Junkier - Brzeziński Maciej - ebook
NOWOŚĆ

Junkier ebook

Brzeziński Maciej

0,0

Opis

Poznań, koniec XIX stulecia. Seria zbrodni burzy złudny spokój miasta. Począwszy od szanowanego lekarza, przy każdej z ofiar, których z pozoru nic nie łączy, policja znajduje sztylet z tajemniczą inskrypcją.

Gottfried Langer, komisarz kryminalny pruskiej policji podąża tym tropem. Z pomocą polskiego antykwariusza dociera do informacji o tajnym stowarzyszeniu, które od blisko pięciuset lat na własną rękę wymierza sprawiedliwość, zacierając granicę między katem a ofiarą. Czy to możliwe, że organizacja wciąż pozostaje aktywna?

Co ze sprawą ma wspólnego polski mecenas, podupadły majątek rodzinny i tyle tajemnicza, co wpływowa Madame Lotte?

Junkier to kunsztowna powieść retro o cienkiej granicy między prawem a moralnością, o winie, która nie ulega przedawnieniu i o mieście, w którym historia potrafi zabijać.

 

Maciej Brzeziński (ur. 1980) – absolwent historii i wschodoznawstwa, miłośnik wielu epok historycznych, religioznawstwa, literatury kryminalnej, szpiegowskiej, sensacyjnej, fantastyki oraz angielskiej i rosyjskiej klasyki, od lat związany z Poznaniem. Przygodę z pisaniem na większą skalę rozpoczął w 2011 roku blogiem „Poznańskie Historie”, który kilka lat później przekształcił się w „Historie Wielkopolskie”. W 2023 roku zadebiutował kryminałem historycznym Znak czarnego orła, po czym połknął literackiego bakcyla i zabrał się za pisanie powieści na całego. W 2025 roku ukazała się kolejna jego książka Kontrwywiadowca –kryminał retro z wątkami szpiegowskimi.

Junkier to trzecia powieść autora, ale w szufladzie czekają już kolejne kryminalne historie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 399

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



JUNKIER

Copyright © by Maciej Brzeziński 2026Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Niebieskie 2026

Redaktor inicjująca – Anna RozenbergRedaktor prowadzący – Przemysław RadzyńskiRedakcja – Anna RozenbergKorekta – Przemysław Radzyński, Janusz DobryOkładka – Anna CzechIlustracje na okładce – Freepik; Archiwum Państwowe w PoznaniuZdjęcie autora – Małgorzata HałasKonsultacje – Michał Chudziński

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe, a imiona i nazwiska są fikcyjne.

Wszelkie prawa zastrzeżone.Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie lub elektronicznie, ani odczytywana w środkach masowego przekazu bez zgody wydawcy. W przypadku cytowania należy podać źródło pochodzenia oraz obowiązuje zakaz zmiany treści. Dziękujemy za uszanowanie pracy autora i zespołu redakcyjnego.

Wydanie IKraków 2026

ISBN: 978-83-977429-8-7

Wydawnictwo Niebieskie Sp. z [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Mojemu ojcu

Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp – bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież elegancją.

Borys Akunin

Rozdział 1

1.

Poznań, 3 września 1890 r. (środa)

Rudolf Scheibe, czterdziestodziewięcioletni chirurg ze Szpitala Miejskiego w Poznaniu, miał układ ze Śmiercią.

Umówili się kiedyś, że ona nie będzie próbowała przerwać jego szczęśliwego i dobrze zapowiadającego się życia, a on nie będzie przypominał jej o swoim istnieniu. Przez lata układ ten jakoś się sprawdzał.

Śmierć nie upomniała się o niego, kiedy jako młody lekarz usiłował ratować życie pruskich żołnierzy podczas wojny z Duńczykami o Szlezwik w tysiąc osiemset sześćdziesiątym czwartym roku. Dwa lata później, kiedy wybuchła wojna z Austrią, Śmierć także trzymała się z daleka od Rudolfa, zajęta przywoływaniem na wieczny spoczynek tysięcy innych żołnierzy, którym Scheibe i jego koledzy nie mogli już pomóc.

Nawet podczas wojny z Francją w roku tysiąc osiemset siedemdziesiątym, wszechobecna Śmierć zdawała się nie pamiętać o istnieniu chirurga. Tylko raz, wiele lat przed służbą wojskową, kiedy Scheibe studiował medycynę we Wrocławiu, Śmierć na chwilę przypomniała sobie o nim. Na szczęście, rana od pchnięcia nożem, którą student otrzymał od przygodnego opryszka w odwecie za marne trzynaście marek trzymanych w kieszeni, okazała się powierzchowna. Śmierć musiała więc obejść się smakiem i na długie lata zapomniała o młodym lekarzu, a on udawał, że ta nie istnieje.

Tak było aż do dziś…

Scheibe nie był przesądny. Chłodny, racjonalny umysł lekarza nie dopuszczał do siebie myśli o fatum, przeznaczeniu czy innych bzdurach, w które wierzyli zabobonni mieszkańcy Prus Wschodnich. Jedyne, co absorbowało jego myśli, oczywiście oprócz skomplikowanych zagadnień medycznych, to budowanie własnej pozycji i powolne, acz systematyczne gromadzenie majątku. Posada chirurga w Szpitalu Miejskim zapewniła mu prestiż i wysoką pozycję społeczną w prowincjonalnym Poznaniu, ale nie dawała majątku, na który – w swoim mniemaniu – zasługiwał. Pieniądze zdobywał w inny sposób, ale o tym wolał głośno nie mówić.

Wybór Prowincji Poznańskiej jako miejsca osiedlenia się i budowania kariery wydawał się na pierwszy rzut oka dziwny dla przyjaciół i rodziny Rudolfa. Urzędnicy, nauczyciele i wojskowi, których kierowano na kresy wschodnie państwa pruskiego, odbierali to przeniesienie jako zesłanie i czekali chwili, w której opuszczą Provinz Posen i powrócą do bardziej „cywilizowanych” rejonów Rzeszy Niemieckiej. Rudolf miał w tej sprawie odmienne zdanie i sam zgłosił chęć wyjazdu do Poznania. Przyjaciele uznali, że postradał rozum, ale Scheibe wiedział swoje. Doszedł do wniosku, że tutaj najszybciej stanie się częścią elity i zdobędzie odpowiedni majątek.

Najpierw jednak musiał zadowolić się marną posadą na głuchej prowincji. Skierowano go bowiem do niewielkiego Śremu, w którym spędził kilka lat na praktyce lekarza powiatowego. Cierpliwość, która stanowiła największą cnotę doktora, wynagrodziła mu wszelkie niedogodności związane z nudną egzystencją w małym miasteczku i wkrótce jego życie się odmieniło. Przedziwnym zrządzeniem losu, dzięki odnowionym kontaktom ze starym znajomym, doktorem Josefem Paulym, trafił przed siedmiu laty z prowincjonalnego Śremu do Poznania.

Znajomości znajomościami, ale zanim Rudolf przeprowadził swoją pierwszą samodzielną operację, jeszcze przez trzy długie lata przychodziło mu jedynie obserwować zabiegi. Z czasem zgodzono się, by asystował pod czujnym okiem doświadczonych lekarzy, jakby ci nie dowierzali jego wrodzonym talentom chirurgicznym. Tylko dzięki wykształconej przez lata cierpliwości nie porzucił wtedy tej posady, czując, że takie praktyki są dobre dla studentów, ale nie dla doświadczonego i ambitnego medyka.

Na szczęście dla siebie, dumę schował do kieszeni i wreszcie nadszedł dzień, w którym mógł już samodzielnie operować. Wkrótce jego talent chirurgiczny objawił się w całej pełni. Liczba zmarłych na stole operacyjnym Rudolfa była o wiele mniejsza od liczby pacjentów, którym nie potrafili pomóc koledzy Scheibego.

Po latach ciężkiej pracy doktor Rudolf Scheibe osiągnął w końcu to, do czego dążył przez całe życie. Cieszył się szacunkiem – zarówno ze strony Niemców, jak i Polaków – jego zasoby na koncie rosły, a do pełni szczęścia i poczucia spełnienia brakowało mu jedynie odpowiednio wysokiego stanowiska, ale to było wyłącznie kwestią czasu.

Doktor Scheibe miał więc wszelkie powody do zadowolenia i przyszłość widział wyłącznie w jasnych barwach.

Niestety, Śmierć przypomniała sobie o poczciwym Rudolfie i to w najmniej odpowiednim dla niego momencie…

Wieczór był ciepły i pogodny. Mimo dość późnej pory, wielu mieszkańców Poznania krążyło jeszcze po ulicach miasta, załatwiając małe i duże sprawy. Rudolf skończył właśnie długi, ponad dwunastogodzinny dyżur w szpitalu i z rozkoszą myślał o powrocie do domu.

Mijający dzień uznał za całkiem udany. Operacja stawu kolanowego u dwudziestoletniego robotnika z fabryki Cegielskiego zakończyła się pomyślnie i pacjent już za kilka tygodni wróci do pracy, o ile nie dojdzie do powikłań i rana prawidłowo się zagoi. Bardziej niż noga młodego robotnika martwił doktora stan jego płuc. Wszystko wskazywało na początki gruźlicy. Na szczęście, obiecujące badania niemieckiego uczonego, doktora Roberta Kocha, dawały szanse na pokonanie tej choroby. Tym jednak doktor Scheibe postanowił zająć się później. Teraz najważniejsze było postawienie chłopaka na nogi.

Chirurg pożegnał się ze stróżem, palącym taniego papierosa przed głównym wejściem do szpitala i ruszył w kierunku domu. Kilka minut wcześniej zegar na wieży ratuszowej wybił godzinę ósmą, a miasto stopniowo pogrążało się w ciemności. Po paru chwilach doktor dotarł na płytę Starego Rynku. Miał zwyczaj chadzać z elegancką laską z hebanu, ozdobioną srebrną gałką w kształcie orła. Nie rozstawał się z nią od lat. Był to prezent od pewnego kapitana huzarów, któremu uratował życie po krwawej bitwie z Francuzami pod Gravelotte w sierpniu tysiąc osiemset siedemdziesiątego roku.

Kapitan stracił nogę, ale zachował życie. Z wdzięczności podarował swemu wybawcy laskę, która była w jego rodzinie od pięćdziesięciu lat. Jednonogi obecnie oficer, bardziej niż cennej laski potrzebował mniej okazałych, ale za to praktyczniejszych kul ortopedycznych. Lekarz był równie dumny z tej pamiątki, jak z orderu Krzyża Żelaznego II Klasy, który otrzymał z rąk Wilhelma I. Laska, rytmicznie stukająca o bruk, przypominała mu ten najbardziej heroiczny okres w jego dotychczasowym życiu.

Przechodząc wzdłuż Neuestrasse1, chirurg odpowiadał na pozdrowienia kilku przechodniów, wśród których rozpoznał swoich dawnych pacjentów. W Śremie większość chorych, których leczył, stanowili Polacy. Niemcy odnosili się do niego z pewnym dystansem, żeby nie powiedzieć z nieufnością. Według nich niemiecki lekarz, który zdecydował się prowadzić praktykę w małym miasteczku na kresach wschodnich II Rzeszy, zamiast leczyć w którejś z wielkich metropolii Cesarstwa, nie mógł legitymować się zbyt dużą wiedzą i umiejętnościami. Ale i ci w końcu poznali się na talentach Rudolfa.

Śremscy pacjenci przychodzili do niego z pospolitymi schorzeniami, nie pozwalając doktorowi Scheibemu w pełni rozwinąć skrzydeł. Dopiero praca w poznańskim szpitalu zaspokoiła jego potrzebę rozwoju i doskonalenia umiejętności.

Otrzymał tę posadę dzięki protekcji doktora Josefa Pauly’ego, młodszego o dwa lata kolegi z Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Wrocławskiego i, podobnie jak on, zdobywcy Krzyża Żelaznego za ratowanie życia pruskich żołnierzy. Pauly piastował aż dwa stanowiska w poznańskim szpitalu. Był jednocześnie Naczelnym Lekarzem Szpitala Miejskiego i ordynatorem Oddziału Chirurgii. Scheibe nie krył się z tym, że chętnie odciążyłby zapracowanego medyka i przejął od niego jeden z etatów, ale co się odwlecze, to nie uciecze.

Rudolf doszedł niespiesznym krokiem do skrzyżowania Neuestrasse z Wilhelmstrasse2 i skręcił w lewo w kierunku Sankt Martinstrasse3, gdzie mieściło się jego mieszkanie. Pensja Scheibego licząca tysiąc dwieście marek rocznie, nie była oszałamiająca, ale wystarczała na wynajęcie eleganckiego, choć stosunkowo niewielkiego lokum w kamienicy pod numerem jedenaście, naprzeciw kościoła, od którego ulica wzięła swą nazwę.

Lekarz wychowany przez surowego ojca, ewangelickiego pastora z Opola, przyzwyczajony był do obywania się bez wygód. Zresztą uważał to rozwiązanie za tymczasowe. Liczył, że majątek, który w przyszłości osiągnie, będzie wystarczający do zakupu okazałej willi i zatrudnienia służby. W tej chwili musiała mu wystarczyć dochodząca polska gosposia, pani Genowefa, zajmująca się głównie utrzymaniem porządku w kawalerskim mieszkaniu doktora.

Scheibe nigdy się nie ożenił. W młodości był zbyt pochłonięty nauką i pracą. Później żadna z kobiet, z którą próbowano go wyswatać, nie wzbudziła jego zainteresowania. Za panną Sofią Holz, którą poznał jeszcze podczas studiów we Wrocławiu, ciągnęły się jakieś sekrety z przeszłości i ojciec Rudolfa nie zgodził się na ślub. Kolejną pannę, chętną zmienić nazwisko na Scheibe, lekarz poznał podczas praktyki w Halle. Była to atrakcyjna córka majętnego kupca, panna Gizela Berendt, ale zdaniem ambitnego doktora ładna buzia nie rekompensowała jej braku inteligencji i obycia towarzyskiego.

Ostatnia potencjalna żona doktora Rudolfa objawiła się w Śremie. Liczącego sobie już czterdzieści lat medyka próbowała usidlić panna Karolina Schwietzke, córka miejscowego urzędnika, ale choć mądra i pracowita, nie spodobała się Rudolfowi. Tak więc Scheibe, chcąc nie chcąc, pozostał kawalerem. Mimo to samotność często mu doskwierała, zwłaszcza w długie wieczory, kiedy akurat nie pracował. Z drugiej strony chyba już nie chciał i nie mógł przystosować się do małżeńskiego kieratu.

Od pewnego czasu doktor miał wrażenie, że ktoś go śledzi, ale uznał to za efekt przemęczenia. Kiedy jednak wspinał się powoli na pierwsze piętro do zajmowanego przez siebie czteropokojowego mieszkania, opanowało go dziwne uczucie niepokoju, którego nie potrafił zwalczyć, choć usilnie próbował. Otworzył drzwi kluczem i wszedł do domu. Sięgnął po zapałkę i zapalił stojącą opodal lampę naftową. Skromny płomień rozświetlił korytarz lokalu. Doktor rozebrał się i z rozkoszą pomyślał o kieliszku koniaku, który zamierzał wypić przed snem. Złe przeczucia, prześladujące go jeszcze kilka chwil temu, zniknęły, jak ręką odjął. Teraz liczył się tylko koniak.

Zanim sięgnął po kieliszek bursztynowego trunku, usłyszał za sobą szelest. Do mieszkania ktoś wszedł, ale kiedy doktor zorientował się w sytuacji, było już za późno. Czyjeś potężne ręce obezwładniły go i rzuciły na podłogę. Scheibe nie zdążył nawet krzyknąć, bowiem napastnik założył mu knebel i związał ręce na plecach. Po chwili ktoś, prawdopodobnie ten sam człowiek, podniósł go i posadził na krześle, skrępował, przywiązując tułów do oparcia siedziska. Doktor poczuł mocne uderzenie w głowę i brzuch.

Śmierć, która przez niemal pół wieku nie pamiętała o Rudolfie Scheibem, tym razem upomniała się o niego.

2.

Poznań, 4 września (czwartek)

To była ciężka noc. Nie pierwsza zresztą. Wypity alkohol ciągle jeszcze krążył mu w żyłach, a głowa ciążyła, jakby nosił na niej ołowiany hełm. Dla komisarza poznańskiej policji kryminalnej Gottfrieda Langera ostatnie dni i noce były prawdziwym koszmarem. Okrutne wspomnienia z przeszłości nie dawały mu spokoju, choć wydawało mu się, że pozbył się ich na dobre. Komisarz usiłował je stłumić przy pomocy wódki, koniaku i tanich dziwek, ale to na nic. Po chwilowej uldze, jaką była ucieczka w świat płatnej miłości i upojenia alkoholowego, koszmary z dzieciństwa i wczesnej młodości wracały jak bumerang, a do tego towarzyszył im jeszcze potworny kac.

Ktoś inny już dawno popadłby w obłęd lub popełnił samobójstwo, ale nie Langer. Zwykle w codziennych zmaganiach z przeszłością pomagała mu praca, lecz ostatnio zajmował się tylko drobnymi sprawami, które rozwiązywał w kilka godzin, bez zbytniego zaangażowania szarych komórek. Taka robota nie dawała mu satysfakcji.

Spodziewał się, że jako komisarz kryminalny w poznańskim Prezydium Policji w pełni rozwinie swoje zdolności, rozwiązując sprawy morderstw, gwałtów i porwań, wszelako do tej pory zajmował się jedynie awanturami domowymi, kradzieżami kieszonkowymi, oszustwami w Reichsbanku i pobiciem dwóch prostytutek. Ponadto obarczono go robotą papierkową, której szczerze nienawidził. Czasem żałował, że przeniósł się z posterunku na Chwaliszewie. Tam wprawdzie także nie zajmował się zabójstwami, ale nie mógł narzekać na nudę, za to musiał mieć oczy dookoła głowy, bo zbyt wielu mieszkańców dzielnicy życzyło mu śmierci. Nic dziwnego, skoro regularnie zamykał sprawców kradzieży, rozbojów i pobić, których na Śródce i Chwaliszewie było więcej, niż w innych dzielnicach Poznania. Ich krewnym i znajomym to się nie podobało i chętnie widzieliby Langera z poderżniętym gardłem. W Prezydium nikt wprawdzie nie czaił się na niego z nożem, za to groziła mu śmierć z nudów.

Trzydziestopięcioletni Langer, potomek starej niemieckiej rodziny kupieckiej osiadłej wieki temu w Lötzen,4 w Prusach Wschodnich, nie należał do ludzi użalających się nad sobą. Wiedział, czym jest dyscyplina i wykonywał swoje obowiązki sumiennie, choć nie dawały mu oczekiwanej satysfakcji.

Szef poznańskiego Prezydium Policji, doktor Paul Bienko nie ufał Langerowi jeszcze na tyle, aby powierzyć mu prowadzenie poważniejszych śledztw. Trzyletnie doświadczenie na Chwaliszewie, a wcześniej osiem lat w policji kryminalnej na różnych placówkach, to wciąż było za mało dla starego naczelnika. Langer podejrzewał, że powściągliwość dyrektora brała się nie tyle z oceny dotychczasowej pracy podwładnego, ale wcześniejszej służby w wojsku.

Gottfried często popadał w konflikty z przełożonymi, a choć okiełznał już swoją buntowniczą naturę, to dla Bienki – urzędnika pruskiego starej daty – oficer, który dyskutuje zamiast wykonywać rozkazy, nie zasługiwał na zaufanie, przynajmniej na razie. Langer pracował w Prezydium od lipca, a więc już ponad dwa miesiące, które dłużyły mu się jak nigdy. Początkowa duma i satysfakcja z awansu, szybko zmieniła się we frustrację.

Mimo ciężkiego kaca, policjant uznał, że pora wstać, o ile trzy godziny snu można uznać za nocny odpoczynek. Czuł ogromny ból głowy, a w ustach smak starego kapcia. Podniósł się z łóżka, potrącił kilka pustych butelek i dopadł do karafki z wodą, którą opróżnił, wypijając duszkiem jej zawartość. Spojrzał na zegar stojący na komodzie. Była siódma rano, zatem czas wziąć się w garść i ruszyć na spotkanie kolejnego, nudnego dnia wypełnionego prozaicznymi, małymi sprawami i biurokracją.

Jego trzypokojowe, dość wygodne mieszkanie, znajdujące się na drugim piętrze kamienicy przy Bergstrasse5 dziewięć było umeblowane skromnie, jak przystało na lokal zajmowany przez zatwardziałego kawalera. Langer, choć podobał się kobietom i mógł poszczycić się sporym doświadczeniem w sferze erotycznej, dotąd się nie ożenił i nie zamierzał tego robić. Był wysokim i szczupłym mężczyzną, uchodził za przystojnego – o ile nie miał podkrążonych oczu i ziemistej cery po intensywnym piciu. Dzięki służbie w wojsku mógł pochwalić się twardymi, dobrze rozwiniętymi mięśniami, które dodatkowo wzmacniał, uprawiając boks i szermierkę w chwilach wolnych od pracy i wódki. Ponadto wyróżniały go czarne, lekko kręcone włosy i niewielka, ale zadbana broda.

Kiedy już podjął decyzję, że czas doprowadzić się do porządku, wszedł za przepierzenie, dzielące jego niewielką sypialnię, nalał sobie wody do miednicy i starannie umył twarz. Pomyślał też, że warto byłoby przystrzyc brodę, ale czuł, że demon alkoholu jeszcze go nie opuścił, wolał więc nie brać do ręki nożyczek. Zdecydował się wstąpić po drodze do zaprzyjaźnionego salonu fryzjerskiego Stasika przy Wilhelmstrasse. Poczuł też głód i zapragnął kawy. Po wizycie u fryzjera postanowił odwiedzić jeden ze swych ulubionych lokali, Café Beely, licząc na mocną kawę i francuskiego rogalika. Ubrał się pośpiesznie i wyszedł z mieszkania.

Doprowadzenie brody do porządku oraz mocna, czarna kawa, zagryziona rogalikiem i portugalskimi sardynkami w niemal pustej o tej porze dnia kawiarni, postawiły komisarza na nogi. Ruszył żwawo do Prezydium Policji mieszczącego się przy Wilhelmplatz6 pod numerem dwanaście, nie spodziewając się po dzisiejszym dniu niczego specjalnego.

Po drodze do swojego gabinetu minął dwóch niższych rangą kolegów, dyskutujących zawzięcie o dymisji kanclerza Bismarcka i polityce jego następcy, Leona von Capriviego. Wprawdzie Bismarck podał się do dymisji już pół roku temu, ale echa tego wydarzenia nie przebrzmiały jeszcze w Niemczech. Dla wielu konserwatystów i nacjonalistów koniec „żelaznego kanclerza” wydawał się być końcem świata, choć nic nie wskazywało na to, by państwo zjednoczone „krwią i żelazem” miało ponownie się rozpaść.

Komisarz wszedł do swojego gabinetu, powiesił kapelusz i płaszcz na wieszaku, po czym usiadł przy biurku. Stos dokumentów, którymi musiał się zająć, napawał go wstrętem, ale nic nie mógł na to poradzić. Po około pół godzinie do gabinetu Langera ktoś zapukał.

– Wejść! – odpowiedział krótko policjant.

W drzwiach stanął posterunkowy Heinrich Linke. Po wojskowemu stanął na baczność, stuknął obcasami i oznajmił:

– Panie komisarzu,pragnę zameldować, że pan prezes wzywa pana do siebie. Ma pan niezwłocznie udać się do jego gabinetu.

– Dziękuję, Linke, już idę.

Policjant skłonił się i wyszedł. Langer wstał, poprawił nieco już spłowiałą marynarkę i poszedł do gabinetu prezesa Bienki, zastanawiając się po drodze, czego też może od niego chcieć „stary”.

Langer zapukał do drzwi gabinetu szefa. Kiedy usłyszał polecenie wejścia, stanął prawie na baczność i odezwał się z szacunkiem do przełożonego, który w tej chwili podniósł głowę znad stosu papierów zalegających na biurku:

– Chciał mnie pan widzieć, panie prezesie?

– Tak, komisarzu, proszę wejść i usiąść – odrzekł sucho Bienko.

Gabinet szefa poznańskiej policji prezentował się nad wyraz okazale. Jego wyposażenie stanowiło masywne, dębowe biurko, za którym stało obite czarną skórą krzesło, zajmowane obecnie przez prezesa. Przed biurkiem ustawiono dwa podobne krzesła. Pod oknem, gustownie ozdobionym białymi firankami i ciężkimi, zielonymi zasłonami, znajdował się mały, okrągły stolik i trzy proste krzesła bez obicia. Na ścianie za plecami urzędnika wisiał portret cesarza Wilhelma II w wojskowym płaszczu na ramionach i pikielhaubie na głowie, dumnie spoglądającego w świetlaną przyszłość swojego cesarstwa.

Kiedy Langer już usiadł, prezes wyprostował się i powiedział:

– Przejdę od razu do rzeczy, komisarzu Langer. Pański przebieg służby na Wallischei7 i krótka praca w Prezydium nie pozostawiają wątpliwości, że zna się pan na policyjnej robocie. Wprawdzie zazwyczaj daję sobie więcej czasu na obserwację nowo przydzielonych mi oficerów, ale w pana przypadku postanowiłem skrócić ten okres i powierzyć panu samodzielne śledztwo, i to w dodatku sprawę o morderstwo.

– Morderstwo, panie prezesie? – powtórzył, jakby nie wierząc własnym uszom Langer.

– Tak. Dziś rano otrzymałem meldunek od policjantów z Szóstego Rewiru. W swoim mieszkaniu przy Sankt Martinstrasse jedenaście został brutalnie zamordowany lekarz Szpitala Miejskiego, doktor Rudolf Scheibe. Miejsce zbrodni zabezpieczyli policjanci z tamtejszego komisariatu oraz nasz posterunkowy Robert Obarymski. Zna go pan?

– Tak, ze słyszenia, choć nie miałem okazji z nim pracować.

– Czynię pana odpowiedzialnym za to śledztwo. Do pomocy przydzielam panu asystenta policyjnego Bastiana Wollmanna oraz wspomnianego Obarymskiego. Sprawa jest bardzo delikatna. Doktor Scheibe to wielce szanowana postać w naszym mieście. Liczę, że nie zawiedzie mnie pan – podkreślił ostatnie słowa Bienko.

– Naturalnie, panie prezesie– odparł komisarz, z trudem tłumiąc radość z tak nieoczekiwanej zmiany dotychczasowego położenia.

– To wszystko, proszę za kilka dni złożyć mi raport.

– Naturalnie, panie prezesie. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby rozwiązać tę sprawę.

– Nie wątpię, komisarzu, nie wątpię – odpowiedział dyrektor.

Langer nie musiał długo szukać Bastiana Wollmanna, bo ten akurat przechodził niedaleko gabinetu szefa Prezydium Policji. Wollmann był trzy lata młodszy od Langera. Do Poznania trafił rok wcześniej z Kołobrzegu, gdzie tamtejszy morski klimat mu nie służył. Był niższy od Langera, miał jasne włosy i bystre spojrzenie.

– Gottfriedzie, wyglądasz kwitnąco. Dawno cię takim nie widziałem. Dostałeś spadek, czy się ożeniłeś? – zapytał kpiąco Wollmann.

– Ani jedno, ani drugie. Stary przydzielił mi wreszcie sprawę o morderstwo i ciebie do pomocy. Jedziemy na Martinstrasse jedenaście. Ktoś zabił tam jakiegoś lekarza.

– To nie ma na co czekać, szefie. Kogo ci jeszcze przydzielił nasz stary?

– Tego młodego Obarymskiego. Ponoć jest już na miejscu.

Obaj wsiedli do policyjnej dorożki i ruszyli na miejsce zbrodni. Langer poczuł, że wreszcie jego talenty znajdą właściwe zastosowanie. Od razu odeszła mu ochota na alkohol, zastąpił ją zapał do pracy śledczej.

3.

Laura Izabella Kolanowska, siedemnastoletnia uczennica sławnej pensji dla dziewcząt Anastazji Warnki, przemierzała szybkim krokiem korytarz drugiego piętra okazałej kamienicy przy Petriplatz8 cztery. Była to wysoka, szczupła i piękna młoda kobieta. Długie, czarne włosy miała związane w dwa warkocze, a lekko zadarty nosek i stosunkowo niewielka liczba piegów, tylko potęgowały jej urodę. Dziewczyna, ubrana skromnie, jak przystało na pensjonarkę, w szarą sukienkę i śnieżnobiały fartuszek, była pewna siebie, ale wywyższanie się nie leżało w jej naturze. Zazwyczaj była łagodna i towarzyska, o ile ktoś podzielał jej poglądy i zapatrywania.

Dziś jednak coś ją wyraźnie zaabsorbowało, do tego stopnia, że niemal nikogo nie zauważała. Ledwo odpowiadała na powitania młodszych koleżanek, a także własnej siostry, czternastoletniej Justysi. Była zbyt zaaferowana nagłym wezwaniem do gabinetu współzałożycielki, a zarazem kierowniczki pensji, pani Warnki.

Laura Izabella, która częściej posługiwała się drugim imieniem, w przeciwieństwie do większości uczennic nie mieszkała na pensji, lecz w rodzinnym mieszkaniu znajdującym się w pięknej trzypiętrowej kamienicy przy Gross Gerberstrasse9 dwa, w pobliżu Bernhardinerplatz10.

Jej ojciec, znany i ceniony poznański antykwariusz-samouk Kazimierz Kolanowski, członek Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, był wybitnym znawcą i handlarzem dzieł sztuki oraz starych książek, monet, broni, porcelany i innych cennych przedmiotów. Na parterze trzypiętrowej kamienicy mieścił się jego antykwariat, który stanowił główne źródło dochodów rodziny, jeśli nie liczyć czynszów z najmu mieszkań na wyższych kondygnacjach.

Całe pierwsze piętro zajmowała rodzina Kolanowskich. Matka Laury, Elżbieta z Gruszczyńskich, była córką właściciela niewielkiej apteki przy Wasserstrasse11. Choć wywodziła się z drobnomieszczaństwa, to jej aspiracje sięgały znacznie wyżej. Uroiła sobie, że wprowadzi swą rodzinę do poznańskiej elity, a środkiem do tego celu miało być bogate zamążpójście Belci, jak w domu nazywano Laurę Izabellę, i jej młodszej siostry Justyny. Pierworodny Kolanowskich, Stanisław, liczący sobie dwadzieścia lat, studiował architekturę na politechnice w Charlottenburgu.

Laura znała matrymonialne plany matki, ale nie odnosiła się do nich z entuzjazmem. Dziewczyna zdecydowanie wdała się w ojca. Uwielbiała przesiadywać w jego antykwariacie, czytać i obcować z dziełami sztuki zgromadzonymi w sklepie. Mogła godzinami słuchać opowieści starego Kolanowskiego o artystach, pisarzach i zbieraczach „starożytności”. Poza tym, ostatnio jej głowę zaprzątały rozmaite idee, a planując swoją przyszłość, nie widziała się, póki co, w roli mężatki.

W tej chwili miała jednak inne zmartwienia. Idąc na spotkanie z panną Anastazją, zrobiła rachunek sumienia, ale nie znalazła niczego, co mogło sprowokować właścicielkę pensji do skarcenia jednej z najlepszych uczennic szkoły, o ile mogło tu chodzić o karcenie. Laura mogła pochwalić się dobrymi ocenami, zwłaszcza z języka polskiego, francuskiego i angielskiego, a także z historii i geografii. Gorzej szło jej z niemieckim, rachunkami i fizyką, ale jakoś sobie radziła. Nieźle też tańczyła i grała na pianinie, jedynie ze śpiewem bywało gorzej. W wolnych chwilach pomagała młodszym koleżankom w lekcjach i nikt nie mógł zarzucić jej niewłaściwego zachowania, a jednak panna Warnka wezwała ją do siebie, i to od razu po obiedzie, kiedy powinna przygotowywać się do popołudniowych lekcji.

To pewnie przez mój niewyparzony język – pomyślała dziewczyna. Mama zawsze mnie ostrzegała, że jak nie przestanę mówić, co myślę, zostanę zdziwaczałą starą panną hodującą całe stado kotów i spędzającą czas na wspominaniu dawnych adoratorów, zupełnie jak ciotka Janina.

Doszła w końcu do gabinetu przełożonej pensji i zapukała do drzwi. Poczekała na ciche „proszę” i weszła do środka. Panna Anastazja przeglądała akurat księgi rachunkowe, ale jak tylko zobaczyła Laurę, zamknęła je, oparła się o wysokie krzesło i uśmiechnęła życzliwie do uczennicy.

– O, Lauro, dobrze, że jesteś. Usiądź proszę, dziecko, musimy porozmawiać.

– Dziękuję pani – odparła uczennica i usiadła. – Czy coś się stało, pani dyrektor?

– Nie obawiaj się, to nic takiego. Nie chodzi mi ani o twoje wyniki w nauce, bo te są bardzo dobre, ani o zachowanie. Idzie tu raczej, jakby to ująć, o poglądy na życie i wychowanie młodych kobiet, które rzekomo wyrażasz i propagujesz.

Aha, miałam rację. Chyba kupię sobie koty i zacznę karierę starej panny u boku zrzędliwej ciotki Janiny – pomyślała dziewczyna.

– Ksiądz Sypniewski – ciągnęła dalej pani dyrektor – to dobry nauczyciel religii i ogólnie szanowany człowiek, ale jest też wyczulony na przypadki niewłaściwych i nieprawomyślnych, jego zdaniem, poglądów uczennic, zwłaszcza takich w twoim wieku. Otóż, całkiem niedawno usłyszał, jak rozmawiałaś z koleżankami o sprawie emancypacji kobiet i dopuszczeniu ich do studiów uniwersyteckich, a nawet konieczności uzyskania praw wyborczych dla przedstawicielek naszej płci. Ksiądz Sypniewski poczuł się zgorszony i uznał, że rozpowszechniasz wywrotowe idee. Szczerze zaniepokojony takim wolnomyślicielstwem, doniósł mi o tym, obawiając się, czy aby nie zamierzasz zrobić z dziewcząt wojujących emancypantek, gotowych wyrzec się małżeństwa i walczyć z przyrodzonymi, zdaniem poczciwego księdza, powinnościami naszej płci, to jest rodzenia i wychowywania dzieci, bycia posłuszną żoną, ofiarną matką i dobrą gospodynią. Cóż ty na te zarzuty?

– Ależ pani dyrektor, nigdy nie namawiałam koleżanek, aby nie wychodziły za mąż i nie rodziły dzieci. Mówiłam im tylko o tym, iż kobiety powinny mieć wybór, czy chcą pozostać w domu, czy wybrać inny cel w życiu – odrzekła Laura, czerwieniąc się z podniecenia. – Uważam, pani dyrektor, że inteligencją nie ustępujemy mężczyznom, dlaczego więc oni mogą studiować, a my nie?

– Moja droga, w twoim wieku myślałam tak samo, ale z czasem przekonałam się, że nie jest łatwo zmienić świat, co nie znaczy, że nie należy próbować. Mężczyźni nigdy nie uznają nas za równych sobie i powiem ci więcej: to dobrze, bo wcale nie jesteśmy im równe.

– Ale jak to, pani dyrektor? Nie jesteśmy równe mężczyznom?

– To prawda, nie jesteśmy im równe, a dlatego moja droga, że jesteśmy od nich lepsze! Mężczyźni myślą, że rządzą światem, ale za każdym, choćby największym mężczyzną zawsze stoi jakaś mądra kobieta, żona, matka lub siostra – zawyrokowała panna Anastazja.

– Jeśli tak, pani dyrektor, to czy nie powinniśmy się zjednoczyć i wspólnie walczyć o swoje prawa? Mój ojciec zawsze mówił, że nikomu nie wolno zabraniać zdobywania wiedzy, nieważne, czy jest się kobietą, czy mężczyzną. Każdy powinien samodzielnie decydować o swoim losie!

– Moja droga, nie było cię jeszcze nie świecie, gdy ja, wraz z moimi dwiema starszymi siostrami, nieomal dwadzieścia lat temu, postanowiłyśmy zdecydować o swoim losie i założyłyśmy tę szkołę. Nie było łatwo, musiałyśmy nieomal błagać naszych bogatych współobywateli o pieniądze na pensję i robić wszystko, aby nie narażać się władzom. Udało się, ale drogo nas to kosztowało. Uwierz mi Lauro, wiem, co znaczy ciężka praca, wyrzeczenia i walka z męskim światem.

– Rozumiem, pani dyrektor. Och, gdyby wszyscy myśleli tak jak pani, świat byłby lepszy dla kobiet – rozmarzyła się uczennica.

– Niestety, Lauro, czasem nawet najbliżsi nie potrafią wznieść się ponad wrodzone schematy i przesądy. Szkoda, że nie poznałaś mojego brata Stanisława, choć pewnie nie stałby się twoim ulubieńcem, mimo że jako nauczyciel był lubiany przez swoje uczennice. Zmarł na suchoty dziewięć lat temu, dożywając zaledwie trzydziestu sześciu lat. To on stanowił podporę naszej szkoły. Uczył tu historii i geografii, ułożył plan lekcji i zrobił wiele dobrego, a choć poglądy miał nadzwyczaj postępowe, zawsze uważał, iż zdolności intelektualne kobiet mniejsze są od sił umysłowych mężczyzn. Nic nie mogło wpłynąć na zmianę jego światopoglądu. Mój świętej pamięci brat przeciwny był studiom uniwersyteckim kobiet jako niezgodnym z ich naturą i sprzeciwiającym się woli Boga i Jego wyrokom. Tak mówił. Owszem, głosił potrzebę nauczania kobiet, nie mogło być inaczej, w końcu sam je kształcił, ale utrzymywał, że niczego poza religią, językiem ojczystym, dwoma językami obcymi, historią, geografią, historią naturalną, rysunkiem, muzyką i robótkami ręcznymi, a także elementarną wiedzą z fizyki, kobiety nie potrzebują.

– Za pozwoleniem, pani dyrektor, brat pani, niech spoczywa w pokoju, większym był wstecznikiem i obskurantem niż ksiądz Sypniewski!

– Zapewne, moje dziecko, zapewne, pragnę ci tylko uświadomić, że często i wśród najbliższych nie znajdujemy zrozumienia, a ty chciałabyś świat cały zmieniać. Powoli, Lauro, powoli. Ufam, że zmiany nadejdą. Być może już niedługo kobiety zasiądą w ławach uniwersyteckich, a może nawet będziemy mogły głosować, ale nie prędko tak się stanie. Musimy czekać. Ja już pewnie tego nie dożyję, ale ty, twoja siostra i wasze dzieci z pewnością tak.

– Czekać, pani dyrektor? Jak długo?

– Bóg raczy wiedzieć, ale świat się zmienia wolniej, niż byśmy sobie tego życzyły, niemniej zmienia się. Póki co musimy zejść na ziemię i żyć wśród obskurantów i wsteczników. Ksiądz Sypniewski prosił, abym cię skarciła, ja jednakowoż nie będę cię ani karciła, ani uczyła rozumu, bo masz go aż nadto. Proszę cię jedynie, abyś poglądy swe zachowała dla siebie, nie drażniła nauczycieli, ani też nie narażała szkoły na niezadowolenie rodziców. Obawiam się, że większość z nich nie podziela twoich poglądów, a kiedy zaczną zabierać stąd córki, szkoła, której oddałam dwadzieścia lat życia, upadnie. Prusacy tylko czekają na nasze potknięcie, musimy więc zachować rozwagę.

– Rozumiem, pani dyrektor, ale nie potrafię i nie chcę wyrzec się swoich poglądów. Nie mogę pogodzić się z tym, iż mężczyźni, którym, jak sama pani raczyła zauważyć, w niczym nie ustępujemy, wyznaczyli nam rolę jedynie żon i matek, wyłącznie dla swojej wygody, a sobie uzurpują prawo do decydowania o losie całego świata. Istnieją przecież kobiety, w tym także i pani, które wzięły swój los w swoje ręce i same z powodzeniem kierują swoim życiem, bez oglądania się na męskie kaprysy.

– Owszem, moje dziecko, ale zazwyczaj takie życie wiąże się z wieloma wyrzeczeniami, na które nie każda kobieta jest gotowa. Życie nie szczędzi nam ciosów, ale nie wszystkie z nas potrafią zawczasu uchylić się przed nimi.

– A dlaczegóż to mamy się przed nimi uchylać? Czyż ciosy, których z pewnością i mnie życie nie poskąpi, nie hartują nas niczym stal, która wraz z każdym uderzeniem młota staje się twardsza?

– To nie takie proste, Lauro – cierpliwie zaznaczyła Warnka. – Dziś wydaje ci się, iż jesteś silna i pokonasz każdą przeszkodę. To zresztą prawo i przywilej młodości, ale wierz mi, życie potrafi być okrutne i niesprawiedliwe. Idee, którymi żyjesz, są wzniosłe i piękne, ale poczekaj z ich realizacją, aż opuścisz bezpieczne mury tej szkoły i zetkniesz się z prozą życia. Wtedy spojrzysz na wiele spraw inaczej. Życie żony i matki w szczęśliwym i kochającym się stadle wcale nie musi być pozbawione pewnych wzniosłych idei i piękna. Musisz zrozumieć, że każda z nas powołana jest do czegoś innego. Jedne spełnią się, będąc matkami i żonami, inne jako nauczycielki, pielęgniarki czy położne, a jeszcze inne jako przełożone pensji. A czy ty, moja droga, nie myślałaś o zamążpójściu?

– Nie wiem, pani dyrektor, jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Wiem jedno, nie zamierzam rezygnować z walki o emancypację kobiet. Mój przyszły mąż, o ile wyjdę kiedyś za mąż, musi zaakceptować mój wybór i uznać moje idee za swoje. Wówczas i tylko wówczas, mogę być szczęśliwa w małżeństwie.

– Nie wątpię, moje dziecko, że znajdziesz takiego męża. Nie brakuje ci rozumu, ni urody. Jesteś nadzwyczaj rozwinięta, jak na swój wiek, co stanowi oczywistą zaletę, ale i wadę. Wszystko zależy od tego, z kim zetkniesz się w życiu.

– Dziękuję, pani dyrektor, i przepraszam, że naraziłam panią na nieprzyjemności. Obiecuję już trzymać język za zębami, przynajmniej tu, w szkole, zwłaszcza, kiedy ksiądz Sypniewski będzie w pobliżu – zobowiązała się Kolanowska.

– To dobrze, moja droga. Już za rok skończysz szkołę i ruszysz w świat. Wiem, że sobie w nim poradzisz, choć niełatwo będzie ci zaakceptować to, czego nie sposób zmienić. A teraz pędź na lekcje. O księdza Sypniewskiego możesz być spokojna, porozmawiam z nim i jakoś ułagodzę. A teraz idź już.

Dziewczyna dygnęła przed panną Warnką i jeszcze raz przepraszając, wyszła z jej gabinetu.

4.

Przed kamienicą przy Sankt Martinstrasse jedenaście zebrał się już spory tłum gapiów. Komisarz Langer i asystent Wollmann musieli nieźle się natrudzić, aby przez niego przejść i wejść do budynku. Dopiero policyjne odznaki ozdobione herbem miasta i pruskim orłem, a także ciągłe powtarzanie podniesionym głosem: „Policja Kryminalna” zrobiło swoje. Tłum się rozstąpił i policjanci weszli do środka, kierując się od razu do lokum zamordowanego Rudolfa Scheibego.

Przed wejściem do mieszkania lekarza stało czterech policjantów w granatowych mundurach posterunkowych, zapiętych pod szyją i w okrągłych, dość wysokich czakach, których główny element stanowił ogromny pruski orzeł umieszczony z przodu. Na widok oficerów funkcjonariusze zasalutowali i rozstąpili się. Na schodach siedział blady jak ściana, niski, korpulentny mężczyzna w średnim wieku w okularach, szarym garniturze i meloniku, przykładający jedwabną chusteczkę do twarzy. Niedaleko od niego stał starszy, wyraźnie znudzony osobnik bez nakrycia głowy, za to z długą siwą brodą, ubrany w stary wytarty płaszcz, brudne spodnie i mocno sfatygowane, niemal rozlatujące się buty.

Wollmann skinął na jednego z policjantów, który stanął przed nim na baczność. Był to wysoki, szczupły i młody człowiek. Niewielkie kępki włosów wystające spod czapki sugerowały, że miało się do czynienia z posiadaczem rudej czupryny. Młody policjant sprawiał wrażenie człowieka pewnego siebie, choć pozbawionego pychy. Znającego dyscyplinę, ale dalekiego od służalczości. Langer znał go tylko ze słyszenia, w Prezydium nie pracowało zbyt wielu Polaków. Na szczęście Wollmann miał już z nim do czynienia.

– Co my tu mamy, Obarymski? – Bastian zwrócił się do posterunkowego.

– W środku są potwornie zmasakrowane zwłoki doktora Rudolfa Scheibego, panie asystencie. Niczego nie dotykaliśmy.

– To dobrze. Gottfriedzie, przedstawiam ci posterunkowego Roberta Obarymskiego – Wollmann zwrócił się do Langera. – Obarymski, oto prowadzący śledztwo komisarz kryminalny Gottfried Langer. Na polecenia prezesa Bienki, zostaliście skierowani do śledztwa i będziecie podlegać właśnie komisarzowi.

– Tak jest. Jestem na rozkazy, panie komisarzu! – Obarymski stanął na baczność przed oficerami.

– W porządku, Obarymski, tylko nam tu nie salutuj, to nie wojsko. Kto znalazł zwłoki? – odezwał się z kolei Langer.

– Pacjent doktora, niejaki Roman Zawidzki, to ten człowiek na schodach, panie komisarzu. On wezwał stróża, tego starszego człowieka w wytartym płaszczu, a później jeden z sąsiadów, zaalarmowany całą sytuacją, pobiegł po policjantów z Szóstego Rewiru, a ci z kolei zawiadomili Prezydium Policji i tak ja się tu znalazłem.

– Dobrze, Obarymski, a teraz obejrzyjmy sobie trupa – zawyrokował Langer.

– Obawiam się, że widok nie należy do najprzyjemniejszych. Zawidzki, jakby to powiedzieć, porzygał się, jak tylko go zobaczył.

– Mnie to chyba nie grozi, widywałem już zmasakrowane zwłoki, a poza tym niewiele dziś zjadłem na śniadanie – oznajmił komisarz.

Kiedy Wollmann i Langer weszli do mieszkania, szybko przekonali się, że Obarymski nie żartował. Na samym środku pokoju, który pełnił chyba rolę reprezentacyjnego salonu, stało krzesło, do którego niezbyt mocno przywiązano potwornie okaleczone zwłoki człowieka. Przekrzywiały się one w lewą stronę.

Jego twarz przypominała krwawą miazgę, prawy oczodół był pusty, a porwane ubranie znaczyły małe i duże plamy krwi. Krwi nie brakowało też wszędzie dookoła zwłok. Usta zamordowanego były zakneblowane, a wokół szyi biegła krwawa pręga.

– Chyba mamy przyczynę śmierci – odezwał się Langer, wskazując na szyję. – Ten nieszczęśnik, o ile przeżył tortury, został najpewniej uduszony i to cienką linką lub sznurkiem. Pytanie tylko, komu aż tak zalazł za skórę, skoro zabójca nie zadowolił się zabiciem nieszczęśnika, a wcześniej aż tak go sprawił?

– Może sprawca szukał czegoś wartościowego, lekarz nie chciał mu tego wskazać, więc wymuszono zeznanie torturami – wydedukował Bastian.

Komisarz podszedł do trupa, odchylił połę jego porwanej marynarki, sięgnął za nią i wyjął pugilares. Otworzył go i znalazł pieniądze. Włożył też rękę do zewnętrznej kieszeni zamordowanego i znalazł tam zegarek kopertowy.

– Pięćdziesiąt osiem marek w pugilaresie, a ten zegarek wygląda mi na złoty, wart co najmniej dwieście. Motyw rabunkowy możemy chyba wykluczyć, zwłaszcza, że dom nie wygląda na splądrowany, chyba, że sprawca szukał czegoś wartościowego i nie zawracał sobie głowy zegarkiem – wywnioskował komisarz.

– Jeśli nie został zamordowany dla pieniędzy, to pozostaje zemsta, albo zapłata za nietrafioną diagnozę lekarską. Ktokolwiek to zrobił, raczej nie lubił naszego doktora – dodał Wollmann.

– Spójrz na niego, Bastianie, wygląda na dość wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę. Ktokolwiek go napadł, nie był cherlakiem, chyba, że sprawców było dwóch lub więcej – zaznaczył Langer.

– Obarymski, czy znaleziono ślady włamania do mieszkania? – zapytał Wollmann posterunkowego.

– Nie, panie asystencie, drzwi nie zostały wyłamane, a zamek też wygląda na nienaruszony.

– To znaczy, że zamordowany znał zabójcę bądź zabójców i wpuścił ich do środka, albo też weszli za nim – rozważał komisarz.

– Istnieje jeszcze jedna możliwość, a mianowicie, że nasz lekarz nie zamknął drzwi na klucz, a ci już na niego czekali – dodał Bastian.

– Tak też mogło być, a teraz rozejrzymy się w poszukiwaniu śladów i przesłuchamy świadków.

Zanim obaj zabrali się do przeszukiwania mieszkania, Langer zauważył jakiś błyszczący przedmiot wbity w klepki podłogowe w pobliżu krzesła, do którego przywiązano trupa Scheibego.

– Co tam znalazłeś, Gottfriedzie? – zwrócił się do niego Wollmann.

– Nóż, a raczej sztylet. Wygląda na stary. Nie ma na nim śladów krwi, ale widzę tu jakieś niezgrabnie wygrawerowane litery. To chyba: S.S.G.G.

– Co? S.S.G.G.? To raczej nie są inicjały doktora. Co to może znaczyć?

– Nie mam pojęcia. Pierwszy raz coś takiego widzę. No nic, zajmę się tym później, a tymczasem obejrzymy sobie mieszkanie zabitego lekarza.

Lokal zajmowany przez doktora Scheibego nie różnił się niczym szczególnym od podobnych mieszkań w tej części Poznania. Panował tam idealny porządek, na ścianach wisiało kilka niezbyt wyszukanych obrazów. Sporą część kwatery zajmowały regały pełne książek o tematyce medycznej i nieco klasyków literatury niemieckiej. Resztę umeblowania mieszkania stanowiły stoły, krzesła i dość spore, w dodatku idealnie zasłane łóżko. Całości dopełniało kilka miniaturowych fotografii stojących na bogato rzeźbionej komodzie w stylu biedermeier. Porządek, który panował w pokojach lekarza, potwierdził, że nie doszło do splądrowania mieszkania.

W dużej skórzanej torbie lekarskiej chirurga Langer znalazł niewielki notes, zapisany głównie kobiecymi nazwiskami, przy których widniały daty. Były to najpewniej pacjentki lekarza umówione z nim na wizyty.

– Dziwne – stwierdził Gottfried. – Scheibe był chyba chirurgiem, a nie specjalistą od chorób kobiecych.

– Znalazłeś coś godnego uwagi, Gottfriedzie? – odezwał się Woll­mann. Asystent policyjny stał w hierarchii policyjnej znacznie niżej od komisarza i Wollmann nie powinien być z Langerem po imieniu, ale komisarz nie przepadał za konwenansami i sam zaproponował Bastianowi przejście na „ty” kilka miesięcy wcześniej.

– Nic, poza tym dziwnym sztyletem i notesem Scheibego. Myślę, że czas porozmawiać ze świadkami. Obarymski! – zwrócił się do posterunkowego. – Wezwij tu stróża i tego drugiego mężczyznę, który porzygał się na widok zwłok Scheibego.

– Tak jest, panie komisarzu.

Na pierwszy ogień poszedł blady Roman Zawidzki. Po przedstawieniu się policjantom stwierdził, że był pacjentem doktora, umówionym na wizytę w jego domu o dziewiątej rano.

– Kiedy przyszedłem, zapukałem kilka razy, ale nikt nie odpowiadał. Rychło zorientowałem się, że drzwi były otwarte. Wszedłem do środka i zobaczyłem zwłoki doktora. Natychmiast wezwałem stróża, który kręcił się na podwórzu kamienicy, a ten przyszedł i po chwili poprosił jednego z sąsiadów o wezwanie policji. Ja nieomal zemdlałem. Przepraszam panowie, ale nie jestem przyzwyczajony do oglądania trupów. Jestem skromnym urzędnikiem. Pracuję w Banku Związku Spółek Zarobkowych.

– Rozumiem. Czy widział pan w pobliżu kogoś podejrzanego? – zapytał Gottfried.

– Nikogo takiego nie zauważyłem, byłem zbyt wstrząśnięty.

– Naprawdę nie widział pan nikogo podejrzanego ani nic nie zwróciło pańskiej uwagi?

– Przykro mi, ale nie. Chciałem tylko skonsultować z doktorem pewną… przypadłość i tyle, a później pójść do pracy.

– Od jak dawna znał pan Scheibego? – Langer kontynuował przesłuchanie.

– Jestem jego pacjentem od jakiegoś roku, ale nie znałem go bliżej. Jeśli to wszystko, to bardzo przepraszam, ale spieszę się do pracy. I tak jestem już mocno spóźniony.

– Dobrze, póki co to wszystko. Proszę jednak nie wyjeżdżać z miasta. Być może zostanie pan wezwany do Prezydium Policji, aby złożyć dodatkowe zeznania. Posterunkowy spisze pana nazwisko i adres.

– Oczywiście, panie komisarzu, ale niewiele będę mógł pomóc.

– To się jeszcze okaże – odpowiedział komisarz. – Obarymski, proszę przywołać stróża.

Po chwili do mieszkania wszedł stary, biednie wyglądający człowiek.

– Nazwisko, adres! – odezwał się łamaną polszczyzną Wollmann.

– Znaczy się Józef Szymczak, mieszkam tu niedaleko, znaczy na Piekarach.

– Jak dowiedzieliście się o zabójstwie doktora Scheibego? – kontynuował Bastian.

– Znaczy się ten mały w kapeluszu i okularach, wydarł kalafę, że pan dochtór zabity, tom przyszedł.

– Kalafę? – powtórzył niezrozumiałe słowo Langer.

– Twarz lub usta, zależy kogo pan komisarz zapyta – wyjaśnił Obarymski.

– Dziękuję, posterunkowy, mówcie dalej Szymczak.

– Znaczy tamten w kapeluszu się porzygał, a ja żem poszedł na dół do Mroczkowskich, a to ci co mieszkają na parterze, żeby który tam posłał kogo na policję i wróciłem tu. Niczego żem nie widział, panie policjancie.

– Nikt obcy się tu nie kręcił? – zapytał go Langer.

– Panie oficerze, wiela się tu obcych kręci i do pana dochtora przychodzi, ale nikt mi na ejbra12 nie wyglądał.

– Sąsiedzi niczego nie słyszeli? Przecież ten torturowany chirurg musiał krzyczeć wniebogłosy – odezwał z kolei Wollmann.

– Ady, gdzie tam, panie policjancie. Tu każdy pilnuje swojej roboty i do cudzych spraw się nie wtrąca.

– Co możecie powiedzieć o stylu życia doktora Scheibego, Szymczak? – zapytał go Langer.

Stróż spojrzał na niego, nic nie rozumiejąc.

– Ady nie wiem, o co się panu policjantowi rozchodzi.

– Chodzi o to – sprecyzował komisarz – czy doktor mieszkał tu sam? Miał jakąś rodzinę, przyjaciół, czy ktoś szczególnie często do niego przychodził?

– Żony to on nie miał, a żadnej meli13, coby się koło niego kręciła, też żem nie widział. To był spokojny człowiek, panie policjancie. Nie awanturował się, a pić chyba nie pił. Przychodzili do niego ludzie, bo to przecie dochtór, alem ich nie znał.

– Dobrze, panie Szymczak, być może jeszcze was wezwiemy, a tymczasem jesteście wolni.

Szymczak odszedł, a Langer zwrócił się do Wollmanna i Obarymskiego:

– Musimy porozmawiać z sąsiadami, może ktoś coś słyszał. Żeby było szybciej, rozdzielimy się – zdecydował Langer.

– I ja tak myślę – dodał Bastian.

– Obarymski – zawołał Gottfried – niech jeden z policjantów z Szóstego Rewiru da znać do Szpitala Miejskiego, żeby zabrali ciało. Trzeba będzie dokonać autopsji zabitego. Ja zabieram ze sobą ten dziwny sztylet i notes Scheibego. Coś mi mówi, że to mogą być klucze do tajemnicy śmierci doktora.

– Tak jest, panie komisarzu. Czy coś jeszcze mam zrobić?

– Na razie to wszystko, ale bądź w pogotowiu.

Dalsza część w wersji pełnej

1 Ulica Nowa, obecnie Paderewskiego.

2 Aleja Wilhelmowska, obecnie Aleja Marcinkowskiego.

3 Ulica Święty Marcin.

4 Dzisiejsze Giżycko na Warmii i Mazurach.

5 Ulica Podgórna.

6 Plac Wilhelma, obecnie Plac Wolności.

7 Chwaliszewo.

8 Plac Piotra, obecnie Plac Wiosny Ludów.

9 Ulica Wielkie Garbary, obecnie Garbary.

10 Plac Bernardyński.

11 Ulica Wodna.

12 Ejber – w gwarze poznańskiej łobuz, rozrabiaka.

13 Mela – w gwarze poznańskiej dziewczyna.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji