Kosiarz - Tomasz Tomaszewski - ebook + książka
NOWOŚĆ

Kosiarz ebook

Tomasz Tomaszewski

0,0

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Możesz uciekać. Ale Kosiarz i tak zbierze swoje żniwo.

W mrocznych zakamarkach Krakowa, w zapomnianej piwnicy, ktoś prowadzi makabryczną grę. Porywa, więzi i brutalnie wykorzystuje ludzi, zamieniając ich życie w niekończący się koszmar. Wszystko po to, by zaspokoić własne chore żądze.

Gdy na ulicach miasta zaczynają pojawiać się okaleczone ciała, policja rozpoczyna śledztwo. Wszystkie tropy prowadzą do jednej osoby – Kosiarza. Seryjnego mordercy, który od lat terroryzuje Małopolskę i z upiorną precyzją zbiera swoje żniwo.

Zespół dochodzeniowy niespodziewanie trafia do świata, którym rządzą przemoc, handel organami i perwersyjne fantazje. Nic nie jest tu oczywiste: maski spadają, sprzymierzeńcy zmieniają się we wrogów, a zaufanie staje się luksusem, na jaki nikt nie może sobie pozwolić.

Kosiarz jednak wciąż pozostaje o krok przed wszystkimi. A śledczy zaczynają podejrzewać, że nie on jeden ma krew na rękach…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 344

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Naj­więk­sze po­twor­no­ści ro­dzą sięz za­chwy­tu nad tym, co ide­al­ne.

Frie­drich Nie­tz­sche

PRO­LOG

Za­in­te­re­so­wa­ni kup­nem domu prze­glą­da­ją ofer­ty w po­szu­ki­wa­niu tej jed­nej, wy­jąt­ko­wej nie­ru­cho­mo­ści. Naj­czę­ściej ma­rzą o bez­piecz­nej przy­sta­ni w spo­koj­nej oko­li­cy, skąd ła­two do­trą do pra­cy, a szko­ły, przed­szko­la oraz skle­py będą na wy­cią­gnię­cie ręki. Waż­nym atu­tem są rów­nież te­re­ny re­kre­acyj­ne, gdzie moż­na ode­tchnąć peł­ną pier­sią. Dla wie­lu klu­czo­wym ogra­ni­cze­niem po­zo­sta­je bu­dżet, któ­ry wy­zna­cza gra­ni­ce tego, na co mogą so­bie po­zwo­lić. Nie­mniej istot­ny jest roz­miar i układ po­miesz­czeń, czę­sto de­cy­du­ją­cy o wy­bo­rze da­nej par­ce­li. Stan tech­nicz­ny, szcze­gól­nie na ryn­ku wtór­nym, od­gry­wa za­sad­ni­czą rolę – wie­le osób woli ku­pić bu­dy­nek nie­wy­ma­ga­ją­cy na­tych­mia­sto­we­go re­mon­tu. Znam ta­kich, któ­rzy kie­ru­ją się wiel­ko­ścią i sta­nem dział­ki, a tak­że wi­do­ka­mi oraz do­stęp­no­ścią ogro­du. Nie bra­ku­je tak­że spry­cia­rzy, któ­rzy zwra­ca­ją uwa­gę na war­tość in­we­sty­cyj­ną. Per­spek­ty­wa wzro­stu war­to­ści nie­ru­cho­mo­ści cie­szy prze­cież bar­dziej niż zna­le­zie­nie do­dat­ko­we­go chip­sa w opa­ko­wa­niu, gdy my­śla­łeś, że wszyst­kie już zja­dłeś.

Mu­szę przy­znać, że szu­ka­jąc miej­sca dla sie­bie, nie kie­ro­wa­łem się żad­nym z po­wyż­szych kry­te­riów. Nie ko­rzy­sta­łem też z usług po­śred­ni­ków nie­ru­cho­mo­ści. Li­czy­ły się wy­łącz­nie wa­run­ki grun­to­we. Chcia­łem unik­nąć sy­tu­acji, w któ­rej ro­dzaj gle­by, po­ziom wód i inne uwa­run­ko­wa­nia geo­lo­gicz­ne mo­gły­by wpły­nąć na pro­jekt piw­ni­cy. W koń­cu tra­fi­łem na od­po­wied­nią dział­kę, a dom oka­zał się nie­mal nowy. Ku­pi­łem go od roz­wo­dzą­ce­go się mał­żeń­stwa. Wiem, że po­wi­nie­nem uzy­skać nie­zbęd­ne ze­zwo­le­nia, ale nie za­przą­ta­łem so­bie nimi gło­wy. Za­in­we­sto­wa­łem za to w in­ży­nie­ra z Ukra­iny, któ­ry stwo­rzył dla mnie szcze­gó­ło­wy plan piw­ni­cy. Fa­cet znał się na rze­czy – z pa­sją opo­wia­dał o me­to­dach za­bez­pie­cze­nia przed wil­go­cią i wodą, co przy tak du­żym pod­piw­ni­cze­niu mia­ło klu­czo­we zna­cze­nie. W pro­jek­cie uwzględ­nił miej­sca na sys­te­my dre­na­żo­we, pom­py zbior­ni­ko­we i za­bez­pie­cze­nia prze­ciw­wod­ne. Gwa­ran­to­wał, że dzię­ki temu unik­nę za­la­nia – i do­trzy­mał sło­wa.

Nie chcia­łem pro­ble­mów z ja­ko­ścią po­wie­trza, więc za­dba­łem o wen­ty­la­cję – dzia­ła bez za­rzu­tu do dziś. Dzię­ki temu zimą jest tam cie­pło, a la­tem przy­jem­nie chłod­no – bez śla­du ple­śni czy grzy­bów. In­ży­nier po­my­ślał też o oświe­tle­niu, co w po­ko­jach bez do­stę­pu do świa­tła dzien­ne­go ma ogrom­ne zna­cze­nie. Bu­do­wa pod­zie­mia prze­kro­czy­ła za­ło­żo­ny bu­dżet, ale zmie­ści­łem się w roz­sąd­nych wi­deł­kach. Ukra­iniec zna­lazł dla mnie eki­pę, któ­ra wy­re­mon­to­wa­ła górę domu, ogar­nę­ła ogród, a co naj­waż­niej­sze – dys­kret­nie stwo­rzy­ła pod nim po­ko­je. Nikt z są­sia­dów nie ma po­ję­cia, że pod fun­da­men­ta­mi znaj­du­je się po­nad sto me­trów kwa­dra­to­wych do­dat­ko­wej po­wierzch­ni.

Piw­ni­ca to ide­al­ne miej­sce do prze­cho­wy­wa­nia rze­czy, któ­re nie są po­trzeb­ne na co dzień. Na­rzę­dzia, sprzęt spor­to­wy, de­ko­ra­cje świą­tecz­ne czy za­pa­sy żyw­no­ści trzy­mam jed­nak gdzie in­dziej. Nie urzą­dzi­łem tam wi­niar­ni ani si­łow­ni. Cały dół jest do­sko­na­le izo­lo­wa­ny aku­stycz­nie, co by­ło­by ide­al­ne dla gło­śnych za­jęć, gdy­bym grał tam na ja­kimś in­stru­men­cie. To miej­sce daje mi pry­wat­ną prze­strzeń, od­izo­lo­wa­ną od resz­ty bu­dyn­ku, co spraw­dza się, gdy przyj­mu­ję go­ści, pra­cu­ję czy spę­dzam czas nad do­brą książ­ką.

Prze­stra­szo­ne ko­bie­ty krzy­czą jak opę­ta­ne na po­cząt­ku po­by­tu w za­mknię­ciu, cza­sa­mi tak­że pod­czas od­wie­dzin klien­tów, a ja nie mogę po­zwo­lić so­bie na ry­zy­ko, że ktoś je usły­szy. Za­le­ży mi, aby dziew­czy­ny, któ­re tu uwię­zi­łem, nie pa­ni­ko­wa­ły. Ich do­bre sa­mo­po­czu­cie ma dla mnie zna­cze­nie. Wy­glą­da­ją wte­dy jesz­cze pięk­niej. A pięk­no to sztu­ka – czy­sta, nie­ska­żo­na. Uwiel­biam, gdy ku­szą wy­glą­dem i wdzię­kiem. Cza­sa­mi się na­bur­mu­szą, ale mimo to na­dal są uro­cze.

Świa­do­mość, że ide­al­ne oka­zy, któ­re mo­gły­by mieć każ­de­go, miesz­ka­ją u mnie, łech­ce moją próż­ność. Tak samo jak to, że nie mogą od­mó­wić i są zwy­kle go­to­we, by spra­wić mi przy­jem­ność, gdy tyl­ko po­pro­szę. Uwa­żam, że prze­trzy­mu­ję naj­lep­sze z nich i mogę się nimi de­lek­to­wać ni­czym wy­bor­nym wi­nem. Je­stem ko­ne­se­rem, któ­ry ceni pięk­no, i wiem, cze­go ocze­ki­wać. A przede wszyst­kim upa­jam się tym, że ślicz­not­ki, mimo że pa­trzą na mnie z po­gar­dą, nie od­rzu­ca­ją mo­ich za­lo­tów.

Nie za­wsze tak było. Za mło­du wie­le razy do­sta­wa­łem ko­sza, co strasz­nie mnie fru­stro­wa­ło. Cza­sa­mi wra­cam my­śla­mi do tam­tych cza­sów, aby do­ce­nić obec­ne ży­cie.

Wszyst­ko za­czę­ło się lata temu, gdy jak co dzień wy­sze­dłem z domu do szko­ły. Nie mam na my­śli ro­dzin­ne­go gniazd­ka, tyl­ko pla­ców­kę opie­kuń­czo-wy­cho­waw­czą typu re­so­cja­li­za­cyj­ne­go. Dzię­ki wspar­ciu róż­nych or­ga­ni­za­cji non-pro­fit mo­głem kształ­cić się w li­ceum, brać kor­ki z mat­my i ko­rzy­stać z opie­ki zdro­wot­nej. Spie­szy­łem się na pierw­szą lek­cję, bo mia­łem po­pra­wić pałę z hi­sto­rii, a nasz wy­cho­waw­ca nie zno­sił spóź­nial­skich.

Zo­ba­czy­łem ją, gdy zbli­ża­łem się do przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go. Stu­dent­ka – po­my­śla­łem, wi­dząc idą­cy w moją stro­nę pięk­ny okaz. To nie tak, że ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem ład­nej la­ski, ale nie­któ­re pan­ny dzia­ła­ły na mnie moc­niej niż inne. Zresz­tą, mam tak do tej pory. Po­czu­łem, że chciał­bym mieć taką ślicz­not­kę u boku. Za­wie­si­łem na niej wzrok, cie­sząc się wi­do­kiem zgrab­nej syl­wet­ki. Uśmiech­ną­łem się, ale gdy mnie mi­ja­ła, do­strze­głem tyl­ko kpią­ce spoj­rze­nie.

Od­wró­ci­łem się i na­tych­miast stra­ci­łem do­bry hu­mor. Wy­so­ka blon­dyn­ka z dłu­gi­mi wło­sa­mi spię­ty­mi w koń­ski ogon za­trzy­ma­ła się i spoj­rza­ła na mnie z drwi­ną.

– Za­wsze ga­pisz się tak na lu­dzi czy tyl­ko ja mam to szczę­ście? – spy­ta­ła z po­gar­dą, sto­jąc wy­pro­sto­wa­na, z dłoń­mi opar­ty­mi na bio­drach.

Nie spo­dzie­wa­łem się ta­kiej re­ak­cji. Chcia­łem od­po­wie­dzieć, że mnie za­uro­czy­ła, ale za­miast tego opa­dła mi szczę­ka i sta­łem mil­czą­cy jak fla­ming w ogród­ku, któ­ry za­sta­na­wia się, kie­dy przy­le­ciał i dla­cze­go wszy­scy tak na nie­go pa­trzą.

– Je­steś że­nu­ją­cy – do­da­ła pew­nym sie­bie gło­sem. – Spy­taj mat­ki, dla­cze­go wy­cho­wa­ła cię na zbo­czeń­ca.

Po­czu­łem się, jak­by ude­rzy­ła mnie w twarz. Prze­łkną­łem śli­nę, ob­ser­wu­jąc, jak dziew­czy­na się od­wra­ca i od­cho­dzi. Do­gry­zła mi uwa­gą o mat­ce – jak­by wie­dzia­ła, że moja ro­dzi­ciel­ka zo­sta­wi­ła mnie w oknie ży­cia, po­sta­na­wia­jąc nie spier­do­lić so­bie wła­sne­go. Sta­łem tam jesz­cze przez kil­ka­dzie­siąt se­kund, za­nim zda­łem so­bie spra­wę, że je­śli nie ru­szę dupy, uciek­nie mi au­to­bus i będę mu­siał biec do szko­ły jak ge­pard na do­pa­la­czach. Po­sze­dłem więc szyb­ko w stro­nę przy­stan­ku i wła­śnie wte­dy roz­to­czy­łem w gło­wie fa­scy­nu­ją­cą wi­zję.

Ocza­mi wy­obraź­ni uj­rza­łem py­ska­tą blon­dyn­kę za­mknię­tą w piw­ni­cy. Wów­czas wy­obra­zi­łem so­bie ob­skur­ne po­miesz­cze­nie kon­tra­stu­ją­ce z pięk­nem jej cia­ła. W mo­ich my­ślach krót­ki łań­cuch na jej ko­st­ce wy­zna­czał prze­strzeń, w któ­rej mo­gła się po­ru­szać. Naj­bar­dziej po­do­ba­ła mi się twarz. Za­tro­ska­na mina i prze­ra­żo­ne oczy zdra­dza­ły, że wie, kto de­cy­du­je o jej lo­sie. W wy­obraź­ni mo­głem bez­kar­nie urze­czy­wist­niać moje żą­dze. Ta pięk­na wi­zja to­wa­rzy­szy­ła mi jesz­cze na przy­stan­ku, a po­tem w au­to­bu­sie. Wte­dy nie mia­łem po­ję­cia, że jako do­ro­sły fa­cet zre­ali­zu­ję tam­tą fan­ta­zję.

Obec­nie nie mu­szę mar­twić się po­gar­dli­wy­mi spoj­rze­nia­mi atrak­cyj­nych oka­zów. W za­mian za to, że po­tra­fię do­ce­nić ich pięk­no, są po­słusz­ne. To one sta­ra­ją się zdo­być moje wzglę­dy. Nie za­wsze im się to uda­je, dla­te­go cza­sa­mi koń­czą mar­nie.

Bli­ska mi oso­ba po­ma­ga po­zbyć się ich ciał, a ja rów­nież nie po­zo­sta­ję obo­jęt­ny wo­bec jej próśb. Mu­szę jed­nak za­zna­czyć, że nie za­wsze wspie­ra­li­śmy się tak, jak­bym tego ocze­ki­wał. Te­raz na­sze re­la­cje są po­praw­ne, cho­ciaż wciąż iry­tu­ją mnie nie­któ­re z jej po­su­nięć. Cóż, ży­cie.

Istot­ne jest to, że za­ra­biam na tych atrak­cyj­nych ko­bie­tach, wy­ko­rzy­stu­jąc fakt, że chęt­nych na spo­tka­nia z nimi nie bra­ku­je. Nie przej­mu­ję się tak­że, gdy mu­szę po­że­gnać się z któ­rymś z oka­zów. Współ­pra­cu­ję z wpły­wo­wy­mi ludź­mi, któ­rzy ku­pu­ją ode mnie ich or­ga­ny. W Pol­sce jest mnó­stwo ślicz­nych dziew­czyn, a ja, na szczę­ście, po­tra­fię zna­leźć w tłu­mie tę jed­ną, któ­ra mnie ocza­ru­je i za­stą­pi pust­kę po po­przed­nicz­ce.

W koń­cu je­stem ko­ne­se­rem pięk­na.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W ma­łym, ską­po oświe­tlo­nym po­miesz­cze­niu niż­szy z po­li­cjan­tów opie­rał się o ścia­nę, wpa­tru­jąc się w prze­słu­chi­wa­ne­go. Pół­mrok pa­no­wał nie tyl­ko w po­ko­ju, ale i w at­mos­fe­rze uno­szą­cej się w po­wie­trzu – na­pię­cie, ci­che wes­tchnie­nia i sze­lest akt two­rzy­ły otocz­kę, któ­rej trud­no nie za­uwa­żyć. Wszy­scy trzej – prze­słu­chi­wa­ny i dwaj śled­czy – byli czę­ścią gry, w któ­rej naj­mniej­szy gest mógł mieć ogrom­ne zna­cze­nie.

Do­brze skro­jo­ny gar­ni­tur sto­ją­ce­go po­li­cjan­ta nada­wał mu po­wa­gi. Tym­cza­sem jego part­ner – wy­so­ki, trzy­dzie­sto­sied­mio­let­ni ko­mi­sarz o kru­czo­czar­nych wło­sach i bo­ga­tym do­świad­cze­niu w wy­dzia­le kry­mi­nal­nym – za­dał ko­lej­ne py­ta­nie męż­czyź­nie sie­dzą­ce­mu na­prze­ciw.

– Je­steś pew­ny, że two­je ali­bi po­twier­dzą oso­by, z któ­ry­mi rze­ko­mo pi­łeś do rana?

Choć py­ta­nie wy­da­ło się pro­ste, mia­ło głęb­szy cel niż we­ry­fi­ka­cja słów prze­słu­chi­wa­ne­go, za­trzy­ma­ne­go przed czte­re­ma go­dzi­na­mi.

Męż­czy­zna w śred­nim wie­ku i o nie­pew­nej po­sta­wie wy­glą­dał na za­stra­szo­ne­go. Nie miał wi­docz­ne­go mo­ty­wu, by za­mor­do­wać kon­ku­bi­nę, z któ­rą dzie­lił ży­cie dłu­żej, niż był w sta­nie so­bie przy­po­mnieć. Ze­znał, że w nie­szczę­sną noc pił wód­kę z ko­le­ga­mi z są­sied­nich miesz­kań so­cjal­nych. Mó­wio­no, że całe osie­dle ubo­gich, ży­ją­cych z za­sił­ków, jest wy­lę­gar­nią pa­to­lo­gii, ale nie prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej, zdol­nej do bru­tal­nych zbrod­ni. Jego głos, choć stłu­mio­ny lę­kiem, niósł echem de­spe­ra­cję ko­goś, kto nie wie­dział, co ro­bić da­lej.

– Nie za­bi­łem Zoś­ki – bro­nił się z prze­ko­na­niem, a pod­ko­mi­sarz sto­ją­cy pod ścia­ną na­wet tro­chę współ­czuł ły­sie­ją­ce­mu bez­ro­bot­ne­mu, któ­ry wy­da­wał się prze­ra­żo­ny.

Po­li­cjan­ci wie­dzie­li, że męż­czy­zna skoń­czył nie­daw­no pięć­dzie­siąt je­den lat, ale wy­glą­dał na znacz­nie star­sze­go. Zmarszcz­ki rzeź­bi­ły jego twarz, a zmę­czo­ne oczy zdra­dza­ły ko­goś, kto daw­no temu stra­cił kon­tro­lę nad swo­im ży­ciem. Ręce za­czę­ły mu drżeć, nie­pew­nie błą­dził spoj­rze­niem po po­ko­ju, jak­by szu­kał po­twier­dze­nia, że ktoś go zro­zu­mie.

– Mó­wi­łem wam wcze­śniej, że rano, kie­dy obu­dzi­łem się z ku­rew­skim ka­cem, zo­ba­czy­łem Zo­się mar­twą, całą we krwi. Le­ża­ła w kuch­ni z po­de­rżnię­tym gar­dłem. Prze­cież sam po was za­dzwo­ni­łem! Pa­mię­tam jak dziś, to była śro­da. Co ja, do chu­ja, je­stem win­ny, że ją za­mor­do­wa­no?!

– Nie od­po­wie­dzia­łeś na py­ta­nie ko­mi­sa­rza – za­uwa­żył prze­ni­kli­wie trzy­dzie­sto­pię­cio­let­ni śled­czy, prze­ry­wa­jąc roz­wa­ża­nia aresz­to­wa­ne­go. Pod­ko­mi­sarz nie był oso­bą, któ­ra cze­ka­ła na wy­mów­ki. Sta­now­czość i bez­kom­pro­mi­so­wość spra­wia­ły, że na­wet naj­tward­sze jed­nost­ki za­czy­na­ły się ła­mać pod pre­sją jego spoj­rze­nia. Sta­now­czy ton nadał roz­mo­wie nowy ob­rót. – Bądź więc, kur­wa, uprzej­my udzie­lić od­po­wie­dzi – do­dał, pod­kre­śla­jąc, że to oni za­da­ją py­ta­nia. Nie spusz­cza­jąc z nie­go wzro­ku, po­zwo­lił, by ci­sza wy­peł­ni­ła po­kój. Ci­sza, któ­ra mia­ła być od­po­wie­dzią sama w so­bie. Wie­dział, że lu­dzie ła­mią się na róż­ne spo­so­by, ale za­wsze naj­pierw pęka ich mil­cze­nie.

Prze­słu­chi­wa­ny, czu­jąc na so­bie wzrok ele­ganc­ko ubra­ne­go po­li­cjan­ta, któ­re­go po­sta­wa od po­cząt­ku nie wró­ży­ła ni­cze­go do­bre­go, po­czuł się jesz­cze bar­dziej nie­swo­jo. Miał wra­że­nie, że po­wie­trze w po­miesz­cze­niu na­gle zgęst­nia­ło. Wzrok obu śled­czych zda­wał się prze­szy­wać go na wy­lot, na­pię­cie ro­sło z każ­dą se­kun­dą. Każ­de sło­wo, każ­dy gest mo­gły zde­cy­do­wać o dal­szym bie­gu śledz­twa.

– Wszy­scy, z któ­ry­mi pi­łem, po­win­ni to po­twier­dzić – wy­szep­tał męż­czy­zna, sta­ra­jąc się brzmieć pew­nie, choć jego głos ła­mał się co chwi­lę. – Je­śli ktoś za­kwe­stio­nu­je, że by­łem u Wal­cza­ka, to bę­dzie mor­der­ca mo­jej Zosi. Do­sta­nie­cie go na tacy.

Niż­szy z po­li­cjan­tów nie ustę­po­wał, jego po­dej­ście było bez­kom­pro­mi­so­we. W ta­kich chwi­lach do­sko­na­le wie­dział, jak wy­wie­rać pre­sję. Wpa­try­wał się w męż­czy­znę ni­czym dra­pież­nik w ofia­rę, cier­pli­wie cze­ka­jąc na mo­ment, w któ­rym pęk­nie.

– To dla­cze­go rzu­ci­łeś się dzi­siaj do uciecz­ki, gdy tyl­ko nas zo­ba­czy­łeś?! – wy­krzyk­nął, pod­czas gdy jego part­ner, bar­dziej wy­wa­żo­ny, wy­da­wał się ro­zu­mieć prze­ra­że­nie prze­słu­chi­wa­ne­go.

Wy­so­ki po­li­cjant, mimo że mniej emo­cjo­nal­ny, ob­ser­wo­wał każ­dy gest męż­czy­zny, jak­by sta­rał się zro­zu­mieć jego mo­ty­wy. To wła­śnie ta umie­jęt­ność wy­cią­ga­nia wnio­sków z po­zor­nie nie­waż­nych szcze­gó­łów spra­wia­ła, że ich duet był tak sku­tecz­ny. Ist­niał kon­kret­ny po­wód, dla któ­re­go prze­słu­chi­wa­ny zde­cy­do­wał się na de­spe­rac­ką uciecz­kę.

– No bo, kur­wa, za­bi­łem tego chu­ja, z któ­rym sy­pia­ła Zo­cha! – od­po­wie­dział, wy­raź­nie oży­wio­ny. Po­licz­ki miał czer­wo­ne jak fla­ga Chiń­skiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej, a stan emo­cjo­nal­ny wy­ra­żał głów­nie iry­ta­cję i złość. Na­gle jego dło­nie, do­tych­czas ner­wo­wo ba­wią­ce się koń­cem ko­szu­li, opa­dły na stół, jak­by sam cię­żar wy­zna­nia po­zba­wił go sił. – Ko­cha­łem ją, a ona da­wa­ła dupy na boku temu po­je­bań­co­wi spod dwój­ki. – Ner­wo­wo po­pra­wił reszt­kę wło­sów drżą­cą ręką, po czym do­dał z gorz­kim ża­lem: – Kur­wa, nie mo­gła wy­brać ko­goś lep­sze­go? Ale jed­no wiem na pew­no: ten su­kin­syn jej nie za­bił. On ją po pro­stu uwiel­biał.

– Ko­chał? – Ko­mi­sarz chciał do­pre­cy­zo­wać wy­zna­nie prze­słu­chi­wa­ne­go, sta­ra­jąc się le­piej zro­zu­mieć mo­ty­wy za­bój­stwa.

– Ko­chał? Ja­kie tam ko­chał – od­parł po­gar­dli­wie męż­czy­zna. Na jego twa­rzy po­ja­wił się gry­mas. – Uwiel­biał ją pie­przyć. Drwił ze mnie, pa­trząc mi pro­sto w oczy i mó­wiąc, jak bar­dzo mu się po­do­ba. Zo­cha już nie żyła, więc co mi za­le­ża­ło? Chwy­ci­łem dzia­dy­gę i pier­dol­ną­łem jego gło­wą o zlew. Raz, dru­gi, trze­ci. Po­tem wy­sze­dłem z jego miesz­ka­nia i za­mkną­łem drzwi na klucz.

– Kto za­tem za­bił Zo­fię Grzy­wacz? – Niż­szy z po­li­cjan­tów utrzy­my­wał spo­kój, nie po­zwa­la­jąc, aby przy­zna­nie się męż­czy­zny do winy zde­kon­cen­tro­wa­ło go. Mimo twar­dych słów na­dal kon­tro­lo­wał emo­cje. Wie­dział, że gra to­czy się o coś wię­cej.

Śled­czy przy­pusz­cza­li, że za za­bój­stwem ko­chan­ka kon­ku­bi­ny męż­czy­zny stoi ktoś inny. Dzi­siej­sza wi­zy­ta na miej­scu zbrod­ni za­sko­czy­ła ich uciecz­ką prze­słu­chi­wa­ne­go. Męż­czy­zna gnał głów­ną uli­cą osie­dla przez cały ki­lo­metr, do­pó­ki ko­mi­sarz nie do­go­nił go i nie po­wa­lił na zie­mię.

Wy­so­ki po­li­cjant przez cały czas za­cho­wy­wał chłod­ny pro­fe­sjo­na­lizm, ale coś w ru­chach za­trzy­ma­ne­go wy­da­ło mu się dziw­nie zna­jo­me. Strach, de­spe­ra­cja czy może pró­ba ukry­cia cze­goś więk­sze­go?

– Mó­wi­łem wam set­ki razy, że nie mam po­ję­cia – od­po­wie­dział męż­czy­zna, opie­ra­jąc gło­wę o dło­nie. Wy­glą­dał na prze­gra­ne­go.

– Al­bert Kraw­czyk – tym ra­zem ode­zwał się po­li­cjant sie­dzą­cy za biur­kiem. Wzmian­ka na­zwi­ska spra­wi­ła, że prze­słu­chi­wa­ny pod­niósł gło­wę, a śled­czy uj­rzał łzy w jego oczach. – To na­zwi­sko coś ci mówi?

– Al­ber­cik, co nie­daw­no wy­szedł z po­praw­cza­ka – od­parł za­trzy­ma­ny. – Miesz­ka ze scho­ro­wa­ną mat­ką na par­te­rze.

– No miesz­ka, fakt – po­twier­dził wyż­szy gli­niarz. – Ka­za­łem go aresz­to­wać jesz­cze przed na­szą roz­mo­wą. Pew­nie ko­le­dzy już go mają i wio­zą na do­łek. Na szczę­ście to nie nam bę­dzie się spo­wia­dał z za­bój­stwa two­jej Zoś­ki. Inni wy­cią­gną z nie­go przy­zna­nie się do winy, a my za­my­ka­my spra­wę mor­der­stwa Ro­ma­na Kę­dzier­skie­go.

– Co?! – Męż­czy­zna gwał­tow­nie się wy­pro­sto­wał.

– Głu­chy prze­cież nie je­steś – od­po­wie­dział po­li­cjant, któ­ry przed chwi­lą ode­rwał ple­cy od ścia­ny i pod­szedł bli­żej za­trzy­ma­ne­go. – W toku śledz­twa usta­li­li­śmy, że to wła­śnie on po­de­rżnął gar­dło two­jej kon­ku­bi­nie. Po­je­cha­li­śmy dzi­siaj go aresz­to­wać, ale na­pa­to­czy­łeś się i za­czą­łeś ucie­kać na nasz wi­dok. Od razu na­bra­li­śmy po­dej­rzeń, że je­steś mor­der­cą Kę­dzier­skie­go.

Dru­gi funk­cjo­na­riusz, mimo że nie pod­no­sił gło­su, ob­ser­wo­wał każ­dy ruch za­trzy­ma­ne­go. Zim­ny pro­fe­sjo­na­lizm skry­wał po­dejrz­li­wość.

– Dla­cze­go? – Zdez­o­rien­to­wa­ny męż­czy­zna szu­kał od­po­wie­dzi. – Dla­cze­go Al­bert miał­by za­bić Zo­się?

– Po­nie­waż, po­dob­nie jak Kę­dzier­ski, też pra­gnął ją dup­czyć. – Wyż­szy z po­li­cjan­tów uśmiech­nął się cierp­ko. – Dała mu ko­sza, więc po­sta­no­wił, że ani ty, ani twój są­siad nie bę­dzie­cie już jej ru­chać. Nóż z jego od­ci­ska­mi, za­krwa­wio­ny zresz­tą, zna­le­zio­no w al­ta­nie na śmie­ci. – Prze­słu­cha­nie to­czy­ło się zgod­nie z jego prze­wi­dy­wa­nia­mi.

– Dla­cze­go przez cały czas za­da­wa­li­ście mi te wszyst­kie py­ta­nia, su­ge­ru­jąc, że to ja ją za­bi­łem?

– Me­to­dy ope­ra­cyj­ne – od­parł pod­ko­mi­sarz, kle­piąc męż­czy­znę lek­ko w ra­mię. Gest, choć wy­da­wał się przy­ja­ciel­ski, miał w so­bie coś z wy­ra­fi­no­wa­nej ma­ni­pu­la­cji: wy­raz siły, któ­ry miał po­ka­zać, że śled­czy kon­tro­lu­je całą sy­tu­ację. – Na­sze py­ta­nia wy­pro­wa­dzi­ły cię z rów­no­wa­gi, a te­raz mamy two­je ze­zna­nie, w któ­rym przy­zna­łeś się do za­bój­stwa są­sia­da.

– Je­steś aresz­to­wa­ny za mor­der­stwo Ro­ma­na Kę­dzier­skie­go. Swo­je pra­wa po­zna­łeś na po­cząt­ku prze­słu­cha­nia – wy­ja­śnił wyż­szy śled­czy, sku­pia­jąc wzrok na twa­rzy za­trzy­ma­ne­go. – Ko­le­dzy od­pro­wa­dzą cię tam, gdzie trze­ba.

Do po­ko­ju prze­słu­chań we­szło trzech mun­du­ro­wych, któ­rzy bez wa­ha­nia po­de­szli do męż­czy­zny, jesz­cze nie do koń­ca świa­do­me­go swo­je­go po­ło­że­nia. Za­trzy­ma­ny wy­glą­dał, jak­by wciąż pró­bo­wał po­łą­czyć wszyst­kie ele­men­ty ukła­dan­ki w ca­łość, ale myśl, że jego los jest już prze­są­dzo­ny, za­czy­na­ła po­wo­li do nie­go do­cie­rać. Po­li­cjan­ci bez sło­wa wy­pro­wa­dzi­li go z po­miesz­cze­nia.

– Spra­wa za­mknię­ta, part­ne­rze – rzekł niż­szy z po­li­cjan­tów, po­zwa­la­jąc so­bie na sze­ro­ki uśmiech. Śled­czy o krót­ko przy­strzy­żo­nych, ciem­no­brą­zo­wych wło­sach za­wsze sta­rał się za­cho­wać nie­na­gan­ną pre­zen­cję. Jego luź­no za­wią­za­ny kra­wat i lek­ko po­gnie­cio­ny gar­ni­tur zdra­dza­ły jed­nak zmę­cze­nie wie­lo­go­dzin­ną pra­cą. Mimo nie­co nie­dba­łe­go wy­glą­du ema­no­wał pew­no­ścią sie­bie, a jego by­stre, ciem­ne oczy nie­ustan­nie ob­ser­wo­wa­ły oto­cze­nie, wy­ła­pu­jąc każ­dy szcze­gół. Za­raz po­tem spoj­rzał na ze­ga­rek. – Upo­ra­li­śmy się z tym dość szyb­ko. Po­win­ni­śmy to uczcić. Co po­wiesz na piwo?

Do­cho­dzi­ła do­pie­ro dzie­więt­na­sta, a wie­czór ósme­go czerw­ca dwa ty­sią­ce dwu­dzie­ste­go czwar­te­go roku roz­cią­gał przed nimi obiet­ni­cę dłu­gich, przy­jem­nych go­dzin.

– Sor­ry, Ra­dzi­wiłł, dzi­siaj nie dam rady. Zro­zum męż­czy­znę w po­trze­bie – od­po­wie­dział, su­ge­ru­jąc, że wie­czór spę­dzi z nową zna­jo­mą, o któ­rej wspo­mi­nał wcze­śniej.

– To­bie tyl­ko rand­ki w gło­wie. Ustat­ko­wał­byś się w koń­cu – za­żar­to­wał śled­czy, po­pra­wia­jąc kra­wat. Mimo po­zor­nej lek­ko­ści był czło­wie­kiem, któ­ry trak­to­wał swo­ją pra­cę po­waż­nie. Zna­ny z prze­ni­kli­wo­ści i nie­ustę­pli­wo­ści, zy­skał re­pu­ta­cję po­li­cjan­ta, któ­ry ni­g­dy nie od­pusz­cza, na­wet gdy spra­wa wy­da­je się stra­co­na. Miał jed­nak swo­ją mrocz­niej­szą stro­nę: jego po­czu­cie hu­mo­ru i cy­nizm cza­sa­mi wpra­wia­ły in­nych w za­kło­po­ta­nie. – Trud­no, baw się do­brze. Wy­cią­gnę na mia­sto No­wa­kow­ską. Też będę miał pra­wie rand­kę.

Po wy­mia­nie uści­sków dło­ni opu­ścił po­kój, zo­sta­wia­jąc part­ne­ra sa­me­go.

Ko­mi­sarz spę­dził jesz­cze chwi­lę w po­ko­ju prze­słu­chań, skru­pu­lat­nie ukła­da­jąc no­tat­ki i akta spra­wy w sza­rym sko­ro­szy­cie. Ru­chy miał spo­koj­ne i wy­wa­żo­ne, ale czuć było w nich de­li­kat­ne na­pię­cie, jak­by pró­bo­wał ode­tchnąć po za­koń­cze­niu in­ten­syw­nej spra­wy. Za­do­wo­lo­ny z uda­ne­go do­cho­dze­nia, opu­ścił po­miesz­cze­nie.

Na ko­ry­ta­rzu zna­lazł się kil­ka mi­nut po dzie­więt­na­stej. Szum roz­mów w biu­rze i dźwięk te­le­fo­nów w tle two­rzy­ły co­dzien­ną at­mos­fe­rę ko­mi­sa­ria­tu, co kon­tra­sto­wa­ło z ci­szą pa­nu­ją­cą w po­ko­ju prze­słu­chań. Idąc w stro­nę scho­dów, od­po­wia­dał na przy­ja­zne po­zdro­wie­nia ko­le­ża­nek i ko­le­gów.

Na­gle, przez uchy­lo­ne drzwi jed­ne­go z po­miesz­czeń, uj­rzał młod­szą od sie­bie ko­bie­tę. Blon­dyn­ka o krót­kich wło­sach sie­dzia­ła za biur­kiem, wpa­tru­jąc się w kąt po­ko­ju, z któ­re­go wy­ło­nił się nie­wi­docz­ny do­tąd po­li­cjant. Twarz dziew­czy­ny po­kry­wa­ły si­nia­ki, a opuch­nię­te war­gi przy­po­mi­na­ły te, któ­re wi­du­je się u osób po nie­uda­nych za­bie­gach ko­sme­tycz­nych. Ktoś bru­tal­nie ją po­bił, trak­tu­jąc jak wo­rek tre­nin­go­wy. Im­puls, któ­ry po­czuł śled­czy, nie wy­ni­kał tyl­ko z jego za­wo­do­we­go obo­wiąz­ku. W ta­kich chwi­lach czuł, że za każ­dym przy­pad­kiem kry­ją się ludz­kie tra­ge­die, i na­wet po tylu la­tach w służ­bie nie mógł przejść obo­jęt­nie. Skło­ni­ło go to do szer­sze­go otwar­cia drzwi i wej­ścia do środ­ka.

Dziew­czy­na wy­glą­da­ła na nie­wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat. Szczu­pła, zgrab­na, a mimo zma­sa­kro­wa­nej twa­rzy wciąż przy­cią­ga­ła wzrok swo­ją nie­tu­zin­ko­wą uro­dą. Nie pro­wo­ko­wa­ła ubio­rem – mia­ła na so­bie dżin­sy i bluz­kę. Obok dziew­czy­ny stał do­brze zna­ny ko­mi­sa­rzo­wi pod­ko­mi­sarz Ko­wa­lik, ubra­ny jak zwy­kle w zme­cha­co­ny swe­ter i dżin­so­we spodnie.

– Prze­moc do­mo­wa – wy­ja­śnił, zwra­ca­jąc się do star­sze­go ko­le­gi. – Pró­bu­ję prze­ko­nać pa­nią do zło­że­nia ofi­cjal­ne­go za­wia­do­mie­nia, ale cią­gle sły­szę, że nic się nie sta­ło. Mimo re­gu­lar­nych zgło­szeń są­sia­dów o kłót­niach i prze­mo­cy pani nie chce przy­znać, że jest ofia­rą – do­dał, od­wra­ca­jąc się do ko­bie­ty. – Pew­ne­go dnia on po pro­stu pa­nią za­bi­je.

– Mó­wi­łam, że nic się nie sta­ło! – od­par­ła za­dzior­nym gło­sem. – Nie po­trze­bu­ję pana rad. Chcę po pro­stu wró­cić do domu. Gli­niarz, któ­ry przy­je­chał na in­ter­wen­cję, źle zin­ter­pre­to­wał moje sło­wa.

– Zo­sta­wisz nas na chwi­lę? – Ko­mi­sarz wy­mow­nie spoj­rzał na młod­sze­go ko­le­gę. Ko­wa­lik wes­tchnął gło­śniej, niż po­wi­nien, kiw­nął gło­wą i wy­szedł, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

Po­li­cjant pod­szedł do ko­bie­ty, się­gnął po drew­nia­ne krze­sło i usiadł przed nią okra­kiem.

– Wiem, że nie zgło­sisz prze­mo­cy do­mo­wej. – Uśmiech­nął się cie­pło. – Znam wie­le ko­biet w two­jej sy­tu­acji. Bite, po­ni­ża­ne, bar­dziej bo­ją­ce się sa­mot­no­ści niż tego, co ich męż­czyź­ni mogą im zro­bić. Naj­bar­dziej prze­ra­ża cię myśl, żeby od nie­go odejść. Je­steś prze­ra­żo­na wi­zją sa­mot­no­ści. Ale je­śli nic nie zro­bisz, on za­bi­je cię wcze­śniej czy póź­niej. W naj­lep­szym ra­zie zro­bi z cie­bie ka­le­kę. Nie chcę jed­nak, że­byś na nie­go do­nio­sła. To mnie nie in­te­re­su­je.

– To cze­go ode mnie chcesz?! – wark­nę­ła, spo­glą­da­jąc na męż­czy­znę nie­uf­nie. Jej wzrok, choć pe­łen gnie­wu, zdra­dzał tak­że nut­kę stra­chu, jak­by nie była pew­na, co tak na­praw­dę może się wy­da­rzyć. Po­my­śla­ła, że mimo kpią­ce­go spo­so­bu mó­wie­nia i za­cho­wa­nia coś w jego wy­glą­dzie i po­sta­wie spra­wia­ło, że był dla niej jed­no­cze­śnie fa­scy­nu­ją­cy i od­py­cha­ją­cy.

– Chcę, że­byś mi po­wie­dzia­ła, gdzie miesz­kasz – od­po­wie­dział nie­mal szep­tem, po­zwa­la­jąc so­bie na ko­lej­ny życz­li­wy uśmiech.

***

Do­cho­dzi­ła dwu­dzie­sta trzy­dzie­ści, gdy ko­mi­sarz za­par­ko­wał auto na Osie­dlu Han­dlo­wym w No­wej Hu­cie. Zmrok wpraw­dzie zbli­żał się nie­spiesz­nie, ale ciem­ność cza­iła się już w za­ka­mar­kach ulic i pu­stych bra­mach. Po­li­cjant uświa­do­mił so­bie, że jesz­cze kil­ka lat temu dziel­ni­ca nie cie­szy­ła się naj­lep­szą sła­wą. Te­raz, dzię­ki względ­ne­mu spo­ko­jo­wi, daw­ne ob­li­cze tej czę­ści mia­sta zda­wa­ło się tyl­ko wspo­mnie­niem. Daw­ni mło­do­cia­ni gang­ste­rzy do­ro­śli – część z nich zna­la­zła się za kra­ta­mi, inni zaś zde­cy­do­wa­li się na le­gal­ne biz­ne­sy. Jed­nak pew­ne de­mo­ny prze­szło­ści ni­g­dy nie zni­ka­ją na za­wsze.

Śled­czy wszedł na pierw­sze pię­tro wy­so­kie­go blo­ku i za­pu­kał do drzwi dru­gie­go miesz­ka­nia od scho­dów. Klat­ka scho­do­wa pach­nia­ła stę­chli­zną, a echa czy­ichś kro­ków roz­brzmie­wa­ły w ko­ry­ta­rzu. Otwo­rzył mu młod­szy od nie­go męż­czy­zna. Jego cia­ło zdo­bi­ło po­nad trzy­dzie­ści ta­tu­aży, któ­re wy­glą­da­ły jak gów­no w le­sie. Brud­ne i nie­sko­or­dy­no­wa­ne, two­rzy­ły cha­otycz­ną mo­zai­kę wspo­mnień o mi­nio­nych bi­twach i nie­chcia­nych de­mo­nach. Ubra­ny je­dy­nie w sli­py, pre­zen­to­wał mu­sku­lar­ną syl­wet­kę. Ko­mi­sarz nie mu­siał wy­cią­gać po­li­cyj­nej od­zna­ki – „bla­cha” za­wie­szo­na na szyi mó­wi­ła sama za sie­bie.

– Je­że­li na mnie do­nio­sła, za­bi­ję sukę – za­gro­ził łysy osi­łek. Złość w jego oczach była chłod­na i wy­ra­cho­wa­na, jak­by de­cy­zja o przy­szłej prze­mo­cy już za­pa­dła.

Po­li­cjant nie od­po­wie­dział. Za­miast słów użył siły. Po­tęż­nym kop­nię­ciem w kro­cze i pre­cy­zyj­nym ude­rze­niem w szczę­kę szyb­ko obez­wład­nił męż­czy­znę, nie da­jąc mu naj­mniej­szej szan­sy na re­ak­cję. Wcią­gnął go do miesz­ka­nia, jak­by prze­cią­gał wo­rek ziem­nia­ków. W po­wie­trzu uno­sił się stę­chły za­pach ta­nie­go al­ko­ho­lu i potu, zmie­sza­ny z mdłą wo­nią pa­pie­ro­sów. W sa­lo­nie na ekra­nie te­le­wi­zo­ra le­ciał film por­no, któ­re­go dźwię­ki za­głu­sza­ły jęki wła­ści­cie­la. Śled­czy zer­k­nął na bez­wstyd­ną sce­nę – dwóch na­gich, bia­łych fa­ce­tów po­su­wa­ło czar­ną dziew­czy­nę, któ­ra dar­ła się wnie­bo­gło­sy. Jego wzrok prze­su­nął się po ob­ra­zie z obo­jęt­no­ścią wy­uczo­ną po la­tach służ­by. Taki stan rze­czy był mu na rękę. Są­sie­dzi dam­skie­go bok­se­ra sły­sze­li po­ję­ki­wa­nia z ekra­nu, a nie krzy­ki fa­ce­ta, któ­ry zro­bił ze swo­jej żony wo­rek tre­nin­go­wy.

Męż­czy­zna, le­żąc na pod­ło­dze, pró­bo­wał się oswo­bo­dzić, ale jego ru­chy były nie­zdar­ne, a strach pa­ra­li­żo­wał każ­dy im­puls. Ko­mi­sarz bez tru­du zła­mał mu rękę – chrup­nię­cie ko­ści i stłu­mio­ny krzyk do­peł­nia­ły sce­ny bru­tal­nej roz­pra­wy. Ból eks­plo­do­wał w cie­le męż­czy­zny, ale nie miał siły pro­te­sto­wać. Zde­ter­mi­no­wa­ny ko­mi­sarz, by do­koń­czyć „lek­cję”, kon­ty­nu­ował swo­je dzia­ła­nia. Jego ru­chy były me­to­dycz­ne, chłod­ne, jak­by wy­ko­ny­wał ru­ty­no­wy obo­wią­zek.

Ude­rzył gło­wą go­spo­da­rza o kra­wędź sto­łu. Dźwięk roz­trza­sku­ją­cej się ko­ści nosa od­bił się od ścian, a krwi­sty smak wy­peł­nił usta męż­czy­zny. Ki­bol upadł na pod­ło­gę. Na­stęp­nie cięż­kie buty po­li­cjan­ta zna­la­zły się na twa­rzy ban­dy­ty, któ­ry po­czuł, że wy­pa­da­ją mu zęby, a krew za­czy­na wy­peł­niać jamę ust­ną. Ostry ból prze­szył czasz­kę, przy­tom­ność umy­słu po­wo­li za­czę­ła ustę­po­wać miej­sca pa­ra­li­żu­ją­ce­mu stra­cho­wi. Nie­wzru­szo­ny ko­mi­sarz ko­pał go w brzuch, do mo­men­tu kie­dy męż­czy­zna prze­stał się ru­szać. Choć po­zo­sta­wał przy­tom­ny, jego spoj­rze­nie było za­mglo­ne, a świa­do­mość od­da­la­ła się jak ga­sną­cy pło­mień. Pa­trzył na swo­je­go opraw­cę z mie­szan­ką stra­chu i nie­wia­ry, pod­czas gdy po­li­cjant spo­glą­dał na nie­go z wy­raź­nym po­li­to­wa­niem, jak­by oce­nia­jąc, czy to wy­star­czy­ło, by na­uczyć go po­ko­ry.

Śled­czy kuc­nął obok po­bi­te­go, przy­glą­da­jąc się po­ra­nio­ne­mu cia­łu.

– Je­stem ko­mi­sarz Dzi­kow­ski – przed­sta­wił się w koń­cu. – Mó­wią na mnie Dzi­ki, ale to nie przez na­zwi­sko – kon­ty­nu­ował, nie spusz­cza­jąc z oczu męż­czy­zny. – To jed­nak nie ma zna­cze­nia. Waż­ne jest to, że two­ja żona nie zło­ży­ła na cie­bie skar­gi. I do­brze wiesz, że ni­g­dy tego nie zro­bi. Ale mnie to nie ob­cho­dzi. Nie zaj­mu­ję się spra­wa­mi oby­cza­jo­wy­mi.

Chwy­cił le­żą­ce­go za bro­dę, zmu­sza­jąc go, by spoj­rzał mu pro­sto w oczy. Gdy ten pró­bo­wał od­wró­cić gło­wę, uścisk Dzi­kow­skie­go tyl­ko się wzmoc­nił.

– Gdy­by jed­nak two­ja żona zmie­ni­ła zda­nie, moi ko­le­dzy mie­li­by w chuj pra­cy. Na­wet so­bie nie wy­obra­żasz, ile pa­pie­rów mu­sie­li­by wy­peł­nić. – Uśmiech­nął się kpią­co, po czym do­dał: – Wiesz, że z roku na rok co­raz mniej fa­ce­tów bije swo­je ko­bie­ty? Tak po­da­ją sta­ty­sty­ki. Od dzi­siaj do­łą­czysz, kur­wa, do tej eli­ty. – W gło­sie ko­mi­sa­rza sły­chać było nutę zło­śli­we­go opty­mi­zmu, jak­by iro­nicz­nie cie­szył się z tej no­wej „szan­sy” dla męż­czy­zny. – Mam na­dzie­ję, że ta per­spek­ty­wa ci się po­do­ba. Ale pa­mię­taj, je­śli jesz­cze raz pod­nie­siesz na nią rękę, wró­cę. I wte­dy nie będę tak uprzej­my jak dzi­siaj.

Dzi­ki na­chy­lił się bli­żej, nie­mal mu­ska­jąc twa­rzą prze­ciw­ni­ka.

– Gdy przy­ja­dę po­now­nie, tym ra­zem służ­bo­wo, to już nie po to, aby cię upo­mnieć. Spraw­dzę wów­czas, czy tech­ni­cy do­brze za­bez­pie­czy­li two­je mar­twe cia­ło. Ro­zu­miesz? Więc ra­dzę ci bar­dzo uwa­żać na swo­ją żonę. Na­wet je­śli przy­pad­kiem upad­nie z krze­sła, uznam to za two­ją winę. – Zro­bił pau­zę, po­zwa­la­jąc, by w męż­czyź­nie na­ra­stał strach. – Mam wąt­pli­wo­ści, czy na­praw­dę ro­zu­miesz sens tego, co mó­wię, ale za­kła­dam, że za­ła­piesz prze­sła­nie.

Ko­mi­sarz po­wo­li wy­pro­sto­wał się. W tym mo­men­cie nie mu­siał już nic do­da­wać.

– Gdzie masz te­le­fon? – spy­tał po chwi­li.

Ki­bol mil­czał, twarz miał wy­krzy­wio­ną bó­lem i upo­ko­rze­niem. Wy­glą­dał ża­ło­śnie i co gor­sza, zda­wał so­bie z tego spra­wę. Cała po­sta­wa ema­no­wa­ła bez­rad­no­ścią, któ­ra je­dy­nie roz­draż­nia­ła ko­mi­sa­rza.

– Na­praw­dę chcesz, abym zmu­sił cię do roz­mo­wy? – Dzi­kow­ski wciąż stał nad ran­nym, gó­ru­jąc nad nim jak dra­pież­nik nad ofia­rą.

– Przy te­le­wi­zo­rze… – wy­chry­piał w koń­cu męż­czy­zna, splu­wa­jąc krwią na pod­ło­gę.

Po­li­cjant bez po­śpie­chu pod­szedł do wska­za­ne­go miej­sca i za­uwa­żył le­żą­ce­go tam Sam­sun­ga. Się­gnął po te­le­fon, po czym bez więk­sze­go na­my­słu rzu­cił go na pod­ło­gę. Smart­fon upadł z głu­chym stu­ko­tem tuż obok ręki po­bi­te­go męż­czy­zny.

– Mnie tu­taj ni­g­dy nie było – po­wie­dział spo­koj­nie, pa­trząc mu pro­sto w oczy. – Za dzie­sięć mi­nut za­dzwoń po po­go­to­wie. Kie­dy me­dy­cy we­zwą mo­ich ko­le­gów, po­wiedz, że po­tkną­łeś się o dy­wan. W koń­cu za­wsze by­łeś pier­do­lo­ną pier­do­łą, praw­da?

– Nie mam, kur­wa, dy­wa­nu… – wy­ce­dził z tru­dem męż­czy­zna.

Dzi­kow­ski uśmiech­nął się pod no­sem.

– No to naj­pierw go za­mów albo uszyj z sza­li­ków, któ­re za­je­ba­łeś in­nym ki­bo­lom.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, ko­mi­sarz od­wró­cił się i wy­szedł z miesz­ka­nia. Gdy do­tarł do sa­mo­cho­du, po­czuł dziw­ną ulgę. Wie­dział, że wie­czór do­pie­ro się za­czy­nał, a on miał pla­ny na naj­bliż­sze go­dzi­ny. Przed nim ry­so­wa­ła się in­te­re­su­ją­ca per­spek­ty­wa.

ROZ­DZIAŁ DRU­GI

Za­my­kam za sobą drzwi, dźwięk skrzy­pią­cej klam­ki wy­peł­nia pu­stą prze­strzeń. Scho­dzę po scho­dach. Każ­dy krok po­tę­gu­je po­czu­cie kon­tro­li. Wcho­dzę do sank­tu­arium – miej­sca ukry­te­go przed świa­tem. Idąc przy­ciem­nio­nym ko­ry­ta­rzem, my­ślę o dwóch oka­zach, któ­re tu prze­trzy­mu­ję. Za każ­dym ra­zem, gdy prze­kra­czam próg pod­ziem­ne­go azy­lu, ogar­nia mnie dreszcz pod­eks­cy­to­wa­nia. Świa­do­mość, że nikt poza moją wspól­nicz­ką nie zna tego miej­sca, daje mi uczu­cie ab­so­lut­nej wła­dzy.

Eks­cy­ta­cja na­ra­sta, gdy uzmy­sła­wiam so­bie, że to ja – i tyl­ko ja – je­stem pa­nem ich losu. Miesz­ka­ją­ce tu oka­zy w pe­wien spo­sób przy­wy­kły do na­rzu­co­nych im wa­run­ków. Do­sko­na­le wie­dzą, że każ­de ich dzia­ła­nie, każ­dy gest może wpły­nąć na to, jak po­to­czy się ich ży­cie. Sta­ra­ją się – bo wie­dzą, że staw­ka jest wy­so­ka. Je­stem spra­wie­dli­wy we­dług wła­sne­go ro­zu­mie­nia. Na­gro­dy za po­słu­szeń­stwo są ade­kwat­ne, a kary za naj­mniej­sze prze­ja­wy bun­tu – nie­unik­nio­ne. Klien­ci do­ce­nia­ją za­an­ga­żo­wa­nie oka­zów, ja zaś ce­nię so­bie ich go­to­wość do speł­nia­nia ocze­ki­wań. Na­dzie­ja, ten de­li­kat­ny pło­myk, któ­ry trzy­ma je przy ży­ciu, za­le­ży od tego, jak do­brze od­naj­dą się w tej rze­czy­wi­sto­ści. Wie­dzą, że od­po­wied­nie za­cho­wa­nie może przy­nieść upra­gnio­ną ulgę, a może na­wet od­mie­nić ich los – przy­naj­mniej na chwi­lę.

Kie­dy na­dej­dzie od­po­wied­ni mo­ment, wy­mie­nię je na nowe oka­zy, któ­re po­dob­nie jak po­przed­nie będą ry­wa­li­zo­wać o moją uwa­gę, sta­ra­jąc się speł­nić każ­de żą­da­nie, aż do chwi­li gdy stra­cę za­in­te­re­so­wa­nie nimi. Mimo że żad­na z po­przed­nich ko­biet nie prze­sta­ła mnie fa­scy­no­wać, nie mo­głem po­zwo­lić im dłu­żej tu po­zo­stać. Ich nie­sub­or­dy­na­cja, nie­ustan­ne pró­by prze­ła­ma­nia mo­jej wła­dzy do­pro­wa­dza­ły mnie do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści. A wy­pu­ścić ich prze­cież nie mo­głem. Z ża­lem się z nimi po­że­gna­łem, choć wie­dzia­łem, że to ko­niecz­ne. Jed­nak wciąż mam na­dzie­ję, że kie­dyś po­ja­wi się taka, któ­ra za­ak­cep­tu­je swo­je miej­sce i za­pra­gnie dzie­lić ze mną ży­cie na mo­ich wa­run­kach. Pra­gnę od­da­nej ko­bie­ty, któ­ra nie bę­dzie oszu­ki­wać i zro­zu­mie, że nie ma uciecz­ki. Wie­le z nich pró­bo­wa­ło mną ma­ni­pu­lo­wać, grać na uczu­ciach, li­cząc na wy­do­sta­nie się na wol­ność. A ja chcę tyl­ko szcze­ro­ści. Praw­dzi­wej mi­ło­ści, któ­rej do tej pory nie za­zna­łem. Bli­ska mi oso­ba, z któ­rą dzie­li­łem ży­cie, już daw­no prze­sta­ła być mną za­fa­scy­no­wa­na – dziś łą­czą nas je­dy­nie re­la­cje biz­ne­so­we. I to nie­ko­niecz­nie mi już pa­su­je. Co­raz czę­ściej ry­zy­ku­je, pro­wo­ku­je pit bul­li i pro­si się o kło­po­ty. A to ozna­cza, że i moje bez­pie­czeń­stwo jest za­gro­żo­ne. Wpraw­dzie za­rze­ka się, że ma ge­nial­ny plan, któ­ry wkrót­ce wcie­li­my w ży­cie, ale na ra­zie nie zdra­dza żad­nych szcze­gó­łów.

Wstu­ku­ję od­po­wied­ni kod na kla­wia­tu­rze wmon­to­wa­nej w ścia­nę. Sły­szę dźwięk otwie­ra­ne­go zam­ka i po­py­cham drzwi. Uwiel­biam ja­sność, dla­te­go w moim pod­ziem­nym świe­cie kró­lu­je nie­ska­zi­tel­na biel. Ma­skę za­kła­dam, gdy scho­dzę do oka­zów, któ­re są tu za­le­d­wie od kil­ku mie­się­cy – póź­niej chcę, aby mnie wi­dzia­ły, co ma im uświa­do­mić, że ni­g­dy stąd nie wyj­dą. Wcho­dzę do pu­ste­go przed­po­ko­ju. Prze­cho­dzę da­lej ko­ry­ta­rzem, a w pro­gu kuch­ni do­strze­gam Mo­ni­kę. Stoi ty­łem, za­ję­ta wkła­da­niem brud­nych na­czyń do zmy­war­ki, zu­peł­nie nie­świa­do­ma mo­jej obec­no­ści.

Kuch­nia jest skrom­na, ale funk­cjo­nal­na, do­pra­co­wa­na w każ­dym de­ta­lu. Brak do­stę­pu do na­tu­ral­ne­go świa­tła re­kom­pen­su­ją bia­łe ścia­ny, do­dat­ko­we oświe­tle­nie LED pod szaf­ka­mi oraz cen­tral­na lam­pa su­fi­to­wa. Każ­dy ele­ment – od pro­stych, lecz er­go­no­micz­nych me­bli, po urzą­dze­nia – zo­stał sta­ran­nie do­bra­ny. Sto­no­wa­ne ko­lo­ry i wy­trzy­ma­łe ma­te­ria­ły na­da­ją prze­strze­ni lek­ko­ści i har­mo­nii. Po­mi­mo swej skrom­no­ści kuch­nia ma wszyst­ko, co nie­zbęd­ne: pły­tę grzew­czą, lo­dów­kę, zlew oraz szaf­ki, któ­re dys­kret­nie kry­ją na­czy­nia i za­pa­sy. W rogu, przy nie­wiel­kim sto­le moż­na zjeść po­si­łek – mały azyl da­ją­cy złu­dze­nie nor­mal­no­ści.

Mo­ni­ka ma na so­bie dłu­gą, czar­ną suk­nię z głę­bo­kim roz­cię­ciem, któ­ra ide­al­nie pod­kre­śla smu­kłość jej syl­wet­ki i kon­tra­stu­je z bla­do­ścią skó­ry. Z roz­pusz­czo­ny­mi, ciem­ny­mi wło­sa­mi wy­glą­da atrak­cyj­nie. Bose sto­py de­li­kat­nie stu­ka­ją o pod­ło­gę, a czer­wo­ne pa­znok­cie przy­cią­ga­ją wzrok, wy­róż­nia­jąc się na tle ja­snych pa­ne­li. Ona wie, że ten wy­gląd mnie urze­ka, i świa­do­mie gra na mo­ich emo­cjach. Gdy wcho­dzę do kuch­ni, od­wra­ca się z wy­uczo­nym uśmie­chem. Przy­pusz­czam, że swo­ją obec­no­ścią nie wy­wo­łu­ję w niej au­ten­tycz­nej ra­do­ści, ale jest świa­do­ma, że po­zo­sta­wie­nie jej sa­mej rów­na­ło­by się wy­ro­ko­wi śmier­ci gło­do­wej.

Uno­szę pra­wą dłoń, w któ­rej trzy­mam bu­tel­kę czer­wo­ne­go wina – nie­mal jak ci­che uzna­nie wy­sił­ków. W tej jed­nej chwi­li zda­je­my so­bie spra­wę z na­szej wza­jem­nej za­leż­no­ści – ona po­trze­bu­je mnie, a ja kon­tro­lu­ję każ­dy aspekt jej ist­nie­nia.

– Wła­śnie skoń­czy­łam ko­la­cję – oznaj­mia nie­co pro­wo­ka­cyj­nym to­nem. – Gdy­byś przy­szedł pół go­dzi­ny wcze­śniej, nie mu­sia­ła­bym jeść sama.

– Mam na­dzie­ję, że ci sma­ko­wa­ło – od­po­wia­dam spo­koj­nie, pod­cho­dząc do sto­łu.

Mo­ni­ka nie od­po­wia­da, zaj­mu­je się zmy­war­ką. Wtem otwie­ra szaf­kę i wy­cią­ga dwa kie­lisz­ki, a ja nie mam złu­dzeń co do jej in­ten­cji. Szaf­ki peł­ne są noży, wi­del­ców, ły­żek – na­rzę­dzi na tyle do­stęp­nych, by w przy­pły­wie im­pul­su się­gnąć po jed­no z nich. Nie oba­wiam się, że zde­cy­du­je się na de­spe­rac­ki krok. Gdy­by pró­bo­wa­ła skoń­czyć ze swo­im ży­ciem, nie by­ło­by to pro­ble­mem. Za­stą­pił­bym ją no­wym oka­zem. Wiem jed­nak, że Mo­ni­ka pra­gnie żyć – za­cho­wa­nie zdra­dza na­dzie­ję na lep­sze ju­tro. Po kil­ku la­tach nie­wo­li zro­zu­mia­ła, że opór nie ma sen­su. Każ­da pró­ba bun­tu skoń­czy­ła­by się ka­ta­stro­fal­nie. Nie jest na tyle zde­ter­mi­no­wa­na, by ry­zy­ko­wać. Do­ce­niam ule­głość. Sia­dam przy sto­le i od­krę­cam na­kręt­kę, a ko­bie­ta bez sło­wa zaj­mu­je miej­sce na­prze­ciw­ko. Ob­ser­wu­je mnie uważ­nie, gdy na­le­wam wy­traw­ny tru­nek do kie­lisz­ków.

– Ju­tro przy­nio­sę za­ku­py – za­po­wia­dam, po­da­jąc jej wino.

Raz w ty­go­dniu do­star­czam oka­zom nie­zbęd­ne ar­ty­ku­ły spo­żyw­cze, dba­jąc o to, by ni­cze­go im nie bra­ko­wa­ło. Mo­ni­ka jest sa­mo­dziel­na, co znacz­nie uła­twia mi ży­cie. Do­ce­niam zdol­ność ad­ap­ta­cji, szcze­gól­nie pa­mię­ta­jąc, jak bar­dzo bun­to­wa­ła się na po­cząt­ku. Kie­dy ją po­rwa­łem trzy lata temu, w dwa ty­sią­ce dwu­dzie­stym pierw­szym roku, mia­ła ogni­sty cha­rak­ter. Te­raz, w wie­ku dwu­dzie­stu sze­ściu lat, jest zu­peł­nie inna. Czas po­tra­fi wie­le zmie­nić – le­czy rany, ale też zmu­sza do ak­cep­ta­cji no­wych re­aliów. To wła­śnie ona sta­no­wi żywy do­wód tej trans­for­ma­cji.

Sie­dząc przy sto­le, de­gu­stu­je czer­wo­ne wino i za­lot­nie po­pra­wia wło­sy. Lu­bię jej na­tu­ral­ność – brak ma­ki­ja­żu i swo­bo­dę ge­stów, któ­re zdra­dza­ją praw­dzi­we emo­cje. W spoj­rze­niu dziew­czy­ny do­strze­gam coś wię­cej niż zwy­kłe za­do­wo­le­nie. Wy­da­je się lek­ko po­bu­dzo­na.

– Za­sta­na­wiam się, czy kie­dy­kol­wiek do­cze­kam wie­czo­ru, gdy wyj­dzie­my ra­zem na mia­sto – mówi ci­cho, a po­tem milk­nie i pa­trzy mi pro­sto w oczy. Nie­mal au­to­ma­tycz­nie za­czy­na ba­wić się wło­sa­mi. To gest, któ­ry z cza­sem prze­ro­dził się w na­wyk.

Mo­ni­ka nie raz pró­bo­wa­ła mną ma­ni­pu­lo­wać. Do­sko­na­le wie, że ni­g­dy nie po­zwo­lę jej opu­ścić tego domu. Po­tra­fi­ła­by bez tru­du opi­sać moją twarz każ­de­mu gli­nia­rzo­wi, a ja nie mam wąt­pli­wo­ści, że zro­bi­ła­by wszyst­ko, aby od­zy­skać wol­ność. Do­sko­na­le zda­je so­bie spra­wę, że wspól­ne wyj­ście do re­stau­ra­cji ni­g­dy się nie wy­da­rzy, ale flir­to­wa­nie ze mną do­star­cza po­zor­nej roz­ryw­ki. W jej co­dzien­nym ży­ciu, oprócz czy­ta­nia ksią­żek, oglą­da­nia fil­mów, go­to­wa­nia i bie­ga­nia na bież­ni, uwo­dze­nie sta­ło się jed­ną z nie­licz­nych do­stęp­nych form za­ba­wy. Spra­wia­nie przy­jem­no­ści na­pa­lo­nym de­wian­tom to dla niej wy­uczo­na ru­ty­na, któ­ra za­stę­pu­je praw­dzi­we ży­cie.

– Ju­tro bę­dziesz mia­ła klien­ta – mó­wię, igno­ru­jąc sub­tel­ną pró­bę flir­tu. – To Ko­re­ań­czyk, lubi ule­głość – do­da­ję i opróż­niam kie­li­szek zde­cy­do­wa­nym ru­chem.

Mo­ni­ka na­gle smut­nie­je. Jej ręka, wcze­śniej za­ję­ta za­ba­wą wło­sa­mi, te­raz drży, gdy dra­pie się nią po no­sie. Bez sło­wa się­ga po kie­li­szek i wy­pi­ja wino do dna, jak­by to mia­ło uko­ić roz­cza­ro­wa­nie.

– Obie­ca­łeś, że będę tyl­ko two­ja – mówi z wy­rzu­tem, wo­dząc pal­ca­mi po bro­dzie. Wi­dać, że nie spo­dzie­wa­ła się ta­kiej wia­do­mo­ści.

– To bę­dzie twój ostat­ni klient – pró­bu­ję ją po­cie­szyć. De­cy­zja już za­pa­dła. Nie za­mie­rzam dłu­żej na niej za­ra­biać. – Po tym sko­śno­okim na­pa­leń­cu nie bę­dzie in­nych. Za­słu­ży­łaś na to, bym miał cię na wy­łącz­ność.

Na twa­rzy Mo­ni­ki po­ja­wia się uśmiech, choć cień smut­ku na­dal po­zo­stał. Na­wet w ta­kich mo­men­tach jest nie­zwy­kle po­cią­ga­ją­ca. Duże oczy, peł­ne war­gi i wy­ra­zi­ste ko­ści po­licz­ko­we na­da­ją ko­bie­cie nie tyl­ko cha­rak­te­ru, ale i nie­zwy­kłej ele­gan­cji, któ­rej nie spo­sób nie za­uwa­żyć. Od mo­men­tu gdy zo­ba­czy­łem ją po raz pierw­szy, je­stem prze­ko­na­ny o jej fo­to­ge­nicz­no­ści – każ­da rysa na twa­rzy wy­da­je się stwo­rzo­na do tego, by być uwiecz­nio­ną. Choć zde­cy­do­wa­nie wolę, kie­dy się uśmie­cha, a oczy błysz­czą ra­do­ścią, to mu­szę przy­znać, że me­lan­cho­lia do­da­je jej pew­ne­go ma­gne­ty­zmu.

Wsta­ję od sto­łu, wska­zu­jąc na otwar­tą bu­tel­kę, któ­rą zo­sta­wiam Mo­ni­ce na po­cie­sze­nie.

– Wino jest dla cie­bie – mó­wię z de­li­kat­nym uśmie­chem. – De­lek­tuj się przy książ­ce albo fil­mie – do­da­ję, do­strze­ga­jąc, jak smu­tek w jej oczach z każ­dą chwi­lą się po­głę­bia.

– Już idziesz? – pyta zdzi­wio­na, z nutą roz­cza­ro­wa­nia w gło­sie. – My­śla­łam, że spę­dzi­my ra­zem miły wie­czór.

Spo­glą­dam na duży, okrą­gły ze­gar na ścia­nie, któ­ry bez­li­to­śnie wska­zu­je dwu­dzie­stą. Mo­ni­ka jest przy­zwy­cza­jo­na, że na­sze wie­czo­ry trwa­ją dłu­żej i za­zwy­czaj po­świę­cam jej wię­cej uwa­gi. Ale dzi­siaj mam inne pla­ny i nie obej­mu­ją one to­wa­rzy­stwa tej po­nęt­nej bru­net­ki.

– Przy­go­tuj się na ju­trzej­sze spo­tka­nie – od­po­wia­dam, spo­glą­da­jąc na nią z wy­ra­zem su­ro­wo­ści. – Ko­re­ań­czyk ma wy­so­kie wy­ma­ga­nia. Je­śli dasz z sie­bie wszyst­ko, bę­dzie to twój ostat­ni raz.

– Nie za­wie­dziesz się – mówi, za­ci­ska­jąc war­gi, a po­tem po­wo­li wsta­je. Na­uczy­ła się ukry­wać nie­za­do­wo­le­nie, tłu­mić każ­dą for­mę bun­tu. Mogę je­dy­nie do­my­ślać się, co na­praw­dę my­śli, ale ce­nię tę opa­no­wa­ną po­sta­wę. W du­chu po­dzi­wiam zdol­ność do pod­po­rząd­ko­wa­nia, tak samo jak je­stem dum­ny z tego, że po­tra­fi­łem ją na­uczyć po­ko­ry i sza­cun­ku, któ­ry mi oka­zu­je.

– Do­brej nocy – mó­wię, co­fa­jąc się w stro­nę ko­ry­ta­rza.

Mo­ni­ka zo­sta­je na swo­im miej­scu, ob­ser­wu­jąc, jak się od­da­lam. Nie ry­zy­ku­je, nie pró­bu­je od­pro­wa­dzić mnie do wyj­ścia. Wie, że nie może. Elek­tro­nicz­na bran­so­let­ka, któ­rą nosi nad kost­ką, jest zsyn­chro­ni­zo­wa­na z moim te­le­fo­nem po­przez Blu­eto­oth. To urzą­dze­nie, wy­po­sa­żo­ne w mo­duł GPS, po­zwa­la mi śle­dzić każ­dy jej ruch w ob­rę­bie wy­zna­czo­nych gra­nic geo­fen­cin­gu. Mo­ni­ka per­fek­cyj­nie opa­no­wa­ła ry­tu­ał ła­do­wa­nia ba­te­rii, a przed snem do­kład­nie wie, co ma ro­bić.

– Na­praw­dę to bę­dzie ostat­ni raz? – Sły­szę py­ta­nie, któ­re zmu­sza mnie do za­trzy­ma­nia się i od­wró­ce­nia.

Jej oczy wy­da­ją się pu­ste, jak­by cały świat stra­cił dla niej bar­wy. W smut­nym spoj­rze­niu do­strze­gam coś wię­cej – szu­ka od­po­wie­dzi na te nie­wy­po­wie­dzia­ne wąt­pli­wo­ści drę­czą­ce ją w naj­głęb­szych za­ka­mar­kach du­szy. Za­ci­ska usta w cien­ką li­nię, każ­dy od­dech wy­da­je się cię­ża­rem, któ­ry z tru­dem musi dźwi­gać. Na po­licz­kach lśnią śla­dy łez, jak per­ły roz­sy­pa­ne na skó­rze, sub­tel­nie od­bi­ja­ją­ce świa­tło.

– Prze­cież wiesz, że nie rzu­cam słów na wiatr – od­po­wia­dam ła­god­nie, chcąc uspo­ko­ić jej lęki. – Zro­bisz swo­je, a twój los się od­mie­ni.

– Obie­cu­jesz? – pyta, zbli­ża­jąc się do mnie o krok, jak­by chcąc upew­nić się, że mó­wię praw­dę.

– Je­śli wy­peł­nisz swo­ją rolę, do­sta­niesz wię­cej, niż się spo­dzie­wasz. – W moim gło­sie po­ja­wia się nuta obiet­ni­cy. – Oka­zu­jesz mi lo­jal­ność, ja to do­ce­niam. My­ślę, czy nie za­pro­sić cię do sie­bie. Po­zwo­lić ci spoj­rzeć na świat przez okna. Taka zmia­na mo­gła­by wzmoc­nić na­szą więź i po­ka­zać, że na­praw­dę mi na to­bie za­le­ży.

Zmia­na, jaka w niej za­cho­dzi, jest jak pro­mień słoń­ca, któ­ry na­gle prze­ci­na cięż­ką za­sło­nę bu­rzo­wych chmur. Oczy Mo­ni­ki, do­tąd przy­ga­szo­ne, roz­świe­tla­ją się cie­płym bla­skiem, jak­by ktoś za­pa­lił w nich drob­ny, acz wy­trwa­ły pło­mień. Jesz­cze przed chwi­lą wy­da­wa­ła się zgnie­cio­na pod nie­wi­dzial­nym cię­ża­rem trosk, któ­re przy­tła­cza­ły ru­chy i my­śli, ale te­raz wi­dzę, jak to brze­mię po­wo­li opa­da. Ra­mio­na, do tej pory sztyw­ne, te­raz mięk­ną, a od­dech, jesz­cze przed chwi­lą płyt­ki, na­bie­ra głę­bi. Każ­dy wdech wy­peł­nia ją nie tyl­ko po­wie­trzem, ale tak­że nową siłą, jak­by czer­pa­ła ener­gię z ca­łe­go wszech­świa­ta. Każ­dy wy­dech to od­pusz­cze­nie daw­nych lę­ków, któ­re trzy­ma­ły ją w uści­sku. Prze­mia­na, któ­rej je­stem świad­kiem, nie do­ty­czy tyl­ko cia­ła – to głęb­sza, we­wnętrz­na re­wo­lu­cja. Wi­bra­cje zmia­ny prze­ni­ka­ją każ­dą cząst­kę jej ist­nie­nia, aż wy­da­je się, że sama prze­strzeń wo­kół niej fa­lu­je. To nie tyl­ko na­dzie­ja, to nie­mal na­ma­cal­na pew­ność, że przy­szłość przy­nie­sie coś lep­sze­go. A ta pew­ność, ni­czym nie­uchwyt­na iskra, za­czy­na prze­ni­kać tak­że i mnie.

Sam je­stem wcią­gnię­ty w wir we­wnętrz­nej bu­rzy emo­cji – peł­nej sprzecz­no­ści, ukry­tych pra­gnień i za­ka­za­nych my­śli. Moje ser­ce przy­spie­sza, gdy wy­obra­żam so­bie lep­sze ju­tro, któ­re jej obie­ca­łem. Jed­nak w głę­bi du­szy zda­ję so­bie spra­wę, że te obiet­ni­ce są ni­czym wię­cej niż cie­nia­mi ogra­ni­czo­ny­mi przez mury, ja­kie sam pie­czo­ło­wi­cie wo­kół niej wznio­słem. W moim umy­śle to­czy się nie­ustan­na wal­ka – pra­gnie­nie szczę­ścia Mo­ni­ki zde­rza się z nie­zdol­no­ścią, a na­wet nie­chę­cią do po­my­śle­nia o jej wol­no­ści. Ta we­wnętrz­na sprzecz­ność roz­dzie­ra od środ­ka. Jed­na część mnie, ta ja­śniej­sza, pra­gnie dla niej cze­goś do­bre­go; dru­ga, ciem­niej­sza – ta, któ­rą pie­lę­gnu­ję w cie­niu, w za­ka­mar­kach swo­jej du­szy – ni­g­dy nie po­zwa­la so­bie na wy­obra­że­nie ży­cia dziew­czy­ny poza moim świa­tem. Trzy­ma ją tu­taj, za­mknię­tą jak cen­ny skarb, a każ­da wi­zja odej­ścia wy­da­je się nie do znie­sie­nia. Sprzecz­ność ta ro­śnie we mnie jak tru­ci­zna, kar­mią­ca się fru­stra­cją i wy­rzu­ta­mi su­mie­nia, skry­wa­ny­mi za fa­sa­dą tro­skli­wo­ści i po­zor­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia.

Mo­ni­ka… za­ak­cep­to­wa­ła to, co ją spo­tka­ło. To wi­dać w oczach, w ule­głych ge­stach. Ufam jej bar­dziej niż po­przed­nim lo­ka­tor­kom, bo jest inna – spo­koj­niej­sza, bar­dziej wy­ro­zu­mia­ła albo po pro­stu zła­ma­na. Ale wła­śnie to czy­ni ją ide­al­ną do mo­ich pla­nów. Pra­gnie­nie, by mieć dziew­czy­nę tyl­ko dla sie­bie, sta­je się co­raz sil­niej­sze. Głę­bo­ko wie­rzę, że od­po­wied­nia na­gro­da – cie­pło, bli­skość, a na­wet ilu­zja mi­ło­ści – zwią­że nas jesz­cze moc­niej. Za­ufa­nie prze­cież ro­śnie z każ­dym dniem. A za­pro­sze­nie na ko­la­cję… to ko­lej­ny krok. Już wi­dzę błysk eks­cy­ta­cji w jej oczach, gdy zro­zu­mie, że chęć prze­by­wa­nia bli­sko niej to wy­róż­nie­nie. Wiem, że od­wdzię­czy się po­słu­szeń­stwem, za­an­ga­żo­wa­niem, pod­da­niem.

– Za­pro­sisz mnie do sie­bie? – pyta z nutą nie­pew­no­ści, choć wi­dzę po twa­rzy, że do­sko­na­le ro­zu­mie moje in­ten­cje.

– Skup się na ju­trzej­szym spo­tka­niu z Ko­re­ań­czy­kiem, a resz­tą się zaj­mę – od­po­wia­dam ła­god­nym to­nem, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać, jak­bym uspo­ka­jał dziec­ko, któ­re nie­po­trzeb­nie się mar­twi.

Zo­sta­wiam ją za­my­ślo­ną, peł­ną na­dziei na przy­szłość, któ­rą sub­tel­nie na­kre­ślam. Je­stem pe­wien, że Mo­ni­ka wie­rzy w moje obiet­ni­ce. A ja? Nie mu­szę wię­cej wy­si­lać się, by ją do cze­go­kol­wiek mo­ty­wo­wać – ilu­zja już zro­bi­ła swo­je.

Od­da­lam się od scho­dów. Przede mną roz­mo­wa, któ­rej po­czą­tek nie za­po­wia­da się przy­jem­nie. Ane­ta to nie Mo­ni­ka. To zu­peł­nie inny okaz. Choć miesz­ka już u mnie po­nad pół roku, wciąż nie po­tra­fi do­sto­so­wać się do no­wych re­aliów. Ma w so­bie coś dzi­kie­go, coś, co po­wo­du­je, że pró­bu­je uciec, a jed­no­cze­śnie trzy­ma się w ry­zach, jak­by szu­ka­ła od­po­wied­nie­go mo­men­tu.

Kod do wej­ścia znam na pa­mięć. Wpi­su­ję go i po kil­ku se­kun­dach je­stem w miesz­ka­niu Ane­ty. Jest taka sama jak za­wsze – za­nu­rzo­na w swo­im ma­łym świe­cie, za­mknię­ta emo­cjo­nal­nie, ale ze spoj­rze­niem mó­wią­cy­mi wię­cej, niż kie­dy­kol­wiek od­wa­ży­ła­by się po­wie­dzieć. Sie­dzi na so­fie, wpa­trzo­na w ekran, a gdy mnie za­uwa­ża, pau­zu­je film. Jest nie­za­do­wo­lo­na, jak­bym na­ru­szył jej pry­wat­ność – choć prze­cież od daw­na nie ma żad­nej. Wiem, że mnie nie­na­wi­dzi. Ta nie­chęć jest nie­mal na­ma­cal­na, jak ostry nóż, któ­ry z przy­jem­no­ścią za­to­pi­ła­by w mo­ich ple­cach. Zresz­tą pró­bo­wa­ła kie­dyś za­ata­ko­wać. Oczy­wi­ście nie zdo­ła­ła mnie zra­nić. To była su­ro­wa i bez­li­to­sna lek­cja. Tam­tej nocy, kie­dy za­ję­ło się nią sze­ściu ro­słych Cze­czeń­ców, udo­wod­ni­łem jej, że opór nie ma sen­su. Zro­zu­mia­ła, że bunt to śle­pa ulicz­ka. Od tam­te­go cza­su nie pró­bo­wa­ła wię­cej ni­cze­go głu­pie­go. Ale jej spoj­rze­nie… Ono wciąż zdra­dza chęć ze­msty. Cze­ka. Na co? Może na chwi­lę sła­bo­ści, któ­rej ni­g­dy nie oka­żę.

– Do­bry wie­czór – mó­wię spo­koj­nie, sia­da­jąc obok niej na so­fie.

Ane­ta na­tych­miast prze­su­wa się na skraj, jak­by dy­stans miał ją ochro­nić. W dło­ni moc­no ści­ska pi­lo­ta, za­sta­na­wia­jąc się za­pew­ne, ja­kie będą kon­se­kwen­cje, gdy­by spró­bo­wa­ła użyć go jako bro­ni.

– Do­bry jest tyl­ko dla cie­bie – od­po­wia­da z kwa­śnym uśmie­chem. W gło­sie sły­chać nie­zmien­ną go­rycz. – Dla mnie bę­dzie do­bry do­pie­ro wte­dy, kie­dy w koń­cu cię zła­pią, po­je­ba­ny psy­cho­pa­to.

Zu­chwa­łość Ane­ty już mnie nie za­ska­ku­je. Ma ogni­sty tem­pe­ra­ment, ale to wła­śnie ta au­ten­tycz­ność spra­wia, że jej nie igno­ru­ję. Z jed­nej stro­ny ten opór mnie bawi, z dru­giej – po­dzi­wiam ją, że jesz­cze się nie za­ła­ma­ła. W od­róż­nie­niu od Mo­ni­ki nie sta­ra się na siłę ze mną do­ga­dać. Robi to, co jej każę, za­spo­ka­ja wy­ma­ga­nia klien­tów, ale ni­g­dy nie pró­bu­je ukryć bun­tu. Każ­dy gest, każ­de spoj­rze­nie jest peł­ne ukry­tej nie­chę­ci.

Pa­trzę na nią z mie­szan­ką po­li­to­wa­nia i fa­scy­na­cji. Dwu­dzie­sto­dwu­let­nia dziew­czy­na o ja­snych wło­sach opa­da­ją­cych na ra­mio­na, drob­nej, nie­mal fi­li­gra­no­wej po­stu­rze, sie­dzi w bluz­ce na ra­miącz­kach i krót­kich spoden­kach. Wy­glą­da nie­mal nie­win­nie. De­li­kat­ność jed­nak jest złud­na, jak­by każ­da rysa na po­wierzch­ni cia­ła mia­ła od­sło­nić praw­dzi­wą, twar­dą na­tu­rę. Jej obec­ność przy­po­mi­na mi, że nie­za­leż­nie od tego, jak do­brze pla­nu­ję i ma­ni­pu­lu­ję, nie wszy­scy dają się zła­mać. Nie­któ­rzy, jak Ane­ta, wolą utrzy­mać po­zo­ry siły, na­wet gdy wie­dzą, że są na prze­gra­nej po­zy­cji.

– Ni­g­dy nie za­bro­ni­łem ci być nie­mi­łą suką – mó­wię spo­koj­nym to­nem, nie­mal jak­bym udzie­lał przy­ja­ciel­skiej rady. W moim gło­sie jest jed­nak ostrze­że­nie. – Po­win­naś pa­mię­tać, że two­je ży­cie za­le­ży ode mnie w stu pro­cen­tach. Na two­im miej­scu po­stę­po­wał­bym mą­drzej.

– Nie je­steś na moim miej­scu, zje­bie! – wy­bu­cha. – Prę­dzej czy póź­niej po­peł­nisz błąd. Ro­dzi­ce ni­g­dy nie prze­sta­ną mnie szu­kać. Je­stem pew­na, że de­tek­ty­wi, któ­rych wy­na­jął mój oj­ciec, już są na two­im tro­pie.

– Za­wsze to samo. – Prze­wra­cam ocza­mi. – Nu­dzisz mnie.

Agre­sja dziew­czy­ny nie­co ma­le­je, ale nie ustę­pu­je. Głos Ane­ty sta­je się niż­szy, bar­dziej zło­wiesz­czy.

– Za to ty na pew­no nie bę­dziesz się nu­dził w pier­dlu – mówi. – Za to, co mi zro­bi­łeś, za­pła­cisz.

Na­chy­lam się w jej stro­nę, po­zwa­la­jąc, aby nasz kon­takt wzro­ko­wy trwał dłu­żej, niż po­wi­nien. Moje sło­wa są zim­ne, nie­mal szep­czę:

– Na­praw­dę są­dzisz, że wyj­dziesz stąd żywa? – py­tam z bez­na­mięt­ną cie­ka­wo­ścią. – Te­raz je­steś mło­da i atrak­cyj­na dla mo­ich klien­tów, ale na­dej­dzie czas, kie­dy stra­cisz datę waż­no­ści.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Ko­siarz

isbn: 978-83-8423-497-6

© To­masz To­ma­szew­ski i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mar­ta Gro­chow­ska

ko­rek­ta: Kon­rad Wit­kow­ski

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.