Książę Przesytu - Mariah Stone - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Książę Przesytu ebook i audiobook

Mariah Stone

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

173 osoby interesują się tą książką

Opis

Spoliczkowała go na ulicy. Teraz jest guwernantką w jego domu.

Tamtej nocy Temperance uciekała przez Londyn, ratując własne życie. Nie spodziewała się nikogo spotkać, a już na pewno nie lekkomyślnego księcia na koniu, który miał czelność ją pocałować, zanim zdążyła poznać jego imię. Nie omieszkała powiedzieć mu, co o tym sądzi. A potem uciekła.

Dwadzieścia siedem dni. Tyle musi pozostać w ukryciu. W Boże Narodzenie skończy dwadzieścia jeden lat, przejmie należny jej spadek i raz na zawsze uwolni się spod władzy macochy. Posada guwernantki trójki niesfornych podopiecznych pewnego księcia wydaje się idealnym rozwiązaniem.

Dopóki Temperance nie rozpoznaje mężczyzny, którego zdążyła już obrazić. Dwukrotnie.

Octavius Everard, książę Eccess, wie, że jego nowa guwernantka coś ukrywa. Sam ma tylko jedną zasadę dotyczącą guwernantek i łamie ją szybciej, niż zdąży nalać sobie drinka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 470

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 55 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia Bełcik

Oceny
4,0 (2 oceny)
0
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Smu­kła ko­bieta w po­ma­rań­czo­wej sukni trzyma w ręku tru­skawkę z bitą śmie­taną.
Ma­riah Stone; Książę Prze­sytu; Siedmu Ksią­żąt Grze­chu. Tom 4; Gyl­den­dal Astra; 2026

Fragment

Ty­tuł ory­gi­nału: Duke of Ec­cess

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Jo­anna Bar­bara Ber­nat

Co­py­ri­ght © Ma­riah Stone, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Qam­ber De­si­gns and Me­dia. Co­py­ri­ght © Stone Pu­bli­shing.

Ad­ap­ta­cja okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Ma­ria Za­jąc

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8153-190-9

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.fi

Epi­graf

Mą­dry, gdy pije, po­wi­nien się upić.

Upi­ciem chwilę są naj­słod­sze z młodu;

W mi­ło­ści, sła­wie, zło­cie, wi­nie sku­pić

Można na­dzieje lu­dzi i na­rodu…

Geo­rge Gor­don By­ron, Don Juan*

Niech to­ast wzniosą oczy twe,

a ja ci od­po­wiem oczyma;

lub zo­staw po­ca­łu­nek w szkle,

a ja nie będę szu­kać wina.

Ben Jon­son, To Ce­lia**

* Geo­rge Gor­don By­ron, Don Juan, tłum. Edward Po­rę­bo­wicz, War­szawa 1885, s. 136. Tekst do­stępny on­line w ser­wi­sie Po­lona: https://po­lona.pl/pre­view/9f93d676-9763-4fbd-a819-101f6f8026c0 [do­stęp: 10.07.2026].** tłum. wła­sne.

Credo Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu

Po czwarte:

Dama, do któ­rej ro­ści so­bie prawa je­den z nas, jest za­ka­zana dla po­zo­sta­łych.

Roz­dział 1

Lon­dyn, 20 li­sto­pada 1814 roku

Coś było nie tak. Lady Aga­tha Tem­pe­rance Hale wy­czuła to w chwili, gdy otwo­rzyła drzwi sa­lo­niku.

W nie­wiel­kim holu stał nie­zna­jomy. Był młody i ni­ski. Trzy­mał w rę­kach cy­lin­der, jakby cze­kał tu już od dłuż­szej chwili. Jego bla­do­ró­żowa cera, dwa wy­sta­jące przed­nie zęby i ner­wowy spo­sób, w jaki roz­glą­dał się na boki, spra­wiały, że przy­po­mi­nał szczura.

– Pro­szę wy­ba­czyć… – Skło­nił się na jej wi­dok. – Wy­gląda pani blado. Czy do­brze się pani czuje, panno…?

W ten uprzejmy spo­sób za­py­tał, jak się na­zywa, a strach prze­szył ją ni­czym ostrze. Tem­pe­rance wy­szła z sa­lo­niku do holu i skie­ro­wała się ku scho­dom.

– Flet­cher.

Mimo sza­leń­czo bi­ją­cego serca zmu­siła się do za­cho­wa­nia spo­koju. Świat znał ją jako lady Aga­thę Hale – tak ją przed­sta­wiano pod­czas przy­jęć kar­cia­nych i tak się do niej zwra­cano na ba­lach. Tylko papa znał dru­gie imię, które mama nadała jej na łożu śmierci… Tem­pe­rance, co zna­czy „umiar­ko­wa­nie” lub „wstrze­mięź­li­wość.” Tylko papa tak ją na­zy­wał, a po­nie­waż ko­chała go nad ży­cie, uwa­żała to za swoje praw­dziwe imię. Imię, któ­rego nie po­winna zdra­dzać.

Na­zwi­sko Flet­cher brzmiało obco na jej ję­zyku, lecz ten szczu­rzy nie­zna­jomy nie za­słu­gi­wał ani na po­zna­nie jej imie­nia, ani na choćby naj­mniej­szą wska­zówkę do­ty­czącą jej praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści. Zwłasz­cza że agenci jej ma­co­chy mo­gli wciąż po­szu­ki­wać rze­komo Sza­lo­nej Dzie­dziczki, by wy­dać ją za okrut­nego lorda Bar­tho­lo­mewa Lang­stona – albo za­mknąć w za­kła­dzie dla obłą­ka­nych.

Męż­czy­zna naj­wy­raź­niej ocze­ki­wał ja­kie­goś wy­ja­śnie­nia, więc Tem­pe­rance do­dała:

– Je­stem nową to­wa­rzyszką pani Bar­ton.

Nie­zna­jomy po­now­nie się skło­nił.

– Ed­mund Sto­kes, do usług, pani. Je­stem kan­ce­li­stą syna pani Bar­ton. Pan Bar­ton po­pro­sił mnie, abym ode­brał do­ku­menty, które tu wczo­raj zo­sta­wił.

Tem­pe­rance uśmiech­nęła się sztywno. Czy wi­dział jej strach?

– Oczy­wi­ście. – Choć w jej gło­sie po­brzmie­wała uprzej­mość, cof­nęła się o jesz­cze je­den krok.

Małe oczka pana Sto­kesa omio­tły ją uważ­nie od stóp do głów.

– Pan Bar­ton ni­gdy o pani nie wspo­mi­nał.

Wszyst­kie in­stynkty krzy­czały, że grozi jej nie­bez­pie­czeń­stwo. Pan Sto­kes in­te­re­so­wał się nią zde­cy­do­wa­nie bar­dziej, niż wy­pa­dało ob­cemu męż­czyź­nie.

– Do­łą­czy­łam do pani Bar­ton do­piero w ze­szłym ty­go­dniu.

Tem­pe­rance cof­nęła się jesz­cze bli­żej scho­dów. Kostką wy­czuła pierw­szy sto­pień, nie za­mie­rza­jąc ani na chwilę od­wra­cać się do męż­czy­zny ple­cami. Kiedy zro­bił krok w jej stronę, serce omal nie wy­sko­czyło jej z piersi.

– Oba­wiam się, że nie czuję się naj­le­piej i mu­szę się po­ło­żyć – wy­mam­ro­tała.

– Oczy­wi­ście. Mam na­dzieję, że wkrótce się pani po­prawi.

Tem­pe­rance ski­nęła głową, od­wró­ciła się i ru­szyła po scho­dach tak spo­koj­nie, jak tylko po­tra­fiła. Do­piero gdy do­tarła na pół­pię­tro, obej­rzała się przez ra­mię. Pan Sto­kes na­dal ją ob­ser­wo­wał. Miał lekko prze­chy­loną głowę, a jego oczy zwę­ziły się w dwie wą­skie szparki. Kiedy po­spiesz­nie zmie­rzała do swo­jej sy­pialni, po­czuła to ca­łym swym je­ste­stwem: jej kry­jówka wła­śnie prze­stała być bez­pieczna.

Do końca dnia trwała przy oknie wy­cho­dzą­cym na ulicę. Pani Bar­ton za­pew­niała ją, że panu Sto­ke­sowi można ufać, po­nie­waż od dwóch lat pra­cuje w kan­ce­la­rii jej syna. Mimo to Tem­pe­rance wciąż była na­pięta jak struna. Jej ma­co­cha nie cof­nie się przed ni­czym, by prze­jąć spa­dek. Torba przy­go­to­wana na ucieczkę – z za­pa­sem ubrań, do­dat­kową parą bu­tów, cie­płą chu­stą, kil­koma mo­ne­tami oraz ka­wał­kiem chleba i sera – le­żała na łóżku. Tuż obok spo­czy­wała jej pe­lisa.

Sie­dząc na pa­ra­pe­cie, ob­ser­wo­wała nie­liczne po­wozy prze­jeż­dża­jące ulicą i prze­chod­niów spo­ra­dycz­nie prze­mie­rza­ją­cych tę skromną część mia­sta. Wkrótce po­po­łu­dnie ustą­piło miej­sca zmro­kowi, a prze­suwne okna ce­gla­nych do­mów przy Che­ap­side roz­bły­sły cie­płym świa­tłem.

Tego roku ostat­nia nie­dziela przed ad­wen­tem przy­pa­dała wy­jąt­kowo wcze­śnie. Była to już druga taka nie­dziela od śmierci jej papy, któ­rego pół­tora roku wcze­śniej za­brał udar. Tego dnia każda ro­dzina zbie­rała się ra­zem, by wy­mie­szać cia­sto na bo­żo­na­ro­dze­niowy pud­ding i wy­po­wie­dzieć ży­cze­nia na nad­cho­dzący rok. Papa za­wsze od­da­wał jej pierw­szeń­stwo przy mie­sza­niu. Za­my­kała wtedy oczy i ży­czyła so­bie no­wych ksią­żek, wię­cej czasu w jego la­bo­ra­to­rium oraz tego, by oj­ciec przez ko­lejny rok po­zo­stał zdrów.

Smu­tek prze­szył jej pierś ni­czym nóż. Osiem­na­ście mie­sięcy temu trzy­mała go za rękę, gdy jego pełne mi­ło­ści szare oczy spo­częły na niej po raz ostatni. Ból ni­gdy na­prawdę jej nie opu­ścił.

Tę­sk­niła za papą. Tę­sk­niła za świą­tecz­nymi przy­go­to­wa­niami w Au­ster Co­urt, które wła­śnie o tej po­rze za­czy­nał or­ga­ni­zo­wać. Tę­sk­niła za apa­ra­turą do swo­ich eks­pe­ry­men­tów z elek­trycz­no­ścią. Tę­sk­niła za swoją po­ko­jówką Mil­lie.

Tem­pe­rance ode­tchnęła z drże­niem, a na szy­bie osia­dła de­li­katna mgiełka. Wkrótce wróci do domu. Wróci do swo­ich do­świad­czeń, do Mil­lie, do wszyst­kiego, co przy­po­mi­nało jej uko­cha­nego ojca. Mu­siała się ukry­wać jesz­cze tylko do Bo­żego Na­ro­dze­nia, kiedy skoń­czy dwa­dzie­ścia je­den lat. Wów­czas ma­co­cha prze­sta­nie być jej prawną opie­kunką. Tem­pe­rance pod­pi­sze akt w kan­ce­la­rii pana Bar­tona i wej­dzie w po­sia­da­nie spadku po­zo­sta­wio­nego jej przez papę.

Ni­gdy wię­cej chłod­nego głosu lady Au­ster oznaj­mia­ją­cej, że jest „nie­zdolna do funk­cjo­no­wa­nia w to­wa­rzy­stwie”, twier­dzą­cej, że cierpi na „nie­zdrową fa­scy­na­cję elek­trycz­no­ścią” i „hi­ste­rię wy­wo­łaną nad­mierną lek­turą”. Ni­gdy wię­cej kłó­dek na drzwiach la­bo­ra­to­rium. Ni­gdy wię­cej lo­do­wa­tych dłoni Bar­tho­lo­mewa, lorda Lang­stona, za­ci­ska­ją­cych się na jej nad­garst­kach. Ni­gdy wię­cej szep­ta­nych gróźb o tym, na co mę­żom wolno so­bie po­zwa­lać wo­bec żon.

Wy­cią­gnęła z tego na­ukę. Przede wszyst­kim pra­gnęła nie­za­leż­no­ści i wol­no­ści. Ni­gdy nie wyj­dzie za mąż – ani za Lang­stona, ani za ko­go­kol­wiek in­nego.

Przy­szłość bę­dzie na­le­żeć wy­łącz­nie do niej.

Ko­la­cja upły­nęła spo­koj­nie i bez roz­mów. Pani Bar­ton już spała, gdy Tem­pe­rance wró­ciła na swoje miej­sce przy oknie. Wtedy zo­ba­czyła trzech męż­czyzn prze­cho­dzą­cych przez ulicę i kie­ru­ją­cych się w stronę domu pani Bar­ton. Żo­łą­dek ści­snął jej się ze stra­chu. To nie wró­żyło nic do­brego.

Tem­pe­rance wy­bie­gła na ko­ry­tarz, by pod­słu­chać, kim są przy­by­sze. Stam­tąd mo­gła spoj­rzeć w dół scho­dów, do holu, gdzie go­spo­dyni wła­śnie otwo­rzyła fron­towe drzwi.

– Czy lady Aga­tha Hale jest w domu? – za­py­tał je­den z trzech męż­czyzn. – Na­zy­wam się Finch.

Pan Finch był ni­skiego wzro­stu, a jego okrą­gła, nie­mal mat­czyna twarz spra­wiała za­ska­ku­jąco życz­liwe wra­że­nie. Dwu­rzę­dowy brą­zowy płaszcz z wełny opi­nał jego po­kaźny brzuch i sze­roką pierś. Trudno było oba­wiać się ko­goś o tak do­bro­dusz­nym wy­glą­dzie.

– Po­szu­kuję lady Aga­thy w imie­niu jej uko­cha­nej ma­co­chy – cią­gnął pan Finch. – Hra­biny Au­ster. Stan umy­słu jej pa­sier­bicy bu­dzi nie­po­kój za­równo u niej, jak i u jej le­ka­rza.

Tem­pe­rance po­czuła, jak jej serce za­miera.

Nikt nie wie­dział, że tu prze­bywa – poza pa­nem Bar­to­nem, jego matką i służbą. Pan Bar­ton był wier­nym radcą praw­nym jej ojca i chciał ją chro­nić. Co do tego nie miała naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Przez dwa ty­go­dnie, które spę­dziła w domu pani Bar­ton, nie po­ja­wił się tu ża­den gość. Nikt jej nie wi­dział, poza służbą… i pa­nem Sto­ke­sem wcze­śniej tego dnia.

Być może ni­gdy nie miała się prze­ko­nać, czy jej prze­czu­cie wzglę­dem pana Sto­kesa było trafne. Z pew­no­ścią jed­nak słusz­nie się nie­po­ko­iła. Ktoś przy­był tu­taj i szu­kał jej, uży­wa­jąc jej praw­dzi­wego na­zwi­ska…

Ist­niało tylko jedno wy­ja­śnie­nie.

Od­na­leźli ją. Przy­je­chali, by od­dać ją w ręce hra­biny Au­ster i Bar­tho­lo­mewa, zmu­sić do mał­żeń­stwa z nim, aby prze­jąć kon­trolę nad jej ma­jąt­kiem… A po­tem Bóg je­den ra­czy wie­dzieć, ile jesz­cze si­nia­ków po­kryje jej ciało.

A je­śli na­dal bę­dzie od­ma­wiać, za­mkną ją w Be­th­lem Royal Ho­spi­tal, zwa­nym Be­dlam.

W za­kła­dzie dla obłą­ka­nych.

Wszystko dla spadku war­tego trzy­dzie­ści ty­sięcy fun­tów.

Żo­łą­dek Tem­pe­rance ści­snął się bo­le­śnie. To był ko­niec.

Była w pu­łapce.

– Och, ja… ja… oba­wiam się, że za­szła po­myłka – wy­ją­kała go­spo­dyni. – Nie ma tu żad­nej ta­kiej damy. Do­bra­noc.

Pró­bo­wała za­mknąć drzwi, lecz za­nim zdą­żyła to zro­bić, wzrok pana Fin­cha po­wę­dro­wał ku scho­dom i na­po­tkał spoj­rze­nie Tem­pe­rance.

W tej sa­mej chwili z jego twa­rzy znik­nęła uprzejma, ser­deczna ma­ska, od­sła­nia­jąc praw­dzi­wego łowcę. Prze­ni­kliwe brą­zowe oczy. Zimne. In­te­li­gentne. Oczy psa tro­pią­cego.

Tem­pe­rance cof­nęła się chwiej­nie o krok.

Gdy go­spo­dyni usi­ło­wała za­trza­snąć drzwi, pan Finch pchnął skrzy­dło z taką siłą, że przy­gniótł ko­bietę do ściany. Za­dzi­wia­jąco szybki jak na swój ni­ski wzrost, już po chwili pę­dził po scho­dach, a jego dwaj to­wa­rzy­sze po­dą­żali tuż za nim.

Nie!

Tem­pe­rance rzu­ciła się bie­giem ko­ry­ta­rzem do swo­jej sy­pialni, po­rwała torbę przy­go­to­waną na ucieczkę i pe­lisę, po czym po­pę­dziła ku scho­dom dla służby. Le­d­wie czuła pod­łogę pod sto­pami. Le­d­wie sły­szała wła­sny ury­wany od­dech i tu­pot bu­tów trzech ści­ga­ją­cych ją męż­czyzn.

– Ko­niec ucieczki, lady Aga­tho!

Tem­pe­rance otwo­rzyła drzwi i rzu­ciła się w dół wą­skich ka­mien­nych scho­dów, z płu­cami ści­śnię­tymi pa­niką.

Od­dy­chaj. Po pro­stu od­dy­chaj. Od­dy­chaj… i bie­gnij.

Usi­ło­wała nie po­tknąć się na ko­lej­nym stop­niu, gdy ma­te­riał sukni plą­tał się wo­kół jej ko­stek. Nie­zgrab­nie na­rzu­cała na sie­bie pe­lisę. Do­piero wtedy miała wolne ręce, by unieść prze­klęte spód­nice. Jej prze­śla­dowcy byli szybsi, sil­niejsi i nie mu­sieli wal­czyć z war­stwami dam­skiego stroju. Tem­pe­rance pod­cią­gnęła spód­nice tak wy­soko, jak tylko się od­wa­żyła, i po­pę­dziła w dół scho­dów ile sił w no­gach.

– Lady Aga­tho! – do­bie­gło ją wo­ła­nie pana Fin­cha. – Pro­szę się za­trzy­mać!

Ani my­ślała.

Prze­mknęła ko­ry­ta­rzem służby i mi­nęła kuch­nię, gdzie ku­charka i po­my­waczka krzyk­nęły ze zdu­mie­nia. Na końcu przej­ścia szarp­nęła drzwi, wy­bie­gła na tylne po­dwó­rze, prze­mknęła przez furtkę i po­gnała ulicą w ciem­ność li­sto­pa­do­wej nocy.

Byli tuż za nią, lecz wciąż miała nie­wielką prze­wagę.

Na końcu ulicy obej­rzała się przez ra­mię. Trzy ma­sywne syl­wetki wy­pa­dły przez furtkę. Za­lała ją fala pa­nicz­nego stra­chu. Przy­spie­szyła. Skrę­ca­jąc za róg, omal nie po­śli­zgnęła się na ob­lo­dzo­nych ko­cich łbach, lecz roz­pacz­li­wym wy­sił­kiem od­zy­skała rów­no­wagę. Bie­gła da­lej. Płuca pa­liły ją ży­wym ogniem przy każ­dym łap­czy­wym od­de­chu, a w uszach dud­nił je­dy­nie sza­leń­czy rytm jej wła­snego serca.

Ulice mi­gały jej przed oczami, a za­bu­dowa zmie­niała się z każ­dym ko­lej­nym za­krę­tem, gdy pę­dziła przez Che­ap­side. Skromne fa­sady ustę­po­wały miej­sca bar­dziej ozdob­nym gzym­som i de­ko­ra­cjom. W oknach pa­liły się świa­tła, a za nimi za­pewne sie­działy szczę­śliwe ro­dziny. Ro­dziny ta­kie jak ta, którą utra­ciła.

Tem­pe­rance prze­bie­gała przez ko­lejne ulice, skrę­ca­jąc to w lewo, to w prawo, a po­tem znów w lewo przy każ­dym moż­li­wym rogu. Mu­siała zo­sta­wić pana Fin­cha i jego lu­dzi jak naj­da­lej za sobą, choć pierś bo­lała ją przy każ­dym od­de­chu, a nogi bła­gały o od­po­czy­nek.

Na szczę­ście o tak póź­nej po­rze i przy tak prze­ni­kli­wym chło­dzie ulice były nie­mal pu­ste. Mi­nęła je­dy­nie je­den po­wóz, któ­rego pa­sa­że­ro­wie pa­trzyli na nią z sze­roko otwar­tymi oczami. Spo­ra­dyczne świa­tło pa­da­jące z okien po­ma­gało jej od­na­leźć drogę, lecz poza tym pa­no­wały ta­kie ciem­no­ści, że czę­sto mu­siała zga­dy­wać, do­kąd bie­gnie.

Raz po raz oglą­dała się przez ra­mię, prze­ko­nana, że wi­dzi męż­czyzn wy­ła­nia­ją­cych się zza ko­lej­nych ro­gów, i zmu­szała wy­czer­pane ciało do dal­szego wy­siłku. Spód­nice i torba ją spo­wal­niały, po­liczki pło­nęły, gar­dło pie­kło od lo­do­wa­tego po­wie­trza, nogi od­ma­wiały po­słu­szeń­stwa – a mimo to brnęła na­przód.

Kiedy po dłu­giej, zda­ją­cej się nie mieć końca ucieczce wresz­cie się za­trzy­mała i obej­rzała się za sie­bie...

Nie było ich wi­dać.

Mimo to nie od­wa­żyła się uznać, że udało jej się ich zgu­bić.

Gdy od­zy­skała choć odro­binę ja­sno­ści umy­słu, ro­zej­rzała się wo­kół. Po obu stro­nach ulicy cią­gnęły się na­gie szkie­lety sze­re­go­wych do­mów w bu­do­wie. Wszę­dzie le­żały przy­kryte śnie­giem sterty ce­gieł i ziemi, de­ski oraz ka­mie­nie.

Gdzie ona wła­ści­wie była? Z pew­no­ścią nie w dziel­nicy, w któ­rej po­winna się zna­leźć córka hra­biego.

Zdła­wiw­szy na­ra­sta­jącą pa­nikę, szła da­lej. Co­raz czę­ściej śli­zgała się na bło­cie i lo­dzie, bo zmę­cze­nie cią­żyło jej w każ­dym mię­śniu. Była spra­gniona i spo­cona, choć lo­do­waty wiatr bez­li­to­śnie ci­skał jej w twarz płat­kami śniegu.

Do­tarła do końca dłu­giej ulicy peł­nej nie­do­koń­czo­nych do­mów. Nie mo­gła wie­dzieć, co czeka za ro­giem.

Świat eks­plo­do­wał.

W niebo wy­strze­liły roz­bły­ski zło­tego, błę­kit­nego, ró­żo­wego i po­ma­rań­czo­wego świa­tła, prze­ci­na­jąc po­wie­trze i wpa­da­jąc przez po­zba­wione szyb okna, pu­ste fra­mugi drzwi oraz nie­ukoń­czone ce­glane fa­sady no­wych bu­dyn­ków.

Tem­pe­rance za­chwiała się i omal nie upa­dła na ko­lana. Fa­jer­werki?

Tę­tent ga­lo­pu­ją­cych ko­pyt. Krzyki męż­czyzn. Tak wła­śnie wy­obra­żała so­bie wojnę.

Co tu się, na Boga, działo?

Od­zy­skała rów­no­wagę i znie­ru­cho­miała. Od­dech ugrzązł jej w gar­dle, gdy go­rącz­kowo prze­no­siła wzrok mię­dzy ciem­nymi za­ka­mar­kami, w któ­rych mo­gli się kryć jej prze­śla­dowcy, a eks­plo­zjami świa­tła roz­świe­tla­ją­cymi noc wo­kół niej. Co było groź­niej­sze – męż­czyźni ści­ga­jący ją uli­cami Lon­dynu czy na­głe roz­bły­ski fa­jer­wer­ków wy­bu­cha­ją­cych w ciem­no­ści?

Z kłę­bów dymu i ognia wy­rwał się ga­lo­pem ogromny koń. Jeź­dziec po­chy­lał się ni­sko nad jego kasz­ta­no­wym grzbie­tem, a poły płasz­cza po­wie­wały za nim ni­czym skrzy­dła. W jed­nej dłoni trzy­mał rzym­ską świecę, z któ­rej try­skały złote iskry. Twarz skry­wał ka­pe­lusz jeź­dziecki, a cie­nie cał­ko­wi­cie po­chła­niały jego rysy.

Tem­pe­rance po­winna była ucie­kać. Ale nie miała już sił. Jej ciało zdrę­twiało, a stopy zda­wały się przy­ro­śnięte do ziemi.

Za­raz umrze.

W ostat­niej chwili męż­czy­zna szarp­nął wo­dze, a ogromny wa­łach sta­nął dęba. Jeź­dziec utrzy­mał się jed­nak w sio­dle. Obok nich prze­mknęło na ko­niach pię­ciu męż­czyzn, je­den za dru­gim. Każdy trzy­mał wła­sny fa­jer­werk i wy­krzy­ki­wał coś gło­śno, nie­mal dziko. Te­raz wielki koń wy­da­wał się bar­dziej prze­ra­żony niż wcze­śniej. Po­now­nie wspiął się na tylne nogi, wy­trzesz­cza­jąc oczy, a jego tylne nogi roz­je­chały się na lo­dzie. Ru­nął na bok, przy­gnia­ta­jąc jeźdźca.

I na­gle wszystko uci­chło.

Przez chwilę Tem­pe­rance nie mo­gła po­ru­szyć na­wet pal­cem. Jej ciało było jak wy­kuta z lodu rzeźba. Ja­kimś cu­dem nie zgi­nęła.

Ale jeź­dziec i kasz­ta­no­waty koń mo­gli nie mieć tyle szczę­ścia.

Nogi zwie­rzę­cia le­żały pod dziw­nym ką­tem, a jego głowa gwał­tow­nie się uno­siła. Białka oczu były wy­raź­nie wi­doczne, noz­drza sze­roko roz­warte, a wo­kół wę­dzi­dła po­ja­wiła się piana. Wa­łach pry­chał gwał­tow­nie, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie ury­wane, roz­pacz­liwe od­de­chy.

Męż­czy­zna zo­stał wy­rzu­cony z sio­dła na bok. Jedna noga utkwiła pod ko­niem, za­pewne za­plą­tana w strze­mię. Tu­łów miał nie­na­tu­ral­nie skrę­cony, a ru­do­brą­zowy płaszcz pod­wi­nął się aż do pasa i na­siąkł bło­tem oraz śnie­giem. Mru­gał szybko, wy­raź­nie oszo­ło­miony. Jęk­nął coś pod no­sem, może prze­kleń­stwo, nie do­sły­szała.

Para uno­siła się z jego ust i z ciała ogrom­nego ko­nia, ra­zem two­rzyli bez­ładną stertę.

Tem­pe­rance się ro­zej­rzała. Ulica była pu­sta.

– Za­mie­rza mi pani po­móc czy nie? – ode­zwał się na­gle jeź­dziec.

Od­chrząk­nęła, otrzą­sa­jąc się z resz­tek szoku.

– O-o-czy­wi­ście. – Pa­dła obok niego na ko­lana, a serce tłu­kło się w jej piersi jak osza­lałe. – Czy czuje pan nogę?

– Tak – od­parł, krzy­wiąc się przy pró­bie po­ru­sze­nia nią. – Ale nie mogę… nie mogę jej uwol­nić.

Ruch jeźdźca naj­wy­raź­niej spło­szył ko­nia. Zwie­rzę prych­nęło i roz­pacz­li­wie pró­bo­wało się pod­nieść, prze­bie­ra­jąc ko­py­tami. Tem­pe­rance cof­nęła się, żeby zro­bić mu miej­sce. Ko­lana drżały jej ze stra­chu przed tak ogrom­nym stwo­rze­niem. Na­gle koń w jed­nym nie­zgrab­nym, gwał­tow­nym ru­chu sta­nął na nogi. Za­chwiał się, po czym po­mknął przed sie­bie. Tem­pe­rance pa­trzyła, jak ga­lo­puje ulicą. Ja­kieś trzy­dzie­ści jar­dów da­lej wo­kół świa­teł zgro­ma­dziło się kilku męż­czyzn – za­pewne tam koń­czył się wy­ścig.

Od­wró­ciła się z po­wro­tem do le­żą­cego męż­czy­zny.

Te­raz mo­gła przyj­rzeć mu się do­kład­niej. Miał za­pewne nie­wiele po­nad trzy­dzie­ści lat, może nieco mniej. Spod gę­stych ru­da­wo­brą­zo­wych brwi pa­trzyły na nią brą­zowe oczy. Ka­pe­lusz z bo­bro­wego filcu le­żał kilka stóp da­lej w bło­cie. Płaszcz pod­wi­nął mu się aż do pasa, od­sła­nia­jąc po­tężne uda opięte ja­snymi bry­cze­sami z je­le­niej skóry oraz wy­so­kie, lśniące czarne buty.

Tem­pe­rance wstrzy­mała od­dech. Nie po­tra­fiła od­wró­cić wzroku od znie­wa­la­ją­cego jeźdźca. Rzeź­bione rysy twa­rzy pod roz­wia­nymi ko­smy­kami wło­sów w ko­lo­rze ciem­nego miodu. Wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe. Mocno za­ry­so­wana szczęka. Pełne, zmy­słowe usta… Zda­wał się męż­czy­zną, któ­rzy przy­wykł się­gać po to, co czego pra­gnął. W mroku jego oczy wy­da­wały się nie­mal czarne. Błysz­czało w nich coś nie­bez­piecz­nego, coś, co wy­wo­łało w jej wnę­trzu nie­zro­zu­miałe drże­nie. Był w nich głód, su­rowy, nie­skry­wany, nie­mal pier­wotny.

– Czy za­mie­rza mi pani po­móc wstać, czy zo­stawi mnie tu­taj, bym bo­ha­ter­sko sko­nał w bło­cie, nie­ko­chany i nie­opła­kany? – burk­nął.

Tem­pe­rance prze­łknęła ślinę. Och, był nie­bez­pieczny. I ku­szący. Jak ina­czej wy­ja­śnić to, że od do­brych dzie­się­ciu mi­nut nie mo­gła prze­stać się w niego wpa­try­wać?

Ale czy po­winna mu po­móc? Z jed­nej strony dla mło­dej, nie­za­męż­nej ko­biety do­ty­ka­nie ob­cego męż­czy­zny w miej­scu pu­blicz­nym było nie do po­my­śle­nia. Z dru­giej ta jedna za­sada do­brego wy­cho­wa­nia zda­wała się błaha wo­bec znacz­nie po­waż­niej­szego uchy­bie­nia, ja­kim było sa­motne prze­by­wa­nie mło­dej nie­za­męż­nej ko­biety na ulicy po zmroku.

A poza tym nie mo­gła zo­sta­wić ran­nego czło­wieka bez po­mocy.

– Oczy­wi­ście – po­wie­działa uprzej­mie. Ostroż­nie od­sta­wiła torbę z rze­czami na chod­nik i wy­cią­gnęła do niego rękę.

Tem­pe­rance nie miała na so­bie rę­ka­wi­czek ani czepka, na­wet szala. Pa­da­jący śnieg kłuł jej nagą skórę ni­czym ty­siące igieł. Kiedy męż­czy­zna ujął jej dłoń w swoją odzianą w rę­ka­wiczkę, uczu­cie lo­do­wa­tego chłodu na­gle ustą­piło miej­sca go­rącu. Po­czuła mięk­kość je­le­niej skóry, za­pach no­wego nu­buku. W sła­bym świe­tle do­strze­gła sy­gnet ozdo­biony her­bem ro­do­wym. Przed­sta­wiał dzika.

Po karku prze­biegł jej dreszcz. Był ary­sto­kratą. Ja­kie było praw­do­po­do­bień­stwo, że ją roz­po­zna? Nie przy­po­mi­nała so­bie, by spo­tkała go pod­czas swo­jego pierw­szego i je­dy­nego se­zonu to­wa­rzy­skiego po­nad dwa lata temu, lecz w bar­dziej kon­wen­cjo­nal­nych oko­licz­no­ściach wy­glą­dałby z pew­no­ścią znacz­nie bar­dziej dys­tyn­go­wa­nie.

Męż­czy­zna skrzy­wił się z bólu. Tem­pe­rance od­ru­chowo uklę­kła obok niego, wsu­nęła jedno ra­mię pod jego pa­chę, a drugą dłoń oparła na jego ple­cach. Przy jego po­mocy unio­sła go do po­zy­cji sie­dzą­cej, po czym prze­su­nęła się na bok i nad­sta­wiła mu ra­mię, by mógł wstać.

Do­piero te­raz uświa­do­miła so­bie, o ile jest od niej wyż­szy. Był zresztą nie tylko wyż­szy, lecz także znacz­nie szer­szy w ra­mio­nach i bar­dziej umię­śniony. Po raz pierw­szy w ży­ciu męż­czy­zna opie­rał się o nią ca­łym cię­ża­rem ciała. Po­wi­nien jej cią­żyć, a jed­nak wy­dał się za­ska­ku­jąco przy­jemny.

– Niech to dia­bli, wła­śnie kosz­to­wała mnie pani for­tunę – mruk­nął, gdy pro­wa­dziła go, wy­raź­nie uty­ka­ją­cego na jedną nogę, ku ścia­nie naj­bliż­szego domu.

Do­piero gdy zła­pała od­dech, do­tarło do niej z całą mocą, że wy­czuwa od niego silną woń al­ko­holu.

Na chwilę za­bra­kło jej słów. Jak śmiał ją o coś ta­kiego oskar­żać? I to jesz­cze bę­dąc pod wpły­wem trunku!

– Ja pana kosz­to­wa­łam? – obu­rzyła się. – Prze­cież to pan omal mnie nie za­bił! Pan i pań­ski koń!

Po­czu­cie winy i strach bły­ska­wicz­nie ustą­piły miej­sca gnie­wowi. Być może spra­wiła to ucieczka przed pa­nem Fin­chem. A może na­gro­ma­dzone przez ostat­nie dwa ty­go­dnie na­pię­cie i nie­po­kój. Albo bez­sil­ność i upo­ko­rze­nia, któ­rych do­świad­czała przez ostat­nie mie­siące po śmierci papy. Zdrada je­dy­nej ro­dziny, jaka jej po­zo­stała – ma­co­chy i jej sio­strzeńca, lorda Bar­tho­lo­mewa Lang­stona.

Pchana wście­kło­ścią, wska­zała ręką ulicę.

– Co to za ab­surd? Fa­jer­werki? Wy­ścigi? W środku nocy i w peł­nym ga­lo­pie? Po co? Dla pie­nię­dzy?

– Męż­czy­zna musi cza­sem po­czuć, że żyje – burk­nął. – To miał być mój ostat­nia sza­leń­cza przy­goda. Moja ulu­biona roz­rywka. A więc, moja droga, jest mi pani coś winna.

Cóż za bez­gra­niczna bez­czel­ność!

– Je­stem panu coś winna? To nie­do­rzeczne! Musi pan być pi­jany!

– Być może. Ale to jedna z przy­jem­no­ści ży­cia. Po­dob­nie jak to…

Po­chwy­cił ją w ra­miona i za­nim zdą­żyła za­pro­te­sto­wać, po­ca­ło­wał.

Może spra­wiło to jego sze­ro­kie ciało, które oto­czyło ją cie­płem i po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa, od­gra­dza­jąc od ca­łego świata. Tem­pe­rance ule­gła grze­chowi jego mięk­kich ust i nie ode­pchnęła go od razu.

Przez dłuż­szą chwilę przy­ci­skał usta do jej ust. Pach­niał skórą, mo­krą wełną, ko­niem, drze­wem san­da­ło­wym, wa­ni­lią i dro­gim al­ko­ho­lem – za­pa­chami do­brze jej zna­nymi, a jed­nak te­raz prze­mie­nio­nymi w coś zu­peł­nie no­wego. Smak jego ust prze­szył ją dresz­czem ra­do­ści i roz­ko­szy, który do­tarł aż do szpiku ko­ści.

Kiedy wresz­cie zna­la­zła w so­bie siłę, by oprzeć dło­nie o jego pierś i od­su­nąć go od sie­bie, dy­szała ciężko. On rów­nież.

Jego ciemne spoj­rze­nie spo­czy­wało na jej ustach, a na przy­stoj­nej twa­rzy błą­kał się pe­łen uzna­nia uśmiech.

– Jak pan śmiał?! – za­wo­łała Tem­pe­rance, czu­jąc, jak po­liczki płoną jej ży­wym ogniem.

Męż­czy­zna par­sk­nął śmie­chem.

– To tylko nie­wielka za­płata za ból i cier­pie­nie, któ­rego mi pani przy­spo­rzyła. Mu­szę przy­znać, że cał­kiem sa­tys­fak­cjo­nu­jąca za­płata.

– Nie po­wi­nien pan tak mó­wić. Za­cho­wuje się pan w spo­sób zu­peł­nie nie­godny dżen­tel­mena!

– Czy ma już pani plany na dzi­siej­szy wie­czór? – za­py­tał nie­zna­jomy, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc jej słowa.

– Słu­cham?

– Młoda, piękna ko­bieta sama w środku nocy w Cler­ken­well. Bez czepka, bez rę­ka­wi­czek… bez przy­zwo­itki. – Uśmiech­nął się sze­roko. – Jest pani ulicz­nicą, prawda?

Krew za­sty­gła Tem­pe­rance w ży­łach.

To bez­czelne przy­pusz­cze­nie ode­brało jej resztki tchu. Wście­kłość ude­rzyła w nią ni­czym wez­brana fala i za­nim zdą­żyła się opa­no­wać, jej ręka wy­strze­liła w górę i…

Spo­licz­ko­wała go.

Głowa nie­zna­jo­mego od­sko­czyła w bok, a dłoń Tem­pe­rance za­pie­kła ży­wym ogniem. Jego skóra była go­rąca, twarda i gładka, z le­d­wie wy­czu­wal­nym śla­dem za­ro­stu. Nie po­winna była pa­lić jej aż tak mocno.

– Nie je­stem żadną ulicz­nicą! – wy­krzyk­nęła, a obu­rze­nie pul­so­wało w każ­dej kro­pli jej krwi. – A pan… pan… Jest pan czło­wie­kiem zu­peł­nie nie­li­czą­cym się z kon­se­kwen­cjami! Ob­raża pan ko­biety, na­raża wszyst­kich wo­kół i sa­mego sie­bie! Jest ciemno, czuć od pana al­ko­hol, omal nie za­bił pan mnie i tego pięk­nego zwie­rzę­cia! A mo­gło być jesz­cze go­rzej, pa­nie nik­czem­niku. Co by było, gdyby na pań­skiej dro­dze zna­la­zło się dziecko albo star­sza osoba? Pę­dzi pan uli­cami jak czło­wiek ucie­ka­jący… przed czym? Przed du­chami? Wspo­mnie­niami? A może jest pan tak śmier­tel­nie znu­dzony swoim bo­ga­tym, pu­stym ży­ciem, że nie po­trafi ustać spo­koj­nie choćby przez chwilę?

Męż­czy­zna gwał­tow­nie od­chy­lił głowę, jakby spo­licz­ko­wała go po raz drugi. Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy. Za cza­ru­jącą ma­ską uwo­dzi­ciela i roz­pust­nika kryło się coś zu­peł­nie in­nego. Praw­dziwy ból.

A za­raz po­tem gniew.

Nik­czem­nik, jak go na­zwała, otwo­rzył usta, naj­wy­raź­niej go­tów od­po­wie­dzieć ciętą ri­po­stą, lecz za­nim zdą­żył wy­do­być z sie­bie choć słowo, za jej ple­cami roz­legł się od­głos kro­ków.

O nie!

Tem­pe­rance od­wró­ciła się gwał­tow­nie. Strach po­now­nie ści­snął jej serce i spa­ra­li­żo­wał nie­mal wszyst­kie mię­śnie. Była pewna, że od­na­leźli ją trzej prze­śla­dowcy. Ale to był tylko je­den męż­czy­zna. Je­den z to­wa­rzy­szy nie­zna­jo­mego biegł w ich stronę. Poły ja­sno­sza­rego płasz­cza fur­ko­tały za nim na wie­trze, a jedną ręką przy­trzy­my­wał ka­pe­lusz jeź­dziecki.

A Tem­pe­rance nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na ry­zyko.

Co, je­śli tam­ten męż­czy­zna ją roz­po­zna? Cały Lon­dyn wie­dział o po­szu­ki­wa­niach Sza­lo­nej Dzie­dziczki, a za jej od­na­le­zie­nie obie­cano po­kaźną na­grodę.

A je­śli obaj uznali ją za ulicz­nicę? Co wtedy? Czy ten bru­tal mógłby pró­bo­wać zmu­sić ją, by po­je­chała z nimi?

Nie. Mu­siała uciec, za­nim ko­lejna osoba spró­buje prze­jąć kon­trolę nad jej lo­sem.

Tem­pe­rance chwy­ciła torbę i po­spiesz­nie skrę­ciła w ciemną uliczkę.

– Pro­szę za­cze­kać! – do­bie­gło ją wo­ła­nie pierw­szego męż­czy­zny. – Do­kąd pani idzie? Pro­szę chwilę po­cze­kać!

Zi­gno­ro­wała go. Obo­lałe nogi od­ma­wiały po­słu­szeń­stwa przy każ­dym kroku, lecz zmu­szała się do dal­szego biegu. Skrę­cała raz w lewo, raz w prawo, klu­cząc noc­nymi za­uł­kami, byle tylko zgu­bić po­ścig.

Do­kąd wła­ści­wie miała się udać? Miała przy so­bie za­le­d­wie kilka mo­net. Za mało, by utrzy­mać się przez cały mie­siąc.

W pa­mięci na­gle po­ja­wiło się wspo­mnie­nie. Czy nie czy­tała nie­dawno w ga­ze­tach o przy­tułku dla ko­biet w Whi­te­cha­pel?

Whi­te­cha­pel…

Dziel­nica pełna prze­stęp­ców, ta­jem­nic i nie­bez­pie­czeństw. Miej­sce kłamstw i de­spe­ra­cji. Miej­sce, do któ­rego córka hra­biego i dzie­dziczka po­kaź­nego ma­jątku pod żad­nym po­zo­rem nie po­winna się za­pusz­czać.

A za­tem wła­śnie tam mu­siała się ukryć.

Roz­dział 2

– Odro­binę bar­dziej w prawo – usły­szał dzie­cięcy szept, po czym coś zim­nego i mo­krego prze­su­nęło się po jego po­liczku.

Octa­vius Eve­rard, książę Ec­cess, jęk­nął.

– Szyb­ciej, bu­dzi się – ode­zwał się drugi dzie­cięcy głos, star­szy, na­le­żący do dziew­czynki, a coś do­tknęło czubka nosa Octa­viusa.

W grun­cie rze­czy Octa­viu­sowi nie prze­szka­dzał chłód. Przy­no­sił ulgę jego roz­grza­nej skó­rze. Znacz­nie bar­dziej prze­szka­dzało mu to, że go obu­dzono, by mu­siał zmie­rzyć się z bó­lem głowy, który wła­śnie roz­łu­py­wał mu czaszkę na pół.

Mach­nął ręką, pró­bu­jąc od­pę­dzić dzieci, i prze­wró­cił się na bok. Pra­gnął je­dy­nie znów za­paść się w błogą nie­świa­do­mość.

– Do­ry­suję jesz­cze dwoje uszu – oznaj­mił z chi­cho­tem głęb­szy dzie­cięcy głos, chło­pięcy.

Drewno stuk­nęło o szkło, coś za­chlu­po­tało, a chwilę póź­niej zimny, mo­kry przed­miot po­now­nie mu­snął jego czoło, kre­śląc na nim ja­kiś wzór. Nie­stety, nie było już ucieczki. Im chłod­niej­sza sta­wała się jego twarz, tym bar­dziej się roz­bu­dzał, a im bar­dziej od­zy­ski­wał świa­do­mość, tym wy­raź­niej od­czu­wał ko­lejny ból – w ko­stce. W ko­stce?

Wła­ści­wie bo­lało go całe ciało, nad­wy­rę­żone i wy­nisz­czone la­tami do­ga­dza­nia so­bie. Ni­gdy do­tąd nie zga­dzał się tak bez­wa­run­kowo z ostrze­że­niem swo­jego le­ka­rza, że po­wi­nien zmie­nić tryb ży­cia i na­uczyć się umiaru.

Do dia­bła z umia­rem.

– Do­sko­nałe po­cią­gnię­cia pędzla – po­wie­dział głos star­szej dziew­czynki z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem. To była Mar­ga­ret, jego czter­na­sto­let­nia pod­opieczna.

Chwi­leczkę… Po­cią­gnię­cia pędzla? Czy to wła­śnie ta zimna wil­goć na jego twa­rzy?

Mimo to się nie po­ru­szył. Byli roz­en­tu­zja­zmo­wani. Chi­cho­tali. Śmierć matki i ojca ode­brała im już i tak zbyt wiele dzie­cię­cej bez­tro­ski. Dzie­sięć mie­sięcy wcze­śniej ich ro­dzice zgi­nęli w po­ża­rze domu przy­ja­ciół ro­dziny, któ­rych od­wie­dzali. Na szczę­ście dzieci zo­stały wtedy w domu. Je­śli ma­lo­wa­nie mu na twa­rzy uszu i wą­sów spra­wiało im ra­dość, cóż, znie­sie to. W końcu Octa­vius nie miał naj­mniej­szego po­ję­cia, jak być opie­ku­nem, na ja­kiego za­słu­gi­wały. Mógł więc przy­naj­mniej być obiek­tem ich nie­win­nego fi­gla.

– Ma taką sztywną, kwa­dra­tową szczękę, jak pu­dełko – ode­zwał się cienki głos ośmio­let­niej So­phie. – Jak do­ma­lu­jemy za­rost, ten kwa­drat bę­dzie wy­glą­dał bar­dziej jak praw­dziwy pod­bró­dek.

Niech Bóg ma go w swej opiece. Coś wil­got­nego mu­snęło go kilka razy tuż pod ustami. Octa­vius omal nie otwo­rzył oczu, ale zdo­łał się po­wstrzy­mać.

– Ostroż­nie! Je­śli go obu­dzimy, za­ry­czy jak dzik. – To był Ja­mes, dwu­na­sto­letni brat Mar­ga­ret i So­phie.

A Ja­mes miał ra­cję. Octa­vius był go­tów za­ry­czeć jak dzik, wid­nie­jący w her­bie jego rodu. Wkrótce to zrobi, lecz chciał im po­zwo­lić na jesz­cze chwilę nie­po­ha­mo­wa­nej ra­do­ści, na­wet wła­snym kosz­tem. Może te­raz, gdy skoń­czyli już swoje ma­lunki, znu­dzą się i so­bie pójdą. Wtedy bę­dzie mógł po­spać jesz­cze go­dzinę, je­śli Bóg po­zwoli.

So­phie za­chi­cho­tała.

– Śmier­dzi mu z ust jak od panny Ham­mond po jej lecz­ni­czym to­niku.

– Dla­czego do­ro­słym męż­czy­znom ro­sną włosy na twa­rzy? – za­py­tał Ja­mes. – Też będę tak wy­glą­dał, kiedy się ze­sta­rzeję?

Ze­sta­rzeję? Octa­vius omal nie od­burk­nął, że trzy­dzie­ści je­den lat to do­piero po­czą­tek ży­cia.

– To dla­tego, że słu­żący jesz­cze go nie ogo­lił – wy­ja­śniła Mar­ga­ret z pew­no­ścią sie­bie wła­ściwą naj­star­szemu dziecku. – Mu­siał wró­cić dziś nad ra­nem.

– To bar­dzo do niego po­dobne – stwier­dził su­rowo Ja­mes to­nem znawcy.

Na­prawdę? Czy było z nim aż tak źle? Jaki przy­kład da­wał, skoro jego do­ra­sta­jący pod­opieczny i za­ra­zem obecny spad­ko­bierca zdą­żył już uznać, że męż­czy­zna ma prawo pro­wa­dzić ży­cie, któ­rego ce­lem jest je­dy­nie za­spo­ka­ja­nie wła­snych pra­gnień?

– Na­wet nie do­tarł do łóżka – za­uwa­żyła So­phie.

– Czy to foie gras w jego wło­sach? – Głos Ja­mesa roz­legł się bli­żej. – My­śli­cie, że po­win­ni­śmy to wy­ciąć? So­phie, przy­nieś no­życzki.

Broń Boże. Tego było już dla Octa­viusa za wiele. Stra­cił resztki na­dziei na dal­szy sen. Mimo bólu pul­su­ją­cego po­środku czaszki i w ko­stce otwo­rzył jedno oko, a banda urwi­sów na­tych­miast cof­nęła się o krok.

So­phie trzy­mała sło­iczek z atra­men­tem, w któ­rym tkwił pę­dze­lek.

– Do­syć. – Octa­vius zmru­żył oczy przed chłod­nym świa­tłem są­czą­cym się przez wy­so­kie okna za jego ple­cami.

Jego ga­bi­net miał być azy­lem, miej­scem, w któ­rym mógł li­czyć na święty spo­kój. Się­ga­jące su­fitu ma­ho­niowe re­gały i ma­sywne dę­bowe biurko, odzie­dzi­czone po trzech po­ko­le­niach ksią­żąt, da­wały mu po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Uspo­ka­jała go ich zna­joma obec­ność. Te­raz jed­nak po­miesz­cze­nie cuch­nęło roz­la­nym ko­nia­kiem i po­rażką, a do­ga­sa­jący ogień w ko­minku nie­wiele po­ma­gał w walce z li­sto­pa­do­wym chło­dem.

Octa­vius zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc na swo­ich pod­opiecz­nych. So­phie i Ja­mes odzie­dzi­czyli mio­dowy blond wło­sów, który od po­ko­leń wy­stę­po­wał w li­nii jego ojca. Loki Mar­ga­ret były nieco ja­śniej­sze i nie­mal lśniły w świe­tle. Jak na swój wiek była wy­soka, miała ładną twarz, za­darty no­sek i by­stre, błysz­czące in­te­li­gen­cją oczy. Plecy trzy­mała pro­sto i jak za­wsze ze wszyst­kich sił sta­rała się za­cho­wy­wać jak młoda dama.

Boże, prze­cież pa­mię­tał jesz­cze chrzciny każ­dego z nich. Wszy­scy troje byli dziećmi lorda Ju­liusa Eve­rarda, jego ku­zyna ze strony ojca. A po­nie­waż Octa­vius po­zo­sta­wał ich naj­bliż­szym ży­ją­cym krew­nym, dzieci po­wie­rzono jego opiece.

Opiece, któ­rej z całą pew­no­ścią nie po­tra­fił im za­pew­nić.

Gdy Octa­vius jęk­nął i usiadł na so­fie, troje urwi­sów wpa­try­wało się w niego sze­roko oczami, w któ­rych mie­szały się strach i roz­ba­wie­nie. Każdy ruch prze­szy­wał jego czaszkę i kostkę roz­dzie­ra­ją­cym bó­lem. Gdzieś na gra­nicy świa­do­mo­ści mi­gnęło mu wspo­mnie­nie za­pa­chu la­wendy i pa­lą­cego ogniem po­liczka, lecz nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć dla­czego. Czy ktoś go ude­rzył? Nie by­łoby to ni­czym za­ska­ku­ją­cym.

– Po­cią­gnię­cia pędzla godne mi­strza, dzieci – ode­zwał się mę­ski głos po jego pra­wej stro­nie.

Pięć stóp da­lej, wy­cią­gnięty na szez­longu sto­ją­cym mię­dzy dwoma re­ga­łami, le­żał Sy­lve­ster, książę Ir­re­vrence. Jedną rękę nie­dbale za­rzu­cił nad głowę i ob­ser­wo­wał Octa­viusa z roz­ba­wie­niem ma­lu­ją­cym się na przy­stoj­nej twa­rzy.

Obok szez­longa stał fo­tel, w któ­rym sie­dział Ar­chi­bald, książę Enve­igh. Za­ło­żył nogę na nogę i spo­glą­dał na Octa­viusa z po­nurą miną. No­sił do­sko­nale skro­jony zie­lony sur­dut, a na spin­kach do man­kie­tów wid­niał wąż – go­dło jego rodu.

– Już nie za­ry­czy jak dzik – stwier­dził Ar­chi­bald.

– Za­mie­rzasz miau­czeć czy mru­czeć, Octa­viu­sie? – do­dał książę Ir­re­vrence. – A nie, wy­glą­dasz na zbyt zmę­czo­nego. Może syk­niesz?

Jego ja­sno­nie­bie­skie oczy przy­glą­dały się Octa­viu­sowi z po­błaż­liwą we­so­ło­ścią. Przy­stojna twarz Sy­lve­stra jak zwy­kle wy­ra­żała obo­jętny dy­stans. Nie­zmien­nie no­sił ubra­nia w ja­snych lub bia­łych bar­wach – jakby kpił ze współ­cze­snej mody na­ka­zu­ją­cej dżen­tel­me­nom wkła­dać ciemne sur­duty, co do­sko­nale od­po­wia­dało bar­wom jego rodu.

– Obaj pa­trzy­li­ście, jak to ro­bią – burk­nął Octa­vius, ści­ska­jąc się za głowę. – Czy któ­re­mu­kol­wiek z was choćby prze­mknęło przez myśl, żeby ich po­wstrzy­mać?

Sy­lve­ster wzru­szył ra­mio­nami.

– Nie wi­dzia­łem w tym nic złego. Na­leży wspie­rać dzie­cięcą kre­atyw­ność. Poza tym by­łem cie­kaw efektu koń­co­wego.

Prze­kli­na­jąc w du­chu po­przed­nią noc, Octa­vius jęk­nął, pod­niósł się i kuś­ty­ka­jąc, pod­szedł do lu­stra. Nad brwiami na­ma­lo­wano mu dwa trój­kątne uszy, na każ­dym po­liczku po­ro­śnię­tym jed­no­dnio­wym za­ro­stem wid­niały po trzy cien­kie wąsy, czu­bek nosa po­kry­wało czarne kółko, a brodę szpe­ciły atra­men­towe plamy. Jego wła­sne mio­do­wo­blond włosy, fa­lo­wane i po­tar­gane, zdo­bił – jak traf­nie za­uwa­żył Ja­mes – za­schnięty ka­wa­łek foie gras.

Do li­cha.

Wciąż miał na so­bie strój do jazdy kon­nej z po­przed­niego wie­czoru. Roz­pięty i po­gnie­ciony kasz­ta­nowy płaszcz od­sła­niał ja­sne bry­czesy z je­le­niej skóry, po­pla­mione te­raz bło­tem na ko­la­nach. Wy­so­kie czarne buty z mięk­kiej skóry, nie­gdyś wy­po­le­ro­wane na wy­soki po­łysk, były po­ry­so­wane i przy­ga­szone ulicz­nym bru­dem. Kilka gu­zi­ków bia­łej lnia­nej ko­szuli po­zo­sta­wało roz­pię­tych, biały halsz­tuk zwi­sał roz­wią­zany wo­kół szyi ni­czym flaga ka­pi­tu­la­cji, a sur­dut był wy­gnie­ciony i usiany bli­żej nie­okre­ślo­nymi okrusz­kami. Oczy miał prze­krwione, twarz bladą i opuch­niętą, a do tego do­ku­czały mu mdło­ści i za­wroty głowy.

Wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak się czuł: nędz­nie.

Zmarszczka mię­dzy brwiami Ar­chi­balda jesz­cze się po­głę­biła.

– Za­słu­ży­łeś so­bie na to, żeby po­słu­żyć za płótno dla tego ar­cy­dzieła.

Octa­vius po­krę­cił głową i kuś­ty­ka­jąc, ru­szył w stronę kre­densu, na któ­rym za­wsze cze­kała taca z wy­bo­rem ko­nia­ków, porto i whi­sky.

Sy­lve­ster się ro­ze­śmiał.

– Jakże ty­powe. Książę Enve­igh jest za­zdro­sny.

Octa­vius na­lał so­bie ko­niaku do kie­liszka.

– Czym tym ra­zem za­słu­ży­łem so­bie na twoje nie­za­do­wo­le­nie, Ar­chi­bal­dzie?

Sy­lve­ster uśmiech­nął się pod no­sem.

– Za­bra­łeś mnie na wczo­raj­sze wy­ścigi konne, a o nim za­po­mnia­łeś.

Jak zwy­kle na­lał do pierw­szego z dwóch kie­lisz­ków ko­niaku aż po sam brzeg. Ja­mes pod­szedł i sta­nął obok niego i ob­ser­wo­wał go z nie­skry­waną fa­scy­na­cją.

– Wczo­raj była ostat­nia nie­dziela przed ad­wen­tem – mruk­nął Octa­vius, wpa­tru­jąc się w wi­ru­jący w szklance zło­ci­sty płyn. – Do­sko­nale o tym wie­cie. Każdy spo­sób, by o tym za­po­mnieć, był uspra­wie­dli­wiony.

– Mo­głem być przy to­bie – po­wie­dział ci­cho Enve­igh. – Wiem, że to… trudny dzień.

Trudny dzień? To słowo w naj­mniej­szym stop­niu nie od­da­wało tego, co czuł. Dwa­dzie­ścia je­den lat temu ta nie­dziela za­po­cząt­ko­wała naj­gor­szy mie­siąc w ży­ciu Octa­viusa, który za­koń­czył się tym, że zo­stał na tym świe­cie zu­peł­nie sam – do­kład­nie tak jak jego troje pod­opiecz­nych, któ­rzy te­raz nie mieli ni­kogo poza nim. A za­słu­gi­wali na ko­goś znacz­nie lep­szego.

Gdy na­peł­nił trzeci kie­li­szek, Ja­mes na­tych­miast go chwy­cił, po­wą­chał z miną do­świad­czo­nego ko­ne­sera, po czym mla­snął z uzna­niem.

– Wy­czu­wam nuty… dębu i ko­rzen­nej wa­ni­lii, z dłu­gim fi­ni­szem. Do­prawdy wy­borne.

Sy­lve­ster za­chi­cho­tał.

– Brzmi zu­peł­nie jak ty, Ec­cess.

Po ple­cach Octa­viusa prze­biegł zimny dreszcz. Nie tylko brzmiał jak on, prawda? Ja­mes był du­żym chłop­cem, znacz­nie tęż­szym niż więk­szość jego ró­wie­śni­ków – do­kład­nie tak jak sam Octa­vius w jego wieku. Była to ce­cha, któ­rej jego oj­ciec ni­gdy nie po­tra­fił za­ak­cep­to­wać. Nie­ustan­nie wy­po­mi­nał mu tu­szę, za­rzu­ca­jąc le­ni­stwo i brak umiaru, twier­dząc, że przy­nosi hańbę szla­chet­nemu na­zwi­sku.

– Zo­staw to – po­wie­dział Octa­vius, wy­ry­wa­jąc Ja­me­sowi kie­li­szek i roz­le­wa­jąc przy tym po­łowę za­war­to­ści na pod­łogę.

Nie zwró­ciw­szy uwagi na zmar­no­wany al­ko­hol, oszczę­dza­jąc bo­lącą nogę, po­kuś­ty­kał do Ar­chi­balda.

Ar­chi­bald uniósł po­dany mu kie­li­szek w ge­ście to­a­stu.

– Czy jest ja­kiś szcze­gólny po­wód, dla któ­rego po­sta­no­wi­łeś uda­wać jed­no­no­giego pi­rata?

– Moja noga ma się do­sko­nale, dzię­kuję – burk­nął Octa­vius, prze­cho­dząc do Sy­lve­stra, by wrę­czyć mu ko­lejny kie­li­szek. – I tak boli mniej niż mój port­fel. Ta ko­bieta, która omal nie wpa­dła pod ko­pyta mego ko­nia, kosz­to­wała mnie akt wła­sno­ści mo­jej win­nicy we Fran­cji. Nie­wiel­kiej co prawda, ale pro­du­ku­ją­cej zna­ko­mite wino do pry­wat­nych za­pa­sów.

– Ko­bieta? – po­wtó­rzył Enve­igh.

Octa­vius po­now­nie usiadł na so­fie. Na wspo­mnie­nie drob­nej, ta­jem­ni­czej ko­biety, którą wziął za ulicz­nicę, w jego wnę­trzu ode­zwało się zu­peł­nie inne drże­nie. Roz­lało się przy­jemne cie­pło, nie­mal ra­dość. Miała tak piękną twarz… smu­kłą, o wy­so­kich ko­ściach po­licz­ko­wych, szla­chetną, z wy­raź­nie za­ry­so­waną szczęką i wą­skim pod­bród­kiem. Pełne usta, duże, nie­zwy­kle wy­ra­zi­ste oczy ocie­nione czar­nymi, łu­ko­wato wy­gię­tymi brwiami oraz łuk ku­pi­dyna, który wręcz pro­sił się o po­ca­łu­nek.

Ale nie za­wa­hała się rzu­cić słów, które ugo­dziły go pro­sto w serce. Pę­dzi pan uli­cami jak czło­wiek ucie­ka­jący… przed czym? Przed du­chami? Wspo­mnie­niami? A może jest pan tak śmier­tel­nie znu­dzony swoim bo­ga­tym, pu­stym ży­ciem, że nie po­trafi ustać spo­koj­nie choćby przez chwilę?

Od lat nikt nie po­wie­dział mu prawdy rów­nie otwar­cie. Być może ni­gdy.

Na­wet po­li­czek, który mu wy­mie­rzyła, bo­lał mniej niż te słowa.

A prze­cież miała ra­cję. Achil­les, jego piękny koń peł­nej krwi, upadł. Mógł za­bić tę ko­bietę, sie­bie, swo­jego wierz­chowca, a przy oka­zji spa­lić pół Lon­dynu, gdyby te prze­klęte fa­jer­werki wle­ciały pro­sto przez okna. Nie­ważne, że domy stały pu­ste – ogień roz­prze­strze­niał się bły­ska­wicz­nie… i by­łaby to jego wina.

Lęk ści­snął Octa­viusa od środka. Nie mógł prze­cież po pro­stu prze­stać. Co miał zro­bić – wy­rzec się je­dy­nych rze­czy, dzięki któ­rym czuł, że żyje? Gdyby tylko zwol­nił tempo, du­chy po­chło­nę­łyby go bez reszty, wcią­ga­jąc z po­wro­tem w głosy, tor­tury i cier­pie­nie jego prze­szło­ści.

– Tak, ko­bieta. Spra­wiła, że Achil­les upadł i przy­gniótł na­szego przy­ja­ciela, a po­tem ucie­kła – wy­ja­śnił Sy­lve­ster.

– Jak się ma Achil­les? – za­py­tał Octa­vius, na chwilę za­po­mi­na­jąc o pul­su­ją­cym bólu głowy. Ten koń od lat był jego naj­wier­niej­szym to­wa­rzy­szem.

– Twój sta­jenny po­wie­dział, że nie od­niósł żad­nych ob­ra­żeń – od­parł Sy­lve­ster. – Choć mu­szę za­uwa­żyć, że oka­za­łeś mu wię­cej tro­ski jemu niż wła­snej ko­stce.

– A co z tą ko­bietą? – za­py­tał Ar­chi­bald. – Ko­bieta sa­mot­nie włó­cząca się nocą po Cler­ken­well… Ulicz­nica?

So­phie roz­sia­dła się wy­god­nie przy biurku Octa­viusa, wy­cią­gnęła kartkę i za­częła ry­so­wać.

– Co to jest ulicz­nica? – za­py­tała.

A niech to dia­bli.

Sy­lve­ster wstał i pod­szedł do So­phie, za­glą­da­jąc jej przez ra­mię.

Octa­vius po­tarł po­li­czek, który wciąż pul­so­wał bó­lem po ude­rze­niu tam­tej ko­biety.

– Nic ta­kiego, moja droga. Pa­no­wie, racz­cie pa­mię­tać, że znaj­du­je­cie się w obec­no­ści dzieci. A tak w ogóle, gdzie jest panna Ham­mond?

Ja­mes wzru­szył ra­mio­nami, nie od­ry­wa­jąc wzroku od po­je­dyn­ko­wego pi­sto­letu ojca Octa­viusa, wy­eks­po­no­wa­nego na ścia­nie. Mar­ga­ret po­de­szła do So­phie i po­chy­liła się nad jej ry­sun­kiem, żeby po­móc jej coś na­szki­co­wać.

– To, że mnie spo­licz­ko­wała, i obu­rze­nie, z ja­kim za­re­ago­wała na su­ge­stię, że jest… tą, o któ­rej wspo­mnie­li­ście, każą mi są­dzić, że nią nie była – po­wie­dział Octa­vius, upi­ja­jąc łyk ko­niaku.

– A jed­nak sza­no­wane damy nie spa­ce­rują sa­mot­nie po zmroku – za­uwa­żył Ir­re­vrence, prze­su­wa­jąc kciu­kiem po gra­we­runku zdo­bią­cym kie­li­szek.

– Być może do­piero miała zo­stać ulicz­nicą – od­parł Enve­igh. – Je­stem prze­ko­nany, że po­mógł­bym ci to usta­lić, gdy­bym do­stą­pił za­szczytu otrzy­ma­nia za­pro­sze­nia.

Ir­re­vrence prych­nął.

– Je­steś po pro­stu za­zdro­sny. Jak za­wsze.

Enve­igh po­słał mu gniewne spoj­rze­nie.

– Był­bym lep­szym to­wa­rzy­szem tej prze­jażdżki. Cie­bie nic nie ob­cho­dzi.

– To, czy by mnie ob­cho­dziło, czy nie, i tak ni­czego by nie zmie­niło. – Ir­re­vrence prze­wró­cił oczami.

– Ow­szem, zmie­ni­łoby. Zła­pał­bym ją.

Ir­re­vrence za­śmiał się ci­cho i po­krę­cił głową.

– To bez zna­cze­nia.

Dla Octa­viusa miało zna­cze­nie. Coś w tej ko­bie­cie nie da­wało mu spo­koju. Być może jej szare oczy, przy­po­mi­na­jące sre­brzy­ste niebo o tej po­rze roku, któ­rej nie­na­wi­dził naj­bar­dziej – w ty­go­dniach po­prze­dza­ją­cych Boże Na­ro­dze­nie.

– Bar­dzo twór­cze, So­phie – po­wie­dział Sy­lve­ster, po­kle­pu­jąc ją po gło­wie, gdy ry­so­wała atra­men­tem za po­mocą pę­dzelka. – Te kró­liki są wszyst­kie wy­jąt­kowo… hoj­nie ob­da­rzone przez na­turę.

– Hoj­nie ob­da­rzone? – Octa­vius wy­cią­gnął szyję, by przyj­rzeć się ry­sun­kowi, i ciężko wes­tchnął. Był kom­pletną po­rażką. Słod­kie kró­liczki So­phie po­sia­dały czę­ści ciała, o któ­rych ośmio­let­nia dziew­czynka z całą pew­no­ścią nie po­winna jesz­cze nic wie­dzieć.

So­phie nu­ciła przy tym me­lo­dię Pa­nie Ja­nie po fran­cu­sku, tyle że za­miast nie­win­nego „pora spać?”, śpie­wała „idź do dia­bła”.

Octa­vius jęk­nął. To dzieci trzy­mały gu­wer­nantkę w gar­ści, a nie od­wrot­nie.

Za drzwiami roz­legł się gło­śny huk, po któ­rym na­stą­pił ko­biecy pisk. Drzwi gwał­tow­nie się otwo­rzyły i uka­zała się panna Ham­mond. Jej po­liczki pło­nęły czer­wie­nią, a na schlud­nej czar­nej sukni, przy sa­mym dole, wid­niały przy­pa­lone ślady. Biały cze­pek prze­krzy­wił się na bok i był upstrzony pla­mami atra­mentu. Lewa po­wieka drgała jej ner­wowo, gdy pa­trzyła na dzieci z tłu­mioną wście­kło­ścią. Miała być su­rowa i sta­now­cza, żeby utrzy­mać swo­ich pod­opiecz­nych w ry­zach, ale była już szó­stą gu­wer­nantką, któ­rej dzieci po­zbyły się w sa­mym tylko tym roku.

Octa­vius upił ko­lejny łyk ko­niaku.

Mar­ga­ret, Ja­mes i So­phie za­sty­gli na jej wi­dok. Za umę­czoną gu­wer­nantką Octa­vius do­strzegł sys­tem sznur­ków i blocz­ków, z ka­ła­ma­rzem za­wie­szo­nym nad drzwiami.

– Mar­ga­ret – syk­nął.

To wła­śnie było spe­cjal­no­ścią tej ma­łej blond dia­blicy – wy­ko­rzy­sty­wała swój nie­zwy­kły ta­lent do skom­pli­ko­wa­nych ob­li­czeń, by kon­stru­ować wy­myślne pu­łapki i me­cha­ni­zmy do psot.

Po­liczki Mar­ga­ret ob­lały się szkar­ła­tem, ale wy­pro­sto­wała ra­miona, unio­sła pod­bró­dek i przy­jęła naj­god­niej­szą pozę, na jaką było ją stać.

– Z przy­jem­no­ścią in­for­muję, że prze­pro­wa­dzony przeze mnie eks­pe­ry­ment za­koń­czył się peł­nym suk­ce­sem.

Sy­lve­ster za­chi­cho­tał.

– Bez wąt­pie­nia.

– A jaki był cel eks­pe­ry­mentu? – za­py­tał Ar­chi­bald.

Dziew­czynka na­tych­miast się roz­pro­mie­niła.

– Wy­zna­czyć do­kładny kąt prze­chyłu ka­ła­ma­rza oraz czas, jaki po­wi­nien upły­nąć od otwar­cia drzwi do chwili, gdy atra­ment spad­nie.

– Młoda dama nie po­winna wy­my­ślać ta­kich psot – oznaj­miła gu­wer­nantka, któ­rej twarz przy­brała jesz­cze in­ten­syw­niej­szy od­cień czer­wieni.

Ja­mes ja­kimś spo­so­bem zdo­był kie­li­szek ko­niaku i po­chy­lił się ku So­phie.

– Po­wiedz jesz­cze raz te słowa… te, przez które panna Ham­mond upu­ściła wczo­raj tacę z her­batą. Zo­ba­czymy, czy znowu pod­sko­czy!

Octa­vius pa­trzył, jak Ja­mes na­śla­duje jego spo­sób de­gu­sto­wa­nia ko­niaku, z mie­sza­niną prze­ra­że­nia i wstydu. Co prawda al­ko­hol ani razu nie do­tknął ust chłopca, ale nie to było naj­gor­sze. Ja­mes przy­swa­jał so­bie jego naj­gor­sze na­wyki, nie naj­lep­sze. Po śmierci ro­dzi­ców Octa­vius za­brał go ze szkoły i nie chciał od­sy­łać z po­wro­tem, do­póki chło­piec nie na­uczy się lep­szego za­cho­wa­nia. Po­wie­rzono mu opiekę nad tym troj­giem dzieci, a on zu­peł­nie so­bie z tym nie ra­dził. Gdyby tylko wie­dział, jak być kimś in­nym niż czło­wie­kiem, na któ­rego ukształ­to­wał go wła­sny oj­ciec. Gdyby tylko wie­dział, jak prze­rwać błędne koło, które nie­świa­do­mie prze­ka­zy­wał nie­win­nemu Ja­me­sowi.

So­phie wy­pro­sto­wała plecy i za­klęła po fran­cu­sku:

– Do cięż­kiej cho­lery.

Niech Bóg ma go w swo­jej opiece. Z pew­no­ścią nie były to słowa, które po­winna znać ośmio­let­nia dziew­czynka ma­jąca pew­nego dnia zo­stać damą wiel­kiego świata.

Ir­re­vrence par­sk­nął śmie­chem.

– So­phie, moja droga, czy mogę cię ad­op­to­wać?

So­phie uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej, pod­czas gdy Octa­vius czuł, jak żo­łą­dek ści­ska mu się w su­peł z roz­pa­czy.

– Sy­lve­strze, wcale nie po­ma­gasz! – rzu­cił.

Te trzy małe istoty były tak drobne, tak kru­che, a jed­nak spra­wiały, że czuł się cał­ko­wi­cie bez­radny. Sam ni­gdy nie za­znał szczę­ścia w dzie­ciń­stwie. Nie­wiele szczę­ścia za­znał rów­nież jako do­ro­sły. Prę­dzej jed­nak umarłby, niż spro­wa­dziły na nie nie­szczę­ście. A skoro tak, po­zo­sta­wało mu tylko jedno.

Usu­nąć się z ich ży­cia.

Panna Ham­mond wes­tchnęła z tak wiel­kim obu­rze­niem, że jej po­liczki jesz­cze bar­dziej po­czer­wie­niały.

– J-j-ja ni­gdy cię tego nie uczy­łam, So­phie! Skąd znasz ta­kie okropne słowa?

Mar­ga­ret wzru­szyła ra­mio­nami.

– To jesz­cze nic. W ze­szłym ty­go­dniu sły­sza­łam, jak ta Fran­cuzka na­zwała Jego Ksią­żęcą Mość… jak to było? „Wspa­niałą be­stią o ape­ty­cie dzie­się­ciu męż­czyzn”.

Panna Ham­mond wes­tchnęła jesz­cze gło­śniej.

– Mar­ga­ret! Taki ję­zyk jest ab­so­lut­nie…

Ale So­phie prze­rwała jej z en­tu­zja­zmem, rzu­ca­jąc po fran­cu­sku:

– Za­mknij się i rzuć mnie na łóżko…

Gu­wer­nantka zdu­siła ko­lejne obu­rzone wes­tchnie­nie, lecz było oczy­wi­ste, że zu­peł­nie nie po­trafi nad nimi za­pa­no­wać.

Nikt by nie po­tra­fił.

Octa­vius jęk­nął w du­chu. To była jego wina i w każ­dym z nich wi­dział cząstkę sie­bie. Ko­chanka, którą utrzy­my­wał, ko­niak, który pił, swo­boda, na którą po­zwa­lał Mar­ga­ret przy jej eks­pe­ry­men­tach – wszystko to ob­cią­żało wy­łącz­nie jego su­mie­nie. Dzieci źle się za­cho­wy­wały, bo wi­dy­wały go z kie­lisz­kiem w ręku. Prze­kli­nały, bo sły­szały jego fran­cu­ską me­tresę. Wy­ko­rzy­sty­wały ma­te­ma­tykę do psot, za­mie­nia­jąc na­wet jego próby wspie­ra­nia ich edu­ka­cji w na­rzę­dzia cha­osu.

Wie­dział, że roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wały uwagi, po­nie­waż stra­ciły ro­dzi­ców, a on nie po­tra­fił dać im cie­pła i po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa, któ­rych łak­nęły. Octa­vius nie był głup­cem, ale nie znał też od­po­wie­dzi. Wy­cho­wał go po­twór, który prze­pę­dził jego matkę, od­bie­ra­jąc mu przy tym także ma­leńką sio­strę, i nie wie­dział, jak stać się kimś in­nym.

Mimo wszystko mógł zro­bić cho­ciaż tyle. Wy­rwał Ja­me­sowi kie­li­szek z ko­nia­kiem i ci­snął go do ko­minka. Huk tłu­czo­nego szkła i syk pło­mieni, które na mo­ment wy­strze­liły wy­żej, nie przy­nio­sły mu naj­mniej­szej ulgi.

So­phie za­chi­cho­tała, od­gar­nia­jąc za ucho nie­sforny ko­smyk mio­do­wo­blond wło­sów, tak po­dob­nych do jego wła­snych. Te dzieci były jego krwią, jego od­po­wie­dzial­no­ścią, a mimo wszyst­kich jego bra­ków po­zo­sta­wały naj­więk­szą ra­do­ścią jego ży­cia.

Nie mógł znieść wi­doku tego, czym się sta­wały. Mu­siał uciec.

– Panno Ham­mond – po­wie­dział Octa­vius ni­skim gło­sem, le­d­wie pa­nu­jąc nad gnie­wem i lę­kiem, które ście­rały się w nim pod ma­ską to­wa­rzy­skiej ogłady. – Te dzieci naj­wy­raź­niej po­trze­bują bar­dziej upo­rząd­ko­wa­nych za­jęć, które zajmą ich umy­sły i po­zwolą spo­żyt­ko­wać nad­miar ener­gii. Być może bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych ćwi­czeń edu­ka­cyj­nych albo ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej w ogro­dzie. Bez­czyn­ność ro­dzi psoty.

On rów­nież nie mógł po­zo­sta­wać bez­czynny, je­śli chciał uciec przed mro­kiem, który nie­ustan­nie go ści­gał. Tak jak po­wie­działa po­przed­niej nocy ta­jem­ni­cza ko­bieta – ucie­kał przed du­chami. A za­tem zrobi to, co po­tra­fił naj­le­piej: za­nu­rzy się w przy­jem­no­ściach Lon­dynu tak głę­boko, by ża­den wstyd, żadne po­czu­cie winy ani strach nie mo­gły go do­się­gnąć. Niech kon­se­kwen­cje dia­bli we­zmą.

– Enve­igh, Ir­re­vrence, chodźmy. Eli­zjum czeka.

Roz­dział 3

Jesz­cze dwa­dzie­ścia sie­dem dni.

Tyle tylko mu­siała prze­trwać Tem­pe­rance, by w dniu swych uro­dzin od­zy­skać wol­ność i ma­ją­tek.

Za­drżała z zimna i szczel­niej otu­liła się pe­lisą. Póź­no­li­sto­pa­dowy wiatr hu­la­jący po Co­burg Street w May­fair prze­ni­kał przez wszyst­kie war­stwy jej ubrań. Niebo było cięż­kie i oło­wiane, a gwał­towne po­dmu­chy śniegu sma­gały jej twarz, kłu­jąc skórę ni­czym ty­siące igieł.

Choć po­bli­ski ko­ściół do­piero co wy­bił po­łu­dnie, ulica wy­da­wała się po­grą­żona w mroku. Za­no­siło się na śnie­życę.

Ostatni ty­dzień spę­dziła w przy­tułku dla ko­biet w Whi­te­cha­pel, pro­wa­dzo­nym przez pannę Grace Loc­khart, z całą za­cie­kło­ścią sta­ra­jąc się nie my­śleć o po­ca­łunku tam­tego nik­czem­nika na ulicy. Nie mo­gła jed­nak zo­stać w ochronce dłu­żej. Każ­dego dnia przy­by­wały nowe cię­żarne ko­biety i młode matki, które znacz­nie bar­dziej od niej po­trze­bo­wały schro­nie­nia przed zimą. Nad­szedł czas, by ru­szyć da­lej.

A roz­wią­za­nie znaj­do­wało się tuż przed nią. Piękny lon­dyń­ski dom na­le­żący do księ­cia Ec­cess, który – jak gło­siło ogło­sze­nie za­miesz­czone w „Lon­don Ti­mes” – po­szu­ki­wał gu­wer­nantki dla trojga dzieci. Była to dla Tem­pe­rance szansa, by ukryć się na wi­doku, po­zo­stać nie­wi­dzialną dla to­wa­rzy­stwa, które bez trudu roz­po­zna­łoby w niej lady Aga­thę Hale, Sza­loną Dzie­dziczkę. Nie od­po­wie­działa na ogło­sze­nie li­stow­nie, jak przy­jęło się ro­bić, po­nie­waż zwy­czaj­nie za­bra­kło jej czasu. Jej szanse były więc nie­wiel­kie.

Mimo to mu­siała spró­bo­wać.

Ści­ska­jąc mocno w dłoni swoją torbę, ru­szyła ku do­mowi. Był ogromny – czte­ro­pię­trowy bu­dy­nek bez trudu po­mie­ściłby trzy lon­dyń­skie re­zy­den­cje jej ojca. Tamta znaj­do­wała się za­le­d­wie sześć ulic da­lej i to wła­śnie tam za­pewne prze­by­wali te­raz jej ma­co­cha i Bar­tho­lo­mew, prze­cze­su­jąc Lon­dyn w po­szu­ki­wa­niu śladu zbie­głej dzie­dziczki. Nie­ska­zi­tel­nie biały gmach, wznie­siony w stylu pal­la­diań­skim, z wy­so­kimi wy­ku­szo­wymi oknami, zdo­biła kom­po­zy­cja przed­sta­wia­jąca grecki pan­teon. W jej cen­trum znaj­do­wał się Dio­ni­zos, bóg wina i uciech, z wień­cem blusz­czu na gło­wie i ki­ścią wi­no­gron w dłoni.

Zwy­kle rześki za­pach śniegu uno­szący się w po­wie­trzu na­peł­niał Tem­pe­rance ra­do­ścią i po­czu­ciem do­mo­wego bez­pie­czeń­stwa. Papa przy­go­to­wy­wałby się wła­śnie do jej uro­dzin, za­mie­nia­jąc cały okres ad­wentu w pa­smo nie­spo­dzia­nek. Za­szy­wali się wtedy ra­zem w domu, prze­pro­wa­dzali do­świad­cze­nia, czy­tali książki i dys­ku­to­wali o na­uce przed pło­ną­cym ko­minku w jego bi­blio­tece.

Te­raz… Sto­jąc sa­mot­nie na ulicy, bez domu, który chro­niłby ją przed zim­nem, Tem­pe­rance ni­gdy jesz­cze tak do­tkli­wie nie od­czu­wała nie­obec­no­ści ojca. Łzy za­pie­kły ją pod po­wie­kami, gdy za­trzy­mała się przed sze­ro­kimi scho­dami pro­wa­dzą­cymi do drzwi wej­ścio­wych, ukry­tych pod por­ty­kiem wspar­tym na ko­lum­nach. Mu­siała je­dy­nie zro­bić to, czego na­uczył ją papa: przyj­rzeć się wła­snym uczu­ciom i emo­cjom. Przy­jąć smu­tek, roz­pacz i gniew. Po­zwo­lić im wy­brzmieć, od­zy­skać pa­no­wa­nie nad sobą, a po­tem wejść po tych scho­dach i za­pu­kać do drzwi. Tam cze­kało ją naj­trud­niej­sze przed­się­wzię­cie w ca­łym jej ży­ciu. Mu­siała sprze­dać samą sie­bie.

Ale za­nim Tem­pe­rance zdą­żyła po­sta­wić pierw­szy krok, wiel­kie ciemne drzwi wej­ściowe otwo­rzyły się z gło­śnym trza­skiem i wy­bie­gła przez nie si­wo­włosa ko­bieta w brą­zo­wej sukni. Jej pe­lisa była roz­pięta, a z nie­wiel­kiej po­dróż­nej torby, którą ści­skała w dłoni, wy­sta­wał skra­wek ubra­nia. Oczy miała sze­roko otwarte, pod­czas gdy su­rowe jajko po­woli spły­wało po jej twa­rzy spod prze­krzy­wio­nego czepka.

Na dole scho­dów za­trzy­mała się, wy­cią­gnęła chu­s­teczkę i za­częła wy­cie­rać jajko z pe­lisy.

Tem­pe­rance po­de­szła bli­żej.

– Nic pani nie jest?

Ko­bieta prych­nęła.

– Już nie. Od chwili, gdy opu­ści­łam ten dom!

Tem­pe­rance prze­biegł ner­wowy dreszcz. Umie­rała z cie­ka­wo­ści, kim była ta ko­bieta i co do­pro­wa­dziło ją do ta­kiego stanu – nie wspo­mi­na­jąc już o jajku spły­wa­ją­cym po jej twa­rzy – ale nie od­wa­żyła się py­tać.

– Czy to Dul­cis Co­urt?

Ko­bieta gwał­tow­nie unio­sła głowę i zmie­rzyła Tem­pe­rance uważ­nym spoj­rze­niem.

– A dla­czego pani pyta?

– Chcę ubie­gać się o po­sadę gu­wer­nantki. W od­po­wie­dzi na ogło­sze­nie.

Ko­bieta od­chy­liła głowę i wy­buch­nęła śmie­chem przy­po­mi­na­ją­cym kra­ka­nie wrony. Wy­glą­dała, jakby znaj­do­wała się na gra­nicy hi­ste­rii.

– Pro­szę mnie po­słu­chać. Niech się pani od­wróci i odej­dzie! Te małe dia­bły do­pro­wa­dzą pa­nią do obłędu.

Chwilę póź­niej już jej nie było. Ob­casy stu­kały ner­wowo o ka­mienne płyty chod­nika, gdy od­da­lała się w po­śpie­chu.

Żo­łą­dek Tem­pe­rance ści­snął się w złym prze­czu­ciu. Czy te dzieci na­prawdę rzu­ciły ko­bie­cie jaj­kiem w twarz? Jak bar­dzo mo­gły być nie­zno­śne?

Tak czy ina­czej, wy­glą­dało na to, że sta­no­wi­sko gu­wer­nantki wła­śnie się zwol­niło.

Mu­siała za­ry­zy­ko­wać. Nie miała pie­nię­dzy ani żad­nego in­nego miej­sca, gdzie mo­głaby się ukryć. Gu­wer­nantka miała sta­tus zbli­żony do służby. Prze­by­wała głów­nie w szkol­nej sali i dzie­cię­cych sy­pial­niach, nie­mal ni­gdy nie wi­du­jąc pana ani pani domu. To od­po­wia­da­łoby jej ide­al­nie aż do Bo­żego Na­ro­dze­nia.

Boże Na­ro­dze­nie i wol­ność.

Tem­pe­rance we­szła po scho­dach i za­pu­kała.

Drzwi otwo­rzył ka­mer­dy­ner – męż­czy­zna około pięć­dzie­siątki – który zmie­rzył ją chłod­nym spoj­rze­niem.

– Tak?

– Dzień do­bry – po­wie­działa naj­po­god­niej, jak umiała, choć puls czuła aż w ko­niusz­kach pal­ców. – Przy­szłam w spra­wie po­sady gu­wer­nantki.

– Czy jest pani umó­wiona?

– Nie. Ale mia­łam na­dzieję…

Z wnę­trza domu, gdzieś za ple­cami ka­mer­dy­nera, do­biegł ko­biecy krzyk. W ja­sno oświe­tlo­nym holu wej­ścio­wym pa­no­wał istny roz­gar­diasz. Jedna po­ko­jówka ście­rała kurz z kre­densu, druga za­mia­tała pod­łogę. Trzech lo­ka­jów nio­sło tace z je­dze­niem. Tuż za nimi po­dą­żało troje dzieci – zło­to­włosa młoda dama wcho­dząca wła­śnie w wiek mło­dzień­czy, znacz­nie młod­sza dziew­czynka oraz chło­piec w wieku mię­dzy nimi. Chło­piec pod­kra­dał je­dze­nie z tac, a młod­sza dziew­czynka pod­sta­wiła jed­nemu z lo­ka­jów nogę. Taca z ciast­kami po­szy­bo­wała w po­wie­trze, wy­pieki roz­sy­pały się po pod­ło­dze, a sama taca od­biła się od pły­tek z gło­śnym brzę­kiem.

Przez otwarte drzwi Tem­pe­rance do­strze­gła piękne po­miesz­cze­nie przy­go­to­wy­wane do wie­czor­nego przy­ję­cia. To z pew­no­ścią nie wró­żyło nic do­brego. Czy taki chaos był tu normą? Od­po­wia­dać za nie­sforne dzieci to jedno, ale zna­leźć się w domu, w któ­rym nie­ustan­nie od­by­wają się spo­tka­nia to­wa­rzy­skie, to zu­peł­nie co in­nego – zwłasz­cza że Lon­dyn był o tej po­rze nie­mal pu­sty, po­nie­waż więk­szość śmie­tanki to­wa­rzy­skiej spę­dzała zimę w swo­ich wiej­skich po­sia­dło­ściach.

Być może po­winna po­szu­kać in­nego roz­wią­za­nia. In­nego domu, w któ­rym po­trze­bo­wano gu­wer­nantki…

– Pro­szę wy­ba­czyć – po­wie­działa słabo, od­wra­ca­jąc się. – Chyba jed­nak po­win­nam…

Nie zdą­żyła do­koń­czyć zda­nia. Przez śnieżną za­wieję nad­je­chał ga­lo­pem po­tężny męż­czy­zna na prze­pięk­nym kasz­ta­no­wa­tym ko­niu i za­trzy­mał się gwał­tow­nie tuż przed do­mem. Po­tężne roz­miary zwie­rzę­cia, im­po­nu­jąca po­stura jeźdźca i mi­strzo­stwo, z ja­kim opa­no­wał wierz­chowca, spra­wiły, że prze­szył ją na­gły dreszcz. Nie wi­działa jego twa­rzy. Męż­czy­zna przy­trzy­my­wał czarny cy­lin­der, a poły kasz­ta­no­wego płasz­cza za­sła­niały syl­wetkę, gdy wszedł po scho­dach i mi­nął ją w drzwiach. Jego za­pach był jed­nak zna­jomy – skóra, koń, drzewo san­da­łowe, wa­ni­lia i drogi al­ko­hol. Kiedy prze­cho­dził obok, Tem­pe­rance za­uwa­żyła, że lekko utyka, oszczę­dza­jąc jedną nogę.

– Wa­sza Ksią­żęca Mość – po­wi­tał go ka­mer­dy­ner, kła­nia­jąc się i od­bie­ra­jąc od niego cy­lin­der, a na­stęp­nie płaszcz.

– Po­win­nam już iść… – wy­mam­ro­tała Tem­pe­rance, go­rącz­kowo za­sta­na­wia­jąc się, jak prze­ci­snąć się obok męż­czy­zny i wy­do­stać z domu.

Ale jej wzrok mi­mo­wol­nie po­wę­dro­wał ku kasz­ta­no­wemu płasz­czowi z dłu­gimi po­łami, ide­al­nie pod­kre­śla­ją­cemu sze­ro­kie barki i plecy znie­wa­la­ją­cego jeźdźca. Ta­lia była pro­por­cjo­nal­nie wą­ska, bio­dra znacz­nie smu­klej­sze od po­tęż­nej syl­wetki, a bry­czesy do jazdy kon­nej cia­sno opi­nały mu­sku­larne uda…

Od­wró­cił się i Tem­pe­rance do­znała praw­dzi­wego wstrząsu. Był olśnie­wa­jący. Rów­nie im­po­nu­jący jak Ben Ne­vis, naj­wyż­sza góra Wiel­kiej Bry­ta­nii, na którą papa za­brał ją kie­dyś pod­czas jed­nej z ich po­dróży po kraju. Mio­do­wo­blond włosy miał po­tar­gane przez wiatr i jazdę konną, a top­nie­jący śnieg po­zo­sta­wił na nich wil­gotne pa­sma. Był wy­soki i nie­zwy­kle przy­stojny – o ide­al­nie za­ry­so­wa­nej szczęce, wy­raź­nych ko­ściach po­licz­ko­wych i ciem­no­brą­zo­wych oczach, które błysz­czały gło­dem, gdy pa­trzył na nią spod prze­wró­co­nego ko­nia…

Jej in­tu­icja jej nie za­wio­dła. To był męż­czy­zna, który omal nie za­bił jej ty­dzień wcze­śniej.

Jego oczy zwę­ziły się z wy­raź­nym za­in­te­re­so­wa­niem, które spra­wiło, że jej ciało za­lała nie­ocze­ki­wana fala cie­pła.

– Czy mogę pani w czymś po­móc, panno…?

Nie roz­po­znał jej… prawda? „Wa­sza Ksią­żęca Mość” – po­wie­dział przed chwilą ka­mer­dy­ner.

O nie. Czy to wła­śnie był książę Ec­cess? Męż­czy­zna, który za­mie­ścił ogło­sze­nie?

Tem­pe­rance na­gle za­bra­kło tchu. Go­rąco za­pło­nęło na jej po­licz­kach. Stała twa­rzą w twarz z czło­wie­kiem, który nie tylko skradł jej pierw­szy po­ca­łu­nek… ale rów­nież na­zwał ją ulicz­nicą i na­ra­ził jej re­pu­ta­cję!

Spo­licz­ko­wała księ­cia!

Przez cały mi­niony ty­dzień my­ślała o tam­tym po­ca­łunku, choć ro­biła wszystko, by wy­rzu­cić go z pa­mięci. To wspo­mnie­nie ogrze­wało ją pod­czas zim­nych nocy w przy­tułku. Sama myśl o pracy dla niego, o miesz­ka­niu z nim pod tym sa­mym da­chem, spra­wiała, że grunt usu­wał jej się spod nóg. Nerwy drgały w ca­łym jej ciele i czuła się ni­czym in­stru­ment, któ­rego struny wi­brują od nie­sły­szal­nej me­lo­dii.

Co ona wy­pra­wiała? Przy­ję­cie po­sady gu­wer­nantki w domu tego czło­wieka by­łoby naj­gor­szym po­my­słem, jaki mo­gła mieć. Po­winna się od­wró­cić i odejść. Na­tych­miast.

A jed­nak Tem­pe­rance nie po­tra­fiła się ru­szyć. Przy­cią­gał ją do sie­bie sa­mym spoj­rze­niem, gdy pa­trzył na nią z ro­snącą cie­ka­wo­ścią… aż na­gle zdu­mie­nie w jego ciem­nych oczach ustą­piło miej­sca nie­do­wie­rza­niu i męż­czy­zna za­mru­gał. Książę Ec­cess zmarsz­czył brwi. Za­ci­snął pię­ści, a jego ra­miona ze­sztyw­niały. Od­dech wy­raź­nie mu przy­spie­szył, pierś uno­siła się i opa­dała co­raz szyb­ciej. Mu­siał ją roz­po­znać. I z pew­no­ścią był na nią wście­kły.

Do­sko­nale. I tak nie chciałby jej za­trud­nić – nie po tym, jak go ob­ra­ziła, po­zwo­liła mu się po­ca­ło­wać, a po­tem wy­mie­rzyła mu po­li­czek.

Żadne z nich tego nie chciało.

– Ta pani przy­szła w spra­wie ogło­sze­nia o pracę gu­wer­nantki – wy­ja­śnił ka­mer­dy­ner.

– Mamy już gu­wer­nantkę, Ja­cob­sie – od­parł książę.

Ka­mer­dy­ner po­krę­cił głową.

– Oba­wiam się, że panna Ham­mond wła­śnie ode­szła.

Książę wes­tchnął prze­cią­gle z wy­raźną iry­ta­cją, a szczęka mu za­drżała, jakby z tru­dem tłu­mił gniew. Gdy z sa­lonu do­biegł huk tłu­czo­nej por­ce­lany, a za­raz po­tem ko­biecy okrzyk za­sko­cze­nia i obu­rze­nia, za­zgrzy­tał zę­bami w na­ra­sta­ją­cej iry­ta­cji.

– Wła­śnie wy­cho­dzi­łam – po­wie­działa Tem­pe­rance i się od­wró­ciła.

– Ta dama wspo­mniała, że nie była umó­wiona – do­dał ka­mer­dy­ner. – A może jed­nak Wa­sza Ksią­żęca Mość się jej spo­dzie­wał?

Książę Ec­cess zmie­rzył ją wzro­kiem od stóp do głów i zmru­żył oczy. Po­ja­wił się w nich błysk. Błysk, który Tem­pe­rance bar­dzo się nie spodo­bał.

– W isto­cie, wła­śnie na nią cze­ka­łem – od­parł książę. – Pro­szę wejść, panno…?

Jej my­śli pę­dziły jak sza­lone.

– Fields – od­po­wie­działa, przy­po­mi­na­jąc so­bie na­zwi­sko, które wcze­śniej roz­wa­żała. Nie mo­gła już uży­wać na­zwi­ska Flet­cher, skoro lu­dzie wy­na­jęci przez lady Au­ster o nim wie­dzieli. – Panna Tem­pe­rance Fields.

Mo­gła ukryć się pod do­wol­nym imie­niem, ale wy­bra­nie wła­snego wy­da­wało się bło­go­sła­wień­stwem. Tem­pe­rance miała być ochroną, zna­kiem od ojca, który po­może jej prze­trwać naj­bliż­sze ty­go­dnie, po­zo­stać przy ży­ciu i od­zy­skać na­leżny spa­dek.

Papo, po­móż mi, mo­dliła się w du­chu.

– Oba­wiam się jed­nak, że mu­szę już iść… – po­wie­działa Tem­pe­rance, czu­jąc, jak opusz­cza ją resztka sta­now­czo­ści.

Nie miała do­kąd pójść. Nie chciała nad­uży­wać go­ścin­no­ści przy­tułku, zwłasz­cza że był prze­peł­niony. Je­śli odej­dzie te­raz, bę­dzie mu­siała spę­dzić noc na ulicy, w prze­ni­kli­wym zim­nie. Przy odro­bi­nie szczę­ścia zna­la­złaby może ko­ściół, w któ­rym mo­głaby się ukryć do rana.

Z całą pew­no­ścią nie mo­gła zo­stać tu­taj.

Spoj­rze­nie księ­cia Ec­cess spo­częło na nie­wiel­kiej tor­bie, którą ści­skała w dło­niach.

– Jest pani tego pewna? Tak się składa, roz­pacz­li­wie po­trze­bu­jemy gu­wer­nantki, a pani przy­szła wła­śnie w spra­wie tej po­sady.

Lo­do­waty po­dmuch wia­tru spra­wił, że Tem­pe­rance za­drżała. Śnieg sma­gnął ją po twa­rzy ostrymi dro­bi­nami. Nie po­my­liła się – nad Lon­dyn nad­cią­gała praw­dziwa śnie­życa. Noc pod go­łym nie­bem ozna­cza­łaby nie­mal pewną śmierć. Czy przy tym wszyst­kim zo­sta­nie gu­wer­nantką w tym domu na­prawdę było aż tak złym po­my­słem? Co sta­no­wiło więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo – lek­ko­myślny książę jako pra­co­dawca czy prze­ni­kliwy mróz na ulicy?

– Do­brze – od­po­wie­działa.

Ka­mer­dy­ner ski­nął głową i od­su­nął się, wpusz­cza­jąc ją do środka wła­śnie w chwili, gdy troje dzieci wy­bie­gło z sa­lonu i po­mknęło po scho­dach na górę.

Tem­pe­rance aż pod­sko­czyła, gdy książę za­wo­łał za nimi:

– Wiem, co zro­bi­li­ście! Panna Ham­mond wła­śnie zre­zy­gno­wała z po­sady!

Po­ja­wił się lo­kaj nio­sący tacę z nie­wiel­kimi prze­ką­skami przy­po­mi­na­ją­cymi pasz­te­ciki z mię­snym lub wą­tro­bia­nym far­szem, po­dob­nym do foie gras, ude­ko­ro­wane świe­żymi ga­łąz­kami ziół. Książę Ec­cess się­gnął po je­den z nich i za­czął żuć, po­sy­ła­jąc dzie­ciom gniewne spoj­rze­nie.

W od­po­wie­dzi roz­legł się ich chi­chot. Gdy Tem­pe­rance zdjęła pe­lisę i po­da­wała ją ka­mer­dy­ne­rowi, Ja­cob­sowi, chło­piec wy­cią­gnął drew­niane pu­dełko, otwo­rzył je, a ze środka wy­bie­gły trzy małe, szare fu­trza­ste kulki, które po­pę­dziły po scho­dach w dół i znik­nęły w sa­lo­nie. Po­wie­trze prze­szył ko­lejny ko­biecy krzyk – praw­do­po­dob­nie jed­nej ze słu­żą­cych – a za­raz po­tem roz­legł się brzęk sztuć­ców roz­sy­pu­ją­cych się po pod­ło­dze. Dzieci wy­buch­nęły śmie­chem na szczy­cie scho­dów.

– Są nie­wąt­pli­wie bar­dzo in­te­li­gentne – po­wie­działa Tem­pe­rance, ob­ser­wu­jąc uważ­nie wszyst­kich troje. – Być może jed­nak po­winny skie­ro­wać swoje ta­lenty ku za­ję­ciom nieco mniej… my­sim. A je­śli cho­dzi o my­szy, wy­star­czy kot.

Prze­chy­lił głowę, a w ką­ci­kach jego brą­zo­wych oczu po­ja­wiły się zmarszczki roz­ba­wie­nia.

– Pro­szę za mną.

Gdy we­szli do jego ga­bi­netu, usiadł za wiel­kim biur­kiem i na­lał so­bie do kie­liszka ciem­nego trunku. Ka­mer­dy­ner po­sta­wił na bla­cie tacę z prze­ką­skami i wy­szedł. Wszystko w tym po­miesz­cze­niu przy­wo­dziło na myśl wy­godę i bez­tro­skie przy­jem­no­ści. Sofa wy­glą­dała na dużą i miękką, a po­kry­wa­jące ją po­duszki – na ak­sa­mitne w do­tyku. Mar­mu­rowy ko­mi­nek, w któ­rym we­soło trza­skał ogień, da­wał ko­jące cie­pło, bu­dząc w Tem­pe­rance nie­mal nie­od­partą po­kusę, by wy­cią­gnąć dło­nie ku pło­mie­niom i ogrzać prze­mar­z­nięte palce. Za­słony były cięż­kie i plu­szowe, dy­wan miękki i czer­wony. Na ścia­nach nie wi­siały wy­łącz­nie ma­ry­ni­styczne sceny sztor­mów ani por­trety su­ro­wych ksią­żąt z po­przed­nich po­ko­leń. Część z ob­ra­zów przed­sta­wiała skąpo odziane ko­biety gra­jące na in­stru­men­tach, od­po­czy­wa­jące w ku­szą­cych ogro­dach lub od­da­jące się słod­kim przy­jem­no­ściom. Na in­nych płót­nach wi­bro­wały ko­lo­rami stoły ugi­na­jące się od owo­ców, win, se­rów, mięs i de­se­rów.

Książę Ec­cess sie­dział wy­god­nie w swoim fo­telu ni­czym panna i władca tego domu. Uniósł kie­li­szek, za­czerp­nął głę­boko aro­matu trunku, po czym z wi­docz­nym za­do­wo­le­niem upił łyk.

– Kot mógłby pani zda­niem roz­wią­zać pro­blem my­szy w moim domu. – Spoj­rzał na nią spod kasz­ta­no­wych brwi. – Czy ma pani dla mnie jesz­cze ja­kieś wska­zówki? Ja­kieś do­dat­kowe uwagi do­ty­czące mo­jego za­cho­wa­nia, poza tymi, które tak wy­mow­nie przed­sta­wiła mi pani ty­dzień temu?

Tem­pe­rance po­czuła, że jej po­liczki ob­le­wają się ru­mień­cem.

– Nie mam.

– Hm. A więc nie za­mie­rza mnie pani prze­pro­sić za tak bez­ce­re­mo­nialne zru­ga­nie mnie? Ani za uraz nogi, któ­rego do­zna­łem?

– To nie przeze mnie do­znał pan urazu, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Sam jest pan so­bie wi­nien. Po­wie­dzia­łam już wtedy, że na­ra­żał pan za­równo sie­bie, jak i in­nych.

– Panno Fields, czy nie za­po­mina pani przy­pad­kiem, że to ja mogę dać pani po­sadę, któ­rej pani szuka?

Mil­czała. Serce wa­liło jej jak mło­tem, pod­czas gdy wi­chura szar­pała szy­bami.

Książę wes­tchnął, wy­cią­ga­jąc rękę.

– Pro­szę za­tem o wy­kaz po­przed­nich po­sad.

Żo­łą­dek ści­snął jej się z nie­po­koju.

– Oba­wiam się, że go nie po­sia­dam.

– A for­malne wy­kształ­ce­nie?

Prze­łknęła ślinę.

– Żadne.

– Żadne? – Uniósł brwi. – Nie za­mie­rza mi pani na­wet spró­bo­wać za­im­po­no­wać?

Za­nim zdo­łała się po­wstrzy­mać, po­czuła, jak bu­dzi się w niej gniew.

– Wa­sza Ksią­żęca Mość jest w błę­dzie. To pan, jako mój przy­szły chle­bo­dawca, po­wi­nien sta­rać się za­im­po­no­wać mnie.

Książę Ec­cess ro­ze­śmiał się, po czym wsu­nął do ust ko­lejny pasz­te­cik. Za­mknął oczy na krótką chwilę, naj­wy­raź­niej de­lek­tu­jąc się sma­kiem, a na­stęp­nie otwo­rzył je po­now­nie. Przez mo­ment za­sta­na­wiała się, czy nie za­pro­po­nuje jej po­czę­stunku. Oczy­wi­ście jed­nak książę nie dzie­liłby się je­dze­niem ani na­po­jem ze słu­żącą. Mu­siała pa­mię­tać, że nie po­winna ocze­ki­wać, iż bę­dzie trak­to­wał ją jak równą so­bie. Nie była już damą.

Przy­naj­mniej nie do Bo­żego Na­ro­dze­nia.

W cie­płym spoj­rze­niu jego brą­zo­wych oczu igrało roz­ba­wie­nie, gdy przy­glą­dał się jej uważ­nie, re­je­stru­jąc każdy szcze­gół – włosy, twarz, ubra­nie. By­cie w cen­trum uwagi tego wiel­kiego, nie­zwy­kle przy­stoj­nego męż­czy­zny było… osza­ła­mia­jące. Co się z nią działo? Skąd brało się to go­rące mro­wie­nie roz­le­wa­jące się po ca­łym ciele? Ten brak tchu? To dziwne odrę­twie­nie, przez które my­śli ula­ty­wały jej z głowy? Do­bry Boże. Ona się po­ciła.

Czy na­prawdę tak bar­dzo przej­mo­wała się tym, ja­kie ro­biła na nim wra­że­nie?

Tem­pe­rance ni­gdy szcze­gól­nie nie zwra­cała uwagi na swój wy­gląd. Zwy­kle bez za­strze­żeń ak­cep­to­wała to, co Mil­lie ro­biła z jej wło­sami i gar­de­robą. Te­raz jed­nak po raz pierw­szy za­pra­gnęła wy­glą­dać atrak­cyj­nie. Włosy ucze­sała sama, spi­na­jąc je w kok tak cia­sno, jak tylko po­tra­fiła. Miała na so­bie suk­nię, któ­rej nie zmie­niała od ty­go­dnia; na nie­bie­skiej weł­nie wciąż wid­niały za­schnięte brą­zowe plamki po gu­la­szu. Dba­nie o wy­gląd nie na­le­żało w przy­tułku do rze­czy ła­twych. Po raz pierw­szy za­częła do­strze­gać każdą zmarszczkę na ma­te­riale, każdy wło­sek i py­łek przy­cze­piony do sukni. Nie­spo­koj­nie po­ru­szyła się na krze­śle.

– Czy by­łaby pani tak uprzejma wy­ja­śnić mi, co gu­wer­nantka ro­biła sa­mot­nie na ulicy tak późną porą, bez przy­zwo­itki?

Tem­pe­rance po­słała mu gniewne spoj­rze­nie.

– A czy Wa­sza Ksią­żęca Mość ży­czy so­bie, bym opo­wie­działa wszyst­kim, że to pan pę­dził uli­cami z fa­jer­wer­kami, na­ra­ża­jąc Lon­dyn na po­żar i ca­łu­jąc nie­winne ko­biety?

Jego spoj­rze­nie stward­niało nie­bez­piecz­nie. Po­chy­lił się nad biur­kiem, opie­ra­jąc łok­cie o blat.

– Czy to groźba?

– To za­leży od pana, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

Tem­pe­rance prze­łknęła ślinę, sama nie mo­gąc uwie­rzyć, że zdo­była się na taką zu­chwa­łość.

– Nie są­dzę, panno Fields, by znaj­do­wała się pani w po­ło­że­niu po­zwa­la­ją­cym na wy­su­wa­nie gróźb. – Jego głos stał się chłod­niej­szy. – Czy zdaje so­bie pani sprawę, jak po­dej­rza­nie wy­gląda cała ta sy­tu­acja? Sa­motna ko­bieta błą­ka­jąca się po zmroku. Ko­bieta, która ob­ra­ziła księ­cia, po­zwo­liła mu się po­ca­ło­wać, a te­raz zja­wia się w jego domu bez wcze­śniej­szego umó­wie­nia wi­zyty, bez od­po­wie­dzi na ogło­sze­nie, bez ja­kich­kol­wiek do­ku­men­tów po­twier­dza­ją­cych jej kwa­li­fi­ka­cje… i naj­wy­raź­niej z ca­łym swoim do­byt­kiem przy so­bie… A mimo to ocze­kuje pani, że po­wie­rzę pod jej opiekę troje dzieci?

Nie od­wró­ciła wzroku.

– A czy Wa­sza Ksią­żęca Mość ocze­kuje, że będę za­chwy­cona per­spek­tywą pracy w domu czło­wieka tak lek­ko­myśl­nego, że od­da­jąc się przy­jem­no­ściom, nie za­sta­na­wia się nad kon­se­kwen­cjami, ja­kie grożą in­nym?

Drgnęła mu szczęka. Oparł się głę­biej w fo­telu, wy­stu­kał pal­cami rytm na bla­cie biurka, po czym się­gnął po ko­lejny pasz­te­cik.

– Ma pani szczę­ście, że sy­tu­acja zmu­sza mnie do ustępstw – po­wie­dział książę Ec­cess po chwili, gdy prze­łknął kęs. Pod­niósł stos pa­pie­rów. – Nie ma żad­nych no­wych zgło­szeń, choć ogło­sze­nie uka­zuje się od mie­sięcy. Na­wet gdy­by­śmy roz­po­częli po­szu­ki­wa­nia od nowa, mi­nę­łyby ty­go­dnie, za­nim uda­łoby się prze­pro­wa­dzić roz­mowę z nową kan­dy­datką. Zwłasz­cza zimą. – Wy­cią­gnął ku niej plik do­ku­men­tów. – Albo sły­szała pani, jak kosz­marna jest to praca, i pró­buje wy­ko­rzy­stać na­szą de­spe­ra­cję, albo sama znaj­duje się pani w tak roz­pacz­li­wym po­ło­że­niu, że go­towa jest przy­jąć po­sadę, któ­rej żadna po­rządna gu­wer­nantka by nie przy­jęła. Która z tych moż­li­wo­ści jest praw­dziwa?

Tem­pe­rance prze­łknęła ślinę. Choć bar­dzo tego nie chciała, mu­siała skła­mać.

– Je­stem nowa w Lon­dy­nie. Je­stem córką księ­ga­rza i dru­ka­rza z Che­shire i… mój oj­ciec nie­dawno zmarł. – To aku­rat nie było kłam­stwo i serce ści­snęło jej się z bólu. – Nie zo­sta­wił mi ni­czego. Dla­tego zna­la­złam się sama na ulicy po zmroku i nie mia­łam do­kąd pójść. Wa­sza Ksią­żęca Mość sam przed chwilą po­wie­dział, że jest zde­spe­ro­wany. Cóż… ja rów­nież.

Choć zmarsz­czył brwi, w jego oczach mi­gnęło współ­czu­cie.

– Gdzie spę­dziła pani ostatni ty­dzień?

– U matki przy­ja­ciółki. Zo­sta­łam tam dłu­żej, niż wy­pa­dało. – To rów­nież nie było cał­ko­wite kłam­stwo. Nie mu­siał wie­dzieć nic o przy­tułku, a pani Bar­ton z pew­no­ścią nie mia­łaby nic prze­ciwko temu, by zo­stała dłu­żej.

Książę Ec­cess wes­tchnął i przez chwilę mil­czał, po­grą­żony w my­ślach.

– Jak wy­glą­dała pani edu­ka­cja?

c sta­rała się nie drgnąć pod cię­ża­rem jego sta­lo­wego spoj­rze­nia i po raz ko­lejny wy­znała tylko część prawdy.

– Po­bie­ra­łam na­ukę aryt­me­tyki, geo­gra­fii, li­te­ra­tury, nauk przy­rod­ni­czych, ję­zyka fran­cu­skiego oraz hi­sto­rii. Matka nad­zo­ro­wała moją na­ukę ro­bó­tek ręcz­nych i mu­zyki. Mie­li­śmy nie­wielki for­te­pian. Oj­ciec po­zwa­lał mi ko­rzy­stać ze swo­jej bi­blio­teki, dla­tego do­brze znam po­etów i fi­lo­zo­fów.

– A jak za­mie­rza pani za­pa­no­wać nad dziećmi?

– Pań­skie dzieci są…

– To nie są moje dzieci.

Ru­mie­niec ob­lał jej po­liczki. Nie jego dziećmi? Czy to zna­czy, że nie był żo­naty?

– Och.

Przez chwilę wy­glą­dało na to, że książę Ec­cess po­zwoli jej trwać w nie­pew­no­ści, lecz po­tem zmarsz­czył brwi.

– To moi pod­opieczni. Osie­ro­cone dzieci mo­jego zmar­łego ku­zyna.

– A czy… czy Jej Ksią­żęca Mość bę­dzie uczest­ni­czyć w po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji do­ty­czą­cych ich wy­cho­wa­nia?

Za­milkł na mo­ment, po czym po­chy­lił się nad biur­kiem i przyj­rzał jej się jesz­cze uważ­niej, wy­wo­łu­jąc w niej dziwne, mu­su­jące drże­nie. Do­kład­nie tak jak wtedy, gdy ją po­ca­ło­wał. Znów zro­biło jej się go­rąco. Czuła się lekka, miękka i po­datna na wpływ jego obec­no­ści. Skóra mro­wiła i była bo­le­śnie wraż­liwa.

– Nie ma żad­nej „Jej Ksią­żę­cej Mo­ści”, panno Fields.

Dla­czego ta wia­do­mość przy­nio­sła jej ulgę, nie po­tra­fiła zro­zu­mieć. Po­winno być wręcz prze­ciw­nie. Po­winna się cie­szyć, że jest żo­naty i ma żonę. Cho­ciaż nie po­wstrzy­mało go to przed po­ca­ło­wa­niem ob­cej ko­biety na ulicy, więc za­pewne nie po­wstrzy­ma­łoby go rów­nież przed czy­nie­niem jej awan­sów, gdyby zna­la­zła się pod jego da­chem.

To była ko­lejna kwe­stia, któ­rej wcze­śniej nie roz­wa­żyła. Czy uzna, że może po­ca­ło­wać ją po­now­nie, kiedy zo­sta­nie gu­wer­nantką? Wy­ko­rzy­sta swoją po­zy­cję, by zmu­sić ją do rze­czy, któ­rych od niej za­pra­gnie?