Książę Pychy - Mariah Stone - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Książę Pychy ebook i audiobook

Mariah Stone

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Małżeństwo z rozsądku zmusza potężnego księcia do wyboru między dumą a miłością

W świecie londyńskich elit reputacja znaczy wszystko, a Constantine Buccleigh, książę Pryde, uchodzi za człowieka nieskazitelnego. Kiedy jednak ktoś zaczyna go szantażować i grozi ujawnieniem sekretu, który może zniszczyć jego dobre imię, Constantine staje przed jedynym możliwym rozwiązaniem – ślubem z kobietą o niższym statusie społecznym.

Modesty Fairchild bardziej od salonów i bali woli wykopaliska archeologiczne. Los sprawił jednak, że została opiekunką osieroconego dziecka, i zrobi wszystko, by zapewnić mu bezpieczeństwo. Nawet jeśli oznacza to małżeństwo z chłodnym i aroganckim księciem, który składa jej najbardziej obraźliwą propozycję, jaką kiedykolwiek usłyszała.

Zamknięta w eleganckiej rezydencji w Mayfair, Modesty nie zamierza podporządkować się zasadom narzuconym przez męża. Gardzi jego wyniosłością i obsesją na punkcie kontroli, a Constantine nie potrafi znieść jej uporu oraz niezależności. Ale kolejne lekcje tańca, etykiety i wspólnie spędzony czas sprawiają, że między nimi zaczyna rodzić się coś, czego żadne z nich nie przewidziało.

Tymczasem wróg działający z ukrycia coraz mocniej zaciska pętlę wokół Constantine’a. Szantażysta podnosi stawkę, a tajemnice przeszłości mogą kosztować księcia wszystko – tytuł, reputację i rodzinę, którą dopiero zaczął kochać.

Czy Constantine zdoła porzucić swoją dumę, by ocalić kobietę i dziecko – jedyne, co jest dla niego najważniejsze?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 376

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 7 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia Bełcik

Oceny
4,2 (96 ocen)
45
29
15
7
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aniaklimas

Nie oderwiesz się od lektury

fajna
10
Melania22

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna historia...polecam 🩷💙
10
marynioka2

Dobrze spędzony czas

niezla
10
EwaSG0

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
10
Greyo

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
10

Popularność




Smu­kła ko­bieta w nie­bie­skuej sukni trzyma w ręku szczotkę do wło­sów.
Ma­riah Stone; Książę Py­chy; Siedmu Ksią­żąt Grze­chu. Tom 3; Gyl­den­dal Astra; 2026

Fragment

Ty­tuł ory­gi­nału: Duke of Pryde

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Alek­san­dra Bro­żek-Sala

Co­py­ri­ght © Ma­riah Stone, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Qam­ber De­si­gns and Me­dia. Co­py­ri­ght © Stone Pu­bli­shing.

Ad­ap­ta­cja okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Ma­ria Za­jąc

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8098-964-0

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.fi

Epi­graf

„Słowa wa­szej ksią­żę­cej mo­ści są pięk­niej­szą po­chwałą pani […]”.

Mi­guel de Ce­rvan­tes, Don Ki­chot*

„Trudno mi okre­ślić do­kładną go­dzinę, miej­sce, spoj­rze­nie lub słowa, które leżą u jego pod­staw. Mi­nęło zbyt dużo czasu. Za­nim na do­bre to do mnie do­tarło, by­łem za­ko­chany po uszy”.

Jane Au­sten, Duma i uprze­dze­nie**

* Mi­guel de Ce­rvan­tes y Sa­ave­dra, Don Ki­chot z La Man­chy, tłum. Wa­lenty Za­krzew­ski, War­szawa 1899, s. 328. Tekst do­stępny on­line w ser­wi­sie Wolne Lek­tury: https://wol­ne­lek­tury.pl/ka­ta­log/lek­tura/don-ki­chot-z-la-man­chy/ [do­stęp: 19.06.2026].** Jane Au­sten, Duma i uprze­dze­nie, przeł. Mag­da­lena Gaw­lik-Mał­kow­ska, War­szawa 2013, s. 352.

Credo Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu

Po trze­cie:

Se­krety po­wie­rzone. Se­krety do­cho­wane.

Roz­dział 1

Wrze­sień, 1814 roku

– Gdzie on, do dia­bła, jest? – wark­nął Con­stan­tine Buc­c­le­igh, książę Pryde, kro­cząc nawą Ko­ścioła Wszyst­kich Świę­tych. Nie­wy­klu­czone, że na­stał dzień, w któ­rym jego se­kret zruj­nuje mu ży­cie.

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach ku­rzu i ka­dzi­dła. Słabe świa­tło sło­neczne są­czyło się przez go­tyc­kie okna, rzu­ca­jąc cień męż­czy­zny na ka­mienną po­sadzkę. Miesz­kańcy She­pherds­brook, wio­ski na obrze­żach Lon­dynu, wy­szli z ko­ścioła po nie­dziel­nym ka­za­niu nie­spełna pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej.

Echo prze­kleń­stwa Con­stan­tine’a od­biło się od ścian pu­stego bu­dynku ni­czym po­cisk. Jego buty do jazdy kon­nej stu­kały o ka­mienne płyty, a on skrzy­żo­wał ra­miona na piersi, idąc tro­chę zbyt szybko jak na księ­cia, który szczy­cił się swoim opa­no­wa­niem.

Gdy Con­stan­tine usły­szał huk za ple­cami, od­wró­cił się, in­stynk­tow­nie się­ga­jąc po list w we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza.

Ale to był tylko Octa­vius, książę Ec­cess.

Stał z tyłu, za pu­stymi ław­kami, pa­trząc na niego prze­pra­sza­jąco. Ze znaj­du­ją­cego się obok re­gału spa­dły mo­dli­tew­niki.

Con­stan­tine uniósł brew i wy­pro­sto­wał ra­miona. 

– Octa­viu­sie, wo­lał­bym, że­byś za­cho­wał swój ta­lent do bu­rze­nia na inny dzień…

Ec­cess po­pra­wił re­gał. Na­wet pod szy­tym na miarę płasz­czem wi­dać było za­rys bi­cep­sów. Gdy Con­stan­tine schy­lił się, by pod­nieść książki i odło­żyć je na półkę, Octa­vius prze­sad­nie skło­nił się w kie­runku krzyża wi­szą­cego nad oł­ta­rzem.

– Wy­bacz mi. To tylko odro­bina wina. Na pewno ro­zu­miesz, woda i wino.

Wy­jął z kie­szeni srebrną pier­siówkę z wy­gra­we­ro­wa­nym sym­bo­lem dzika. Uniósł ją naj­pierw w stronę Con­stan­tine’a, po­tem w stronę krzyża i wziął łyk. Włosy w ko­lo­rze mio­do­wego blondu opa­dły mu na czoło.

Kiedy wszyst­kie mo­dli­tew­niki wró­ciły na swoje miej­sce, Con­stan­tine spoj­rzał na pier­siówkę.

– Prawdę mó­wiąc, sam nie po­gar­dził­bym kro­pelką.

– Pro­szę bar­dzo. Je­steś na­pięty jak cię­ciwa. – Octa­vius wy­cią­gnął w jego kie­runku pier­siówkę. – Mój naj­lep­szy ko­niak Fine Cham­pa­gne, jak za­wsze.

Dłoń Con­stan­tine’a drgnęła, ale nie się­gnął po tru­nek.

– Nie dziś. Po­trze­buję ca­łej trzeź­wo­ści umy­słu, na jaką mnie stać.

Octa­vius zmru­żył na chwilę oczy.

– Jak so­bie ży­czysz. Moim zda­niem przy­da­łoby ci się coś na roz­luź­nie­nie.

– Nie, nie te­raz.

W końcu roz­legł się od­głos kro­ków, który na ka­mien­nej po­sadzce brzmiał jak ka­no­nada. Con­stan­tine spo­coną dło­nią prze­cze­sał włosy i po­pra­wił halsz­tuk.

Ski­nął Ec­ces­sowi dło­nią i ru­szyli ra­zem w stronę dźwięku, aż w końcu, pod łu­kiem pre­zbi­te­rium, do­strze­gli w ciem­no­ści ja­kiś ruch. Kroki uci­chły.

Roz­le­gło się kwi­le­nie nie­mow­lę­cia.

Con­stan­tine za­marł i wstrzy­mał od­dech.

Nie­mowlę?

Z cie­nia wy­ło­niły się dwie ko­biety w pro­stych, brą­zowo-sza­rych mu­śli­no­wych su­kien­kach i spen­ce­rach. To ich ob­casy stu­kały wcze­śniej na wy­tar­tych ka­mien­nych pły­tach. Ta, która trzy­mała dziecko, była sporo wyż­sza od dru­giej.

Wy­mie­nili z Octa­viu­sem zdzi­wione spoj­rze­nia. Być może to tylko pa­ra­fianki, które zo­stały po ka­za­niu. Te dwie nie mo­gły mieć prze­cież nic wspól­nego z li­stem.

Po raz ko­lejny wró­cił my­ślami do ko­re­spon­den­cji, którą otrzy­mał trzy dni wcze­śniej.

Lon­dyn, 20 wrze­śnia 1814 roku

Do Jego Ksią­żę­cej Mo­ści księ­cia Pryde

Wa­sza Ksią­żęca Mość,

mam na­dzieję, że mój list za­stał Pana w do­brym zdro­wiu.

Po­wie­rzono mi ważną kwe­stię do­ty­czącą Pań­skiej sy­tu­acji, dla­tego by­łoby do­brze, gdyby wziął Pan udział w na­bo­żeń­stwie w Ko­ściele Wszyst­kich Świę­tych w She­pherds­brook w tę nie­dzielę.

Z uni­żo­nym sza­cun­kiem

Osoba życz­liwa

Osobą życz­liwą może być co prawda i męż­czy­zna, i ko­bieta, ale nie przy­pusz­czał, by płeć piękna mo­gła się po­su­nąć do szan­tażu.

Kiedy obie ko­biety za­trzy­mały się przed nim, zdał so­bie sprawę, że ta z nie­mow­lę­ciem jest jesz­cze wyż­sza, niż mu się po­cząt­kowo wy­da­wało, nie­mal tego sa­mego wzro­stu co on.

Po co matka z dziec­kiem na ręku mia­łaby chcieć się z nim spo­tkać? Nie był księ­ciem Luhst. Nie sy­piał z wie­loma ko­bie­tami.

Ec­cess od­chrząk­nął.

– Czy mo­żemy w czymś po­móc?

Wyż­sza z ko­biet sku­piła całą swoją uwagę na Octa­viu­sie. 

– Wa­sza Ksią­żęca Mość książę Pryde?

Te­raz, gdy stała w świe­tle, Con­stan­tine do­strzegł, że jest śliczna. Mięk­kie, mie­dziane loki wy­su­wały się spod pro­stego czar­nego czepka i opa­dały po obu stro­nach twa­rzy. Duże zie­lone oczy ema­no­wały ła­god­no­ścią, a jed­no­cze­śnie po­wagą. Usta dziew­czyny były sze­ro­kie i zmy­słowe, a lekko szpi­cza­sty nos nada­wał jej za­wa­diacki wy­gląd i mło­dzień­czy urok. Niż­sza dziew­czyna miała około dwu­dzie­stu pię­ciu lat i atrak­cyjną twarz oko­loną po­fa­lo­wa­nymi czar­nymi wło­sami.

– Nie, oba­wiam się, że nie – od­po­wie­dział Octa­vius. – Książę Ec­cess. Do usług.

– Ja je­stem Pryde – ode­zwał się Con­stan­tine, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój, mimo że serce wa­liło mu w piersi. – W czym mogę po­móc, panno…?

– Panna Mo­de­sty Fa­ir­child – od­parła. – A to panna Grace Loc­khart, która to­wa­rzy­szy mi jako przy­zwo­itka.

Con­stan­tine ski­nął głową zgod­nie z obo­wią­zu­jącą ety­kietą. Ec­cess zro­bił to samo.

Te skromne, godne sza­cunku choć biedne damy z pew­no­ścią nie były szan­ta­żyst­kami. Przy­znał w du­chu, że spo­dzie­wał się spo­tkać tu ło­trów z kry­jó­wek w Whi­te­cha­pel, uzbro­jo­nych w noże i pi­sto­lety.

– Pan Fa­ir­child, pa­stor, który wła­śnie wy­gło­sił ka­za­nie, jest moim oj­cem – do­dała.

Uniósł dłoń, w któ­rej trzy­mał list. 

– To pani go na­pi­sała?

Panna Fa­ir­child zer­k­nęła na kartkę, ko­ły­sząc dziecko. Na jej po­licz­kach po­ja­wiły się de­li­katne ru­mieńce.

– Tak, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Nie by­łam pewna, co po­win­nam na­pi­sać w ta­kiej sy­tu­acji. W końcu cho­dzi pań­skie dziecko…

Jego dziecko?

Co ta ko­bieta mo­gła wie­dzieć o dawno za­gi­nio­nym li­ście jego matki po­twier­dza­ją­cym, że nie jest pra­wo­wi­tym sy­nem swo­jego ojca? To od tego po­winna za­cząć swoją wia­do­mość.

Za­raz…

Chyba nie su­ge­ro­wała…

Do li­cha! Ko­lejna próba szan­tażu z po­wodu rze­ko­mego nie­ślub­nego dziecka!

Za­le­d­wie kilka ty­go­dni wcze­śniej, na przy­ję­ciu w jego po­sia­dło­ści, jego przy­ja­ciel, książę Luhst, otrzy­mał list, któ­rego nadawca twier­dził, że książę ma nie­ślubne dziecko. Lu­cien za­prze­czył tym oskar­że­niom i od­mó­wił za­płaty. Szan­ta­ży­sta wy­słał wtedy do re­zy­den­cji Pryde’a trzy­let­nią córkę Lu­ciena. Wy­buchł skan­dal, który roz­niósł się po ca­łym Lon­dy­nie. Pi­sały o tym wszyst­kie ga­zety to­wa­rzy­skie, in­for­ma­cja po­ja­wiła się we wszyst­kich moż­li­wych ru­bry­kach plot­kar­skich. Ma­trony z to­wa­rzy­stwa do dziś cmo­kały z dez­apro­batą na wspo­mnie­nie upadku księ­cia Luhst.

Czy ten sam szan­ta­ży­sta pró­bo­wał te­raz ob­cią­żyć jego? A może ta ko­bieta su­ge­ro­wała, że to ich wspólne dziecko?

Był prze­ko­nany, że ni­gdy wcze­śniej jej nie spo­tkał. Ta­kich pięk­nych ust z pew­no­ścią by nie za­po­mniał.

Przez chwilę zda­wało się, że sta­ran­nie pie­lę­gno­wana fa­sada Con­stan­tine’a za­raz pęk­nie. Zmu­sił się do swo­jego wy­ćwi­czo­nego uprzej­mego uśmie­chu. 

– Czy ze­chce mi pani po­wie­dzieć, o co do­kład­nie je­stem oskar­żony? – za­py­tał.

Ko­bieta zer­k­nęła na przy­ja­ciółkę, a ta unio­sła brwi. Po­tem znów spoj­rzała na Con­stan­tine’a. Ich oczy się spo­tkały.

– Au­gu­stus jest pana dziec­kiem, oczy­wi­ście.

Con­stan­tine po­czuł, jak w jego czaszce na­ra­sta pa­lący ucisk, jakby miała się za­raz roz­paść. Cała ta sy­tu­acja była tak ab­sur­dalna, że aż ko­miczna. Po­wi­nien po­czuć ulgę. Nie wspo­mniała o li­ście jego matki ani te­sta­men­cie ojca, nie gro­ziła ujaw­nie­niem jego praw­dzi­wego po­cho­dze­nia.

Je­dyną ko­bietą, z którą sy­piał, była pro­sty­tutka z Eli­zjum, eli­tar­nego klubu dla dżen­tel­me­nów w Whi­te­cha­pel. Thorne Black­more, wła­ści­ciel klubu, za­pew­niał Pryde’a, że jego ko­chanka jest bez­płodna.

– Moim dziec­kiem? – Sta­rał się za­cho­wać zimną krew, lecz w jego gło­sie po­brzmie­wał nie­po­kój.

Ec­cess, ten zdrajca, za­śmiał się i wy­cią­gnął szyję, żeby zer­k­nąć na za­wi­niątko w ra­mio­nach wy­so­kiej ko­biety.

– Czy mo­żemy zo­ba­czyć dziecko?

– Nie – od­parł Con­stan­tine, gdy panna Fa­ir­child się do nich zbli­żyła. – Nie ma po­trzeby.

Ku swemu wiel­kiemu nie­za­do­wo­le­niu zdą­żył zo­ba­czyć uro­czą bu­zię no­wo­rodka z du­żymi, ciem­no­nie­bie­skimi oczami, które pa­trzyły pro­sto na niego. Usta nie­mow­lę­cia po­ru­szały się, gdy ci­cho kwi­liło. Miało okrą­gły pod­bró­dek, uro­czy, gu­zi­ko­waty no­sek i pełne po­liczki oraz ma­lut­kie rączki o de­li­kat­nych pal­cach i prze­zro­czy­stych pa­znok­ciach.

Za­lała go fala cie­pła i przez uła­mek se­kundy pra­gnął, by to dziecko fak­tycz­nie było jego sy­nem. Ma­lut­kim czło­wie­kiem, któ­rego mógłby ko­chać i przy­tu­lać. Wziąłby go pod swoją opiekę i za­pew­nił mu byt. Wspie­rał go.

Wzdry­gnął się, za­sko­czony nie­zna­nym mu uczu­ciem, dziw­nie przy­po­mi­na­ją­cym wzru­sze­nie.

A prze­cież pró­bo­wano nim ma­ni­pu­lo­wać. Ktoś go okła­my­wał i usi­ło­wał że­ro­wać na jego uczu­ciach. Brano go za głupca.

– Matka Au­gu­stusa opo­wie­działa mi o wszyst­kim – ob­sta­wała przy swoim panna Fa­ir­child. – To pan jest oj­cem. Przed śmier­cią po­wie­rzyła mi opiekę na chłop­cem…

Con­stan­tine do­sko­nale ro­zu­miał w tej chwili gniew, który jego przy­ja­ciel Do­rian, książę Rath, co su­ge­ro­wało jego na­zwi­sko, nie­wąt­pli­wie od­czu­wał przez całe ży­cie.

W prze­ci­wień­stwie do Ra­tha Con­stan­tine, czło­wiek pyszny i wy­nio­sły, jak przy­stało na księ­cia Pryde, nie mógł so­bie po­zwo­lić na wy­buch wście­kło­ści.

– Panno Fa­ir­child – od­po­wie­dział. – Za­pew­niam pa­nią, że to nie­moż­liwe.

– Ależ to prawda – od­parła szybko. – Trzy­ma­łam ją za rękę, gdy wy­da­wała ostat­nie tchnie­nie. Chciała…

W jego piersi wciąż na­ra­stał ucisk. To przez nią przez trzy dni dra­pał ściany i nie mógł spać w oba­wie, że ktoś ma do­wód, który go znisz­czy. Jak śmiała?

Chciała coś na nim wy­mu­sić tymi bred­niami?

To, kim była zmarła ko­bieta i na co umarła, nie miało dla niego naj­mniej­szego zna­cze­nia. Po­dej­rze­wał, że tamta ko­bieta zmy­śliła tę hi­sto­rię; być może po to, by ko­goś szan­ta­żo­wać po po­ta­jem­nym po­ro­dzie.

Wy­brała so­bie nie­wła­ści­wego czło­wieka.

– Czy­tała pani o nie­szczę­ściu księ­cia Luhst w ga­ze­tach, prawda? – za­py­tał, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój. – I po­my­ślała, że bę­dzie ła­two oszu­kać in­nego męż­czy­znę. Tyle że moja re­pu­ta­cja jest nie­ska­zi­telna. Spło­dze­nie bę­karta to coś, czego za­wsze skru­pu­lat­nie się wy­strze­ga­łem.

Ką­ciki zmy­sło­wych ust panny Fa­ir­child opa­dły na chwilę. 

– Nie pró­buję…

– To nie moje dziecko. Żal mi go, ale nie dam się wcią­gnąć w nik­czemny spi­sek. Te za­rzuty nie mają żad­nych pod­staw. Je­śli wciąż bę­dzie mnie pani nę­kać, od­po­wie pani przed są­dem za znie­sła­wie­nie. Kary są tak wy­so­kie, że resztę ży­cia spę­dzi pani w wię­zie­niu dla dłuż­ni­ków.

Od razu po­czuł ulgę, zro­biło mu się lżej na piersi. Od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył w stronę wyj­ścia. Octa­vius po­że­gnał się po­spiesz­nie i po­biegł za nim.

Con­stan­tine chciał jak naj­szyb­ciej opu­ścić to miej­sce. Panna Fa­ir­child nie znała jego praw­dzi­wej ta­jem­nicy i nie miała żad­nych pod­staw, by cze­go­kol­wiek od niego żą­dać. Nie mu­siał się mar­twić o utratę ty­tułu.

W dro­dze po­wrot­nej Con­stan­tine sta­wiał kroki po­woli i spo­koj­nie, trzy­ma­jąc się pro­sto.

Mu­siał ode­tchnąć. Roz­luź­nić pię­ści.

Nic mu nie gro­ziło ani nikt go nie szan­ta­żo­wał. Mógł wró­cić do nor­mal­nego ży­cia.

Jed­nak pod sztywną ma­ską opa­no­wa­nia jego umysł po­grą­żył się w cha­osie.

Udało mu się ode­przeć jedno fał­szywe oskar­że­nie, ale jego se­kret wciąż czy­nił go po­dat­nym na ataki.

Je­śli nie panna Fa­ir­child, to ktoś inny mógłby wy­ko­rzy­stać prze­ciwko niemu jego ta­jem­nicę.

Kro­czący obok niego Octa­vius otwo­rzył pier­siówkę. 

– Ruda… Wy­glą­dała na taką nie­śmiałą, ale w łóżku musi być go­rąca.

Słowa te przy­wo­łały ob­raz roz­rzu­co­nych na po­duszce ru­dych wło­sów panny Fa­ir­child, jej pięk­nych ust na­brzmia­łych i roz­chy­lo­nych w roz­ko­szy, jej spo­co­nego ciała wy­gi­na­ją­cego się pod nim.

Nie pod Octa­viu­sem.

– Trzy­maj ję­zyk za zę­bami – po­wie­dział Con­stan­tine nieco ostrzej, niż za­mie­rzał. – Nie mów o niej w ten spo­sób.

Octa­vius wziął łyk al­ko­holu i za­krę­cił bu­telkę. 

– Daj spo­kój, mó­wię z do­świad­cze­nia.

Con­stan­tine po­krę­cił głową. 

– Prze­stań.

Octa­vius po­słał mu zdzi­wione spoj­rze­nie. 

– Jak so­bie chcesz. Ty i twoja duma…

Nie było sensu bro­nić ho­noru ob­cej ko­biety, skoro wie­dział, że ni­gdy wię­cej jej nie zo­ba­czy.

Roz­dział 2

Jakże bez­duszny musi być męż­czy­zna, który wy­rzeka się wła­snego dziecka?

Panna Mo­de­sty Fa­ir­child pło­nęła gnie­wem, gdy wy­cho­dziła z do­rożki, mocno przy­tu­la­jąc ma­łego Au­gu­stusa. Nie­mowlę spało spo­koj­nie, nie­świa­dome bez­li­to­snego od­rzu­ce­nia przez ojca.

Po­spiesz­nie prze­szła przez ru­chliwą drogę grun­tową, kie­ru­jąc się w stronę przy­tułku dla ko­biet, a Grace po­dą­żała tuż za nią. Chłodny wrze­śniowy wiatr prze­ni­kał przez jej okry­cie, ale Mo­de­sty się tym nie przej­mo­wała. Z obu­rze­nia było jej wręcz go­rąco. Ob­darte dzieci ulicy prze­my­kały mię­dzy bu­dyn­kami. Mi­nęła ich ja­kaś ko­bieta w zno­szo­nym szalu. Obok prze­szedł też męż­czy­zna z wy­nisz­czoną twa­rzą i pu­stym wzro­kiem.

Książę uosa­biał to, przed czym ostrze­gał ją oj­ciec – ary­sto­kra­tyczną do­sko­na­łość, pod którą kryje się serce z lodu.

Mimo wszystko na jego wi­dok za­parło jej dech w pier­siach. Miał atle­tyczną syl­wetkę, sze­ro­kie ra­miona, szczu­płą ta­lię, wą­skie bio­dra i dłu­gie, mu­sku­larne nogi. Pod zwi­chrzo­nymi przez wiatr ciem­no­brą­zo­wymi wło­sami jego twarz wy­da­wała się wy­jąt­kowo wy­ra­zi­sta – o ostrych ry­sach, kan­cia­stych ko­ściach po­licz­ko­wych i z nie­wiel­kim doł­kiem w moc­nej szczęce. Pod dłu­gimi, ciem­nymi rzę­sami skry­wały się lekko sko­śne, kasz­ta­nowe oczy o głę­bo­kim, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu. Naj­bar­dziej za­ska­ki­wały jed­nak usta, z pełną dolną wargą i ide­al­nym łu­kiem ku­pi­dyna, zu­peł­nie jakby na­tura nie po­tra­fiła do końca wy­brać mię­dzy su­ro­wo­ścią a zmy­sło­wo­ścią.

Jego to­wa­rzysz, książę Ec­cess, oka­zał przy­naj­mniej odro­binę ser­decz­no­ści, spra­wia­jąc do­bre wra­że­nie mimo wy­czu­wal­nej woni wina w od­de­chu. Chciał zo­ba­czyć Au­gu­stusa, za to Pryde po­zo­stał nie­wzru­szony. Uzna­nie dziecka nie­wąt­pli­wie zszar­ga­łoby jego nie­ska­zi­telną re­pu­ta­cję.

Grace otwo­rzyła jej drzwi. 

– Co te­raz zro­bisz?

Pro­wa­dzony przez Grace przy­tu­łek dla ubo­gich ko­biet mie­ścił się w du­żym ce­gla­nym bu­dynku daw­nej gar­barni. Brudne okna usy­tu­owano wy­soko, aby wpusz­czały nieco świa­tła. Ochronka znaj­do­wała się w dziel­nicy Whi­te­cha­pel, przy sze­ro­kiej ulicy, gdzie stały ka­mie­nice na­chy­lone ku so­bie ni­czym pi­jani ro­bot­nicy.

Mo­de­sty ob­jęła swoje cenne za­wi­niątko i prze­kro­czyła próg. 

– Zro­bię to, czego książę nie po­trafi. Za­opie­kuję się nie­win­nym dziec­kiem, które bar­dziej po­trze­buje mi­ło­ści niż ty­tułu. Naj­pierw mu­szę zna­leźć mamkę.

Gdy wraz z Grace prze­cho­dziły przez główną salę, po­czuła zna­jomy za­pach wil­got­nych mu­rów. Stu­kot jej ni­skich ob­ca­sów od­bi­jał się echem od zim­nej pod­łogi.

– Po­tem ja i tata wy­cho­wamy go tak, jak chcia­łaby Ophe­lia.

Jej wła­sna mama rów­nież zmarła przy po­ro­dzie. Mię­dzy in­nymi dla­tego tak bar­dzo trosz­czyła się o tego uro­czego chłopca, mimo że nie był jej dziec­kiem. Uwiel­biała jego za­darty no­sek, pełne okrą­głe po­liczki, de­li­katne blond wło­ski i przy­po­mi­na­jące wilka zna­mię za uchem.

Drugi z po­wo­dów był nie do po­my­śle­nia…

Na dru­gim końcu du­żego po­miesz­cze­nia ko­biety po­chy­lały się nad sta­rymi sto­łami ro­bo­czymi, te­raz uży­wa­nymi do szy­cia. Na bla­tach le­żały skrawki tka­nin i nici. W du­żym ko­minku na dru­giej ścia­nie umiesz­czono trzy ruszty. Na jed­nym z nich stał ko­cio­łek, w któ­rym bul­go­tał gu­lasz o ko­ją­cym za­pa­chu.

Mo­de­sty po­czuła prze­ciąg, więc przy­tu­liła Au­gu­stusa jesz­cze moc­niej, żeby ochro­nić go przez zim­nym wia­trem. Chłód wdzie­rał się do środka przez szpary w oknach i drzwiach.

– Wiesz – po­wie­działa Grace, idąc obok. – Tak bę­dzie dla niego le­piej. Dasz mu dużo mi­ło­ści. Próżny i pyszny książę nie za­dbałby o niego tak jak ty.

Mo­de­sty przy­po­mniała so­bie, jak ide­alne rysy Pryde’a stę­żały na wi­dok Au­gu­stusa, jak prze­lotny błysk ła­god­no­ści w jego oczach ustą­pił miej­sca lo­do­wa­tej obo­jęt­no­ści.

– Masz ra­cję – od­parła. – Książę ni­gdy by go nie po­ko­chał.

Mi­nęły ko­biety sie­dzące przy sto­łach, za­jęte ro­bót­kami ręcz­nymi, bu­ja­niem nie­mow­ląt, za­ba­wia­niem ma­lu­chów lub po pro­stu ci­chą roz­mową.

Mo­de­sty po­znała Ophe­lię dwa mie­siące wcze­śniej, wła­śnie przy tym stole, gdy ta z tru­dem ła­tała spód­nicę. W ten spo­sób można było za­ro­bić ja­kieś drobne. Była ładna, miała blond włosy i smutne, nie­bie­skie oczy, z któ­rych pły­nęły łzy. Jej mąż zmarł, gdy była w trze­cim mie­siącu ciąży. Po jego śmierci sprze­dano cały jego ma­ją­tek, by spła­cić długi, a Ophe­lia zo­stała bez­domna.

Mo­de­sty i jej oj­ciec przy­jęli Ophe­lię do sie­bie, jak to czę­sto ro­bili z bez­dom­nymi ko­bie­tami w ciąży, a na­wet tymi z przy­tułku. Le­piej było ro­dzić w czy­stym, cie­płym domu niż w zim­nym po­miesz­cze­niu, które mimo wszel­kich sta­rań nie sta­no­wiło naj­lep­szego miej­sca dla no­wo­rod­ków.

Jak to moż­liwe, że sza­no­wana skromna mę­żatka zwią­zała swój los z księ­ciem Pryde? Może Ophe­lia miała dość wiecz­nie pi­ja­nego męża i ży­cia na skraju ubó­stwa, dla­tego ła­two zna­la­zła po­cie­sze­nie w ra­mio­nach przy­stoj­nego, bo­ga­tego i po­tęż­nego męż­czy­zny.

Kiedy jed­nak przed dwoma mie­sią­cami Ophe­lia zwró­ciła się do księ­cia o po­moc, ten bez­li­to­śnie ją od­rzu­cił. Była więc zmu­szona pójść do przy­tułku.

Grace i Mo­de­sty skie­ro­wały się na prawą stronę sali, gdzie wi­siały rzędy za­słon, two­rząc małe, pry­watne prze­strze­nie. W każ­dej z nich umiesz­czono cienki ma­te­rac lub drew­nianą skrzy­nię słu­żącą za ko­ły­skę. Wa­runki były skromne, ale lep­sze od tych, które pa­no­wały na ulicy.

– Mu­sia­łaś spró­bo­wać. – Grace ski­nęła głową ku gru­pie ko­biet, które ze­brały się przy okrą­głym stole i coś pi­sały, pod­czas gdy ich to­wa­rzyszka czy­tała na głos. – Książę jest je­dy­nym krew­nym Au­gu­stusa. Obie­ca­łaś umie­ra­ją­cej matce, że za­dbasz o bez­pie­czeń­stwo jej dziecka, a te­raz za­mie­rzasz zmie­nić dla niego całe swoje ży­cie. Je­steś naj­życz­liw­szą osobą, jaką znam, ale czy bę­dziesz w sta­nie kon­ty­nu­ować swoje ba­da­nia, opie­ku­jąc się nie­mow­lę­ciem?

Na myśl o po­rzu­ce­niu an­ty­kwa­rycz­nych aspi­ra­cji Mo­de­sty zro­biło się smutno. Nie zdoła zo­ba­czyć sta­ro­żyt­nych gro­bow­ców w Egip­cie ani nie od­kryje se­kre­tów po­grze­ba­nych miast Ce­sar­stwa Rzym­skiego. Nie do­kona od­kryć, które mo­głyby zmie­nić ludz­kie wy­obra­że­nie o prze­szło­ści. Od­na­le­zie­nie rzym­skiej willi na te­re­nie go­spo­dar­stwa jed­nego z pa­ra­fian mo­gło sta­no­wić pierw­szy krok na dro­dze do prze­ko­na­nia spo­łe­czeń­stwa, że ko­biety po­winny mieć moż­li­wość pracy w te­re­nie na równi z męż­czy­znami. Nie­stety ma­rze­nia o uzna­niu w świe­cie na­uki i prze­ło­mie w po­strze­ga­niu prze­szło­ści miały po­zo­stać je­dy­nie fan­ta­zjami.

Do­sko­nale pa­mię­tała cy­lin­dryczną, wy­ko­naną z brązu szka­tułkę na bi­żu­te­rię, którą udało się jej wy­ko­pać. Na­stęp­nie od­sło­niła mo­zaiki pod­ło­gowe. Gdy unio­sła skrzy­neczkę na desz­czu, zmył on wierzch­nią war­stwę gleby oraz na­gro­ma­dzony przez wieki brud. Ści­skała zimny, zma­to­wiały od sta­ro­ści me­tal zmar­z­nię­tymi, mo­krymi pal­cami, mru­ga­jąc z po­wodu desz­czu, który sma­gał ją po twa­rzy. Otwo­rzyła wieko i z za­par­tym tchem pa­trzyła na zna­le­zione skarby: srebrne lu­sterko, nie­bie­skie i zie­lone szklane ko­ra­liki, zła­maną kość strzał­kową… i, co naj­bar­dziej in­try­gu­jące, mały rzeź­biony ka­mień, który wcale nie był rzym­ski. Była pewna, że to ar­te­fakt Pik­tów, szkoc­kiego ple­mie­nia!

Zna­le­zi­sko tak ją oszo­ło­miło, że czas jakby sta­nął w miej­scu.

Nie­stety nie za­trzy­mał się on dla cię­żar­nej ko­biety, która cze­kała na nią go­dzinę mar­szu stam­tąd, by wspól­nie wró­cić do domu. Ophe­lia nie ru­szała się z umó­wio­nego miej­sca, ale gdy zmar­zła i prze­mo­kła, zre­zy­gno­wała i sama wró­ciła na ple­ba­nię.

Ani Grace, ani nikt inny nie miał po­ję­cia, że Ophe­lia zmarła z po­wodu roz­tar­gnie­nia Mo­de­sty tam­tego dnia. Jej głu­pie ma­rze­nia sta­no­wiły więc nie­wielką cenę za za­pew­nie­nie dziecku przy­ja­ciółki god­nego ży­cia… to bę­dzie po­kuta, na którą w pełni za­słu­żyła.

– Nie za­mie­rzam pro­wa­dzić ba­dań – od­po­wie­działa, wra­ca­jąc do te­raź­niej­szo­ści. – Twój brat jest na tyle uprzejmy, że bę­dzie kon­ty­nu­ować wy­ko­pa­li­ska.

– I przy­pi­sze so­bie wszel­kie za­sługi? – Grace cmok­nęła. – Ko­cham Geo­rge’a i pra­gnę dla niego wszyst­kiego, co naj­lep­sze, ale… to miej­sce… jest twoje.

Mo­de­sty uwa­żała, że naj­roz­sąd­niej­szym wyj­ściem bę­dzie po­zwo­lić, by to Geo­rge ze­brał całą chwałę, pod­czas gdy ona zaj­mie się tym, co ko­bieta po­winna ro­bić: wspie­ra­niem taty i wy­cho­wy­wa­niem dziecka.

Za­trzy­mały się, a Grace od­su­nęła czę­ściowo za­słonę. Na sło­mia­nym ma­te­racu pod ścianą, oparta o po­duszkę, sie­działa ko­bieta, która ocie­rała oczy chu­s­teczką. Miała na so­bie starą brą­zową su­kienkę z ła­tami. Nie­sforne ko­smyki ster­czały wo­kół zmę­czo­nej twa­rzy.

– Jak się pani czuje, pani Wal­cott? – za­py­tała Grace.

– Wciąż bar­dzo boli, panno Loc­khart – od­parła ko­bieta ze smut­nym uśmie­chem – ale już mi się po­lep­sza. Tak mówi dok­tor Ster­ling.

Za­nim Mo­de­sty zdą­żyła od­po­wie­dzieć, za ich ple­cami roz­le­gły się kroki.

– Ach, panno Fa­ir­child – ode­zwał się mę­ski głos.

Mo­de­sty od­wró­ciła się i zo­ba­czyła Geo­rge’a. Twarz miał pro­mienną, a w ką­ci­kach jego ciem­nych oczu po­ja­wiły się nie­wiel­kie zmarszczki. Cie­szył się, że ją wi­dzi.

– Jak po­szło spo­tka­nie?

Geo­rge był wy­so­kim, szczu­płym męż­czy­zną z ciem­nymi lo­kami w tym sa­mym od­cie­niu co włosy jego sio­stry Grace. Nie­sforne fale oka­lały przy­jemną twarz. Miał na so­bie brą­zowy weł­niany płaszcz, sta­ran­nie ce­ro­wany na łok­ciach, pro­stą lnianą ko­szulę i stare spodnie. Trzy­mał drew­nianą de­skę, na któ­rej umie­ścił ta­lerz i bla­szany ku­bek.

Mo­de­sty od­wza­jem­niła uśmiech. To on roz­bu­dził w niej za­in­te­re­so­wa­nie hi­sto­rią. Kiedy byli dziećmi, po­po­łu­dniami czę­sto opo­wia­dał jej hi­sto­rie o sta­ro­żyt­nych cy­wi­li­za­cjach i za­ko­pa­nych skar­bach. Te­raz oży­wił te wspo­mnie­nia, szu­ka­jąc an­ty­kwa­rycz­nych oka­zów.

– Oba­wiam się, że nie­naj­le­piej, pa­nie Loc­khart – od­parła Mo­de­sty. – Dla­tego mały Au­gu­stus po­trze­buje mamki.

Geo­rge zmarsz­czył brwi. 

– Cóż za roz­cza­ro­wa­nie.

– Czy mo­głaby pani kar­mić Au­gu­stusa, pani Wal­cott? – za­py­tała Grace.

Ko­bieta spoj­rzała na za­wi­niątko. 

– Ja… eee…

Grace po­de­szła i chwy­ciła dłoń pani Wal­cott. 

– Przy­kro mi, utrata wła­snego dziecka to okropne prze­ży­cie.

– Tak, ale… piersi mam pełne mleka… Okrop­nie bolą… Je­śli inne dziecko po­trze­buje matki… choćby tylko do kar­mie­nia… zro­bię to. 

Mo­de­sty zbli­żyła się, ko­ły­sząc no­wo­rodka. 

– Dzię­kuję. Mój oj­ciec jest pa­sto­rem w She­pherds­brook, pół go­dziny jazdy po­wo­zem stąd. Będę się opie­ko­wać Au­gu­stu­sem. Do tej pory kar­miła go ko­bieta z pa­ra­fii mo­jego ojca, ale to tylko tym­cza­sowe roz­wią­za­nie. Ma już sze­ścioro wła­snych dzieci i nie może ży­wić ko­lej­nego. Mamy nie­wiele, ale damy ci je­dze­nie i bez­pieczny dom.

Ko­bieta ski­nęła głową, wciąż za­pła­kana. 

– Co się stało z jego matką?

– Ona… – Wró­ciło bo­le­sne wspo­mnie­nie po­po­łu­dnia sprzed pię­ciu dni, które wszystko zmie­niło. – Do­stała go­rączki, za­nim za­częły się bóle po­ro­dowe. Krótko po po­ro­dzie jej stan się po­gor­szył i… Przed śmier­cią po­pro­siła mnie, że­bym się nim za­opie­ko­wała.

Gdy Ophe­lia umarła, zroz­pa­czona Mo­de­sty przy­szła do przy­tułku, aby się po­ra­dzić. Grace i Geo­rge byli jej naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi, więc wie­działa, że może im ufać.

Mo­de­sty uśmiech­nęła się do pani Wal­cott. 

– Wszy­scy bę­dziemy ro­dziną tego dziecka.

– Je­stem bar­dzo wdzięczna za dach nad głową i je­dze­nie – po­wie­działa pani Wal­cott. – Nie mam do­kąd pójść. Mój mąż też nie żyje. Nie mam ni­kogo, na­prawdę.

Mo­de­sty ski­nęła głową i za­mru­gała, by po­wstrzy­mać łzy. 

– Ro­zu­miem. Te­raz masz mnie, mo­jego tatę i tego ma­łego chłopca. Ni­gdy nie bę­dziesz sama.

Pani Wal­cott wy­cią­gnęła ręce, by wziąć dziecko, a Mo­de­sty po­dała jej Au­gu­stusa.

Gdy pa­trzyła, jak ko­bieta ko­ły­sze nie­mowlę, po­czuła dużą ulgę.

Wró­ciła my­ślami do głę­bo­kich kasz­ta­no­wych oczu, wy­pro­sto­wa­nych ple­ców i po­są­go­wej twa­rzy – pięk­nej ma­ski, która skry­wała naj­brzyd­szą, naj­bar­dziej sa­mo­lubną osobę, jaką kie­dy­kol­wiek po­znała.

Grace miała ra­cję.

Może od­rzu­ce­nie przez tego nie­czu­łego księ­cia okaże się naj­lep­szą rze­czą, która mo­gła spo­tkać to dziecko. Po­święci mu swoje ży­cie i bę­dzie do­ra­stał w ko­cha­ją­cej ro­dzi­nie, kie­ru­ją­cej się do­brymi za­sa­dami.

Zi­gno­ro­wała ukłu­cie żalu i smutku, które prze­szyło jej serce na myśl o po­rzu­co­nych ma­rze­niach.

Roz­dział 3

Trzy dni póź­niej…

Za­pach mo­krego błota, gni­ją­cych ryb i kwa­śnego roz­kładu mie­szał się z rześ­kim wie­czor­nym po­wie­trzem przy wej­ściu do Eli­zjum. Con­stan­tine po­gła­dził dło­nią szyję ko­nia an­da­lu­zyj­skiego. Je­dwa­bi­sta biała sierść Ikara nie­mal lśniła na tle ciem­no­ści nocy w Whi­te­cha­pel; świa­tło po­chodni ulicz­nych rzu­cało na ko­nia cie­płą, żółtą po­światę. Ogier za­mru­gał du­żymi, wy­ra­zi­stymi oczami, a jego chrapy de­li­kat­nie się roz­sze­rzyły.

– Olśnie­wa­jący okaz. 

Książę Enve­igh zer­k­nął na Ikara spod ja­sno­brą­zo­wej grzywki. Srebrne, zdo­bione wę­żo­wym mo­ty­wem gu­ziki jego zie­lo­nego płasz­cza mi­go­tały w świe­tle.

– Nic dziw­nego, że Jego Kró­lew­ska Mość cię nie­na­wi­dzi za to, że go prze­li­cy­to­wa­łeś. Ja też bym cię tro­chę znie­na­wi­dził. Ale czy to roz­sądne przy­jeż­dżać tak cen­nym ko­niem do Whi­te­cha­pel?

Con­stan­tine spoj­rzał na im­po­nu­jący trzy­pię­trowy bu­dy­nek. 

– Staj­nie pana Black­more’a są strze­żone ni­czym twier­dza. Nie ma po­wo­dów do obaw.

Tęt­niący ży­ciem za dnia targ przy ulicy Pet­ti­coat te­raz świe­cił pust­kami. Okna ja­rzyły się cie­płym bla­skiem świec. Nad wej­ściem sześć ostro­kąt­nych trój­ką­tów uło­żo­nych w pół­kole two­rzyło sym­bol pro­mieni sło­necz­nych. W mi­to­lo­gii grec­kiej Eli­zjum, Pola Eli­zej­skie, sta­no­wiło wieczny raj dla bo­ha­te­rów i osób cno­tli­wych. Tu­tej­sze Eli­zjum ofe­ro­wało swoim człon­kom inny ro­dzaj uto­pii; miej­sce, w któ­rym mo­gli od­da­wać się swoim żą­dzom bez osądu i kon­se­kwen­cji. Nie było w tym nic cno­tli­wego.

Na­za­jutrz Con­stan­tine miał wró­cić do swo­jej wiej­skiej po­sia­dło­ści. Strach przed szan­ta­żem i sy­tu­acja sprzed trzech dni przy­po­mniały mu, że już naj­wyż­szy czas się oże­nić. Po­sta­no­wił, że przed koń­cem na­stęp­nego se­zonu znaj­dzie żonę o nie­ska­zi­tel­nej re­pu­ta­cji. Nie miało to nic wspól­nego z mi­ło­ścią, gdyż ta była tylko igraszką przy jego am­bi­cjach. Wła­ściwe ko­nek­sje i od­po­wied­nie po­cho­dze­nie żony za­pew­ni­łyby mu jesz­cze wyż­szą po­zy­cję.

Ale wszystko w od­po­wied­nim cza­sie.

W tej chwili po­trze­bo­wał swo­jej ko­chanki Afro­dyty, aby po­mo­gła mu wy­rzu­cić z głowy pannę Fa­ir­child i ma­łego Au­gu­stusa.

– To nie je­dyny po­wód, dla któ­rego Jego Kró­lew­ska Mość żywi do cie­bie urazę. 

Ec­cess po­cią­gnął długi łyk ze swo­jej srebr­nej pier­siówki. Jego po­tężna syl­wetka nie­mal za­sło­niła wej­ście do bu­dynku, a rdzawy płaszcz był przy­cia­sny w ra­mio­nach. Po­mimo za­wsze nie­dba­łego wy­glądu miał głowę na karku, a jego wzrok po­zo­sta­wał by­stry i prze­ni­kliwy.

Enve­igh zmru­żył oczy. 

– Na pewno wiesz, o co cho­dzi. Je­steś naj­droż­szym przy­ja­cie­lem księ­cia re­genta.

– Je­śli mam być szczery, nie na­zwał­bym się jego przy­ja­cie­lem. – Ec­cess prze­chy­lił głowę, na­pi­na­jąc mię­śnie szyi. – Można po­wie­dzieć, że lu­bimy po­dobne przy­jem­no­ści. Bez wąt­pie­nia je­dze­nie i trunki. Co do jego uczuć do cie­bie, Con­stan­tine, śmiem twier­dzić, że nie mają one aż tak wiele wspól­nego z ko­niem, a znacz­nie wię­cej z twoją cho­lerną dumą.

– Ach – za­śmiał się Enve­igh. – Słynny in­cy­dent w Izbie Lor­dów.

Con­stan­tine za­ci­snął zęby. Re­gent sły­nął z roz­rzut­no­ści, która wpę­dziła go w długi. Jego Kró­lew­ska Mość zwró­cił się do Par­la­mentu o zgodę na roz­sze­rze­nie li­sty upo­sa­żeń, aby w ten spo­sób po­kryć de­fi­cyt. Cho­ciaż Con­stan­tine, jako książę, nie miał prawa głosu w Izbie Gmin, gdzie miała za­paść de­cy­zja, jego ostry sprze­ciw w Izbie Lor­dów wy­wo­łał falę obu­rze­nia w Par­la­men­cie. Dzięki za­ufa­nym so­jusz­ni­kom w Izbie Gmin i umie­jęt­nie na­gło­śnio­nym pu­blicz­nym oświad­cze­niom udało mu się wpły­nąć na człon­ków izby. Dla­tego te­raz re­gent, je­den z naj­po­tęż­niej­szych lu­dzi w An­glii, ży­wił do niego urazę. Jedno jego słowo mo­gło znisz­czyć wszystko, o co Con­stan­tine z tak wiel­kim tru­dem za­bie­gał.

Przy­ja­ciele ro­zu­mieli go jak nikt inny. W ich to­wa­rzy­stwie nie mu­siał dbać o swój nie­na­ganny wi­ze­ru­nek. Od dzie­ciń­stwa wpa­jano mu, że musi być do­sko­nały. We wcze­snej mło­do­ści bar­dzo czę­sto czuł się sa­motny i miał ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści. Ro­dzice ogra­ni­czali jego kon­takty tylko do na­uczy­ciela i sa­mych sie­bie, aby za­pew­nić mu ide­alną edu­ka­cję.

Rath, Luhst, Ec­cess, Enve­igh, Ir­re­vrence, For­tyne. Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu, któ­rych na­zwi­ska brzmiały jak prze­winy: Rath – gniew, Luhst – roz­pu­sta, Pryde – py­cha, Enve­igh – za­zdrość, Ir­re­ve­rence – próż­niac­two, Ec­cess – prze­syt oraz For­tyne – chci­wość.

I on sam. Pryde.

Przy­ja­ciele, któ­rych nie miał w dzie­ciń­stwie. Znali jego naj­więk­sze wady i ak­cep­to­wali jego se­krety, chro­niąc je jak wła­sne. On także nie ujaw­niał ich ta­jem­nic.

Gdyby za­szła taka po­trzeba, od­dałby ży­cie za każ­dego z nich.

Drzwi Eli­zjum się otwo­rzyły, a w progu sta­nął Thorne Black­more, wła­ści­ciel klubu. Dwóch męż­czyzn, któ­rzy pil­no­wali wej­ścia, ski­nęło mu z sza­cun­kiem gło­wami.

Black­more był wy­so­kim męż­czy­zną z czar­nymi wło­sami i ciem­nymi oczami. Przy­stojny, o wy­ra­zi­stych, ostrych ry­sach twa­rzy, ubie­rał się jak książę i miał ma­niery praw­dzi­wego dżen­tel­mena. Nie na­le­żało się jed­nak su­ge­ro­wać jego po­zor­nym spo­ko­jem; w Lon­dy­nie wie­dziano, że bywa szybki i nie­bez­pieczny.

Ksią­żęta ski­nęli mu gło­wami na po­wi­ta­nie.

– Pa­nie Black­more.

– Wi­tamy, Wa­sze Ksią­żęce Mo­ście – po­wie­dział Black­more. – Klub jak za­wsze stoi przed wami otwo­rem. – Jego wzrok padł na an­da­luza. – Czy to ten ogier, o któ­rym Jego Kró­lew­ska Mość nie prze­staje mó­wić?

Con­stan­tine po­gła­skał Ikara po mu­sku­lar­nym boku.

– Tak jest.

– Za­pro­wa­dzimy ko­nie do stajni. 

Black­more ski­nął na swo­jego sta­jen­nego i dwóch ko­lej­nych, któ­rzy wy­ło­nili się zza rogu bu­dynku. Gdy trzej sta­jenni od­pro­wa­dzili ko­nie, Black­more wska­zał ge­stem otwarte drzwi, zza któ­rych są­czyło się de­li­katne złote świa­tło. Do ich noz­drzy do­tarły za­pa­chy wa­ni­lii i wina, a do uszu dźwięki ka­me­ral­nego utworu Haydna. 

– Pro­szę. Czeka was noc pełna przy­jem­no­ści.

Męż­czyźni we­szli do du­żego po­miesz­cze­nia z drew­nia­nymi pa­ne­lami ścien­nymi w ele­ganc­kim tur­ku­so­wym ko­lo­rze. Na bal­ko­nie grała or­kie­stra. Za szkłem stało drzewo ma­rula, któ­rego je­dwa­bi­ste li­ście od­bi­jały świa­tło krysz­ta­ło­wych ży­ran­doli. Wo­kół pnia owi­nął się py­ton. Pięt­na­ście ko­biet o naj­róż­niej­szych kształ­tach i ty­pach urody, ubra­nych w zwiewne je­dwa­bie, cze­kało przy okrą­głych sto­łach. W klatce pod ścianą prze­cha­dzała się pan­tera. Wzdłuż ścian cią­gnęły się al­kowy ukryte za ciem­nymi ak­sa­mit­nymi za­sło­nami. Z mie­dzia­nych tac, trzy­ma­nych przez lo­ka­jów, uno­siła się woń pie­czo­nego mięsa, przy­sma­ków i wina.

Wzrok Con­stan­tine’a padł na Afro­dytę, która stała ubrana w suk­nię w ko­lo­rze in­dygo; jego ko­lo­rze. Była piękną ko­bietą o ciem­nych, je­dwa­bi­stych wło­sach i głę­bo­kim spoj­rze­niu. Tego wie­czoru jed­nak po raz pierw­szy w ży­ciu za­pra­gnął in­nej ko­chanki. Naj­chęt­niej ru­do­wło­sej o zie­lo­nych oczach.

– Zo­stań­cie obaj w mo­jej po­sia­dło­ści na se­zon po­lo­wań – za­su­ge­ro­wał Ec­ces­sowi i Enve­ighowi, gdy każdy z nich wziął kie­li­szek wina z tacy lo­kaja. – A je­śli już mowa o po­lo­wa­niu, nie mam na my­śli tylko po­lo­wa­nia na lisy.

– To zna­czy? – za­py­tał Ec­cess.

Con­stan­tine upił łyk. 

– Czas zna­leźć so­bie żonę. Chciał­bym w naj­bliż­szych mie­sią­cach od­wie­dzić oko­liczne ro­dziny, żeby na­wią­zać zna­jo­mo­ści. Spo­dzie­wam się, że to uła­twi mi wy­bór kan­dy­datki i roz­po­czę­cie sta­rań o jej rękę w nad­cho­dzą­cym se­zo­nie lon­dyń­skim.

– Stra­ci­li­śmy już Ra­tha i Luh­sta – oznaj­mił Enve­igh. – A te­raz ty?

– W tym ty­go­dniu za­cznę spo­rzą­dzać li­stę kan­dy­da­tek. Po­mo­żesz mi, Ar­chi­bal­dzie?

Enve­igh za­drżał.

– Wy­bacz, ale Octa­vius znacz­nie le­piej orien­tuje się w te­go­rocz­nych de­biu­tant­kach.

Ec­cess za­śmiał się ci­cho. 

– Rze­czy­wi­ście. Samo pa­trze­nie to nie­do­ce­niana przy­jem­ność.

Con­stan­tine za­chi­cho­tał. 

– Świet­nie. Po­tem omó­wimy moje moż­li­wo­ści, a ty bę­dziesz mi to­wa­rzy­szył pod­czas wi­zyt. Mam na­dzieję, że to mój ostatni raz w Eli­zjum. A te­raz wy­bacz­cie, cze­kają na mnie gdzie in­dziej.

Za­nim jed­nak zdą­żył ru­szyć w stronę Afro­dyty, sta­nął przed nim lo­kaj z li­stem na tacy.

– Wa­sza Ksią­żęca Mość, to do pana. Wła­śnie go do­star­czono.

Con­stan­tine za­mru­gał. Kto oprócz jego służby i ksią­żąt z brac­twa wie­dział, że tu prze­bywa? Wziął list i otwo­rzył go z dziw­nym uczu­ciem nie­po­koju.

Lon­dyn, 27 wrze­śnia 1814 r.

Do Jego Mi­ło­ści księ­cia Pryde

Wa­sza Ksią­żęca Mość,

po­sia­dam list Pań­skiej nie­ży­ją­cej matki. Ten, który do­wo­dzi, że nie jest Pan sy­nem zmar­łego księ­cia Pryde, a ra­czej owo­cem ro­mansu matki ze zwy­kłym ple­ba­nem.

Con­stan­tine prze­rwał czy­ta­nie, z tru­dem ła­piąc od­dech. Ktoś wszedł w po­sia­da­nie li­stu na­pi­sa­nego przez jego matkę. Matka Ophe­lii ukra­dła go kie­dyś jako za­bez­pie­cze­nie, gdy zdała so­bie sprawę, że nosi pod ser­cem dziecko księ­cia. Jego oj­ciec sta­rał się go od­na­leźć od lat.

Za­ci­ska­jąc dło­nie, by po­wstrzy­mać ich drże­nie, czy­tał da­lej.

Przede wszyst­kim wiem jed­nak, że nie­cały ty­dzień temu uro­dził się pra­wo­wity dzie­dzic ty­tułu ksią­żę­cego. Ma na imię Au­gu­stus i jest sy­nem pani Ophe­lii Le­ster, nie­ślub­nej córki zmar­łego księ­cia Pryde.

Zgod­nie z te­sta­men­tem Pań­skiego ojca je­śli ta in­for­ma­cja uj­rzy świa­tło dzienne, straci Pan wszystko – ty­tuł, zie­mie i do­bre imię. Je­żeli jed­nak do­star­czy Pan 1000 fun­tów w bank­no­tach do ta­werny Przy Por­cie i umie­ści je pod trze­cim sto­łem po le­wej stro­nie w ciągu pię­ciu dni, ist­nie­nie li­stu po­zo­sta­nie na­szą ta­jem­nicą.

Je­śli nie spełni Pan mo­jej prośby, prze­każę go Jego Kró­lew­skiej Mo­ści i re­dak­cjom wszyst­kich ga­zet to­wa­rzy­skich.

Naj­po­kor­niej­szy i naj­po­słusz­niej­szy sługa księ­cia

Ano­nim

Świat Con­stan­tine’a za­chwiał się w po­sa­dach. Męż­czy­zna wpa­try­wał się w sta­ranne, wy­ro­bione pi­smo, jakby nie do końca poj­mo­wał jego treść.

Zi­ścił się jego naj­gor­szy kosz­mar.

Ta ko­re­spon­den­cja róż­niła się od wia­do­mo­ści od panny Fa­ir­child. Ten list był rze­czowy, zwię­zły. Bez zbęd­nych słów.

Octa­vius zer­k­nął przy­ja­cie­lowi przez ra­mię. 

– Co to jest?

– Mój ko­niec – mruk­nął Con­stan­tine, po czym przy­ja­ciel wy­rwał mu pa­pier z ręki.

– Co się dzieje? – chciał wie­dzieć Enve­igh.

– Ko­lejny list z szan­ta­żem – mruk­nął Ec­cess, prze­bie­ga­jąc wzro­kiem ko­lejne li­nijki.

– Ko­lejny? – spy­tał Enve­igh z po­wagą w gło­sie.

Naj­pierw Lu­ciena szan­ta­żo­wano z po­wodu córki, o któ­rej ist­nie­niu nie wie­dział. Po­tem po­ja­wiła się panna Fa­ir­child z Au­gu­stu­sem. A te­raz to.

Con­stan­tine miał mę­tlik w gło­wie. Zro­biło mu się nie­do­brze. 

– Niech to dia­bli… To na pewno panna Fa­ir­child.

– Nie, to nie ru­do­włosa – od­po­wie­dział Octa­vius. – Ona uwie­rzyła, że Au­gu­stus jest twoim dziec­kiem, i my­śli, że Ophe­lia była twoją ko­chanką. – Uniósł list. – Ten ano­nim wie, że Ophe­lia jest nie­ślubną córką two­jego ojca i że uro­dziła Au­gu­stusa.

Krew za­sty­gła Con­stan­tine’owi w ży­łach, gdy przy­po­mniały mu się słowa panny Fa­ir­child. „Przed śmier­cią po­wie­rzyła mi opiekę nad chłop­cem”.

– O Boże – mruk­nął, gdy ude­rzyła go okropna myśl. – Ophe­lia nie żyje… przeze mnie.

Obaj przy­ja­ciele spoj­rzeli na niego su­rowo.

– Nie przez cie­bie – rzu­cił Enve­igh. – Co masz wspól­nego z jej śmier­cią?

Con­stan­tine przy­po­mniał so­bie zmę­czoną cię­żarną ko­bietę z ta­kimi sa­mymi nie­bie­skimi oczami i blond wło­sami jak jego ojca. Po­dob­nie jak on miała też wy­datne ko­ści po­licz­kowe i pro­sty rzym­ski nos, prze­ka­zy­wany w ro­dzi­nie Buc­c­le­ighów z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie.

Wszystko to, czego jemu bra­ko­wało.

Ophe­lia miała na so­bie do­bre ubra­nie, ale zdą­żyło się ono po­bru­dzić, a jej włosy były w nie­ła­dzie. Naj­wy­raź­niej od dawna nie miała oka­zji ko­rzy­stać z po­mocy słu­żą­cej.

– Przy­szła do mnie nie­dawno. Chcia­łem jej po­móc. Po­wi­nie­nem był. Dał­bym jej dom, służbę, mie­sięczną pen­sję. Ale naj­pierw chcia­łem za­dbać o swoje bez­pie­czeń­stwo. W za­mian za po­moc za­żą­da­łem li­stu, który ukra­dła jej matka.

Li­stu, któ­rym ano­nim go te­raz szan­ta­żo­wał.

Co z nim było nie tak? Czy jego py­cha na­prawdę li­czyła się bar­dziej niż ludz­kie ży­cie? Nie był po­two­rem. Po­wi­nien być dżen­tel­me­nem.

Enve­igh od­chrząk­nął.

– Nie chcę sy­pać soli na twoje rany, ale roz­sąd­nie by­łoby mieć ją bli­sko. Wtedy miał­byś ją i dziecko pod kon­trolą.

Con­stan­tine zwie­sił głowę. 

– I wciąż by żyła.

Octa­vius wes­tchnął, a w jego oczach po­ja­wił się smu­tek. 

– Nie wiesz tego. Nie­stety wiele ko­biet umiera przy po­ro­dzie, bez względu na to, czy są bo­gate, czy biedne.

– Ale te­raz to panna Fa­ir­child ma dziecko – po­wie­dział Enve­igh – a ty zu­peł­nie stra­ci­łeś wpływ na sy­tu­ację.

– Zga­dza się. Wszyst­kie ty­tuły ksią­żęce są, ści­śle rzecz bio­rąc, da­rami Ko­rony. Je­stem pe­wien, że Jego Kró­lew­ska Mość ni­czego nie pra­gnąłby bar­dziej, niż po­stą­pić zgod­nie z te­sta­men­tem mo­jego ojca, po­zba­wić mnie wszyst­kiego i mia­no­wać Au­gu­stusa ko­lej­nym księ­ciem. Wszystko po to, żeby zro­bić mi na złość.

– A sie­bie mia­no­wać opie­ku­nem chłopca do czasu osią­gnię­cia przez niego peł­no­let­no­ści – do­dał po­nuro Ec­cess. – Cał­ko­wita kon­trola nad ma­jąt­kiem i wpły­wami Pryde’ów.

– To prawda. Mu­szę wziąć Au­gu­stusa pod swoją opiekę, żeby nie stał się bro­nią, którą można by wy­ko­rzy­stać prze­ciwko mnie.

Na samą myśl o hań­bie, cię­ża­rze plo­tek i za­do­wo­lo­nym uśmieszku księ­cia re­genta za­częła go swę­dzieć skóra, a na czoło wy­stą­pił pot.

– Panna Fa­ir­child… – za­czął. – Musi być w to w ja­kiś spo­sób za­mie­szana.

– Spra­wiała wra­że­nie uczci­wej osoby – od­parł nie­prze­ko­nany Ec­cess. – To córka pa­stora.

My­śli Con­stan­tine’a pę­dziły tak szybko, że le­d­wie za nimi na­dą­żał. 

– Znała Ophe­lię. Ma dziecko… Dziecko, które za­graża wszyst­kiemu, czym je­stem.

Prze­cze­sał pal­cami włosy. 

– Black­more – krzyk­nął. – Ko­nia! Na­tych­miast! Wy­cho­dzę.

Black­more zmarsz­czył brwi i pod­szedł bli­żej.

– Oczy­wi­ście, jak so­bie książę ży­czy. Wszystko w po­rządku?

– Ko­nia – wy­ce­dził Con­stan­tine przez za­ci­śnięte zęby. – Już!

W oczach męż­czy­zny po­ja­wił się nie­bez­pieczny błysk. Black­more zde­cy­do­wa­nie nie lu­bił, gdy nim po­mia­tano. Po­nie­waż jed­nak był lep­szym czło­wie­kiem niż Con­stan­tine, zi­gno­ro­wał obe­lgę i ski­nął głową. 

– Na­tych­miast, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

– Co ty wy­pra­wiasz? – za­py­tał Octa­vius, gdy Black­more szyb­kim kro­kiem pod­szedł do jed­nego z lo­ka­jów. – Za­cze­kaj, za­sta­nów się. Nie mo­żesz jej po­now­nie oskar­żyć.

Ma ra­cję. Ta myśl prze­mknęła mu przez umysł, ale szybko ją po­rzu­cił. Wie­dział tylko, że dziecko sta­nowi za­gro­że­nie.

Po­sta­no­wił się do­wie­dzieć, czy panna Fa­ir­child jest szan­ta­żystką, i na­tych­miast prze­jąć opiekę nad dziec­kiem.

– To nie może być przy­pa­dek, że otrzy­ma­łem ten list za­raz po tym, jak za­prze­czy­łem sło­wom panny Fa­ir­child. Nie do­stała ode mnie tego, czego chciała, więc te­raz ona lub jej wspól­nicy twier­dzą, że mają list mo­jej matki. To musi być część jej planu!

Ec­cess zmru­żył oczy. 

– Czy to w ogóle ten sam cha­rak­ter pi­sma?

– Nie ob­cho­dzi mnie to. – Ru­szył w stronę drzwi. – Trzeba się za­jąć panną Fa­ir­child. I to szybko.

Roz­dział 4

Pół go­dziny póź­niej Con­stan­tine za­trzy­mał Ikara przed ple­ba­nią w She­pherds­brook. Skromny ce­glany dom stał w cie­niu Ko­ścioła Wszyst­kich Świę­tych, a w jed­nym z okien mi­go­tało świa­tło po­je­dyn­czej świecy. Ec­cess, który uparł się, że przy­je­dzie ra­zem z Pryde’em, za­trzy­mał ko­nia i po­wie­dział:

– Prze­myśl to. Bądź roz­sądny.

Ale Con­stan­tine wzru­szył ra­mio­nami. Był roz­sądny. Miał ra­cję, jak za­wsze. I nie za­mie­rzał po­zwo­lić, by kto­kol­wiek za­jął jego miej­sce. Strach i fu­ria wal­czyły w nim ze sobą jak dwa wilki, a klatka, w któ­rej z tru­dem je utrzy­my­wał, ustę­po­wała pod ich na­po­rem. Wie­dział, że musi za­że­gnać nie­bez­pie­czeń­stwo i że na­wet je­den z jego naj­bliż­szych przy­ja­ciół nie może sta­nąć mu na dro­dze.

– Zo­stań na ze­wnątrz, je­śli chcesz – po­wie­dział, tłu­miąc wszel­kie emo­cje, by za­cho­wać spo­kój.

Con­stan­tine zsiadł z ko­nia i ru­szył w stronę pro­stych drzwi, wi­szą­cych luźno na za­wia­sach. Po od­gło­sie cięż­kich kro­ków po­znał, że Octa­vius idzie za nim. Za­pu­kał, a Ec­cess za­trzy­mał się po jego pra­wej stro­nie.

Nie pa­trząc na przy­ja­ciela, Con­stan­tine po­wie­dział: 

– Je­śli zde­cy­du­jesz się zo­stać, nie chcę sły­szeć ani słowa o roz­wa­dze. Je­stem roz­ważny.

– Oczy­wi­ście, że je­steś – od­parł ci­cho Octa­vius. – Wa­le­nie w drzwi mło­dej ko­biety nocą, żeby na nią na­krzy­czeć, to kwin­te­sen­cja roz­sądku.

Za drzwiami roz­le­gło się szu­ra­nie. Otwo­rzyła im panna Fa­ir­child, sto­jąca te­raz w pół­mroku wą­skiego ko­ry­ta­rza. Jej ciemne, ja­de­itowe oczy pa­trzyły na nich spod pod­krę­co­nych rzęs.

Con­stan­tine po­my­ślał, że nie po­wi­nien zwra­cać uwagi na jej rzęsy.

– Książę? – Mru­gnęła ze zdzi­wie­niem. I pan… – do­dała, pa­trząc na Octa­viusa.

– Panno Fa­ir­child. – Con­stan­tine skło­nił się ener­gicz­nie.

Octa­vius zro­bił to samo.

Za­wa­hała się, po czym lekko dy­gnęła.

Miała na so­bie pro­stą, ciem­no­zie­loną weł­nianą su­kienkę i biały far­tuch. Włosy upięła z tyłu głowy w cia­sny kok, z któ­rego wy­my­kało się kilka lo­ków opa­da­ją­cych na twarz. Czuł, że nie po­wi­nien pa­trzeć na jej włosy, twarz ani su­kienkę.

Wy­da­wała się taka nie­winna, taka czy­sta… Czy córka pa­stora rze­czy­wi­ście okaże się szan­ta­żystką? Dziwne ukłu­cie w piersi nie po­mo­gło mu od­zy­skać pew­no­ści sie­bie.

Po­czuł też nie­po­kój, dla­tego za­miast po­słu­chać głosu roz­sądku, za­py­tał: 

– Dla­czego otwiera pani drzwi sama o tej po­rze?

Za­brzmiało to ob­ce­sowo. Zmarsz­czyła brwi. 

– Pro­szę mi wy­ba­czyć, ale nie mamy ka­mer­dy­nera, jak bo­gaci lor­do­wie z May­fair.

Od­chrząk­nął. Ri­po­sta była celna, a on spoj­rzał na Ec­cessa, któ­rego mina mó­wiła: „Ma ra­cję”. 

Przy­szło mu do głowy, że nie po­wi­nien trosz­czyć się o do­bro ko­biety, która praw­do­po­dob­nie go szan­ta­żuje.

– Czy pani ojca nie ma w domu?

– Nie. Jest z pa­ra­fianką na ostat­nim na­masz­cze­niu.

– Do­brze. Tym le­piej. Przejdę od razu do rze­czy. Nie dam się szan­ta­żo­wać, panno Fa­ir­child.

Przez chwilę pa­trzyła w osłu­pie­niu to na niego, to na Octa­viusa. 

– Chyba nie mówi pan po­waż­nie.

Ec­cess na­chy­lił się nieco ku niej. 

– Pro­szę wy­ba­czyć, że się wtrą­cam, ale czy nie by­łoby le­piej po­roz­ma­wiać o tak de­li­kat­nych spra­wach w środku? Je­śli to nie pro­blem.

W głębi domu roz­legł się płacz dziecka, a panna Fa­ir­child zer­k­nęła przez ra­mię na ciemny ko­ry­tarz.

– Ma­cie tu­pet. – Rzu­ciła mu gniewne spoj­rze­nie. – Przy­cho­dzić do mo­jego domu, oskar­żać mnie o szan­taż… a po tym wszyst­kim jesz­cze ocze­ki­wać za­pro­sze­nia?

– Żeby było ja­sne – Octa­vius przy­ci­snął dużą dłoń do swo­jej wiel­kiej piersi – ja pani o nic nie oskar­żam.

Płacz dziecka sta­wał się co­raz gło­śniej­szy. 

– Panno Fa­ir­child! – krzyk­nął ko­biecy głos. – Pro­szę przy­nieść tro­chę ma­te­riału na pie­lu­chy dla ma­luszka, do­brze?

Usta panny Fa­ir­child wy­krzy­wił gry­mas tłu­mio­nego gniewu.

– Do­brze. Pro­szę.

Od­wró­ciła się, prze­szła kilka kro­ków, po czym otwo­rzyła szu­fladę i wy­jęła czy­stą mu­śli­nową tka­ninę.

– Po­sta­raj się my­śleć trzeźwo, Pryde – mruk­nął Ec­cess. – Nie masz żad­nego do­wodu, że to ona cię szan­ta­żuje.

Usta Con­stan­tine’a drgnęły.

– Nie mam też żad­nego do­wodu, że tego nie robi.

Po­dą­żył ko­ry­ta­rzem za jej szczu­płą syl­wetką.

– Wiem, co ro­bię – po­wie­dział ci­cho, gdy prze­cho­dzili mię­dzy po­bie­lo­nymi ścia­nami, na któ­rych wi­siały małe święte ob­razki. – Na­wet je­śli nie wy­słała dziś li­stu, znała Ophe­lię. A przede wszyst­kim ma Au­gu­stusa.

Panna Fa­ir­child za­pro­wa­dziła ich do skrom­nego sa­lonu, który peł­nił rów­nież funk­cję ja­dalni. Po­miesz­cze­nie to nie było więk­sze niż gar­de­roba Con­stan­tine’a w po­sia­dło­ści Pryde’a. Nad ko­min­kiem wi­siał rzeź­biony kru­cy­fiks, a ściany zdo­biły ry­ciny o te­ma­tyce re­li­gij­nej oraz pełne ksią­żek re­gały. Wy­tarta sofa i dwa fo­tele stały do­koła drew­nia­nej ko­ły­ski, w któ­rej le­żał Au­gu­stus, ma­cha­jąc pod­czas pła­czu drob­nymi rącz­kami i nóż­kami. Ko­bieta ubrana jesz­cze skrom­niej niż panna Fa­ir­child po­chy­lała się nad jego łó­żecz­kiem, prze­ma­wia­jąc do niego ła­god­nie.

Panna Fa­ir­child po­dała ko­bie­cie tka­ninę. Tamta szybko prze­wi­nęła dziecko, a na­stęp­nie cia­sno je owi­nęła. Panna Fa­ir­child wzięła chłopca, aby go uko­ły­sać i uspo­koić. W bla­sku świecy jej oczy wy­da­wały się ciem­no­zie­lone i pło­nęły gnie­wem. Na po­licz­kach roz­lał się do­da­jący jej uroku ru­mie­niec.

– To pani Wal­cott – po­wie­działa panna Fa­ir­child. – Mamka Au­gu­stusa. Wszystko, co ma pan do po­wie­dze­nia, pro­szę po­wie­dzieć przy niej. Nie mam nic do ukry­cia.

Opie­kunka dy­gnęła.

Wzrok księ­cia Pryde po­wę­dro­wał ku ma­łemu mu­śli­no­wemu za­wi­niątku, ku ły­sej gło­wie pod ko­ron­ko­wym czep­kiem, ku ma­leń­kim uszom. Ści­snęło go w żo­łądku.

To dziecko było pra­wo­wi­tym dzie­dzi­cem jego ojca.

Wście­kał się na swoją bez­rad­ność. Od­kąd w wieku dzie­się­ciu lat po­znał prawdę o swoim po­cho­dze­niu, pró­bo­wał zma­zać skazę nie­pra­wego po­cho­dze­nia nie­na­gan­nym za­cho­wa­niem; zu­peł­nie jakby by­cie naj­bar­dziej ho­no­ro­wym księ­ciem An­glii mo­gło w ja­kiś spo­sób za­trzeć fakt by­cia bę­kar­tem.

To dziecko na­to­miast nie mu­siało się sta­rać. Miało prawo do wszyst­kiego, co po­sia­dał Pryde, po pro­stu dla­tego, że ist­niało.

Tak czy ina­czej, Au­gu­stus po­zo­sta­wał człon­kiem jego ro­dziny i w niej po­wi­nien do­ra­stać. Mimo że Con­stan­tine dwu­krot­nie go od­rzu­cił – raz, gdy Ophe­lia zwró­ciła się do niego o po­moc, i drugi raz trzy dni temu – czuł, że musi za­ak­cep­to­wać to dziecko. Dzięki temu, nie­za­leż­nie od tego, czy panna Fa­ir­child jest szan­ta­żystką, czy nie, za­po­bie­gnie wy­ko­rzy­sta­niu chłopca prze­ciwko niemu.

– Czy w księ­dze pa­ra­fial­nej znaj­duje się wpis o na­ro­dzi­nach dziecka? – za­py­tał.

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­działa panna Fa­ir­child. – Au­gu­stus uro­dził się w tym domu, a mój oj­ciec zro­bił wszystko jak na­leży.

– Pod ja­kim na­zwi­skiem zo­stał za­pi­sany?

– Papa i ja by­li­śmy zmu­szeni nadać mu na­zwi­sko Le­ster, za­nim usta­li­li­śmy, gdzie się Wa­sza Ksią­żęca Mość znaj­duje. Jego matką jest pani Ophe­lia Le­ster. Na­zywa się Au­gu­stus Le­ster, syn pana Johna Le­stera, zmar­łego męża Ophe­lii. Ale za­nim umarła, po­wie­działa, że jest pań­ski.

Nie mógł so­bie wy­obra­zić, ja­kich słów użyła umie­ra­jąca ko­bieta, że panna Fa­ir­child uwie­rzyła, że Au­gu­stus jest jego sy­nem. Tak czy ina­czej, Ophe­lia chciała, aby za­jął się dziec­kiem. A on, jak się wła­śnie oka­zało, pra­gnął tego sa­mego.

W końcu zro­zu­miał swój błąd. Pew­nie po­trze­bo­wał czasu, by za­cząć trzeźwo my­śleć. Może stało się to dzięki po­now­nemu spo­tka­niu z panną Fa­ir­child.

Gdyby to ona go szan­ta­żo­wała, chcia­łaby za­trzy­mać Au­gu­stusa przy so­bie. Bo kto­kol­wiek spra­wo­wał opiekę nad dziec­kiem, spra­wo­wał rów­nież kon­trolę nad ty­tu­łem i ma­jąt­kiem.

Za­ci­snął zęby. Mógł się my­lić co do jej in­ten­cji. Jej list brzmiał groź­niej, niż po­wi­nien, ale być może to jego wła­sny strach skło­nił go do wy­cią­gnię­cia po­chop­nych wnio­sków. Pod­pi­sała się jako „osoba życz­liwa”, pod­czas gdy dzi­siej­szy list pod­pi­sano „ano­nim”.

Myśl, że nie jest tak podła, by wy­ko­rzy­stać dziecko w celu szan­ta­żo­wa­nia go, spra­wiła mu nie­mal fi­zyczną ulgę.

Tylko jak mógłby się upew­nić, czy nie wie nic o jego praw­dzi­wym po­cho­dze­niu, nie zdra­dza­jąc zbyt wiele?

– Jak po­znała pani Ophe­lię? – za­py­tał.

– Prze­by­wała u nas przez dwa mie­siące. Sta­ły­śmy się za­ufa­nymi przy­ja­ciół­kami.

Jak bar­dzo za­ufa­nymi?

– Czy po­wie­działa pani coś… o swoim ojcu?

– Nie­wiele. Dla­czego pan pyta?

– I o waż­nym li­ście, który miała jej matka? – kon­ty­nu­ował, igno­ru­jąc jej py­ta­nie.

Panna Fa­ir­child po­krę­ciła głową, marsz­cząc brwi. 

– Nie przy­po­mi­nam so­bie. Ja­kim li­ście?

Nie mógł po­wie­dzieć nic wię­cej. Albo była mi­strzy­nią oszu­stwa, albo na­prawdę nic nie wie­działa. Za­da­jąc ko­lejne py­ta­nia, mógłby wy­ja­wić wię­cej za dużo. Cho­ciaż jej oczy pło­nęły fu­rią, nie zdra­dzały ani po­czu­cia winy, ani złych in­ten­cji.

Był już nie­mal pe­wien, że dziew­czyna nie ma nic wspól­nego z szan­ta­żem. Bez względu jed­nak na oko­licz­no­ści jego główną tro­ską było te­raz prze­ję­cie opieki nad Au­gu­stu­sem.

Od­chrząk­nął. 

– Do­brze, panno Fa­ir­child. Chciała pani, że­bym za­brał nie­mowlę. Uczy­nię to. Może mi je pani po pro­stu od­dać.

Na twa­rzy panny Fa­ir­child wście­kłość ustą­piła miej­sca zdu­mie­niu. 

– Słu­cham?

– Za­biorę Au­gu­stusa. Czy nie tego żą­dała pani ode mnie nie da­lej niż trzy dni temu?

– Ja… No… Tak, ale…

– Ale co?

Przy­tu­liła dziecko moc­niej do piersi.

– Pro­szę mi wy­ba­czyć, ale nie znam pana.

– To nie po­winno mieć zna­cze­nia.

– To je­dyne, co się li­czy. Wiem, że Ophe­lia przy­szła do pana, biedna, bez­domna i sa­motna, żeby po­pro­sić o po­moc, i spo­tkała się z od­mową, mu­siała wró­cić na ulicę. A te­raz ode­szła na za­wsze, biedny Au­gu­stus zo­stał bez matki. Mia­łam na­dzieję, że okaże się pan czło­wie­kiem ho­noru, od­po­ku­tuje swoje grze­chy. A jed­nak od­rzu­cił pan bez­bron­nego no­wo­rodka, oskar­żył mnie o kłam­stwo i szan­taż. Być może ma pan po­tężne wpływy, ale to ja po­no­szę od­po­wie­dzial­ność za Au­gu­stusa, gdyż po­wie­rzyła mi go jego matka. I wąt­pię, że za­pewni mu pan od­po­wied­nią opiekę.

Jakże szcze­gó­łowa li­sta jego prze­wi­nień. Po­czu­cie winy i strach ści­skały go w żo­łądku, gdy panna Fa­ir­child pa­trzyła na niego z nie­sma­kiem. Miała ra­cję, po­tę­pia­jąc go. Od­po­wia­dał za śmierć Ophe­lii. Musi przy­naj­mniej po­stą­pić wła­ści­wie wo­bec jej dziecka.

– Ni­gdy nie po­wi­nie­nem był od­rzu­cić pani prośby – po­wie­dział. – Uświa­do­mi­łem so­bie, że chcę go przy­jąć i wy­cho­wać.

Po­krę­ciła głową. 

– Pro­szę mi wy­ba­czyć, ale nie wie­rzę w tak na­głą zmianę zda­nia. Czemu nie przy­zna pan, że to z po­wodu po­ten­cjal­nego skan­dalu? Czy nie tego się pan oba­wia?

Po­czuł na­pię­cie w bar­kach. Zga­dza się, skan­dal. Afera przy­cią­gnie uwagę. Lu­dzie będą za­da­wać nie­wy­godne py­ta­nia.

– Mu­szę chro­nić swoją re­pu­ta­cję, jak wszy­scy inni. Prawda, panno Fa­ir­child?

– Dla mnie re­pu­ta­cja rów­nież jest ważna. Ale ni­gdy nie bę­dzie dla mnie waż­niej­sza niż do­bro dziecka.

Tak jak w jego przy­padku.

Po­my­ślał, że dziew­czyna szcze­rze go nie­na­wi­dzi, uważa za nik­czem­nego. A jed­nak za­wsze tak bar­dzo sta­rał się być czło­wie­kiem ho­noru, za­wsze sta­rał się po­stę­po­wać wła­ści­wie.

Klatka pier­siowa panny Fa­ir­child gwał­tow­nie uno­siła się i opa­dała. 

– Zdro­wie i szczę­ście Au­gu­stusa są dla mnie naj­waż­niej­sze. Nie po­zwolę ni­komu go za­brać, zwłasz­cza ko­muś, komu nie ufam.

Po­czuł ucisk w żo­łądku. Za­słu­żył na to. Gdyby nie od­pra­wił jej tak szybko w ko­ściele, gdyby nie po­sta­wił dumy na pierw­szym miej­scu, mógłby się do­wie­dzieć, co się stało i czyim sy­nem jest Au­gu­stus. I chło­piec byłby pod jego opieką.

A te­raz… te­raz może stra­cić wszystko. A każdy łaj­dak, zwłasz­cza szan­ta­ży­sta, bę­dzie mógł do­paść spad­ko­biercę jego ojca i wtedy…

Było jesz­cze jedno roz­wią­za­nie, które po­mo­głoby mu oca­lić swoją po­zy­cję i za­cho­wać ty­tuł.

Je­śli panna Fa­ir­child nie zrzek­nie się Au­gu­stusa… to trzeba ich uznać za nie­ro­ze­rwalną ca­łość.

– Panno Fa­ir­child, je­śli nie zgo­dzi się pani od­dać mi dziecka, nie po­zo­sta­nie mi nic in­nego, jak tylko po­pro­sić pa­nią o rękę.

Zmarsz­czyła brwi i za­mru­gała kilka razy, a jej twarz zła­god­niała.

Ec­cess sta­nął po­mię­dzy przy­ja­cie­lem a panną Fa­ir­child.

– Zwa­rio­wa­łeś, Con­stan­tine? – Zni­żył głos. – To ja je­stem pi­jany, a jed­nak z nas dwóch to ty za­cho­wu­jesz się lek­ko­myśl­nie.

Pryde wy­mi­nął go i znów sta­nął nie­mal oko w oko z panną Fa­ir­child. Rysy jej twa­rzy wy­da­wały się jesz­cze ła­god­niej­sze w mi­go­czą­cym świe­tle świec. Była na tyle wy­soka, by móc spoj­rzeć mu pro­sto w oczy, za­miast pa­trzeć na niego z dołu, jak więk­szość ko­biet. Wi­dok ten wzbu­dził w nim dziwny żar. Kiedy wy­obra­ził so­bie ją jako swoją żonę, ogień w jego ży­łach roz­go­rzał z nową siłą

Po­sta­no­wił zi­gno­ro­wać to uczu­cie. Nie mógł so­bie po­zwo­lić na roz­pro­sze­nie uwagi. Jego cel był zbyt ważny.

Z po­wodu stra­chu nie­wła­ści­wie do­bie­rał słowa, a ta część jego oso­bo­wo­ści, która ocza­ro­wy­wała ko­biety, ze­szła na drugi plan.

Za­miast tego stał się bru­ta­lem, chro­nią­cym się przed po­ten­cjal­nym za­gro­że­niem.

– Zdaję so­bie sprawę, że że­niąc się z córką pa­stora, do­ko­nam wy­boru nie­wła­ści­wego dla mo­jej po­zy­cji, ale je­śli to je­dyny spo­sób, by przy­jąć Au­gu­stusa do mo­jej ro­dziny, mu­szę to zro­bić.

Iro­nia losu po­le­gała na tym, że sam był dziec­kiem du­chow­nego. Ta myśl jesz­cze bar­dziej go zi­ry­to­wała.

– Con­stan­tine! – krzyk­nął Ec­cess. – Za­sta­nów się, co mó­wisz!

Było już za późno. Zło­żył ofertę i ogrom­nie ura­ził pannę Fa­ir­child. Do­strzegł ból i upo­ko­rze­nie w jej oczach, dla­tego na­tych­miast po­ża­ło­wał swo­ich słów. Ale te­raz ist­niała tylko jedna droga.

– Chciał­bym ofia­ro­wać Au­gu­stu­sowi dom i opiekę – po­wie­dział. – Dla­tego chciał­bym, żeby zo­stała pani moją żoną.

– Bez względu na to, jak kiep­ską par­tią je­stem dla księ­cia? – za­py­tała, a jej głos drżał z wście­kło­ści.

Wy­bór był pro­sty: po­ślubi ko­goś o niż­szym sta­tu­sie albo za­ry­zy­kuje utratę wszyst­kiego. Je­śli panna Fa­ir­child zo­sta­łaby jego żoną, mógłby spło­dzić dzie­dzica, umac­nia­jąc swoją po­zy­cję. Na­wet gdyby prawda o jego po­cho­dze­niu wy­szła na jaw, re­gent byłby mniej skłonny prze­rwać cią­głość rodu o tak dłu­giej tra­dy­cji.

Poza tym dzie­dzic po­zwo­liłby mu ku­pić tro­chę czasu; wszel­kie po­stę­po­wa­nia są­dowe trwa­łyby dłu­żej, po­nie­waż sądy mu­sia­łyby wziąć pod uwagę rów­nież przy­szłość dziecka.

Panna Fa­ir­child zmru­żyła oczy. 

– Ko­lejna zmiana zda­nia, Wa­sza Ksią­żęca Mość? Jaki czło­wiek tak za­cie­kle broni swo­jej re­pu­ta­cji, że jest go­tów po­ślu­bić do­mnie­maną szan­ta­żystkę?

Ec­cess pod­szedł bli­żej. Wy­glą­dał na zu­peł­nie trzeź­wego.

– Con­stan­tine, na pewno ist­nieje ja­kiś spo­sób. Mał­żeń­stwo jest na całe ży­cie. Nie znasz tej ko­biety. A co z li­stą kan­dy­da­tek, wi­zy­tami u ro­dzin, za­bie­ga­niem o od­po­wied­nie de­biu­tantki? Twój po­chopny ślub z ko­bietą z dziec­kiem bę­dzie ogrom­nym skan­da­lem.

Con­stan­tine gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze, go­rącz­kowo roz­wa­ża­jąc wszyst­kie za i prze­ciw. Do­póki kwe­stia szan­tażu nie zo­sta­nie roz­wią­zana, choćby cień skan­dalu bę­dzie szcze­gól­nie nie­bez­pieczny. 

– Masz ra­cję, Octa­viu­sie. Ogło­szę, że Au­gu­stus jest dziec­kiem zmar­łego ku­zyna lub przy­ja­ciela ro­dziny. Chło­piec zo­sta­nie wy­cho­wany jako mój pod­opieczny. Panna Fa­ir­child jest tym­cza­sową opie­kunką dziecka, wy­zna­czoną przez zmar­łych ro­dzi­ców. Swoje po­chopne mał­żeń­stwo wy­tłu­ma­czymy…

Ja­kie wy­tłu­ma­cze­nie zdo­ła­łoby ura­to­wać jego re­pu­ta­cję? Lu­dzie nie mo­gli po­my­śleć, że po­ślu­bia pannę Fa­ir­child, bo spło­dził z nią dziecko. Nie chciał stra­cić sza­cunku in­nych. A choć sta­tus dziew­czyny był dużo niż­szy, z pew­no­ścią po­cho­dziła z po­rząd­nej ro­dziny. Jej oj­ciec miał opi­nię do­brego pa­stora, który bar­dzo sta­now­czo sprze­ci­wia się grze­chowi.

– To bę­dzie mu­siała być mi­łość. Wy­znam pani swoje na­głe i szczere uczu­cie, panno Fa­ir­child. Bę­dziemy mu­sieli za­cho­wy­wać się tak, jak­by­śmy byli w so­bie bez pa­mięci za­ko­chani. Oba­wiam się, że ko­nieczne będą pewne po­świę­ce­nia.

Panna Fa­ir­child otwo­rzyła oczy tak sze­roko, że wy­stra­szył się, że każe mu odejść i ni­gdy wię­cej tu nie wra­cać.

– Nie wiem, jak można na­zy­wać pana dżen­tel­me­nem, Wa­sza Mi­łość. Nie wy­obra­żam so­bie bar­dziej ob­raź­li­wej pro­po­zy­cji.

Jej po­liczki pło­nęły, a w ciem­nych oczach ma­lo­wała się wście­kłość.

Con­stan­tine wpa­try­wał się w młodą ko­bietę, cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Nie po­zna­wał sa­mego sie­bie. On, któ­rego w to­wa­rzy­stwie uzna­wano za czło­wieka o nie­ska­zi­tel­nym ho­no­rze, dzie­dzica jed­nego z naj­star­szych i naj­bar­dziej sza­no­wa­nych an­giel­skich ro­dów, za­cho­wy­wał się jak głu­piec.

Au­gu­stus pi­snął, a panna Fa­ir­child spoj­rzała na niego z czu­ło­ścią. Jej oczy na­peł­niły się łzami, gdy de­li­kat­nie ko­ły­sała dziecko w ra­mio­nach, a ono uci­chło.

– Z ca­łego serca pra­gnę od­mó­wić – syk­nęła.

Ktoś o jej po­zy­cji od­rzuca oświad­czyny księ­cia? Bo­gac­two, bez­pie­czeń­stwo, sta­tus i po­dziw? Jej dzieci by­łyby szla­chet­nie uro­dzone. Ona by­łaby księżną. Kto wzgar­dziłby taką pro­po­zy­cją? Jej od­mowa ubo­dła go bar­dziej, niż mógłby so­bie wy­obra­zić. Miała jed­nak ra­cję. Nie za­cho­wał się jak książę, jak męż­czy­zna, któ­rego kto­kol­wiek chciałby po­ślu­bić.

Wzięła głę­boki wdech i wy­pu­ściła po­wie­trze. 

– Ale obie­ca­łam Ophe­lii, że zajmę się tym dziec­kiem, i do­trzy­mam słowa. Wiem, że wy­cho­wy­wa­nie się u bo­ga­tego i wpły­wo­wego ojca bę­dzie dla niego lep­sze niż po­zo­sta­nie tu­taj. Bę­dzie miał naj­lep­szych na­uczy­cieli, wy­kształ­ce­nie w Oks­for­dzie, zna­jo­mo­ści w to­wa­rzy­stwie i moż­li­wo­ści, któ­rych ja ni­gdy nie będę w sta­nie mu za­pew­nić. Ale nie mogę po pro­stu od­dać go ko­muś, komu na­prawdę nie leży na sercu jego do­bro. Dla­tego bez względu na to, jak wielką nie­chęć czuję do pana i pań­skich oświad­czyn… nie za­znam spo­koju, je­śli nie zro­bię tego, co naj­lep­sze dla Au­gu­stusa.

Za­szlo­chała i wes­tchnęła.

– Więc… tak. Wyjdę za pana. Ale chcia­ła­bym, żeby wie­dział pan jedno. Ro­bię to tylko dla Au­gu­stusa. Pu­blicz­nie będę od­gry­wać rolę ko­cha­ją­cej żony, ale w rze­czy­wi­sto­ści ni­gdy nie zdo­bę­dzie pan mo­jego serca ani sza­cunku.

Roz­dział 5

Na­stęp­nego dnia…

Mo­de­sty była zła na sie­bie, że wręcz za­parło jej dech w pier­siach, gdy pa­trzyła na zbli­ża­ją­cego się Pryde’a. Jego biały ogier z tę­ten­tem mi­nął znisz­czony mur ko­ścioła, roz­rzu­ca­jąc ko­py­tami opa­dłe li­ście, a na­stęp­nie ru­szył krętą, żwi­rową ścieżką w stronę ple­ba­nii. Książę sie­dział wy­pro­sto­wany, w dło­niach pew­nie trzy­mał wo­dze, a po­tężne mię­śnie jego dłu­gich nóg na­pi­nały się pod spodniami, z ła­two­ścią pa­nu­jąc nad zwie­rzę­ciem. Wiatr mierz­wił brą­zowe włosy męż­czy­zny, ła­go­dząc su­rowe rysy twa­rzy. Po­liczki za­ru­mie­niły się od po­ran­nego chłodu, a jego ciemne oczy lśniły, gdy na nią pa­trzył. Na tle gra­fi­to­wego nieba i je­sien­nych barw w swoim in­dygo płasz­czu do jazdy kon­nej ro­bił nie­zwy­kłe wra­że­nie.

Miała ochotę po­tar­gać te ide­alne włosy, po­cią­gnąć za jego per­fek­cyjny halsz­tuk, po­gnieść ten nie­ska­zi­telny płaszcz; zro­bić co­kol­wiek, by­leby tylko znisz­czyć tę wy­po­le­ro­waną fa­sadę. Za­ci­snęła dło­nie, gdy książę zsiadł z ko­nia i przy­wią­zał go do po­bli­skiego drzewa. Czy można jed­no­cze­śnie czuć skrajną iry­ta­cję i dziwne ła­sko­ta­nie w brzu­chu? Na­wet tata wy­mru­czał coś pod no­sem, pa­trząc na zbli­ża­ją­cego się księ­cia.

Wy­soki, ele­gancki i pe­łen wdzięku, sta­nął przed nimi i ukło­nił się, do­ty­ka­jąc cy­lin­dra. Spra­wiał wra­że­nie zim­nego. Jakby pod nie­na­ganną po­wierz­chow­no­ścią nie kryło się nic poza aro­ganc­kim i bez­dusz­nym czło­wie­kiem, dba­ją­cym je­dy­nie o swój wi­ze­ru­nek. Za­pach wil­got­nej ziemi i roz­kła­da­ją­cej się ro­ślin­no­ści mie­szał się z ber­ga­mo­tową wo­nią wody ko­loń­skiej. Mo­de­sty po­czuła, że ma gę­sią skórkę.

– Wa­sza Ksią­żęca Mość – po­wie­dział po­nuro jej oj­ciec. – Pań­skie oświad­czyny były dla nas ogrom­nym za­sko­cze­niem.

Pro­po­zy­cja księ­cia wpra­wiła pa­stora w osłu­pie­nie i by­naj­mniej go nie ucie­szyła. Zgo­dził się jed­nak z Mo­de­sty, że przy­szłość dziecka musi po­zo­stać na pierw­szym miej­scu. Tak wła­śnie wy­cho­wał córkę, by po­stę­po­wała słusz­nie, bez względu na cenę, jaką bę­dzie mu­siała za to za­pła­cić.

– Bar­dzo mi przy­kro z tego po­wodu, pa­nie Fa­ir­child – od­po­wie­dział książę, uprzej­mie ki­wa­jąc głową. – Mam na­dzieję, że ro­zu­mie pan oko­licz­no­ści.

Pa­stor nie­chęt­nie przy­tak­nął. 

– Nie ma nic waż­niej­szego niż ma­leń­stwo, które stra­ciło matkę. Przy­naj­mniej wciąż ma ojca. I oczy­wi­ście Mo­de­sty.

Gdy wzrok Pryde’a spo­czął na dziew­czy­nie, po­czuła falę go­rąca. 

– W rze­czy sa­mej.

– Mo­dlę się tylko, żeby się pan opa­mię­tał i od te­raz nie po­zwa­lał, by py­cha i próż­ność prze­szka­dzały panu w po­dej­mo­wa­niu słusz­nych de­cy­zji.

– Pro­szę mi wy­ba­czyć, ja…

– Niech pan nie udaje, że nie ro­zu­mie, co mam na my­śli. Py­cha, Wa­sza Ksią­żęca Mość, jest naj­gor­szym z…

– Grze­chów głów­nych. Wiem, pa­nie Fa­ir­child. Sły­sza­łem pań­skie ka­za­nie w ze­szłą nie­dzielę. Lu­cy­fer, upa­dły anioł i tak da­lej.

Tata zmarsz­czył brwi jesz­cze bar­dziej. 

– Niech pan trak­tuje moją córkę i swo­jego synka z sza­cun­kiem i życz­li­wo­ścią, na ja­kie za­słu­gują, tylko o to pro­szę. I po­wi­nien pan przy­cho­dzić do ko­ścioła. Boję się o pana du­szę, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

Oczy Pryde’a się zwę­ziły.

– Nie zna mnie pan. Jak może pan oba­wiać się o moją du­szę?

– Cały Lon­dyn sły­szał o Sied­miu Ksią­żę­tach Grze­chu. Mo­żesz się książę uwa­żać się za nie­omyl­nego, ale nikt nie po­trze­buje po­kory bar­dziej niż pan.

Spoj­rze­nie Pryde’a po­ciem­niało.

– Do­ce­niam pań­ską tro­skę, pa­nie Fa­ir­child, w końcu bę­dziemy ro­dziną. Sam jed­nak naj­le­piej wiem, czego mi po­trzeba. A te­raz chciał­bym wy­brać się na spa­cer ze swoją przy­szłą żoną. Oczy­wi­ście może nam pan to­wa­rzy­szyć. Po­goda sprzyja prze­chadz­kom, prawda, panno Fa­ir­child? Ma pani – spoj­rzał na pro­stą wiej­ską drogę pro­wa­dzącą przez pola do za­gaj­nika – uro­kliwe lasy w oko­licy.

Wczo­raj wie­czo­rem, po tym, jak przy­jęła jego oświad­czyny, uprze­dził, że przyj­dzie dziś do niej po­roz­ma­wiać, żeby miał co po­wie­dzieć plot­ka­rzom z to­wa­rzy­stwa. Coś, co uwia­ry­godni ich na­głą mi­łość. 

– Nie chce pan naj­pierw zo­ba­czyć syna? – za­py­tała chłodno Mo­de­sty. – Wła­śnie się obu­dził. Jest te­raz z mamką.

Pryde na­wet nie drgnął, jego wzrok po­zo­stał lo­do­waty. 

– Nie, nie chciał­bym prze­szka­dzać dziecku. – Wska­zał na ścieżkę pro­wa­dzącą za ple­ba­nię. – Idziemy?

Pa­stor zmarsz­czył nie­sforne, krza­cza­ste brwi, ale ski­nął głową.

Tłu­miąc na­ra­sta­jący gniew, Mo­de­sty ru­szyła przed sie­bie obok księ­cia. Mi­nęli ogród wa­rzywny z późną ka­pu­stą i zio­łami, a po­tem drew­niany kur­nik, z któ­rego do­cho­dziło ci­che gda­ka­nie. Za nim mie­ściła się pral­nia, przy któ­rej wi­siała po­ściel. Nieco da­lej, przy żwi­ro­wej ścieżce wi­ją­cej się w kie­runku drzew, znaj­do­wał się ogro­dzony te­ren z szopą dla zwie­rząt. Ich koza, Bes­sie, stała na łące, żu­jąc kępkę trawy.

To­wa­rzy­stwo Pryde’a przy­tła­czało Mo­de­sty, ści­skało ją w piersi, przy­spie­szało bi­cie serca… Czy bę­dzie w sta­nie go po­ślu­bić, spę­dzić z nim ży­cie, skoro już te­raz wzbu­dza w niej taką od­razę?

Nie przy­szedł tu po to, by ją po­znać. Chciał je­dy­nie do­wie­dzieć się o niej wy­star­cza­jąco dużo, by móc uda­wać, że jest w niej za­ko­chany. Za­lała ją fala obrzy­dze­nia.

Tak czy ina­czej, musi się po­sta­rać. Dla Au­gu­stusa. Zresztą, może ten czło­wiek ma też ja­kieś do­bre strony. Nie­moż­liwe, żeby był zły do szpiku ko­ści. Nikt taki nie jest.

– Ślub od­bę­dzie się za trzy dni – ode­zwał się. – Już zdo­by­łem spe­cjalne po­zwo­le­nie. Po­bie­rzemy się w Ko­ściele Świę­tego Je­rzego przy Ha­no­ver Squ­are, a ślubu udzieli nam sam bi­skup Lon­dynu.

Prze­łknęła ślinę. 

– To bę­dzie duża uro­czy­stość?

– Oczy­wi­ście.

Ob­li­zała wargi. Poza ksią­żę­tami Pryde’em i Ec­ces­sem ni­gdy nie po­znała ni­kogo szla­chet­nie uro­dzo­nego. Jak ma zo­stać księżną, nie ma­jąc po­ję­cia o pro­wa­dze­niu sa­lo­nów, cho­dze­niu na bale i dys­ku­to­wa­niu o po­li­tyce na ko­la­cji z dy­plo­ma­tami?

– Ile ma pani lat, panno Fa­ir­child? – za­py­tał.

To było dość bez­po­śred­nie py­ta­nie. Za­ru­mie­niła się. 

– Dzie­więt­na­ście, Wa­sza Ksią­żęca Mość. – Zmie­rzyła go wzro­kiem. Oce­niła, że ma około trzy­dzie­stu lat. W tym wieku po­wi­nien chyba wie­dzieć, że nie na­leży się wda­wać w prze­lotne ro­manse i pa­trzeć z góry na lu­dzi niż­szego stanu. – A pan?

– Trzy­dzie­ści – od­po­wie­dział. – Pro­szę mi po­wie­dzieć, jaki jest pani ulu­biony kwiat.

– Mój ulu­biony kwiat?

– Tak. Chciał­bym, żeby wła­śnie nimi ude­ko­ro­wano ko­ściół.

– Yyy… – Nie prze­pa­dała za kwia­tami. Była za­jęta o wiele bar­dziej prak­tycz­nymi spra­wami. – Po­lne kwiaty, jak są­dzę, je wi­duję naj­czę­ściej.

– Do­brze. Bar­dzo swoj­sko. Ja­kie po­siada pani umie­jęt­no­ści?

Znów po­czuła, że się ru­mieni. Nie po­tra­fiła za­ba­wiać to­wa­rzy­stwa, śpie­wać ani grać na in­stru­men­cie. Ko­lejny po­wód, dla któ­rego nie nada­wała się do roli księż­nej.

– Oba­wiam się, że po­ma­ga­jąc ojcu w pa­ra­fii, mia­łam nie­wiele czasu na roz­wi­ja­nie ja­kich­kol­wiek umie­jęt­no­ści. Po­tra­fię jed­nak ugo­to­wać wy­śmie­nity gu­lasz, upiec chleb, cy­to­wać Bi­blię i opo­wie­dzieć wszystko o Im­pe­rium Rzym­skim na te­re­nie Bry­ta­nii.

Zmarsz­czył brwi. 

– O Im­pe­rium Rzym­skim w Bry­ta­nii?

– Tak. Lu­bię książki hi­sto­ryczne. Pan Geo­rge Loc­khart, mój przy­ja­ciel, za­brał mnie kie­dyś na wy­ko­pa­li­ska ar­che­olo­giczne. Od tam­tej pory in­te­re­sują mnie sta­ro­żytne cy­wi­li­za­cje. Za­le­d­wie trzy mile stąd od­kry­łam ru­iny. Stra­ci­łam po­czu­cie czasu… A kiedy było już za późno, ja…

Kiedy Mo­de­sty w końcu wró­ciła tam­tego dnia do domu, za­nie­po­ko­jona nie­obec­no­ścią Ophe­lii w miej­scu spo­tka­nia i wy­rzu­ca­jąc so­bie roz­tar­gnie­nie, za­stała ją w strasz­li­wej go­rączce.

– Rzym­skie ru­iny? – za­py­tał z au­ten­tycz­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

Zer­k­nęła na jego pro­fil i choć jego twarz po­zo­stała obo­jętna, w brą­zo­wych oczach do­strze­gła błysk cie­ka­wo­ści.

– Tak. Pod mo­zai­ko­wymi po­sadz­kami od­kry­li­śmy hy­po­cau­stum, a ja zna­la­złam kilka fa­scy­nu­ją­cych ar­te­fak­tów, w tym coś, co wy­gląda na mały pik­tyj­ski ka­mień.

– Pik­tyj­ski ka­mień tak da­leko na po­łu­dniu? Nie wie­dzia­łem, że ist­nieją ja­kie­kol­wiek do­wody na to, że Pik­to­wie do­tarli na te te­reny. Mój oj­ciec ko­lek­cjo­no­wał rzym­skie ar­te­fakty, a ja odzie­dzi­czy­łem po nim tę pa­sję. Sam mam kilka eks­po­na­tów, w tym ko­lek­cję rzym­skich mo­net z cza­sów Ha­driana i dość nie­zwy­kłe lu­stro z brązu.

Za­fa­scy­no­wana, po­czuła, jak serce za­czyna jej szyb­ciej bić.

– Ma pan je u sie­bie w domu?

– Mię­dzy in­nymi.

Wy­pu­ściła po­wie­trze, czu­jąc przy­pływ eks­cy­ta­cji. Nie chciała so­bie jed­nak ro­bić złud­nych na­dziei. Jego za­in­te­re­so­wa­nie sta­ro­żyt­no­ścią i hi­sto­rią zna­czyło tylko, że jest czło­wie­kiem wy­kształ­co­nym, czego wy­maga się od osób o jego po­zy­cji.

– Czy to okres, który naj­bar­dziej pa­nią in­te­re­suje? – za­py­tał, ści­sza­jąc głos.

– Tak, fa­scy­nuje mnie hi­sto­ria sta­ro­żytna – po­wie­działa. – Szcze­gól­nie wieki ciemne. Rzym­skie kro­niki opi­sy­wały Pik­tów. Wi­dzia­łam też ry­sunki ich ka­mien­nych gła­zów w Iti­ne­ra­rium sep­ten­trio­nale pana Gor­dona. Naj­bar­dziej in­try­guje mnie nie­zwy­kła struk­tura spo­łeczna tego ludu. Kró­lów wy­bie­rano z li­nii żeń­skiej, co było nie­spo­ty­kane w in­nych spo­łe­czeń­stwach tam­tych cza­sów. Oso­bi­ście mam teo­rię, że sym­bole lu­stra i grze­bieni wy­ryte na ich ka­mie­niach su­ge­rują, że ko­biety cie­szyły się wy­soką po­zy­cją w spo­łecz­no­ści.

Zmarsz­czył brwi, a ona za­sta­na­wiała się, czy za­mie­rza sprze­ci­wić się jej su­ge­stii, że ko­biety mo­głyby kie­dy­kol­wiek od­gry­wać tak istotną rolę. Nie by­łaby za­sko­czona.

On jed­nak za­py­tał: 

– Czy była pani kie­dyś w Szko­cji?

– Ni­gdy.

Tak bar­dzo pra­gnęła tam po­je­chać. Wi­działa za­chwy­ca­jące ry­sunki i ob­razy szkoc­kich kra­jo­bra­zów, ruin i skał. Ro­dzina jej mamy po­cho­dziła ze Szko­cji, dla­tego Mo­de­sty chciała wie­dzieć wię­cej o tym, jak żyli i pra­co­wali jej przod­ko­wie. Jej oj­ciec nie po­chwa­lał tych za­in­te­re­so­wań, ale ona za­wsze ma­rzyła, że pew­nego dnia do­łą­czy do eks­pe­dy­cji ar­che­olo­gicz­nej i bę­dzie jedną z pierw­szych osób, które od­kryją ta­jem­nice prze­szło­ści.

Pra­gnęła się do­wie­dzieć, czy jej teo­ria o ko­bie­tach Pik­tów jest słuszna.

– Dla­czego tam pani nie po­je­chała? – za­py­tał.

– Ze względu na obo­wiązki, oczy­wi­ście – za­chi­cho­tała. – Wo­bec mo­jego ojca i jego pa­ra­fii. Po­ma­gam też w przy­tułku dla ko­biet panny Loc­khart.

Ski­nął głową i spoj­rzał w dal, jakby za­pa­mię­ty­wał każde jej słowo.

– Tego wła­śnie się spo­dzie­wa­łem. Pro­szę po­słu­chać, panno Fa­ir­child, mam na­dzieję, że ro­zu­mie pani, że może pani czy­tać książki hi­sto­ryczne. Bóg mi świad­kiem, mam ich całą bi­blio­tekę. Może pani or­ga­ni­zo­wać ak­cje cha­ry­ta­tywne w May­fair. Ale bru­dze­nie so­bie rąk zie­mią, a zwłasz­cza po­wroty do Whi­te­cha­pel, na­wet do przy­tułku dla ko­biet, nie przy­stoją księż­nej.

– Och, do­prawdy? – Jej słowa za­brzmiały słodko jak miód, ale kostki bo­lały ją od za­ci­ska­nia dłoni.

– Oba­wiam się, że tak.

Po­dą­ża­jąc ścieżką obok pa­doku, Mo­de­sty do­strze­gła kilka póź­nych mle­czy ro­sną­cych na skraju. Po­chy­liła się, żeby ze­rwać parę li­ści.

– Wy­ba­czy mi pan na chwilę? – Nie cze­ka­jąc na jego od­po­wiedź, po­de­szła do płotu, gdzie stała Bes­sie, ob­ser­wu­jąc ich z ty­pową dla sie­bie cie­ka­wo­ścią.

Ko­bieta po­dała ko­zie li­ście przez drew­niane li­stewki. Wargi Bes­sie po­ła­sko­tały jej dłoń, gdy zwie­rzę de­li­kat­nie przy­jęło sma­ko­łyk.

Książę sta­nął obok. 

– Jak wspo­mnia­łem, panno Fa­ir­child, księżna musi prze­strze­gać pew­nych za­sad…

Urwał z okrzy­kiem nie­ty­po­wym dla dum­nego ary­sto­kraty. Bes­sie, naj­wy­raź­niej uzna­jąc ro­ślinną prze­ką­skę za zbyt skromną, wy­su­nęła pysz­czek przez szpary i zła­pała war­gami ele­gancki płaszcz księ­cia.

– Bes­sie! – za­wo­łała Mo­de­sty, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc śmiech. – Pro­szę jej wy­ba­czyć, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Ma do­sko­nały gust w kwe­stii tka­nin.

Con­stan­tine pró­bo­wał uwol­nić się od kozy, za­cho­wu­jąc przy tym resztki god­no­ści. Za­da­nie oka­zało się nie­wy­ko­nalne. Koza, roz­ko­szu­jąc się za­bawą, za­ci­snęła szczękę jesz­cze moc­niej i szarp­nęła. Mo­de­sty przez chwilę z sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wała jego zma­ga­nia.

– Czy zwy­kle tak wła­śnie wy­glą­dają pani prze­chadzki? – mruk­nął, uska­ku­jąc w bok.

– O tak – od­po­wie­działa ra­do­śnie Mo­de­sty i prze­chy­liła się przez płot, by od­wró­cić uwagę kozy, dra­piąc ją u na­sady ro­gów.

Bes­sie, wy­raź­nie uszczę­śli­wiona i nie­zmier­nie za­do­wo­lona z sie­bie, w końcu pu­ściła ksią­żęcy płaszcz.

– Cho­ciaż za­zwy­czaj cho­dzi jej o rzepę, a nie o wełnę od naj­lep­szych lon­dyń­skich kraw­ców.

Ru­szyli da­lej. Książę wy­glą­dał te­raz nieco mniej ele­gancko. Dziew­czyna za­sta­na­wiała się, czy za­czął ża­ło­wać swo­jej po­chop­nej pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa. 

– Zo­baczmy – ode­zwał się – jak wiele bę­dzie się pani mu­siała na­uczyć. Gra pani na ja­kimś in­stru­men­cie? Śpiewa? Ma­luje akwa­re­lami?

Wy­glą­dało na to, że za­mie­rza uda­wać, że in­cy­dent z kozą się nie wy­da­rzył, choć za­uwa­żyła, że dys­kret­nie czy­ści so­bie płaszcz. Roz­cią­gnęła usta w sze­ro­kim uśmie­chu, jed­nak jej oczy nie wy­ra­żały we­so­ło­ści.

– Po­tra­fię gwiz­dać we­sołą me­lo­dię i ma­lo­wać akwa­rele, które za­do­wolą każ­dego ma­lu­cha. Wy­star­czy?

Mię­śnie jego szczęki drgnęły. 

– W ilu ba­lach brała pani udział? Małe wiej­skie bale też się li­czą.

Czuła, jak płoną jej po­liczki. Po­winna po pro­stu szcze­rze od­po­wie­dzieć. Zwy­kle nie po­zwa­lała so­bie na sar­kazm, za­wsze sta­rała się być miła i skromna, zgod­nie ze zna­cze­niem swo­jego imie­nia, ale książę spra­wiał, że miała ochotę so­bie z niego za­drwić.