wzrokiem, a ja nie wiem, co zrobić. Uciec czy brnąć w tę przedziwną sytuację? To jest przecież obcy człowiek! Dopiero teraz to do mnie dociera, spada jak grom z jasnego nieba.
Nie znasz go, nie wiesz, kim jest. Pierwszy raz widzisz kolesia i proponujesz mu, żeby się u ciebie zatrzymał? Dziewczyno, jesteś szurnięta!
W mojej głowie kotłują się myśli.
Mój nowy znajomy podchodzi do mnie, a ja nie jestem w stanie zrobić kroku do tyłu. Bardzo chcę, ale nie mogę. Moje stopy w rzemykowych sandałkach jakby przywarły na stałe do kostki brukowej.
– Czy ty powiedziałaś, że masz wolny pokój? Szukasz współlokatora?
– Yyyy. Tak, nie…
Plącze mi się język. Nie umiem sklecić zdania.
Co ja narobiłam?!
– To znaczy… Tak, mam wolny pokój, ale nie szukam…
Czuję, jak robi mi się gorąco.
– Obiecuję, że ci zapłacę – mówi szybko, w jego głosie słychać zarówno desperację, jak i iskierkę nadziei. – Oddam ci co do grosza. Podaj tylko cenę. Zgodzę się na każdą, ale powiedz, że przenocujesz mnie przez tydzień, góra dwa.
On mnie błaga! Do jasnej anielki!
– Yyy…
Nie jestem w stanie wydukać żadnych sensownych słów. Stoi przede mną bóg seksu. Tak, bóg seksu. Z bliska wygląda jeszcze piękniej. A więc stoi i… chce się do mnie wprowadzić.
– Mam pracę, słyszysz?! Mam pracę. Przyjechałem tutaj do pracy. Właśnie byłem podpisać dokumenty. Tylko sprawa z noclegiem się skomplikowała.
Kurczę.
– Okej. Nie było tematu. – Ton jego głosu zmienia się drastycznie. Już nie słychać w nim nadziei, tylko chłód.
Mężczyzna znowu się odwraca i odchodzi, a ja nareszcie mogę ruszyć nogami. Schodzi ze mnie całe napięcie, ale nie czuję ulgi. Czuję natomiast coś innego. Wiem, że nie mogę pozwolić mu odejść. Z drugiej jednak strony nie mogę też zgodzić się, żeby u mnie zamieszkał. To jest obcy człowiek. Potrzebujący pomocy i przystojny, lecz wciąż obcy!
– Poczekaj! – wołam znowu.
Nie reaguje od razu, ale w końcu się zatrzymuje i ogląda za siebie.
– Może usiądziemy przy kawie? Tu za rogiem jest kawiarnia. Chodź, ja stawiam.
Patrzy na mnie zdumionym wzrokiem.
– Opowiesz mi wszystko. A potem pomyślimy, co dalej.
2. Niedzielny obiad i powrót do niechcianego tematu
Zrobiłam to!
Pomogłam mu. Pomogłam okularnikowi. Może nie tak, jak na to liczył, ale przynajmniej nie został bez dachu nad głową. Zawiozłam go do przytułku dla bezdomnych. Tylko tyle albo aż tyle mogłam dla niego zrobić.
Naprawdę miałam szczere chęci, jednak nie mogłam się przemóc i zaprosić go do siebie. Nasze wyjście na kawę, które nie należało do najmilszych, tylko potwierdziło moje rozterki.
Esteban przez większość czasu milczał. Tak, Esteban. Nazwałam go tak w myślach, bo bardzo przypomina mi bohatera meksykańskiego serialu, który ostatnio oglądałam. Tak miał na imię. Zaskakujący jest fakt, że Esteban to po polsku właśnie Szczepan.
Po zamówieniu kawy mężczyzna zamiast przekonać mnie do siebie, opowiadając o tym, co go spotkało, i o tym, czemu nagle został bez dachu nad głową oraz bez środków do życia, uparcie milczał. Poza jednym zdaniem.
– Przyjechałem tutaj do pracy. Firma miała zapewnić mi mieszkanie. Nie zapewniła. Koniec historii.
Ani słowa więcej nie usłyszałam, choć ciągnęłam go za język na wszelkie sposoby. Burak.
I zamówił największą, a tym samym najdroższą kawę, jaką mieli w ofercie. Pił ją, posyłając mi co jakiś czas kwaśny uśmiech. Złamas. Co z nim było nie tak? Jego gburowata osobowość nie współgrała z urokiem, który roztaczał swoim wyglądem.
Nie wzbudził mojego zaufania.
Inaczej wyobrażałam sobie to nasze spotkanie przy kawie. Sądziłam, że jeżeli bliżej go poznam, to łatwiej będzie mi zaprosić go do siebie. Poważnie, rozważałam taką możliwość i za każdym razem nazywałam siebie w myślach wariatką, której brakuje piątej klepki. Zawsze się o to podejrzewałam, a teraz miałam na to prawdziwy dowód.
Chciałam zaproponować nieznajomemu zamieszkanie ze mną pod jednym dachem. Byłam gotowa dzielić z nim kuchnię, łazienkę i salon, byle tylko codziennie móc patrzeć na jego uroczą buźkę. Niestety, uroda to nie wszystko. Bozia obdarzyła go urodą, może nawet rozumem, sądząc po stroju intelektualisty, który składał się z koszuli w kratę oraz pięknie opinających jego ciało jeansów, ale chyba zapomniała o empatii.
Szczepan wydymał policzki jak obrażony dzieciak. Przez to coraz mniej było mi go szkoda. Dlaczego nie mógł zdobyć się na odrobinę życzliwości? Przecież wyciągałam do niego pomocną rękę. Zamiast być mi wdzięcznym, miałam wrażenie, że przyjęcie pomocy mu ubliżało.
Kiedy byłam pewna, że nic z niego nie wyciągnę, wyjęłam z plecaka telefon i wyszukałam adres placówki, która przyjmuje bezdomnych. Gdy wypiliśmy swoje napoje, przedstawiłam mu swój pomysł i zaproponowałam, że mogę go tam zawieźć. Jego mina była bezcenna. Mieszanka żalu, szoku i zażenowania. Znowu było mi go szkoda. Naprawdę. Musiało być to dla niego trudne. Upaść tak nisko, żeby nocować razem z bezdomnymi? Nie wiem, co bym zrobiła na jego miejscu i jak bym się czuła. Chyba wolałabym spać pod mostem. Serio. Widać było, że nie ma wyjścia. Było mi go szkoda, ale nie na tyle, żeby zaproponować mu coś lepszego.
Wstał i już myślałam, że bez pożegnania opuści kawiarnię, gdy rzucił krótkie i zrezygnowane „Okej”. Jego sytuacja musiała być naprawdę kiepska.
Nim poszliśmy na parking, poprosił, żebym na niego poczekała, gdyż miał bagaże w schowku na PKS-ie. Znowu uznałam, że to wymówka, żeby mi się wymknąć, ale o dziwo po parunastu minutach wrócił. Dalej miał tylko torbę przewieszoną przez ramię, ale jakby bardziej napchaną. Może obawiał się zabrać większy bagaż do przytułku. Też na jego miejscu miałabym obawy.
Wsiedliśmy do mojego grata, który charczał i stukał, ale jeździł. Wciąż jeździł. Rzadko z niego korzystałam, wolałam komunikację miejską, ale samochód, jaki by nie był, był przydatny podczas większych zakupów czy tak jak dziś w celu odebrania przyjaciółki, która miała mieć ze sobą trzy duże walizy. Esteban oczywiście w żaden sposób nie skomentował pojazdu. Wsiadł i wysiadł z niego bez żadnego słowa. Nim zamknął drzwi samochodu, pochylił się i wyraźnie miał problem z wysłowieniem się. Zaproponowałam mu, że z nim pójdę, ale wtedy naskoczył na mnie.
– Poradzę sobie!
– To może wymienimy się nu…
– Dziękuję za pomoc – powiedział wymuszonymi słowami, przerywając mi. – Do widzenia.
– Do zobaczenia?
Miałam nadzieję, ale nie było chyba na to szans. Esteban trzasnął drzwiami i pośpiesznie skierował się w stronę budynku. Ani razu się nie obejrzał, a ja poczułam dziwny żal w sercu. Poczekałam, aż wejdzie do środka, i dopiero wtedy odjechałam.
Czy postąpiłam słusznie?
Zastanawiałam się nad tym cały piątkowy wieczór przy winie, które miałam wypić z Niną, oraz przez całą sobotę, którą spędziłam w domu. Nina pisała kilka razy, ale w dalszym ciągu byłam na nią sfochowana i postanowiłam przedłużyć ciche dni, pobijając tym samym rekord. Najdłużej się do siebie nie odzywałyśmy całe pół dnia. Teraz sytuacja była inna. Nina naprawdę nawaliła.
*
Jak w każdą niedzielę jadę do rodziców na obiad. Mieszkają teraz w Lisiej Górze, niecałe piętnaście kilometrów ode mnie. Dwa lata temu przeprowadzili się z moją młodszą siostrą do nowo wybudowanego domu. Mieszkają na parterze – góra wymaga jeszcze wykończenia.
Wchodzę do domu i od razu chłonę zapach bitek wołowych w sosie pieczeniowym. Będzie dzisiaj obiad, który najbardziej lubię. Bitki, purée ziemniaczane oraz buraczki. No po prostu palce lizać.
– Cześć wszystkim – witam się z rodzinką.
Mama pichci w kuchni, tata siedzi przy stole, który stoi między kuchnią a salonem, i rozwiązuje krzyżówkę, to jego odwieczne niedzielne zajęcie, a Zośka czyta książkę w swoim pokoju przy otwartych drzwiach. Na mój widok odkłada energicznie lekturę i wyskakuje z pokoju.
– Alu! Chodź, muszę ci coś pokazać! – woła entuzjastycznym głosem, jaki rzadko u niej słyszę, i nie mija chwila, a ciągnie mnie do swojego pokoju, przed klatkę swojego puszystego zwierzaka. – Zobacz.
– Hm, na co konkretnie mam patrzeć?
– Naprawdę?! Nie mów, że nie widzisz!
Przyglądam się klatce wzdłuż i wszerz. Nie widzę ani żadnej nowej zabawki dla chomika, ani niczego innego nietypowego. Prócz… dwóch szarych kłębków ruszających się w rytm oddechów. Zaraz, zaraz. Dwóch kłębków, a nie jednego?
– Masz drugiego chomika?
Zośka klepie się w czoło.
– Mam Lolę od ponad miesiąca. Nie zauważyłaś?
Ale wtopa! Jak mam wytłumaczyć Zośce, że podczas ostatnich niedziel nie zajrzałam do Lucka. Nie przypominam sobie, bym to robiła, choć na bank byłam w pokoju siostry.
– No to na co mam patrzeć? – pytam, żeby odwrócić uwagę.
Siostra nie odpowiada, tylko otwiera klatkę, wkłada do niej rękę i bierze jedną z kulek do ręki.
Wtedy to widzę. Kilka malutkich ciemnych zwiniętych w kuleczki, słodkich gryzoni.
– O matko! Malutkie chomiczki! – wołam teraz równie podekscytowana, co Zośka chwile temu.
– Urodziły się tydzień temu.
– Czemu mi nie powiedziałaś?
– Tata powiedział, że nie wiadomo, czy przeżyją. Wolałam się do nich nie przyzwyczajać. Ale przeżyły. Zobacz, jakie słodkie.
Właśnie kilka z nich zaczęło się przeciągać i na ślepo przebierać malutkimi kończynami.
– Zośka, Alicja! Obiad! – Słyszymy wołanie mamy.
Nie mam ochoty oderwać nosa od klatki, ale mama nie lubi się powtarzać, więc idziemy grzecznie do stołu. Kiedy tam docieramy, wszystko jest już gotowe. Zwykle zjawiam się na styk i od razu pędzę, żeby nakryć do stołu. Potem jemy we względnej ciszy, tak jak dzisiaj, każdy skupia się na swoim talerzu. Po zjedzeniu jednodaniowego, ale całkiem solidnego posiłku, razem z Zośką sprzątamy ze stołu. Ona płucze naczynia w zlewie, a ja układam je w zmywarce. To też taki nasz zwyczaj. W tym czasie mama nastawia czajnik i parzy kawę dla naszej trójki, a dla Zośki herbatę. Czasem prosi o zbożową, ale nie dzisiaj. Dzisiaj wybiera zieloną z dodatkiem mięty. Całkiem zrozumiałe. Na zewnątrz jest dość gorąco jak na początek lata, więc taka herbata na pewno będzie orzeźwiająca.
Siadamy na tarasie. Tata zaczął go na wiosnę i jeszcze sporo pracy przed nim, ale są już zadaszenie, stolik i ławki, można usiąść i delektować się ciszą. Dom moich rodziców znajduje się na uboczu wsi. Uwielbiam przesiadywać na zewnątrz w te nasze niedzielne popołudnia.
Mama pyta, czy chcę kawałek ciasta do kawy. Dziękuję, gdyż jestem tak pełna, jakbym zjadła ogromnego balona. Tata w tym temacie nie zna umiaru. Zawsze uwielbiał wypieki mamy. Też je lubię, ale pewnie skończy się na tym, że zabiorę porcję na wynos. Jak co tydzień.
Kiedy wraca z dwoma talerzykami sernika z kruszonką, ślinka mi cieknie.
No nie bądź taka pazerna!
Karcę się w myślach. Oczy by jadły, ale… Ale trzeba znać umiar.
Opowiadam rodzicom o tym, jak Nina mnie wystawiła, i dopiero gdy mama spogląda na ojca porozumiewawczo, żałuję, że poruszyłam ten temat. Bardzo chciałam o tym komuś powiedzieć i mogłam wybrać do tego celu siostrę. Dobrze wiem, co zaraz usłyszę od mamy. Ona nigdy się nie certoli i mówi prosto z mostu.
– Rozmawialiśmy z ojcem o… – odzywa się mama, ale przerywa, gdy widzi grymas na mojej buzi. – Alka, nie rób takiej miny, umawialiśmy się na coś.
Gdy dowiedzieli się, że rozstaliśmy się z Bartkiem, dali mi warunek. Nie znają całej prawdy o naszym zerwaniu, ale to i tak nic by nie zmieniło. Zdecydowali, że do końca miesiąca opuszczę mieszkanie, które na razie należy do nich. Udało mi się namówić ich na dodatkowe trzy miesiące, ale tylko dlatego, że zaprosiłam do siebie Ninę, która miała dołożyć się do opłat.
– Nie chcę opuszczać swojego mieszkania! – mówię i zrywam się z drewnianej ławki.
– Ale musisz i dobrze wiesz dlaczego.
To prawda. Wiem. Wiem, że nie dam sobie sama rady z opłatami. Pracuję, rzecz jasna, ale koszty trzypokojowego mieszkania dla jednej osoby są zbyt wysokie.
Od kilku lat mam stałą posadę w biurze podróży i nie zapowiada się na żadne zmiany. Moja szefowa wie, że drugiej takiej jak ja nie znajdzie. Tylko że ja coraz częściej myślę o znalezieniu czegoś, co otworzy mi możliwości. Czemu? Bo moja wypłata starcza mi raptem na waciki. No dobra, może jeszcze na ekskluzywny francuski krem do twarzy. Kosztuje krocie, ale wart jest swojej ceny. Nie umiem z niego zrezygnować i co trzy miesiące, gdy tylko wydobędę palcem resztki kremu, pędzę do Sephory po nowy.
Kiedy rodzice z Zośką przeprowadzali się do Lisiej Góry, Bartek zaproponował wspólne zamieszkanie. Rodzice bardzo go lubili i nagle odechciało im się wynajmować mieszkanie, choć zawsze mieli to w planie. Postawili tylko jeden warunek. Od ponad roku byliśmy parą, ale rodzice nie chcieli słyszeć o pomyśle zamieszkania razem przed ślubem, dopóki nie zobaczą na moim palcu pierścionka zaręczynowego. No więc go zobaczyli. Bartek zabrał mnie do jubilera i kazał sobie wybrać pierścionek. Nie było romantycznych oświadczyn, ale i tak skakałam pod niebiosa ze szczęścia.
– Poradzę sobie – mówię twardo, obracając się z powrotem w ich stronę.
Tata przerywa jedzenie sernika, a w zasadzie kończy. Pewnie przymierzał się do porcji mamy, która leży nietknięta, ale widząc mój wzrok, odkłada łyżeczkę na talerzyk.
– Kochanie, nie będziemy już mogli ci pomagać tyle, co do tej pory – wtrąca się w końcu milczący do tej pory.
To mama zawsze prowadziła z nami rozmowy na ważne tematy, a on tylko potakiwał i co jakiś czas wtrącał jedno czy dwa zdania.
– Powiedziałam, że sobie poradzę.
– Jutro damy ogłoszenie do Internetu.
Mama w ogóle nie liczy się z moimi słowami. Źle się z tym czuję. Dlaczego są tacy uparci?
– Mamo!
– Musimy wynająć mieszkanie.
– Nie musicie. Możecie je w końcu przepisać na mnie.
– Alicjo – zaczyna od wypowiedzenia mojego imienia, którego tak nie trawię.
To znaczy, że łatwo nie odpuści. To znaczy, że sprawa jest już przesądzona. Mam nadzieję, że nie. Nie dopuszczę do tego!
– Chcemy zacząć w końcu remontować górę. Każdy grosz się nam przyda.
To jest argument. Nawet dość poważny. Wiem, że ciągle odkładają wykończenie piętra.
– Dobrze, więc znajdę współlokatora.
– Współlokatora? Chyba jesteś niepoważna, córuś. Mamy pozwolić ci zamieszkać z obcą osobą? Nie wygłupiaj się. W domu jest sporo miejsca. Na początku będziesz dzielić pokój z Zośką, ona nie ma nic przeciwko, a potem przeniesiesz się na górę. Twój pokój zrobimy w pierwszej kolejności.
– Nie, mamo. Chcę mieszkać w Tarnowie. Tam czuję się dobrze. Mam blisko do pracy i nie chcę nic zmieniać.
Rodzice patrzą po sobie, widzę, że tracą cierpliwość, dlatego muszę działać od razu. Muszę coś zrobić. Natychmiast. Wypijam całą zawartość kubka, a potem zrywam się na równe nogi jak poparzona.
– Możemy wrócić do tej rozmowy w tygodniu? – pytam, kierując się w stronę wejścia na taras.
– A ty gdzie się już wybierasz?
– Zadzwonię, okej? I proszę, nie wstawiajcie jeszcze tego ogłoszenia.
Idę do środka, żeby włożyć sandały.
– Alu, poczekaj! – woła za mną mama.
Całą sobą przygotowuję się na to, że po raz kolejny usłyszę, jaka decyzja została podjęta. Zaciskam pięści i odwracam się do rodzicielki.
– Zapakuję ci ciasto.
Oddycham z ulgą. Gdy mama znika w kuchni, idę pożegnać się z Zośką.
– Słyszałam waszą rozmowę.
– Tak?
– No. I wiesz co?
– No, co tam, młoda? – pytam, wlepiając oczy w klatkę, ale znowu widać tylko dwie duże oddychające kulki.
– Nie to, że nie chcę cię w moim pokoju. Bo wiesz, pomieściłybyśmy się, ale myślę, że powinnaś walczyć o swoje.
– Tak zamierzam zrobić. Dzięki.
– Rodzice tak naprawdę mają odłożoną kasę na remont – dodaje szeptem. – Boją się tylko, że nie dasz sobie rady sama w tak dużym mieszkaniu. Rachunki są naprawdę tak wysokie?
– Mhm, ale jeżeli zrezygnuję z kablówki, której i tak nie oglądam, to powinnam ogarnąć – kłamię.
– No i martwią się tym, że jesteś tam teraz całkiem sama.
– Nie jestem całkiem sama – prycham.
Otacza mnie przecież mnóstwo ludzi. Mam na myśli Edytę, współpracownicę, szefową, no i sąsiadów. Mam masę sąsiadów. Znam przecież wszystkich z mojej klatki. To nic, że niektórzy są problematyczni, jak na przykład Paula i Eryk, nowożeńcy mieszkający nade mną, którzy lubią w środku nocy stukać łóżkiem o ścianę. Widziałam to ich łóżko. Duże, solidne, nie to, co te z Ikea, które jakimś cudem skrzypią tuż po skręceniu, ale nigdy w sklepie.
– Ty, a skąd ty wiesz takie rzeczy?
– Słyszy się to i owo. Te drzwi nie są dźwiękoszczelne, a uwierz mi, czasem żałuję, że nie są.
Patrzę na nią szeroko otwartymi oczami. Czy ona właśnie myśli o tym, o czym ja myślę, a żadna z nas nie powinna myśleć? Fuj. Jej zażenowany wyraz twarzy tylko potwierdza to, o czym każda z nas pomyślała. Pokój Zośki jest tuż obok salonu, w którym śpią rodzice, więc nie dziwię się, że zdarza jej się słyszeć nieprzyzwoite dźwięki. Jak ja jej współczuję.
– Luz, mam dobrze wygłuszające słuchawki.
– Muszę uciekać, młoda. Widzimy się w środę tam, gdzie zawsze?
– A możemy w czwartek? W środę chyba pojadę z Polą na basen, ale dam ci jeszcze znać, okej?
– Jasne. Trzymaj się.
– Pa.
Wychodzę z jej pokoju i natykam się na mamę. Prawie na siebie wpadamy. W ręku trzyma ogromny pojemnik z sernikiem. Większy niż zazwyczaj. Od razu analizuję w głowie, czy oddałam jej ostatnio pojemnik, w który zwykle pakuje mi ciasto.
– To twój ulubiony, więc zapakowałam ci więcej.
– Dziękuję, mamo. Nie musiałaś.
– Jeżeli to za dużo, to weź jutro do pracy.
Ani myślę. Sernik jest mój i tylko mój. I zjem go dzisiaj.
– Zadzwonię w tygodniu – mówię, trzymając rękę na klamce.
Chcę jak najszybciej wyjść, zanim mama znowu zacznie temat wynajmu mieszkania. Jeszcze nie wiem jak, ale nie pozwolę się z niego wykopać. Jeżeli trzeba będzie, to będę strajkować. Przecież siłą mnie z niego nie wyrzucą. Prawda?
*
Poniedziałki w pracy zazwyczaj są spokojne. Początek tygodnia to przecież taki trudny dzień. Trzeba wrócić do pracy i obowiązków po leniwym weekendzie, choć tak bardzo nie ma się na to ochoty. Wszyscy powtarzają sobie w myślach: „Byle do piątku” i nikt nie wpada na genialny pomysł, żeby tydzień zacząć od wizyty w biurze podróży. Po co się katować. Owszem, zdarzają się śmiałkowie, a raczej desperaci, którym już tylko kilkudniowy pobyt w ciepłych krajach poprawi nastrój, nawet jeżeli na wyjazd będą musieli czekać kolejny miesiąc czy dwa.
Kończę robić ofertę nowych wycieczek na wystawę w oknie, kiedy odzywa się mój telefon. Zerkam na ekran i widzę, że to wiadomość od mamy. Natychmiast zalewa mnie fala niepokoju. Normalnie by zadzwoniła, nie ma w zwyczaju pisać SMS-ów, no chyba że chce przekazać coś, co mi się nie spodoba.
Tak jest też w tym przypadku.
Mamcia: Kończysz pracę o 15? Na 16 umówiłam rodzinę na oglądanie mieszkania. Wiem, że mieliśmy to jeszcze przedyskutować, ale nadarzyła się okazja. To znajomi kolegi z pracy ojca. Pokaż im wszystko, mam nadzieję, że masz porządek. I przekaż im, ile wynoszą wszystkie rachunki. Wiedziałaś, że podniesiono czynsz? Dobrze. Już nie przeszkadzam Ci w pracy. Zadzwoń, gdy od Ciebie wyjdą. Podobno to porządni ludzie.
Po moim trupie!
Taka jest moja pierwsza myśl. Nie wpuszczę tych ludzi do mojego mieszkania. Mojego!
– Po moim trupie – mamroczę pod nosem.
– Ala, masz już te oferty? Co się z tym tak ociągasz?
Jeszcze tego mi teraz brakuje.
Edyta potrafi być czasem wkurzająca. Podlizuje się szefowej, żeby mieć u niej względy. Ma jedynie tytuł technika obsługi turystycznej, a nie magistra tak jak ja, dlatego trzęsie gaciami i wykonuje swoje obowiązki z przesadną starannością. Czasem mam ochotę krzyknąć do niej, żeby wyluzowała, że szefowa i tak jej nie zwolni, bo jest z nas zadowolona.
Nasze biuro jest małe. Dwa stanowiska, jedno moje, drugie Edyty. Szefowa rzadko się u nas pojawia. Przeważnie przesiaduje w drugim, nieco większym punkcie.
– Muszę wyjść zadzwonić. Chcesz to skończyć za mnie? – pytam i widzę zaskoczenie na jej twarzy. Do tej pory nie robiła samodzielnie ofert.
– Ja?
– Sprawdź tylko, czy nie wkradł mi się jakiś błąd, i w ofercie last minute brakuje kilku zdjęć. Poradzisz sobie?
– Jasne.
Przesiada się do mojego komputera, a ja wychodzę przed lokal. Zamiast zadzwonić do mamy, dzwonię do Niny.
– Już myślałam, że pogniewałaś się na wieki wieków! – W jej słowach słychać ulgę. – Aleczko, ja naprawdę nie mogłam odrzucić tego stażu. I naprawdę zaproponowano mi go w ostatniej chwili. Przepraszam, przepraszam, przepr…
– No już, już. Nie dzwonię, żeby wysłuchiwać twoich przeprosin.
– Nie? A szkoda, bo przygotowałam sobie długą przemowę.
– Jeszcze będziesz miała okazję ją wygłosić, więc mam nadzieję, że ją spisałaś. A teraz się skup. Mam big problemejszyn – mówię, a potem jęczę.
Brzmi to bardziej, jakby złapał mnie nagle ból zęba.
Dziewczyno, wypluj te słowa! Bo jeszcze to dziadostwo przywołasz.
– Problemejszyn, powiadasz. Przyznaj, że nie umiesz żyć bez moich cennych rad.
– Nina! To poważna sprawa.
A potem wszystko jej opowiadam.
3. Do diaska!Czyli poszukiwania Szczepana
Kiedy pod koniec pracy piszę do mamy wiadomość, w głowie cały czas słyszę słowa Niny.
– Napisz do matuli, że coś zatrzymało cię w pracy, i leć szukać swojego ciasteczka.
Oczywiście miała na myśli Szczepana. Gdy tylko dowiedziała się, że zawrócił mi w głowie swoim wyglądem, rozkazała mi się za niego brać. Nina i te jej cenne rady. Nie powstrzymała się również przed zruganiem mnie za to, że nie pomogłam potrzebującemu od razu. Ale przecież pomogłam.
– Nina! Dla ciebie wszystko zawsze jest zero-jedynkowe.
– Po co szukać problemu tam, gdzie go nie ma?
– Serio? Przecież to może być jakiś kryminalista. Złodziej. Może nawet morderca.
– Miśka, nie przesadzasz czasem za bardzo?
Poddałam się po kolejnej próbie dotarcia do Niny. Nie docierało do niej kompletnie nic. Ani to, że nic nie wiem o Estebanie, ani to, że jest palantem albo na takiego się kreuje. Jego uroda nie idzie w parze z charakterem, a szkoda. Nie mam ochoty użerać się z tym bucem. Przyjaciółka jednak ostro namawiała mnie, żebym odpuściła i dała chłopakowi drugą szansę. No i uczepiła się tego, że nawet jeżeli nic między nami nie zaiskrzy, to sobie nawzajem pomożemy. Tutaj w sumie miała rację.
Zamieniłyśmy jeszcze kilka zdań, a potem się rozłączyłam. Rozmowa z nią miała rozjaśnić mi umysł, a nie spowodować jeszcze większy chaos. No bo jak to? Naprawdę powinnam odnaleźć mężczyznę, który zaczyna od nowa w obcym mieście, i zaproponować mu zamieszkanie razem? Jest w potrzebie. Ja również, ale… Czy to był dobry pomysł? Nie jestem co do tego przekonana.
Z drugiej strony od kilku dni moje myśli natrętnie krążą wokół niego. Zachował się jak dupek, ale może zasługuje na drugą szansę? Może nie jest takim prostakiem? Może sytuacja, w której się znalazł, sprawiła, że jest taki opryskliwy? A może już rozwiązał swój problem z noclegiem?
Muszę się tego dowiedzieć. Może wtedy nie będzie ostatnią myślą przed zaśnięciem i pierwszą tuż po przebudzeniu.
Żegnam się z Edytą, która dzisiaj siedzi w pracy do zamknięcia biura, czyli jeszcze przez dwie godziny, a potem udaję się w stronę przystanku autobusowego. Gdy jestem na miejscu, sprawdzam najbliższy kurs w stronę przytułku. Niestety, będę musiała kawałek przejść, gdyż nie ma żadnego bezpośredniego połączenia. Nic nie szkodzi. Pogoda jest ładna i może spacer rozjaśni mi co nieco w głowie. W dalszym ciągu nie wiem, co zrobić. Wiem tylko, że mam powód, aby odnaleźć tego mężczyznę. Tłumaczę sobie, że jadę tam, by upewnić się, że Esti ma się dobrze.
Po niespełna godzinie wychodzę z przytułku zawiedziona. Od soboty mężczyzna nie pokazał się w placówce. Spędził w niej jedynie noc z piątku na sobotę, a potem zabrał swoje rzeczy i już tam nie wrócił. Dlaczego? Jedyne wytłumaczenie jest takie, że znalazł inny nocleg. Ale czy na pewno?
Do diaska. I co ja mam teraz zrobić? Szukać go czy odpuścić? A jeżeli szukać, to jak i gdzie?
Mam tylko jeden marny pomysł na to, gdzie mogłabym spotkać mojego przystojniaczka, więc bez zastanowienia wsiadam w kolejny autobus. Ten na szczęście jedzie do centrum, więc nic nie tracę. Mam bilet miesięczny na wszystkie linie komunikacji, zatem mogę nawet pół dnia spędzić na jeżdżeniu po mieście. Mam nadzieję jednak, że nie będzie to konieczne.
Jestem na PKS-ie po parunastu minutach. Wchodzę do budynku i szukam wzrokiem szafek do przechowywania bagaży. Szybko je odnajduję i po raz kolejny czuję rozczarowanie, bo nikogo tam nie ma. Wśród podróżnych siedzących na ławkach na środku holu też nie dostrzegam szukanego przeze mnie osobnika. Postanawiam poczekać, choć szczerze mówiąc, nie widzę w tym sensu. Może się zjawi, lecz szanse na to są pewnie bliskie zeru. Może jego rzeczy są dalej w schowku. Może jest jeszcze w pracy. Wspominał, że podpisał umowę, ale nie wiem, od kiedy miał zacząć pracę, gdzie ani w jakich godzinach. Nic nie wiem. I to mnie lekko dobija. Żałuję, że nie dał mi swojego numeru.
Siedzę tak i czekam jak głupia. Mija pół godziny, a mam wrażenie, że minęło wiele długich godzin, podczas których przyrosłam do twardego plastiku ławki. Czy one muszą być takie niewygodne? Jakby tego było mało, zaczyna burczeć mi w brzuchu. Na myśl o duszonych ziemniaczkach, które miałam sobie zrobić dzisiaj po pracy, czuję ślinę napływającą do ust. Rozglądam się dookoła w poszukiwaniu budki z szybkim i niekoniecznie zdrowym żarciem. Oddałabym wszystko za choćby hot doga w obrzydliwie miękkiej bułce. Waham się przez chwilę, czy nie wyskoczyć po jednego na stację benzynową po drugiej stronie ulicy. To zajmie tylko kilka minut, więc nie powinnam przegapić przybycia Szczepana.
Szybkim krokiem wpadam na stację i krzywię się na widok kilkuosobowej kolejki. Akurat w tym momencie wszyscy postanowili zatankować swoje auto, i to na stacji w centrum miasta? Stojąc i czekając na swoją kolej, rozglądam się po otoczeniu. Kiedy mój wzrok dociera do stolików z tyłu, dostrzegam znajomy czubek głowy wystający zza otwartego laptopa. Nie mam pewności, że to on, dopóki nie podnosi głowy i nasze spojrzenia się nie krzyżują.
Odczuwam niesamowitą ulgę. Od razu wychodzę z kolejki i zmierzam w jego kierunku.
– Tutaj jesteś – mówię i siadam obok niego jak gdyby nigdy nic.
Odpowiada mi grymasem.
– Szukałam cię.
– Po co? – bąka, wracając wzrokiem do ekranu laptopa.
– No… Hm chciałam wiedzieć, czy u ciebie wszystko w porządku.
– W porządku.
Oho, czyli dalej coś go gryzie. Czuję, że chce mnie zbyć, ale ja się tak szybko nie dam. I już mam zamiar przerwać mu stukanie w klawisze laptopa, gdy podnosi głowę, ostentacyjnie obraca ją w moją stronę i wypala:
– Coś jeszcze? Nie widzisz, że jestem zajęty?
– Yyy. – Nie jestem w stanie nic innego z siebie wydobyć.
– Posłuchaj, myślałem, że ostatnio skutecznie się ciebie pozbyłem. Czemu jesteś taka upierdliwa? Po prostu sobie idź. Zapomnij o mnie.
Czy ja się czasem nie przesłyszałam? Naprawdę musi być taki opryskliwy? Odpuściłabym, gdyby wysilił się chociaż na minimalną serdeczność w głosie, ale widocznie bycie miłym nie leży w jego naturze. Mam poważne wątpliwości co to tego, że rozwiązał swój problem, ale czy powinno mnie to obchodzić?
– Kurwa! Uczepiłaś się mnie jak rzep psiego ogona!
Teraz to mi poszło w pięty. Cham! Nic tu po mnie.
Odchodzę, nie obdarzając kolesia żadnym spojrzeniem. Nie zasłużył na to. Poza tym nie chcę, żeby dojrzał w moich oczach, jak bardzo dotknęły mnie jego słowa.
Wychodzę na zewnątrz i dopiero za rogiem pozwalam sobie przystanąć, zamknąć oczy i wziąć kilka głębokich wdechów. One jednak nie pomagają. Czuję się paskudnie, a przecież niczym nie zawiniłam. Chyba że naprawdę jestem upierdliwa. Jestem?
Jak on śmiał? Nic mu nie zrobiłam. Nic. Chciałam tylko pomóc. A jeżeli za chęć pomocy otrzymuje się takie słowa, to znaczy, że nie warto pomagać?
Nie, nie. Nie mogę tego tak zostawić. Tak się we mnie gotuje, że postanawiam zawrócić i powiedzieć mu, co o nim myślę. A w tej chwili jest to bardzo dużo złych rzeczy.
– Ty, ty… – zaczynam od razu, gdy jeszcze mnie nie widzi.
Spokojnie siedzi sobie przy tym swoim laptopie i pracuje.
– Czy ktoś ci już kiedyś powiedział, że jesteś dupkiem? Ale nie takim zwykłym dupkiem. Tylko takim dupkiem dupkiem. Takim dupkiem do kwadratu. Gburowatym, chamskim, ponurym i odpychającym, choć twoja urocza buźka może temu przeczyć – warczę na niego jak nakręcona wariatka.
Słowa wypływają z moich ust tak szybko, jak pocisk wystrzelony z karabinu. I nic w tej chwili nie ma dla mnie znaczenia, choć pewnie każdy z obsługi i klientów stacji ma rozrywkę za darmo. Nie przestaję, nawet gdy z twarzy okularnika znika szok, a pojawia się cwaniacki uśmieszek.
– Jesteś okropny! Okropny! I niewart skinienia nawet najmniejszym paluszkiem. I pomyśleć, że cię szukałam, bo się o ciebie martwiłam i chciałam ci pomóc. Chciałam zaoferować ci pokój w swoim mieszkaniu, choć przecież możesz być pieprzonym mordercą! – krzyczę, a potem mówię coś, czego od razu żałuję. – Nic dziwnego, że nie masz się gdzie podziać. Pewnie rodzina nie mogła z tobą wytrzymać i dlatego się ciebie pozbyła.
Przykładam dłoń do ust. Twarz Szczepana nie wyraża żadnych emocji. Ani złości, ani szoku, ani smutku. Nic. Mężczyzna tylko tępo na mnie patrzy. Nie mogę znieść tego wzroku, więc obracam się na pięcie i zaczynam biec w stronę wyjścia. Kiedy wypadam na zewnątrz, przyśpieszam. Pragnę czym prędzej znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Gdyby można byłoby pstryknąć palcem i przenieść się w dowolne miejsce, to wybrałabym swoje mieszkanie. Chcę być już w domu i niedługo tam będę, choćbym miała całą drogę biec.
– Poczekaj. Alicjo! – Słyszę za sobą głośny ryk.
Przystaję i się odwracam. Szczepan biegnie w moją stronę z laptopem pod pachą i torbą przewieszoną przez drugie ramię. Tylko przez chwilę rozpatruję podjęcie dalszej ucieczki. Ma obciążenie i na pewno bym mu zwiała, ale coś mnie powstrzymuje. Chyba to, że powinnam go przeprosić. Potem… każde pójdzie w swoją stronę.
– Przepraszam za to ostatnie zdanie – mówię, gdy mężczyzna jest kilka metrów ode mnie.
– Tylko za ostatnie zdanie? – pyta, unosząc brew.
– Tak – odpowiadam stanowczo. – Na resztę sobie zasłużyłeś.
Przystaje przede mną, więc słyszę, jak wzdycha.
– Tak, zasłużyłem sobie.
Uszom nie wierzę. Przyznał się do błędu. Ale to jeszcze nic nie znaczy. Przyznać się do błędu a przeprosić to dwie różne sprawy.
Stoimy w milczeniu, nie patrząc na siebie. Kątem oka widzę, że mężczyzna znowu bada rozkład kostki brukowej.
– To ja już pójdę.
Jeżeli nie ma zamiaru przeprosić, to nic tu po mnie.
– Alicja…
– Ala – przerywam mu.
– Wybacz. Zapamiętałem tamto imię tylko dlatego, że w przeciwieństwie do ciebie uwielbiam Alicję w Krainie Czarów i polecam ci przeczytać albo obejrzeć film lub bajkę. Podejrzewam, że nie znasz losów tej bohaterki, w przeciwnym razie byłabyś dumna ze swojego imienia.
Mam ochotę się roześmiać, ale wtedy dociera do mnie, że koleś właśnie wypowiedział chyba najdłuższe zdanie do tej pory.
– Wybacz mój wybuch, Alu. Nie powinienem…
– Okej.
Nie wiem, czemu mu przerywam. Przeprosiny z jego ust brzmią jakoś nienaturalnie, choć nie twierdzę, że nie są szczere.
Kolejna chwila ciszy.
– Wszystko u ciebie dobrze?
– Tak, tak.
– Byłam w przytułku.
– Znalazłem inny nocleg – uprzedza moje kolejne pytanie.
– Aha. To świetnie.
Jakaś część mnie nie wierzy w jego słowa, ale nie mam zamiaru znowu być upierdliwa. Koniec z narzucaniem się.
– No.
Nasza rozmowa jest krępująca i mam ogromną ochotę zniknąć, rzucam więc, że muszę uciekać. Żegnamy się pośpiesznie i każde obraca się, żeby odejść w swoją stronę. Ale nie robię nawet jednego kroku, bo coś w głębi nie pozwala mi odejść. Tym czymś jest myśl, że mama wkrótce znowu przyśle kolejnych chętnych na moje mieszkanie.
– Szczepan? Mówiłam prawdę. Szukałam cię, bo chciałam zaproponować ci wynajęcie pokoju. Oboje byśmy na tym skorzystali. Na pewno masz gdzie nocować?
Wpatruje się we mnie, jakby właśnie zobaczył mikołaja spacerującego w trzydziestostopniowym upale. Coś mi się wydaje, że jednak trafiłam w samo sedno. Tylko dlaczego mnie okłamał?
– Może sernik z kruszonką od mojej mamy cię przekona?
Trzepocze rzęsami, a mnie od tego widoku robi się cieplej na sercu. Wygląda tak uroczo.
– Idziesz ze mną czy nie? – pytam ostatecznie, pomagając mu podjąć decyzję.
Wyraźnie się waha.
– Okej. Poczekasz? Muszę wrócić po bagaż.
Zamiast czekać, idę z nim na PKS. A potem w milczeniu zmierzamy na przestanek komunikacji miejskiej. Przed przyjazdem naszego autobusu pytam Szczepana, czy ma za co kupić bilet. Przytakuje i wygrzebuje z kieszeni drobne. Całą drogę do mojego mieszkania, a trwa ona dwadzieścia parę minut, niewiele rozmawiamy. Zagaduję go o pracę, ale odpowiada, oglądając miasto przez szybę, więc się poddaję.
Moje myśli krzyczą. Ilekroć zerkam na mojego nowego współlokatora i widzę go takiego zadumanego i przystojnego, jestem uradowana, że przyjął moją propozycję. Wygląda dobrze w obcisłej białej koszulce i tych samych spodniach co w zeszły piątek. Obie części garderoby idealnie na nim leżą i podkreślają jego umięśnione ciało.
Odwracam od niego wzrok, bo nie chcę, żeby przyłapał mnie na tym, że mogłabym się gapić na niego godzinami. Jego siwiejący zarost w połączeniu z okularami w grubych oprawkach czynią go najprzystojniejszym facetem, z jakim miałam do czynienia. Do niedawna był nim Bartek. Zupełnie inny typ mężczyzny. Mają tylko jedną wspólną cechę. Wzrost. Choć oczy też mają podobne. Szare. Z tym że oczy Bartka są jaśniejsze. Jest brunetem o dłuższych włosach, które przeważnie wiązał w kitkę na czubku. Jest też znacznie szerszy w barkach, choć nie powiedziałabym, że jest gruby. Jest po prostu takim chodzącym misiem. Bardzo ładnym misiem. Misiem, którego wygląd świadczy o tym, że nie byłby zdolny do tego, co mi zrobił. A jednak.
– Na kolejnym wysiadamy – informuję Szczepana, więc wstaje i stawia swoje dwie wielkie walizki przy wyjściu.
Po kilkunastu minutach stoimy przed klatką bloku, w którym mieszkam.
– Posłuchaj. Chyba powinniśmy ustalić szczegóły.
– Chcesz sporządzić umowę?
– Chyba tak.
– Podpiszę wszystko, ale dopiero za dwa tygodnie będę mógł wziąć w pracy zaliczkę. Za ile chciałabyś wynająć mi pokój?
Kurczę, o tym wcześniej nie pomyślałam.
– Co powiesz na trzysta pięćdziesiąt złotych – wypalam pierwszą lepszą sumę, która przychodzi mi do głowy. – Plus rachunki za wodę i prąd po połowie?
– Brzmi okej.
– Zatem okej – mówię i wyciągam dłoń w jego stronę.
Kiedy ją ściska, czuję płynące od niego ciepło. Jego uścisk jest mocny i zdecydowany. W miejscu, w którym nasze dłonie się stykały, jeszcze długo czuję mrowienie.
Wchodzimy po schodach na drugie piętro, a w zasadzie ja idę, a Esti się wlecze. Proponowałam mu pomóc, ale odmówił. Otwieram mieszkanie i czekam na niego w progu. Kiedy do mnie dołącza, ma przyśpieszony oddech. Wchodzę w głąb mieszkania i czekam, aż zamknie za sobą drzwi. Dopiero wtedy pokazuję mu jego pokój pierwszy od wejścia. Na jego widok okularnik robi krok w tył, wypalając:
– Chyba żartujesz?!
– Nie. To jest od dzisiaj twój pokój.
– Nie.
– Nie?
– Nie! Głucha jesteś?
Oho, czyli powrócił dupek do kwadratu. A już myślałam, że poczyniliśmy w tej kwestii postępy.
– W takim razie wiesz, gdzie są drzwi.
– Litości. Co to w ogóle ma być?
Spoglądam na ściany pokoju i nagle jestem Bartkowi bardzo wdzięczna. Każda ze ścian pomalowana jest na dwa różne wzory. Na prawej są mniejsze i większe trójkąty w różowym kolorze oraz czarny zygzak zrobiony jedynie od góry do połowy ściany. Mój były chłopak stwierdził, że nie tak to miało wyglądać, i zrezygnował z dalszego malowania. Na przeciwległej ścianie jest biała koronka na błękitnym tle zrobiona specjalnym szablonem. Na drugiej połowie również jest wzór z szablonu, z tym że zrobiony żółtym kolorem na białym tle. Ściana z oknem to w całości odciski gąbki. Tutaj Bartek ewidentnie zaszalał. Dół to odbicia prostokątnej gąbki, które wyglądają jak ceglana ściana. Góra to również odbicia gąbki, ale zupełnie nieprzemyślane i niepasujące do siebie. Nie wiem, jaką koncepcję miał tutaj mój były, ale zupełnie mu nie wyszła. Ostatnia ściana to zbiór różnych faktur z gipsu.
– To… była pracownia mojego eks.
– Nie zamieszkam tu. Nie. Ma. Takiej. Możliwości – akcentuje bardzo wyraźnie każde słowo.
– A masz jakieś inne wyjście? – pytam i zostawiam zdezorientowanego Szczepana w przedpokoju.
Jestem już tak głodna, że zaraz żołądek przyssie mi się do kręgosłupa. Wypijam szklankę soku Vitaminka, na którego punkcie mam bzika, a potem wpycham do buzi kilka plasterków wędliny zwiniętych w ser żółty. Dopiero wtedy wracam do przedpokoju. Mój gość stoi w tym samym miejscu, w którym go zostawiłam. Robi mi się go żal, choć nie powinno. Pokój faktycznie wygląda komicznie, ale czy to jest powód, żeby się rzucać? Nina na pewno nie zrobiłaby o to tyle rabanu.
– Posłuchaj. Koło śmietnika leżą jeszcze farby, które wyniosłam stąd w piątek. Jeżeli zaczniesz malowanie od razu, to do wieczora powinieneś się z tym uwinąć.
– I mam spać w oparach farby?
– No, nie. Jest jeszcze przecież salon. Tę jedną jedyną noc możesz spać tam.
Patrzy na mnie, a potem na pokój. Kilka razy jego głowa lata w tę i z powrotem, aż w końcu mężczyzna łapie za swoje walizki i wchodzi do pokoju. Kiedy chcę za nim podążyć, żeby omówić kilka kwestii, trzaska mi drzwiami przed nosem.
Zaczynam powoli żałować swojej decyzji.
4. Chłopak czy kolega?
Dźwięk budzika wwierca mi się w głowę. Łapię za telefon i w ostatniej chwili powstrzymuję się przed rzuceniem nim o ścianę.
Miałam kiepską noc.
Nie mogłam zasnąć, mając świadomość, że za ścianą jest on. Jest tam, ale jakby go nie było. Dosłownie. Przez cały wieczór zachowywał się cichutko jak myszka.
Wstaję z zamiarem zaparzenia sobie kawy w największym kubku. Może dzisiaj nawet odpalę ekspres przelewowy i będę ją pić prosto z dzbanka. Rozpatruję tę kwestię całą drogę do kuchni. Ekspres został w mieszkaniu, gdy rodzice się wyprowadzali. Sami rzadko z niego korzystali, więc im na nim nie zależało. Ale najlepsze jest to, że nie przekazali mi instrukcji obsługi. Kiedyś sądząc, że nie może to być trudna sprawa, spróbowałam zaparzyć sobie w nim kawę, ale wyszła gorsza niż najsłabsza lura. Potem nigdy więcej go nie włączałam, jednak też nie było sensu zaparzać całego dzbanka dla jednej osoby.
Gdy wchodzę do kuchni, moje oczy się jeszcze dobrze nie otworzyły, ale to, co tam zastaję, sprawia, że szybko się rozbudzam. Na blacie kuchennym leży pudełko od mamy. Sernika brak. Zostały jedynie same okruchy. Pełno okruchów.
– No bez jaj – mamroczę pod nosem.
Jestem bliska wybuchu, tylko nie wiem, co bardziej mnie wkurza. To, że dziki lokator pozostawił po sobie syf, czy to, że zjadł cały sernik, który miałam zamiar zjeść do kawy. Przecież w pudełku było pół blachy ciasta, jak nie więcej.
– Zatłukę go.
Zatłukę gołymi rękami.
W chwili kiedy przeklinam w myślach nowego domownika, ten zjawia się w kuchni w samych spodenkach. Przeciąga się, a potem drapie po głowie.
– Dzień dobry – mówi jak gdyby nigdy nic, poprawiając okulary na nosie.
– Dzień dobry?! Masz czelność witać się ze mną w ten sposób po tym, jak zjadłeś cały sernik. Mój sernik! – unoszę się.
– No przecież chciałaś się nim podzielić.
– Dobrze to ująłeś. Podzielić. Podzielić! Czy wiesz, co w ogóle oznacza to słowo? To znaczy, że ty jesz kawałek, którym cię częstuję, a nie wcinasz całość.
– Nie mogłem się powstrzymać. – W jego głosie nie słyszę ani krzty wyrzutów sumienia. – I byłem głodny.
No jasne! Ale gdy wczoraj zastukałam do niego z pytaniem, czy dołączy do mnie podczas późnego obiadu – zamiast grzecznie otworzyć i odpowiedzieć, prawie wyrwał drzwi z zawiasów, a potem wydarł się na mnie. Dosłownie ryknął mi prosto w twarz.
– Mam wrażenie, że wcale nie chcesz mi pomóc. Od początku miałaś mnie gdzieś. Bawi cię pastwienie się nade mną?! Najpierw zawiozłaś mnie do przytułku, gdzie z trudem wytrzymałem noc wśród odoru ludzkich ciał niemytych od nie wiadomo kiedy, a potem udostępniasz mi pokój, który wygląda, jakby mieszkał w nim jakiś pomyleniec. Chcesz, żebym zwariował? Postradał zmysły do końca? Teraz jeszcze proponujesz posiłek? Niby z dobroci serca, ale jestem niemal pewny, że coś do niego dosypiesz, tak żebym długie godziny spędził na tronie w ubikacji.
Po tym przemówieniu znowu trzasnął mi drzwiami przed nosem. Nie widziałam go i nie słyszałam przez resztę dnia. Raz czy dwa nawet pomyślałam, że może powinnam sprawdzić, czy u niego wszystko w porządku. Może faktycznie zwariował od nadmiaru kolorów i wzorów w pokoju? Może leżał na pojedynczym łóżku, które kiedyś należało do mnie, i tępo wpatrywał się w sufit?
Zrezygnowałam z tego pomysłu.
Oboje potrzebowaliśmy ochłonąć i przyzwyczaić się do nowej sytuacji.
Jestem tak bardzo zła, że mam ochotę tupnąć nogą jak małe rozkapryszone dziecko. Nie robię tego jednak. Sięgam po duży kubek i sypię do niego trzy kopiaste łyżki kawy. Całe moje zdenerwowanie zniknie, gdy wezmę kilka łyków aksamitnego płynu. Bartek wiedział, żeby się do mnie nie odzywać, zanim napiję się rano kawy. Zazwyczaj parujący kubek czekał na mnie na blacie w kuchni, gdy wstawałam.
– Też poproszę kawę.
Na te słowa gwałtownie na niego zerkam. Wwiercam mu w czoło ostre spojrzenie, bo nie mam odwagi spojrzeć mu prosto w oczy. Co to ja jestem? Jego służka?
Chyba rozumie aluzję, bo podchodzi i wyciąga kubek z tej samej szafki, z której wyjęłam swój, a następnie odbiera ode mnie pojemnik z kawą. Mam ochotę zapytać, czy nie ma swojej, ale nie było jeszcze okazji spytać go, czy w ogóle go stać na kawę lub cokolwiek. Kiedy woda w czajniku się zagotowuje, mężczyzna zalewa oba kubki i siada przy stole ze swoim.
Dolewam sobie mleka, upijam kilka łyczków i dopiero wtedy odwracam się w jego stronę. Nim się odezwę, dociera do mnie, że w mojej kuchni siedzi obcy mężczyzna, na dodatek półnagi. Oprócz tych seksownych okularów i spodenek dresowych nie ma na sobie nic, nawet skarpetek. Ale nie mam nic przeciwko temu widokowi. Mam okazję podziwiać jego piękne ciało. Bo jest piękne, tak jak wcześniej przypuszczałam. Szczepan jest wysoki i przyjemnie umięśniony tam, gdzie trzeba. Czyli na klatce, w ramionach i na udach. Nie jest typem sportowca, ale widać, że ciężka praca nie jest mu obca. Miałam go za nerda pracującego w biurze, a tu proszę. Miłe rozczarowanie.
Z zamyślenia wyrywa mnie ból języka. Zawiesiłam się tak bardzo, że wzięłam zbyt duży łyk gorącego płynu. Wypluwam go z powrotem do kubka, na co mężczyzna wybucha śmiechem.
– To nie jest śmieszne! – bąkam.
– Jest. Nawet nie wiesz, jak bardzo – odpowiada, wciąż się śmiejąc.
– Posłuchaj, Esti…
– Esti?
Wzdycham. Już mam wytłumaczyć się ze swojej gafy, ale wtedy mnie zaskakuje.
– Podoba mi się.
– Musimy ustalić kilka zasad – zmieniam temat, na co unosi brew w wyrazie zainteresowania. – Po pierwsze… proszę, żebyś po sobie sprzątał.
– Chodzi ci o pojemnik? – pyta, spoglądając na pojemnik po serniku, który wciąż stoi na blacie, a obok niego rozsypana jest kruszonka. – Nie chciałem hałasować.
Mogę przystać na to wyjaśnienie.
– Po drugie… – zaczynam, ale przerywa nam dźwięk dzwonka do drzwi.
Wstaję i idę otworzyć. Kogo niesie o tak wczesnej godzinie? Mam nadzieję, że nie są to rodzice, którzy z samego rana postanawiają zrobić mi awanturę o odwołanie wczorajszego spotkania z potencjalnymi najemcami.
– Dzień dobry. Przyszliśmy obejrzeć mieszkanie – mówi kobieta w kwiecistej sukience do ziemi.
Za nią stoi mężczyzna, trzymający na rękach kilkuletnią dziewczynkę.
– Yyy…
– Twoja mama powiedziała, że spokojnie możemy zajrzeć przed twoją pracą. Nie przeszkadzamy?
– Ale…
Dlaczego mama mnie nie uprzedziła?
– Jesteśmy już prawie zdecydowani, chcieliśmy tylko upewnić się, że z mieszkaniem wszystko w porządku.
– Przepraszam, ale… – w końcu odzyskuję głos – to już nieaktualne.
– Jak to nieaktualne? Rozmawiałam z twoją mamą raptem pół godziny temu.
Kurczę, nie mam ochoty tłumaczyć się obcym ludziom, ale muszę jakoś wybrnąć z tej chorej sytuacji. Rodzice naprawdę dążą do tego, by postawić na swoim, ale nie ze mną te numery. Kiedy koło mnie zjawia się Szczepan, wpadam na genialny pomysł. Po co się tłumaczyć? Pewnie gotowi są zadzwonić i powiadomić rodziców, że zastali w mieszkaniu półnagiego mężczyznę i że nie chciałam wpuścić ich do mieszkania.
– Nie zdążyłam powiadomić rodziców, że zeszłam się z chłopakiem i że znowu mieszkamy razem.
– Aha. No cóż… W takim razie przepraszamy za najście.
Mężczyzna patrzy na nas podejrzliwie.
– Przepraszam, że musieli się państwo fatygować. Do widzenia – żegnam się.
Po chwili zamykam drzwi za małżeństwem, usatysfakcjonowana, że udało mi się pozbyć go tak szybko.
Szczepan o nic nie pyta, tylko znika w swoim pokoju z kubkiem w ręku. Idę do siebie po ubrania. Jeżeli chcę zdążyć do pracy, to muszę zacząć się szykować. Już mam chwycić za klamkę od łazienki, gdy dobiega mnie szum wody. Niech to! Kiedy Szczepan zdążył wskoczyć do łazienki? Wracam do pokoju i czekam. Gdy mija pięć, dziesięć minut zaczynam się niecierpliwić. Ile faceci potrzebują czasu, żeby wziąć prysznic? Podchodzę do drzwi i pukam.
– Długo jeszcze?
Odpowiada mi cisza.
– Szczepan! Spóźnię się do pracy.
Stoję pod drzwiami, dopóki mi nie otwiera. Ma na sobie granatową koszulę i białe spodnie. Bardzo pasuje mu ta stylizacja. Gdy przechodzi obok mnie, czuję przyjemny znajomy zapach. Czy on użył mojego żelu pod prysznic?
– Co się tak gorączkujesz? Też muszę zaraz wychodzić.
– W jakich godzinach pracujesz?
– Od ósmej do piętnastej.
– No to chyba się spóźniłeś, bo jest już ósma.
– Dzisiaj zaczynam później – wyjaśnia.
Nim wchodzę do zaparowanej łazienki, oznajmiam mu, że klucz od mieszkania jest w koszyczku w przedpokoju. Chcę dodać jeszcze, że po pracy czeka nas długa rozmowa, ale mężczyzna kompletnie nie zwraca na mnie uwagi. Bierze ze swojego pokoju torbę, potem szuka klucza w koszyczku i wypada na zewnątrz, nie rzuciwszy mi nawet szybkiego słowa pożegnania.
Co z tym facetem jest nie tak? Raz wydaje mi się, że będziemy potrafili normalnie funkcjonować w jednym mieszkaniu, a potem on robi coś takiego, że mam ochotę uderzyć czołem w ścianę. I to nie raz.
Nie mam już dzisiaj czasu się pindrzyć, więc biorę tylko szybki prysznic, robię kok i nakładam odrobinę tuszu na rzęsy. Wkładam kombinezon wiązany na szyi. Uwielbiam go i to, że idealnie sprawdza się w upalne dni. Pędzę na przystanek z wywieszonym językiem, ale na moje szczęście kierowca ma dzisiaj lekki poślizg i zjawia się dwie minuty po czasie. Tym sposobem w pracy jestem na styk. Za to Edyta zdążyła już otworzyć biuro i zrobić sobie aromatyczną kawę.
*
Ten dzień jest kompletną pomyłką.
Zwykle w pracy mamy luz, dlatego tak bardzo ją lubię. Siedzę sobie przy komputerku, studiuję oferty; jak trzeba, to robię oferty na wystawę, ale głównie czytam o dalekich krajach.
To jest to, co kocham najbardziej. Dlatego właśnie wybrałam taki kierunek studiów. Nawet obsługa klientów, czasem i tych upartych, sprawia, że micha mi się cieszy. Gdy mam możliwość opowiedzieć im o dalekich tropikalnych krajach, o kulturze, o zabytkach i atrakcjach, to jestem w swoim żywiole.
Choć nigdy nie byłam dalej niż w Krakowie, opowiadam o wycieczkach w taki sposób, jakbym uczestniczyła w nich osobiście. Moim marzeniem zawsze było zostać przewodniczką, ale jest to raczej nierealne, więc nie poświęcam temu wiele uwagi, gdyż tylko mnie dołuje. Zapuściłam korzenie w tym mieście i w tym biurze podróży. Dobrze jest tak, jak jest.
Ale nie dziś!
Dziś każdy przypomina mi o tym, że tkwię w tym durnym biurze, a przewinęła się przez nie masa klientów. Jakby każdy wstał rano i pomyślał: „Wtorek. Idealny dzień na zarezerwowanie wycieczki marzeń”. Też mam taką wycieczkę marzeń. Podróż do Włoch. To mój ukochany kraj. I dziś jak na złość wszyscy wybierają właśnie ten kierunek.
Romantyczny długi weekend w Wenecji. Proszę bardzo. Mamy. Werona, Florencja, Rzym. Oczywiście, mamy świetną ofertę. A może jakaś wyspa we Włoszech? Proponuję więc przepiękną Sycylię. Najpiękniejsze plaże we Włoszech? Tylko w Sardynii, Kalabrii czy Salerno. Wszystkie te miejsca chciałabym odwiedzić. Wszystkie co do jednego i jeszcze wiele innych. Ale nie będzie mi to dane. Bo niby skąd mam wziąć na to kasę? Planowaliśmy z Bartkiem podróż, ale potem mnie zostawił. Razem z nim straciłam swoje marzenie.
Klientów jest tak dużo, że po pracy zostaję jeszcze pomóc Edycie. Dopiero przed szesnastą się poluźnia, więc wychodzę i znowu pędzę na przystanek, bo chcę czym prędzej znaleźć się w domu. Mam w planie napuścić wody do wanny i przeleżeć tak pół wieczoru, zajadając się zamówioną chińszczyzną.
Moje plany biorą w łeb, kiedy wchodzę do mieszkania i słyszę głosy dobiegające z kuchni. Żaden z nich nie należy do mojego nowego współlokatora i mam nadzieję, że go tam nie ma. Moi rodzice mają swoje klucze, więc mogą wpadać, kiedy im się tylko podoba. Nigdy jednak tego nie zrobili. Mogę na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy się u mnie pojawili od wyprowadzki.
Jeszcze mnie nie usłyszeli, więc mam ochotę zawrócić i wycofać się z mieszkania, ale ta rozmowa mnie nie ominie. Dodatkowo lepiej skonfrontować się z nimi przed powrotem Szczepana.
Kiedy zbliżam się do kuchni, coraz wyraźniej słyszę rozmowę rodziców. Ton głosu mamy jest piskliwy, a to źle wróży.
– Co ona sobie myślała!? Na kogo wyszliśmy przed tymi ludźmi? Jestem pewna, że wcale nie zeszła się z Bartkiem.
– Poczekaj, zaraz wszystkiego się od niej dowiemy.
– Cześć – witam się niepewnie, przystając na progu kuchni.
Tata siedzi przy stole, a mama ogarnia blat, którego rano nie zdążyłam sprzątnąć. Teraz czuję się z tym głupio. Nie jestem czyściochem, ale też nie brudasem, choć według mamy tak. To, że nigdy nie lubiłam sprzątać, nie oznacza, że tego nie robię. Gdy zamieszkałam z Bartkiem, musiałam nauczyć się dbać o mieszkanie. I jestem dumna z tego, jak wygląda. Niewielki bałagan jest oznaką tego, że jest zamieszkane. Nie umiałabym się odnaleźć w sterylnie czystej przestrzeni.
– No nareszcie jesteś. Gdzieś ty była?
– Coś zatrzymało mnie w pracy.
– Znowu?!
O co ten wyrzut? To moje życie.
– Mamo…
– Usiądź, musimy porozmawiać.
– Wszystko wam wytłumaczę. Ale musicie zrozumieć, że nie chcę się stąd wyprowadzać. Chcę tu zostać. Powtarzałam wam, że dam sobie radę.
– Czyli nie zeszliście się z Bartkiem?
– Nie.
– W takim razie nic już nie musisz tłumaczyć. Pakuj się. Zabieramy cię do domu.
– Mamo! Nie możecie decydować za mnie.
– Ależ możemy. I taka jest nasza decyzja.
– Mam dwadzieścia siedem lat. Nie jestem małym dzieckiem. Tato, powiedz coś.
– Chcemy twojego dobra – odpowiada tylko, choć jego mina zdradza lekkie zawahanie.
– Zostaję tutaj – powtarzam uparcie.
– Nie, Alu. Nie postawisz na swoim, nie tym razem. To nasze mieszkanie i…
– I co? Wyrzucicie mnie? Zostaję – mówię stanowczo.
Nie chcę się kłócić z mamą, ale najwidoczniej nie mam innego wyjścia, a jeszcze nie dowiedziała się najważniejszego.
– Zostaję, bo wynajęłam komuś pokój. Nie mogę go teraz wyrzucić.
– Co zrobiłaś!?
– Mam współlokatora.
– I zrobiłaś to za naszymi plecami? Bez porozumienia z nami? – pyta, mrużąc oczy.
– Mówiłam, prosiłam, ale wy mnie nie słuchaliście.
Matka kręci głową z rozczarowaniem i kiedy myślę, że zaraz skarci mnie jak małe dziecko, pyta:
– Kim on jest?
W tym momencie w progu kuchni staje on, mój współlokator we własnej osobie. Nie słyszałam, jak wszedł do domu. Pewnie przez nasze podniesione głosy. Ale oto stoi przed nami i wygląda na zmieszanego.
– To właśnie jest mój współlokator. Szczepan.
Rodzice patrzą na niego zaskoczeni obrotem sytuacji.
– Dzień dobry – wita się z nimi.
– Przyjęłaś do mieszkania obcego mężczyznę? – pyta mama ostrzej, niż wypada.
– Nie-e – zaprzeczam, bo co innego mogę zrobić.
Skoro już powiedziałam A, to muszę będzie powiedzieć B.
– Kim jesteś?
Z zażenowania mam ochotę zapaść się pod ziemię.
– Jestem…
– To mój znajomy ze studiów – rzucam pośpiesznie. – Chwilowo nie miał się gdzie podziać, bo właśnie wrócił z Azji. Byłeś w Bangladeszu, prawda? – zwracam się do Estebana i modlę się w duchu, żeby przytaknął.
– Mhm.
– Co tam robiłeś?
– Mamo, jak to co? Był przewodnikiem. Nie było go kilka ładnych miesięcy – mówię z zazdrością i z rozmarzeniem.
– I nie masz żadnej rodziny?
– Mamo! A co to? Przesłuchanie? Jeżeli już musisz wiedzieć, to Szczepan nie mieszkał z rodzicami przed wyjazdem i teraz nie zamierzał się do nich wprowadzać. Zresztą za kilka miesięcy znowu wyjeżdża. Taką ma pracę – odpowiadam za niego po raz kolejny.
– Taka praca – powtarza mama, jakby nie za bardzo była przekonana.
– Widzisz, Kryśka, nic tu po nas. Wszystko się wyjaśniło – mówi tata, wstając od stołu.
Mama się już nie odzywa, tylko idzie za mężem. Przechodzi obok nowego lokatora, posyłając mu wymuszony uśmiech.
– Do widzenia – mówi.
– Do widzenia.
– Alu, pozwól na chwilę. – Słyszę po chwili z przedpokoju.
Wzdycham, ale dołączam do rodziców.
– Ten cały Szczepan będzie ci płacić? – pyta szeptem mama.
– Tak, mamo. Zapłacił mi już z góry za pierwszy miesiąc – kłamię.
– Podpiszesz z nim jakąś umowę?
– Tak, ale ona musi zawierać wasze dane. W niedzielę przywiozę, to podpiszecie, dobrze?
Mama nie potwierdza, tylko mówi, że to wszystko wcale jej się nie podoba. W końcu wychodzą, a ja opieram się o drzwi i mam ochotę po nich zjechać. Czuję się zrezygnowana. Nie tak miała wyglądać ta rozmowa, ale na szczęście mam ją już za sobą. Mam nadzieję, że długo nie wrócimy do tematu wynajmu mieszkania.
Szczepan wychyla się z kuchni i pyta:
– To w końcu jestem twoim chłopakiem czy kolegą ze studiów?
Chowam twarz w dłoniach. Mam dość tego dnia!
5. Chińskie danie
