Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
173 osoby interesują się tą książką
Spoliczkowała go na ulicy. Teraz jest guwernantką w jego domu.
Tamtej nocy Temperance uciekała przez Londyn, ratując własne życie. Nie spodziewała się nikogo spotkać, a już na pewno nie lekkomyślnego księcia na koniu, który miał czelność ją pocałować, zanim zdążyła poznać jego imię. Nie omieszkała powiedzieć mu, co o tym sądzi. A potem uciekła.
Dwadzieścia siedem dni. Tyle musi pozostać w ukryciu. W Boże Narodzenie skończy dwadzieścia jeden lat, przejmie należny jej spadek i raz na zawsze uwolni się spod władzy macochy. Posada guwernantki trójki niesfornych podopiecznych pewnego księcia wydaje się idealnym rozwiązaniem.
Dopóki Temperance nie rozpoznaje mężczyzny, którego zdążyła już obrazić. Dwukrotnie.
Octavius Everard, książę Eccess, wie, że jego nowa guwernantka coś ukrywa. Sam ma tylko jedną zasadę dotyczącą guwernantek i łamie ją szybciej, niż zdąży nalać sobie drinka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 470
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: Duke of Eccess
Przekład z języka angielskiego: Joanna Barbara Bernat
Copyright © Mariah Stone, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Qamber Designs and Media. Copyright © Stone Publishing.
Adaptacja okładki: Marcin Słociński
Redakcja: Maria Zając
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8153-190-9
Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.fi
Epigraf
Mądry, gdy pije, powinien się upić.
Upiciem chwilę są najsłodsze z młodu;
W miłości, sławie, złocie, winie skupić
Można nadzieje ludzi i narodu…
George Gordon Byron, Don Juan*
Niech toast wzniosą oczy twe,
a ja ci odpowiem oczyma;
lub zostaw pocałunek w szkle,
a ja nie będę szukać wina.
Ben Jonson, To Celia**
* George Gordon Byron, Don Juan, tłum. Edward Porębowicz, Warszawa 1885, s. 136. Tekst dostępny online w serwisie Polona: https://polona.pl/preview/9f93d676-9763-4fbd-a819-101f6f8026c0 [dostęp: 10.07.2026].** tłum. własne.Credo Siedmiu Książąt Grzechu
Po czwarte:
Dama, do której rości sobie prawa jeden z nas, jest zakazana dla pozostałych.
Rozdział 1
Londyn, 20 listopada 1814 roku
Coś było nie tak. Lady Agatha Temperance Hale wyczuła to w chwili, gdy otworzyła drzwi saloniku.
W niewielkim holu stał nieznajomy. Był młody i niski. Trzymał w rękach cylinder, jakby czekał tu już od dłuższej chwili. Jego bladoróżowa cera, dwa wystające przednie zęby i nerwowy sposób, w jaki rozglądał się na boki, sprawiały, że przypominał szczura.
– Proszę wybaczyć… – Skłonił się na jej widok. – Wygląda pani blado. Czy dobrze się pani czuje, panno…?
W ten uprzejmy sposób zapytał, jak się nazywa, a strach przeszył ją niczym ostrze. Temperance wyszła z saloniku do holu i skierowała się ku schodom.
– Fletcher.
Mimo szaleńczo bijącego serca zmusiła się do zachowania spokoju. Świat znał ją jako lady Agathę Hale – tak ją przedstawiano podczas przyjęć karcianych i tak się do niej zwracano na balach. Tylko papa znał drugie imię, które mama nadała jej na łożu śmierci… Temperance, co znaczy „umiarkowanie” lub „wstrzemięźliwość.” Tylko papa tak ją nazywał, a ponieważ kochała go nad życie, uważała to za swoje prawdziwe imię. Imię, którego nie powinna zdradzać.
Nazwisko Fletcher brzmiało obco na jej języku, lecz ten szczurzy nieznajomy nie zasługiwał ani na poznanie jej imienia, ani na choćby najmniejszą wskazówkę dotyczącą jej prawdziwej tożsamości. Zwłaszcza że agenci jej macochy mogli wciąż poszukiwać rzekomo Szalonej Dziedziczki, by wydać ją za okrutnego lorda Bartholomewa Langstona – albo zamknąć w zakładzie dla obłąkanych.
Mężczyzna najwyraźniej oczekiwał jakiegoś wyjaśnienia, więc Temperance dodała:
– Jestem nową towarzyszką pani Barton.
Nieznajomy ponownie się skłonił.
– Edmund Stokes, do usług, pani. Jestem kancelistą syna pani Barton. Pan Barton poprosił mnie, abym odebrał dokumenty, które tu wczoraj zostawił.
Temperance uśmiechnęła się sztywno. Czy widział jej strach?
– Oczywiście. – Choć w jej głosie pobrzmiewała uprzejmość, cofnęła się o jeszcze jeden krok.
Małe oczka pana Stokesa omiotły ją uważnie od stóp do głów.
– Pan Barton nigdy o pani nie wspominał.
Wszystkie instynkty krzyczały, że grozi jej niebezpieczeństwo. Pan Stokes interesował się nią zdecydowanie bardziej, niż wypadało obcemu mężczyźnie.
– Dołączyłam do pani Barton dopiero w zeszłym tygodniu.
Temperance cofnęła się jeszcze bliżej schodów. Kostką wyczuła pierwszy stopień, nie zamierzając ani na chwilę odwracać się do mężczyzny plecami. Kiedy zrobił krok w jej stronę, serce omal nie wyskoczyło jej z piersi.
– Obawiam się, że nie czuję się najlepiej i muszę się położyć – wymamrotała.
– Oczywiście. Mam nadzieję, że wkrótce się pani poprawi.
Temperance skinęła głową, odwróciła się i ruszyła po schodach tak spokojnie, jak tylko potrafiła. Dopiero gdy dotarła na półpiętro, obejrzała się przez ramię. Pan Stokes nadal ją obserwował. Miał lekko przechyloną głowę, a jego oczy zwęziły się w dwie wąskie szparki. Kiedy pospiesznie zmierzała do swojej sypialni, poczuła to całym swym jestestwem: jej kryjówka właśnie przestała być bezpieczna.
Do końca dnia trwała przy oknie wychodzącym na ulicę. Pani Barton zapewniała ją, że panu Stokesowi można ufać, ponieważ od dwóch lat pracuje w kancelarii jej syna. Mimo to Temperance wciąż była napięta jak struna. Jej macocha nie cofnie się przed niczym, by przejąć spadek. Torba przygotowana na ucieczkę – z zapasem ubrań, dodatkową parą butów, ciepłą chustą, kilkoma monetami oraz kawałkiem chleba i sera – leżała na łóżku. Tuż obok spoczywała jej pelisa.
Siedząc na parapecie, obserwowała nieliczne powozy przejeżdżające ulicą i przechodniów sporadycznie przemierzających tę skromną część miasta. Wkrótce popołudnie ustąpiło miejsca zmrokowi, a przesuwne okna ceglanych domów przy Cheapside rozbłysły ciepłym światłem.
Tego roku ostatnia niedziela przed adwentem przypadała wyjątkowo wcześnie. Była to już druga taka niedziela od śmierci jej papy, którego półtora roku wcześniej zabrał udar. Tego dnia każda rodzina zbierała się razem, by wymieszać ciasto na bożonarodzeniowy pudding i wypowiedzieć życzenia na nadchodzący rok. Papa zawsze oddawał jej pierwszeństwo przy mieszaniu. Zamykała wtedy oczy i życzyła sobie nowych książek, więcej czasu w jego laboratorium oraz tego, by ojciec przez kolejny rok pozostał zdrów.
Smutek przeszył jej pierś niczym nóż. Osiemnaście miesięcy temu trzymała go za rękę, gdy jego pełne miłości szare oczy spoczęły na niej po raz ostatni. Ból nigdy naprawdę jej nie opuścił.
Tęskniła za papą. Tęskniła za świątecznymi przygotowaniami w Auster Court, które właśnie o tej porze zaczynał organizować. Tęskniła za aparaturą do swoich eksperymentów z elektrycznością. Tęskniła za swoją pokojówką Millie.
Temperance odetchnęła z drżeniem, a na szybie osiadła delikatna mgiełka. Wkrótce wróci do domu. Wróci do swoich doświadczeń, do Millie, do wszystkiego, co przypominało jej ukochanego ojca. Musiała się ukrywać jeszcze tylko do Bożego Narodzenia, kiedy skończy dwadzieścia jeden lat. Wówczas macocha przestanie być jej prawną opiekunką. Temperance podpisze akt w kancelarii pana Bartona i wejdzie w posiadanie spadku pozostawionego jej przez papę.
Nigdy więcej chłodnego głosu lady Auster oznajmiającej, że jest „niezdolna do funkcjonowania w towarzystwie”, twierdzącej, że cierpi na „niezdrową fascynację elektrycznością” i „histerię wywołaną nadmierną lekturą”. Nigdy więcej kłódek na drzwiach laboratorium. Nigdy więcej lodowatych dłoni Bartholomewa, lorda Langstona, zaciskających się na jej nadgarstkach. Nigdy więcej szeptanych gróźb o tym, na co mężom wolno sobie pozwalać wobec żon.
Wyciągnęła z tego naukę. Przede wszystkim pragnęła niezależności i wolności. Nigdy nie wyjdzie za mąż – ani za Langstona, ani za kogokolwiek innego.
Przyszłość będzie należeć wyłącznie do niej.
Kolacja upłynęła spokojnie i bez rozmów. Pani Barton już spała, gdy Temperance wróciła na swoje miejsce przy oknie. Wtedy zobaczyła trzech mężczyzn przechodzących przez ulicę i kierujących się w stronę domu pani Barton. Żołądek ścisnął jej się ze strachu. To nie wróżyło nic dobrego.
Temperance wybiegła na korytarz, by podsłuchać, kim są przybysze. Stamtąd mogła spojrzeć w dół schodów, do holu, gdzie gospodyni właśnie otworzyła frontowe drzwi.
– Czy lady Agatha Hale jest w domu? – zapytał jeden z trzech mężczyzn. – Nazywam się Finch.
Pan Finch był niskiego wzrostu, a jego okrągła, niemal matczyna twarz sprawiała zaskakująco życzliwe wrażenie. Dwurzędowy brązowy płaszcz z wełny opinał jego pokaźny brzuch i szeroką pierś. Trudno było obawiać się kogoś o tak dobrodusznym wyglądzie.
– Poszukuję lady Agathy w imieniu jej ukochanej macochy – ciągnął pan Finch. – Hrabiny Auster. Stan umysłu jej pasierbicy budzi niepokój zarówno u niej, jak i u jej lekarza.
Temperance poczuła, jak jej serce zamiera.
Nikt nie wiedział, że tu przebywa – poza panem Bartonem, jego matką i służbą. Pan Barton był wiernym radcą prawnym jej ojca i chciał ją chronić. Co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Przez dwa tygodnie, które spędziła w domu pani Barton, nie pojawił się tu żaden gość. Nikt jej nie widział, poza służbą… i panem Stokesem wcześniej tego dnia.
Być może nigdy nie miała się przekonać, czy jej przeczucie względem pana Stokesa było trafne. Z pewnością jednak słusznie się niepokoiła. Ktoś przybył tutaj i szukał jej, używając jej prawdziwego nazwiska…
Istniało tylko jedno wyjaśnienie.
Odnaleźli ją. Przyjechali, by oddać ją w ręce hrabiny Auster i Bartholomewa, zmusić do małżeństwa z nim, aby przejąć kontrolę nad jej majątkiem… A potem Bóg jeden raczy wiedzieć, ile jeszcze siniaków pokryje jej ciało.
A jeśli nadal będzie odmawiać, zamkną ją w Bethlem Royal Hospital, zwanym Bedlam.
W zakładzie dla obłąkanych.
Wszystko dla spadku wartego trzydzieści tysięcy funtów.
Żołądek Temperance ścisnął się boleśnie. To był koniec.
Była w pułapce.
– Och, ja… ja… obawiam się, że zaszła pomyłka – wyjąkała gospodyni. – Nie ma tu żadnej takiej damy. Dobranoc.
Próbowała zamknąć drzwi, lecz zanim zdążyła to zrobić, wzrok pana Fincha powędrował ku schodom i napotkał spojrzenie Temperance.
W tej samej chwili z jego twarzy zniknęła uprzejma, serdeczna maska, odsłaniając prawdziwego łowcę. Przenikliwe brązowe oczy. Zimne. Inteligentne. Oczy psa tropiącego.
Temperance cofnęła się chwiejnie o krok.
Gdy gospodyni usiłowała zatrzasnąć drzwi, pan Finch pchnął skrzydło z taką siłą, że przygniótł kobietę do ściany. Zadziwiająco szybki jak na swój niski wzrost, już po chwili pędził po schodach, a jego dwaj towarzysze podążali tuż za nim.
Nie!
Temperance rzuciła się biegiem korytarzem do swojej sypialni, porwała torbę przygotowaną na ucieczkę i pelisę, po czym popędziła ku schodom dla służby. Ledwie czuła podłogę pod stopami. Ledwie słyszała własny urywany oddech i tupot butów trzech ścigających ją mężczyzn.
– Koniec ucieczki, lady Agatho!
Temperance otworzyła drzwi i rzuciła się w dół wąskich kamiennych schodów, z płucami ściśniętymi paniką.
Oddychaj. Po prostu oddychaj. Oddychaj… i biegnij.
Usiłowała nie potknąć się na kolejnym stopniu, gdy materiał sukni plątał się wokół jej kostek. Niezgrabnie narzucała na siebie pelisę. Dopiero wtedy miała wolne ręce, by unieść przeklęte spódnice. Jej prześladowcy byli szybsi, silniejsi i nie musieli walczyć z warstwami damskiego stroju. Temperance podciągnęła spódnice tak wysoko, jak tylko się odważyła, i popędziła w dół schodów ile sił w nogach.
– Lady Agatho! – dobiegło ją wołanie pana Fincha. – Proszę się zatrzymać!
Ani myślała.
Przemknęła korytarzem służby i minęła kuchnię, gdzie kucharka i pomywaczka krzyknęły ze zdumienia. Na końcu przejścia szarpnęła drzwi, wybiegła na tylne podwórze, przemknęła przez furtkę i pognała ulicą w ciemność listopadowej nocy.
Byli tuż za nią, lecz wciąż miała niewielką przewagę.
Na końcu ulicy obejrzała się przez ramię. Trzy masywne sylwetki wypadły przez furtkę. Zalała ją fala panicznego strachu. Przyspieszyła. Skręcając za róg, omal nie poślizgnęła się na oblodzonych kocich łbach, lecz rozpaczliwym wysiłkiem odzyskała równowagę. Biegła dalej. Płuca paliły ją żywym ogniem przy każdym łapczywym oddechu, a w uszach dudnił jedynie szaleńczy rytm jej własnego serca.
Ulice migały jej przed oczami, a zabudowa zmieniała się z każdym kolejnym zakrętem, gdy pędziła przez Cheapside. Skromne fasady ustępowały miejsca bardziej ozdobnym gzymsom i dekoracjom. W oknach paliły się światła, a za nimi zapewne siedziały szczęśliwe rodziny. Rodziny takie jak ta, którą utraciła.
Temperance przebiegała przez kolejne ulice, skręcając to w lewo, to w prawo, a potem znów w lewo przy każdym możliwym rogu. Musiała zostawić pana Fincha i jego ludzi jak najdalej za sobą, choć pierś bolała ją przy każdym oddechu, a nogi błagały o odpoczynek.
Na szczęście o tak późnej porze i przy tak przenikliwym chłodzie ulice były niemal puste. Minęła jedynie jeden powóz, którego pasażerowie patrzyli na nią z szeroko otwartymi oczami. Sporadyczne światło padające z okien pomagało jej odnaleźć drogę, lecz poza tym panowały takie ciemności, że często musiała zgadywać, dokąd biegnie.
Raz po raz oglądała się przez ramię, przekonana, że widzi mężczyzn wyłaniających się zza kolejnych rogów, i zmuszała wyczerpane ciało do dalszego wysiłku. Spódnice i torba ją spowalniały, policzki płonęły, gardło piekło od lodowatego powietrza, nogi odmawiały posłuszeństwa – a mimo to brnęła naprzód.
Kiedy po długiej, zdającej się nie mieć końca ucieczce wreszcie się zatrzymała i obejrzała się za siebie...
Nie było ich widać.
Mimo to nie odważyła się uznać, że udało jej się ich zgubić.
Gdy odzyskała choć odrobinę jasności umysłu, rozejrzała się wokół. Po obu stronach ulicy ciągnęły się nagie szkielety szeregowych domów w budowie. Wszędzie leżały przykryte śniegiem sterty cegieł i ziemi, deski oraz kamienie.
Gdzie ona właściwie była? Z pewnością nie w dzielnicy, w której powinna się znaleźć córka hrabiego.
Zdławiwszy narastającą panikę, szła dalej. Coraz częściej ślizgała się na błocie i lodzie, bo zmęczenie ciążyło jej w każdym mięśniu. Była spragniona i spocona, choć lodowaty wiatr bezlitośnie ciskał jej w twarz płatkami śniegu.
Dotarła do końca długiej ulicy pełnej niedokończonych domów. Nie mogła wiedzieć, co czeka za rogiem.
Świat eksplodował.
W niebo wystrzeliły rozbłyski złotego, błękitnego, różowego i pomarańczowego światła, przecinając powietrze i wpadając przez pozbawione szyb okna, puste framugi drzwi oraz nieukończone ceglane fasady nowych budynków.
Temperance zachwiała się i omal nie upadła na kolana. Fajerwerki?
Tętent galopujących kopyt. Krzyki mężczyzn. Tak właśnie wyobrażała sobie wojnę.
Co tu się, na Boga, działo?
Odzyskała równowagę i znieruchomiała. Oddech ugrzązł jej w gardle, gdy gorączkowo przenosiła wzrok między ciemnymi zakamarkami, w których mogli się kryć jej prześladowcy, a eksplozjami światła rozświetlającymi noc wokół niej. Co było groźniejsze – mężczyźni ścigający ją ulicami Londynu czy nagłe rozbłyski fajerwerków wybuchających w ciemności?
Z kłębów dymu i ognia wyrwał się galopem ogromny koń. Jeździec pochylał się nisko nad jego kasztanowym grzbietem, a poły płaszcza powiewały za nim niczym skrzydła. W jednej dłoni trzymał rzymską świecę, z której tryskały złote iskry. Twarz skrywał kapelusz jeździecki, a cienie całkowicie pochłaniały jego rysy.
Temperance powinna była uciekać. Ale nie miała już sił. Jej ciało zdrętwiało, a stopy zdawały się przyrośnięte do ziemi.
Zaraz umrze.
W ostatniej chwili mężczyzna szarpnął wodze, a ogromny wałach stanął dęba. Jeździec utrzymał się jednak w siodle. Obok nich przemknęło na koniach pięciu mężczyzn, jeden za drugim. Każdy trzymał własny fajerwerk i wykrzykiwał coś głośno, niemal dziko. Teraz wielki koń wydawał się bardziej przerażony niż wcześniej. Ponownie wspiął się na tylne nogi, wytrzeszczając oczy, a jego tylne nogi rozjechały się na lodzie. Runął na bok, przygniatając jeźdźca.
I nagle wszystko ucichło.
Przez chwilę Temperance nie mogła poruszyć nawet palcem. Jej ciało było jak wykuta z lodu rzeźba. Jakimś cudem nie zginęła.
Ale jeździec i kasztanowaty koń mogli nie mieć tyle szczęścia.
Nogi zwierzęcia leżały pod dziwnym kątem, a jego głowa gwałtownie się unosiła. Białka oczu były wyraźnie widoczne, nozdrza szeroko rozwarte, a wokół wędzidła pojawiła się piana. Wałach prychał gwałtownie, wyrzucając z siebie urywane, rozpaczliwe oddechy.
Mężczyzna został wyrzucony z siodła na bok. Jedna noga utkwiła pod koniem, zapewne zaplątana w strzemię. Tułów miał nienaturalnie skręcony, a rudobrązowy płaszcz podwinął się aż do pasa i nasiąkł błotem oraz śniegiem. Mrugał szybko, wyraźnie oszołomiony. Jęknął coś pod nosem, może przekleństwo, nie dosłyszała.
Para unosiła się z jego ust i z ciała ogromnego konia, razem tworzyli bezładną stertę.
Temperance się rozejrzała. Ulica była pusta.
– Zamierza mi pani pomóc czy nie? – odezwał się nagle jeździec.
Odchrząknęła, otrząsając się z resztek szoku.
– O-o-czywiście. – Padła obok niego na kolana, a serce tłukło się w jej piersi jak oszalałe. – Czy czuje pan nogę?
– Tak – odparł, krzywiąc się przy próbie poruszenia nią. – Ale nie mogę… nie mogę jej uwolnić.
Ruch jeźdźca najwyraźniej spłoszył konia. Zwierzę prychnęło i rozpaczliwie próbowało się podnieść, przebierając kopytami. Temperance cofnęła się, żeby zrobić mu miejsce. Kolana drżały jej ze strachu przed tak ogromnym stworzeniem. Nagle koń w jednym niezgrabnym, gwałtownym ruchu stanął na nogi. Zachwiał się, po czym pomknął przed siebie. Temperance patrzyła, jak galopuje ulicą. Jakieś trzydzieści jardów dalej wokół świateł zgromadziło się kilku mężczyzn – zapewne tam kończył się wyścig.
Odwróciła się z powrotem do leżącego mężczyzny.
Teraz mogła przyjrzeć mu się dokładniej. Miał zapewne niewiele ponad trzydzieści lat, może nieco mniej. Spod gęstych rudawobrązowych brwi patrzyły na nią brązowe oczy. Kapelusz z bobrowego filcu leżał kilka stóp dalej w błocie. Płaszcz podwinął mu się aż do pasa, odsłaniając potężne uda opięte jasnymi bryczesami z jeleniej skóry oraz wysokie, lśniące czarne buty.
Temperance wstrzymała oddech. Nie potrafiła odwrócić wzroku od zniewalającego jeźdźca. Rzeźbione rysy twarzy pod rozwianymi kosmykami włosów w kolorze ciemnego miodu. Wysokie kości policzkowe. Mocno zarysowana szczęka. Pełne, zmysłowe usta… Zdawał się mężczyzną, którzy przywykł sięgać po to, co czego pragnął. W mroku jego oczy wydawały się niemal czarne. Błyszczało w nich coś niebezpiecznego, coś, co wywołało w jej wnętrzu niezrozumiałe drżenie. Był w nich głód, surowy, nieskrywany, niemal pierwotny.
– Czy zamierza mi pani pomóc wstać, czy zostawi mnie tutaj, bym bohatersko skonał w błocie, niekochany i nieopłakany? – burknął.
Temperance przełknęła ślinę. Och, był niebezpieczny. I kuszący. Jak inaczej wyjaśnić to, że od dobrych dziesięciu minut nie mogła przestać się w niego wpatrywać?
Ale czy powinna mu pomóc? Z jednej strony dla młodej, niezamężnej kobiety dotykanie obcego mężczyzny w miejscu publicznym było nie do pomyślenia. Z drugiej ta jedna zasada dobrego wychowania zdawała się błaha wobec znacznie poważniejszego uchybienia, jakim było samotne przebywanie młodej niezamężnej kobiety na ulicy po zmroku.
A poza tym nie mogła zostawić rannego człowieka bez pomocy.
– Oczywiście – powiedziała uprzejmie. Ostrożnie odstawiła torbę z rzeczami na chodnik i wyciągnęła do niego rękę.
Temperance nie miała na sobie rękawiczek ani czepka, nawet szala. Padający śnieg kłuł jej nagą skórę niczym tysiące igieł. Kiedy mężczyzna ujął jej dłoń w swoją odzianą w rękawiczkę, uczucie lodowatego chłodu nagle ustąpiło miejsca gorącu. Poczuła miękkość jeleniej skóry, zapach nowego nubuku. W słabym świetle dostrzegła sygnet ozdobiony herbem rodowym. Przedstawiał dzika.
Po karku przebiegł jej dreszcz. Był arystokratą. Jakie było prawdopodobieństwo, że ją rozpozna? Nie przypominała sobie, by spotkała go podczas swojego pierwszego i jedynego sezonu towarzyskiego ponad dwa lata temu, lecz w bardziej konwencjonalnych okolicznościach wyglądałby z pewnością znacznie bardziej dystyngowanie.
Mężczyzna skrzywił się z bólu. Temperance odruchowo uklękła obok niego, wsunęła jedno ramię pod jego pachę, a drugą dłoń oparła na jego plecach. Przy jego pomocy uniosła go do pozycji siedzącej, po czym przesunęła się na bok i nadstawiła mu ramię, by mógł wstać.
Dopiero teraz uświadomiła sobie, o ile jest od niej wyższy. Był zresztą nie tylko wyższy, lecz także znacznie szerszy w ramionach i bardziej umięśniony. Po raz pierwszy w życiu mężczyzna opierał się o nią całym ciężarem ciała. Powinien jej ciążyć, a jednak wydał się zaskakująco przyjemny.
– Niech to diabli, właśnie kosztowała mnie pani fortunę – mruknął, gdy prowadziła go, wyraźnie utykającego na jedną nogę, ku ścianie najbliższego domu.
Dopiero gdy złapała oddech, dotarło do niej z całą mocą, że wyczuwa od niego silną woń alkoholu.
Na chwilę zabrakło jej słów. Jak śmiał ją o coś takiego oskarżać? I to jeszcze będąc pod wpływem trunku!
– Ja pana kosztowałam? – oburzyła się. – Przecież to pan omal mnie nie zabił! Pan i pański koń!
Poczucie winy i strach błyskawicznie ustąpiły miejsca gniewowi. Być może sprawiła to ucieczka przed panem Finchem. A może nagromadzone przez ostatnie dwa tygodnie napięcie i niepokój. Albo bezsilność i upokorzenia, których doświadczała przez ostatnie miesiące po śmierci papy. Zdrada jedynej rodziny, jaka jej pozostała – macochy i jej siostrzeńca, lorda Bartholomewa Langstona.
Pchana wściekłością, wskazała ręką ulicę.
– Co to za absurd? Fajerwerki? Wyścigi? W środku nocy i w pełnym galopie? Po co? Dla pieniędzy?
– Mężczyzna musi czasem poczuć, że żyje – burknął. – To miał być mój ostatnia szaleńcza przygoda. Moja ulubiona rozrywka. A więc, moja droga, jest mi pani coś winna.
Cóż za bezgraniczna bezczelność!
– Jestem panu coś winna? To niedorzeczne! Musi pan być pijany!
– Być może. Ale to jedna z przyjemności życia. Podobnie jak to…
Pochwycił ją w ramiona i zanim zdążyła zaprotestować, pocałował.
Może sprawiło to jego szerokie ciało, które otoczyło ją ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa, odgradzając od całego świata. Temperance uległa grzechowi jego miękkich ust i nie odepchnęła go od razu.
Przez dłuższą chwilę przyciskał usta do jej ust. Pachniał skórą, mokrą wełną, koniem, drzewem sandałowym, wanilią i drogim alkoholem – zapachami dobrze jej znanymi, a jednak teraz przemienionymi w coś zupełnie nowego. Smak jego ust przeszył ją dreszczem radości i rozkoszy, który dotarł aż do szpiku kości.
Kiedy wreszcie znalazła w sobie siłę, by oprzeć dłonie o jego pierś i odsunąć go od siebie, dyszała ciężko. On również.
Jego ciemne spojrzenie spoczywało na jej ustach, a na przystojnej twarzy błąkał się pełen uznania uśmiech.
– Jak pan śmiał?! – zawołała Temperance, czując, jak policzki płoną jej żywym ogniem.
Mężczyzna parsknął śmiechem.
– To tylko niewielka zapłata za ból i cierpienie, którego mi pani przysporzyła. Muszę przyznać, że całkiem satysfakcjonująca zapłata.
– Nie powinien pan tak mówić. Zachowuje się pan w sposób zupełnie niegodny dżentelmena!
– Czy ma już pani plany na dzisiejszy wieczór? – zapytał nieznajomy, całkowicie ignorując jej słowa.
– Słucham?
– Młoda, piękna kobieta sama w środku nocy w Clerkenwell. Bez czepka, bez rękawiczek… bez przyzwoitki. – Uśmiechnął się szeroko. – Jest pani ulicznicą, prawda?
Krew zastygła Temperance w żyłach.
To bezczelne przypuszczenie odebrało jej resztki tchu. Wściekłość uderzyła w nią niczym wezbrana fala i zanim zdążyła się opanować, jej ręka wystrzeliła w górę i…
Spoliczkowała go.
Głowa nieznajomego odskoczyła w bok, a dłoń Temperance zapiekła żywym ogniem. Jego skóra była gorąca, twarda i gładka, z ledwie wyczuwalnym śladem zarostu. Nie powinna była palić jej aż tak mocno.
– Nie jestem żadną ulicznicą! – wykrzyknęła, a oburzenie pulsowało w każdej kropli jej krwi. – A pan… pan… Jest pan człowiekiem zupełnie nieliczącym się z konsekwencjami! Obraża pan kobiety, naraża wszystkich wokół i samego siebie! Jest ciemno, czuć od pana alkohol, omal nie zabił pan mnie i tego pięknego zwierzęcia! A mogło być jeszcze gorzej, panie nikczemniku. Co by było, gdyby na pańskiej drodze znalazło się dziecko albo starsza osoba? Pędzi pan ulicami jak człowiek uciekający… przed czym? Przed duchami? Wspomnieniami? A może jest pan tak śmiertelnie znudzony swoim bogatym, pustym życiem, że nie potrafi ustać spokojnie choćby przez chwilę?
Mężczyzna gwałtownie odchylił głowę, jakby spoliczkowała go po raz drugi. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Za czarującą maską uwodziciela i rozpustnika kryło się coś zupełnie innego. Prawdziwy ból.
A zaraz potem gniew.
Nikczemnik, jak go nazwała, otworzył usta, najwyraźniej gotów odpowiedzieć ciętą ripostą, lecz zanim zdążył wydobyć z siebie choć słowo, za jej plecami rozległ się odgłos kroków.
O nie!
Temperance odwróciła się gwałtownie. Strach ponownie ścisnął jej serce i sparaliżował niemal wszystkie mięśnie. Była pewna, że odnaleźli ją trzej prześladowcy. Ale to był tylko jeden mężczyzna. Jeden z towarzyszy nieznajomego biegł w ich stronę. Poły jasnoszarego płaszcza furkotały za nim na wietrze, a jedną ręką przytrzymywał kapelusz jeździecki.
A Temperance nie mogła sobie pozwolić na ryzyko.
Co, jeśli tamten mężczyzna ją rozpozna? Cały Londyn wiedział o poszukiwaniach Szalonej Dziedziczki, a za jej odnalezienie obiecano pokaźną nagrodę.
A jeśli obaj uznali ją za ulicznicę? Co wtedy? Czy ten brutal mógłby próbować zmusić ją, by pojechała z nimi?
Nie. Musiała uciec, zanim kolejna osoba spróbuje przejąć kontrolę nad jej losem.
Temperance chwyciła torbę i pospiesznie skręciła w ciemną uliczkę.
– Proszę zaczekać! – dobiegło ją wołanie pierwszego mężczyzny. – Dokąd pani idzie? Proszę chwilę poczekać!
Zignorowała go. Obolałe nogi odmawiały posłuszeństwa przy każdym kroku, lecz zmuszała się do dalszego biegu. Skręcała raz w lewo, raz w prawo, klucząc nocnymi zaułkami, byle tylko zgubić pościg.
Dokąd właściwie miała się udać? Miała przy sobie zaledwie kilka monet. Za mało, by utrzymać się przez cały miesiąc.
W pamięci nagle pojawiło się wspomnienie. Czy nie czytała niedawno w gazetach o przytułku dla kobiet w Whitechapel?
Whitechapel…
Dzielnica pełna przestępców, tajemnic i niebezpieczeństw. Miejsce kłamstw i desperacji. Miejsce, do którego córka hrabiego i dziedziczka pokaźnego majątku pod żadnym pozorem nie powinna się zapuszczać.
A zatem właśnie tam musiała się ukryć.
Rozdział 2
– Odrobinę bardziej w prawo – usłyszał dziecięcy szept, po czym coś zimnego i mokrego przesunęło się po jego policzku.
Octavius Everard, książę Eccess, jęknął.
– Szybciej, budzi się – odezwał się drugi dziecięcy głos, starszy, należący do dziewczynki, a coś dotknęło czubka nosa Octaviusa.
W gruncie rzeczy Octaviusowi nie przeszkadzał chłód. Przynosił ulgę jego rozgrzanej skórze. Znacznie bardziej przeszkadzało mu to, że go obudzono, by musiał zmierzyć się z bólem głowy, który właśnie rozłupywał mu czaszkę na pół.
Machnął ręką, próbując odpędzić dzieci, i przewrócił się na bok. Pragnął jedynie znów zapaść się w błogą nieświadomość.
– Dorysuję jeszcze dwoje uszu – oznajmił z chichotem głębszy dziecięcy głos, chłopięcy.
Drewno stuknęło o szkło, coś zachlupotało, a chwilę później zimny, mokry przedmiot ponownie musnął jego czoło, kreśląc na nim jakiś wzór. Niestety, nie było już ucieczki. Im chłodniejsza stawała się jego twarz, tym bardziej się rozbudzał, a im bardziej odzyskiwał świadomość, tym wyraźniej odczuwał kolejny ból – w kostce. W kostce?
Właściwie bolało go całe ciało, nadwyrężone i wyniszczone latami dogadzania sobie. Nigdy dotąd nie zgadzał się tak bezwarunkowo z ostrzeżeniem swojego lekarza, że powinien zmienić tryb życia i nauczyć się umiaru.
Do diabła z umiarem.
– Doskonałe pociągnięcia pędzla – powiedział głos starszej dziewczynki z wyraźnym zadowoleniem. To była Margaret, jego czternastoletnia podopieczna.
Chwileczkę… Pociągnięcia pędzla? Czy to właśnie ta zimna wilgoć na jego twarzy?
Mimo to się nie poruszył. Byli rozentuzjazmowani. Chichotali. Śmierć matki i ojca odebrała im już i tak zbyt wiele dziecięcej beztroski. Dziesięć miesięcy wcześniej ich rodzice zginęli w pożarze domu przyjaciół rodziny, których odwiedzali. Na szczęście dzieci zostały wtedy w domu. Jeśli malowanie mu na twarzy uszu i wąsów sprawiało im radość, cóż, zniesie to. W końcu Octavius nie miał najmniejszego pojęcia, jak być opiekunem, na jakiego zasługiwały. Mógł więc przynajmniej być obiektem ich niewinnego figla.
– Ma taką sztywną, kwadratową szczękę, jak pudełko – odezwał się cienki głos ośmioletniej Sophie. – Jak domalujemy zarost, ten kwadrat będzie wyglądał bardziej jak prawdziwy podbródek.
Niech Bóg ma go w swej opiece. Coś wilgotnego musnęło go kilka razy tuż pod ustami. Octavius omal nie otworzył oczu, ale zdołał się powstrzymać.
– Ostrożnie! Jeśli go obudzimy, zaryczy jak dzik. – To był James, dwunastoletni brat Margaret i Sophie.
A James miał rację. Octavius był gotów zaryczeć jak dzik, widniejący w herbie jego rodu. Wkrótce to zrobi, lecz chciał im pozwolić na jeszcze chwilę niepohamowanej radości, nawet własnym kosztem. Może teraz, gdy skończyli już swoje malunki, znudzą się i sobie pójdą. Wtedy będzie mógł pospać jeszcze godzinę, jeśli Bóg pozwoli.
Sophie zachichotała.
– Śmierdzi mu z ust jak od panny Hammond po jej leczniczym toniku.
– Dlaczego dorosłym mężczyznom rosną włosy na twarzy? – zapytał James. – Też będę tak wyglądał, kiedy się zestarzeję?
Zestarzeję? Octavius omal nie odburknął, że trzydzieści jeden lat to dopiero początek życia.
– To dlatego, że służący jeszcze go nie ogolił – wyjaśniła Margaret z pewnością siebie właściwą najstarszemu dziecku. – Musiał wrócić dziś nad ranem.
– To bardzo do niego podobne – stwierdził surowo James tonem znawcy.
Naprawdę? Czy było z nim aż tak źle? Jaki przykład dawał, skoro jego dorastający podopieczny i zarazem obecny spadkobierca zdążył już uznać, że mężczyzna ma prawo prowadzić życie, którego celem jest jedynie zaspokajanie własnych pragnień?
– Nawet nie dotarł do łóżka – zauważyła Sophie.
– Czy to foie gras w jego włosach? – Głos Jamesa rozległ się bliżej. – Myślicie, że powinniśmy to wyciąć? Sophie, przynieś nożyczki.
Broń Boże. Tego było już dla Octaviusa za wiele. Stracił resztki nadziei na dalszy sen. Mimo bólu pulsującego pośrodku czaszki i w kostce otworzył jedno oko, a banda urwisów natychmiast cofnęła się o krok.
Sophie trzymała słoiczek z atramentem, w którym tkwił pędzelek.
– Dosyć. – Octavius zmrużył oczy przed chłodnym światłem sączącym się przez wysokie okna za jego plecami.
Jego gabinet miał być azylem, miejscem, w którym mógł liczyć na święty spokój. Sięgające sufitu mahoniowe regały i masywne dębowe biurko, odziedziczone po trzech pokoleniach książąt, dawały mu poczucie bezpieczeństwa. Uspokajała go ich znajoma obecność. Teraz jednak pomieszczenie cuchnęło rozlanym koniakiem i porażką, a dogasający ogień w kominku niewiele pomagał w walce z listopadowym chłodem.
Octavius zmarszczył brwi, spoglądając na swoich podopiecznych. Sophie i James odziedziczyli miodowy blond włosów, który od pokoleń występował w linii jego ojca. Loki Margaret były nieco jaśniejsze i niemal lśniły w świetle. Jak na swój wiek była wysoka, miała ładną twarz, zadarty nosek i bystre, błyszczące inteligencją oczy. Plecy trzymała prosto i jak zawsze ze wszystkich sił starała się zachowywać jak młoda dama.
Boże, przecież pamiętał jeszcze chrzciny każdego z nich. Wszyscy troje byli dziećmi lorda Juliusa Everarda, jego kuzyna ze strony ojca. A ponieważ Octavius pozostawał ich najbliższym żyjącym krewnym, dzieci powierzono jego opiece.
Opiece, której z całą pewnością nie potrafił im zapewnić.
Gdy Octavius jęknął i usiadł na sofie, troje urwisów wpatrywało się w niego szeroko oczami, w których mieszały się strach i rozbawienie. Każdy ruch przeszywał jego czaszkę i kostkę rozdzierającym bólem. Gdzieś na granicy świadomości mignęło mu wspomnienie zapachu lawendy i palącego ogniem policzka, lecz nie potrafił sobie przypomnieć dlaczego. Czy ktoś go uderzył? Nie byłoby to niczym zaskakującym.
– Pociągnięcia pędzla godne mistrza, dzieci – odezwał się męski głos po jego prawej stronie.
Pięć stóp dalej, wyciągnięty na szezlongu stojącym między dwoma regałami, leżał Sylvester, książę Irrevrence. Jedną rękę niedbale zarzucił nad głowę i obserwował Octaviusa z rozbawieniem malującym się na przystojnej twarzy.
Obok szezlonga stał fotel, w którym siedział Archibald, książę Enveigh. Założył nogę na nogę i spoglądał na Octaviusa z ponurą miną. Nosił doskonale skrojony zielony surdut, a na spinkach do mankietów widniał wąż – godło jego rodu.
– Już nie zaryczy jak dzik – stwierdził Archibald.
– Zamierzasz miauczeć czy mruczeć, Octaviusie? – dodał książę Irrevrence. – A nie, wyglądasz na zbyt zmęczonego. Może sykniesz?
Jego jasnoniebieskie oczy przyglądały się Octaviusowi z pobłażliwą wesołością. Przystojna twarz Sylvestra jak zwykle wyrażała obojętny dystans. Niezmiennie nosił ubrania w jasnych lub białych barwach – jakby kpił ze współczesnej mody nakazującej dżentelmenom wkładać ciemne surduty, co doskonale odpowiadało barwom jego rodu.
– Obaj patrzyliście, jak to robią – burknął Octavius, ściskając się za głowę. – Czy któremukolwiek z was choćby przemknęło przez myśl, żeby ich powstrzymać?
Sylvester wzruszył ramionami.
– Nie widziałem w tym nic złego. Należy wspierać dziecięcą kreatywność. Poza tym byłem ciekaw efektu końcowego.
Przeklinając w duchu poprzednią noc, Octavius jęknął, podniósł się i kuśtykając, podszedł do lustra. Nad brwiami namalowano mu dwa trójkątne uszy, na każdym policzku porośniętym jednodniowym zarostem widniały po trzy cienkie wąsy, czubek nosa pokrywało czarne kółko, a brodę szpeciły atramentowe plamy. Jego własne miodowoblond włosy, falowane i potargane, zdobił – jak trafnie zauważył James – zaschnięty kawałek foie gras.
Do licha.
Wciąż miał na sobie strój do jazdy konnej z poprzedniego wieczoru. Rozpięty i pognieciony kasztanowy płaszcz odsłaniał jasne bryczesy z jeleniej skóry, poplamione teraz błotem na kolanach. Wysokie czarne buty z miękkiej skóry, niegdyś wypolerowane na wysoki połysk, były porysowane i przygaszone ulicznym brudem. Kilka guzików białej lnianej koszuli pozostawało rozpiętych, biały halsztuk zwisał rozwiązany wokół szyi niczym flaga kapitulacji, a surdut był wygnieciony i usiany bliżej nieokreślonymi okruszkami. Oczy miał przekrwione, twarz bladą i opuchniętą, a do tego dokuczały mu mdłości i zawroty głowy.
Wyglądał dokładnie tak, jak się czuł: nędznie.
Zmarszczka między brwiami Archibalda jeszcze się pogłębiła.
– Zasłużyłeś sobie na to, żeby posłużyć za płótno dla tego arcydzieła.
Octavius pokręcił głową i kuśtykając, ruszył w stronę kredensu, na którym zawsze czekała taca z wyborem koniaków, porto i whisky.
Sylvester się roześmiał.
– Jakże typowe. Książę Enveigh jest zazdrosny.
Octavius nalał sobie koniaku do kieliszka.
– Czym tym razem zasłużyłem sobie na twoje niezadowolenie, Archibaldzie?
Sylvester uśmiechnął się pod nosem.
– Zabrałeś mnie na wczorajsze wyścigi konne, a o nim zapomniałeś.
Jak zwykle nalał do pierwszego z dwóch kieliszków koniaku aż po sam brzeg. James podszedł i stanął obok niego i obserwował go z nieskrywaną fascynacją.
– Wczoraj była ostatnia niedziela przed adwentem – mruknął Octavius, wpatrując się w wirujący w szklance złocisty płyn. – Doskonale o tym wiecie. Każdy sposób, by o tym zapomnieć, był usprawiedliwiony.
– Mogłem być przy tobie – powiedział cicho Enveigh. – Wiem, że to… trudny dzień.
Trudny dzień? To słowo w najmniejszym stopniu nie oddawało tego, co czuł. Dwadzieścia jeden lat temu ta niedziela zapoczątkowała najgorszy miesiąc w życiu Octaviusa, który zakończył się tym, że został na tym świecie zupełnie sam – dokładnie tak jak jego troje podopiecznych, którzy teraz nie mieli nikogo poza nim. A zasługiwali na kogoś znacznie lepszego.
Gdy napełnił trzeci kieliszek, James natychmiast go chwycił, powąchał z miną doświadczonego konesera, po czym mlasnął z uznaniem.
– Wyczuwam nuty… dębu i korzennej wanilii, z długim finiszem. Doprawdy wyborne.
Sylvester zachichotał.
– Brzmi zupełnie jak ty, Eccess.
Po plecach Octaviusa przebiegł zimny dreszcz. Nie tylko brzmiał jak on, prawda? James był dużym chłopcem, znacznie tęższym niż większość jego rówieśników – dokładnie tak jak sam Octavius w jego wieku. Była to cecha, której jego ojciec nigdy nie potrafił zaakceptować. Nieustannie wypominał mu tuszę, zarzucając lenistwo i brak umiaru, twierdząc, że przynosi hańbę szlachetnemu nazwisku.
– Zostaw to – powiedział Octavius, wyrywając Jamesowi kieliszek i rozlewając przy tym połowę zawartości na podłogę.
Nie zwróciwszy uwagi na zmarnowany alkohol, oszczędzając bolącą nogę, pokuśtykał do Archibalda.
Archibald uniósł podany mu kieliszek w geście toastu.
– Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego postanowiłeś udawać jednonogiego pirata?
– Moja noga ma się doskonale, dziękuję – burknął Octavius, przechodząc do Sylvestra, by wręczyć mu kolejny kieliszek. – I tak boli mniej niż mój portfel. Ta kobieta, która omal nie wpadła pod kopyta mego konia, kosztowała mnie akt własności mojej winnicy we Francji. Niewielkiej co prawda, ale produkującej znakomite wino do prywatnych zapasów.
– Kobieta? – powtórzył Enveigh.
Octavius ponownie usiadł na sofie. Na wspomnienie drobnej, tajemniczej kobiety, którą wziął za ulicznicę, w jego wnętrzu odezwało się zupełnie inne drżenie. Rozlało się przyjemne ciepło, niemal radość. Miała tak piękną twarz… smukłą, o wysokich kościach policzkowych, szlachetną, z wyraźnie zarysowaną szczęką i wąskim podbródkiem. Pełne usta, duże, niezwykle wyraziste oczy ocienione czarnymi, łukowato wygiętymi brwiami oraz łuk kupidyna, który wręcz prosił się o pocałunek.
Ale nie zawahała się rzucić słów, które ugodziły go prosto w serce. Pędzi pan ulicami jak człowiek uciekający… przed czym? Przed duchami? Wspomnieniami? A może jest pan tak śmiertelnie znudzony swoim bogatym, pustym życiem, że nie potrafi ustać spokojnie choćby przez chwilę?
Od lat nikt nie powiedział mu prawdy równie otwarcie. Być może nigdy.
Nawet policzek, który mu wymierzyła, bolał mniej niż te słowa.
A przecież miała rację. Achilles, jego piękny koń pełnej krwi, upadł. Mógł zabić tę kobietę, siebie, swojego wierzchowca, a przy okazji spalić pół Londynu, gdyby te przeklęte fajerwerki wleciały prosto przez okna. Nieważne, że domy stały puste – ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie… i byłaby to jego wina.
Lęk ścisnął Octaviusa od środka. Nie mógł przecież po prostu przestać. Co miał zrobić – wyrzec się jedynych rzeczy, dzięki którym czuł, że żyje? Gdyby tylko zwolnił tempo, duchy pochłonęłyby go bez reszty, wciągając z powrotem w głosy, tortury i cierpienie jego przeszłości.
– Tak, kobieta. Sprawiła, że Achilles upadł i przygniótł naszego przyjaciela, a potem uciekła – wyjaśnił Sylvester.
– Jak się ma Achilles? – zapytał Octavius, na chwilę zapominając o pulsującym bólu głowy. Ten koń od lat był jego najwierniejszym towarzyszem.
– Twój stajenny powiedział, że nie odniósł żadnych obrażeń – odparł Sylvester. – Choć muszę zauważyć, że okazałeś mu więcej troski jemu niż własnej kostce.
– A co z tą kobietą? – zapytał Archibald. – Kobieta samotnie włócząca się nocą po Clerkenwell… Ulicznica?
Sophie rozsiadła się wygodnie przy biurku Octaviusa, wyciągnęła kartkę i zaczęła rysować.
– Co to jest ulicznica? – zapytała.
A niech to diabli.
Sylvester wstał i podszedł do Sophie, zaglądając jej przez ramię.
Octavius potarł policzek, który wciąż pulsował bólem po uderzeniu tamtej kobiety.
– Nic takiego, moja droga. Panowie, raczcie pamiętać, że znajdujecie się w obecności dzieci. A tak w ogóle, gdzie jest panna Hammond?
James wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od pojedynkowego pistoletu ojca Octaviusa, wyeksponowanego na ścianie. Margaret podeszła do Sophie i pochyliła się nad jej rysunkiem, żeby pomóc jej coś naszkicować.
– To, że mnie spoliczkowała, i oburzenie, z jakim zareagowała na sugestię, że jest… tą, o której wspomnieliście, każą mi sądzić, że nią nie była – powiedział Octavius, upijając łyk koniaku.
– A jednak szanowane damy nie spacerują samotnie po zmroku – zauważył Irrevrence, przesuwając kciukiem po grawerunku zdobiącym kieliszek.
– Być może dopiero miała zostać ulicznicą – odparł Enveigh. – Jestem przekonany, że pomógłbym ci to ustalić, gdybym dostąpił zaszczytu otrzymania zaproszenia.
Irrevrence prychnął.
– Jesteś po prostu zazdrosny. Jak zawsze.
Enveigh posłał mu gniewne spojrzenie.
– Byłbym lepszym towarzyszem tej przejażdżki. Ciebie nic nie obchodzi.
– To, czy by mnie obchodziło, czy nie, i tak niczego by nie zmieniło. – Irrevrence przewrócił oczami.
– Owszem, zmieniłoby. Złapałbym ją.
Irrevrence zaśmiał się cicho i pokręcił głową.
– To bez znaczenia.
Dla Octaviusa miało znaczenie. Coś w tej kobiecie nie dawało mu spokoju. Być może jej szare oczy, przypominające srebrzyste niebo o tej porze roku, której nienawidził najbardziej – w tygodniach poprzedzających Boże Narodzenie.
– Bardzo twórcze, Sophie – powiedział Sylvester, poklepując ją po głowie, gdy rysowała atramentem za pomocą pędzelka. – Te króliki są wszystkie wyjątkowo… hojnie obdarzone przez naturę.
– Hojnie obdarzone? – Octavius wyciągnął szyję, by przyjrzeć się rysunkowi, i ciężko westchnął. Był kompletną porażką. Słodkie króliczki Sophie posiadały części ciała, o których ośmioletnia dziewczynka z całą pewnością nie powinna jeszcze nic wiedzieć.
Sophie nuciła przy tym melodię Panie Janie po francusku, tyle że zamiast niewinnego „pora spać?”, śpiewała „idź do diabła”.
Octavius jęknął. To dzieci trzymały guwernantkę w garści, a nie odwrotnie.
Za drzwiami rozległ się głośny huk, po którym nastąpił kobiecy pisk. Drzwi gwałtownie się otworzyły i ukazała się panna Hammond. Jej policzki płonęły czerwienią, a na schludnej czarnej sukni, przy samym dole, widniały przypalone ślady. Biały czepek przekrzywił się na bok i był upstrzony plamami atramentu. Lewa powieka drgała jej nerwowo, gdy patrzyła na dzieci z tłumioną wściekłością. Miała być surowa i stanowcza, żeby utrzymać swoich podopiecznych w ryzach, ale była już szóstą guwernantką, której dzieci pozbyły się w samym tylko tym roku.
Octavius upił kolejny łyk koniaku.
Margaret, James i Sophie zastygli na jej widok. Za umęczoną guwernantką Octavius dostrzegł system sznurków i bloczków, z kałamarzem zawieszonym nad drzwiami.
– Margaret – syknął.
To właśnie było specjalnością tej małej blond diablicy – wykorzystywała swój niezwykły talent do skomplikowanych obliczeń, by konstruować wymyślne pułapki i mechanizmy do psot.
Policzki Margaret oblały się szkarłatem, ale wyprostowała ramiona, uniosła podbródek i przyjęła najgodniejszą pozę, na jaką było ją stać.
– Z przyjemnością informuję, że przeprowadzony przeze mnie eksperyment zakończył się pełnym sukcesem.
Sylvester zachichotał.
– Bez wątpienia.
– A jaki był cel eksperymentu? – zapytał Archibald.
Dziewczynka natychmiast się rozpromieniła.
– Wyznaczyć dokładny kąt przechyłu kałamarza oraz czas, jaki powinien upłynąć od otwarcia drzwi do chwili, gdy atrament spadnie.
– Młoda dama nie powinna wymyślać takich psot – oznajmiła guwernantka, której twarz przybrała jeszcze intensywniejszy odcień czerwieni.
James jakimś sposobem zdobył kieliszek koniaku i pochylił się ku Sophie.
– Powiedz jeszcze raz te słowa… te, przez które panna Hammond upuściła wczoraj tacę z herbatą. Zobaczymy, czy znowu podskoczy!
Octavius patrzył, jak James naśladuje jego sposób degustowania koniaku, z mieszaniną przerażenia i wstydu. Co prawda alkohol ani razu nie dotknął ust chłopca, ale nie to było najgorsze. James przyswajał sobie jego najgorsze nawyki, nie najlepsze. Po śmierci rodziców Octavius zabrał go ze szkoły i nie chciał odsyłać z powrotem, dopóki chłopiec nie nauczy się lepszego zachowania. Powierzono mu opiekę nad tym trojgiem dzieci, a on zupełnie sobie z tym nie radził. Gdyby tylko wiedział, jak być kimś innym niż człowiekiem, na którego ukształtował go własny ojciec. Gdyby tylko wiedział, jak przerwać błędne koło, które nieświadomie przekazywał niewinnemu Jamesowi.
Sophie wyprostowała plecy i zaklęła po francusku:
– Do ciężkiej cholery.
Niech Bóg ma go w swojej opiece. Z pewnością nie były to słowa, które powinna znać ośmioletnia dziewczynka mająca pewnego dnia zostać damą wielkiego świata.
Irrevrence parsknął śmiechem.
– Sophie, moja droga, czy mogę cię adoptować?
Sophie uśmiechnęła się jeszcze szerzej, podczas gdy Octavius czuł, jak żołądek ściska mu się w supeł z rozpaczy.
– Sylvestrze, wcale nie pomagasz! – rzucił.
Te trzy małe istoty były tak drobne, tak kruche, a jednak sprawiały, że czuł się całkowicie bezradny. Sam nigdy nie zaznał szczęścia w dzieciństwie. Niewiele szczęścia zaznał również jako dorosły. Prędzej jednak umarłby, niż sprowadziły na nie nieszczęście. A skoro tak, pozostawało mu tylko jedno.
Usunąć się z ich życia.
Panna Hammond westchnęła z tak wielkim oburzeniem, że jej policzki jeszcze bardziej poczerwieniały.
– J-j-ja nigdy cię tego nie uczyłam, Sophie! Skąd znasz takie okropne słowa?
Margaret wzruszyła ramionami.
– To jeszcze nic. W zeszłym tygodniu słyszałam, jak ta Francuzka nazwała Jego Książęcą Mość… jak to było? „Wspaniałą bestią o apetycie dziesięciu mężczyzn”.
Panna Hammond westchnęła jeszcze głośniej.
– Margaret! Taki język jest absolutnie…
Ale Sophie przerwała jej z entuzjazmem, rzucając po francusku:
– Zamknij się i rzuć mnie na łóżko…
Guwernantka zdusiła kolejne oburzone westchnienie, lecz było oczywiste, że zupełnie nie potrafi nad nimi zapanować.
Nikt by nie potrafił.
Octavius jęknął w duchu. To była jego wina i w każdym z nich widział cząstkę siebie. Kochanka, którą utrzymywał, koniak, który pił, swoboda, na którą pozwalał Margaret przy jej eksperymentach – wszystko to obciążało wyłącznie jego sumienie. Dzieci źle się zachowywały, bo widywały go z kieliszkiem w ręku. Przeklinały, bo słyszały jego francuską metresę. Wykorzystywały matematykę do psot, zamieniając nawet jego próby wspierania ich edukacji w narzędzia chaosu.
Wiedział, że rozpaczliwie potrzebowały uwagi, ponieważ straciły rodziców, a on nie potrafił dać im ciepła i poczucia bezpieczeństwa, których łaknęły. Octavius nie był głupcem, ale nie znał też odpowiedzi. Wychował go potwór, który przepędził jego matkę, odbierając mu przy tym także maleńką siostrę, i nie wiedział, jak stać się kimś innym.
Mimo wszystko mógł zrobić chociaż tyle. Wyrwał Jamesowi kieliszek z koniakiem i cisnął go do kominka. Huk tłuczonego szkła i syk płomieni, które na moment wystrzeliły wyżej, nie przyniosły mu najmniejszej ulgi.
Sophie zachichotała, odgarniając za ucho niesforny kosmyk miodowoblond włosów, tak podobnych do jego własnych. Te dzieci były jego krwią, jego odpowiedzialnością, a mimo wszystkich jego braków pozostawały największą radością jego życia.
Nie mógł znieść widoku tego, czym się stawały. Musiał uciec.
– Panno Hammond – powiedział Octavius niskim głosem, ledwie panując nad gniewem i lękiem, które ścierały się w nim pod maską towarzyskiej ogłady. – Te dzieci najwyraźniej potrzebują bardziej uporządkowanych zajęć, które zajmą ich umysły i pozwolą spożytkować nadmiar energii. Być może bardziej wymagających ćwiczeń edukacyjnych albo aktywności fizycznej w ogrodzie. Bezczynność rodzi psoty.
On również nie mógł pozostawać bezczynny, jeśli chciał uciec przed mrokiem, który nieustannie go ścigał. Tak jak powiedziała poprzedniej nocy tajemnicza kobieta – uciekał przed duchami. A zatem zrobi to, co potrafił najlepiej: zanurzy się w przyjemnościach Londynu tak głęboko, by żaden wstyd, żadne poczucie winy ani strach nie mogły go dosięgnąć. Niech konsekwencje diabli wezmą.
– Enveigh, Irrevrence, chodźmy. Elizjum czeka.
Rozdział 3
Jeszcze dwadzieścia siedem dni.
Tyle tylko musiała przetrwać Temperance, by w dniu swych urodzin odzyskać wolność i majątek.
Zadrżała z zimna i szczelniej otuliła się pelisą. Późnolistopadowy wiatr hulający po Coburg Street w Mayfair przenikał przez wszystkie warstwy jej ubrań. Niebo było ciężkie i ołowiane, a gwałtowne podmuchy śniegu smagały jej twarz, kłując skórę niczym tysiące igieł.
Choć pobliski kościół dopiero co wybił południe, ulica wydawała się pogrążona w mroku. Zanosiło się na śnieżycę.
Ostatni tydzień spędziła w przytułku dla kobiet w Whitechapel, prowadzonym przez pannę Grace Lockhart, z całą zaciekłością starając się nie myśleć o pocałunku tamtego nikczemnika na ulicy. Nie mogła jednak zostać w ochronce dłużej. Każdego dnia przybywały nowe ciężarne kobiety i młode matki, które znacznie bardziej od niej potrzebowały schronienia przed zimą. Nadszedł czas, by ruszyć dalej.
A rozwiązanie znajdowało się tuż przed nią. Piękny londyński dom należący do księcia Eccess, który – jak głosiło ogłoszenie zamieszczone w „London Times” – poszukiwał guwernantki dla trojga dzieci. Była to dla Temperance szansa, by ukryć się na widoku, pozostać niewidzialną dla towarzystwa, które bez trudu rozpoznałoby w niej lady Agathę Hale, Szaloną Dziedziczkę. Nie odpowiedziała na ogłoszenie listownie, jak przyjęło się robić, ponieważ zwyczajnie zabrakło jej czasu. Jej szanse były więc niewielkie.
Mimo to musiała spróbować.
Ściskając mocno w dłoni swoją torbę, ruszyła ku domowi. Był ogromny – czteropiętrowy budynek bez trudu pomieściłby trzy londyńskie rezydencje jej ojca. Tamta znajdowała się zaledwie sześć ulic dalej i to właśnie tam zapewne przebywali teraz jej macocha i Bartholomew, przeczesując Londyn w poszukiwaniu śladu zbiegłej dziedziczki. Nieskazitelnie biały gmach, wzniesiony w stylu palladiańskim, z wysokimi wykuszowymi oknami, zdobiła kompozycja przedstawiająca grecki panteon. W jej centrum znajdował się Dionizos, bóg wina i uciech, z wieńcem bluszczu na głowie i kiścią winogron w dłoni.
Zwykle rześki zapach śniegu unoszący się w powietrzu napełniał Temperance radością i poczuciem domowego bezpieczeństwa. Papa przygotowywałby się właśnie do jej urodzin, zamieniając cały okres adwentu w pasmo niespodzianek. Zaszywali się wtedy razem w domu, przeprowadzali doświadczenia, czytali książki i dyskutowali o nauce przed płonącym kominku w jego bibliotece.
Teraz… Stojąc samotnie na ulicy, bez domu, który chroniłby ją przed zimnem, Temperance nigdy jeszcze tak dotkliwie nie odczuwała nieobecności ojca. Łzy zapiekły ją pod powiekami, gdy zatrzymała się przed szerokimi schodami prowadzącymi do drzwi wejściowych, ukrytych pod portykiem wspartym na kolumnach. Musiała jedynie zrobić to, czego nauczył ją papa: przyjrzeć się własnym uczuciom i emocjom. Przyjąć smutek, rozpacz i gniew. Pozwolić im wybrzmieć, odzyskać panowanie nad sobą, a potem wejść po tych schodach i zapukać do drzwi. Tam czekało ją najtrudniejsze przedsięwzięcie w całym jej życiu. Musiała sprzedać samą siebie.
Ale zanim Temperance zdążyła postawić pierwszy krok, wielkie ciemne drzwi wejściowe otworzyły się z głośnym trzaskiem i wybiegła przez nie siwowłosa kobieta w brązowej sukni. Jej pelisa była rozpięta, a z niewielkiej podróżnej torby, którą ściskała w dłoni, wystawał skrawek ubrania. Oczy miała szeroko otwarte, podczas gdy surowe jajko powoli spływało po jej twarzy spod przekrzywionego czepka.
Na dole schodów zatrzymała się, wyciągnęła chusteczkę i zaczęła wycierać jajko z pelisy.
Temperance podeszła bliżej.
– Nic pani nie jest?
Kobieta prychnęła.
– Już nie. Od chwili, gdy opuściłam ten dom!
Temperance przebiegł nerwowy dreszcz. Umierała z ciekawości, kim była ta kobieta i co doprowadziło ją do takiego stanu – nie wspominając już o jajku spływającym po jej twarzy – ale nie odważyła się pytać.
– Czy to Dulcis Court?
Kobieta gwałtownie uniosła głowę i zmierzyła Temperance uważnym spojrzeniem.
– A dlaczego pani pyta?
– Chcę ubiegać się o posadę guwernantki. W odpowiedzi na ogłoszenie.
Kobieta odchyliła głowę i wybuchnęła śmiechem przypominającym krakanie wrony. Wyglądała, jakby znajdowała się na granicy histerii.
– Proszę mnie posłuchać. Niech się pani odwróci i odejdzie! Te małe diabły doprowadzą panią do obłędu.
Chwilę później już jej nie było. Obcasy stukały nerwowo o kamienne płyty chodnika, gdy oddalała się w pośpiechu.
Żołądek Temperance ścisnął się w złym przeczuciu. Czy te dzieci naprawdę rzuciły kobiecie jajkiem w twarz? Jak bardzo mogły być nieznośne?
Tak czy inaczej, wyglądało na to, że stanowisko guwernantki właśnie się zwolniło.
Musiała zaryzykować. Nie miała pieniędzy ani żadnego innego miejsca, gdzie mogłaby się ukryć. Guwernantka miała status zbliżony do służby. Przebywała głównie w szkolnej sali i dziecięcych sypialniach, niemal nigdy nie widując pana ani pani domu. To odpowiadałoby jej idealnie aż do Bożego Narodzenia.
Boże Narodzenie i wolność.
Temperance weszła po schodach i zapukała.
Drzwi otworzył kamerdyner – mężczyzna około pięćdziesiątki – który zmierzył ją chłodnym spojrzeniem.
– Tak?
– Dzień dobry – powiedziała najpogodniej, jak umiała, choć puls czuła aż w koniuszkach palców. – Przyszłam w sprawie posady guwernantki.
– Czy jest pani umówiona?
– Nie. Ale miałam nadzieję…
Z wnętrza domu, gdzieś za plecami kamerdynera, dobiegł kobiecy krzyk. W jasno oświetlonym holu wejściowym panował istny rozgardiasz. Jedna pokojówka ścierała kurz z kredensu, druga zamiatała podłogę. Trzech lokajów niosło tace z jedzeniem. Tuż za nimi podążało troje dzieci – złotowłosa młoda dama wchodząca właśnie w wiek młodzieńczy, znacznie młodsza dziewczynka oraz chłopiec w wieku między nimi. Chłopiec podkradał jedzenie z tac, a młodsza dziewczynka podstawiła jednemu z lokajów nogę. Taca z ciastkami poszybowała w powietrze, wypieki rozsypały się po podłodze, a sama taca odbiła się od płytek z głośnym brzękiem.
Przez otwarte drzwi Temperance dostrzegła piękne pomieszczenie przygotowywane do wieczornego przyjęcia. To z pewnością nie wróżyło nic dobrego. Czy taki chaos był tu normą? Odpowiadać za niesforne dzieci to jedno, ale znaleźć się w domu, w którym nieustannie odbywają się spotkania towarzyskie, to zupełnie co innego – zwłaszcza że Londyn był o tej porze niemal pusty, ponieważ większość śmietanki towarzyskiej spędzała zimę w swoich wiejskich posiadłościach.
Być może powinna poszukać innego rozwiązania. Innego domu, w którym potrzebowano guwernantki…
– Proszę wybaczyć – powiedziała słabo, odwracając się. – Chyba jednak powinnam…
Nie zdążyła dokończyć zdania. Przez śnieżną zawieję nadjechał galopem potężny mężczyzna na przepięknym kasztanowatym koniu i zatrzymał się gwałtownie tuż przed domem. Potężne rozmiary zwierzęcia, imponująca postura jeźdźca i mistrzostwo, z jakim opanował wierzchowca, sprawiły, że przeszył ją nagły dreszcz. Nie widziała jego twarzy. Mężczyzna przytrzymywał czarny cylinder, a poły kasztanowego płaszcza zasłaniały sylwetkę, gdy wszedł po schodach i minął ją w drzwiach. Jego zapach był jednak znajomy – skóra, koń, drzewo sandałowe, wanilia i drogi alkohol. Kiedy przechodził obok, Temperance zauważyła, że lekko utyka, oszczędzając jedną nogę.
– Wasza Książęca Mość – powitał go kamerdyner, kłaniając się i odbierając od niego cylinder, a następnie płaszcz.
– Powinnam już iść… – wymamrotała Temperance, gorączkowo zastanawiając się, jak przecisnąć się obok mężczyzny i wydostać z domu.
Ale jej wzrok mimowolnie powędrował ku kasztanowemu płaszczowi z długimi połami, idealnie podkreślającemu szerokie barki i plecy zniewalającego jeźdźca. Talia była proporcjonalnie wąska, biodra znacznie smuklejsze od potężnej sylwetki, a bryczesy do jazdy konnej ciasno opinały muskularne uda…
Odwrócił się i Temperance doznała prawdziwego wstrząsu. Był olśniewający. Równie imponujący jak Ben Nevis, najwyższa góra Wielkiej Brytanii, na którą papa zabrał ją kiedyś podczas jednej z ich podróży po kraju. Miodowoblond włosy miał potargane przez wiatr i jazdę konną, a topniejący śnieg pozostawił na nich wilgotne pasma. Był wysoki i niezwykle przystojny – o idealnie zarysowanej szczęce, wyraźnych kościach policzkowych i ciemnobrązowych oczach, które błyszczały głodem, gdy patrzył na nią spod przewróconego konia…
Jej intuicja jej nie zawiodła. To był mężczyzna, który omal nie zabił jej tydzień wcześniej.
Jego oczy zwęziły się z wyraźnym zainteresowaniem, które sprawiło, że jej ciało zalała nieoczekiwana fala ciepła.
– Czy mogę pani w czymś pomóc, panno…?
Nie rozpoznał jej… prawda? „Wasza Książęca Mość” – powiedział przed chwilą kamerdyner.
O nie. Czy to właśnie był książę Eccess? Mężczyzna, który zamieścił ogłoszenie?
Temperance nagle zabrakło tchu. Gorąco zapłonęło na jej policzkach. Stała twarzą w twarz z człowiekiem, który nie tylko skradł jej pierwszy pocałunek… ale również nazwał ją ulicznicą i naraził jej reputację!
Spoliczkowała księcia!
Przez cały miniony tydzień myślała o tamtym pocałunku, choć robiła wszystko, by wyrzucić go z pamięci. To wspomnienie ogrzewało ją podczas zimnych nocy w przytułku. Sama myśl o pracy dla niego, o mieszkaniu z nim pod tym samym dachem, sprawiała, że grunt usuwał jej się spod nóg. Nerwy drgały w całym jej ciele i czuła się niczym instrument, którego struny wibrują od niesłyszalnej melodii.
Co ona wyprawiała? Przyjęcie posady guwernantki w domu tego człowieka byłoby najgorszym pomysłem, jaki mogła mieć. Powinna się odwrócić i odejść. Natychmiast.
A jednak Temperance nie potrafiła się ruszyć. Przyciągał ją do siebie samym spojrzeniem, gdy patrzył na nią z rosnącą ciekawością… aż nagle zdumienie w jego ciemnych oczach ustąpiło miejsca niedowierzaniu i mężczyzna zamrugał. Książę Eccess zmarszczył brwi. Zacisnął pięści, a jego ramiona zesztywniały. Oddech wyraźnie mu przyspieszył, pierś unosiła się i opadała coraz szybciej. Musiał ją rozpoznać. I z pewnością był na nią wściekły.
Doskonale. I tak nie chciałby jej zatrudnić – nie po tym, jak go obraziła, pozwoliła mu się pocałować, a potem wymierzyła mu policzek.
Żadne z nich tego nie chciało.
– Ta pani przyszła w sprawie ogłoszenia o pracę guwernantki – wyjaśnił kamerdyner.
– Mamy już guwernantkę, Jacobsie – odparł książę.
Kamerdyner pokręcił głową.
– Obawiam się, że panna Hammond właśnie odeszła.
Książę westchnął przeciągle z wyraźną irytacją, a szczęka mu zadrżała, jakby z trudem tłumił gniew. Gdy z salonu dobiegł huk tłuczonej porcelany, a zaraz potem kobiecy okrzyk zaskoczenia i oburzenia, zazgrzytał zębami w narastającej irytacji.
– Właśnie wychodziłam – powiedziała Temperance i się odwróciła.
– Ta dama wspomniała, że nie była umówiona – dodał kamerdyner. – A może jednak Wasza Książęca Mość się jej spodziewał?
Książę Eccess zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów i zmrużył oczy. Pojawił się w nich błysk. Błysk, który Temperance bardzo się nie spodobał.
– W istocie, właśnie na nią czekałem – odparł książę. – Proszę wejść, panno…?
Jej myśli pędziły jak szalone.
– Fields – odpowiedziała, przypominając sobie nazwisko, które wcześniej rozważała. Nie mogła już używać nazwiska Fletcher, skoro ludzie wynajęci przez lady Auster o nim wiedzieli. – Panna Temperance Fields.
Mogła ukryć się pod dowolnym imieniem, ale wybranie własnego wydawało się błogosławieństwem. Temperance miała być ochroną, znakiem od ojca, który pomoże jej przetrwać najbliższe tygodnie, pozostać przy życiu i odzyskać należny spadek.
Papo, pomóż mi, modliła się w duchu.
– Obawiam się jednak, że muszę już iść… – powiedziała Temperance, czując, jak opuszcza ją resztka stanowczości.
Nie miała dokąd pójść. Nie chciała nadużywać gościnności przytułku, zwłaszcza że był przepełniony. Jeśli odejdzie teraz, będzie musiała spędzić noc na ulicy, w przenikliwym zimnie. Przy odrobinie szczęścia znalazłaby może kościół, w którym mogłaby się ukryć do rana.
Z całą pewnością nie mogła zostać tutaj.
Spojrzenie księcia Eccess spoczęło na niewielkiej torbie, którą ściskała w dłoniach.
– Jest pani tego pewna? Tak się składa, rozpaczliwie potrzebujemy guwernantki, a pani przyszła właśnie w sprawie tej posady.
Lodowaty podmuch wiatru sprawił, że Temperance zadrżała. Śnieg smagnął ją po twarzy ostrymi drobinami. Nie pomyliła się – nad Londyn nadciągała prawdziwa śnieżyca. Noc pod gołym niebem oznaczałaby niemal pewną śmierć. Czy przy tym wszystkim zostanie guwernantką w tym domu naprawdę było aż tak złym pomysłem? Co stanowiło większe niebezpieczeństwo – lekkomyślny książę jako pracodawca czy przenikliwy mróz na ulicy?
– Dobrze – odpowiedziała.
Kamerdyner skinął głową i odsunął się, wpuszczając ją do środka właśnie w chwili, gdy troje dzieci wybiegło z salonu i pomknęło po schodach na górę.
Temperance aż podskoczyła, gdy książę zawołał za nimi:
– Wiem, co zrobiliście! Panna Hammond właśnie zrezygnowała z posady!
Pojawił się lokaj niosący tacę z niewielkimi przekąskami przypominającymi paszteciki z mięsnym lub wątrobianym farszem, podobnym do foie gras, udekorowane świeżymi gałązkami ziół. Książę Eccess sięgnął po jeden z nich i zaczął żuć, posyłając dzieciom gniewne spojrzenie.
W odpowiedzi rozległ się ich chichot. Gdy Temperance zdjęła pelisę i podawała ją kamerdynerowi, Jacobsowi, chłopiec wyciągnął drewniane pudełko, otworzył je, a ze środka wybiegły trzy małe, szare futrzaste kulki, które popędziły po schodach w dół i zniknęły w salonie. Powietrze przeszył kolejny kobiecy krzyk – prawdopodobnie jednej ze służących – a zaraz potem rozległ się brzęk sztućców rozsypujących się po podłodze. Dzieci wybuchnęły śmiechem na szczycie schodów.
– Są niewątpliwie bardzo inteligentne – powiedziała Temperance, obserwując uważnie wszystkich troje. – Być może jednak powinny skierować swoje talenty ku zajęciom nieco mniej… mysim. A jeśli chodzi o myszy, wystarczy kot.
Przechylił głowę, a w kącikach jego brązowych oczu pojawiły się zmarszczki rozbawienia.
– Proszę za mną.
Gdy weszli do jego gabinetu, usiadł za wielkim biurkiem i nalał sobie do kieliszka ciemnego trunku. Kamerdyner postawił na blacie tacę z przekąskami i wyszedł. Wszystko w tym pomieszczeniu przywodziło na myśl wygodę i beztroskie przyjemności. Sofa wyglądała na dużą i miękką, a pokrywające ją poduszki – na aksamitne w dotyku. Marmurowy kominek, w którym wesoło trzaskał ogień, dawał kojące ciepło, budząc w Temperance niemal nieodpartą pokusę, by wyciągnąć dłonie ku płomieniom i ogrzać przemarznięte palce. Zasłony były ciężkie i pluszowe, dywan miękki i czerwony. Na ścianach nie wisiały wyłącznie marynistyczne sceny sztormów ani portrety surowych książąt z poprzednich pokoleń. Część z obrazów przedstawiała skąpo odziane kobiety grające na instrumentach, odpoczywające w kuszących ogrodach lub oddające się słodkim przyjemnościom. Na innych płótnach wibrowały kolorami stoły uginające się od owoców, win, serów, mięs i deserów.
Książę Eccess siedział wygodnie w swoim fotelu niczym panna i władca tego domu. Uniósł kieliszek, zaczerpnął głęboko aromatu trunku, po czym z widocznym zadowoleniem upił łyk.
– Kot mógłby pani zdaniem rozwiązać problem myszy w moim domu. – Spojrzał na nią spod kasztanowych brwi. – Czy ma pani dla mnie jeszcze jakieś wskazówki? Jakieś dodatkowe uwagi dotyczące mojego zachowania, poza tymi, które tak wymownie przedstawiła mi pani tydzień temu?
Temperance poczuła, że jej policzki oblewają się rumieńcem.
– Nie mam.
– Hm. A więc nie zamierza mnie pani przeprosić za tak bezceremonialne zruganie mnie? Ani za uraz nogi, którego doznałem?
– To nie przeze mnie doznał pan urazu, Wasza Książęca Mość. Sam jest pan sobie winien. Powiedziałam już wtedy, że narażał pan zarówno siebie, jak i innych.
– Panno Fields, czy nie zapomina pani przypadkiem, że to ja mogę dać pani posadę, której pani szuka?
Milczała. Serce waliło jej jak młotem, podczas gdy wichura szarpała szybami.
Książę westchnął, wyciągając rękę.
– Proszę zatem o wykaz poprzednich posad.
Żołądek ścisnął jej się z niepokoju.
– Obawiam się, że go nie posiadam.
– A formalne wykształcenie?
Przełknęła ślinę.
– Żadne.
– Żadne? – Uniósł brwi. – Nie zamierza mi pani nawet spróbować zaimponować?
Zanim zdołała się powstrzymać, poczuła, jak budzi się w niej gniew.
– Wasza Książęca Mość jest w błędzie. To pan, jako mój przyszły chlebodawca, powinien starać się zaimponować mnie.
Książę Eccess roześmiał się, po czym wsunął do ust kolejny pasztecik. Zamknął oczy na krótką chwilę, najwyraźniej delektując się smakiem, a następnie otworzył je ponownie. Przez moment zastanawiała się, czy nie zaproponuje jej poczęstunku. Oczywiście jednak książę nie dzieliłby się jedzeniem ani napojem ze służącą. Musiała pamiętać, że nie powinna oczekiwać, iż będzie traktował ją jak równą sobie. Nie była już damą.
Przynajmniej nie do Bożego Narodzenia.
W ciepłym spojrzeniu jego brązowych oczu igrało rozbawienie, gdy przyglądał się jej uważnie, rejestrując każdy szczegół – włosy, twarz, ubranie. Bycie w centrum uwagi tego wielkiego, niezwykle przystojnego mężczyzny było… oszałamiające. Co się z nią działo? Skąd brało się to gorące mrowienie rozlewające się po całym ciele? Ten brak tchu? To dziwne odrętwienie, przez które myśli ulatywały jej z głowy? Dobry Boże. Ona się pociła.
Czy naprawdę tak bardzo przejmowała się tym, jakie robiła na nim wrażenie?
Temperance nigdy szczególnie nie zwracała uwagi na swój wygląd. Zwykle bez zastrzeżeń akceptowała to, co Millie robiła z jej włosami i garderobą. Teraz jednak po raz pierwszy zapragnęła wyglądać atrakcyjnie. Włosy uczesała sama, spinając je w kok tak ciasno, jak tylko potrafiła. Miała na sobie suknię, której nie zmieniała od tygodnia; na niebieskiej wełnie wciąż widniały zaschnięte brązowe plamki po gulaszu. Dbanie o wygląd nie należało w przytułku do rzeczy łatwych. Po raz pierwszy zaczęła dostrzegać każdą zmarszczkę na materiale, każdy włosek i pyłek przyczepiony do sukni. Niespokojnie poruszyła się na krześle.
– Czy byłaby pani tak uprzejma wyjaśnić mi, co guwernantka robiła samotnie na ulicy tak późną porą, bez przyzwoitki?
Temperance posłała mu gniewne spojrzenie.
– A czy Wasza Książęca Mość życzy sobie, bym opowiedziała wszystkim, że to pan pędził ulicami z fajerwerkami, narażając Londyn na pożar i całując niewinne kobiety?
Jego spojrzenie stwardniało niebezpiecznie. Pochylił się nad biurkiem, opierając łokcie o blat.
– Czy to groźba?
– To zależy od pana, Wasza Książęca Mość.
Temperance przełknęła ślinę, sama nie mogąc uwierzyć, że zdobyła się na taką zuchwałość.
– Nie sądzę, panno Fields, by znajdowała się pani w położeniu pozwalającym na wysuwanie gróźb. – Jego głos stał się chłodniejszy. – Czy zdaje sobie pani sprawę, jak podejrzanie wygląda cała ta sytuacja? Samotna kobieta błąkająca się po zmroku. Kobieta, która obraziła księcia, pozwoliła mu się pocałować, a teraz zjawia się w jego domu bez wcześniejszego umówienia wizyty, bez odpowiedzi na ogłoszenie, bez jakichkolwiek dokumentów potwierdzających jej kwalifikacje… i najwyraźniej z całym swoim dobytkiem przy sobie… A mimo to oczekuje pani, że powierzę pod jej opiekę troje dzieci?
Nie odwróciła wzroku.
– A czy Wasza Książęca Mość oczekuje, że będę zachwycona perspektywą pracy w domu człowieka tak lekkomyślnego, że oddając się przyjemnościom, nie zastanawia się nad konsekwencjami, jakie grożą innym?
Drgnęła mu szczęka. Oparł się głębiej w fotelu, wystukał palcami rytm na blacie biurka, po czym sięgnął po kolejny pasztecik.
– Ma pani szczęście, że sytuacja zmusza mnie do ustępstw – powiedział książę Eccess po chwili, gdy przełknął kęs. Podniósł stos papierów. – Nie ma żadnych nowych zgłoszeń, choć ogłoszenie ukazuje się od miesięcy. Nawet gdybyśmy rozpoczęli poszukiwania od nowa, minęłyby tygodnie, zanim udałoby się przeprowadzić rozmowę z nową kandydatką. Zwłaszcza zimą. – Wyciągnął ku niej plik dokumentów. – Albo słyszała pani, jak koszmarna jest to praca, i próbuje wykorzystać naszą desperację, albo sama znajduje się pani w tak rozpaczliwym położeniu, że gotowa jest przyjąć posadę, której żadna porządna guwernantka by nie przyjęła. Która z tych możliwości jest prawdziwa?
Temperance przełknęła ślinę. Choć bardzo tego nie chciała, musiała skłamać.
– Jestem nowa w Londynie. Jestem córką księgarza i drukarza z Cheshire i… mój ojciec niedawno zmarł. – To akurat nie było kłamstwo i serce ścisnęło jej się z bólu. – Nie zostawił mi niczego. Dlatego znalazłam się sama na ulicy po zmroku i nie miałam dokąd pójść. Wasza Książęca Mość sam przed chwilą powiedział, że jest zdesperowany. Cóż… ja również.
Choć zmarszczył brwi, w jego oczach mignęło współczucie.
– Gdzie spędziła pani ostatni tydzień?
– U matki przyjaciółki. Zostałam tam dłużej, niż wypadało. – To również nie było całkowite kłamstwo. Nie musiał wiedzieć nic o przytułku, a pani Barton z pewnością nie miałaby nic przeciwko temu, by została dłużej.
Książę Eccess westchnął i przez chwilę milczał, pogrążony w myślach.
– Jak wyglądała pani edukacja?
c starała się nie drgnąć pod ciężarem jego stalowego spojrzenia i po raz kolejny wyznała tylko część prawdy.
– Pobierałam naukę arytmetyki, geografii, literatury, nauk przyrodniczych, języka francuskiego oraz historii. Matka nadzorowała moją naukę robótek ręcznych i muzyki. Mieliśmy niewielki fortepian. Ojciec pozwalał mi korzystać ze swojej biblioteki, dlatego dobrze znam poetów i filozofów.
– A jak zamierza pani zapanować nad dziećmi?
– Pańskie dzieci są…
– To nie są moje dzieci.
Rumieniec oblał jej policzki. Nie jego dziećmi? Czy to znaczy, że nie był żonaty?
– Och.
Przez chwilę wyglądało na to, że książę Eccess pozwoli jej trwać w niepewności, lecz potem zmarszczył brwi.
– To moi podopieczni. Osierocone dzieci mojego zmarłego kuzyna.
– A czy… czy Jej Książęca Mość będzie uczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczących ich wychowania?
Zamilkł na moment, po czym pochylił się nad biurkiem i przyjrzał jej się jeszcze uważniej, wywołując w niej dziwne, musujące drżenie. Dokładnie tak jak wtedy, gdy ją pocałował. Znów zrobiło jej się gorąco. Czuła się lekka, miękka i podatna na wpływ jego obecności. Skóra mrowiła i była boleśnie wrażliwa.
– Nie ma żadnej „Jej Książęcej Mości”, panno Fields.
Dlaczego ta wiadomość przyniosła jej ulgę, nie potrafiła zrozumieć. Powinno być wręcz przeciwnie. Powinna się cieszyć, że jest żonaty i ma żonę. Chociaż nie powstrzymało go to przed pocałowaniem obcej kobiety na ulicy, więc zapewne nie powstrzymałoby go również przed czynieniem jej awansów, gdyby znalazła się pod jego dachem.
To była kolejna kwestia, której wcześniej nie rozważyła. Czy uzna, że może pocałować ją ponownie, kiedy zostanie guwernantką? Wykorzysta swoją pozycję, by zmusić ją do rzeczy, których od niej zapragnie?
