Uzyskaj dostęp do tej i ponad 360000 książek od 14,99 zł miesięcznie
25 osób interesuje się tą książką
Możesz uciekać. Ale Kosiarz i tak zbierze swoje żniwo.
W mrocznych zakamarkach Krakowa, w zapomnianej piwnicy, ktoś prowadzi makabryczną grę. Porywa, więzi i brutalnie wykorzystuje ludzi, zamieniając ich życie w niekończący się koszmar. Wszystko po to, by zaspokoić własne chore żądze.
Gdy na ulicach miasta zaczynają pojawiać się okaleczone ciała, policja rozpoczyna śledztwo. Wszystkie tropy prowadzą do jednej osoby – Kosiarza. Seryjnego mordercy, który od lat terroryzuje Małopolskę i z upiorną precyzją zbiera swoje żniwo.
Zespół dochodzeniowy niespodziewanie trafia do świata, którym rządzą przemoc, handel organami i perwersyjne fantazje. Nic nie jest tu oczywiste: maski spadają, sprzymierzeńcy zmieniają się we wrogów, a zaufanie staje się luksusem, na jaki nikt nie może sobie pozwolić.
Kosiarz jednak wciąż pozostaje o krok przed wszystkimi. A śledczy zaczynają podejrzewać, że nie on jeden ma krew na rękach…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 344
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Największe potworności rodzą sięz zachwytu nad tym, co idealne.
Friedrich Nietzsche
Zainteresowani kupnem domu przeglądają oferty w poszukiwaniu tej jednej, wyjątkowej nieruchomości. Najczęściej marzą o bezpiecznej przystani w spokojnej okolicy, skąd łatwo dotrą do pracy, a szkoły, przedszkola oraz sklepy będą na wyciągnięcie ręki. Ważnym atutem są również tereny rekreacyjne, gdzie można odetchnąć pełną piersią. Dla wielu kluczowym ograniczeniem pozostaje budżet, który wyznacza granice tego, na co mogą sobie pozwolić. Niemniej istotny jest rozmiar i układ pomieszczeń, często decydujący o wyborze danej parceli. Stan techniczny, szczególnie na rynku wtórnym, odgrywa zasadniczą rolę – wiele osób woli kupić budynek niewymagający natychmiastowego remontu. Znam takich, którzy kierują się wielkością i stanem działki, a także widokami oraz dostępnością ogrodu. Nie brakuje także spryciarzy, którzy zwracają uwagę na wartość inwestycyjną. Perspektywa wzrostu wartości nieruchomości cieszy przecież bardziej niż znalezienie dodatkowego chipsa w opakowaniu, gdy myślałeś, że wszystkie już zjadłeś.
Muszę przyznać, że szukając miejsca dla siebie, nie kierowałem się żadnym z powyższych kryteriów. Nie korzystałem też z usług pośredników nieruchomości. Liczyły się wyłącznie warunki gruntowe. Chciałem uniknąć sytuacji, w której rodzaj gleby, poziom wód i inne uwarunkowania geologiczne mogłyby wpłynąć na projekt piwnicy. W końcu trafiłem na odpowiednią działkę, a dom okazał się niemal nowy. Kupiłem go od rozwodzącego się małżeństwa. Wiem, że powinienem uzyskać niezbędne zezwolenia, ale nie zaprzątałem sobie nimi głowy. Zainwestowałem za to w inżyniera z Ukrainy, który stworzył dla mnie szczegółowy plan piwnicy. Facet znał się na rzeczy – z pasją opowiadał o metodach zabezpieczenia przed wilgocią i wodą, co przy tak dużym podpiwniczeniu miało kluczowe znaczenie. W projekcie uwzględnił miejsca na systemy drenażowe, pompy zbiornikowe i zabezpieczenia przeciwwodne. Gwarantował, że dzięki temu uniknę zalania – i dotrzymał słowa.
Nie chciałem problemów z jakością powietrza, więc zadbałem o wentylację – działa bez zarzutu do dziś. Dzięki temu zimą jest tam ciepło, a latem przyjemnie chłodno – bez śladu pleśni czy grzybów. Inżynier pomyślał też o oświetleniu, co w pokojach bez dostępu do światła dziennego ma ogromne znaczenie. Budowa podziemia przekroczyła założony budżet, ale zmieściłem się w rozsądnych widełkach. Ukrainiec znalazł dla mnie ekipę, która wyremontowała górę domu, ogarnęła ogród, a co najważniejsze – dyskretnie stworzyła pod nim pokoje. Nikt z sąsiadów nie ma pojęcia, że pod fundamentami znajduje się ponad sto metrów kwadratowych dodatkowej powierzchni.
Piwnica to idealne miejsce do przechowywania rzeczy, które nie są potrzebne na co dzień. Narzędzia, sprzęt sportowy, dekoracje świąteczne czy zapasy żywności trzymam jednak gdzie indziej. Nie urządziłem tam winiarni ani siłowni. Cały dół jest doskonale izolowany akustycznie, co byłoby idealne dla głośnych zajęć, gdybym grał tam na jakimś instrumencie. To miejsce daje mi prywatną przestrzeń, odizolowaną od reszty budynku, co sprawdza się, gdy przyjmuję gości, pracuję czy spędzam czas nad dobrą książką.
Przestraszone kobiety krzyczą jak opętane na początku pobytu w zamknięciu, czasami także podczas odwiedzin klientów, a ja nie mogę pozwolić sobie na ryzyko, że ktoś je usłyszy. Zależy mi, aby dziewczyny, które tu uwięziłem, nie panikowały. Ich dobre samopoczucie ma dla mnie znaczenie. Wyglądają wtedy jeszcze piękniej. A piękno to sztuka – czysta, nieskażona. Uwielbiam, gdy kuszą wyglądem i wdziękiem. Czasami się naburmuszą, ale mimo to nadal są urocze.
Świadomość, że idealne okazy, które mogłyby mieć każdego, mieszkają u mnie, łechce moją próżność. Tak samo jak to, że nie mogą odmówić i są zwykle gotowe, by sprawić mi przyjemność, gdy tylko poproszę. Uważam, że przetrzymuję najlepsze z nich i mogę się nimi delektować niczym wybornym winem. Jestem koneserem, który ceni piękno, i wiem, czego oczekiwać. A przede wszystkim upajam się tym, że ślicznotki, mimo że patrzą na mnie z pogardą, nie odrzucają moich zalotów.
Nie zawsze tak było. Za młodu wiele razy dostawałem kosza, co strasznie mnie frustrowało. Czasami wracam myślami do tamtych czasów, aby docenić obecne życie.
Wszystko zaczęło się lata temu, gdy jak co dzień wyszedłem z domu do szkoły. Nie mam na myśli rodzinnego gniazdka, tylko placówkę opiekuńczo-wychowawczą typu resocjalizacyjnego. Dzięki wsparciu różnych organizacji non-profit mogłem kształcić się w liceum, brać korki z matmy i korzystać z opieki zdrowotnej. Spieszyłem się na pierwszą lekcję, bo miałem poprawić pałę z historii, a nasz wychowawca nie znosił spóźnialskich.
Zobaczyłem ją, gdy zbliżałem się do przystanku autobusowego. Studentka – pomyślałem, widząc idący w moją stronę piękny okaz. To nie tak, że nigdy wcześniej nie widziałem ładnej laski, ale niektóre panny działały na mnie mocniej niż inne. Zresztą, mam tak do tej pory. Poczułem, że chciałbym mieć taką ślicznotkę u boku. Zawiesiłem na niej wzrok, ciesząc się widokiem zgrabnej sylwetki. Uśmiechnąłem się, ale gdy mnie mijała, dostrzegłem tylko kpiące spojrzenie.
Odwróciłem się i natychmiast straciłem dobry humor. Wysoka blondynka z długimi włosami spiętymi w koński ogon zatrzymała się i spojrzała na mnie z drwiną.
– Zawsze gapisz się tak na ludzi czy tylko ja mam to szczęście? – spytała z pogardą, stojąc wyprostowana, z dłońmi opartymi na biodrach.
Nie spodziewałem się takiej reakcji. Chciałem odpowiedzieć, że mnie zauroczyła, ale zamiast tego opadła mi szczęka i stałem milczący jak flaming w ogródku, który zastanawia się, kiedy przyleciał i dlaczego wszyscy tak na niego patrzą.
– Jesteś żenujący – dodała pewnym siebie głosem. – Spytaj matki, dlaczego wychowała cię na zboczeńca.
Poczułem się, jakby uderzyła mnie w twarz. Przełknąłem ślinę, obserwując, jak dziewczyna się odwraca i odchodzi. Dogryzła mi uwagą o matce – jakby wiedziała, że moja rodzicielka zostawiła mnie w oknie życia, postanawiając nie spierdolić sobie własnego. Stałem tam jeszcze przez kilkadziesiąt sekund, zanim zdałem sobie sprawę, że jeśli nie ruszę dupy, ucieknie mi autobus i będę musiał biec do szkoły jak gepard na dopalaczach. Poszedłem więc szybko w stronę przystanku i właśnie wtedy roztoczyłem w głowie fascynującą wizję.
Oczami wyobraźni ujrzałem pyskatą blondynkę zamkniętą w piwnicy. Wówczas wyobraziłem sobie obskurne pomieszczenie kontrastujące z pięknem jej ciała. W moich myślach krótki łańcuch na jej kostce wyznaczał przestrzeń, w której mogła się poruszać. Najbardziej podobała mi się twarz. Zatroskana mina i przerażone oczy zdradzały, że wie, kto decyduje o jej losie. W wyobraźni mogłem bezkarnie urzeczywistniać moje żądze. Ta piękna wizja towarzyszyła mi jeszcze na przystanku, a potem w autobusie. Wtedy nie miałem pojęcia, że jako dorosły facet zrealizuję tamtą fantazję.
Obecnie nie muszę martwić się pogardliwymi spojrzeniami atrakcyjnych okazów. W zamian za to, że potrafię docenić ich piękno, są posłuszne. To one starają się zdobyć moje względy. Nie zawsze im się to udaje, dlatego czasami kończą marnie.
Bliska mi osoba pomaga pozbyć się ich ciał, a ja również nie pozostaję obojętny wobec jej próśb. Muszę jednak zaznaczyć, że nie zawsze wspieraliśmy się tak, jakbym tego oczekiwał. Teraz nasze relacje są poprawne, chociaż wciąż irytują mnie niektóre z jej posunięć. Cóż, życie.
Istotne jest to, że zarabiam na tych atrakcyjnych kobietach, wykorzystując fakt, że chętnych na spotkania z nimi nie brakuje. Nie przejmuję się także, gdy muszę pożegnać się z którymś z okazów. Współpracuję z wpływowymi ludźmi, którzy kupują ode mnie ich organy. W Polsce jest mnóstwo ślicznych dziewczyn, a ja, na szczęście, potrafię znaleźć w tłumie tę jedną, która mnie oczaruje i zastąpi pustkę po poprzedniczce.
W końcu jestem koneserem piękna.
W małym, skąpo oświetlonym pomieszczeniu niższy z policjantów opierał się o ścianę, wpatrując się w przesłuchiwanego. Półmrok panował nie tylko w pokoju, ale i w atmosferze unoszącej się w powietrzu – napięcie, ciche westchnienia i szelest akt tworzyły otoczkę, której trudno nie zauważyć. Wszyscy trzej – przesłuchiwany i dwaj śledczy – byli częścią gry, w której najmniejszy gest mógł mieć ogromne znaczenie.
Dobrze skrojony garnitur stojącego policjanta nadawał mu powagi. Tymczasem jego partner – wysoki, trzydziestosiedmioletni komisarz o kruczoczarnych włosach i bogatym doświadczeniu w wydziale kryminalnym – zadał kolejne pytanie mężczyźnie siedzącemu naprzeciw.
– Jesteś pewny, że twoje alibi potwierdzą osoby, z którymi rzekomo piłeś do rana?
Choć pytanie wydało się proste, miało głębszy cel niż weryfikacja słów przesłuchiwanego, zatrzymanego przed czterema godzinami.
Mężczyzna w średnim wieku i o niepewnej postawie wyglądał na zastraszonego. Nie miał widocznego motywu, by zamordować konkubinę, z którą dzielił życie dłużej, niż był w stanie sobie przypomnieć. Zeznał, że w nieszczęsną noc pił wódkę z kolegami z sąsiednich mieszkań socjalnych. Mówiono, że całe osiedle ubogich, żyjących z zasiłków, jest wylęgarnią patologii, ale nie przestępczości zorganizowanej, zdolnej do brutalnych zbrodni. Jego głos, choć stłumiony lękiem, niósł echem desperację kogoś, kto nie wiedział, co robić dalej.
– Nie zabiłem Zośki – bronił się z przekonaniem, a podkomisarz stojący pod ścianą nawet trochę współczuł łysiejącemu bezrobotnemu, który wydawał się przerażony.
Policjanci wiedzieli, że mężczyzna skończył niedawno pięćdziesiąt jeden lat, ale wyglądał na znacznie starszego. Zmarszczki rzeźbiły jego twarz, a zmęczone oczy zdradzały kogoś, kto dawno temu stracił kontrolę nad swoim życiem. Ręce zaczęły mu drżeć, niepewnie błądził spojrzeniem po pokoju, jakby szukał potwierdzenia, że ktoś go zrozumie.
– Mówiłem wam wcześniej, że rano, kiedy obudziłem się z kurewskim kacem, zobaczyłem Zosię martwą, całą we krwi. Leżała w kuchni z poderżniętym gardłem. Przecież sam po was zadzwoniłem! Pamiętam jak dziś, to była środa. Co ja, do chuja, jestem winny, że ją zamordowano?!
– Nie odpowiedziałeś na pytanie komisarza – zauważył przenikliwie trzydziestopięcioletni śledczy, przerywając rozważania aresztowanego. Podkomisarz nie był osobą, która czekała na wymówki. Stanowczość i bezkompromisowość sprawiały, że nawet najtwardsze jednostki zaczynały się łamać pod presją jego spojrzenia. Stanowczy ton nadał rozmowie nowy obrót. – Bądź więc, kurwa, uprzejmy udzielić odpowiedzi – dodał, podkreślając, że to oni zadają pytania. Nie spuszczając z niego wzroku, pozwolił, by cisza wypełniła pokój. Cisza, która miała być odpowiedzią sama w sobie. Wiedział, że ludzie łamią się na różne sposoby, ale zawsze najpierw pęka ich milczenie.
Przesłuchiwany, czując na sobie wzrok elegancko ubranego policjanta, którego postawa od początku nie wróżyła niczego dobrego, poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. Miał wrażenie, że powietrze w pomieszczeniu nagle zgęstniało. Wzrok obu śledczych zdawał się przeszywać go na wylot, napięcie rosło z każdą sekundą. Każde słowo, każdy gest mogły zdecydować o dalszym biegu śledztwa.
– Wszyscy, z którymi piłem, powinni to potwierdzić – wyszeptał mężczyzna, starając się brzmieć pewnie, choć jego głos łamał się co chwilę. – Jeśli ktoś zakwestionuje, że byłem u Walczaka, to będzie morderca mojej Zosi. Dostaniecie go na tacy.
Niższy z policjantów nie ustępował, jego podejście było bezkompromisowe. W takich chwilach doskonale wiedział, jak wywierać presję. Wpatrywał się w mężczyznę niczym drapieżnik w ofiarę, cierpliwie czekając na moment, w którym pęknie.
– To dlaczego rzuciłeś się dzisiaj do ucieczki, gdy tylko nas zobaczyłeś?! – wykrzyknął, podczas gdy jego partner, bardziej wyważony, wydawał się rozumieć przerażenie przesłuchiwanego.
Wysoki policjant, mimo że mniej emocjonalny, obserwował każdy gest mężczyzny, jakby starał się zrozumieć jego motywy. To właśnie ta umiejętność wyciągania wniosków z pozornie nieważnych szczegółów sprawiała, że ich duet był tak skuteczny. Istniał konkretny powód, dla którego przesłuchiwany zdecydował się na desperacką ucieczkę.
– No bo, kurwa, zabiłem tego chuja, z którym sypiała Zocha! – odpowiedział, wyraźnie ożywiony. Policzki miał czerwone jak flaga Chińskiej Republiki Ludowej, a stan emocjonalny wyrażał głównie irytację i złość. Nagle jego dłonie, dotychczas nerwowo bawiące się końcem koszuli, opadły na stół, jakby sam ciężar wyznania pozbawił go sił. – Kochałem ją, a ona dawała dupy na boku temu pojebańcowi spod dwójki. – Nerwowo poprawił resztkę włosów drżącą ręką, po czym dodał z gorzkim żalem: – Kurwa, nie mogła wybrać kogoś lepszego? Ale jedno wiem na pewno: ten sukinsyn jej nie zabił. On ją po prostu uwielbiał.
– Kochał? – Komisarz chciał doprecyzować wyznanie przesłuchiwanego, starając się lepiej zrozumieć motywy zabójstwa.
– Kochał? Jakie tam kochał – odparł pogardliwie mężczyzna. Na jego twarzy pojawił się grymas. – Uwielbiał ją pieprzyć. Drwił ze mnie, patrząc mi prosto w oczy i mówiąc, jak bardzo mu się podoba. Zocha już nie żyła, więc co mi zależało? Chwyciłem dziadygę i pierdolnąłem jego głową o zlew. Raz, drugi, trzeci. Potem wyszedłem z jego mieszkania i zamknąłem drzwi na klucz.
– Kto zatem zabił Zofię Grzywacz? – Niższy z policjantów utrzymywał spokój, nie pozwalając, aby przyznanie się mężczyzny do winy zdekoncentrowało go. Mimo twardych słów nadal kontrolował emocje. Wiedział, że gra toczy się o coś więcej.
Śledczy przypuszczali, że za zabójstwem kochanka konkubiny mężczyzny stoi ktoś inny. Dzisiejsza wizyta na miejscu zbrodni zaskoczyła ich ucieczką przesłuchiwanego. Mężczyzna gnał główną ulicą osiedla przez cały kilometr, dopóki komisarz nie dogonił go i nie powalił na ziemię.
Wysoki policjant przez cały czas zachowywał chłodny profesjonalizm, ale coś w ruchach zatrzymanego wydało mu się dziwnie znajome. Strach, desperacja czy może próba ukrycia czegoś większego?
– Mówiłem wam setki razy, że nie mam pojęcia – odpowiedział mężczyzna, opierając głowę o dłonie. Wyglądał na przegranego.
– Albert Krawczyk – tym razem odezwał się policjant siedzący za biurkiem. Wzmianka nazwiska sprawiła, że przesłuchiwany podniósł głowę, a śledczy ujrzał łzy w jego oczach. – To nazwisko coś ci mówi?
– Albercik, co niedawno wyszedł z poprawczaka – odparł zatrzymany. – Mieszka ze schorowaną matką na parterze.
– No mieszka, fakt – potwierdził wyższy gliniarz. – Kazałem go aresztować jeszcze przed naszą rozmową. Pewnie koledzy już go mają i wiozą na dołek. Na szczęście to nie nam będzie się spowiadał z zabójstwa twojej Zośki. Inni wyciągną z niego przyznanie się do winy, a my zamykamy sprawę morderstwa Romana Kędzierskiego.
– Co?! – Mężczyzna gwałtownie się wyprostował.
– Głuchy przecież nie jesteś – odpowiedział policjant, który przed chwilą oderwał plecy od ściany i podszedł bliżej zatrzymanego. – W toku śledztwa ustaliliśmy, że to właśnie on poderżnął gardło twojej konkubinie. Pojechaliśmy dzisiaj go aresztować, ale napatoczyłeś się i zacząłeś uciekać na nasz widok. Od razu nabraliśmy podejrzeń, że jesteś mordercą Kędzierskiego.
Drugi funkcjonariusz, mimo że nie podnosił głosu, obserwował każdy ruch zatrzymanego. Zimny profesjonalizm skrywał podejrzliwość.
– Dlaczego? – Zdezorientowany mężczyzna szukał odpowiedzi. – Dlaczego Albert miałby zabić Zosię?
– Ponieważ, podobnie jak Kędzierski, też pragnął ją dupczyć. – Wyższy z policjantów uśmiechnął się cierpko. – Dała mu kosza, więc postanowił, że ani ty, ani twój sąsiad nie będziecie już jej ruchać. Nóż z jego odciskami, zakrwawiony zresztą, znaleziono w altanie na śmieci. – Przesłuchanie toczyło się zgodnie z jego przewidywaniami.
– Dlaczego przez cały czas zadawaliście mi te wszystkie pytania, sugerując, że to ja ją zabiłem?
– Metody operacyjne – odparł podkomisarz, klepiąc mężczyznę lekko w ramię. Gest, choć wydawał się przyjacielski, miał w sobie coś z wyrafinowanej manipulacji: wyraz siły, który miał pokazać, że śledczy kontroluje całą sytuację. – Nasze pytania wyprowadziły cię z równowagi, a teraz mamy twoje zeznanie, w którym przyznałeś się do zabójstwa sąsiada.
– Jesteś aresztowany za morderstwo Romana Kędzierskiego. Swoje prawa poznałeś na początku przesłuchania – wyjaśnił wyższy śledczy, skupiając wzrok na twarzy zatrzymanego. – Koledzy odprowadzą cię tam, gdzie trzeba.
Do pokoju przesłuchań weszło trzech mundurowych, którzy bez wahania podeszli do mężczyzny, jeszcze nie do końca świadomego swojego położenia. Zatrzymany wyglądał, jakby wciąż próbował połączyć wszystkie elementy układanki w całość, ale myśl, że jego los jest już przesądzony, zaczynała powoli do niego docierać. Policjanci bez słowa wyprowadzili go z pomieszczenia.
– Sprawa zamknięta, partnerze – rzekł niższy z policjantów, pozwalając sobie na szeroki uśmiech. Śledczy o krótko przystrzyżonych, ciemnobrązowych włosach zawsze starał się zachować nienaganną prezencję. Jego luźno zawiązany krawat i lekko pognieciony garnitur zdradzały jednak zmęczenie wielogodzinną pracą. Mimo nieco niedbałego wyglądu emanował pewnością siebie, a jego bystre, ciemne oczy nieustannie obserwowały otoczenie, wyłapując każdy szczegół. Zaraz potem spojrzał na zegarek. – Uporaliśmy się z tym dość szybko. Powinniśmy to uczcić. Co powiesz na piwo?
Dochodziła dopiero dziewiętnasta, a wieczór ósmego czerwca dwa tysiące dwudziestego czwartego roku rozciągał przed nimi obietnicę długich, przyjemnych godzin.
– Sorry, Radziwiłł, dzisiaj nie dam rady. Zrozum mężczyznę w potrzebie – odpowiedział, sugerując, że wieczór spędzi z nową znajomą, o której wspominał wcześniej.
– Tobie tylko randki w głowie. Ustatkowałbyś się w końcu – zażartował śledczy, poprawiając krawat. Mimo pozornej lekkości był człowiekiem, który traktował swoją pracę poważnie. Znany z przenikliwości i nieustępliwości, zyskał reputację policjanta, który nigdy nie odpuszcza, nawet gdy sprawa wydaje się stracona. Miał jednak swoją mroczniejszą stronę: jego poczucie humoru i cynizm czasami wprawiały innych w zakłopotanie. – Trudno, baw się dobrze. Wyciągnę na miasto Nowakowską. Też będę miał prawie randkę.
Po wymianie uścisków dłoni opuścił pokój, zostawiając partnera samego.
Komisarz spędził jeszcze chwilę w pokoju przesłuchań, skrupulatnie układając notatki i akta sprawy w szarym skoroszycie. Ruchy miał spokojne i wyważone, ale czuć było w nich delikatne napięcie, jakby próbował odetchnąć po zakończeniu intensywnej sprawy. Zadowolony z udanego dochodzenia, opuścił pomieszczenie.
Na korytarzu znalazł się kilka minut po dziewiętnastej. Szum rozmów w biurze i dźwięk telefonów w tle tworzyły codzienną atmosferę komisariatu, co kontrastowało z ciszą panującą w pokoju przesłuchań. Idąc w stronę schodów, odpowiadał na przyjazne pozdrowienia koleżanek i kolegów.
Nagle, przez uchylone drzwi jednego z pomieszczeń, ujrzał młodszą od siebie kobietę. Blondynka o krótkich włosach siedziała za biurkiem, wpatrując się w kąt pokoju, z którego wyłonił się niewidoczny dotąd policjant. Twarz dziewczyny pokrywały siniaki, a opuchnięte wargi przypominały te, które widuje się u osób po nieudanych zabiegach kosmetycznych. Ktoś brutalnie ją pobił, traktując jak worek treningowy. Impuls, który poczuł śledczy, nie wynikał tylko z jego zawodowego obowiązku. W takich chwilach czuł, że za każdym przypadkiem kryją się ludzkie tragedie, i nawet po tylu latach w służbie nie mógł przejść obojętnie. Skłoniło go to do szerszego otwarcia drzwi i wejścia do środka.
Dziewczyna wyglądała na niewięcej niż dwadzieścia pięć lat. Szczupła, zgrabna, a mimo zmasakrowanej twarzy wciąż przyciągała wzrok swoją nietuzinkową urodą. Nie prowokowała ubiorem – miała na sobie dżinsy i bluzkę. Obok dziewczyny stał dobrze znany komisarzowi podkomisarz Kowalik, ubrany jak zwykle w zmechacony sweter i dżinsowe spodnie.
– Przemoc domowa – wyjaśnił, zwracając się do starszego kolegi. – Próbuję przekonać panią do złożenia oficjalnego zawiadomienia, ale ciągle słyszę, że nic się nie stało. Mimo regularnych zgłoszeń sąsiadów o kłótniach i przemocy pani nie chce przyznać, że jest ofiarą – dodał, odwracając się do kobiety. – Pewnego dnia on po prostu panią zabije.
– Mówiłam, że nic się nie stało! – odparła zadziornym głosem. – Nie potrzebuję pana rad. Chcę po prostu wrócić do domu. Gliniarz, który przyjechał na interwencję, źle zinterpretował moje słowa.
– Zostawisz nas na chwilę? – Komisarz wymownie spojrzał na młodszego kolegę. Kowalik westchnął głośniej, niż powinien, kiwnął głową i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Policjant podszedł do kobiety, sięgnął po drewniane krzesło i usiadł przed nią okrakiem.
– Wiem, że nie zgłosisz przemocy domowej. – Uśmiechnął się ciepło. – Znam wiele kobiet w twojej sytuacji. Bite, poniżane, bardziej bojące się samotności niż tego, co ich mężczyźni mogą im zrobić. Najbardziej przeraża cię myśl, żeby od niego odejść. Jesteś przerażona wizją samotności. Ale jeśli nic nie zrobisz, on zabije cię wcześniej czy później. W najlepszym razie zrobi z ciebie kalekę. Nie chcę jednak, żebyś na niego doniosła. To mnie nie interesuje.
– To czego ode mnie chcesz?! – warknęła, spoglądając na mężczyznę nieufnie. Jej wzrok, choć pełen gniewu, zdradzał także nutkę strachu, jakby nie była pewna, co tak naprawdę może się wydarzyć. Pomyślała, że mimo kpiącego sposobu mówienia i zachowania coś w jego wyglądzie i postawie sprawiało, że był dla niej jednocześnie fascynujący i odpychający.
– Chcę, żebyś mi powiedziała, gdzie mieszkasz – odpowiedział niemal szeptem, pozwalając sobie na kolejny życzliwy uśmiech.
***
Dochodziła dwudziesta trzydzieści, gdy komisarz zaparkował auto na Osiedlu Handlowym w Nowej Hucie. Zmrok wprawdzie zbliżał się niespiesznie, ale ciemność czaiła się już w zakamarkach ulic i pustych bramach. Policjant uświadomił sobie, że jeszcze kilka lat temu dzielnica nie cieszyła się najlepszą sławą. Teraz, dzięki względnemu spokojowi, dawne oblicze tej części miasta zdawało się tylko wspomnieniem. Dawni młodociani gangsterzy dorośli – część z nich znalazła się za kratami, inni zaś zdecydowali się na legalne biznesy. Jednak pewne demony przeszłości nigdy nie znikają na zawsze.
Śledczy wszedł na pierwsze piętro wysokiego bloku i zapukał do drzwi drugiego mieszkania od schodów. Klatka schodowa pachniała stęchlizną, a echa czyichś kroków rozbrzmiewały w korytarzu. Otworzył mu młodszy od niego mężczyzna. Jego ciało zdobiło ponad trzydzieści tatuaży, które wyglądały jak gówno w lesie. Brudne i nieskoordynowane, tworzyły chaotyczną mozaikę wspomnień o minionych bitwach i niechcianych demonach. Ubrany jedynie w slipy, prezentował muskularną sylwetkę. Komisarz nie musiał wyciągać policyjnej odznaki – „blacha” zawieszona na szyi mówiła sama za siebie.
– Jeżeli na mnie doniosła, zabiję sukę – zagroził łysy osiłek. Złość w jego oczach była chłodna i wyrachowana, jakby decyzja o przyszłej przemocy już zapadła.
Policjant nie odpowiedział. Zamiast słów użył siły. Potężnym kopnięciem w krocze i precyzyjnym uderzeniem w szczękę szybko obezwładnił mężczyznę, nie dając mu najmniejszej szansy na reakcję. Wciągnął go do mieszkania, jakby przeciągał worek ziemniaków. W powietrzu unosił się stęchły zapach taniego alkoholu i potu, zmieszany z mdłą wonią papierosów. W salonie na ekranie telewizora leciał film porno, którego dźwięki zagłuszały jęki właściciela. Śledczy zerknął na bezwstydną scenę – dwóch nagich, białych facetów posuwało czarną dziewczynę, która darła się wniebogłosy. Jego wzrok przesunął się po obrazie z obojętnością wyuczoną po latach służby. Taki stan rzeczy był mu na rękę. Sąsiedzi damskiego boksera słyszeli pojękiwania z ekranu, a nie krzyki faceta, który zrobił ze swojej żony worek treningowy.
Mężczyzna, leżąc na podłodze, próbował się oswobodzić, ale jego ruchy były niezdarne, a strach paraliżował każdy impuls. Komisarz bez trudu złamał mu rękę – chrupnięcie kości i stłumiony krzyk dopełniały sceny brutalnej rozprawy. Ból eksplodował w ciele mężczyzny, ale nie miał siły protestować. Zdeterminowany komisarz, by dokończyć „lekcję”, kontynuował swoje działania. Jego ruchy były metodyczne, chłodne, jakby wykonywał rutynowy obowiązek.
Uderzył głową gospodarza o krawędź stołu. Dźwięk roztrzaskującej się kości nosa odbił się od ścian, a krwisty smak wypełnił usta mężczyzny. Kibol upadł na podłogę. Następnie ciężkie buty policjanta znalazły się na twarzy bandyty, który poczuł, że wypadają mu zęby, a krew zaczyna wypełniać jamę ustną. Ostry ból przeszył czaszkę, przytomność umysłu powoli zaczęła ustępować miejsca paraliżującemu strachowi. Niewzruszony komisarz kopał go w brzuch, do momentu kiedy mężczyzna przestał się ruszać. Choć pozostawał przytomny, jego spojrzenie było zamglone, a świadomość oddalała się jak gasnący płomień. Patrzył na swojego oprawcę z mieszanką strachu i niewiary, podczas gdy policjant spoglądał na niego z wyraźnym politowaniem, jakby oceniając, czy to wystarczyło, by nauczyć go pokory.
Śledczy kucnął obok pobitego, przyglądając się poranionemu ciału.
– Jestem komisarz Dzikowski – przedstawił się w końcu. – Mówią na mnie Dziki, ale to nie przez nazwisko – kontynuował, nie spuszczając z oczu mężczyzny. – To jednak nie ma znaczenia. Ważne jest to, że twoja żona nie złożyła na ciebie skargi. I dobrze wiesz, że nigdy tego nie zrobi. Ale mnie to nie obchodzi. Nie zajmuję się sprawami obyczajowymi.
Chwycił leżącego za brodę, zmuszając go, by spojrzał mu prosto w oczy. Gdy ten próbował odwrócić głowę, uścisk Dzikowskiego tylko się wzmocnił.
– Gdyby jednak twoja żona zmieniła zdanie, moi koledzy mieliby w chuj pracy. Nawet sobie nie wyobrażasz, ile papierów musieliby wypełnić. – Uśmiechnął się kpiąco, po czym dodał: – Wiesz, że z roku na rok coraz mniej facetów bije swoje kobiety? Tak podają statystyki. Od dzisiaj dołączysz, kurwa, do tej elity. – W głosie komisarza słychać było nutę złośliwego optymizmu, jakby ironicznie cieszył się z tej nowej „szansy” dla mężczyzny. – Mam nadzieję, że ta perspektywa ci się podoba. Ale pamiętaj, jeśli jeszcze raz podniesiesz na nią rękę, wrócę. I wtedy nie będę tak uprzejmy jak dzisiaj.
Dziki nachylił się bliżej, niemal muskając twarzą przeciwnika.
– Gdy przyjadę ponownie, tym razem służbowo, to już nie po to, aby cię upomnieć. Sprawdzę wówczas, czy technicy dobrze zabezpieczyli twoje martwe ciało. Rozumiesz? Więc radzę ci bardzo uważać na swoją żonę. Nawet jeśli przypadkiem upadnie z krzesła, uznam to za twoją winę. – Zrobił pauzę, pozwalając, by w mężczyźnie narastał strach. – Mam wątpliwości, czy naprawdę rozumiesz sens tego, co mówię, ale zakładam, że załapiesz przesłanie.
Komisarz powoli wyprostował się. W tym momencie nie musiał już nic dodawać.
– Gdzie masz telefon? – spytał po chwili.
Kibol milczał, twarz miał wykrzywioną bólem i upokorzeniem. Wyglądał żałośnie i co gorsza, zdawał sobie z tego sprawę. Cała postawa emanowała bezradnością, która jedynie rozdrażniała komisarza.
– Naprawdę chcesz, abym zmusił cię do rozmowy? – Dzikowski wciąż stał nad rannym, górując nad nim jak drapieżnik nad ofiarą.
– Przy telewizorze… – wychrypiał w końcu mężczyzna, spluwając krwią na podłogę.
Policjant bez pośpiechu podszedł do wskazanego miejsca i zauważył leżącego tam Samsunga. Sięgnął po telefon, po czym bez większego namysłu rzucił go na podłogę. Smartfon upadł z głuchym stukotem tuż obok ręki pobitego mężczyzny.
– Mnie tutaj nigdy nie było – powiedział spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. – Za dziesięć minut zadzwoń po pogotowie. Kiedy medycy wezwą moich kolegów, powiedz, że potknąłeś się o dywan. W końcu zawsze byłeś pierdoloną pierdołą, prawda?
– Nie mam, kurwa, dywanu… – wycedził z trudem mężczyzna.
Dzikowski uśmiechnął się pod nosem.
– No to najpierw go zamów albo uszyj z szalików, które zajebałeś innym kibolom.
Nie czekając na odpowiedź, komisarz odwrócił się i wyszedł z mieszkania. Gdy dotarł do samochodu, poczuł dziwną ulgę. Wiedział, że wieczór dopiero się zaczynał, a on miał plany na najbliższe godziny. Przed nim rysowała się interesująca perspektywa.
Zamykam za sobą drzwi, dźwięk skrzypiącej klamki wypełnia pustą przestrzeń. Schodzę po schodach. Każdy krok potęguje poczucie kontroli. Wchodzę do sanktuarium – miejsca ukrytego przed światem. Idąc przyciemnionym korytarzem, myślę o dwóch okazach, które tu przetrzymuję. Za każdym razem, gdy przekraczam próg podziemnego azylu, ogarnia mnie dreszcz podekscytowania. Świadomość, że nikt poza moją wspólniczką nie zna tego miejsca, daje mi uczucie absolutnej władzy.
Ekscytacja narasta, gdy uzmysławiam sobie, że to ja – i tylko ja – jestem panem ich losu. Mieszkające tu okazy w pewien sposób przywykły do narzuconych im warunków. Doskonale wiedzą, że każde ich działanie, każdy gest może wpłynąć na to, jak potoczy się ich życie. Starają się – bo wiedzą, że stawka jest wysoka. Jestem sprawiedliwy według własnego rozumienia. Nagrody za posłuszeństwo są adekwatne, a kary za najmniejsze przejawy buntu – nieuniknione. Klienci doceniają zaangażowanie okazów, ja zaś cenię sobie ich gotowość do spełniania oczekiwań. Nadzieja, ten delikatny płomyk, który trzyma je przy życiu, zależy od tego, jak dobrze odnajdą się w tej rzeczywistości. Wiedzą, że odpowiednie zachowanie może przynieść upragnioną ulgę, a może nawet odmienić ich los – przynajmniej na chwilę.
Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, wymienię je na nowe okazy, które podobnie jak poprzednie będą rywalizować o moją uwagę, starając się spełnić każde żądanie, aż do chwili gdy stracę zainteresowanie nimi. Mimo że żadna z poprzednich kobiet nie przestała mnie fascynować, nie mogłem pozwolić im dłużej tu pozostać. Ich niesubordynacja, nieustanne próby przełamania mojej władzy doprowadzały mnie do granic wytrzymałości. A wypuścić ich przecież nie mogłem. Z żalem się z nimi pożegnałem, choć wiedziałem, że to konieczne. Jednak wciąż mam nadzieję, że kiedyś pojawi się taka, która zaakceptuje swoje miejsce i zapragnie dzielić ze mną życie na moich warunkach. Pragnę oddanej kobiety, która nie będzie oszukiwać i zrozumie, że nie ma ucieczki. Wiele z nich próbowało mną manipulować, grać na uczuciach, licząc na wydostanie się na wolność. A ja chcę tylko szczerości. Prawdziwej miłości, której do tej pory nie zaznałem. Bliska mi osoba, z którą dzieliłem życie, już dawno przestała być mną zafascynowana – dziś łączą nas jedynie relacje biznesowe. I to niekoniecznie mi już pasuje. Coraz częściej ryzykuje, prowokuje pit bulli i prosi się o kłopoty. A to oznacza, że i moje bezpieczeństwo jest zagrożone. Wprawdzie zarzeka się, że ma genialny plan, który wkrótce wcielimy w życie, ale na razie nie zdradza żadnych szczegółów.
Wstukuję odpowiedni kod na klawiaturze wmontowanej w ścianę. Słyszę dźwięk otwieranego zamka i popycham drzwi. Uwielbiam jasność, dlatego w moim podziemnym świecie króluje nieskazitelna biel. Maskę zakładam, gdy schodzę do okazów, które są tu zaledwie od kilku miesięcy – później chcę, aby mnie widziały, co ma im uświadomić, że nigdy stąd nie wyjdą. Wchodzę do pustego przedpokoju. Przechodzę dalej korytarzem, a w progu kuchni dostrzegam Monikę. Stoi tyłem, zajęta wkładaniem brudnych naczyń do zmywarki, zupełnie nieświadoma mojej obecności.
Kuchnia jest skromna, ale funkcjonalna, dopracowana w każdym detalu. Brak dostępu do naturalnego światła rekompensują białe ściany, dodatkowe oświetlenie LED pod szafkami oraz centralna lampa sufitowa. Każdy element – od prostych, lecz ergonomicznych mebli, po urządzenia – został starannie dobrany. Stonowane kolory i wytrzymałe materiały nadają przestrzeni lekkości i harmonii. Pomimo swej skromności kuchnia ma wszystko, co niezbędne: płytę grzewczą, lodówkę, zlew oraz szafki, które dyskretnie kryją naczynia i zapasy. W rogu, przy niewielkim stole można zjeść posiłek – mały azyl dający złudzenie normalności.
Monika ma na sobie długą, czarną suknię z głębokim rozcięciem, która idealnie podkreśla smukłość jej sylwetki i kontrastuje z bladością skóry. Z rozpuszczonymi, ciemnymi włosami wygląda atrakcyjnie. Bose stopy delikatnie stukają o podłogę, a czerwone paznokcie przyciągają wzrok, wyróżniając się na tle jasnych paneli. Ona wie, że ten wygląd mnie urzeka, i świadomie gra na moich emocjach. Gdy wchodzę do kuchni, odwraca się z wyuczonym uśmiechem. Przypuszczam, że swoją obecnością nie wywołuję w niej autentycznej radości, ale jest świadoma, że pozostawienie jej samej równałoby się wyrokowi śmierci głodowej.
Unoszę prawą dłoń, w której trzymam butelkę czerwonego wina – niemal jak ciche uznanie wysiłków. W tej jednej chwili zdajemy sobie sprawę z naszej wzajemnej zależności – ona potrzebuje mnie, a ja kontroluję każdy aspekt jej istnienia.
– Właśnie skończyłam kolację – oznajmia nieco prowokacyjnym tonem. – Gdybyś przyszedł pół godziny wcześniej, nie musiałabym jeść sama.
– Mam nadzieję, że ci smakowało – odpowiadam spokojnie, podchodząc do stołu.
Monika nie odpowiada, zajmuje się zmywarką. Wtem otwiera szafkę i wyciąga dwa kieliszki, a ja nie mam złudzeń co do jej intencji. Szafki pełne są noży, widelców, łyżek – narzędzi na tyle dostępnych, by w przypływie impulsu sięgnąć po jedno z nich. Nie obawiam się, że zdecyduje się na desperacki krok. Gdyby próbowała skończyć ze swoim życiem, nie byłoby to problemem. Zastąpiłbym ją nowym okazem. Wiem jednak, że Monika pragnie żyć – zachowanie zdradza nadzieję na lepsze jutro. Po kilku latach niewoli zrozumiała, że opór nie ma sensu. Każda próba buntu skończyłaby się katastrofalnie. Nie jest na tyle zdeterminowana, by ryzykować. Doceniam uległość. Siadam przy stole i odkręcam nakrętkę, a kobieta bez słowa zajmuje miejsce naprzeciwko. Obserwuje mnie uważnie, gdy nalewam wytrawny trunek do kieliszków.
– Jutro przyniosę zakupy – zapowiadam, podając jej wino.
Raz w tygodniu dostarczam okazom niezbędne artykuły spożywcze, dbając o to, by niczego im nie brakowało. Monika jest samodzielna, co znacznie ułatwia mi życie. Doceniam zdolność adaptacji, szczególnie pamiętając, jak bardzo buntowała się na początku. Kiedy ją porwałem trzy lata temu, w dwa tysiące dwudziestym pierwszym roku, miała ognisty charakter. Teraz, w wieku dwudziestu sześciu lat, jest zupełnie inna. Czas potrafi wiele zmienić – leczy rany, ale też zmusza do akceptacji nowych realiów. To właśnie ona stanowi żywy dowód tej transformacji.
Siedząc przy stole, degustuje czerwone wino i zalotnie poprawia włosy. Lubię jej naturalność – brak makijażu i swobodę gestów, które zdradzają prawdziwe emocje. W spojrzeniu dziewczyny dostrzegam coś więcej niż zwykłe zadowolenie. Wydaje się lekko pobudzona.
– Zastanawiam się, czy kiedykolwiek doczekam wieczoru, gdy wyjdziemy razem na miasto – mówi cicho, a potem milknie i patrzy mi prosto w oczy. Niemal automatycznie zaczyna bawić się włosami. To gest, który z czasem przerodził się w nawyk.
Monika nie raz próbowała mną manipulować. Doskonale wie, że nigdy nie pozwolę jej opuścić tego domu. Potrafiłaby bez trudu opisać moją twarz każdemu gliniarzowi, a ja nie mam wątpliwości, że zrobiłaby wszystko, aby odzyskać wolność. Doskonale zdaje sobie sprawę, że wspólne wyjście do restauracji nigdy się nie wydarzy, ale flirtowanie ze mną dostarcza pozornej rozrywki. W jej codziennym życiu, oprócz czytania książek, oglądania filmów, gotowania i biegania na bieżni, uwodzenie stało się jedną z nielicznych dostępnych form zabawy. Sprawianie przyjemności napalonym dewiantom to dla niej wyuczona rutyna, która zastępuje prawdziwe życie.
– Jutro będziesz miała klienta – mówię, ignorując subtelną próbę flirtu. – To Koreańczyk, lubi uległość – dodaję i opróżniam kieliszek zdecydowanym ruchem.
Monika nagle smutnieje. Jej ręka, wcześniej zajęta zabawą włosami, teraz drży, gdy drapie się nią po nosie. Bez słowa sięga po kieliszek i wypija wino do dna, jakby to miało ukoić rozczarowanie.
– Obiecałeś, że będę tylko twoja – mówi z wyrzutem, wodząc palcami po brodzie. Widać, że nie spodziewała się takiej wiadomości.
– To będzie twój ostatni klient – próbuję ją pocieszyć. Decyzja już zapadła. Nie zamierzam dłużej na niej zarabiać. – Po tym skośnookim napaleńcu nie będzie innych. Zasłużyłaś na to, bym miał cię na wyłączność.
Na twarzy Moniki pojawia się uśmiech, choć cień smutku nadal pozostał. Nawet w takich momentach jest niezwykle pociągająca. Duże oczy, pełne wargi i wyraziste kości policzkowe nadają kobiecie nie tylko charakteru, ale i niezwykłej elegancji, której nie sposób nie zauważyć. Od momentu gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy, jestem przekonany o jej fotogeniczności – każda rysa na twarzy wydaje się stworzona do tego, by być uwiecznioną. Choć zdecydowanie wolę, kiedy się uśmiecha, a oczy błyszczą radością, to muszę przyznać, że melancholia dodaje jej pewnego magnetyzmu.
Wstaję od stołu, wskazując na otwartą butelkę, którą zostawiam Monice na pocieszenie.
– Wino jest dla ciebie – mówię z delikatnym uśmiechem. – Delektuj się przy książce albo filmie – dodaję, dostrzegając, jak smutek w jej oczach z każdą chwilą się pogłębia.
– Już idziesz? – pyta zdziwiona, z nutą rozczarowania w głosie. – Myślałam, że spędzimy razem miły wieczór.
Spoglądam na duży, okrągły zegar na ścianie, który bezlitośnie wskazuje dwudziestą. Monika jest przyzwyczajona, że nasze wieczory trwają dłużej i zazwyczaj poświęcam jej więcej uwagi. Ale dzisiaj mam inne plany i nie obejmują one towarzystwa tej ponętnej brunetki.
– Przygotuj się na jutrzejsze spotkanie – odpowiadam, spoglądając na nią z wyrazem surowości. – Koreańczyk ma wysokie wymagania. Jeśli dasz z siebie wszystko, będzie to twój ostatni raz.
– Nie zawiedziesz się – mówi, zaciskając wargi, a potem powoli wstaje. Nauczyła się ukrywać niezadowolenie, tłumić każdą formę buntu. Mogę jedynie domyślać się, co naprawdę myśli, ale cenię tę opanowaną postawę. W duchu podziwiam zdolność do podporządkowania, tak samo jak jestem dumny z tego, że potrafiłem ją nauczyć pokory i szacunku, który mi okazuje.
– Dobrej nocy – mówię, cofając się w stronę korytarza.
Monika zostaje na swoim miejscu, obserwując, jak się oddalam. Nie ryzykuje, nie próbuje odprowadzić mnie do wyjścia. Wie, że nie może. Elektroniczna bransoletka, którą nosi nad kostką, jest zsynchronizowana z moim telefonem poprzez Bluetooth. To urządzenie, wyposażone w moduł GPS, pozwala mi śledzić każdy jej ruch w obrębie wyznaczonych granic geofencingu. Monika perfekcyjnie opanowała rytuał ładowania baterii, a przed snem dokładnie wie, co ma robić.
– Naprawdę to będzie ostatni raz? – Słyszę pytanie, które zmusza mnie do zatrzymania się i odwrócenia.
Jej oczy wydają się puste, jakby cały świat stracił dla niej barwy. W smutnym spojrzeniu dostrzegam coś więcej – szuka odpowiedzi na te niewypowiedziane wątpliwości dręczące ją w najgłębszych zakamarkach duszy. Zaciska usta w cienką linię, każdy oddech wydaje się ciężarem, który z trudem musi dźwigać. Na policzkach lśnią ślady łez, jak perły rozsypane na skórze, subtelnie odbijające światło.
– Przecież wiesz, że nie rzucam słów na wiatr – odpowiadam łagodnie, chcąc uspokoić jej lęki. – Zrobisz swoje, a twój los się odmieni.
– Obiecujesz? – pyta, zbliżając się do mnie o krok, jakby chcąc upewnić się, że mówię prawdę.
– Jeśli wypełnisz swoją rolę, dostaniesz więcej, niż się spodziewasz. – W moim głosie pojawia się nuta obietnicy. – Okazujesz mi lojalność, ja to doceniam. Myślę, czy nie zaprosić cię do siebie. Pozwolić ci spojrzeć na świat przez okna. Taka zmiana mogłaby wzmocnić naszą więź i pokazać, że naprawdę mi na tobie zależy.
Zmiana, jaka w niej zachodzi, jest jak promień słońca, który nagle przecina ciężką zasłonę burzowych chmur. Oczy Moniki, dotąd przygaszone, rozświetlają się ciepłym blaskiem, jakby ktoś zapalił w nich drobny, acz wytrwały płomień. Jeszcze przed chwilą wydawała się zgnieciona pod niewidzialnym ciężarem trosk, które przytłaczały ruchy i myśli, ale teraz widzę, jak to brzemię powoli opada. Ramiona, do tej pory sztywne, teraz miękną, a oddech, jeszcze przed chwilą płytki, nabiera głębi. Każdy wdech wypełnia ją nie tylko powietrzem, ale także nową siłą, jakby czerpała energię z całego wszechświata. Każdy wydech to odpuszczenie dawnych lęków, które trzymały ją w uścisku. Przemiana, której jestem świadkiem, nie dotyczy tylko ciała – to głębsza, wewnętrzna rewolucja. Wibracje zmiany przenikają każdą cząstkę jej istnienia, aż wydaje się, że sama przestrzeń wokół niej faluje. To nie tylko nadzieja, to niemal namacalna pewność, że przyszłość przyniesie coś lepszego. A ta pewność, niczym nieuchwytna iskra, zaczyna przenikać także i mnie.
Sam jestem wciągnięty w wir wewnętrznej burzy emocji – pełnej sprzeczności, ukrytych pragnień i zakazanych myśli. Moje serce przyspiesza, gdy wyobrażam sobie lepsze jutro, które jej obiecałem. Jednak w głębi duszy zdaję sobie sprawę, że te obietnice są niczym więcej niż cieniami ograniczonymi przez mury, jakie sam pieczołowicie wokół niej wzniosłem. W moim umyśle toczy się nieustanna walka – pragnienie szczęścia Moniki zderza się z niezdolnością, a nawet niechęcią do pomyślenia o jej wolności. Ta wewnętrzna sprzeczność rozdziera od środka. Jedna część mnie, ta jaśniejsza, pragnie dla niej czegoś dobrego; druga, ciemniejsza – ta, którą pielęgnuję w cieniu, w zakamarkach swojej duszy – nigdy nie pozwala sobie na wyobrażenie życia dziewczyny poza moim światem. Trzyma ją tutaj, zamkniętą jak cenny skarb, a każda wizja odejścia wydaje się nie do zniesienia. Sprzeczność ta rośnie we mnie jak trucizna, karmiąca się frustracją i wyrzutami sumienia, skrywanymi za fasadą troskliwości i pozornego zaangażowania.
Monika… zaakceptowała to, co ją spotkało. To widać w oczach, w uległych gestach. Ufam jej bardziej niż poprzednim lokatorkom, bo jest inna – spokojniejsza, bardziej wyrozumiała albo po prostu złamana. Ale właśnie to czyni ją idealną do moich planów. Pragnienie, by mieć dziewczynę tylko dla siebie, staje się coraz silniejsze. Głęboko wierzę, że odpowiednia nagroda – ciepło, bliskość, a nawet iluzja miłości – zwiąże nas jeszcze mocniej. Zaufanie przecież rośnie z każdym dniem. A zaproszenie na kolację… to kolejny krok. Już widzę błysk ekscytacji w jej oczach, gdy zrozumie, że chęć przebywania blisko niej to wyróżnienie. Wiem, że odwdzięczy się posłuszeństwem, zaangażowaniem, poddaniem.
– Zaprosisz mnie do siebie? – pyta z nutą niepewności, choć widzę po twarzy, że doskonale rozumie moje intencje.
– Skup się na jutrzejszym spotkaniu z Koreańczykiem, a resztą się zajmę – odpowiadam łagodnym tonem, nie przestając się uśmiechać, jakbym uspokajał dziecko, które niepotrzebnie się martwi.
Zostawiam ją zamyśloną, pełną nadziei na przyszłość, którą subtelnie nakreślam. Jestem pewien, że Monika wierzy w moje obietnice. A ja? Nie muszę więcej wysilać się, by ją do czegokolwiek motywować – iluzja już zrobiła swoje.
Oddalam się od schodów. Przede mną rozmowa, której początek nie zapowiada się przyjemnie. Aneta to nie Monika. To zupełnie inny okaz. Choć mieszka już u mnie ponad pół roku, wciąż nie potrafi dostosować się do nowych realiów. Ma w sobie coś dzikiego, coś, co powoduje, że próbuje uciec, a jednocześnie trzyma się w ryzach, jakby szukała odpowiedniego momentu.
Kod do wejścia znam na pamięć. Wpisuję go i po kilku sekundach jestem w mieszkaniu Anety. Jest taka sama jak zawsze – zanurzona w swoim małym świecie, zamknięta emocjonalnie, ale ze spojrzeniem mówiącymi więcej, niż kiedykolwiek odważyłaby się powiedzieć. Siedzi na sofie, wpatrzona w ekran, a gdy mnie zauważa, pauzuje film. Jest niezadowolona, jakbym naruszył jej prywatność – choć przecież od dawna nie ma żadnej. Wiem, że mnie nienawidzi. Ta niechęć jest niemal namacalna, jak ostry nóż, który z przyjemnością zatopiłaby w moich plecach. Zresztą próbowała kiedyś zaatakować. Oczywiście nie zdołała mnie zranić. To była surowa i bezlitosna lekcja. Tamtej nocy, kiedy zajęło się nią sześciu rosłych Czeczeńców, udowodniłem jej, że opór nie ma sensu. Zrozumiała, że bunt to ślepa uliczka. Od tamtego czasu nie próbowała więcej niczego głupiego. Ale jej spojrzenie… Ono wciąż zdradza chęć zemsty. Czeka. Na co? Może na chwilę słabości, której nigdy nie okażę.
– Dobry wieczór – mówię spokojnie, siadając obok niej na sofie.
Aneta natychmiast przesuwa się na skraj, jakby dystans miał ją ochronić. W dłoni mocno ściska pilota, zastanawiając się zapewne, jakie będą konsekwencje, gdyby spróbowała użyć go jako broni.
– Dobry jest tylko dla ciebie – odpowiada z kwaśnym uśmiechem. W głosie słychać niezmienną gorycz. – Dla mnie będzie dobry dopiero wtedy, kiedy w końcu cię złapią, pojebany psychopato.
Zuchwałość Anety już mnie nie zaskakuje. Ma ognisty temperament, ale to właśnie ta autentyczność sprawia, że jej nie ignoruję. Z jednej strony ten opór mnie bawi, z drugiej – podziwiam ją, że jeszcze się nie załamała. W odróżnieniu od Moniki nie stara się na siłę ze mną dogadać. Robi to, co jej każę, zaspokaja wymagania klientów, ale nigdy nie próbuje ukryć buntu. Każdy gest, każde spojrzenie jest pełne ukrytej niechęci.
Patrzę na nią z mieszanką politowania i fascynacji. Dwudziestodwuletnia dziewczyna o jasnych włosach opadających na ramiona, drobnej, niemal filigranowej posturze, siedzi w bluzce na ramiączkach i krótkich spodenkach. Wygląda niemal niewinnie. Delikatność jednak jest złudna, jakby każda rysa na powierzchni ciała miała odsłonić prawdziwą, twardą naturę. Jej obecność przypomina mi, że niezależnie od tego, jak dobrze planuję i manipuluję, nie wszyscy dają się złamać. Niektórzy, jak Aneta, wolą utrzymać pozory siły, nawet gdy wiedzą, że są na przegranej pozycji.
– Nigdy nie zabroniłem ci być niemiłą suką – mówię spokojnym tonem, niemal jakbym udzielał przyjacielskiej rady. W moim głosie jest jednak ostrzeżenie. – Powinnaś pamiętać, że twoje życie zależy ode mnie w stu procentach. Na twoim miejscu postępowałbym mądrzej.
– Nie jesteś na moim miejscu, zjebie! – wybucha. – Prędzej czy później popełnisz błąd. Rodzice nigdy nie przestaną mnie szukać. Jestem pewna, że detektywi, których wynajął mój ojciec, już są na twoim tropie.
– Zawsze to samo. – Przewracam oczami. – Nudzisz mnie.
Agresja dziewczyny nieco maleje, ale nie ustępuje. Głos Anety staje się niższy, bardziej złowieszczy.
– Za to ty na pewno nie będziesz się nudził w pierdlu – mówi. – Za to, co mi zrobiłeś, zapłacisz.
Nachylam się w jej stronę, pozwalając, aby nasz kontakt wzrokowy trwał dłużej, niż powinien. Moje słowa są zimne, niemal szepczę:
– Naprawdę sądzisz, że wyjdziesz stąd żywa? – pytam z beznamiętną ciekawością. – Teraz jesteś młoda i atrakcyjna dla moich klientów, ale nadejdzie czas, kiedy stracisz datę ważności.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Kosiarz
isbn: 978-83-8423-497-6
© Tomasz Tomaszewski i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Marta Grochowska
korekta: Konrad Witkowski
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
