Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Życie jest przede wszystkim poznawaniem zła. Zła pod różną postacią i w różnym natężeniu. Żyjemy, by się z nim zmierzyć. By uwalniać z klatek.
Zaginięcie syna ministra środowiska staje się początkiem serii protestów. Podczas gdy w stolicach Europy rzesze ludzi wyrażają poparcie dla walczących o prawa zwierząt, w Warszawie trwa nagonka na policję, a o porwanie chłopaka oskarżani są „ekoterroryści”. Rozpoczyna się wojna wszystkich ze wszystkimi: rządu z walczącymi grupami ekologów, mięsożerców i wegetarian, wreszcie matek domagających się przeprowadzania tradycyjnych badań nowych leków, bo ich dzieci to jednak nie... króliki doświadczalne.
W tym chaosie zespół Bety Sroki próbuje odnaleźć syna ministra, ABW zatrzymuje ich przełożoną, a ekowojownicy grożą cyberatakiem na laboratoria. Szybko okazuje się, że sam minister też nie jest bez winy. Czy policjantom uda się uratować chłopaka, nie pogłębiając przy tym społecznych niepokojów?
„Liber” to z jednej strony wciągający thriller polityczny z wątkiem kryminalnym, z drugiej – intrygująca i niejednoznaczna analiza problemów, z jakimi mierzy się współczesny świat i ludzie, którzy próbują go zmienić. Jakie są granice aktywizmu? Czy system jest w stanie skutecznie chronić jednostkę? Jak powrócić do życia po traumie i czy w ogóle jest to możliwe? – na te i inne pytania czytelnik sam będzie musiał odpowiedzieć sobie podczas lektury.
Joanna Kozłowska, scenarzystka, blog Bajkonurek.pl
Ta historia na długo pozostaje w pamięci czytelnika, to angażująca pod wieloma względami opowieść o bolączkach tego świata.
Joanna Ćwiertka, blog Panda z książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 498
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Agnieszce, Kasi, Gosi, Joannie, Annie iwszelkim zwierzakom, które kiedykolwiek mieszkały wnaszych domach.
Oraz wszystkim, dla których natura ma znaczenie.
Prolog
4 kwietnia – Światowy Dzień Szczura, Światowy Dzień Zwierząt Bezdomnych
Warszawa, Patelnia – plac przy zejściu do metra Centrum
Odcinek I
24 kwietnia – Międzynarodowy Dzień Przeciwko Wiwisekcji, Światowy Dzień Zwierząt Laboratoryjnych
Biuro Poszukiwań Zaginionych iIdentyfikacji Osób KGP, ulica Puławska
Vegerger, aleja Jana Pawła II
Klub fitness Lilia, ulica Widok
Hotel CopperLeaf, ulica Miedziana
Żoliborz, ulica Mścisławska
Poznań, kwiecień 1992 roku
Biuro Poszukiwań KGP, ulica Puławska
Odcinek II
Komisariat Policji Warszawa Żoliborz, ulica Rydygiera
Elgreta, Włochy, aleja Krakowska
KGP, gabinet dyrektora Pionu Kryminalnego, inspektora Romana Szewczyka
Vegerger, aleja Jana Pawła II
Poznań, 1993 rok
Black Dove Pub, Warszawa, Stare Miasto
Biuro Poszukiwań KGP, ulica Puławska
Odcinek III
Pniewy koło Poznania, Wiosna, 1994 rok
Restauracja Kociołek Smaków, Warszawa, ulica Piękna
29 kwietnia – Dzień Pamięci oWszystkich Ofiarach Broni Chemicznej, Dzień Immunologii
Biuro Poszukiwań, ulica Puławska
Pole Mokotowskie, Pomnik Szczęśliwego Psa
Dom Kobusów, Milanówek
Mieszkanie Małgorzaty Jabłońskiej, aleja Wilanowska
Dom Eleonory iGustawa Grudów, Konstancin-Jeziorna
Patelnia – plac przy zejściu do metra Centrum
Odcinek IV
Wtorek, 30 kwietnia
Miejsce przetrzymywania Leonarda
Komenda Główna Policji, ulica Puławska
Gabinet zastępcy dyrektora pionu kryminalnego, młodszej inspektor Grażyny Chojeckiej
Poznań, rok 1995, Dom Studenta Feniks, ulica Dożynkowa
Maroko, Fez
Warszawa, Patelnia
Odcinek V
1 maja
Wilhelmówka, Aleje Jerozolimskie
Maroko, Fez
Wilhelmówka, Aleje Jerozolimskie
Miejsce przetrzymywania Leonarda Grudy
Wilhelmówka
Poznań, jesień, 1996 rok
Mieszkanie Małgorzaty Jabłońskiej, aleja Wilanowska
Dom Grudów, Konstancin-Jeziorna
Ministerstwo środowiska, Gmach Dyrekcji Lasów Państwowych, ulica Wawelska
Vava Bank, ulica Emilii Plater, róg Świętokrzyskiej
Wilhelmówka
Odcinek VI
Poniedziałek 6 maja
Komenda Główna, Biuro Poszukiwań, ulica Puławska
Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Aleje Ujazdowskie
Kamienica Wilhelma Rackmana
Dom Grudów, Konstancin-Jeziorna
Stadion RKS Skra, ulica Wawelska
Reykjavík, Islandia, 1997 rok
Mieszkanie Małgorzaty Jabłońskiej, aleja Wilanowska, Warszawa
Złote Tarasy, ulica Złota
Miejsce przetrzymywania Leo / Patelnia / Wilhelmówka
Odcinek VII
10–20 maja
Miejsce przetrzymywania Leo
Biuro Operacji Antyterrorystycznych, ulica Włochowska
Luboń koło Poznania, 1998 rok
Biuro Poszukiwań wKGP
Areszt Śledczy Warszawa-Białołęka, ulica Ciupagi 1
Biuro Pełnomocnika Rządu do spraw Kobiet iRodziny, ulica Tamka
Mieszkanie Bernadety Sroki, ulica Płocka
Warszawa, Krakowskie Przedmieście
Odcinek VIII
21 maja – Europejski Dzień obszarów Natura 2000
Biuro Poszukiwań Zaginionych iIdentyfikacji Osób KGP
Areszt Śledczy Warszawa-Białołęka
Wilhelmówka, Aleje Jerozolimskie
Miejsce przetrzymywania Leonarda Grudy
Poddasze kamienicy Wilhelma Rackmana
Komenda Główna Policji, ulica Puławska
Mieszkanie Małgorzaty Jabłońskiej, aleja Wilanowska
Odcinek IX
22 maja – Dzień Praw Zwierząt, Międzynarodowy Dzień Różnorodności Biologicznej
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ulica Rakowiecka
KGP, gabinet Romana Szewczyka, dyrektora pionu kryminalnego / Biuro Poszukiwań
Studio telewizyjne
Black Dove Pub, Stare Miasto
Pączkarnia na Chmielnej / Wilhelmówka
Siedziba ABW, ulica Rakowiecka
Miejsce przetrzymywania zakładników
Dom podkomisarz Grażyny Chojeckiej, ulica Mikołaja Reja
Patelnia – plac przy zejściu do metra Centrum
Odcinek X
Kamienica Wilhelma Rackmana
Dom Grudów, Konstancin-Jeziorna
23 maja – Dzień Żółwia
Miejsce przetrzymywania zakładników
Wilhelmówka
Kryjówka Red Fox
Ulice miasta / dom Grudów
Kamienica Wilhelma Rackmana
Odcinek XI
Noc 23/24 maja, Dzień Ślimaka, Europejski Dzień Parków Narodowych
Wilhelmówka
Kryjówka Red Fox, Serock
Serock
Wilhelmówka
Serock
Jakiś czas później
25 maja, Międzynarodowy Dzień Dziecka Zaginionego
Epilog
Posłowie
Gniew Achilla, bogini, głoś, obfity wszkody,
Który ściągnął klęsk tyle na greckie narody,
Mnóstwo dusz mężnych wcześnie wtrącił do Erebu,
Ana pastwę dał sępom ipsom bez pogrzebu
Walające się trupy rycerskie wśród pola:
Tak Zeusa wielkiego spełniała się wola.
Odtąd, gdy się zjątrzyli sporem niebezpiecznym
Agamemnon, król mężów, zAchillem walecznym.
Od kogóż tej niezgody pożar zapalony?
Od Feba, co go Kronid zpięknej miał Latony.
Gniewny na króla, wojsku straszną klęskę zadał,
Rozszerzył mór wobozie, codziennie lud padał.
Homer, Iliada, Księga I
tłum. Franciszek Ksawery Dmochowski
Zazwyczaj wdrodze na siłownię przechodziła środkiem Patelni wpośpiechu, jakby bała się, że jeśli nie zdąży, kolejne metro pojedzie dopiero za godzinę.
Wiosenne, jeszcze słabe słońce chowało się za budynkami, ustępując miejsca elektryczności wbiurowcach. Bernadeta Sroka rozejrzała się. Wszystko wygląda niby jak zwykle: ta sama kobieta resztkami sił trzymająca się młodości sprzedawała pączki, ten sam uśmiech gościł na twarzy człowieka grającego na krzesłach, tyle samo niechcianych ulotek wysypywało się ze śmietnika, tak samo zmęczeni modlili się oposiłek wokół wędrownego kościoła dla bezdomnych. Nawet mural przy wejściu do podziemnego pieszego ronda Dmowskiego wten sam sposób informował obieżących wydarzeniach kulturalnych.
Ajednak. Coś wtym miejscu – nadal spełniającym funkcję miejskiego placu, mimo że nigdy administracyjnie nie został nim ustanowiony, łączącym kultury, trendy imody, miejscu wymiany myśli, poglądów oraz postulatów – było nie tak.
Odwróciła się wstronę przeszklonych drzwi do metra. Przy jednych młody chłopak klął zapalczywie na niedziałający biletomat, przy drugich kółko dziecięcego wózka zablokowało się wszynie, przez co wychodzący mało nie staranowali matki.
Wzrok Bety zatrzymał się na pasażu handlowym pomiędzy wejściami. Inaczej; to tu jest inaczej. Boczne odcinki górnej części zadaszenia nadal tak samo odstraszały reklamami, ale znad wejścia zniknęły białe, pilśniowe płyty ostemplowane logami firm. Przestrzeń, czystość, ład.
Nareszcie ktoś miał dość – pomyślała, dopinając pod szyją suwak skórzanej ramoneski. Właściwie stojąc wtym miejscu, nie powinna widzieć tego, co się dzieje przy wejściach, przy muralu, nie powinna widzieć też grajka na krzesłach – obraz powinni zasłaniać przechodnie. Wpunkcie łączącym wszystkie węzły komunikacyjne miasta tłumy zawsze spieszą się na tramwaj, autobus, pociąg albo metro. Odruchowo wyjęła telefon zkieszeni – nikt nie dzwonił, nikt nie pisał. Dobry znak.
– Co tu tak pusto? – Podeszła do kobiety zpączkami na turystycznym stoliku.
– Normalnie. – Ta wzruszyła ramionami pod wyliniałym sztucznym futerkiem w, kolejny raz za jej życia, modny deseń pantery.
Beta wiedziała doskonale, że sprzedająca kupiła wypieki wnajlepszej pączkarni wmieście, czyli na Chmielnej, ipoza tym faktem zcukiernikiem nie ma nic wspólnego, amarża ze sprzedaży jest jej jedynym dochodem.
– Pół do piątej – ciągnęła przekupka. – Szkoły już przeszły, biurowce jeszcze nie wyszły, trochę oddechu. Ile podać?
– Trzy – odpowiedziała Beta. Wduchu kalkulowała, czy właśnie nie popada wobłęd.
Od dawna nie śniły jej się koszmary związane ztamtą akcją, powinna już zapomnieć. Skupiła się na sprzedającej. Utapirowany, przetleniony kok opadał cieniutkimi lokami na dwie strony porytego bruzdami czoła. Jaskrawa zieleń górnych powiek odciągała uwagę od kreski ust już tak wąskiej, że żadna szminka nie była wstanie ich wydobyć.
– Proszę uprzejmie. – Papierowa torba zapachniała Becie pod nosem. – Dwanaście złotych.
– Za trzy pączki? – Beta zatrzymała dłoń wpołowie drogi.
– Świeżutkie, tyle co zpieca wyjęłam! Chce taniochy, niech tę chemię zChmielnej kupuje. Umnie naturalne, pulchne jak pierzynka! Nadzienie zwłasnych śliwek!
Czyli dziś pączki zmarketu wZłotych Tarasach – podsumowała wmyślach Beta, odliczając monety. Za kilka lat, gdy odpocznie od czynów zabronionych mieszkańców tego miasta, będzie sprzedawała drożdżówki właśnie tu, wtym miejscu. Albo kwiaty. Tak, kwiaty ładniejsze. Wyraża się nimi uczucia. Są kolorowe, pachną, cieszą oko wwazonie na stole. Ponoć – tak mówią, ale ona od lat nie umiała znaleźć wswoim otoczeniu niczego, co wpływałoby na nią inaczej niż obojętnie. Albo nic nie będzie sprzedawała, tylko stała ipatrzyła na ludzi. Jak się spieszą, potykają, denerwują, że wszystko drogie, że nie mają ognia, na dziury wjezdni, że wszystko bez sensu.
Beta skierowała się do metra, zamarła po dwóch krokach. Nad wejściem do pasażu stał wielki, czarny telebim. Monterzy na dachu zrywali folię, trzeci na dole pilotem dostrajał obraz, nakazując dwójce młodych ludzi wstrzymanie się zrozdawaniem ulotek.
– Ito by było na tyle – westchnęła zrezygnowana zradości ipodziwu dla biura zagospodarowania przestrzeni miejskiej, dbania oestetykę krajobrazu, nadzoru nad upychaniem reklam wkażdy możliwy kąt… czy jak tam oficjalnie owa komórka wratuszu się nazywała. Statyczne obrazki na dykcie zastąpił bijący po oczach przechodniów ikierowców przekaz wideo wrozdzielczości zyliarda pikseli.
– Gotowe! – krzyknął monter wstronę dachu.
Na ekranie pojawił się biały blat kuchenny na tle ściany zwiszącymi szafkami. Beta oddaliła się okilka kroków na widok reportera zmikrofonem wtowarzystwie operatora zkamerą na ramieniu. Obaj wyraźnie szykowali się do kręcenia relacji z…
…montowania nowego nośnika zreklamą kuchni? – zastanawiała się, wycierając lukier zust.
Obraz na telebimie poruszył się. Rękaw lekarskiego kitla odcinał się od błękitu lateksowych rękawiczek, stawiających na blacie klatkę zbiałym szczurem. Komentator na chodniku poprawiał włosy przed kamerą, jednocześnie dając znak dwojgu młodych ludzi od ulotek, by szybciej wiązali kamizelki nałożone na kurtki. Na plecach jednego znich zobaczyła okrągłe zielone logo organizacji ekologicznej.
Dłoń wrękawiczce otworzyła klatkę, pogłaskała szczura iwyjęła go na blat. Druga sięgnęła po strzykawkę zżółtym płynem. Ostrze igły zatopiło się wuniesionym na karku fałdzie skóry zwierzęcia, tłok wolno opróżniał strzykawkę, szczur naprężył długi ogon. Beta odłożyła pączka do torebki, ale nadal nie ruszyła do metra, obserwowała reakcje ludzi, których rozdający ulotki prosili, by spojrzeli na ekran. Szczur odłożony do klatki wił się wkonwulsjach, obok stanęła druga klatka, tym razem zmyszką. Dłonie wrękawiczkach powtórzyły proces – mysz wyjęta na zewnątrz, zastrzyk, powrót do klatki.
– Co to jest?! – krzyknął ktoś wśród gapiów.
– No właśnie! – Natychmiast podbiegli do niego redaktor ioperator kamery. – Jak pan myśli, co to jest?
Szczur padł na grzbiet, wdrgawkach poruszał łapami, mysz toczyła pianę. Mężczyzna wodpowiedzi odepchnął mikrofon, by szybkim krokiem, zasłaniając dłonią oko kamery, uciec do metra. Wtłumie narastały szepty ipomrukiwania, niektórzy przechodzili bokiem, nie patrząc na ekran, inni zatrzymywali się ioglądali albo zasłaniali oczy, milczeli lub dołączali do oburzonych. Większość twarzy wykrzywiała się wgrymasie.
– Jakie reakcje wywołuje upani ten widok? – Redaktor podsunął mikrofon młodej dziewczynie.
– Obrzydzenie, nie cierpię szczurów.
– Amysz?
– Szkoda mi jej.
– Szkoda, tak? Żałuje pani tej małej myszy?
Wokół dziewczyny zawisły nagrywające ją telefony komórkowe.
– Patrzcie! – krzyknął ktoś, wyciągając palec do góry.
Na telebimie pojawiła się trzecia klatka, owiele większa, zposiwiałym na pysku jamnikiem. Beta oddała torbę zpączkami bezdomnemu, po czym znów wyjęła telefon.
– Jezus Maria! – przeraził się ktoś.
– Co pani czuje na widok tego psa? – dociekał reporter.
– Onie! Teraz pan nam powie, co to ma znaczyć! – Poirytowany mężczyzna ruszył do reportera. – Tu są dzieci!
– To kampania informacyjna, której celem jest zwrócenie uwagi na cierpienie zwierząt wlaboratoriach. Na ile ocenia pan swoje wzburzenie, gdy widzi ten obraz?
Dłoń ze strzykawką zbliżyła się do klatki zpsem. Tłum zawył.
– Aspirant sztabowa Bernadeta Sroka, KGP. Zgłaszam naruszenie porządku publicznego poprzez emisję obscenicznych materiałów wideo na placu przy zejściu do stacji metra Centrum. Powtarzam…
Dziewczyna schowała twarz wdłoniach. Słysząca Betę pączkarka wpośpiechu pozgarniała resztki towaru do parcianej siatki, nie zwracając uwagi na pogniecenie. Grajek zkrzesłem pod pachą podszedł bliżej zbiegowiska.
– Badania? – krzyczał mężczyzna wczarnej kurtce. – Ja panu powiem, jaki jest wynik tych badań! Wskaźnik popierdolenia pracowników agencji marketingowej wynosi sto procent. Sto procent! – Wymachiwał rękami, raz po raz spoglądając, czy zebrani podzielają jego zdanie. – Może empatia wnarodzie sięga dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć, może jest promil ludzi, co niewzruszeni przejdą bokiem, ale pomysłodawcy… Żeby puszczać coś takiego wbiały dzień, na ulicy… Boję się myśleć, jakie siano macie wgłowach!
– Tak jest! – dołączył kolejny. – Jeszcze abortowanych płodów nie pościągali zplakatów, teraz to! Strach zdomu wyjść!
– Patelnia. Proszę owsparcie, zagrożenie zamieszek – dokończyła Beta, apotem wrzuciła telefon do kieszeni kurtki iweszła wtłum. – Policja – powiedziała iuniosła odznakę – proszę opozwolenie na zorganizowanie zgromadzenia wmiejscu publicznym.
Kątem oka dostrzegła uciekającą żółtą panterę ze stolikiem pod pachą.
Beta nie mogła narzekać na brak zmian. Przeszła do Biura Poszukiwań niejako zmarszu – dla wszystkich oczywista była konieczność dołączenia do poszukiwań kogoś zdoświadczeniem wwydziale kryminalnym, anie istniała lepsza kandydatura niż Bernadeta Sroka. Nie oponowała. Już kilka dni po przedstawieniu – przez dyrektora Romana Szewczyka oraz Grażynę Chojecką, jego zastępcę – planów nowej struktury pionu kryminalnego zgodziła się objąć dowodzenie wBiurze Poszukiwań do czasu, aż zostanie wyłoniony nowy szef albo szefowa.
Pełniła więc obowiązki, przy czym dostała pełne władztwo, znaborem ludzi do zespołu włącznie. Zaczęła od Nawrota. Maciej Nawrot nie miał sobie równych wprowadzeniu spraw wwydziale dochodzeniowo-śledczym. Właśnie awansował na aspiranta sztabowego, co Beta itak uważała za marnowanie potencjału kadr. Musiała go mieć usiebie. Chciała nawet mianować go swoim zastępcą, jednak wmomencie powołania nowego szefa prawdopodobnie to ona stanie się jego prawą ręką, zapewne jedyną.
Obserwowała swoje nowe biuro. Nawrot po prawej stronie, zdługimi nogami wyciągniętymi na ustawionym przy biurku taborecie, zatopił się wlekturze wewnętrznego biuletynu policji. Pasowały jej te wszystkie zmiany, wprzestrzeni również.
Nie chodziło jej ozacieranie śladów, nie miała na to czasu – zaginięcia ludzi zdarzają się każdego dnia, ta praca nie może czekać. Bardziej zależało jej na doprowadzeniu samego pomieszczenia do stanu zwykłej, codziennej użyteczności. Mimo to dla całego zespołu przemeblowanie stało się pierwszym krokiem do czegoś owiele ważniejszego – stworzenia atmosfery współpracy izaufania, anie bezustannej kontroli zza szyby.
Beta miała plan zbudowania załogi gotowej zainwestować nie tylko umiejętności czy doświadczenie, lecz także serce, ambicję oraz wolę nieustawania wposzukiwaniu zaginionych do końca, do ostatniego przewróconego kamienia. Tylko takim zespołem chciała kierować, tylko za takich ludzi chciała brać odpowiedzialność, ale idzięki nim mogła ręczyć, że znajdą czyjegoś bliskiego. Oczywiście nikt nigdy wposzukiwaniach nie mógł niczego zagwarantować, zwłaszcza rodzinom, ale jedno, co postanowiła, to właśnie takie warunki – inaczej ani ona na tym stanowisku, ani cała ta komórka nie będzie miała sensu.
Awszystko to mogła stworzyć dzięki pełnej symbiozie. Nie ufasz? Nie zdobędziesz zaufania. Nie doceniasz wysiłku? Ludzie nie docenią twojego. ANawrot wtakim zespole chciał pracować. Do czasu powołania szefa, BP miało być jednostką wramach pionu kryminalnego, potem stanie się osobnym, samodzielnym biurem zwłasnym zapleczem finansowym, sprzętowym ikadrowym. Beta Sroka ma więc czas na uporządkowanie planów izebranie zespołu.
Jej biurko ustawili wśrodkowej części, ponieważ wspólnie uznali, że stąd będzie miała najlepszy kontakt zzałogą. Kontakt – nie nadzór irygor. Pozostałe dostawili wdwóch prostopadłych liniach, dzięki czemu razem stanowiły jeden wielki stół zwolną przestrzenią wśrodku na kable ilistwy zasilające.
Ścianę za Betą zagospodarowali na zabawki informatyków, akta prowadzonych spraw, wreszcie sejf na dokumenty poufne oraz broń. Ale najbardziej byli zadowoleni ztego, co stanęło po przeciwnej stronie pokoju. Wrogu zamontowali aneks kuchenny zprawdziwego zdarzenia: lodówka zkostkarką do lodu, kuchenka mikrofalowa zgrillem, nawet piekarnik.
– Jeszcze powiedz, że przydział służbowej kawy udało ci się wydębić – dogryzał informatyk Weber, gdy wpadał na „co słychać”.
Szewczyk szykował dla Konrada Webera osobny gabinet pełen zabawek wjego rodzimej jednostce – wydziale do spraw cyberprzestępczości – by miał spokój iodpowiedni sprzęt do tropienia internetowych przestępców. Owszem, awans posmyrał Weberowe ego, ale nie na długo. Awłaściwie nie do końca, bo gdy tylko uświadomił sobie, że jako jedyny zgrupy powołanej do poprzedniej sprawy nie przechodzi do poszukiwań, mina mu zrzedła. Ten stan utrzymywał się aż do wiosny.
– Nawet się nie zastanawiaj, masz rodzinę – przekonywał teraz Nawrota na przejście do BP. – Przy dwójce dzieci wszkole każdy grosz ważny, aprzy Becie nie zginiesz.
– Jakbym tylko ja miał rodzinę. – Nawrot próbował racjonalizować decyzję. – Beta też ma, anie wróciła do kryminalnego, Monika to samo.
– Monika zCichym od lat są wposzukiwaniach, aBeta…
– Dobra, wiem, co Beta.
Konrad Weber, ze względu na fryzurę oraz umiejętności zwany Dredem, nie tylko dla swojego przełożonego był na wagę złota; pech chciał, że dla Bety również. No ipolubiła gnojka, na dodatek ze wzajemnością. Ponoć Chojecka na prośbę Bety musiała użyć wielu sztuczek iuroku osobistego, by przekonać Szewczyka, że ten powinien przenieść Webera na stałe do Biura Poszukiwań.
„Wydział zwalczania cyberprzestępczości itak stał się osobnym biurem, równorzędnym zpionem kryminalnym, więc naturalnym jest, że musi się rozrosnąć kadrowo, apozostali wzupełności pozwolą przetrwać jednostce do czasu wypełnienia luk stanowiskowych” – argumentowała.
Nie od razu przywitali Webera wswoich progach. Poszły nawet zakłady, na ile Chojecka ma wpływ na Romana Szewczyka. Dwa tygodnie później, wponiedziałek, pierwszego kwietnia, tuż po ósmej drzwi biura otworzyły się zhukiem iusłyszeli:
– Ha! Któren nikczemnik gotów zełgać, że nie tęsknił za blaskiem tego oblicza?
Byli wkomplecie. Wcałej jej karierze, awspółpracowała już zwieloma, tylko oNawrocie iWeberze mogła powiedzieć „pełna profeska, para godna zaufania”. Bo nie ma nic gorszego niż odstający kolec wgrupie. Zespół Bety musiał się dogadywać, nie mogli tracić energii na roztrząsanie wewnętrznych sporów, cała energia musiała iść wposzukiwania, akażda minuta ich pracy – zostać wykorzystana do cna.
– Mam identyfikację tego bezdomnego zdziałek. – Monika położyła na biurku Nawrota plik kartek ipoprawiła czarny jak węgiel koński ogon. – Szpital potwierdził, miesiąc temu uciekł zodwyku. Nie kłamał, faktycznie ma zaniki.
– Dykta robi swoje – mruknął, zdejmując nogi ztaboretu.
Zalecenie lekarza: dla poprawy krążenia jak najczęściej trzymać nogi powyżej miednicy. Irzucić palenie. Tak, rzucić palenie. Przymierzał się. Za to nogi trzymał wgórze, kiedy tylko miał możliwość.
Otej porze nie liczył na wolny stolik. Co prawda do końca korpoharówy jeszcze kilka godzin, ale przecież życie ludzi wjego wieku biegło zupełnie innym torem. Zapewne na studiach się to zmieni, jednak rzadko wybiegał myślami wprzyszłość. Owszem, myślał ostudiach, musiał przecież wybrać przedmioty na maturę, ale praca? Rodzina? Stabilizacja? Oile jego pokoleniu uda się doczekać wieku starczego, to następne już nie mogło być tego takie pewne. Rozpoczęła się era wyginania – krzyczały hasła organizacji ekologicznych.
Greta Thunberg, młodsza od niego aktywistka ze Szwecji, wpojedynkę walczy oprzetrwanie Ziemi. On też musi działać. Teraz, nie po maturze, nie po studiach, właśnie teraz – od kilku dni budził się ztą myślą.
Zaczęło się od jesiennych akcji antysmogowych. Przez zimę przeglądał wsieci informacje na temat organizacji, do których mógłby dołączyć, aż ostatniego dnia przed feriami niemal potknął się odziewczynę rozdającą przed szkołą ulotki oplanowanym na Krakowskim Przedmieściu marszu na rzecz ograniczenia emisji CO2.
Poszedł. Grupa nie była duża, liczyła może ze sto osób – piątek, pogoda pod psem, słaba aura na manifestację. Nie miał transparentu, gwizdka czy innych gadżetów, przyszedł zciekawości. Ale jak tu się rozeznać, jeśli nikogo nie znasz? Nie wiesz, oco dokładnie walczą, jakie mają wyobrażenia wgłowie, jakie cele. Agdyby okazało się, że to grupa antyszczepionkowców albo płaskoziemców? Niezły kwas. Nie wyłgałby się, gdyby znajomi zobaczyli go na insta czy fejsie wtakim towarzystwie.
– Hej – zagaiła dziewczyna wkapturze – jesteś sam?
– Aco? – odburknął.
– Kumpel nie dotrze. Potrzymasz drugi kołek transparentu?
Zgodził się. Na szczęście śmiało mógł się podpisać pod hasłem „STOPSMOG”. Przez cały marsz – zamiast skupić się na okrzykach – robił wszystko, by deszcz spływający po drążku nie przesiąkał wrękaw bluzy pod kurtką. Bezskutecznie – był przemoczony do samej pachy. Dopiero na końcu, przed Zamkiem Królewskim, gdy oddawał drążek dziewczynie, zauważył foliową rękawiczkę, naciągniętą na rękaw jej kurtki, żeby woda spływała po zewnętrznej stronie.
Sprytne – pomyślał.
Dziewczyna wzamian za przysługę dała mu wizytówkę tej właśnie wegeburgerowni, obecnie zajętej do ostatniego krzesła.
– Wśrodę opiętnastej będzie tam zbiórka. Jeśli chcesz dołączyć…
– Dzięki. – Odebrał kartonik. – Zobaczę, jak zczasem.
No więc wyrobił się; właściwie to odpuścił sobie ostatnią lekcję, by zdążyć. Stał teraz wkolejce po coś, oczym jeszcze miesiąc temu nie pomyślałby, że kiedykolwiek zje, iwypatrywał drobnej buzi pod czarnym kapturem. Tylko tyle zapamiętał. Nie znał jej imienia, nie pamiętał twarzy, nic.
Debil! – zrugał się wmyślach.
– Ajednak! – usłyszał zza lady.
Jego wzrok spotkał się zbrązowymi oczami uśmiechniętej dziewczyny.
– Fajnie, że wpadłeś – dodała.
Był trzeci wkolejce. Uśmiechnął się niepewnie. Nie wziął pod uwagę takiego obrotu spraw. Nagle wszystko okazało się właściwe – dała mu kontakt do siebie, był na wizytówce. Nic więcej nie musiała mówić ani robić, wiedziała, że sama go rozpozna.
– Wbułce czy na talerzu zfrytkami? – zapytała, gdy podszedł do kasy.
– Nie, nie, tylko coś do picia.
– Sok albo woda?
– Woda.
– Tam siedzi człowiek zdziećmi. – Kiwnęła głową wstronę kąta. – Dosiądź się, za dziesięć minut przyjdę.
Zbutelką wody gazowanej ruszył we wskazane miejsce między ciasno poutykanymi krzesłami. Przy stoliku człowiek około trzydziestki – zwielką, rudą brodą iwwełnianej czapce uszatce wzorowanej na peruwiańską – jedną ręką karmił zupą dziewczynkę, adrugą pomagał starszemu chłopcu pokroić białe, grillowane plastry na mniejsze kawałki.
– Cześć. Mam się dosiąść – zagaił.
Człowiek wczapce poderwał się iprzyciągnął do siebie krzesełko syna, by zrobić przejście.
– To ty pomogłeś Weście za Jowisza? – Wgęstwinie zarostu pod nosem błysnął kolczyk.
Chłopak zmarszczył brwi, po czym przytaknął dla ukrycia, że nie ma pojęcia, okim mowa. Westa? Spojrzał na brunetkę okasztanowych oczach za ladą. Ładnie. Gdyby nie Jowisz, pomyślałby, że to imię. Rzadkie, ale ładne.
– Ja jestem Merkury. – Broda podał rękę.
– Ja…
– Stop! – Merkury uniósł dłoń. – Żadnych imion, nazwisk iadresów. Jak nie masz jeszcze ksywy, wybierz sobie.
– Rany… Nie wiem. Czemu taka konspiracja?
Merkury oparł się na krześle, tuląc przysypiającą po posiłku dziewczynkę. Cały czas wpatrywał się wchłopaka.
– Uuu, świeży jak pierwszy śnieg! Zacznijmy od tego pseudonimu, jakoś muszę cię nazywać. Niekoniecznie zastronomii, ale taka tradycja. Zajęte są Merkury, Westa iJowisz.
– Pluton?
– Odpada. – Merkury podał małemu chusteczkę do nosa. – Był… To znaczy jest znami taki gość. No, nie wiadomo, ale jak wróci… przyzwyczailiśmy się. Jesteś wysoki, jasne włosy, jasne oczy… może Słońce? Nigdy nikt nie chce, mówią, że infantylne. Aprzecież to najważniejsza gwiazda. Sol. Zacnie. Chcesz?
– Już. – Malec odstawił kartonik ze słomką, po czym wyciągnął rękę wstronę ojca.
– Nie powiesz mamie? – Merkury sięgnął do kieszeni.
Chłopiec zasznurował usta iodebrał nagrodę za wcałości zjedzony obiad: zatopił się wekranie telefonu.
– Tacierzyński uczy więcej niż doktorat. – Merkury westchnął.
– Poznaliście się? – Kasztanowooka dołączyła do stolika ztalerzem pełnym frytek, kostek czegoś isurówki. – Westa. Planetoida, nie mitologiczna.
– Sol – odpowiedział izabrał butelkę, by dziewczyna miała gdzie postawić posiłek.
– Spoko, damy radę. – Uśmiechnęła się szeroko.
Bez firmowego uniformu jej twarz wydała się Solowi jeszcze bardziej pogodna. Jaśniejsze pasma gęstej grzywki wplatały się wfale opadające na ramiona. Na marszu nie widział jej prawie wcale, za ladą miała związane włosy, teraz znów była inna. Co odkryje następnym razem? Czym jeszcze go zaskoczy? Westa – dziewczyna okilku obliczach. Wostatniej chwili powstrzymał się od sięgnięcia do plecaka po brulion. Już ją rysował, już widział, jak poszczególne części jej twarzy wyłaniają się zkartki.
– Dzieci są najważniejsze, to dla nich walczymy. – Westa precyzyjnie nabijała na widelec składniki dania.
– Też masz dzieci? – wypalił Sol, po czym wykrzywił usta. – Sorry.
– Eee, spoko. – Potrząsnęła głową. – Jak nie będziemy mogli oczymś mówić, powiemy ci. Na razie deklaruję birth strike.
– Co?
– Świadomie odmawiam rodzicielstwa. Nie skażę własnego dziecka na takie życie.
Ulżyło mu. Nie, nie przez fakt, że dziewczyna wyznaje taką ideę. Była od niego starsza okilka dobrych lat, może już po studiach, mogła mieć dzieci imęża. Ale nie miała. To może ichłopaka brak?
– Jak się komunikujecie? – Sol zmienił temat, znów złoszcząc się wduchu, że myśli teraz otakich sprawach.
Opanuj się, stary!
– Między sobą czy zgórą? – Merkury odłożył śpiącą córkę do wózka iprzykrył kurtką.
– Ogólnie. Itak, itak.
– Między sobą najczęściej tutaj. – Westa odłożyła sztućce na prawie pusty talerz. – Zgórą właściwie tak samo, czasem na zebraniach, choć bywają też inne metody imiejsca, na przykład wsieci. Widzisz tę tablicę? – Wskazała na boczną ścianę przy wejściu. – To nasz Messenger.
Sol przez chwilę przyglądał się korkowej płycie, chociaż ztej odległości widział tylko chaotycznie poprzypinane karteczki, na tle których kilka ulotek odznaczało się kolorystyką oraz rozmiarem.
– Oszczegółach później. – Merkury skupił na sobie uwagę Sola. – Jak mówiłem, jeden kompan nam się wysypał, Jowisz też czasowo musi się wstrzymać. Rzadko to robimy, od lat działaliśmy wczwórkę, przyszedł czas na roszady. Jesteś gotów?
– Do działania? Jasne. Po to przyszedłem.
– Uprzedzam – Westa spoważniała – nigdy nie wykonujemy tak pochopnych ruchów. Żadne znas odrugim nie wie nic ponad to, co jest potrzebne do wspólnego działania. Iprzez to oraz dzięki temu zdobycie zaufania do siebie możliwe jest jedynie poprzez sprawdzenie się na akcji. My docieraliśmy się przez kilka dobrych miesięcy. Testowaliśmy własne możliwości, poznawaliśmy nawzajem. Zależymy od siebie, polegamy na sobie, odpowiadamy za wszystkich. Rozumiesz?
Sol pokiwał głową. Brzmiało to znacznie poważniej niż przejście przez miasto ztransparentem.
– Nie rozumiesz – zaprzeczyła Westa. – Nie możesz jeszcze rozumieć, zrozumiesz dopiero na akcji. Sorry, nie możemy czekać. Trafiłeś do nas wbardzo gorącym czasie, przejdziesz natychmiastowy chrzest bojowy, od razu na głęboką wodę. Iod tego, jak ci pójdzie, czy będziesz słuchał wytycznych, czy wytrwasz ico zrobisz potem, zależą twoje dalsze działania znami.
– Kiedy? – Suche powietrze zaświszczało mu wgardle.
– Dziś – odparł Merkury. – Dziś wnocy.
Beta przyglądała się wiosennym pąkom na krzewach. Nie był potrzebny fenolog, by zauważyć, że wszystko wokół już dawno wybudziło się zzimowego snu, zatem iona powinna poczuć ten zew radości, świeżości, chęci do działania. Kiedyś tak właśnie funkcjonowała – wpełnej harmonii ciała iducha znaturą. Wypadek sprzed kilku lat uśpił jej wszystkie zmysły, zawiesił pomiędzy życiem asnem, zahibernował wszelkie emocje iodczucia, którymi dysponuje żywe stworzenie.
Bo tylko ona wyszła ztego cało. Odtąd codzienność stała się bardziej monotonna, niż mogłaby sobie wyobrazić, ale wogóle jej to nie przeszkadzało – odziwo. Nawet tego nie zauważała. Nie, to niewłaściwe określenie – widziała zmianę, ale nie rozpoznawała niedogodności takiego stanu rzeczy.
– Na silny, nagły stres pani organizm zareagował właśnie wten sposób – mówiła prowadząca ją potem psycholożka. – Postawił tarczę wpostaci czasowej niezdolności do odczuwania. Psychika broni się przed kolejnymi potencjalnymi urazami, jednocześnie daje czas na rekonwalescencję po wstrząsie. Organizm jest bardzo mądrą imisternie skonstruowaną maszynerią. Doskonała matka natura wwiększości sama wie, co jest najlepsze, trzeba się tylko wsłuchać. Nad tym będziemy pracowały, odnajdzie pani siebie. Może nie do końca taką samą, może nowa będzie inna, ale na pewno taka, jaka ma być, by znów zdrowo funkcjonować. Proszę zrobić listę rzeczy iczynności, które pani lubi.
Po półgodzinie ślęczenia nad kartką miała jedną pozycję: wysiłek fizyczny. Apo kilku tygodniach terapii doszła do wniosku, że może jest wtym jakiś plus, może powrót do wypełnienia codzienności wyjściem na basen, na siłownię, nie jest taki bez sensu? Bo skoro dziś wpływ tych czynności na Betę jest doskonale obojętny, to znaczy, że nie wywołuje też niechęci, azatem może zczasem przyniesie chęć kontynuowania, większego zaangażowania, aztego może zrodzi się iradość? Coś, co będzie mogła dopisać do listy. Itak szukanie wżyciu pozostałych „lubię” stało się zadaniem domowym Bety.
Odrabia je do dziś.
Długo szukała właściwej siłowni. Przed wypadkiem chodziła dla utrzymania jako takiej formy, rozruszania kości, aprzede wszystkim – rozładowania napięcia iemocji skumulowanych wczasie ścigania morderców. Ponieważ policjanci, zwłaszcza kryminalni, raczej nie zabiegają oprywatny, choćby iwzrokowy, kontakt ze światem przestępczym, atakich okazji na siłowniach pełno – znalezienie odpowiedniej nie było łatwe.
Po drugie zwyczajnie nie miała ochoty, by spocone karki wpatrywały się wjej tyłek. Lilia była jednym zniewielu, jeśli nie jedynym klubem, gdzie nie tylko wydzielono część dla kobiet – tu jedynie one miały wstęp. Becie bardzo to odpowiadało, podobnie jak fakt, że nie znała żadnej ćwiczącej.
Od zawsze miała niewiele koleżanek, może dlatego wybrała taki zawód? Amoże to właśnie zawód sprawił, że tak zwany stabilny inormalny świat statystycznego Polaka zroku na rok stawał się dla niej bardziej odległy, żeby nie powiedzieć: obcy? Przestała rozumieć koleżanki tkwiące wtoksycznych związkach, one przestały rozumieć ją, gdy setny raz powtarzała: zostaw go, zanim zacznie cię bić. Aone po raz tysięczny odpowiadały: on nigdy nie podniesie ręki, nie jest jednym ztwoich ściganych.
Ale będzie – odpowiadała już sama sobie.
Ubój gospodarczy – tak wkryminalnym nazywali przemoc domową ze skutkiem śmiertelnym. Wpierwszych latach służby uparcie dociekała, dlaczego kobiety nie szukają pomocy, dlaczego dają się tak katować? Złość wniej mieszała się ze współczuciem. Zczasem coraz bardziej utwierdzała się wprzekonaniu, że nie znajdzie odpowiedzi, bo jej zwyczajnie nie ma. Bo nie wiadomo, bo same nie wiedzą, bo nie mają odwagi, siły, bo żyją nadzieją, że po kolejnych przeprosinach się zmieni, musi się zmienić, tym razem się zmieni.
Gdy już się nauczyła, że wjej świecie możliwe są tylko dwa rozwiązania – na miejscu zdarzenia zobaczy kata znożem wplecach albo zakatowaną na śmierć ofiarę – przestała zadawać pytania. Ona ijej wydział to ostatnie ogniwo tego łańcucha. Zastają skutki ludzkiej niemocy, niewydolności systemu, nieudolności władz. Byli od sprzątania.
Bywało, że budziły się wniej te same emocje, gdy na podłodze leżała ofiara, najczęściej kobieta. Złość zmieniała się we wściekłość, jeśli do kobiety dołączały dzieci. Widok raz na zawsze unieszkodliwionego oprawcy wyzwalał smutek. Nie radość, że ofiara wreszcie się uwolniła. Smutek, że musiało do tego dojść, że nie było innego sposobu, że mimo tego, co znosiła wiele długich lat, teraz trafi do więzienia na jeszcze dłużej. Jeśli znajdzie się świadek, który zezna, jakim zwierzęciem był mąż, jeśli ona przedłoży sądowi wyniki obdukcji, może liczyć na inną klasyfikację czynu, czyli mniejszy wyrok.
Abędzie świadek, jeśli wstyd przed sąsiadami nie pozwalał jej krzyczeć? Będzie obdukcja, jeśli nigdy na nią nie poszła? Jeśli, jeśli, jeśli. Jeśli przyznamy, że żadne zwierzę, nawet gdy poluje zgłodu, nie dopuszcza się katowania swojej ofiary – co oznacza, że porównywanie człowieka do najgorszego zwierzęcia jest uwłaczające wobec zwierząt – może się coś zmieni, może nie. Ale jeśli uznamy, że ofiara przemocy domowej staje się katem, gdy wszelkie granice jej wytrzymałości na cierpienie zostają przekroczone, może powinniśmy pójść dalej iustanowić prawo uniewinniające dla tych, którzy wafekcie dopuścili się napaści, bo właściwie była to obrona ze skutkiem śmiertelnym. Wtedy połowa więziennych oddziałów dla kobiet opustoszeje, adzieci wrócą zdomów dziecka do swoich łóżek.
Niestety nie miała na to wpływu. Icoraz częściej nachodziła ją myśl, żeby to rzucić. Zwłaszcza po wypadku. Paradoksalnie zanik zdolności odczuwania emocji bardzo ułatwiał jej dalsze funkcjonowanie zawodowe. Tak jak lekarz, żeby skupić się na leczeniu, musi się zdystansować, wyłączyć uczucia, by wpełni wykorzystać logikę iwiedzę – czyli mózg – tak ipolicjant powinien nauczyć się tego samego, zwłaszcza kryminalny.
Ale dla Bety była to postępująca wegetacja, mechanicznie wykonywane czynności. Przesunięcie do szukania zaginionej było jak powiew świeżego powietrza. Nigdy nie zapytała, dlaczego Grażyna zleciła to akurat jej. Nie musiała. Inni starali się nie zwracać uwagi, nie pytać, jak się czuje, wiadomo było, że podle. Za to Chojecka widziała więcej – Beta coraz bardziej chowała się wpapierach, nie rwała do nowych spraw, gasła. Grażyna Chojecka wiedziała iwidziała wszystko, miała jakiś ósmy zmysł, dzięki czemu nie trzeba było za wiele opowiadać. Odkąd trafiła do BP, zdnia na dzień była coraz bliżej dopisania do swojej listy kolejnej pozycji: praca.
Ikona na panelu zaczęła mrugać ostrzeżeniem ozbliżającej się zmianie tempa na pełny bieg. Na ten moment czekała najbardziej; zaczynała się walka mięśni omoc ipłuc otlen. Za kwadrans znów da im odpocząć wkilkominutowym truchcie, by przez kolejne piętnaście uczciwie pracować na zakwasy. Wybiegać, wymęczyć, wycisnąć całą złość na to, co ją spotkało. Tylko podczas drakońskich wysiłków jeszcze czuła, że żyje. Przynajmniej czasami.
Dwadzieścia minut później nagłe szturchnięcie wybiło ją zrytmu.
– Co, do ku… – Odwróciła głowę.
– Świętego bym się prędzej… – Uradowana blondynka rozpościerała długie ramiona.
Beta skoczyła na boczne listwy iwyłączyła bieżnię.
– Megi?! – Uśmiechnęła się bardziej szczerze, niż zamierzała.
Pracowały kiedyś razem wstołecznej. Potem Beta dostała awans do KGP, aMałgorzata Jabłońska… Nie pamiętała, co się znią stało, nie interesowały jej losy pięknej Megi, na widok której ślinili się wszyscy: od dyżurnego po komendanta głównego.
– Aty co tu robisz? – Beta wytarła ręcznikiem twarz.
– Próbuję zrzucić brzuszek. Czterdziestka się zbliża, ponoć życie się zaczyna, trzeba się przygotować.
Boże, Beta nigdy nie myślała wten sposób. Raz, że miała jeszcze całe pięć lat, adwa, jeśli wciąż nie zaczęła życia, to już nie zacznie, awiek nie ma tu nic do rzeczy. No itrzy: Megi zawsze miała hopla na punkcie figury, więc niech jej tu nie wciska, że dorobiła się jednej fałdki. Zeszła zbieżni iwyminęła znajomą.
– Aja właśnie skończyłam na dziś – rzuciła, zanim usłyszy, jak to świetnie, że na siebie wpadły, bo będą mogły poplotkować na rowerkach.
– Onie! Atak się ucieszyłam, że…
– Robota czeka. – Beta zabrała butelkę zparapetu.
– Ciągle wfirmie? – Blondynka nie dawała za wygraną.
– Karma – przytaknęła. – Trzymaj się.
Nie czekała na wylewne pożegnania iruszyła wstronę szatni; nasłuchiwała kroków za sobą. Poza „wzajemnie” nie usłyszała nic.
Najchętniej zrezygnowałaby zprysznica, ale musiała jeszcze dokończyć papierologię. Nigdy wżyciu tak szybko się nie myła. Kiedyś Megi nie była natrętna, pracowały wróżnych pokojach, mijały się na korytarzu, spotykały na odprawach lub wtoalecie. Co słychać, auciebie, kiedy nareszcie przyjdzie lato, kiedy się skończą te upały, jak po urlopie – typowy, bezsensowny small talk ido zajęć. Niczym jej nie podpadła, niczym się nie przysłużyła, zwyczajna znajoma zza ściany. Ajednak Beta zawsze źle się czuła wjej towarzystwie. Megi miała coś takiego wsposobie bycia, może mówienia, jakąś manierę, której Beta nie mogła rozpoznać, aktóra sprawiała, że czuła niechęć. Coś ją odpychało. To samo poczuła, gdy tylko weszła do szatni. Inadal nie wiedziała dlaczego. Wpośpiechu nakładała ciepłochłonną koszulkę na ledwo wytarte plecy, gdy kątem oka dostrzegła znajomą sylwetkę. Megi podeszła do szafki wprzeciwległym rzędzie iotworzyła zamek.
– Kto nie ma wgłowie… – Machnęła wstronę Bety małym ręcznikiem zmikrofibry.
Beta posłała wątły uśmiech. Wrzuciła kurtkę na grzbiet, abluzę do torby, którą zarzuciła na ramię.
– Może wyskoczyłybyśmy któregoś dnia na drinka? – padło, zanim Beta zdążyła zniknąć za rogiem. – Tyle lat… Jest co opowiadać.
Fuck! – pomyślała. Jeszcze będzie chciała telefon!
– Naprawdę się spieszę, mamy zdarzenie. Zgadajmy się za tydzień, okej? Jestem tu ostałych porach – dodała, cofając się do drzwi, nim Megi zdąży poprosić onumer. – Narka – dokończyła, będąc już poza zasięgiem wzroku Jabłońskiej.
Wybiegła wsam środek ulewy.
Kurwa mać, abluza wtorbie!
Zamiast ubrać się jak człowiek, ucieka przed cipą, której nie widziała od lat! Jeszcze będzie musiała zmienić siłkę.
Fuck!
Zdwustu, jak nie więcej, klubów fitness wtym mieście musiała wybrać właśnie ten? Ta „Małgoś”, jak nazywała ją męska część stołecznej, która szczucie ipodpuszczanie seksapilem facetów miała wdrukowane wDNA, wybrała siłownię tylko dla kobiet? Tego dnia? Otej porze?
Grażyna Chojecka nie pamiętała, kiedy ostatni raz była na bankiecie albo jakiejkolwiek uroczystości pozapracowniczej. Po rozwodzie nie tyle nie miała zkim wychodzić na kolację, do kina czy teatru, ile gorzej było zczasem. Dlatego nie zastanawiała się długo nad przyjęciem zaproszenia na inaugurację firmy jej dawnej znajomej. Wkońcu miała okazję kupić nową sukienkę, odświeżyć fryzurę, przypomnieć się kosmetyczce. Izobaczyć, czym żyje społeczeństwo, bo zajmowanie się przez lata przestępstwami bardzo zniekształca ogląd.
– Przepięknie wyglądasz – usłyszała za plecami znajomy niski, męski głos.
Wzięła ztacy dwie lampki szampana, po czym odwróciła ztaką gracją, na jaką tylko było ją stać. Tak, zarówno suknia wkolorze wina, jak iwysoko ufryzowany kok rudych loków wywołały na jej twarzy uśmiech zadowolenia, gdy godzinę temu patrzyła wlustrze na odgruzowaną siebie. Kępki sztucznych rzęs, na które dała się namówić kosmetyczce, wydobyły spod opadających już powiek zapomniany blask oczu. Szpilki, torebka imalinowa szminka. Nie jest źle, pani młodsza inspektor Chojecka, jest całkiem nieźle – puściła do siebie oko.
– Ty też dziś – przyjrzała się posturze mężczyzny – tak jak ćwierć wieku temu.
Roman Szewczyk odebrał kieliszek. Był przystojny, bez dwóch zdań. Żadna kobieta by nie zaprzeczyła, apółmrok jeszcze bardziej wysmuklił oszronione gęstą siwizną rysy twarzy. Ćwierć wieku temu, może nawet dalej, widziała go takiego na weselu jego brata. Zaprosił ją jako osobę towarzyszącą. Zgodziła się… amoże przegrała zakład? Nie pamiętała, jak do tego doszło. Potem ich drogi się rozeszły na wiele lat. Bywało – zwłaszcza wchwilach kolejnego zwątpienia wwyjście byłego męża znałogu – że żałowała. Co prawda Romek nigdy jej niczego nie zaproponował, ale wiedziała, że zrobiłby to, gdyby nie była zPiotrem. Dziesięć lat temu, gdy po trzecim odwyku mąż wpadł wjeszcze dłuższy ciąg, odeszła.
– Nie przesadzaj. Zdążyłem kupić koszulę, do fryzjera już nie dałem rady. Zdradzisz, co tu robimy?
Iznów Roman Szewczyk pojawił się wjej życiu. Półtora roku temu na wieść, że również złożył CV, wycofała swoją kandydaturę na dyrektora pionu kryminalnego KGP. Wiedziała, że przegra. Chciała znim przegrać, chciała znów mieć go blisko. Zawodowo. Koleżeńsko. Na nic innego nie liczyła. Ale przegrana zaważyłaby na jej wizerunku, znacznie bezpieczniej ibardziej elegancko było się wyłgać problemami ze zdrowiem. Żylaki faktycznie jej doskwierały, agroźba, że żyła pęknie bez natychmiastowej operacji, bardzo się przydała. Zabieg ulżył jej wiecznie opuchniętym nogom.
Wzięła Romana pod ramię iwolnym krokiem przeszli do sali zokrągłymi stołami. Gładko zaczesany młodzieniec przy wejściu odebrał ich zaproszenie.
– Miło mi państwa powitać. Stolik numer osiem.
Na końcu długiego pomieszczenia, na małej scenie wirowały kropki kolorowych światełek, nad nimi złoty napis na białej tablicy: „Elgreta – piękno znatury”.
– Eleonora Gruda. – Chojecka wskazała na napis. – Znajoma sprzed tak wielu lat, że nawet ciebie wtedy jeszcze nie znałam.
– To chyba zpiaskownicy. – Roman odsunął jej fotel przy wskazanym stoliku.
– Zczasów szkolnych.
Sześcioosobowy stół był jeszcze pusty, choć przy innych sukcesywnie siadali dostojni goście.
– Gdybyś nie zechciał przyjść, sama też bym się nie wybrała. Grudowie to znani przedsiębiorcy, zaczynali od handlu skórami zTurcji, potem jeszcze jakieś inwestycje, ale nie wiem dokładnie jakie, nie utrzymujemy zażyłych stosunków. Nawet zdziwiłam się, że przysłała zaproszenie.
– Biznes lubi mościć sobie ścieżki wróżnych rejonach.
– Możliwe. Wkażdym razie cieszę się, że dałeś się wyrwać. Wracasz do siebie, znika zmartwienie ztwarzy. Dobrze znów cię takim widzieć.
Roman odetchnął głęboko ipodniósł kieliszek wstronę krzątającego się ztacą kelnera.
– Dzięki tobie. We Wrocławiu nie bywałem na komercyjnych rautach, za dużo nękań oprzysługi, ale wWarszawie jestem nowy, popatrzę, jak ty się wymawiasz. – Po krótkiej pauzie odwrócił się wjej stronę. – Atak naprawdę chcę ci podziękować. Za zaangażowanie, za pokierowanie zespołem, za odnalezienie Alicji, za pomoc.
Gdy kelner wymienił im kieliszki na pełne, uniósł swój.
– Zrobię to wnieco innych okolicznościach, na osobności. Mam mały plan. Więc gdybym nie przyjął twojego zaproszenia na dziś, ty nie przyjęłabyś mojego.
– Czyli zwyczajnie to ukartowałeś! – Szturchnęła go wramię.
– Twoje zdrowie! – Uścisnął jej dłoń, apotem upił spory łyk mieniącego się złotem szampana. – Powiedz, zgodzisz się na… – Przerwał, gdy przy stoliku pojawiła się kobieta; nie wygląda na taką zobsługi.
– Grażynka! Cieszę się, że przyszłaś! – Przystawiła policzek do twarzy Chojeckiej. – To pan…
– Roman Szewczyk. – Inspektor musnął ustami dłoń przybyłej.
– Eleonora Gruda – przedstawiła się niemal szeptem. – Przepraszam za nietakt – otrząsnęła się – po prostu… wszyscy mocno przeżywaliśmy tamtą sprawę… – Usiadła.
– Na szczęście dobrze się skończyło. – Grażyna zakończyła temat. – Powiedz lepiej, co to za okazja. Nowe przedsięwzięcie?
– Ach, popadałam wmarazm, musiałam coś zmienić. Rynek skór się skurczył, Gustaw prowadzi już właściwie samą galanterię, dodał walizki. Postanowiłam zająć się tym, co dla nowoczesnej kobiety jest środkiem do zachowania witalności ipiękna jej własnej skóry, skoro noszenie futra jest niezgodne ztrendami. – Zakończyła miną udającą egzaltację zdegustowanej pańci zwyższych sfer.
Światła przygasły, zgłośników popłynęła miła, spokojna muzyka.
– Mili, muszę przywitać gości. Kolacja będzie wyśmienita, ręczę. Aha – wstała – posadziłam zwami Kobusów, Gustaw nalegał na zaproszenie Wieśka. Jakąś sprawę ma. Znasz, prawda?
– Kto nie zna ministra środowiska? – odparła Grażyna.
– No właśnie. IAndrzeja Falka też pewnie pamiętasz…
Chojecka przeglądała wgłowie twarze, które mogłaby połączyć ztym nazwiskiem.
– Nieważne. Na pierwszego nie ma co liczyć, jest środek tygodnia, tu zaraz będzie masa dziennikarzy, fotografów, on dopiero co objął tekę. Falk będzie później, lubi się pokazać zcoraz to młodszą kochanką. Ale może być tak, że będziecie mieli stolik tylko dla siebie. Przepraszam cię za to, chciałam powspominać stare czasy, atu widzisz…
– Oj, nie ma problemu!
– Bawcie się dobrze. Wyglądasz bosko. – Uścisnęła ramię Grażyny iodeszła wstronę sceny, na której konferansjer ustawiał mikrofony.
Minister się nie pojawił, za to przyszła jego żona zcórką. Najwyraźniej nie zamierzała odpuszczać żadnego bonusu przynależnego pełnionemu przez męża stanowisku, atak zwane bywanie na salonach niewątpliwie do takich należało. Chojecka pamiętała Wiesława Kobusa jeszcze zliceum, jednak żony nigdy bliżej nie poznała, zatem pogaduszki ogłupotach miała zgłowy, tym bardziej, że iKobusowa jej nie kojarzyła. Albo dobrze udawała.
Po naprawdę wyśmienitym posiłku, nawet zabawnym stand-upie popularnego niegdyś aktora oraz gdy modelki zaprezentowały na scenie wszystkie produkty pielęgnacyjne nowej firmy kosmetycznej – oczywiście zinnowacyjnymi iwpełni naturalnymi składnikami, pozyskiwanymi przy pomocy technologii opartej na najnowocześniejszych metodach iwynikach badań – światła przyciemniały, akonferansjer zaprosił gości do tańca.
– Chyba czas na nas. – Chojecka dopiła wino.
– Nie masz ochoty zatańczyć? – Roman wytarł usta serwetką iodsunął Grażynie krzesło.
– Podziękuję. Celebrycka śmietanka tego miasta musi się powyginać przed reporterami. Ustąpię im miejsca.
Wostatniej chwili przecisnęli się przed falą aktorów, dziennikarzy, azwłaszcza tych, których znano jedynie ze zdjęć ztakich imprez.
– Oco chciałeś zapytać, zanim Elka nam przeszkodziła? – To nie dawało Grażynie spokoju przez cały wieczór, jednak whałasie nie była wstanie dokończyć tematu.
Młodzieniec przy wyjściu wręczył im na pożegnanie białą torebkę znapisem „ELGRETA”, zkosmetykami wśrodku.
Miło – pomyślała Chojecka – tak się Elka wykosztowała, aniestety klientki wniej nie znajdzie, bo jak zna życie, kremy będą ją uczulać. Ponowiła pytanie wdrodze do szatni, gdzie podchmielony jegomość oddawał właśnie płaszcze inie zważając na okoliczności, zaczął obściskiwać się zdwa razy młodszą dziewczyną. Roman wspaniałomyślnie zasłonił Grażynie ten widok, gdy położył na blacie ich numerki.
– Paryż, Londyn, amoże wolisz inne miejsce? – zapytał.
Szatniarz podał numerek niedobranej parze; mężczyzna schował go do kieszeni iruszył wstronę sali, ostentacyjnie głaszcząc dłonią pośladek towarzyszki.
– Słucham? – Chojecka wróciła wzrokiem imyślami do Romana.
– Gdzie chciałabyś wyjechać ze mną na weekend?
Znów odwróciła się wstronę pary. Nie dosłyszała, do którego stolika pokierował ich przylizany chłopak przy drzwiach.
– Proszę. – Roman rozłożył jej płaszcz.
Włożyła ramiona wrękawy. Nie mogła pojąć, jak to możliwe, że widzi to, co widzi. Co on tu, ulicha, robi? Zaraz, to dziewczyna schowała zaproszenie do kopertówki! Czyli on towarzyszy jej…
– Halo! – Roman położył dłoń na jej ramieniu. – To ktoś znajomy?
– Owszem. – Chojecka oprzytomniała iodwróciła się wjego stronę. – Chyba.
Dobrze, że nie pada – pomyślał Sol. Zgodnie zwytycznymi czekał przy bramie szkoły podstawowej numer sześćdziesiąt pięć, imienia Władysława Orkana; ubrany na ciemno, wrękawiczkach ikapturze.
Kilka minut po północy – zaniepokoił się – inni powinni już dotrzeć. Nie zdążył przemyśleć, wjaki sposób grupa odwołuje akcje, skoro nie mają swoich numerów telefonów, bo jak instruowano go wburgerowni, mają przykaz niezabierania ich na ekotaż, by uniemożliwić namierzenie wrazie niepowodzenia. Nagle zobaczył dwie sylwetki na chodniku po drugiej stronie ulicy. Drobna Westa poruszała się szybko, lekko izwinnie, ani na krok nie odstawała od Merkurego.
– Jesteś – mruknęła spod szalika.
– Szkoda, że nie pada. – Merkury podał rękę na przywitanie. – Wdeszczu mniejsza szansa na przechodnia.
– No tak – przytaknął Sol. – To co robimy?
Westa zMerkurym odwrócili się plecami do Sola. Teraz wszyscy patrzyli na dom za wysoką bramą zmetalowych prętów. Prawą stronę schodów do budynku przysłaniał żywopłot, po lewej na podjeździe przed garażem stało audi a4. Wszystkie okna wdomu były ciemne, podobnie jak wpozostałych budynkach – Sol miał ponad kwadrans na obserwację okolicy, zanim przyszli.
– Pojedynczo, musimy jak najciszej pokonać ogrodzenie. – Merkury ruszył przed siebie.
Przerzucił plecak, apotem dwoma krokami, butami whaczając się wduże oczka bramy, przeskoczył na drugą stronę. Westa podążyła jego tropem. Zaraz za nią Sol podskoczył iwsparł się na słupku, by zwinnie przenieść ciężar całego ciała na drugą stronę. Niemal bezszelestnie wylądował na trawniku przy podjeździe.
– Good job! – pochwalił go Merkury. – Jedziemy ztym. – Wyjął zplecaka trzy puszki ze sprayem, dwie oddał, trzecią potrząsnął kilka razy. Ustawili się po różnych stronach auta.
– Szybkimi ruchami. Farby nie może być za dużo wjednym miejscu, bo będzie spływała strugami inapis się zamaże – objaśniała Westa.
Sol miał na końcu języka wyjaśnienie, jak niewiele sekretów kryją przed nim dostępne na rynku farby, jednak zostawił to na inny moment. Nasunął szalik pod oczy izdjął plastikowy korek zpuszki. Na bocznej tylnej szybie, od strony bagażnika, postawił pionową kreskę. Zapach wbił się wnozdrza nawet przez złożony materiał szalika.
Emalia. Dobrze iniedobrze – pomyślał. Takie farby są trudno zmywalne, gość nieźle będzie się trudził zszybami, apróba usunięcia zkaroserii może się skończyć zdarciem lakieru. Ale zolejną nie miałby najmniejszych szans bez skrobania. Szkoda, że nie zapytali. Idobrze, że szyby nie są po deszczu, na mokrej nie utrzymałaby się tak trwale.
Osiem liter początkowo planował rozstawić po cztery wkażdym oknie, ale teraz… niech się gość bardziej postara. Wpisał po trzy woknach, adwie ostatnie na dolnych częściach drzwi. Lakiernik będzie miał co robić. Cofnął się, żeby spojrzeć na całość.
MORDERCA.
Na tylnej szybie widniało dzieło Westy: OPRAWCA. Na lewej stronie Merkury właśnie skończył krzywe iźle rozplanowane litery dwóch wyrazów: SZEFKAŹNI.
– Wypsikajmy resztę wzamki, skurwiel nie dostanie się do środka – zaproponował Merkury.
– Nie. – Westa zatrzymała zbliżającą się do drzwi puszkę. – Właśnie niech się dostanie, niech jeździ ztymi napisami po całym mieście!
– Nie pojedzie. Osiódmej rano, zanim ktokolwiek to zobaczy, wjedzie do garażu ityle zakcji. Psikamy! – Merkury odepchnął dłoń Westy iwymierzył puszkę wzamek drzwi kierowcy.
Nagle za plecami Sola zobaczyli słup światła, po chwili usłyszeli nadjeżdżający samochód.
– Kryć się!
Wjednej sekundzie Sol kucnął za maską auta, natomiast Merkury pociągnął Westę za ścianę budynku. Samochód zatrzymał się na wysokości furtki, kierowca zapalił lampkę przy lusterku isięgnął po zapłatę.
– To uber! – szepnął głośno Merkury do skulonego Sola. – Wiejemy tyłem.
Sol spojrzał przez pomalowane okna audi na jezdnię. Kierowca wysiadł, obszedł starą hondę civic, otworzył tylne drzwi od strony chodnika.
– Nu, dawaj – zaciągnął wschodnim akcentem, wieszając sobie na ramieniu pijanego pasażera. Drugą ręką chwycił go wpasie.
– Ruchy, kurwa, obiekt może mieć wdomu psa! – ponaglał Merkury.
Sol wkuckach dołączył do reszty za ścianą. Pobiegli na tył ogrodu, gdzie między drzewami przedostali się na sąsiednią posesję. Dopiero przy ostatnim płocie, dzielącym ich od ulicy Potockiej, Merkury krzyknął:
– Plecak! Ja pierdolę, został przy tylnym kole! Wracam.
– Nie! – zaprotestował Sol. – Gdzie masz klucze do auta?
Zabrzęczały, gdy Merkury poklepał się po kieszeni.
– Przełazimy – zarekomendował Sol – wy idziecie po auto, ja obiegnę chodnikiem. Jeśli uber jeszcze tam stoi, zajdę go od tyłu, nie będzie mnie widział.
Nie czekał na zgodę, dwoma susami przeskoczył płot ipobiegł wprawo. Kilkadziesiąt metrów dalej, na skrzyżowaniu zDrohicką, znów skręcił wprawo, by łukiem dobiec do szkoły. Uber cały czas stał przy krawężniku.
Sol podszedł bliżej iprzykucnął za kontenerem na śmieci. Stąd dostrzeże kierowcę. Powinien też widzieć wiszącą na furtce skrzynkę na listy, anie widział, zatem bramka była otwarta. Niestety żywopłot zasłaniał to, co się działo na podwórku. Zobaczyli już napis? Światła ubera nie oświetlały audi, ale uliczna lampa nie była tak daleko, któryś znich na pewno to zobaczy.
Ico ztego? – przeszło mu nagle przez myśl. Właściciel pijany wbeton, ukraiński kierowca będzie miał to wdupie.
Ajeśli zadzwonili na policję? Sol nie powinien tu siedzieć, uliczka była jednokierunkowa, wkażdej chwili mógł go oświetlić radiowóz. Wstał, naciągnął szalik pod oczy, akaptur nisko na czoło. Ruszył. Zatrzymał się kilka kroków dalej, gdy usłyszał odgłos pijackiego mruczenia.
Są przy schodach, pewnie siłują się zdrzwiami.
Nie do końca. Kierowca doprowadził pijanego do schodów, kazał trzymać się barierki, asam poszedł zkluczami do drzwi. Niestety odruchowo spojrzał na audi. Jęknął, po czym zbiegł na podjazd. Klient właśnie przegrywał zgrawitacją, bełkotał przekleństwami.
– Zabojca?! – krzyknął kierowca.
Wytarł pęk kluczy wsweter, rzucił na wycieraczkę iruszył biegiem. Sol wostatniej chwili schował się za śmietnikiem. Kierowca rękawem kurtki wytarł klamkę furtki, wskoczył do hondy iodjechał zpiskiem opon. Sol wyszedł na chodnik, powoli podszedł do przymkniętej bramki. Pijany na próżno próbował wesprzeć się na barierce, wreszcie po kilku podejściach zasnął, kurczowo do niej przytulony.
Sol wszedł, wyjął zkieszeni telefon icyknął leżącemu kilka fotek. To samo zrobił zaudi – pierwsza jego akcja sabotażowa, musiał mieć to uwiecznione. Na koniec zabrał plecak igdy tylko znów przekroczył próg posesji, Merkury dał mu sygnał dwoma mrugnięciami świateł. Wskoczył na tylne siedzenie niemal wbiegu. Samochód skręcił wMałogoską.
– Juhu! – zawyła Westa do podsufitki.
– Tak jest! – Merkury uderzał dłońmi okierownicę. – Właśnie oto chodzi! Spisałeś się, młody.
– Nigdy nie robimy tego tak szybko – mówiła przez ramię Westa – ale zdałeś egzamin. Inie, nie powrotem po plecak, nic wnim nie było, chociaż psy mogłyby podjąć trop.
– To czym?
– Tym, że poszedłeś na akcję, nie wiedząc, kim jest obiekt, co sprawiło, że nim został ico będziemy mu robić.
– Powiedzieliście przecież, że nie łamiemy prawa ani nie robimy nikomu bezpośredniej krzywdy. – Sol porozsuwał zamki ubrania iściągnął nakrycia głowy, by złapać pełny oddech.
– Mogliśmy skłamać – zauważył Merkury, lecz po chwili dodał: – Nie, nie skłamaliśmy. Działamy bez przemocy, pokojowo. Mam rodzinę, nie uśmiecha mi się narażać ich na odsiadkę ojca albo brak środków do życia, gdyby wywalili mnie zroboty. Jestem dziennikarzem, to ja opisuję akcje ekotażowe wprasie. Dlatego Merkury.
– Wkażdym razie test zaliczony, aza zaliczony test dostaje się to. – Westa podała do tyłu mały telefon komórkowy. – Ma kartę prepaidową iwpisane numery do nas. MARS wita wswoich progach.
– MARS? – Sol niepewnie odebrał komórkę.
Westa wybałuszyła oczy, Merkury wpatrywał się wniego we wstecznym lusterku.
– Myślałem, że działacie solo. Niezależnie – doprecyzował.
– Ale wramach MARS-a– odparła.
Kasjopeja – taki dali jej przydomek. Uważała to za zbędny, zaciągnięty zza oceanu szpan. Ponoć taka tradycja, aprzynajmniej tak to uzasadniano, ale wiedziała, że to zwykła moda na ksywy. Wtakich przypadkach czerpano pomysły zfilmów albo książek, ostatnio wszyscy żyli zmaganiami pięknej Clarice Starling zHannibalem Lecterem, sama wolałaby imię bohaterki Podwójnego życia Weroniki, anajbardziej Thelmę, jeśli nie Louise. Niestety pseudonimy zupełnie nie pasowały ani do Milczenia owiec, ani do drugiej części Obcego. Ponieważ działają wnowej grupie, której nazwa będzie się kojarzyć zplanetą, przydomki zastrorejonów kolektywnie uznano za najbardziej właściwe.
Stanęła za tylnym rzędem krzeseł. Przy jej wzroście miała pewność, że stąd zobaczy na scenie przemawiającego zaraz Urana.
– Spotykamy się dziś wauli Universitas Studiorum Mickiewicziana Posnaniensis…
Przybyły zWarszawy prezes Zarządu Głównego Ligi Ochrony Przyrody, do której wstąpiła jesienią ubiegłego roku, mówił zprzesadną estymą – ponieważ to za sprawą profesora tego zacnego uniwersytetu wszystko się zaczęło. Profesora anatomii ifizjologii roślin, doktora Adama Wodziczki. Historia powstania pierwowzoru dzisiejszej Ligi Ochrony Przyrody sięga X wieku, bowiem wtedy wydano pierwsze dekrety ochrony wybranych gatunków zwierząt iroślin. Ale to profesor Wodziczko utworzył organizację społeczną pod nazwą Liga Ochrony Przyrody właśnie tutaj, wPoznaniu, która od tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego roku działała wrejonie poznańskim oraz pomorskim, zanim została powołana do życia przez Państwową Radę Ochrony Przyrody jako stowarzyszenie ogólnokrajowe, którego profesor był aktywnym członkiem.
Czuła się dziwnie. Obok niej ipod ścianą ztyłu stało jeszcze kilka osób – zapewne również członków stowarzyszenia. Nie chodziło oto, że nie był to jej uniwerek ekonomiczny, nie jej aula, nie jej – po prawie trzech latach studiów – rozpoznawane twarze, bo LOP zrzeszał każdego, awPoznaniu nie brakowało uczelni wyższych. Ajednak miała wrażenie, że jest spoza, zzewnątrz, podczas gdy wszyscy obecni są stąd. Może to ciągle jeszcze żywe wspomnienia po odbywających się właśnie wtakiej atmosferze uroczystościach pierwszomajowych albo innych obchodach czegoś tam wPZPR? Delegaci na kraj, działacze, sztandary i„mównice – zbyt wysokie na konfesjonał, zbyt niskie na strzelnice” – jak pisał Barańczak. Możliwe…
– Oile niezaprzeczalnym faktem jest – ciągnął prezes – przyczynienie się profesora do powołania dzisiejszej Ligi Ochrony Przyrody dnia dziewiątego stycznia tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego roku na zjeździe organizacyjnym, to jednak nie wcelu uczczenia tego wydarzenia zorganizowano tę uroczystość…
– Hej – usłyszała wprawym uchu – sama jesteś?
– Hej. – Odwróciła się wstronę chudego, wysokiego Urana wtowarzystwie blondynki. – Na to wygląda.
– Poznaj naszą nową członkinię. – Uran wskazał na młodziutką pannę. – To Luna.
– Mnie nazwali Kasjopeją, ateraz sami zdrabniają do Kasi.
– Tylko wnieformalnych okolicznościach. – Wyciągnął do nowej wskazujący palec. – Nie ucz się tego, pseudonim jest jeden.
– Rozporządzenie Rady Ministrów zdnia szesnastego kwietnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego siódmego roku – dobiegało ze sceny. – Na podstawie artykułu czternastego ustawy zdnia siódmego kwietnia tysiąc dziewięćset czterdziestego dziewiątego roku oochronie przyrody zarządza się, co następuje: tworzy się Wielkopolski Park Narodowy, zwany dalej „Parkiem”, położony wpowiatach poznańskim iśremskim, wwojewództwie poznańskim.
Rozległa się fala oklasków.
– Trzydzieści pięć lat temu, wtrójkącie miast Luboń, Stęszew oraz Mosina powstał Wielkopolski Park Narodowy. Siedem ipół tysiąca hektarów oraz osiemnaście obszarów ochrony ścisłej objęto szczególną pieczą idbałością. Profesor Wodziczko określił go jako „prawdziwe muzeum form polodowcowych iżywe muzeum przyrody”…
– Zaraz wyjdzie szef oddziału poznańskiego, apotem ja. – Uran sprawdził, czy kartka zprzemówieniem nadal leży wgranatowej, sztywnej teczce.
Zgodnie zprzewidywaniami na scenie pojawił się człowiek, którego Kasjopeja miała już okazję widywać wsiedzibie LOP-uprzy Alei Niepodległości. Krępy, siwiejący już profesor Instytutu Paleogeografii iGeoekologii Wydziału Nauk Geograficznych iGeologicznych miał wsobie sto razy więcej wigoru ikrzepy niż jego owiele młodszy przedmówca.
– Od początku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego siódmego roku – niemal grzmiał do mikrofonu – zamiast wydawanego dotąd „Biuletynu Organizacyjnego LOP” zaczęło ukazywać się czasopismo pod nazwą, która funkcjonuje do teraz, mianowicie „Przyroda Polska”. – Uniósł periodyk. – Jest to kolejny dziś powód do świętowania. Natomiast niebawem, bo już wprzyszłym roku, obchodzić będziemy sześćdziesięciopięciolecie powstania Ligi Ochrony Przyrody…
– Nie wiedziałem, kto przyjdzie, poprosiłem Lunę, żeby przeczytała ze mną urywki statutu, ale może chcesz wystąpić jako członkini zdłuższym stażem?
– Nie, nie. – Kasjopeja zmarszczyła brwi. – Głowa mi pęka, idźcie razem. Niech się młodziak przysłuży.
Dziewczyna nie zareagowała. Albo szef tak mądrze mówił, albo tak głośno, że nie usłyszała. Za to Kasjopeja znała ten tekst niemal na pamięć. Sama go napisała na zlecenie Urana – to on „dowodził” ich komórką.
– Krótko potem powstały wojewódzkie oddziały oraz sukcesywnie powoływano oddziały gminne – powtarzała wmyślach równocześnie zszefem. – To właśnie za sprawą utworzenia ognisk wiejskich Liga docierała pod każdą strzechę ido najmniejszej szkoły, dzięki czemu możliwe było wdrożenie dwukierunkowej komunikacji: do człowieka, ale iod człowieka jako podstawowego współuczestnika iobserwatora przyrody, wpostaci danych iraportów przekazywanych do organów decyzyjnych. Państwo na ich podstawie mogło planować działania. Pierwszy Raport ostanie środowiska przyrodniczego wPolsce izagrożeniu zdrowia ludzkiego przygotowany przez Radę Naukową Ligi Ochrony Przyrody powstał wtysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku.
– Już kończy – powiedziała do Urana głośniej, niż zamierzała. – Szykujcie się.
Końcówkę zagłuszyła kolejna salwa oklasków. Uran zLuną ruszyli wzdłuż rzędów krzeseł. Mikrofon zapiszczał sprzężeniem, gdy Uran zaczął mocnym, pewnym głosem:
– Pan profesor wspomniał oraporcie, przypomnę tytuł: Raport ostanie środowiska przyrodniczego wPolsce izagrożeniu zdrowia ludzkiego. Zagrożenia zdrowia ludzkiego. Aco ze zwierzętami? Dziś, jedenaście lat po publikacji raportu, jako czynni działacze na rzecz iwobronie zarówno fauny, jak iflory, uznaliśmy, że tak duża organizacja, ztak wieloma obowiązkami, powinna podzielić swoją aktywność na obszary, aby usprawnić rozpoznanie potrzeb iwdrażanie środków zaradczych, często ratujących gatunek przed wyginięciem. Wtrosce opatrona organizacji – wskazał na wiszące nad nimi logo LOP-u– żubra, króla puszczy, pragnę uroczyście ogłosić, że dziś, wkwietniu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku, została powołana do życia, oczywiście wramach Ligi Ochrony Przyrody, organizacja onazwie stanowiącej, podobnie jak organizacja nadrzędna, akronim. To MAR: Motus Animale Regnum, czyli Ruch na rzecz lub dla Królestwa Zwierząt.
Kasjopeja dołączyła do klaszczących. Kątem oka dostrzegła Ceresa iPlutona wchodzących do auli tylnym wejściem. Pomachała im.
– Gdzie Neptun? – rzuciła, gdy podeszli.
Obaj wzruszyli ramionami. Chodziła zNeptunem od roku, to on ściągnął ją do LOP-u. Nigdy nie miała bzika na punkcie przyrody, chociaż nie deptała trawników inie śmieciła na chodnikach. On należał od liceum, często bywał na zbiórkach, raz czy dwa poszła znim, ludzie byli spoko, więc została.
– Wspomniany profesor Wodziczko – Uran kiwnął brodą na widok przybyłych – przyczynił się do powołania nie tylko Wielkopolskiego Parku Narodowego, lecz także Wolińskiego iSłowińskiego. Chwilę wcześniej utworzono Tatrzański Park Narodowy, ale ito nie jest data początkowa. Wtysiąc osiemset sześćdziesiątym ósmym roku Wysoki Sejm Galicyjski uchwalił ustawę „względem zakazu łapania, wytępiania isprzedawania zwierząt alpejskich, właściwym Tatrom, świstaka idzikich kóz”. Poprzez powołanie do życia MAR-apragniemy kontynuować ochronę zwierząt zagrożonych wyginięciem, których populacja drastycznie się zmniejsza iktórych dobrostan oraz rozwój są narażone. – Odsunął się od mównicy iskinął głową wstronę Luny.
– Co to za panna? – zapytał Ceres.
– Nowy nabytek Urana – odparła Kasjopeja.
– Śliczniutkie dziewczę – Ceres cmoknął zaprobatą – młodociana.
Dziewczę cichutkim, piskliwym głosikiem zakwiliło kilka pierwszych wyrazów, po czym odkaszlnęło porządnie. Potem poszło już lepiej.
– Przyjmujemy sobie za cel kształtowanie właściwych postaw człowieka, szczególnie młodzieży idzieci przez ukazywanie bogactwa, piękna iznaczenia zwierząt wprzyrodzie, budzenie ich umiłowania iposzanowania. Szerzenie zrozumienia celów ochrony zwierząt nie tylko zagrożonych. Dbanie ozapewnienie zwierzęciu warunków życia wśrodowisku bezpiecznym dla jego zdrowia. Te oraz pozostałe cele zawarte wstatucie organizacji będziemy realizować poprzez: podejmowanie działań ocharakterze interwencyjnym, wszczególności współdziałanie wzakresie ujawniania iścigania przestępstw oraz wykroczeń przeciwko zdrowiu iżyciu zwierząt, atakże poprzez realizowanie pozostałych ośmiu punktów tego paragrafu, do których odsyłamy zainteresowanych.
Miesiąc później do skrótu MAR – dla dopełnienia – dołożono literę S. „Servare”, czyli „ratować”. Motus Animale Regnum Servare – Ruch Ratowania Królestwa Zwierząt.
Poranek następnego dnia nie zaskoczył pogodą, za to niektórych przywitał bólem głowy.
Olampkę za dużo – pomyślała Grażyna, jedną ręką wrzucając do szklanki musującą multiwitaminę, drugą mieszając mocną kawę. Dyrektor Szewczyk prosi ozejście do Biura Poszukiwań – powtórzyła wmyślach słowa sekretarki sprzed kwadransa. Sam zaginął wczasoprzestrzeni? Iczemu nie zadzwonił? Odwiózł ją wczoraj pod dom, ale nie wstąpił na koniak. Trochę żałowała, chociaż obiecał, że „następnym razem”, jednak od pierwszej chwili po przebudzeniu była mu za to wdzięczna.
Londyn albo Paryż – miała mu dać odpowiedź do końca dnia, by zarezerwował lot inoclegi na długi weekend. Majówka wmiłym, przytulnym hotelu zwidokiem na… ulicę metropolii? Hmm, to ma za oknem, do tego Londyn nie gwarantuje pogody… Nie, gwarantuje, ale deszczową. Już lepiej Paryż.
Ale najlepiej – upiła łyk pachnącego naparu – będzie napić się kawy wLizbonie. Jeśli już miasto, to ciekawe, urokliwe, zcharakterem. Albo Porto! Zawsze chciała obejrzeć flamenco na żywo, poczuć te rytmy. Otak, tam by nawet zatańczyła.
Marzyła przy małym stoliku ustawionym przy części kuchennej. Miała stąd widok na całe biuro, zpustym jeszcze biurkiem Bety na końcu dwóch rzędów, przy których siedzieli już niemal wszyscy pracownicy. Miarowy szum cichych rozmów przerwało gwałtowne otworzenie drzwi. Roman Szewczyk wkroczył do sali zimpetem, za nim Beta zplikiem kartek wdłoni. Stanęli na środku pomieszczenia.
– Wczoraj wieczorem, około godziny dwudziestej drugiej – Beta przypięła do tablicy formularz zgłoszenia – młody mężczyzna wyszedł zdomu ido tej pory nie powrócił.
Wszyscy wstali od biurek ipodeszli bliżej. Beta powiesiła obok kolorową fotografię chłopaka wformacie A4.
– Lat dwadzieścia siedem, szczupły, wysoki, włosy krótkie, ciemne, bez zarostu. To wmiarę świeże zdjęcie. Ubrany wciemną kurtkę zkapturem, czarne spodnie typu bojówki, czarne buty za kostkę marki Timberland.
– Kto zgłosił?
– Narzeczona. Mieszkali razem. Nie pokłócili się, nie był na nic zły, wyszedł tylko na chwilę.
– Gdzie pracuje? – zapytał Nawrot.
– Nigdzie.
– Ale… nigdzie-nigdzie? – niedowierzał Konrad Weber.
– Nigdzie-nigdzie – potwierdził Szewczyk. – Aktualnie robił doktorat na UW. Nazywa się Błażej. Błażej Kobus.
Chojecka puściła filiżankę, zanim ta dotknęła dnem spodka. Wszyscy spojrzeli wjej stronę, ona zaś nie spuszczała wzroku zRomana.
– Ten Kobus? – przełknęła płyn.
– Tak. – Roman przyglądał się jej równie posępnie, jakby coś nie dawało mu spokoju. – Jedyny syn nowego ministra środowiska, Wiesława Kobusa.
Ktoś cicho zagwizdał.
– Ma siostrę?
Chojecka zawahała się na wspomnienie wczorajszego wieczoru zżoną icórką Kobusa przy ich stoliku. Właściwie… – zachodziła wgłowę – dziewczyna przedstawiła się jedynie zimienia, otym, że jest córką, powiedziała im… Eleonora Gruda?
– Nie ma. Błażej jest jedynym ich dzieckiem. – Szewczyk rozwiał jej wątpliwości.
Czyli wczoraj na przyjęciu to mogła być przyszła synowa. Czemu nie, skoro młodzi mieszkają razem, na pewno zdążyły się poznać zteściową. Ale skoro tak… – Grażyna bezwiednie zmarszczyła brwi. Nie patrzyła na zegarek, ale dotarła do domu blisko północy, co oznacza, że wyszli około dwudziestej trzeciej. Ato oznacza, że narzeczona nie mogła być wmieszkaniu odwudziestej drugiej.
Znów spojrzała na Romana. Rozpoznał jej minę iidący za nią tok rozmyślań. Powoli pokiwał głową.
– Otóż to – dodał.
Zatem Paryż, Londyn, nawet iPorto będą musiały poczekać – pomyślała, dopijając ostatni łyk kawy.
