24,99 zł
Zło wyszło z norweskiego mroku... i zdążyło na pierwszą lekcję.
Gdańsk. Wrażliwa, lecz twarda Roksana staje w samym centrum koszmaru. Gdy jej liceum niespodziewanie zaczyna tonąć w dziwnej zbiorowej obsesji, musi stawić czoła nie tylko pradawnemu bytowi, lecz także własnym demonom. Skąd tak naprawdę pochodzi potwór? Z lodowych pustkowi Norwegii czy może ludzkiego wnętrza?
Czy dziewczyna zdoła oprzeć się pradawnej sile, która wciąga w mrok całe jej otoczenie?
Powieść grozy z młodzieżowym twistem oraz miejscem na refleksję o władzy, tożsamości i sile przyjaźni. Pozycja w sam raz dla miłośników serialu „Stranger Things”.
Janusz Borys – polski autor literatury grozy, science fiction i fantasy. Publikował . w magazynach „Biały Kruk” i „Histeria”, a także w antologii Krawędzie Otchłani (Wyd. Abyssos). Współtwórca kanału YouTube Inmemorial, gdzie wraz z żoną opowiadał autorskie historie grozy. Zadebiutował w 2025 r. powieścią „Liceum grozy”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 324
Janusz Borys
Saga
Liceum Grozy
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2025, 2025 Janusz Borys i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727300009
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Leif musiał się zatrzymać, aby złapać oddech. Czaszka pulsowała mu z taką siłą, jakby zaraz miała rozpaść się na milion kawałków. Bał się. Odkąd wyruszył w te przeklęte góry, strach nie odstępował go nawet na krok: przygniatał niewyobrażalnym ciężarem; rzucał na niego przepastny cień. Tylko gniew pozwalał mu podnieść się i iść dalej. Wściekłość pomagała znieść osobisty ciężar. Uczucie pochłaniało go z taką intensywnością, że przypominało panujący właśnie długi dzień, który sprawował pieczę nad światem. Szedł, obserwowany przez nieubłagane, oślepiające słońce. Blask odbity od śniegu tworzył żarzącą się biel, ożywiającą samotny, kamienny świat. Otaczające go fantomy mamiły i próbowały zwabić w pułapkę. Widział miasta majaczące w oddali, pośród chmur. Dostrzegał ludzi, nadchodzących mu na spotkanie, którzy niepostrzeżenie znikali, aby już nigdy się nie pojawić. Sam musiał zmierzyć się z wykwitami wyobraźni i kaprysami zabójczej natury. I to budziło jego przepastny niczym ocean gniew.
Był poetą, a nie wojownikiem. Ruszył, aby udokumentować dokonania brata. To Eryk miał być bohaterem. Tak pięknie mówił o przeznaczeniu, przyszłości ludzi na tej skutej lodem ziemi. Był taki pewny siebie, pomazaniec doznający wizji przyszłości. Szaleniec i wizjoner. Dlaczego więc nie przewidział swojej śmierci?
Leif zaśmiał się.
– To ty powinieneś tu być, bracie, a nie ja! – poskarżył się.
Eryk postawił jeden zły krok, tyle wystarczyło. Zsunął się do skalnej szczeliny i to był koniec. Rzucili mu linę, ale była zbyt krótka. Długo słuchali jego krzyków i błagań, aby go nie zostawiać. Przekonywał ich, kupczył czasem, jakby mieli go w nieograniczonych ilościach. Najwidoczniej zapomniał, że zawsze ich gonił, jednocześnie przeciekając im przez palce. Zostawili go na pewną śmierć. Musieli iść dalej. Nie mogli zmarnować szansy, nie teraz. Stara Matka siedziała w swojej świątyni pod górami i przelewała się w nowe naczynie. Będzie słaba, zmęczona i pochłonięta sekretnymi sprawkami. Na kolejną okazję musieliby czekać latami, a moc – magia zawarta w ludzkich duszach i kościach – słabła, zanikała z każdym przemijającym pokoleniem. Właśnie dlatego tu byli, dlatego Leif poszedł za wyprawą, aby upamiętnić ich czyny.
Splunął na śnieg, gdy dotarł do grani i ścieżki nie szerszej niż ludzka stopa. Wiatr smagał jego twarz i rozwiewał włosy. Ponad nim, na nieboskłonie, zawodził kruk, przywodząc na myśl szyderczy śmiech. Ptak wiedział, że człowiek nie powinien kroczyć ścieżkami zawieszonymi wśród chmur, kalać miejsc dla niego niedostępnych i bezcześcić świętych pustkowi. Wędrowiec także zdawał sobie z tego sprawę, ale nie było już odwrotu. Zaszedł za daleko i teraz droga od podnóża gór była dłuższa, niż do samotnego szczytu dominującego nad doliną. Musiał już tylko dokonać niemożliwego.
Oparł się o kamienną ścianę i utkwił spojrzenie w przepaści, stanowiącej wrota do przeznaczenia. Mógł przeskoczyć na drugą stronę, jeśli dopisałoby mu szczęście. Nie było jednak żadnej szansy, aby wrócił. Półka skalna była za krótka i zbyt nisko zawieszona, aby dobrze się rozpędzić i skoczyć z powrotem. Będzie uwięziony. Ponura realizacja przywołała uśmiech na jego wymizerowaną, zarośniętą twarz. Tylko szaleniec podjąłby się takiego wyczynu, ale te góry… odpowiednio go przygotowały. Widział śmierć swoich przyjaciół, własnego brata i teraz jedynymi towarzyszami podróży byli dla niego zagłada i rozpacz. Pełzły za nim nieustannie, bezgłośne i gotowe, aby objąć czarnym ramieniem, uwięzić w wiecznym uścisku. Nie było sensu, aby kazał im dłużej czekać. Czas uciekał.
Skoczył i przez chwilę nic nie miało znaczenia. Tylko lot i zew kruka ponad drzewami.
Kamień przyjął go na twarde, beznamiętne łono, nie okazując szczególnej łaski. Leif wbił paznokcie w skałę, desperacko szukał punktu zaczepienia. Zawisł nad przepaścią, jednak i tym razem ocalił go gniew. Wdrapał się na półkę skalną, wrzeszcząc i wyjąc przy tym jak szaleniec, aż do utraty tchu. Chciał wstać, ale coś było nie tak. Był ciężki, nieruchomy, czyżby martwy? Zemdlał.
Śnił sny bez snów. Miotały nim myśli i przenikał go chłód. Przed oczami stawał mu obraz Starej Matki, uzurpatorki. Widział ją jako wyschniętą staruchę o białych ślepiach i czarnych włosach, to znów jako ponętną kobietę o dużych piersiach i szerokich biodrach, oczach zielonych jak płomienie tańczące w szałasach szamanów i czarnoksiężników; młodą, niewinną dziewkę, ledwo starszą od dziecka, jednak o twarzy kobiety przebiegłej i wyrachowanej, pamiętającej czasy sprzed narodzin człowieka. Te oczy przebudziły w nim gniew, a gniew przywrócił świadomość.
Leif podniósł się do pozycji siedzącej. Wciąż panował dzień. Słońce nie poruszyło się wcale. Rozejrzał się uważnie, mrużąc oślepione bielą oczy. Starał się odgadnąć, czy był martwy, a może wciąż żywy? W kraju obcych gór nie było to takie proste. Obca kraina przypominała Starą Matkę. Była zimna, nie znała litości i nie dało się odnaleźć w niej niczego znajomego, niczego co rozumiałby człowiek. Królowały w niej przepastne, pozbawione kolorów pustkowia, kilometry kamienia i jałowej, zamarzniętej ziemi, a także ukryte w jej trzewiach bezmiary jaskiń i tuneli – pustych i ciemnych… Martwych.
Poeta kontemplował tę naturę. Powoli odzyskiwał wzrok, widząc coraz dalsze krajobrazy, aż w końcu ze śniegu i wiatru wyłonił się niczym za sprawą magii jego dom. Chaty przywierające do jezior i morza, nieopodal lasów, gdzie nie brakowało zwierzyny łownej. Widział palisady i kamienny budynek – świątynię – wokół którego wszystko się gromadziło. To tam okrutne kapłanki wybierały młode dziewczyny, które następnie rzucały na żer Starej Matce. Tak wybierano najdoskonalsze naczynie, choć ich bogini rzadko była zadowolona. Wciąż szukała, potrzebowała kogoś doskonałego, kogoś, kto wciąż się nie narodził. Te poszukiwania pochłaniały ją, sprawiały, że nie dostrzegała tego, co działo się wokół niej. Zlekceważyła ich, a także buzujący w sercach gniew i nienawiść, jakiej nigdy wcześniej nie zaznali.
Leif wstał. Jęknął. Wszystko go bolało. Zakręciło mu się w głowie, jakby miał potężnego kaca.
– Czyli żyję – zaśmiał się. – Inaczej nie byłoby bólu.
Po raz ostatni spojrzał na dom. Jego towarzysze wyruszyli na wyprawę, aby chronić lud, ocalić się przed straszliwym uciskiem Starej Matki. On nie podzielał szlachetnych, górnolotnych sentymentów. Jedyne czego pragnął to zemsta.
Wrzasnął, a jego straszliwy skowyt wydobywał się z jakiejś niewidzialnej otchłani. Przywołał moce, które drzemały w nim od czasów narodzin. Starał się zachować świadomość, nie zagubić swojego ja, ale był bezsilny. Zmieciony przez rozszalałe prądy i potęgi, czyhające na moment przebudzenia od niezmierzonych stuleci. Połączył się z istotą starszą niż życie. Jego umysł i góra były jednym. Nagle ujrzał wszystko, co działo się wśród szczytów i dolin, a także w zakazanych miejscach, gdzie znajdowała się twierdza Starej Matki. Wydrążona głęboko we wnętrzu fiordów, niedostępna dla ludzi, odkryła przed nim swoje sekrety. Widział kultystów, zdrajców ludzkiej rasy, bijących pokłony i zapatrzonych w swoją boginię. Czuł zapach kadzidła i krwi, rozmazanej na ołtarzach. Przenikał wszystko i szukał znienawidzonego wroga.
Znalazł ją w najgłębszych, najodleglejszych grobowcach, gdzie nikt nie mógł jej zaszkodzić. Wtedy ona także go ujrzała. Zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, zdrady, która wykwitła tuż pod jej bokiem. Zawyła jak wiedźma i zerwała się do biegu. Leif-Góra zaśmiał się, a jego głos wzburzył skałę i śnieg, poruszył świat w posadach. Nadeszła ich chwila. Poruszył się gwałtownie, a wraz z nim ożyło wszystko inne. Śnieg i kamienie, drewno i lód ruszyły w dół, zamykając wrota i przejścia, odcinając świat podziemia od świata powierzchni. Grzebiąc Starą Matkę wraz z jej przeklętymi sługami. Dokonało się. Gniew powoli gasł. Zaspokojony, odchodził w niepamięć, pozostawiał za sobą wypaloną pustkę.
Leif siedział na kamieniu ze skrzyżowanymi nogami. Nie mógł się poruszyć. Zasypiał, przestawał czuć. Wiedział, że już się nie poruszy. Góra go wzywała. Chciała ponownie się połączyć. Oferowała swoje wieczne, niezniszczalne łono. Nie odmawiał. Żałował tylko trochę. W końcu miał szesnaście lat. Był poetą, ale nie stworzył dzieła, które zostałoby zapamiętane. Już niedługo pozostanie po nim jedynie góra. Nawet ten potężny czyn przeminie wraz z upływającymi mileniami.
Zasnął.
„LEWE BUTY”
Łukasz był gotowy wyjść z siebie. Andżelika przyglądała się, jak dusił go gniew, sprawiał, że ledwo wypowiadał słowa. Najpierw wytoczył jej prawdziwą wojnę, aby tu przyjechać, a teraz jeszcze to? Miała zamiar odpoczywać, relaksować się. Tymczasem dostała to?
– Gdzie one są? – zapytał ojciec, ledwo nad sobą panując. – Co tu się dzieje?
– Łukasz, nie denerwuj się – uspokajała go żona, choć było czuć, że nie do końca kontrolowała własne nerwy. – Na pewno jest na to jakieś wytłumaczenie.
Andżelika wprost nie mogła doczekać się odpowiedzi. Nie brakowało tu markowego obuwia, ale nie było żadnego powodu, aby ktoś chciał zabrać tylko lewego buta z każdej pary. No chyba że złodziej miał tylko jedną nogę.
– Jedna para jest kompletna. Jednej ktoś nie ruszył – powiedział po angielsku wąsaty facet.
Czyżby tajemnica była aż tak prosta do rozwiązania?
– To moje buty – powiedział po angielsku, ale z silnym hiszpańskim akcentem, gospodarz hotelu.
Goście spojrzeli na niego, jakby z wyglądu długowłosego Hiszpana mieli zamiar wyczytać, co tak naprawdę się stało. Andżelika także przyglądała się właścicielowi Obserwatorium Aurory. Nie był to zwyczajowo doskonale ubrany, elegancki kierownik czy manager hotelu, podobny do tych, których widywała na Majorce, w Grecji bądź Turcji. Ten był inny. Jak całe te dziwne wakacje. Nieogolony, z ciemnymi, głęboko osadzonymi oczami i wielkimi, mocnymi zębami. Ubrany był w robocze drelichy.
Goście zaczęli otaczać go kręgiem.
Andżelika czuła się zażenowana, gdy rozeźlony tłum napierał na zaskoczonego mężczyznę. Javier wydawał się być niczym ranne zwierzę okrążone przez zaślepione rządzą krwi wilki.
– Tato? – zapytała Andżelika, starając się przekrzyczeć wrzawę i zamieszanie. – Co wy w sumie planujecie zrobić?
Jej ojciec nagle oprzytomniał. Wściekłość i zaślepienie niespodziewanie odpłynęły z jego twarzy. Zmarszczył czoło i zaczął intensywnie myśleć. Bez jego zdecydowanego głosu i górującej nad małym Hiszpanem postury reszta grupy także nieco ochłonęła.
– Nic takiego, księżniczko – odparł z udawanym spokojem, wciąż wbijając zły wzrok w Javiera, którego obarczono odpowiedzialnością za dokonane przestępstwo. – Po prostu musimy się dowiedzieć, gdzie, do jasnej cholery, są nasze buty.
To prawda. Wystarczyło pomyśleć o tym, co działo się na zewnątrz. Wyjący za oknem wiatr i akompaniująca mu burza śnieżna, nie dawały o sobie zapomnieć. Nie było to miejsce, w którym można by poradzić sobie bez specjalnej, ciepłej odzieży. Szczególnie bez butów… Śmierć czaiła się na każdym kroku, czyhała cierpliwie na głupców i popełnione przez nich błędy.
Na szczęście sytuacja nie była zupełnie beznadziejna. Turyści mieli schronienie, nie musieli też nigdzie wychodzić. Część z nich posiadała samochody.
Problem polegał na tym, że ktoś zrujnował wszystkim wakacje. Ludzie nie mieli ochoty zmagać się z przygłupim pranksterem, który miał za dużo wolnego czasu. Wszyscy liczyli na przechadzki wśród fiordów, polowanie na zorzę polarną i podróże do niedalekiego Tromsø. Pragnęli jeździć na nartach albo z pokładów statków obserwować dostojne wieloryby i zwinne foki, które żyły w tej okolicy. Tymczasem wszystko zostało zrujnowane i to już pierwszego dnia. Miasto było oddalone o co najmniej dwadzieścia pięć kilometrów od hotelu. Nie było też co liczyć na sąsiadów. Okolica była wyludniona. Dało się tu znaleźć jedynie bezimienne śnieżne szczyty oraz porzucone ruiny, które z roku na rok coraz bardziej niszczały i rozpadały się niczym niepogrzebane ciała, pozostawione na żer żywiołów i robactwa.
Kiedy Andżelika zdała sobie z tego sprawę, poczuła, jakby ktoś zacisnął cienkie, lodowato zimne paluchy na jej sercu. Nie tego chciała. Nie na to się nastawiła. Miała zamiar uciec od stresu. Odpocząć od szkoły, nauczycieli, niekończącego się natłoku obowiązków i oczekiwań, aby zawsze być doskonałą dziewczyną i najlepszą uczennicą. Czuła się osaczona, wykiwana i pozostawiona na pastwę losu.
Ujęła mamę za rękę i spojrzała jej w oczy. Kobieta także się bała. Aneta zawsze, odkąd jej córka pamiętała, wszystkim się przejmowała i o wszystko martwiła. Wystarczyła najmniejsza błahostka, aby wyprowadzić ją z równowagi.
– Przeszukamy jego pokój – zawyrokował ojciec Andżeliki. Starał się mówić poprawnym angielskim, aby mieć pewność, że goście bez względu na pochodzenie, zrozumieją jaki jest plan. – Przeszukamy cały budynek i znajdziemy nasze zguby. Przecież nie mógł ich ukryć daleko, prawda?
– Chyba, że zostawił buty na zewnątrz i śnieg zdążył je zasypać – zauważyła markotnie Andżelika.
Ojciec spiorunował ją wzrokiem, ale gdy zobaczył, że i tak na niego nie patrzy, jego wojowniczy nastrój nieco ostygł.
– Dzieciaki, lepiej idźcie się pobawić.
Nastolatkowie nie wyglądali na zadowolonych.
– Pobawić? Serio, tato? – zdenerwowała się Andżelika. – Myślisz, że ile mamy lat?
– Dżeli, nie teraz – odparł ojciec, starając się mówić zdecydowanie, choć nie udało mu się ukryć wahania. – Nie widzisz, że musimy zająć się sytuacją? Nie mam teraz czasu, aby się tobą zajmować.
– Zajmować? Tato, ktoś tu grasuje i kradnie buty! A wy zachowujecie się, jakby to była jakaś gra! – Dziewczyna była urażona, ale także przestraszona. – A co, jeśli ten ktoś wróci? A co, jeśli on… on nas obserwuje?
– Andżelko, proszę, uspokój się – odezwała się łagodnie, ale lękliwie matka. – Też się boję, jednak musimy zachować zimną krew. Twój tato ma rację, lepiej idźcie do salonu. Nie chcemy, żebyście byli w centrum tego bałaganu.
– A co, jeśli ten bałagan przyjdzie do nas? – zapytała buntowniczo nastolatka. – Nie mogę po prostu udawać, że wszystko jest OK.
– Słuchaj, księżniczko, rozumiem, że się boisz. Ja też nie jestem zachwycony tą sytuacją – odparł łagodnie, ale wciąż stanowczo Łukasz. – Ale musimy działać rozsądnie. Idź z dzieciakami, dajcie mi trochę przestrzeni, zajmę się tym. Obiecuję, że wszystkim się zajmę.
Andżelika nie miała zamiaru dać za wygraną, ale wtedy spojrzała na matkę i dostrzegła, że ta była na krawędzi załamania. Nie chciała dokładać jej zmartwień.
*
Nastolatkowie zgromadzili się w salonie, w którym mogłoby się zmieścić co najmniej trzydzieści osób. Ich mała grupka wyglądała żałośnie, gdy wszyscy zebrali się w rogu, przy stoliku otoczonym kanapami i fotelami. Nie znali się, przez co trwali w apatycznym milczeniu, szukając zbawienia w wyświetlaczach telefonów. Sprawdzali media społecznościowe, rozmawiali z przyjaciółmi, którzy zostali w domach, ale przede wszystkim czekali, aż wszystko się rozwiąże. Czuli się bezsilni i niepotrzebni. Byli jak zamrożeni, wsłuchani w podniesione głosy rodziców. Zapatrzeni w dziwny i obcy świat otaczający ich skromny hotel. Za oknami rozciągały się białe, złowieszcze fiordy, na które nie prowadziły żadne ścieżki oraz zbocza porośnięte nędznymi drzewami, atakowanymi bez końca przez szalejącą wichurę.
– Nie mogę uwierzyć, że jest rano – powiedział po polsku jeden z chłopaków.
Rzeczywiście, było to niemal nadprzyrodzone zjawisko w oczach ludzi nie znających tego świata. Na zewnątrz panowała ciemność, jakby właśnie przeminął dzień i niedługo miała zapaść noc. A przecież wszyscy dopiero się obudzili.
– I tak mają wyglądać moje ferie? – jęknęła teatralnie Andżelika i opadła na kanapę, nakrywając oczy dłonią. – Ale dno. Będziemy siedzieć po ciemku i bez butów w tej skutej lodem, metalowej puszce? Kto by pomyślał, że moi starzy uznają ferie spędzone w przerobionym kontenerze za lepsze od tych w prawdziwym hotelu z sauną i basenem.
– Tutaj najlepiej widać zorzę polarną – odparł nieśmiało chłopak, nie odrywając spojrzenia od skutych lodem wód i fiordów.
– Może i tak, ale za to całość wygląda jak z jakiegoś horroru.
Rzeczywiście tak było. Po tej stronie Tromsø nie brakowało ciężkiego sprzętu, który na pierwszy rzut oka wyglądał na porzucony. Wszędzie przy drogach stały dźwigi i koparki przypominające zamarznięte, stalowe owady gotowe uderzyć w każdej chwili.
– I ten cały śnieg – dodała po polsku niska brunetka, która rysowała palcem na szybie koła i kwadraty.
– I tak powinno być go o wiele więcej – odparł nastolatek, który wspomniał zorzę. – Wszystko się roztapia. Ulicami płyną strumienie. Lodowce codziennie się rozpadają. Miejscowi mówią, że nigdy nie widzieli tak deszczowej zimy.
Andżelika przyjrzała się chłopakowi. Kaptur naciągnięty na głowę, blada skóra, podkrążone oczy i zacięta mina. Nie sprawiał najlepszego wrażenia.
– Jak się nazywasz?
– Kuba – odparł zrezygnowanym głosem.
– Wszystko ok? – zapytała, badawczo przyglądając się chłopakowi. – Nie wyglądasz najlepiej.
Uśmiechnął się krzywo i rzucił jej dziwne spojrzenie. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale praktycznie od razu je zamknął. Zastanawiał się chwilę, zanim w końcu odzyskał mowę. Andżelice mogłoby wydać się to osobliwe, ale orientowała się, jak działa na chłopców.
– Martwię się tą aferą – powiedział w końcu, wbijając ręce w kieszenie. – Chciałbym, żeby to wszystko się nie wydarzyło.
Była to niewypowiedziana myśl, która nękała wszystkich w salonie. Nawet jeśli do tej pory nikt nie miał odwagi jej podjąć.
– Jeśli to Javier za tym stoi, to musi być skończonym idiotą – wtrąciła dziewczyna, która wciąż bawiła się przy oknie. – Naprawdę wydaje się wam, że gość, który pracuje tu od lat i związał z tym miejscem swoje życie, nagle kradnie jakieś przypadkowe buty? A do tego zostawia swoje własne nietknięte? Śmiechu warte!
Ona ma rację. Po co to wszystko? Totalnie odklejony pomysł. Tutaj musiało stać się coś innego. Coś czego nasi rodzicie zupełnie się nie spodziewają. Być może… – pomyślała Andżelika.
– Nie zdziwiłabym się, gdyby za tym całym zamieszaniem stał ktoś, kto właśnie jest w tym pokoju – kontynuowała, odwracając twarz ku swoim rozmówcom. Zmierzyła ich takim wzrokiem, jakby lada chwila miała wyjawić, kto jest odpowiedzialny za kradzież.
Andżelika i Kuba czekali w napięciu, ale kiedy zdali sobie sprawę, że nie miała zamiaru niczego dodać, poczuli rozczarowanie.
– Już myślałam, że to rozgryzłaś – zaśmiała się Andżelika. – Boże, ale ja jestem czasem głupia. Mam na imię Andżelika.
Dziewczyna w okularach i z kręconymi włosami uśmiechnęła się przebiegle z pewną wyższością. Andżelika od razu zauważyła, że musiała być kujonką. Przynajmniej taka aura ją otaczała.
– Marysia – przedstawiła się i uścisnęła dłonie nowo poznanych znajomych. – Uważam, że powinniśmy powiedzieć naszym rodzicom o tym, co przed chwilą przedyskutowaliśmy, zanim postanowią zlinczować naszego biednego gospodarza. Mam tylko nadzieję, że jeszcze nic mu nie zrobili, bo zapewne tylko on wie, jak zarządzać tą budą, gdyby coś się stało. A wolałabym nie zostać bez prądu czy Internetu.
Brak energii w takim miejscu nie brzmiał jak coś zabawnego. Wszyscy zaczęli się zastanawiać, jak szybko spadłaby temperatura. Czy zamarzliby w ciągu nocy?
– Nieźle mnie nastraszyłaś, Marysiu – poskarżyła się Andżelika.
Zapatrzyła się w okno i zaczęła zastanawiać, kiedy wszystko wróci do normy. Poczuła się, jakby była w złym śnie. Z dala od przyjaciół i domu. Nigdy wcześniej nie doświadczyła takiego osamotnienia i tęsknoty. Była przygnębiona, w niczym nie znajdowała otuchy. Ani w zmartwionych twarzach kolegów, ani w zamarzniętych nocnych pejzażach dominujących za oknem.
– Andżelika – wyrwała ją z zamyślenia koleżanka, delikatnie dotykając jej ramienia. – Ten facet, czy to twój tata?
Spojrzała w kierunku drzwi prowadzących do salonu. Rzeczywiście stał w nich jej ojciec. Jego zwalista sylwetka praktycznie wypełniała całą framugę, odcinając światło, które wydobywało się z kuchni za jego plecami. Wszedł po chwili i ruszył w kierunku córki. Tuż za nim weszła reszta rodziców. Wszyscy mieli poważne miny i blade twarze. Zmęczonymi oczami taksowali pokój, jakby w poszukiwaniu nowych problemów, które musieliby dźwigać na spracowanych barkach.
– Dżeli – rzucił na powitanie jej ojciec. – Chciałem wam powiedzieć, że doszliśmy do pewnego porozumienia w sprawie naszego gospodarza.
– Tato, posłuchaj – wtrąciła dziewczyna. – Zanim powiesz mi resztę, mamy coś ważnego do przekazania.
Ojciec uśmiechnął się pobłażliwie i mówił dalej, nie pozwalając, aby ponownie mu przerwała.
– Nie martw się, księżniczko. Wszystko w porządku. Twój tata zajął się wszystkim. Już po sprawie.
Natychmiast się zirytowała. Nienawidziła, gdy traktował ją w ten sposób. Szczególnie na oczach znajomych.
– Tata szeryf znów wszystkim się zajął? – odgryzła się. – Dobrze, że ja, mała i głupia dziewczynka, nie muszę się już niczym martwić ani o niczym myśleć!
Ojciec najeżył się i ruszył w kierunku nastolatki. Dzieliły ich zaledwie centymetry. Zdecydowanie górował nad drobną córką, ale nie dała się przestraszyć. Nie cofnęła się. Patrzyła mu prosto w oczy z zaciśniętymi ustami.
– A myślisz, że jak miałoby to wyglądać? Wolałabyś sama wszystko załatwić? To nie problemy na szkolnej przerwie. Tak czy inaczej, chciałem ci tylko powiedzieć, że już jest po wszystkim i nie ma się czego bać. Czy to coś złego?
– Znaleźliście nasze buty?
Po minie ojca poznała, że nie ma dobrych wieści.
– No to super. To co takiego załatwiliście?
– Facet jest zamknięty w swoim pokoju. Czekamy na policję – tłumaczył. – Powinna być jutro. No co? Nie patrz tak na mnie. Coś jest nie tak z drogą. Z zasięgiem zresztą też. W każdym razie rano wszystko powinno być załatwione i sprawy wrócą do normy.
– Dopiero jutro? – jęknęła Andżelika. – To co mamy robić cały dzień bez butów?
– Coś wymyślicie. Mają tu przecież gry planszowe, możesz też posiedzieć z mamą. Bardzo zależało jej na tych wspólnych wakacjach.
Zupełnie się poddała. Powietrze schodziło z niej jak z przekłutej dętki rowerowej. Wiedziała jednak, że niczego nie wskóra, kłócąc się z ojcem.
– Super – rzuciła ironicznie, odwracając się do swoich nowych znajomych. – To będą najlepsze ferie.
*
Javier czuł się zbrukany. Nie mógł uwierzyć, że został uwięziony we własnym hotelu. Dlaczego ktokolwiek mógłby pomyśleć, że stał za tą śmieszną kradzieżą? Siedział na łóżku i kontemplował wydarzenia z ostatnich godzin. Kogo widział ostatnio na korytarzu, gdzie wszyscy trzymali swój sprzęt zimowy. Gdyby tylko sobie przypomniał, mógłby oczyścić swoje imię. Farsa dobiegłaby końca. Był jednak zbyt zestresowany i rozgoryczony.
Nagły łoskot odwrócił jego uwagę.
Zaniepokoiło go to. Nie rozumiał dlaczego ktoś miałby opuścić schronienie w środku nocy. Wyjrzał za okno, ale niczego nie dostrzegł. Pogoda była kiepska, niebo zachmurzone. Czyli nie chodziło o obserwację aurory.
– Czemu psy nie szczekają? – wyszeptał po hiszpańsku, z coraz większym lękiem przyglądając się ponurej czerni, zalegającej nad całym światem.
Dostrzegł kształt, poruszenie na tle upiornego, widmowego świata zimy. Pies. Mignął mu dosłownie na chwilę, nim zniknął w paskudnej zadymce. Wyglądał na przerażonego, jakby przed czymś uciekał. Co mogło go tak wystraszyć?
Po chwili pożałował, że zapragnął odkryć tajemnicę. Otworzył szeroko oczy, chciał krzyknąć, ale zaniemówił. Za oknem stało coś…
Człowiek?
Zwierzę?
Nie mógł być pewny. Sylwetka migotała w słabym świetle pojedynczego reflektora, oświetlającego parking. Wyglądała niczym miraż, zmieniała się, nie mogła zdecydować na formę.
– Strzeż mnie Matko Boska – wymamrotał, na chwilę przed tym, jak rozpętało się piekło.
„STO OSIEMDZIESIĄT STOPNI”
Andżelika długo nie mogła zasnąć. Niespokojnie nasłuchiwała wycia wiatru i pojękiwań samotnie rosnących drzew. Głębokich oddechów rodziców. Zastanawiała się, jak mogli spać po tym wszystkim, co ich spotkało. Jednocześnie nawiedziła ją irracjonalna myśl:
A co, jeśli rodzice przestaną oddychać?
Nie mogła się uwolnić od uporczywego przeczucia. Paliło ją od środka, przypominając o własnej śmiertelności. Sprawiało, że pragnęła rwać włosy z głowy. Cierpiała w ciemności, aż w końcu wycieńczona, zapadła w senne nieistnienie.
Ponure myśli bezszelestnie przeniknęły do jej snów.
Po jakimś czasie wyłoniły się z ciemności. Andżelika znalazła się wśród fiordów otaczających ją niczym kamienny pierścień. Szybowała nad roztapiającymi się lodowcami, tworzącymi wartkie strumienie i wodospady. Ujrzała odpadające czapy lodowe, odkrywające starożytne litery, wykute w skale przed tysiącami lat. Wiedziała, że patrzy na coś zakazanego, choć nie rozumiała dlaczego. Przeszłość i to, co zostało w niej pogrzebane, powracało do życia, wygrzebywało się niczym głodny upiór, gotowy pożywić się światem.
– Nie! – krzyknęła rozpaczliwie – Nie!
– Andżeliko… – wyszeptał obcy głos.
Spośród dziesiątek snów, które pamiętała i setek, które na zawsze przepadły, Andżelika natychmiast wiedziała, że z tym jednym coś było bardzo nie w porządku. Jej strach wzbił się w straszliwe crescendo. Pragnęła uciec. Uwolnić się od nieznajomej obecności, która w jakiś nadzwyczajny sposób nawiedziła najbardziej sekretne, niezbadane królestwo jej umysłu. To coś było niczym pasożyt, śmiertelnie niebezpieczna infekcja nieznanego pochodzenia. Co gorsza, rosło szybko. Choć pozostawało niewidzialne i nienazwane, rozpychało się, pęczniało, pochłaniając wszystko i wypierając dziewczynę z jej własnego snu, z jej własnej świadomości.
Krzyknęła.
Krzyknęła na znak ostatecznego i bezkompromisowego sprzeciwu. Krzyczała zarówno we śnie, jak i na jawie.
Powróciła do normalnego świata. Zdała sobie sprawę, że nie tylko ona krzyczy.
Wystrzeliła z łóżka i nikt nie był w stanie jej powstrzymać. Rodzice nie zdołali ochronić córki przed tym, co miała ujrzeć na własne oczy.
Koniec metalowego kontenera przerobionego na hotel był rozerwany. Wyglądał, jakby wjechała w niego rozpędzona ciężarówka. Fragmenty metalu, boazerii i rozerwanych na strzępy mebli tworzyły przerażający chaos, napiętnowany gwałtownymi wydarzeniami. Tło jednak szybko przestawało mieć znaczenie, gdy zrozumiała, co znajdowało się pośród ogromu zniszczeń.
Człowiek lub coś, w co człowiek transformuje się po śmierci. Kawałki Javiera pozahaczane o metalowe strzępy ścian. Krew rozlana ohydną, tłustą, prawie czarną plamą na podłodze. Wyglądała, jakby szalony malarz maczał w mazi swój pędzel i chciał pomalować twarz trupa w krwawe kolory śmierci. Dolna połowa ciała została brutalnie oderwana i zniknęła. Wnętrzności wypadły na wierzch i przywodziły na myśl krwawe ofiary pozostawione na ołtarzu mrocznych, bezimiennych bogów.
Andżelika patrzyła na to oniemiała. Nie dostrzegała otaczających ją ludzi, którzy pogrążeni w niebotycznym przerażeniu, przyglądali się śmierci, zaprezentowanej w najobrzydliwszy sposób. Dopiero odgłos łkania i szeptane modlitwy wyrwały ją z odrętwienia. Zorientowała się, że płacze i ze zgrozą stwierdziła, że być może wciąż śni. Odwróciła się, wkładając w to wszystkie siły, jakby w ten sposób mogła na zawsze wyrzucić z pamięci to, co ujrzała. Tuż za nią stanęli jej rodzice – ponury ojciec i matka, która wyglądała na bardziej przestraszoną od córki. Rodzina padła sobie w ramiona, próbując stworzyć namiastkę własnej, bezpiecznej przystani.
*
Mężczyźni stali przy drzwiach, które bujając się na pojedynczym zawiasie, wyglądały niczym źle wyrwany ząb, zwisający na okrwawionym dziąśle. Ludzie się bali. Nikt nie wiedział, co się dzieje, ale ktoś musiał działać. Stawka była wysoka. W końcu chodziło o ich dzieci. Ich rodziny. Nikt z gości Obserwatorium Aurory nie był policjantem ani żołnierzem. Byli zwyczajnymi, prostodusznymi ludźmi – turystami z Europy. Nie wiedzieli, jak do tego wszystkiego podejść i z całą pewnością nie chcieli przekraczać progu pokoju, który podświadomie uznali za przeklęty, zbrukany przez straszliwą śmierć.
– Wchodzimy? – zapytał Ryszard, ojciec Marysi, patrząc wyczekująco na Łukasza, który został nieformalnym przywódcą i pomysłodawcą całej wyprawy.
– Wchodzimy – zawyrokował Haduch po czym dziarsko ruszył ku zniszczonym drzwiom.
Wszyscy żałowali, że po raz kolejny muszą wejść do pomieszczenia, w którym poprzedniej nocy zamknęli posądzonego o kradzież mężczyznę. Jego ciało wciąż tam było. Nikt ani nic nie ruszyło makabrycznych szczątków. Tkwiły tu niczym symbol niebezpieczeństwa, ponure przypomnienie ludzkiej śmiertelności.
– Kurwa mać – rzucił Ryszard. – Co mu się stało? Jakiś wybuch?
Mężczyzna należał do ludzi, którzy lubili mówić. Nawet jeśli nie mieli nic mądrego do powiedzenia. Nawijał prawie bez przerwy, jakby bał się, że będzie zbyt cicho.
– Nie wiem. Nic się nie paliło. Nie ma żadnych śladów wybuchu – odpowiedział Łukasz Haduch.
– No to co mu się stało? – drążył dalej, jakby jego towarzysz wiedział, o co chodzi w całej sprawie.
Wszyscy byli tak mocno zaaferowani dochodzeniem, że nikt nie zauważył, gdy do pokoju wślizgnęła się kolejna postać. Wsłuchiwała się w rozmowy prowadzone po polsku, a także te przebiegające po angielsku i hiszpańsku, jednak głównie przyglądała się ciału i temu, co je spotkało. Próbowała odtworzyć bieg wypadków, odczytać przeszłość z teraźniejszości.
– Coś go pożarło – stwierdziła w końcu cichym, melodyjnym głosem. – Jego nogi zostały odgryzione i wywleczone na zewnątrz. Popatrzcie, są ślady na śniegu.
Łukasz odwrócił się gwałtownie, serce prawie wyskoczyło mu z piersi, gdy zorientował się, że ktoś podkradł się do niego. Szybko opanował nerwy, przeklinając w duchu.
– Lepiej, żeby pani tego nie oglądała – ostrzegł, przesuwając się w taki sposób, aby odgrodzić niepozorną kobietę od makabrycznego widoku.
Łukasz robił to nieświadomie. Przywykł do emanowania pewną wersją rycerskości i nawet nie przyszłoby mu do głowy, że niektórzy mogli to postrzegać jako formę szowinizmu. Po prostu w jego świecie kobiety i dzieci powinny być chronione przed złem. Nie widział w tym nic niezwykłego. A jako, że był człowiekiem, który cieszył się sukcesami na polu zawodowym, jednocześnie przekonywał się jeszcze bardziej o swojej nieomylności.
– Nie zasłaniaj mi. Widzę przecież, że sobie nie radzicie. Zauważyliście, co stało się z jego głową?
Łukasz patrzył na ubrany w zimową kurtkę korpus, ale niczego nie dostrzegał. Czuł tylko powiększającą się frustrację, która szła w parze z bezsilnością.
Kobieta westchnęła, po czym z pewną nonszalancją przepchnęła się przez tłumek mężczyzn i stanęła tuż nad ciałem, pilnując się, aby nie wdepnąć w kałużę zakrzepłej, zamarzniętej krwi.
– Jego głowa jest obrócona o sto osiemdziesiąt stopni – zauważyła, jednocześnie wyciągając z kieszeni ołówek, którym szybko zaczęła wskazywać pewne rzeczy. – Tutaj są ślady zębów, tu jego skóra pękła i została przebita przez kręgi szyjne. Coś chciało oderwać mu głowę.
– Jezus Maria – wyszeptał Ryszard. – Niedźwiedź. W końcu jesteśmy blisko bieguna. Na pewno to niedźwiedź, mówię wam.
– Raczej nie, panie Ryszardzie. Niedźwiedzie polarne nie pojawiają się na terenie kontynentalnej Norwegii. Zresztą nie ma takiej możliwości, aby niedźwiedź dokonał takich zniszczeń.
– Kim pani jest, do cholery? – zapytał zdenerwowany Łukasz, przyglądając się niskiej, pewnej siebie kobiecie, która bardzo szybko przejęła kontrolę nad sytuacją.
Nieznajoma obdarzyła go uśmiechem. Wyglądało na to, że jego niewiedza i frustracja sprawiają jej wielką satysfakcję, gdyż przeciągała chwilę odpowiedzi.
– Jestem biologiem, proszę pana. I mogę spokojnie powiedzieć, że mamy tu do czynienia z atakiem zwierzęcia.
Łukasz uśmiechnął się tryumfalnie. Być może nie był specjalistą w naukach ścisłych, ale za to zawsze pasjonował się Norwegią. Interesowali go zarówno wikingowie, trolle jak i geografia kraju. Był też pewien, że to niemożliwe, aby jakiekolwiek zwierzę żyjące w tej okolicy, mogło dokonać czegoś takiego. Nie omieszkał wspomnieć o swoich obserwacjach i nieco przytrzeć nosa pani profesor.
– Oczywiście nie ma w Norwegii takiego zwierzęcia. Być może nigdzie na ziemi nie znajdziemy tak dużego i agresywnego drapieżnika, który byłby w stanie dokonać takiego spustoszenia – dodała pani biolog.
– Co ma pani na myśli? – zapytał Haduch.
– Być może mamy do czynienia z zupełnie nowym, nieznanym dotychczas stworzeniem – rzuciła z wielką satysfakcją, przyglądając się skonsternowanym mężczyznom.
Im więcej czasu spędzali w zniszczonym pomieszczeniu, tym zimniej się robiło. Brak obuwia dotkliwie im o tym przypominał. Co niektórzy już drżeli, a z ich min dało się wyczytać, że mają dość bezproduktywnego tkwienia z trupem w jednym w pokoju.
– Sandra – odezwał się w końcu Damian, mąż biolożki. – Proszę cię…
Spiorunowała go spojrzeniem. Nie lubiła, gdy publicznie pokazywał swoją potulną, uległą stronę lub wtrącał się między nią a kogoś, kto wyraźnie próbował wywyższyć się ponad stan. Oczekiwała, że mąż jak i reszta rodziny będą współpracować i wspierać się we wszystkich życiowych kwestiach.
– Takie są fakty. Ślady na śniegu jasno na to wskazują. Jeśli mi nie wierzycie, to idźcie sami sprawdzić. To zwierzę wciąż tam jest – mówiła już bez ekscytacji. Czuła, że pojedynek pomiędzy nią, a Łukaszem się zakończył. Zaczęła krzątać się po pokoju, ściągnęła z łóżka zakrwawione prześcieradło i przykryła nim zmasakrowane ciało.
Wszyscy wyszli. W pokoju został tylko ojciec Andżeliki. Sięgnął do kieszeni i odszukał paczkę papierosów. Wyciągnął jednego i zapalił, zastanawiając się, co do cholery powinien zrobić. Nic nie przychodziło mu do głowy. Poczuł, że jest w kropce i nie ma pojęcia, co robić dalej.
„INICJATYWA”
Goście Obserwatorium Aurory zgromadzili się w przestronnym salonie. Nikt nie chciał zostać sam po tym, co zaszło w nocy. Współcześni ludzie nie przywykli do tak bliskiego i namacalnego kontaktu ze śmiercią. Przerażało ich to i deprymowało. Wysysało z nich wszystkie siły. Tylko kilka osób wybiegało myślami do przodu i starało się zrozumieć, co tak naprawdę zaszło.
– Najpierw ta niepozorna kradzież, a teraz to? – zastanawiała się na głos Marysia. – Nie uwierzę, że te sprawy nie są ze sobą jakoś powiązane.
– Nie powinnyście się tym martwić, dziewczyny. Lepiej wypijmy herbatę – wtrąciła mama Andżeliki, kręcąc się niespokojnie w fotelu. Bała się, że to, co spotkało w nocy właściciela ośrodka, może powtórzyć się w każdej chwili. – Wiecie przecież, że panowie już nad tym pracują.
Andżelika nie mogła uwierzyć w słowa swojej mamy. Pokręciła głową, zastanawiając się, jakim cudem mogły być ze sobą spokrewnione. Patrzyła z politowaniem na tę biedną, bojącą się własnego cienia kobietę, która przez całe życie zajmowała się domem. No i oczywiście nią. Dziewczynę nawiedzało poczucie winy. Powinna być wdzięczna za wszystko: dom, swoje życie, rodziców, którzy zawsze przy niej byli, ale czasami miała tego wszystkiego po prostu dosyć. Marzyła o dniu, gdy będzie mogła się od nich uwolnić. Nawet jeśli nigdy nie przyznałaby się do tego publicznie.
– Nie bój się, mamo – poprosiła. – Zresztą musisz przyznać, że cała ta sprawa jest bardzo dziwna.
– Bardzo przerażająca – sprostowała jej matka. – Nie wiem, jak możecie o tym rozmawiać, myśleć o tym. Lepiej zrobię wszystkim tej herbaty.
Andżelika delikatnie, ale stanowczo złapała mamę za rękę, powstrzymując ją przed wyjściem do kuchni. Sprawa była zbyt poważna, aby przed nią uciekać. Wszyscy o tym wiedzieli. Wystarczyło rozejrzeć się po pokoju. Ludzie byli na krawędzi wytrzymałości. Rozmawiali ze sobą szeptem, wypatrywali niebezpieczeństwa przez panoramiczne okna, które na nieszczęście nie zapewniały im ani trochę bezpieczeństwa. Niektórzy dyskretnie uzbroili się w to, co akurat dali radę znaleźć. Jednak po tym, co widziała w pokoju, wątpiła, aby noże i młotki w jakikolwiek sposób pomogły. Była też pewna, że gdyby miało stać się najgorsze, wszyscy będą raczej zajęci ucieczką, a nie walką.
– Pani córka ma rację – odezwała się Marysia. W jej głosie dało się wyczuć zdecydowanie, które udzielało się też pozostałym. – Tylko dlatego, że inni starają się zrozumieć, o co chodzi, to nie zwalnia nas z odpowiedzialności. My także powinnyśmy zastanowić się nad tym, co się tutaj dzieje.
Aneta Haduch westchnęła i wzruszyła ramionami. Wyglądało na to, że się poddała i miała zamiar ulec młodszym towarzyszkom.
– No dobra, ale co tak naprawdę jest tutaj do obgadania? Macie jakiś pomysł, dziewczyny? – zapytała z lekko wyczuwalną ciekawością w głosie.
– Mamy jeden, który dotyczy wczorajszej kradzieży – wyjaśniła szybko Marysia. – Podejrzewamy, że to ktoś inny ukradł nasze buty.
– Nie wiemy tylko kto – wtrąciła Andżelika. – Chociaż zastanawiamy się nad tym od jakiegoś czasu i liczymy, że jakoś to rozpracujemy. A gdzie, do cholery, jest Kuba?
– Nie przeklinaj, Dżeli – upomniała ją matka. – Kuba? To ten chłopiec, który przyjechał wczoraj w nocy? Biedactwo, pewnie wciąż śpi w swoim pokoju.
Przyjechał wczoraj w nocy? Czyli był ostatnią osobą, która widziała wszystkie buty w komplecie. – pomyślała Andżelika – Dziwne, że nie powiedział nam o tym. Czy to możliwe, że to on?
Marysia patrzyła na nią w dosyć oczywisty sposób. Najwidoczniej chodziło jej po głowie to samo.
– Bardzo dziwne. Po tym, co się stało, został sam w pokoju? Wydawałoby się, że każdy będzie tutaj. Myślę, że trzeba to sprawdzić.
Dziewczyny już były gotowe przekonać matkę Andżeliki, gdy do pokoju wpadł Łukasz wraz z resztą ludzi, którzy poszli zbadać miejsce zbrodni. Kłócili się pomiędzy sobą. Niektórzy po angielsku, inni po polsku, a nawet po hiszpańsku. Aura chaosu sprawiała, że wszystkie argumenty i języki mieszały się w jedną straszną, niepokojącą masę. Część osób, dotychczas siedzących spokojnie w pokoju, zaczęła wstawać, a pozostali byli przywoływani przez swoich rozgorączkowanych rodziców.
– Marysiu, zbieraj się. Wynosimy się stąd! – krzyknął Ryszard. – Nie będziemy siedzieli tutaj i czekali, aż zostaniemy zamordowani przez jakieś wściekłe zwierzę.
Podobne rozmowy toczyły się w całym salonie. Zrobiło się tłoczno i gwarno. Emocje w końcu wzięły górę i rozpoczęło się paniczne zbieranie rodzin. Ludzie przemienili się w szczury, które gwałtownie zapragnęły opuścić tonący statek.
– Jak to jedziemy? – zaprotestowała dziewczyna. – A co z ostrzeżeniami pogodowymi? Co z policją? Przecież ich zawiadomiliście. Nie lepiej zostać tutaj i poczekać na nich razem, w grupie?
– Nie dyskutuj! – wypalił jej wściekły, wystraszony ojciec i złapał ją za rękę. – Rób, co ci każę!
Marysia cała się najeżyła. Właśnie tak zazwyczaj kończyła się dyskusja z ojcem. Zawsze musiał decydować, co kto ma robić i co ma się stać. Nigdy nie spędzał zbyt wiele czasu na wnikliwym myśleniu, czy rozważaniu konsekwencji swoich decyzji. Normalnie uległaby, ale tym razem było inaczej. Ich życie – życie wszystkich obecnych tutaj ludzi – mogło zależeć od podjętej teraz decyzji.
– Nie rozumiesz, że to nie ma sensu? – warknęła. – Jeśli policja nie dała rady tu dotrzeć, to jakim cudem my mamy się stąd wydostać? Jest tylko jedna droga. Jeśli jest ona zasypana, to jesteśmy tu uwięzieni. Bez szans na ucieczkę.
Ryszard złapał dziewczynę za ramię. Wyglądało to tak, jakby w ogóle przestał słuchać. Z wściekłości zrobił się cały czerwony na twarzy. Szarpali się na oczach wszystkich. Nikt jednak nie chciał interweniować. Wszyscy byli zajęci własnymi problemami lub właśnie pozwalali, aby totalnie pochłonęła ich panika. Nikt nie panował nad sytuacją. Przynajmniej do chwili, aż zjawił się ojciec Andżeliki.
– Stooop! – krzyknął Łukasz, zakładając, że będzie to słowo zrozumiałe w każdym języku.
Zapanowała cisza i towarzyszący jej bezruch.
– Musimy dokładnie przemyśleć, co mamy zamiar zrobić – kontynuował powoli i spokojnie. Używał angielskiego, aby po chwili powtórzyć wszystko po polsku, licząc na to, że jak najwięcej osób zrozumie, o co mu chodzi. – Nie ma sensu, abyśmy wszyscy pojechali. Co więcej, może to być wręcz niebezpieczne. Najlepiej wybrać jeden samochód i jednego kierowcę, który pojedzie do miasta, powiadomić ludzi o tym, co tu się stało.
Przez chwilę można było uwierzyć, że uda się wprowadzić nieco opanowania do ogólnego chaosu. Ustalić plan, dojść do porozumienia. Niestety wszystko zmieniło się z prędkością światła.
– A niby dlaczego mielibyśmy cię słuchać? – wypalił Ryszard, ruszając w kierunku ojca Andżeliki. – Kto mianował cię szefem, Haduch?
Musiało do tego dojść. Testosteron wziął górę. Pojedynczy moment, gdy chwilowo dało się nad wszystkim zapanować, prysnął jak bańka mydlana. Nikt nie chciał złożyć swojego losu w rękach nieznajomych. Andżelika i Aneta obserwowały, jak plan Łukasza obraca się w ruinę. Dziewczyny wiedziały, że nie mają samochodu. Przyjechali autobusem. Pomyśleli, że to będzie dobry sposób, aby zaoszczędzić trochę pieniędzy. W końcu nikt nie przewidziałby czegoś takiego. Wiedziały, że najprawdopodobniej zostaną w Obserwatorium Aurory, gdzie wraz z pozostałymi, będą zdane na łaskę i niełaskę losu.
Andżelika nie miała siły siedzieć i czekać. Musiała coś zrobić. W jakiś sposób odzyskać kontrolę nad swoim przeznaczeniem.
– Dokąd idziesz? – zapytała Aneta.
– Idę tylko do toalety – skłamała.
„ROZPROSZENIE”
Nikt nie kontrolował, co się dzieje. Wszyscy byli zajęci sobą: wywieraniem nacisków, ucieczką, udowadnianiem, kto ma rację. Ludzie zachowywali się tak głośno, że Andżelika ledwo słyszała swoje myśli. Nie przeszkadzało jej to jednak w realizacji planu. Nawet w pewien sposób pomagało. Sprawdziła telefon, bateria była w pełni naładowana. Teraz tylko musiała znaleźć zasięg, co podczas burzy śnieżnej stanowiło niemałe wyzwanie.
Szybko ubrała buty po zamordowanym właścicielu. Natychmiast ogarnęło ją dziwne uczucie. Mogłaby przysiąc, że poczuła jego obecność. Odwróciła się nerwowo, ale szybko zrozumiała, że to zwykły zabobonny strach. On odszedł i już na pewno nie wróci. Właśnie tak działała śmierć. Wszystko co po nim pozostało to zniszczone, zamarznięte ciało, zastygłe na zawsze. Skarciła się w duchu, że myśli o czymś takim. Powinna być skupiona. Naciągnęła kurtkę, poruszyła stopami w za dużych butach i ruszyła do drzwi.
*
Na zewnątrz burza śnieżna szalała w najlepsze. Deszcz zmieszany ze śniegiem chłostał zabudowania i Andżelikę, która natychmiast pożałowała swojej brawury. Trzęsła się z zimna i ze strachu, ale nie miała zamiaru zawracać. Wolno brnęła przez śnieg. Być może nie była najsilniejsza, nie mogła jednak narzekać na brak młodzieńczego hartu ducha. Wpatrywała się na przemian w wyświetlacz telefonu i otaczającą ją ponurą, śnieżną pustkę. Minęła rozerwaną część kontenerowca, tą gdzie znaleźli ciało. Wyglądało to, jakby metal został rozszarpany niczym papier. Cokolwiek wdarło się do środka, musiało być niewyobrażalnie silne, a przy tym także inteligentne. Dziewczyna zastanawiała się, ile gatunków zwierząt wiedziałoby, żeby uderzyć, a po chwili zniknąć, zanim ktokolwiek miałby szansę zauważyć, co się dzieje.
Przechodziła właśnie obok zaparkowanych samochodów, gdy zauważyła, że ma zasięg. Bez wahania zaczęła dzwonić, ale w tym samym momencie dostrzegła jakiś ruch. Skuliła się za autem i wypatrywała, próbując zidentyfikować kształt, który zlewał się z ciemnością zalegającą pod ścianą baraku. Spodziewała się najgorszego. Bestii gotowej rozedrzeć jej ciało na kawałki. Zastygła. Nie drżała już ani z zimna, ani ze strachu. Niczego nie czuła. Miała wrażenie, jakby jej dusza odłączyła się od ciała. Obserwowała i czekała. Tymczasem kształt tańczył na pograniczu widzialności, tuż obok lamp umieszczonych przy parkingu. W końcu zwierzę weszło w krąg światła. Wyglądało, jakby samo ukrywało przed czymś, co może grasować w ciemnościach.
– To tylko pies – wyszeptała z ulgą, wpatrując się w biało-czarnego husky. – No co, piesku? Wszystko w porządku?
Pies zaszczekał i zawarczał, pokazując przy tym zęby. Najeżył się i przestał iść w jej kierunku. Wyglądał, jakby na coś czekał, gotowy zaatakować lub uciec w każdej chwili. Pewność siebie Andżeliki zniknęła. Zapomniała, że pies też może być śmiertelnie niebezpieczny. Słyszała o przypadkach ludzi zaatakowanych przez groźne psy. Widziała zdjęcia odgryzionych nosów, rozerwanych twarzy, przegryzionych gardeł… W Internecie można było znaleźć wszystko, każdą potworność.
Spokojnie zaczęła się cofać. Chciała obejść psa szerokim łukiem i wrócić do hotelu, gdzie powinna być bezpieczna. Nie miała jednak takiej szansy, ponieważ nagle coś ją chwyciło. Krzyknęła, zanim upadła. Świat zawirował. Była gotowa uciekać, wyrywać się, ale ktoś mocno ją trzymał.
– Uspokój się – warknął ten ktoś. – Już jest dobrze.
– Zostaw ją, Łukasz – syknęła na niego żona. – Oszalałeś?
Dziewczyna fuknęła, wyrwała się z rąk ojca i wstała o własnych siłach. Już miała wydrzeć się na rodziców, ale wtedy coś dostrzegła. Jeden z samochodów miał cały rozwalony tył: poszatkowany i porwany. Ślady były praktycznie takie same, jak na zniszczonej części baraku.
– Spójrzcie na auto – wyszeptała, pokazując palcem. – Tylko na to spójrzcie.
Jej ojciec niechętnie powiódł wzrokiem we wskazanym kierunku. Jednak krótkie spojrzenie wystarczyło, aby natychmiast zrozumiał, że to coś ważnego. On także nie mógł uwierzyć, że tylko jeden wóz został uszkodzony. Dlaczego? Natychmiast zapragnął dowiedzieć się, kto nim przyjechał. Czuł – cała trójka czuła – że jeśli rozwiążą zagadkę, znajdą się bliżej prawdy.
– Wracajmy do środka – ponagliła Aneta. – Niewygodnie mi w tych dwóch lewych butach.
Ojciec Andżeliki nie słuchał. Przyglądał się samochodowi, jakby nigdy w życiu nic podobnego nie widział. Obchodził go ze wszystkich stron. W tym samym czasie jego córka dodzwoniła się na policję i zaczęła opowiadać wszystko, co ich spotkało w ciągu ostatnich dwóch dni. Policjanci szybko wyjaśnili, że napotkali ogromne trudności pogodowe, ale pracują nad tym. Ostrzegli też, że nikt nie powinien ruszać się z Obserwatorium Aurory.
– Patrz na to, Dżeli – rzucił jej ojciec. – Chodź zobaczyć.
Wypowiedziane słowa zaskoczyły ją. Bardziej spodziewałaby się tego, że dostanie kazanie i zakaz myślenia do trzydziestego roku życia. Szybko podeszła do ojca i mrużąc oczy, zajrzała do ciemnego wnętrza. W samochodzie były ślady krwi i walki. Nie trzeba było być specjalistą, aby odgadnąć, że stało się coś bardzo złego.
– Nikt niczego nie wspomniał – stwierdził jej ojciec, nie odrywając spojrzenia od pokiereszowanego wnętrza. – Kiedy to mogło się stać? W trakcie ataku na Javiera? Ale w takim razie czyja to krew? Co tu się, do cholery, dzieje?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
