I Created You - Natalia Seroka - ebook
NOWOŚĆ

I Created You ebook

Natalia Seroka

5,0

288 osób interesuje się tą książką

Opis

Ava Russo dorastała w cieniu rodzinnego imperium. Lojalna i bezlitosna, wykonywała każdy rozkaz ojca i od dziecka pragnęła dorównać jego sławie. Choć to jej starszemu bratu należał się tytuł, ona stała się prawą ręką głowy rodu – najskuteczniejszym żołnierzem – wierzyła, że pewnego dnia obejmie władzę.

Wszystko zmienia jedna decyzja: ma poślubić Thomasa Petersona, dziedzica potęgi, który kiedyś zaszkodził jej rodzinie. Zostaje zapisem w umowie obiecującej koniec wojny o wpływy. Wtedy rozumie prawdę – nigdy nie była następczynią, wciąż była tylko pionkiem.

Thomas jest chłodny, wyrachowany i śmiertelnie niebezpieczny. Zanim oficjalnie staną u swojego boku, potajemnie zbliża się do Avy i szybko odkrywa, że ona nie jest typową mafijną księżniczką. To komplikuje jego plany – bo sojusz między ich rodzinami to tylko pozory.

W świecie, gdzie lojalność oznacza przemoc, a uczucia są słabością, Ava musi zdecydować, czy pozostać posłuszną córką, czy zawalczyć o własny los. Zwłaszcza gdy granica między nienawiścią a pożądaniem zaczyna się zacierać, a wybór między sercem a strategią może kosztować życie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 537

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
verschillend_

Nie oderwiesz się od lektury

Książka warta przeczytania !❤️ pierwszy raz czytałam ją na wattpadzie i jestem Dumna z Autorki tej książki 🔥 czekam na kolejny tom ! #theamThomas ❤️ #girlpower
00



De­dy­ku­ję tę ksi­ążkę ka­żdej ko­bie­cie, któ­ra kie­dy­kol­wiek po­my­śla­ła, że jej siła to sła­bo­ść. Błyszcz tak ja­sno, jak po­tra­fisz. Niech świat za­kła­da oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne. Siła to nie wada, to de­kla­ra­cja. Noś ją jak ko­ro­nę i nie daj się ze­pchnąć na bocz­ny tor. Bo kie­dy ko­bie­ta błysz­czy, świat musi się za­trzy­mać i pa­trzeć.

Ostrzeżenie autorskie

Je­że­li ktoś jesz­cze się nie zo­rien­to­wał, uro­czy­ście oświad­czam: ta ksi­ążka to ro­mans ma­fij­ny i nie za­wa­ha­łam się wy­ci­snąć z tego ga­tun­ku wszyst­ko, co chcia­łam. Ozna­cza to, że znaj­dzie­cie w niej opi­sy prze­mo­cy fi­zycz­nej, któ­re naj­częściej ko­ńczą się śmier­cią. Ma­fia to ta­kże za­stra­sza­nie biz­ne­so­we, wy­mu­sze­nia, nad­uży­cia wła­dzy oraz prze­moc psy­chicz­na i emo­cjo­nal­na.

Tok­sycz­ne re­la­cje? One rów­nież są tu obec­ne – nie tyl­ko w re­la­cjach ro­man­tycz­nych, ale ta­kże ro­dzin­nych. Tak, moje po­sta­cie są strau­ma­ty­zo­wa­ne. Przy­po­mi­nam: opi­su­ję ży­cie do­ro­słych dzie­ci ma­fii.

Język bywa wul­gar­ny, a ero­ty­ka mo­men­ta­mi może być kon­tro­wer­syj­na. UWA­GA: Ava Rus­so lubi seks – w ró­żnych od­sło­nach.

Ksi­ążkę kie­ru­ję do czy­tel­ni­ków, któ­rzy chcą spędzić czas wci­ąga­jąco i in­ten­syw­nie. Nie jest to ża­den po­rad­nik ani ma­ni­fest mo­ich oso­bi­stych prze­ko­nań. Je­że­li pod­czas lek­tu­ry po­czu­jesz dys­kom­fort, zrób prze­rwę i zde­cy­duj, czy chcesz kon­ty­nu­ować. Pa­mi­ętaj – Two­je zdro­wie jest naj­wa­żniej­sze.

A do ca­łej resz­ty roz­pusz­czo­nych, bez­wstyd­nych czy­tel­ni­ków: baw­cie się do­brze. Tak jak ja ba­wi­łam się pod­czas pi­sa­nia.

Playlista

Shy Smith – So­aked

Cha­se Atlan­tic – Swim

Aria­na Gran­de – Dan­ge­ro­us Wo­man

Bry­ce Sa­va­ge – Go­ing to Hell

Ex Ha­bit – Abu­se Me

Sam Tin­nesz feat. Yacht Mo­ney – Play With Fire

Keh­la­ni – Gang­sta

Tay­lor Swift – Don’t Bla­me Me

Doja Cat – Stre­ets

Ni­cho­las Bon­nin feat. An­ge­lic­ca – Shut Up and Li­sten

Ex Ha­bit – Who Do You Want

Char­lot­te Law­ren­ce – Joke’s on You

Bil­lie Eilish – You Sho­uld See Me in a Crown

Chris Grey – Al­ways Been You

Rozdział 1

Ava

Ja­kim cu­dem się tu zna­la­złam? Ani nie po­win­nam tu być, ani tego nie chcia­łam. No do­brze – może ja­kaś część mnie fak­tycz­nie tego pra­gnęła, ale to był za­le­d­wie uła­mek, zu­pe­łnie nie­istot­ny. Za­wsze – po­wta­rzam – za­wsze kie­ro­wa­łam się czy­mś wi­ęcej niż sa­mym in­stynk­tem.

Oj­ciec pa­trzył na mnie z dumą. Wie­dział, że po­tra­fi­łam za­cho­wać się od­po­wied­nio i uni­ka­łam głu­pich de­cy­zji – w prze­ci­wie­ństwie do Wil­lia­ma, któ­ry uga­niał się za wszyst­kim, co się ru­sza­ło, i bez mru­gni­ęcia okiem za­li­czał na pra­wo i lewo.

Spoj­rze­nie ojca sta­no­wi­ło dla mnie naj­wy­ższą na­gro­dę. Wy­ma­gał wie­le, więc żeby za­słu­żyć na uzna­nie, mu­sia­łam się na­praw­dę po­sta­rać. Star­szy brat mi tego nie uła­twiał. Ni­g­dy nie da­wał do­bre­go przy­kła­du. Z ja­kie­goś po­wo­du, nie­zro­zu­mia­łe­go dla na­szych ro­dzi­ców, od dziec­ka wie­dzia­łam, że nie war­to go na­śla­do­wać. Uni­ka­łam jego błędów – choć cza­sem by­wa­ły ku­szące. Nie­kie­dy aż za bar­dzo.

Will miał wie­lu przy­stoj­nych ko­le­gów, któ­rzy często kręci­li się po domu, gdy oj­ciec zaj­mo­wał się in­te­re­sa­mi gdzieś w te­re­nie. Nie­któ­rzy nie mie­li za grosz wsty­du – po­tra­fi­li za­pu­kać do mo­ich drzwi z pro­po­zy­cja­mi, któ­re nie po­zo­sta­wia­ły pola do in­ter­pre­ta­cji. Nie po­wiem, że za ka­żdym ra­zem od razu ka­za­łam im spa­dać, zwłasz­cza je­śli któ­ryś tra­fiał w mój gust… Ale żad­na z tych roz­mów nie trwa­ła dłu­żej niż pięć mi­nut.

Nikt tego nie li­czył, ale i tak uwa­żam, że to ca­łkiem nie­zły wy­nik.

Pra­gnąc uzna­nia ojca, wi­ęk­szo­ść dzie­ci­ństwa i okre­su na­sto­let­nie­go spędzi­łam nad ksi­ążka­mi i na do­dat­ko­wych lek­cjach, któ­re z cza­sem sama so­bie or­ga­ni­zo­wa­łam. Mie­li­śmy na­ucza­nie in­dy­wi­du­al­ne, ale w prze­ci­wie­ństwie do Wil­la, któ­ry ro­bił ab­so­lut­ne mi­ni­mum, by unik­nąć pre­ten­sji, ja chcia­łam cze­goś wi­ęcej. Nie wy­star­cza­ło mi mia­no cór­ki wiel­kie­go Mar­ka Rus­so – czło­wie­ka sto­jące­go u bram prze­stęp­cze­go świat­ka wschod­nich Sta­nów.

Will, jako pier­wo­rod­ny, miał odzie­dzi­czyć wszyst­ko, na co na­sza ro­dzi­na pra­co­wa­ła przez po­ko­le­nia. Pew­ne­go wie­czo­ru, kie­dy oj­ciec wy­je­chał, brat – pi­ja­ny – wsze­dł do mo­je­go po­ko­ju i rzu­cił, że ma inne pla­ny na ży­cie. Po­wie­dział, że chęt­nie odda mi swo­je „pra­wo do tro­nu”. Ni­g­dy nie wró­ci­li­śmy do tej roz­mo­wy na trze­źwo. Osta­tecz­na de­cy­zja na­le­ża­ła do ojca.

Lata mi­ja­ły, a brat po­pe­łniał co­raz wi­ęcej błędów, prze­stał je na­wet ukry­wać. Spra­wiał wra­że­nie, jak­by ce­lo­wo chciał znie­chęcić ojca do wy­bra­nia go na na­stęp­cę. Ja trzy­ma­łam się z boku. Uczy­łam się. Ob­ser­wo­wa­łam. Cze­ka­łam.

Mia­łam osiem lat, gdy oj­ciec za­czął za­bie­rać mnie ze sobą do pra­cy. Cie­szy­łam się. Chcia­łam wie­dzieć wi­ęcej niż to, co prze­ka­zy­wa­li mi na­uczy­cie­le. Pra­gnęłam wi­dzieć na wła­sne oczy. Prze­sta­łam tyl­ko znać za­sa­dy – za­częłam ro­zu­mieć ich wagę. Wie­dzia­łam, co się dzie­je, gdy ktoś je ła­mie.

W domu oj­ciec ni­g­dy nie pod­nió­sł na nas ręki. W pra­cy by­wał inny. Nie uko­ńczy­łam jesz­cze dzie­si­ąte­go roku ży­cia, gdy po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam, jak od­bie­ra lu­dziom to, co – jego zda­niem – źle wy­ko­rzy­sty­wa­li. Cza­sem był to język, cza­sem ręka. W naj­gor­szych wy­pad­kach – ży­cie. Nie zmu­szał mnie do pa­trze­nia, ale też ni­g­dy nie za­su­ge­ro­wał, że­bym wy­szła. Zo­sta­wiał mi wy­bór. A ja go do­ko­ny­wa­łam.

Dziś żad­na ilo­ść krwi nie robi na mnie wra­że­nia. Żad­ne bła­ga­nia, żad­ne tor­tu­ry. Prze­wi­nie­nie ro­dzi karę. Pro­ste. Oj­ciec po­wta­rzał, że nie daje się dru­giej szan­sy czło­wie­ko­wi, któ­ry cię znie­wa­żył. Zro­bił to raz, zro­bi i dru­gi. A je­śli nie zo­sta­nie uka­ra­ny – uzna, że nie po­pe­łnił błędu. Trud­ne? Nie. Lo­gicz­ne.

Dzi­ęki do­świad­cze­niu i wie­dzy, któ­re zdąży­łam zdo­być przez te dwa­dzie­ścia sze­ść lat, pe­łni­łam już rolę pra­wej ręki ojca. Po­wszech­nie przyj­mo­wa­no, że po jego śmier­ci to ja przej­mu­ję ste­ry. Dzie­dzi­cze­nie po­tęgi rodu Rus­so brzmia­ło dum­nie. Wszy­scy wy­da­wa­li się za­do­wo­le­ni. Will, oj­ciec, ja… przy­naj­mniej na po­zór.

I wła­śnie dla­te­go nie mo­głam zro­zu­mieć, dla­cze­go wci­ąż wra­cał do mnie ten je­den pie­przo­ny pro­cent, przez któ­ry sie­dzia­łam w klu­bie Blan­ca, cze­ka­jąc na coś, co ni­g­dy nie mia­ło się wy­da­rzyć.

Roz­gląda­łam się po sali. Pa­trzy­łam na lu­dzi i nie­mal wi­dzia­łam ich po­wierz­chow­no­ść. Przy­szli tu­taj, żeby się upić i za­li­czyć. To było ich le­kar­stwo na sza­rą co­dzien­no­ść. Taki szyb­ki za­strzyk emo­cji.

Moja co­dzien­no­ść nie przy­po­mi­na­ła ich eg­zy­sten­cji. I nie cho­dzi­ło tyl­ko o wpły­wy czy na­zwi­sko. In­te­li­gent­ni lu­dzie się prze­cież nie nu­dzą, praw­da? Zwłasz­cza je­śli na­le­żą do jed­nej z naj­bar­dziej wpły­wo­wych ro­dzin w kra­ju.

A jed­nak… zja­wi­łam się tu do­kład­nie po to samo, co oni.

W łó­żku nie prze­ży­wa­łam fa­jer­wer­ków. Nie dla­te­go, że cze­goś mi bra­ko­wa­ło. Uwa­żam się za atrak­cyj­ną ko­bie­tę – świa­do­mą sie­bie, in­te­li­gent­ną, oczy­ta­ną. I wła­śnie w tym tkwił pro­blem.

Ża­den z mężczyzn, któ­rych spo­ty­ka­łam, nie ro­bił na mnie wra­że­nia. Nikt nie po­tra­fił mnie za­in­try­go­wać. Wy­gląd? Pro­szę bar­dzo – ład­ne twa­rze, ide­al­ne syl­wet­ki kręci­ły się wo­kół mnie non stop. Ale co z tego, sko­ro wy­star­czy­ło, że któ­ryś otwo­rzył usta, a ja na­tych­miast za­czy­na­łam szu­kać wy­jścia z tej nie­zręcz­no­ści?

Mat­ka po­tra­fi­ła na­zwać mój pro­blem. Po ci­chu ob­wi­nia­ła ojca, twier­dząc, że to przez nie­go tak wy­so­ko usta­wi­łam so­bie po­przecz­kę. Na po­cząt­ku sprze­ci­wia­ła się, że­bym cho­dzi­ła z nim do pra­cy – mó­wi­ła, że mnie to skrzy­wi i że to nie miej­sce dla dziec­ka. Mia­ła ra­cję. Doj­rza­łam szyb­ciej, niż po­win­nam, wi­dząc to, cze­go inne dzie­ci na­wet nie po­tra­fi­ły so­bie wy­obra­zić.

Roz­mo­wy o ni­czym z lu­dźmi bez am­bi­cji już daw­no prze­sta­ły mieć sens. Mężczy­źni nie po­tra­fi­li mnie za­sko­czyć, bo i jak mie­li to zro­bić, sko­ro prze­wy­ższa­łam ich pod ka­żdym względem? Smut­na praw­da. Ale to nie zmie­nia fak­tu, że mia­łam po­trze­by – fi­zycz­ne, zwy­czaj­ne, ludz­kie. Od cza­su do cza­su nie wy­star­cza­ło już za­spo­ka­ja­nie ich na wła­sną rękę. Po­trze­bo­wa­łam mężczy­zny – jak wi­ęk­szo­ść zdro­wych ko­biet. Wie­dzia­łam, że po­ra­dzę so­bie bez nie­go w ka­żdej sy­tu­acji… oprócz tej jed­nej.

W ta­kich mo­men­tach za­gląda­łam do klu­bu, gdzie za ba­rem pra­co­wa­ła moja przy­ja­ció­łka, Mo­ni­ca. Po­zna­ły­śmy się wła­śnie tam, kil­ka lat temu. Przy­szłam na swo­je cy­klicz­ne łowy, ale tam­te­go wie­czo­ru wszyst­ko szło nie tak. Mo­ni­ca to do­strze­gła i po­sta­wi­ła mi drin­ka, za­nim jesz­cze zdąży­łam co­kol­wiek za­mó­wić. Rzu­ci­ła tyl­ko: „Po­lo­wa­nie nie za­wsze ko­ńczy się tro­feum, ale za­wsze mo­żesz się na­pić”. Tym zdo­by­ła moją sym­pa­tię. I tak ja­koś na­tu­ral­nie sta­ły­śmy się so­bie bli­skie.

Gdy na­pi­ęcie krąży­ło w mo­ich ży­łach i nie da­wa­ło chwi­li wy­tchnie­nia, sia­da­łam przy ba­rze i mo­dli­łam się, by tra­fił się choć je­den ogar­ni­ęty fa­cet z przy­zwo­itą twa­rzą. Na tyle ogar­ni­ęty, by zro­zu­mieć, że le­piej się nie roz­ga­dy­wać. Tyl­ko wte­dy mo­głam choć przez mo­ment uda­wać, że cho­dzi o coś wi­ęcej niż zwy­kłe za­spo­ko­je­nie pa­lące­go pra­gnie­nia.

Chcia­łam… Ma­rzy­łam o tym, by któ­ryś spra­wił, że za­pom­nę, kim je­stem. Żeby wzi­ął mnie na wła­sno­ść. Sil­ny mężczy­zna, któ­ry nie prze­stra­szy się mo­jej siły – prze­ciw­nie, uzna ją za wy­zwa­nie. Taki, któ­ry po­sta­wi so­bie za cel zła­ma­nie mo­je­go opo­ru. Pra­gnęłam ulec. Po­czuć się mniej­szą, za­le­żną. Ale ni­ko­mu nie za­mie­rza­łam tego uła­twiać. Uwa­ża­łam, że je­śli mu­szę w tym po­móc, to nie ma już sen­su ba­wić się w ciu­ciu­bab­kę. Nie za­mie­rza­łam uda­wać ule­gło­ści. Chcia­łam, żeby ktoś na­praw­dę mnie do niej do­pro­wa­dził.

Tego wie­czo­ru klub był za­ska­ku­jąco tłocz­ny jak na śro­dek ty­go­dnia. Dla mnie to plus – ła­twiej wto­pić się w tłum. Gdy­by ktoś mnie tu roz­po­znał, mu­sia­ła­bym pó­źniej tłu­ma­czyć się ojcu.

Wy­bie­ra­łam to miej­sce z kon­kret­ne­go po­wo­du. Nie zno­si­łam kli­ma­tu VIP-owskich klu­bów. Tam ka­żdy wie­dział, kim je­stem, i nie było mowy o nie­zo­bo­wi­ązu­jących spo­tka­niach poza par­kie­tem. Mia­łam też wra­że­nie, że fa­ce­ci z tam­tych re­wi­rów, świa­do­mi mo­je­go sta­tu­su, cze­ka­li tyl­ko na ski­nie­nie. Na nie­któ­re ko­bie­ty to może dzia­ła­ło. Na mnie? Zu­pe­łnie od­wrot­nie.

– Masz na coś ocho­tę? – usły­sza­łam za ple­ca­mi.

Od­wró­ci­łam się i spoj­rza­łam w górę. Wy­so­ki blon­dyn stał tuż za mną. W jego oczach do­strze­głam coś wi­ęcej niż ty­po­wą pew­no­ść sie­bie. De­ter­mi­na­cję. Od­wa­żny chło­pak.

– A co mo­żesz mi za­ofe­ro­wać? – Unio­słam brew i lek­ko się uśmiech­nęłam.

Wi­dzia­łam go wcze­śniej. Sie­dział sam, ale nie przy­po­mi­nał ty­po­we­go ob­le­cha cza­jące­go się przy ścia­nie i obła­pia­jące­go wzro­kiem ta­ńczące dziew­czy­ny. Da­łam mu zna­ki. Zro­bi­łam to ce­lo­wo – prze­ci­ągni­ęte w cza­sie spoj­rze­nie, za­gry­za­nie war­gi. Mężczy­źni to pro­ste stwo­rze­nia. Wy­star­czy­ło utrzy­mać kon­takt wzro­ko­wy kil­ka se­kund dłu­żej, niż wy­pa­da­ło – i już na­le­że­li do cie­bie.

– Mam wie­le ta­len­tów – od­pa­rł, od­wza­jem­nia­jąc uśmiech.

Brzmia­ło dość okle­pa­nie, ale sły­sza­łam już gor­sze tek­sty. Uzna­łam, że tym ra­zem za­do­wo­lę się tym, co aku­rat tra­fi­ło w moje ręce.

– To może mi je za­de­mon­stru­jesz? – Wsta­łam i ru­szy­łam w stro­nę szat­ni, obok któ­rej ci­ągnął się dłu­gi, przy­ciem­nio­ny ko­ry­tarz z sze­re­giem drzwi pro­wa­dzących do pry­wat­nych po­koi.

Ka­żde skrzy­dło otwie­ra­ło się po przy­ło­że­niu kar­ty płat­ni­czej. Gdy płat­no­ść zo­sta­ła za­ak­cep­to­wa­na, roz­le­gał się cha­rak­te­ry­stycz­ny klik i drzwi ustępo­wa­ły. Ko­rzy­sta­łam z tych po­miesz­czeń wcze­śniej i uwa­ża­łam, że to znacz­nie lep­sze roz­wi­ąza­nie niż to­a­le­ta czy inne rów­nie ro­man­tycz­ne miej­sca, gdzie spo­ty­ka­li się po­zo­sta­li.

– Chy­ba nie ro­bisz tego pierw­szy raz – rzu­cił za­sko­czo­ny, że tak pew­nie otwo­rzy­łam i we­szłam do środ­ka jak do sie­bie.

Po­kój nie był duży. Gra­fi­to­we ścia­ny po­chła­nia­ły świa­tło, a wnętrze zo­sta­ło urządzo­ne bo­ga­to jak na oczy­wi­sty cel użyt­ko­wa­nia. Na środ­ku sta­ło wiel­kie łó­żko przy­kry­te czer­wo­ną, sa­ty­no­wą po­ście­lą. Po obu stro­nach noc­ne sto­li­ki z czar­ne­go drew­na. Pod jed­ną ze ścian me­ta­lo­wa kon­so­la ze szkla­nym bla­tem. Resz­tę prze­strze­ni zdo­bi­ły ob­ra­zy z bez­wstyd­ny­mi ak­ta­mi, któ­re nie po­zo­sta­wia­ły wie­le dla wy­obra­źni.

– Nie je­stem dzie­wi­cą, je­śli o to py­tasz – od­po­wie­dzia­łam za­dzior­nie.

Za­śmiał się, pod­cho­dząc bli­żej. Po chwi­li zła­pał mnie za bio­dra. Był uro­czy w tych swo­ich blond wło­skach. Obiek­tyw­nie atrak­cyj­ny. Ujęłam jego szczu­płe dło­nie i po­wo­li prze­su­nęłam je w górę, na swo­ją szy­ję. Lu­bi­łam, kie­dy męskie ręce obej­mo­wa­ły mnie moc­no za kark. Choć za­zwy­czaj sama mu­sia­łam im po­ka­zy­wać, jak mają mnie do­ty­kać. Przy­zwy­cza­iłam się. Prze­sta­łam już ana­li­zo­wać, że w ten spo­sób od­bie­ram im pa­łecz­kę wła­dzy. Sko­ro ża­den nie po­tra­fił wzi­ąć jej sam, nie za­mie­rza­łam się fru­stro­wać.

– Ja­kieś spe­cjal­ne ży­cze­nia? – za­py­tał i ob­li­zał dol­ną war­gę.

– Nie ga­daj za dużo i weź się do ro­bo­ty.

– Po­wiedz tyl­ko, jak masz na imię, ślicz­not­ko.

– Ava.

– Okej, Avo, ja je­stem Mike – po­wie­dział już nie­co za­chryp­ni­ętym to­nem. Bo oczy­wi­ście jego imię w tej chwi­li mia­ło wiel­kie zna­cze­nie. – A te­raz po­zwól, że tro­chę ze­psu­ję twój ma­ki­jaż…

No w ko­ńcu. My­śla­łam już, że się nie do­cze­kam.

Spoj­rzał mi w oczy, po czym przy­ci­ągnął mnie do po­ca­łun­ku. Czu­łam, że się sta­rał. I to, o dzi­wo, na­wet mi się po­do­ba­ło. Jed­nym ru­chem zsu­nęłam z sie­bie su­kien­kę. Prze­su­nęli­śmy się w stro­nę kon­so­li, gdzie usia­dłam nago na chłod­nym bla­cie. Dreszcz prze­bie­gł mi po kręgo­słu­pie.

Mike rzu­cił krót­kie spoj­rze­nie w dół i uśmiech­nął się sze­ro­ko. Nie za­kła­da­łam bie­li­zny na wie­czor­ne wy­pa­dy – szko­da cza­su, je­śli plan był ja­sny. A kie­dy już znaj­do­wa­łam się w tym miej­scu, wie­dzia­łam, że ci­śnie­nie we mnie osi­ągnęło szczyt.

Zła­pa­łam za jego pa­sek, po­tem gu­zik, za­mek… Wszyst­ko po­szło szyb­ko, bez zbęd­nych ce­re­gie­li. Nie pa­trzy­łam, bo znów po­chło­nęły mnie jego usta. Rzad­ko lu­bi­łam się ca­ło­wać, ale jego war­gi mia­ły w so­bie coś, co nie po­zwa­la­ło się ode­rwać. Chło­pak na­praw­dę wie­dział, co robi.

Wzi­ęłam w dłoń pe­ni­sa, czu­łam przez ci­ężar, że było się czym po­chwa­lić. Chy­ba na­praw­dę mia­łam tym ra­zem szczęście. Zro­bi­łam się na­tych­miast mo­kra, więc pal­ce zwi­lży­łam w swo­ich so­kach i wró­ci­łam nimi do Mike’a, po czym za­częłam de­li­kat­nie ści­skać jego męsko­ść. Szyb­ko zmie­ni­łam tem­po, gdy za­czął po­ru­szać bio­dra­mi, bez­wstyd­nie po­su­wa­jąc mi rękę.

Ode­rwa­łam się od jego ust. Nie mo­głam dłu­żej cze­kać ani ba­wić się w żad­ne gier­ki. Po­trze­bo­wa­łam tego. Te­raz. Za­nim jed­nak wsze­dł we mnie, si­ęgnął do tyl­nej kie­sze­ni spodni i wy­jął pre­zer­wa­ty­wę. Przy­go­to­wa­ny. Od­po­wie­dzial­ny. Ni­cze­go nie trze­ba było tłu­ma­czyć. W jed­nej chwi­li wszyst­ko sta­ło się ja­sne. Syk­nęłam z za­sko­cze­nia, kie­dy po pro­stu si­ęgnął po to, cze­go chciał. I cze­go ja też po­trze­bo­wa­łam. Bez py­tań. Bez uda­wa­nia.

Rytm z gło­śni­ków na­rzu­cał tem­po, a on po­ru­szał się z taką siłą i za­wzi­ęto­ścią, że prze­sta­łam kon­tro­lo­wać mi­mi­kę. Nie dba­łam o to, jak gło­śno ude­rza­li­śmy me­blem o ścia­nę i że moje jęki nie­mal prze­bi­ja­ły się przez mu­zy­kę. W tam­tej chwi­li nic nie mia­ło zna­cze­nia. I wła­śnie dla­te­go mo­głam się ca­łko­wi­cie temu od­dać.

Za­ci­snęłam dło­nie na jego ra­mio­nach, kie­dy na­pi­ęcie osi­ągnęło ze­nit. Chwi­lę pó­źniej po­czu­łam, że on też nie za­mie­rzał się ha­mo­wać. To było szyb­kie. Na­wet bar­dzo. Ale tak wła­śnie wy­gląda­ły moje spo­tka­nia tego typu. Głód nie da­wał mi spo­ko­ju, a ja nie wy­ma­ga­łam ce­re­mo­nii ani gry w po­zo­ry. Cho­dzi­ło o za­spo­ko­je­nie po­trze­by. Nic wi­ęcej. Jak szyb­ka wi­zy­ta w ła­zien­ce. Za­mkni­ęta hi­sto­ria.

– Avo – prze­rwał ci­szę.

– Hmm?

– Two­je pa­znok­cie… – wy­chry­piał z lek­ką za­dysz­ką.

Spoj­rza­łam w dół i do­pie­ro wte­dy za­uwa­ży­łam, że wbi­łam mu pa­znok­cie w klat­kę pier­sio­wą. Ko­szul­ka pękła pod na­ci­skiem.

– Och. – Tyl­ko tyle zdo­ła­łam z sie­bie wy­du­sić.

Za­śmiał się ci­cho i opa­rł czo­ło o moje. Wła­śnie nad­sze­dł ten nie­zręcz­ny mo­ment – czas na zgrab­ne wy­co­fa­nie się.

– Dasz mi swój nu­mer? – za­py­tał z na­dzie­ją wy­ma­lo­wa­ną na twa­rzy.

Naj­gor­sze z mo­żli­wych py­tań. Pa­da­ło często. Za często. Nie chcia­łam go zra­nić, nie chcia­łam, żeby po­czuł się wy­ko­rzy­sta­ny. Dla mnie to był tyl­ko im­puls, za­spo­ko­je­nie po­trze­by, ale on? On wy­glądał na ta­kie­go, co mó­głby po­my­śleć, że wła­śnie za­czął się ja­kiś ro­mans. Uro­czy blon­dy­nek. Zbyt uro­czy na to, co dzia­ło się w mo­jej gło­wie.

Wte­dy usły­sza­łam gło­śne pu­ka­nie do drzwi. Pod­sko­czy­łam in­stynk­tow­nie.

– Avo? Mu­sisz na­tych­miast wy­jść, twój oj­ciec chce cię wi­dzieć – roz­brzmiał ni­ski, ale też wy­ra­źnie na­pi­ęty głos.

Liam.

Dla wi­ęk­szo­ści lu­dzi to by­łby mo­ment szczy­to­we­go za­że­no­wa­nia. Dla mnie? Furt­ka. Do­sko­na­łe wy­jście awa­ryj­ne.

– Prze­pra­szam, mu­szę się zbie­rać – rzu­ci­łam szyb­ko do Mike’a, na­wet nie pod­no­sząc na nie­go wzro­ku.

Mia­łam na­dzie­ję, że im szyb­ciej stam­tąd znik­nę, tym ła­twiej za­po­mni o tym nie­for­tun­nym py­ta­niu.

– Okej – od­po­wie­dział zbi­ty z tro­pu.

Też za­czął wkła­dać ubra­nie. Si­ęga­łam już za klam­kę, kie­dy po­czu­łam jego dłoń na ra­mie­niu.

– Będę tu za ty­dzień. Przyj­dziesz?

– Tak – skła­ma­łam bez mru­gni­ęcia i wy­szłam, nie ogląda­jąc się za sie­bie.

Za drzwia­mi cze­kał Liam. Wy­so­ki, umi­ęśnio­ny, o wło­sach ko­lo­ru płyn­ne­go mio­du. Z lek­kim za­ro­stem i ocza­mi przy­po­mi­na­jący­mi let­nią tra­wę. Rzu­cił mi krót­kie spoj­rze­nie, po­tem zer­k­nął na Mike’a, któ­ry wła­śnie wy­cho­dził. Za­ci­snął usta w wąską li­nię i bez sło­wa ru­szył za mną w stro­nę auta.

Liam… Trud­no było go zde­fi­nio­wać. Gdy sko­ńczy­łam osiem­na­ście lat, oj­ciec za­trud­nił go jako mo­je­go ochro­nia­rza. Od tam­tej pory stał się cie­niem, któ­ry ni­g­dy się nie od­da­lał. Przez te wszyst­kie lata zbli­ży­li­śmy się do sie­bie. Może nie był przy­ja­cie­lem w pe­łnym tego sło­wa zna­cze­niu, ale… kimś w tym sty­lu.

Był ode mnie pięć lat star­szy. Jego oj­ciec chro­nił Mar­ka Rus­so, więc z ja­kie­goś po­wo­du stwier­dzo­no, że Liam za­słu­żył na za­ufa­nie. Oj­ciec uznał, że mogę mieć go przy so­bie, bo nic ni­g­dy się mi­ędzy nami nie wy­da­rzy. No ja­sne.

Liam po­zo­sta­wał chy­ba je­dy­nym mężczy­zną, z któ­rym mo­gła­bym stwo­rzyć coś wi­ęcej. Je­dy­nym, któ­ry na­praw­dę mnie po­ci­ągał. Oj­ciec, do­sko­na­le świa­do­my mo­je­go tem­pe­ra­men­tu, mu­siał zna­le­źć ko­goś, kto po­tra­fi­łby mi do­rów­nać – i tra­fił ide­al­nie. Ten czło­wiek rze­czy­wi­ście stał ze mną na rów­ni, a to nie zda­rza­ło się często.

Z cza­sem Liam po­znał mnie na wy­lot. To­le­ro­wał moje klu­bo­we wy­pa­dy pod wa­run­kiem, że to­wa­rzy­szył mi, ob­ser­wu­jąc z ukry­cia. Cza­sem od­no­si­łam wra­że­nie, że coś w nim pęka – źre­ni­ce roz­sze­rza­ły się nie­co bar­dziej, spoj­rze­nie sta­wa­ło się zbyt in­ten­syw­ne – jak­by za­zdro­ść pró­bo­wa­ła prze­bić się przez fa­sa­dę. Ale żad­ne z nas ni­g­dy nie po­su­nęło się da­lej.

– To było szyb­kie – skwi­to­wał.

– To było mi po­trzeb­ne.

– Bied­ny chło­pak – rzu­cił, od­pa­la­jąc sil­nik. Wy­da­wa­ło mi się, że ści­snął kie­row­ni­cę moc­niej, niż wy­ma­ga­ła tego sy­tu­acja.

– Znaj­dzie so­bie na­stęp­ną – od­po­wie­dzia­łam na od­czep­ne­go.

– My­ślisz, że to mo­żli­we?

Za­brzmia­ło dwu­znacz­nie. Po­sta­no­wi­łam nie drążyć. Wy­star­czy­ły mi chwi­lo­we wy­rzu­ty su­mie­nia.

– Oj­ciec na­praw­dę mnie szu­ka? Jest dru­ga w nocy. Z tego, co wiem, miał wró­cić ju­tro w po­łud­nie.

– Zmie­ni­ły mu się pla­ny. Sie­dzi te­raz w sa­mo­lo­cie. Ma ja­kąś spra­wę i nie za­mie­rza cze­kać do rana, żeby z tobą po­roz­ma­wiać. Poza tym chy­ba i tak chcia­łaś się stam­tąd ulot­nić, praw­da? – rzu­cił z bruz­dą mi­ędzy brwia­mi.

Nie po­chwa­lał mo­ich za­cho­wań, ale nie­wie­le mógł zro­bić. Wie­dział też, że za­wsze po wszyst­kim chcia­łam znik­nąć jak naj­szyb­ciej. Choć wy­gląda­ło, jak­by po­trze­bo­wał po­twier­dze­nia.

– Oczy­wi­ście, że tak – od­po­wie­dzia­łam, zer­ka­jąc na nie­go spod byka. Nie zno­si­łam, gdy przy­bie­rał ten ton.

Czy czu­łam coś do Lia­ma? Tak. Był przy mnie za­wsze. Po­tra­fi­łam do­ce­nić go na wie­lu po­zio­mach, ale dla wła­sne­go do­bra sta­ra­łam się nie pa­trzeć na nie­go w ten spo­sób. O ile w ogó­le dało się to od­dzie­lić.

Prze­je­cha­li­śmy resz­tę dro­gi w mil­cze­niu. Wy­sia­dłam z sa­mo­cho­du i łap­czy­wie wci­ągnęłam zim­ne po­wie­trze. At­mos­fe­ra w au­cie zdąży­ła zgęst­nieć do gra­nic. Wie­dząc, że nie za­mie­rzam ni­cze­go z tym ro­bić, po­sta­no­wi­łam o tym nie my­śleć. Ru­szy­łam w stro­nę domu, czu­jąc na ple­cach wzrok Lia­ma, któ­ry od­pro­wa­dzał mnie aż pod same drzwi.

Na­sza po­sia­dło­ść w Na­shvil­le – a może ra­czej pa­łac – gó­ro­wa­ła nad oko­li­cą. Oto­czo­na wy­so­kim mu­rem szczel­nie od­ci­na­ła się od resz­ty świa­ta. Na ka­żdej ścia­nie wzno­si­ły się wie­życz­ki stra­żni­cze, ob­sa­dzo­ne o ka­żdej po­rze dnia i nocy.

Dom miał dwa pi­ętra, po­koi trzy razy wi­ęcej, niż fak­tycz­nie po­trze­bo­wa­li­śmy, a ka­żdy z nich po­sia­dał wła­sną ła­zien­kę. Prze­strze­ni wy­star­czy­ło­by, aby kom­for­to­wo ugo­ścić ze sto osób. I to bez żad­nych kom­pro­mi­sów.

Ca­ło­ść za­pro­jek­to­wa­no na ży­cze­nie ojca w sty­lu no­wo­cze­snej ele­gan­cji. My­ślę, że na­wet gdy­by zja­wił się u nas sam pa­pież, nie zna­le­źli­by­śmy się w sy­tu­acji, któ­ra mo­gła­by nas za­wsty­dzić.

Zu­pe­łnie nie po­trze­bo­wa­li­śmy ta­kiej po­sia­dło­ści, ale oj­ciec uwa­żał, że ona ma mi­ędzy in­ny­mi po­ka­zy­wać świa­tu, że z nami się nie za­dzie­ra. Mia­ła wzbu­dzać po­dziw i lęk jed­no­cze­śnie.

Dla mnie za bar­dzo krzy­cza­ła: „Halo, wszy­scy wi­dzą? Mamy tyle for­sy, że mo­gli­by­śmy zli­kwi­do­wać pro­blem gło­du na świe­cie!”.

Oj­ciec miał inne zda­nie. A z nim się nie dys­ku­to­wa­ło. Zresz­tą… kto by śmiał?

Umy­łam się i ze­szłam do kuch­ni. Za dnia rządzi­ła tu na­sza go­spo­sia, ale o tej po­rze za­pew­ne głębo­ko już spa­ła. Sama więc przy­go­to­wa­łam so­bie coś na szyb­ko. Kie­dy to ona krząta­ła się po kuch­ni, trud­no było się do cze­go­kol­wiek zbli­żyć – trak­to­wa­ła to miej­sce jak oso­bi­ste kró­le­stwo i nie zno­si­ła w nim in­tru­zów. Jak ją znam, za­uwa­ży, że coś jest prze­su­ni­ęte, cze­goś bra­ku­je, coś nie leży ide­al­nie. I roz­pocz­nie do­cho­dze­nie, kto śmiał co­kol­wiek ru­szać. Uro­cza ko­bie­ta.

Oko­ło trzy­dzie­ści mi­nut pó­źniej w kuch­ni zja­wił się ni­ski mężczy­zna o sta­lo­wym spoj­rze­niu. Oj­ciec. Nie wy­glądał na za­sko­czo­ne­go moją obec­no­ścią. Wie­dział, że Liam już mnie uprze­dził.

– Cór­ko.

– Oj­cze.

To było na­sze kla­sycz­ne po­wi­ta­nie – su­che, krót­kie, zu­pe­łnie nie­emo­cjo­nal­ne.

– Cho­dź do ga­bi­ne­tu. Ktoś tam cze­ka – rzu­cił przez ra­mię, nie ogląda­jąc się, czy za nim ru­szam.

Za­wsze szłam. Na­wet nie przy­szło mu do gło­wy, że mo­gło­by być ina­czej. Za­sta­na­wia­łam się, o co cho­dzi. Kto mógł cze­kać w jego ga­bi­ne­cie w środ­ku nocy? To nie był pierw­szy raz, ale coś w jego za­cho­wa­niu bu­dzi­ło nie­po­kój. Nie za­da­wa­łam py­tań. Nie mia­łam po co. Oj­ciec mó­wił tyl­ko to, co sam uznał za istot­ne. Resz­ta nie ist­nia­ła.

Wo­bec wi­ęk­szo­ści lu­dzi po­tra­fi­łam być sta­now­cza, wręcz do­mi­nu­jąca. Ale w jego obec­no­ści… Tyl­ko on prze­wy­ższał mnie we wszyst­kim. Tyl­ko jemu od­da­wa­łam wła­dzę.

Gdy­by ka­zał mi ko­goś za­bić – zro­bi­ła­bym to bez sło­wa. Gdy­by po­wie­dział, że mam za­bić sie­bie – też bym nie za­py­ta­ła dla­cze­go. Ufa­łam mu. Wie­dzia­ła­bym, że miał po­wód. Że robi to, by mnie przed czy­mś uchro­nić. Albo że cze­ka­łby mnie gor­szy los, gdy­bym nie po­słu­cha­ła.

Da­rzy­łam go bez­wa­run­ko­wym za­ufa­niem. Był moim wzo­rem. Nie wi­dzia­łam ni­ko­go po­nad nie­go.

Cho­re? Pew­nie tak. To je­den z po­wo­dów, przez któ­re nie po­tra­fi­łam zna­le­źć part­ne­ra. Nie było ni­ko­go, kto do­rów­na­łby mo­je­mu ojcu.

Mia­łam prze­je­ba­ne.

Rozdział 2

Ava

We­szłam za oj­cem do ga­bi­ne­tu i znie­ru­cho­mia­łam. W po­miesz­cze­niu pa­li­ła się tyl­ko mała lamp­ka. Resz­tę roz­świe­tlał chłod­ny blask ksi­ęży­ca wpa­da­jący przez ogrom­ne, si­ęga­jące od podło­gi po su­fit okna. Gdy­by nie one, nie mia­ła­bym szans roz­po­znać, kto sie­dział w środ­ku.

Na fo­te­lu przy sto­li­ku ka­wo­wym cze­kał star­szy mężczy­zna, już zwró­co­ny w moją stro­nę. Siwe wło­sy, ele­ganc­ko przy­strzy­żo­na bro­da, gar­ni­tur z wy­ższej pó­łki. Zna­łam tę twarz. Ale mózg od­ma­wiał po­twier­dze­nia jej obec­no­ści. To nie­mo­żli­we, żeby Ju­lian Pe­ter­son sie­dział te­raz przede mną.

Pe­ter­son był gło­wą rodu, z któ­rym na­sza ro­dzi­na od za­wsze mia­ła na pie­ńku. Re­zy­do­wa­li na za­cho­dzie Sta­nów, po­cho­dzi­li z Ro­sji. Przez wza­jem­ne wpły­wy co ja­kiś czas prze­ci­na­li­śmy się na even­tach, ban­kie­tach i in­nych ko­niecz­nych ofi­cja­łkach. Uni­ka­li­śmy się wza­jem­nie, jak tyl­ko się dało.

Za cza­sów mo­je­go pra­dziad­ka do­szło do otwar­te­go star­cia. Zgi­nęła wte­dy moja pra­bab­cia. We­dług nich to był nie­szczęśli­wy wy­pa­dek – mia­ła zna­le­źć się w nie­wła­ści­wym miej­scu w nie­wła­ści­wym cza­sie, a to my rze­ko­mo na­ru­szy­li­śmy ich in­te­re­sy jako pierw­si. Ale wie­my swo­je. To był atak. Świa­do­my, ce­lo­wy i wy­mie­rzo­ny w na­szą ro­dzi­nę.

Po jej śmier­ci pra­dzia­dek się po­sy­pał, a ze­mstą za­jął się jego syn. W tam­tych la­tach zgi­nęło wie­lu lu­dzi – po obu stro­nach. Tyle że w ko­ńcu przy­sze­dł czas na ro­zejm. Nie było in­nej opcji. Dla do­bra in­te­re­sów za­wie­si­li­śmy broń i za­częli­śmy so­bie pa­trzeć na ręce z bez­piecz­ne­go dy­stan­su. Wschód na­le­żał do nas, za­chód do nich.

Nie­na­wi­ść nie wy­ga­sła. Ni­g­dy. Ale dla prze­trwa­nia obu ro­dów wy­star­czy­ło, że prze­sta­li­śmy so­bie pod­sta­wiać broń do skro­ni.

Sta­łam jak wry­ta, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co tu się wła­śnie dzia­ło. Spoj­rza­łam na ojca.

– Oj­cze? – wy­krztu­si­łam le­d­wo.

– Avo, dziec­ko, pro­szę, usi­ądź. Na­le­ję nam cze­goś do pi­cia.

Po­de­szłam do sto­li­ka i usia­dłam na­prze­ciw­ko Pe­ter­so­na. Ski­nęłam gło­wą w ge­ście po­wi­ta­nia, sama nie wie­dzia­łam, co po­win­nam po­wie­dzieć. W gło­wie mia­łam pust­kę. Mo­głam się spo­dzie­wać wie­lu rze­czy, ale na pew­no nie tego.

– Wi­taj, Avo – ode­zwał się drętwym to­nem. Wi­dać było, że i jemu ta sy­tu­acja nie le­ża­ła.

Co oni, do cho­le­ry, chcą mi po­wie­dzieć?

Usły­sza­łam ci­che chrząk­ni­ęcie. Od­wró­ci­łam się. W cie­niu przy ścia­nie stał Liam. Sa­mym spoj­rze­niem do­dał mi otu­chy.

– Wiem, że je­steś za­sko­czo­na obec­no­ścią na­sze­go go­ścia – mó­wił po­wo­li oj­ciec. – Ale mo­żesz być spo­koj­na. Ju­lian nie sta­no­wi dla nas za­gro­że­nia. – Po­sta­wił przed nami szklan­ki z bursz­ty­no­wym al­ko­ho­lem i sam upił łyk. – Gdy prze­by­wa­łem w Sa­cra­men­to, do­szło do kom­pli­ka­cji – kon­ty­nu­ował bez po­śpie­chu.

– Kom­pli­ka­cji? Prze­cież po­je­cha­łeś tam na otwar­cie na­sze­go no­we­go od­dzia­łu. Co po­szło nie tak?

– Samo otwar­cie prze­bie­gło bez za­kłó­ceń. Pro­blem le­żał gdzie in­dziej. Do­wie­dzia­łem się, że je­den z na­szych wspól­ni­ków… nas zdra­dził. Wy­kra­dł dane, któ­re pla­no­wał sprze­dać Pe­ter­so­nom.

Zmarsz­czy­łam brwi.

– Ju­lian jed­nak – ci­ągnął oj­ciec – za­miast wy­ko­rzy­stać tę sy­tu­ację, skon­tak­to­wał się z nami. Uprze­dził, co się dzie­je. Miłe, praw­da?

Miłe? Co on do mnie mówi? Miłe? Od Pe­ter­so­nów? To nie była uprzej­mo­ść. To było wy­sta­wie­nie fak­tu­ry.

– Tak, to bar­dzo… nie­spo­dzie­wa­nie miłe – wy­mam­ro­ta­łam. – Czy ten wspól­nik otrzy­mał już…

– Już się nim za­jęli­śmy. Nie sta­no­wi pro­ble­mu. Dane rów­nież są bez­piecz­ne – po­wie­dział spo­koj­nie, zer­ka­jąc z uzna­niem na Ju­lia­na. – I to dzi­ęki uprzej­mo­ści na­sze­go go­ścia.

Z tru­dem łączy­łam wąt­ki. Na­dal nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go bra­łam udział w tym spo­tka­niu.

– Oj­cze, jaki jest cel tej roz­mo­wy? Ro­zu­miem, że te­raz mamy dług wdzi­ęcz­no­ści. Usta­li­li­ście już za­pła­tę za ten… gest? – Nie ukry­wa­łam znie­cier­pli­wie­nia. Śro­dek nocy, a oni gra­li w po­li­tycz­ne sza­chy, w któ­rych za­sa­dy nikt mnie wcze­śniej nie wpro­wa­dził.

– Avo, spędzi­łem tro­chę cza­su z Ju­lia­nem. Po­zna­łem jego ro­dzi­nę i do­szli­śmy do wspól­ne­go wnio­sku: ta woj­na musi się za­ko­ńczyć. Zwa­śnio­ne po­ko­le­nie ode­szło, a my mo­gli­by­śmy po­łączyć siły i stwo­rzyć nie­pod­wa­żal­ną po­tęgę.

Oj­ciec mó­wił me­to­dycz­nie, jak­by przed­sta­wiał plan no­wej in­we­sty­cji, nie ko­ńca świa­ta.

– Ci­ągłe pa­trze­nie so­bie na ręce nie ma sen­su, zwłasz­cza że nikt z nas nie za­mie­rza wra­cać do daw­nych błędów. Praw­da, Ju­lia­nie?

Spoj­rza­łam na nie­go z nie­do­wie­rza­niem. Czy on osza­lał? Czy mój oj­ciec wła­śnie prze­cho­dził przedśmiert­ny kry­zys? Tyl­ko to po­tra­fi­ło­by wy­tłu­ma­czyć jego sło­wa.

– Oczy­wi­ście. Daw­no już za­ko­pa­li­śmy to­pór. My­ślę… My­śli­my, że to od­po­wied­ni mo­ment na nowy po­czątek – do­dał Ju­lian, a w jego oku po­ja­wił się dziw­ny błysk, któ­re­go nie po­tra­fi­łam od­czy­tać.

– Chy­ba nie ro­zu­miem, co chcesz mi prze­ka­zać. Jak niby mamy po pro­stu so­bie za­ufać? I w jaki spo­sób chcesz nas po­łączyć? – Pa­trzy­łam na ojca, jak­by wy­po­wie­dział naj­głup­szą rzecz, jaką w ży­ciu sły­sza­łam.

Nic z tego nie mia­ło sen­su. Dwa im­pe­ria zbu­do­wa­ne na stra­chu, wła­dzy i krwi. Set­ki firm. Po­li­tycz­ne wpły­wy. In­te­re­sy ukry­te pod przy­kryw­ka­mi fun­da­cji cha­ry­ta­tyw­nych i mi­ędzy­na­ro­do­wych kon­sor­cjów. A te­raz… po­jed­na­nie?

Pe­ter­so­no­wie sta­no­wi­li dla nas kon­ku­ren­cję – je­śli cze­goś nie uda­ło się prze­jąć nam, tra­fia­ło w ich ręce. I od­wrot­nie. Krwa­wa hi­sto­ria mi­ędzy na­szy­mi ro­da­mi nie da­wa­ła żad­nych pod­staw do za­ufa­nia. To po pro­stu nie mo­gło się wy­da­rzyć.

– Po­sta­no­wi­li­śmy po­łączyć na­sze ro­dzi­ny, Ava – po­wie­dział spo­koj­nie oj­ciec.

Co, do kur­wy?

– Ju­lian ma trzech sy­nów i…

– Słu­cham?! Ty chy­ba nie mó­wisz po­wa­żnie?! – wy­bu­chłam.

Wsta­łam tak gwa­łtow­nie, że po­kój za­wi­ro­wał przed ocza­mi. Od­wró­ci­łam się w stro­nę Lia­ma, szu­ka­jąc po­twier­dze­nia, że nie zwa­rio­wa­łam. Jego twarz, jak zwy­kle opa­no­wa­na, nie zdra­dza­ła emo­cji. Ale oczy… Oczy miał sze­ro­ko otwar­te. Usły­szał to samo i tak samo jak ja nie mógł w to uwie­rzyć.

Do­brze. Przy­naj­mniej wie­dzia­łam, że nie brał w tym udzia­łu. Gdy­by znał pla­ny ojca i mil­czał – udu­si­ła­bym go bez mru­gni­ęcia okiem.

– Avo – za­czął spo­koj­nie oj­ciec – po­sta­no­wi­li­śmy po­łączyć na­sze ro­dzi­ny. To przy­nie­sie ko­rzy­ść wszyst­kim stro­nom.

– Wszyst­kim stro­nom?! – wy­plu­łam zdru­zgo­ta­na.

Czy on na­praw­dę po­stra­dał zmy­sły? Czy wła­śnie pró­bo­wał mi po­wie­dzieć, że mam wy­jść za jed­ne­go z sy­nów Pe­ter­so­na?

– Oj­cze, wiem, że w na­szym ro­dzie ara­nżo­wa­ne ma­łże­ństwa nie na­le­żą do rzad­ko­ści. Ale to mia­ło mnie nie do­ty­czyć. Za­wsze z mat­ką po­wta­rza­li­ście, że te cza­sy mi­nęły. A te­raz chcesz mnie wy­dać za syna na­szych wro­gów?

To nie mo­gło dziać się na­praw­dę. Ja­kiś kosz­mar. Po­kręco­na pro­jek­cja umy­słu.

– Ju­lian i jego ro­dzi­na nie są już na­szy­mi wro­ga­mi. To przy­ja­cie­le, cór­ko – po­wie­dział, kła­dąc dłoń na ra­mie­niu Ju­lia­na. Ten lek­ko drgnął.

– Nie wie­rzę w to – wy­chry­pia­łam.

Opa­dłam na fo­tel. Przez kil­ka dłu­gich se­kund pa­trzy­łam gdzieś w prze­strzeń, nie re­je­stru­jąc ni­cze­go. Ich roz­mo­wa znów się to­czy­ła, ale nie do­cie­ra­ły do mnie żad­ne sło­wa. By­łam kom­plet­nie ode­rwa­na od rze­czy­wi­sto­ści.

Mój oj­ciec chciał, że­bym po­ślu­bi­ła ja­kie­goś ob­ce­go go­ścia. Z rodu, z któ­rym jesz­cze chwi­lę temu nie mo­gli­śmy dzie­lić sali ba­lo­wej bez wy­mia­ny ostrych spoj­rzeń. Tyl­ko po to, by jesz­cze bar­dziej po­wi­ęk­szyć na­sze – już i tak ab­sur­dal­nie ogrom­ne – im­pe­rium.

– Czy mat­ka wie? – za­py­ta­łam na­gle, prze­ry­wa­jąc ich roz­mo­wę.

– Jesz­cze nie – od­po­wie­dział to­nem, jak­bym za­da­ła py­ta­nie rów­nie idio­tycz­ne, co nie­istot­ne.

Prze­cież i tak nie mo­gła nic zro­bić. Mat­ka mo­gła so­bie nie wie­dzieć, mo­gła na­wet za­pro­te­sto­wać, ale gdy oj­ciec coś po­sta­no­wił – tak się dzia­ło. Krop­ka. On był gło­wą mo­car­stwa. My – tyl­ko pion­ka­mi. Je­śli ta­ńczy­li­śmy, jak za­grał, ob­da­rzał nas uzna­niem. Je­śli nie – ka­rał. Ni­g­dy fi­zycz­nie. Ale w taki spo­sób, że czło­wiek wo­lał się pod­dać, za­nim jesz­cze za­czął wal­czyć.

Will znał ten gniew, ale chy­ba ni­g­dy nie ko­chał ojca tak bar­dzo jak ja. Nie go­nił za jego uzna­niem z tym sa­mym obłędem w oczach. I wła­śnie tego mu za­zdro­ści­łam.

Ja nie po­tra­fi­ła­bym żyć z my­ślą, że oj­ciec może być ze mnie nie­za­do­wo­lo­ny. Przez całe ży­cie ro­bi­łam, co chciał, i na­wet przez chwi­lę nie brał pod uwa­gę, że mo­gła­bym te­raz po­stąpić ina­czej, niż ocze­ki­wał. Miał ra­cję. By­łam mu pod­po­rząd­ko­wa­na do szpi­ku ko­ści. Na­wet je­śli w efek­cie mia­łam wie­ść ży­cie, któ­re­go nie chcia­łam. A wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że wła­śnie tak będzie wy­glądać moja przy­szło­ść.

– Chcesz wie­dzieć, któ­ry z nich będzie tym szczęścia­rzem? Komu od­dam two­ją rękę?

No tak. Ju­lian miał trzech sy­nów. Na­wet o tym nie po­my­śla­łam. Bo co za ró­żni­ca?

Nie chcia­łam tego ma­łże­ństwa, bez względu na to, któ­ry z nich mia­łby być tym wy­bra­nym. Żad­ne­go z nich nie zna­łam oso­bi­ście. Może gdzieś się kie­dyś mi­nęli­śmy. Może. Ale nie zwró­ci­łam uwa­gi. Nie było po­wo­du. Nie było po­trze­by.

Nie sądzi­łam, że kie­dy­kol­wiek ta in­for­ma­cja sta­nie się istot­na. Nie pla­no­wa­łam wy­cho­dzić za mąż. Ani za żad­ne­go z Pe­ter­so­nów, ani za ko­go­kol­wiek in­ne­go. Już daw­no po­go­dzi­łam się z tym, że nie znaj­dę mężczy­zny, któ­ry spe­łni moje ocze­ki­wa­nia. Zresz­tą… na­wet nie szu­ka­łam.

Za­ło­ży­łam, że zo­sta­nę sta­rą pan­ną, a kie­dy oj­ciec umrze, zaj­mę się wszyst­kim, do­pó­ki nie znaj­dę ko­goś, kto przej­mie ten baj­zel po mnie. Może Will za­ło­ży ro­dzi­nę. Może któ­reś z jego dzie­ci. Ale ja?

Ja i ma­łże­ństwo. Ja pier­do­lę.

– Ju­lian po­sta­no­wił od­dać swo­je­go naj­star­sze­go syna, Tho­ma­sa. To jego pra­wa ręka, tak jak ty je­steś moją. Jest sie­dem lat star­szy od cie­bie, ale sądzę, że przez po­dob­ne do­świad­cze­nia ła­twiej wam będzie się do­ga­dać. Będzie­cie ide­al­ną parą… dla na­szych in­te­re­sów.

„Dla na­szych in­te­re­sów”.

Oczy­wi­ście. Wła­śnie to ka­żda cór­ka pra­gnie usły­szeć, kie­dy jest wy­da­wa­na za mąż.

– Je­śli je­steś zmęczo­na, mo­żesz już iść. W przy­szłym ty­go­dniu po­le­ci­my do domu ro­dzin­ne­go Pe­ter­so­nów. Po­zna­cie się i omó­wi­my szcze­gó­ły pla­nu.

„Szcze­gó­ły pla­nu”.

– Do­brze, oj­cze – po­wie­dzia­łam, kła­nia­jąc się lek­ko.

Wy­szłam. Drzwi za­trza­snęły się za mną gło­śniej, niż pla­no­wa­łam, ale nie mia­ło to już żad­ne­go zna­cze­nia.

Ru­szy­łam przed sie­bie. Au­to­pi­lot za­pro­wa­dził mnie na ze­wnątrz. Po­trze­bo­wa­łam po­wie­trza, uciecz­ki.

W ogro­dzie mie­li­śmy la­bi­rynt z wy­so­kich krze­wów – stwo­rzo­ny lata temu. Ba­wi­li­śmy się tam z Wil­lem w cho­wa­ne­go. Oczy­wi­ście za­zwy­czaj znaj­do­wał mnie w kil­ka mi­nut, ale nie o wy­gra­ną cho­dzi­ło. Ko­cha­łam to wspo­mnie­nie.

Mia­łam tam jed­no miej­sce – moją kry­jów­kę. Wci­snęłam się w nią, choć dziś była już tro­chę za cia­sna. Mimo to da­wa­ła mi ilu­zję schro­nie­nia. Opa­rłam ple­cy o chłod­ną zie­leń, wci­ąga­jąc po­wie­trze głębo­ko w płu­ca. W gło­wie pust­ka. To wszyst­ko przy­tło­czy­ło mnie bar­dziej, niż po­tra­fi­łam przy­znać na­wet przed sobą.

Przez całe ży­cie szy­ko­wa­łam się, by sta­nąć na miej­scu ojca. Tyl­ko to mia­ło zna­cze­nie. Stać się naj­lep­szą. Nie­ty­kal­ną. Taką, jak on – moja naj­wi­ęk­sza in­spi­ra­cja. A te­raz mia­łam stać się czy­jąś żoną.

Samo to sło­wo wy­wo­ły­wa­ło we mnie ciar­ki – i nie te do­bre. Ko­ja­rzy­ło mi się wy­łącz­nie z mat­ką. A te sko­ja­rze­nia nie na­le­ża­ły do po­zy­tyw­nych. Rzad­ko kie­dy sły­sza­łam, by mia­ła wła­sne zda­nie. Jesz­cze rza­dziej wi­dzia­łam w niej coś poza trwa­niem w roli mat­ki i żony. Całe ży­cie wal­czy­łam, by nie stać się taką ko­bie­tą.

Pro­wa­dzi­łam wła­sne biz­ne­sy. Oj­ciec już nie in­ge­ro­wał w moją pra­cę. Pra­nie pie­ni­ędzy opa­no­wa­łam do per­fek­cji. Wi­dział, że moje dzia­ła­nia przy­no­szą mu zy­ski, nie ge­ne­ru­ją pro­ble­mów, więc trzy­mał się z da­le­ka. Cie­szył się, że cho­ciaż jed­no jego dziec­ko podąża ście­żką, któ­rą przed laty wy­dep­ta­li przod­ko­wie.

By­łam sa­mo­dziel­na. W pe­łni. Nie po­trze­bo­wa­łam jego wspar­cia, na­wet gdy trze­ba było ko­goś uci­szyć. Sama wy­mie­rza­łam kary.

Sta­łam się nim. Jego młod­szą wer­sją. Pa­trzył na mnie z dumą – wi­dzia­łam to w jego oczach. A te­raz… Te­raz wła­śnie za­mie­rzał mi to wszyst­ko ode­brać. Moją siłę. Moją nie­za­le­żno­ść.

Nie ro­zu­mia­łam dla­cze­go. Nie zro­bi­łam nic, czym mo­gła­bym za­słu­żyć na taką karę. To było zwy­czaj­nie nie­spra­wie­dli­we. Lata lo­jal­nej pra­cy, od­da­nia, wal­ki – mia­ły te­raz pó­jść się je­bać?

Nie po to sta­łam się tym, kim by­łam, by dzie­lić się swo­ją po­zy­cją z kimś, kto na­wet nie znał ceny, jaką za to za­pła­ci­łam. Nie po­trze­bo­wa­łam fa­ce­ta, żeby coś zna­czyć. Nie po­trze­bo­wa­łam ni­ko­go.

Usły­sza­łam kro­ki. Tyl­ko jed­na oso­ba stąpa­ła po tym żwi­rze w taki spo­sób. Liam.

– Ava? Je­steś tu? – wy­szep­tał.

– Je­stem.

Pod­sze­dł i usia­dł obok.

– Jak się czu­jesz?

– A jak my­ślisz? – Głos mi się lek­ko za­ła­mał. Przy nim nie mu­sia­łam uda­wać.

– Tak my­śla­łem. Kur­wa, co za spier­do­lo­na ak­cja. Jak to usły­sza­łem… aż mnie zmro­zi­ło. Jak on może ci to ro­bić?

– Nie wiem, Liam. Ale wiem jed­no, nie mam je­ba­ne­go wy­jścia. Co­kol­wiek po­wiem… i tak wszyst­ko już zo­sta­ło usta­lo­ne. Sły­sza­łeś jego ton. Nie ma od­wro­tu.

Obo­je wes­tchnęli­śmy.

Kątem oka zo­ba­czy­łam, jak Liam za­ci­ska pi­ęść. Całe cia­ło miał spi­ęte, jak­by coś w nim wrza­ło. Wie­dzia­łam, że wal­czył ze sobą, by coś po­wie­dzieć. I chy­ba prze­czu­wa­łam, co to mo­gło być.

Nie, pro­szę. Nie te­raz.

– Avo…

– Nie te­raz, Liam… – prze­rwa­łam mu od razu.

– Kur­wa mać – rzu­cił, ude­rza­jąc pi­ęścią w zie­mię.

Ukry­łam twarz w dło­niach, opie­ra­jąc łok­cie na ko­la­nach.

– To ja­kiś pier­do­lo­ny kosz­mar.

– To wszyst­ko brzmi, jak­by nie dzia­ło się na­praw­dę. Tyle lat wal­ki, a te­raz taka de­cy­zja?

– Za­wsze był za­chłan­ny. Chciał rządzić świa­tem. Może to jego spo­sób, żeby się do tego przy­bli­żyć.

– Masz ja­kiś plan? – za­py­tał, a w jego gło­sie po­brzmie­wał szcze­ry smu­tek.

– Jaki, do cho­le­ry, plan? Prze­cież mnie znasz. Ro­bię to, co mi każe. Jak­bym się te­raz po­sta­wi­ła, stra­ci­ła­bym wszyst­ko. Ni­g­dy się mu nie sprze­ci­wi­łam. Je­stem jego pie­przo­ną ma­rio­net­ką. Taka jest, kur­wa, praw­da. Całe ży­cie się łu­dzi­łam, że kie­dyś będę mu rów­na. Ale ni­g­dy by do tego nie do­pu­ścił. I co z tego, że ro­bi­łam wszyst­ko, jak trze­ba? Sko­ńczę jak moja mat­ka. Kur­wa, je­stem moją mat­ką…

– Nie­praw­da, je­steś…

– Daj spo­kój, Liam – uci­ęłam. Nie zno­si­łam tego tonu po­li­to­wa­nia. – Obo­je wie­my, że mam ra­cję.

Czu­łam, jak moje ży­cie roz­pa­da się na ka­wa­łki.

– Idę do sie­bie – rzu­ci­łam i pod­nio­słam się, kręcąc gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

– Po­le­cę tam z tobą. Pa­mi­ętaj, je­śli będziesz mnie po­trze­bo­wać, je­stem. Za­wsze. – Uśmiech­nął się bla­do.

– Ja­sne – od­po­wie­dzia­łam, kła­dąc dłoń na jego ra­mie­niu. Ści­snęłam je lek­ko i ode­szłam.

Do­ta­rłam do swo­je­go po­ko­ju i opa­dłam na łó­żko. Wpa­try­wa­łam się w bia­ły su­fit, jak­by miał dać mi od­po­wie­dzi, któ­rych tak de­spe­rac­ko szu­ka­łam. Czu­łam, że czas sta­nął w miej­scu, od­kąd pa­dły tam­te sło­wa.

Z jed­nej stro­ny wie­dzia­łam, że je­stem bez ru­chu. Z dru­giej – wci­ąż tli­ła się we mnie reszt­ka na­dziei, że znaj­dę spo­sób, by to prze­rwać.

Całe ży­cie wal­czy­łam o wła­dzę nad sobą. Ka­żdy suk­ces wy­ry­wa­łam pa­zu­ra­mi. Wszyst­ko, co mia­łam, zdo­by­łam wła­sny­mi ręka­mi. A te­raz ka­za­no mi to od­dać – ko­muś, kto na to nie za­słu­żył. Po pro­stu… od­dać. Dzie­lić się swo­im ży­ciem. Dzie­lić sie­bie.

Ni­g­dy nie by­łam w sta­łej re­la­cji. A te­raz mia­łam wy­jść za mąż. Ślub – dla mnie rów­no­znacz­ny z ubez­wła­sno­wol­nie­niem. Nie mo­gła­bym już prze­cież tak po pro­stu zni­kać do klu­bów, ro­bić, co chcia­łam.

Za­sta­na­wia­łam się, co o tym wszyst­kim sądził Tho­mas. Czy też miał ocho­tę rwać wło­sy z gło­wy? Czy może z ra­do­ścią li­czył, ile zy­ska? Kim on wła­ści­wie był?

Choć w grun­cie rze­czy – ja­kie to mia­ło zna­cze­nie? Kim­kol­wiek by się oka­zał, dla mnie był sym­bo­lem naj­wi­ęk­szej po­ra­żki w ży­ciu. Po raz pierw­szy na­praw­dę po­czu­łam… zło­ść na ojca. Praw­dzi­wą. Pa­lącą.

A prze­cież mu ufa­łam. Zro­bi­ła­bym dla nie­go wszyst­ko.

Nie wie­dzia­łam, jak da­lej żyć. Czu­łam się, jak­by tą wia­do­mo­ścią zdmuch­nął bu­do­wa­ny la­ta­mi do­mek z kart. Ale nie mo­głam się pod­dać. Nie mo­głam dać im tej sa­tys­fak­cji.

Je­stem Ava Rus­so. Nic mnie nie zła­mie. Tak wła­śnie mu­sia­łam my­śleć.

Je­stem Ava Rus­so. Je­stem Ava Rus­so.

Rozdział 3

Ava

Po­de­rwa­łam się do sia­du i prze­ta­rłam dło­nią czo­ło. Cała mo­kra od potu wie­dzia­łam, że mu­szę na­tych­miast wzi­ąć prysz­nic. Wsta­łam i ru­szy­łam do ła­zien­ki. Zer­k­nęłam w lu­stro – przez chwi­lę tyl­ko pa­trzy­łam na sie­bie. Do­pie­ro wte­dy do­ta­rło do mnie, że wczo­raj­sza noc na­praw­dę się wy­da­rzy­ła. Błękit­ne oczy pod­krążo­ne, cera zie­mi­sta, dłu­gie ja­sno­brązo­we wło­sy jak­by wy­bla­kły w ci­ągu jed­nej nocy. Wy­gląda­łam, jak­by ktoś do­dał mi kil­ka­na­ście lat ży­cia.

Opa­rłam się ręka­mi o umy­wal­kę i spu­ści­łam gło­wę. Nie mo­głam się roz­sy­pać, nie te­raz. Zsu­nęłam z sie­bie ko­szu­lę noc­ną i we­szłam do prze­szklo­ne­go prysz­ni­ca. Za­częłam od wło­sów. Na­ło­ży­łam ma­skę, odżyw­kę, bal­sam – cały ry­tu­ał, krok po kro­ku. Nie mo­głam po­zwo­lić, by coś mnie zła­ma­ło. Moje ży­cie się skom­pli­ko­wa­ło, ale ja się nie zmie­ni­łam. Na­dal po­tra­fi­łam nad wszyst­kim pa­no­wać.

Po go­dzi­nie wy­szłam z po­ko­ju i skie­ro­wa­łam się w stro­nę ja­dal­ni. Uwiel­bia­łam to po­miesz­cze­nie. Ogrom­ne okna wy­cho­dzi­ły na ogród, a da­lej lśni­ło je­zio­ro. Ja­sne ścia­ny, świe­że kwia­ty w wa­zo­nach i moje ob­ra­zy, któ­re kie­dyś mia­łam czas ma­lo­wać. Było w tym miej­scu coś ko­jące­go.

Resz­ta ro­dzi­ny już sie­dzia­ła przy sto­le. Nie cze­ka­li­śmy na sie­bie z po­si­łka­mi, ale za­wsze sta­ra­li­śmy się za­si­ąść mniej wi­ęcej w tym sa­mym cza­sie. Mat­ka wpro­wa­dzi­ła ten zwy­czaj, gdy z Wil­lem by­li­śmy jesz­cze dzie­ćmi. To chy­ba je­dy­na rzecz, na któ­rą mia­ła ja­ki­kol­wiek wpływ.

– Dzień do­bry, ko­cha­nie – po­wie­dzia­ła z uśmie­chem, wska­zu­jąc miej­sce przy sto­le. – Sia­daj, jedz.

– Dzień do­bry. – Brzmia­łam jak za­wsze, ale przy­gląda­łam się ka­żde­mu z nich uwa­żniej niż zwy­kle.

Mat­ka wy­gląda­ła zbyt po­god­nie. Will z ko­lei rzu­cił mi spoj­rze­nie pe­łne nie­po­ko­ju. Już wie­dział.

– Avo, sły­sza­łem, że dziś masz spo­tka­nie z Rey­nold­sem – ode­zwał się oj­ciec, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ga­ze­ty.

Spo­tka­niem bym tego nie na­zwa­ła. Ale przy mat­ce sta­ra­li­śmy się trzy­mać wer­sji ła­god­nej. Oj­ciec unió­sł brwi, jak­by pró­bo­wał wy­czy­tać z mo­jej twa­rzy, czy po­trze­bu­ję wspar­cia. Prze­wró­ci­łam w my­ślach ocza­mi. Już od daw­na nie po­trze­bo­wa­łam jego po­mo­cy. Gdy tak się we mnie wpa­try­wał, po­czu­łam zna­jo­my dys­kom­fort – jak­by za­czy­nał mieć wąt­pli­wo­ści. Nie zno­si­łam tego uczu­cia.

– Tak, oj­cze. Wszyst­ko pod kon­tro­lą – od­po­wie­dzia­łam spo­koj­nie, bez emo­cji.

Nie chcia­łam ci­ągnąć tej roz­mo­wy. Po tym, co wy­da­rzy­ło się po­przed­nie­go wie­czo­ru, pa­trzy­łam na nie­go ina­czej. Przez chwi­lę mie­rzy­li­śmy się wzro­kiem. Prze­rwał nam jed­nak Will – zna­czące chrząk­ni­ęcie przy­ci­ągnęło na­szą uwa­gę. Po­pa­trzył na mnie, po­tem na ojca i po­trząsnął gło­wą. Wi­dać było, że nie po­do­ba­ła mu się cała ta sy­tu­acja. Mat­ka tym­cza­sem do­le­wa­ła so­bie her­ba­ty, jak­by świat wo­kół niej nie ist­niał. Cza­sem od­no­si­łam wra­że­nie, że żyła w swo­jej ba­ńce. To ją chy­ba przez te wszyst­kie lata trzy­ma­ło przy zdro­wych zmy­słach.

– Czy mo­że­my po śnia­da­niu po­roz­ma­wiać w ga­bi­ne­cie? – rzu­cił Will, nie pa­trząc na ni­ko­go, ale było ja­sne, że py­tał ka­żde­go z wy­jąt­kiem mat­ki.

– Oczy­wi­ście. Mam spo­tka­nie, ale znaj­dę parę mi­nut – od­pa­rł oj­ciec to­nem urzęd­ni­ka.

Za­ci­snęłam usta. Cór­ka na wy­da­niu, ale roz­mo­wa z nią za­słu­gu­je na kil­ka mi­nut w gra­fi­ku. Śmiesz­ne, ale ty­po­we.

Spoj­rza­łam na Wil­la. Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. Nie wi­dzia­łam sen­su w roz­mo­wie z oj­cem – zresz­tą Will do­brze o tym wie­dział. Ob­ser­wo­wał mnie z wy­rzu­tem. Za­wsze pró­bo­wał prze­mó­wić mi do roz­sąd­ku, bym prze­sta­ła śle­po wy­ko­ny­wać oj­cow­skie roz­ka­zy, ale nie ro­zu­miał, że tu nie cho­dzi­ło o strach. To było coś głęb­sze­go.

Nie chcąc ci­ągnąć tej bez­gło­śnej wy­mia­ny zdań, sku­pi­łam się na je­dze­niu. Choć zu­pe­łnie nie mia­łam ape­ty­tu, zmu­si­łam się, by coś zje­ść. Po­trze­bo­wa­łam siły. Poza roz­mo­wą z oj­cem fak­tycz­nie cze­ka­ło mnie spo­tka­nie z Rey­nold­sem.

Ten typ już daw­no prze­gi­nał, ale te­raz mia­łam nie­zbi­te do­wo­dy, więc za­ła­twię spra­wę z czy­stym su­mie­niem. I, przy­zna­ję, cie­szy­łam się, że będę mia­ła gdzie roz­ła­do­wać emo­cje. Wie­dzia­łam, że to nie­naj­lep­sze po­de­jście, ale nie dba­łam o to.

Zja­dłam jo­gurt z gra­no­lą i wy­pi­łam moc­ną czar­ną kawę. Wsta­łam od sto­łu jako ostat­nia i ru­szy­łam w stro­nę ga­bi­ne­tu. W holu na­tknęłam się na Lia­ma.

– Już na po­ste­run­ku, wi­dzę.

– Tak jest, pan­no Rus­so – rzu­cił z uśmie­chem. Wie­dział, że nie­na­wi­dzę tego for­mal­ne­go tonu. Ro­bił to spe­cjal­nie, żeby mnie roz­dra­żnić.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi, ale w du­chu uśmiech­nęłam się pod no­sem. Przy­naj­mniej tro­chę po­pra­wił mi na­strój.

– Cho­dź, po­oglądasz przed­sta­wie­nie. Miej też coś od ży­cia – od­pa­rłam i ru­szy­łam przo­dem.

Ga­bi­net ojca przy­po­mniał mi o wszyst­kim, co wy­da­rzy­ło się ze­szłej nocy. Pó­łm­rok, cie­płe świa­tło lamp­ki. Oj­ciec sie­dział w swo­im fo­te­lu, pa­lił i wpa­try­wał się w ob­raz nad gło­wą. Will stał przy oknie, też z pa­pie­ro­sem.

– No do­brze, sko­ro wszy­scy są, mo­żesz mó­wić, synu – ode­zwał się bez­na­mi­ęt­nie, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ścia­ny.

Po­de­szłam bli­żej i rów­nież si­ęgnęłam po pa­pie­ro­sa. Ogień, dym, pierw­szy wdech. Ulga.

– Czyś ty do resz­ty zwa­rio­wał?! – wy­bu­chł Will. – Chcesz zmu­sić wła­sną cór­kę do ma­łże­ństwa z ja­ki­mś ob­cym fa­ce­tem? I to jesz­cze z na­szej kon­ku­ren­cji?! Czy ta cho­ra am­bi­cja już kom­plet­nie wy­ża­rła ci mózg? Po co to wszyst­ko? Na­praw­dę sądzisz, że cho­dzi tyl­ko o kasę? My­ślisz, że wi­ęcej zer na kon­cie zmie­ni co­kol­wiek? Umrzesz, więc i tak tego nie wy­dasz! Chcesz znisz­czyć jej ży­cie, choć ma je całe przed sobą? Co z cie­bie za oj­ciec?! Wie­dzia­łem, że je­steś po­two­rem, ale te­raz prze­cho­dzisz sa­me­go sie­bie. Może czas zro­bić ci ba­da­nia na gło­wę, bo to, co ro­bisz, jest cho­re!

Sta­łam w mil­cze­niu. Słu­cha­łam go z mie­szan­ką wdzi­ęcz­no­ści i żalu. Will był im­pul­syw­ny, ale szcze­ry. I za­wsze wie­rzył, że da się jesz­cze coś zmie­nić.

Oj­ciec pod­nió­sł wzrok. Spoj­rzał na syna z po­gar­dą.

– Synu – za­czął po­wo­li, ni­czym sy­czący wąż. – Czy masz jesz­cze ja­kieś uwa­gi do tego, jak kie­ru­ję swo­imi in­te­re­sa­mi? – Nie cze­ka­jąc na od­po­wie­dź, kon­ty­nu­ował z ca­łko­wi­tym spo­ko­jem: – Uwa­żasz, że ktoś taki jak ty ma pra­wo mó­wić mi, co jest wła­ści­we? – Ko­lej­ny cios wbi­ty z zim­ną pre­cy­zją. – Ty, któ­ry w swo­im ży­ciu nie osi­ągnąłeś nic sa­mo­dziel­nie? Żad­ne z two­ich osi­ągni­ęć nie jest two­ją za­słu­gą. – Unió­sł lek­ko brew w kpi­ącym ge­ście. – Nie za­słu­ży­łeś na­wet na to, by na­zy­wać się moim pier­wo­rod­nym. Je­steś moją po­ra­żką. Je­dy­nym, cze­go się wsty­dzę.

Wbi­łam spoj­rze­nie w su­fit. Oj­ciec mó­wił to wszyst­ko z taką po­gar­dą, że samo słu­cha­nie spra­wia­ło, iż wło­sy na ca­łym cie­le sta­wa­ły mi dęba. Will pod­sze­dł do mnie, chwy­cił za rękę i po­ci­ągnął w stro­nę ojca. Czu­łam, jak brat cały się trzęsie, ale to nie pierw­szy raz, gdy usły­szał ta­kie sło­wa.

– Nie ob­cho­dzi mnie, co o mnie my­ślisz. Sam wsty­dzę się tego, czy­im je­stem po­tom­kiem – wy­pluł te sło­wa z rów­ną po­gar­dą. – Za­miast sku­piać się na tym, co ci nie wy­szło w ży­ciu, spójrz na Avę. – Wska­zał na mnie pal­cem. – Zro­bi­ła wszyst­ko, byś był za­do­wo­lo­ny. Wy­ko­rzy­stu­jesz to, jak bar­dzo jest w cie­bie za­pa­trzo­na. Ona nie za­słu­gu­je na ta­kie trak­to­wa­nie! Po­wi­nie­neś ją na­gro­dzić za te wszyst­kie lata ci­ężkiej pra­cy, a ty trak­tu­jesz ją jak pion­ka w swo­jej cho­rej grze!

Za­cie­śni­łam uścisk na jego dło­ni, ale w gło­wie mia­łam tyl­ko to, że Will mówi wszyst­ko, co sama my­śla­łam. Czu­łam się oszu­ka­na.

Oj­ciec ode­rwał wzrok od Wil­la i spoj­rzał na mnie tym swo­im nie­prze­nik­nio­nym spoj­rze­niem. Pa­trzył przez chwi­lę, po czym po­now­nie zwró­cił się do syna:

– Je­śli sko­ńczy­łeś, mo­żesz wy­jść i zo­sta­wić mnie z moją je­dy­ną po­cie­chą.

Will gło­śno wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc, nie­świa­do­mie ści­ska­jąc moc­niej moją dłoń. Od­wró­cił się i uca­ło­wał mnie w po­li­czek, szep­cząc do ucha:

– Będę cze­kał u cie­bie.

Kiw­nęłam gło­wą na zgo­dę, zo­sta­jąc przy biur­ku ojca, gdy Will nie­spiesz­nie wy­cho­dził.

Pa­pie­ros już zdążył mi się do­pa­lić, więc si­ęgnęłam po ko­lej­ne­go. Po­wie­trze było ci­ężkie od wy­po­wie­dzia­nych słów, zda­wa­ło się du­sić ka­żdym od­de­chem. Nie mo­gąc dłu­żej ustać, usia­dłam na fo­te­lu.

Przy­mknęłam na mo­ment po­wie­ki. Przez kil­ka mi­nut sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu, a ja sta­ra­łam się opa­no­wać emo­cje. Will miał wie­le ra­cji w tym, co mó­wił, ale nie zda­wał so­bie spra­wy, że ja wca­le nie by­łam udręczo­na, ro­bi­ąc to wszyst­ko przez lata. Może na po­cząt­ku by­łam tro­chę po­sta­wio­na pod ścia­ną, ale pó­źniej chcia­łam to ro­bić. Nie czu­łam przy­mu­su. Chcia­łam być sil­na, a oj­ciec mnie tego uczył. I cho­ciaż wska­zy­wał mi dro­gę, to ja sta­wia­łam ka­żdy krok. Chcia­łam tego.

Ale czy te­raz też tego chcę? Nie. Tym ra­zem oj­ciec nie wska­zał mi dro­gi, tyl­ko pod­jął de­cy­zję za mnie. I to mnie bo­la­ło naj­bar­dziej. Jed­nak czy kie­dy­kol­wiek ża­ło­wa­łam ja­kie­goś ru­chu, któ­ry przez nie­go wy­ko­na­łam? Nie. Cie­szy­łam się z tego, jaka je­stem, i to była głów­nie jego za­słu­ga. Ufa­łam mu bez­gra­nicz­nie.

Do­pa­li­łam pa­pie­ro­sa i zga­si­łam go. Zwró­ci­łam się do ojca:

– Kie­dy wy­je­żdża­my do Pe­ter­so­nów?

Spoj­rzał na mnie z wy­so­ko unie­sio­ną gło­wą. Kąci­ki jego ust drża­ły, jak­by wal­czył z uśmie­chem – tym ra­zem nie przy­nio­sło mi to sa­tys­fak­cji.

– W po­nie­dzia­łek.

– Do­brze – od­po­wie­dzia­łam i wy­szłam.

Nie mia­łam ocho­ty na roz­mo­wę z Wil­lem, ale wie­dzia­łam, że i tak mnie do niej zmu­si. Usły­sza­łam za sobą kro­ki. Liam do­go­nił mnie i chwy­cił lek­ko za ra­mię, od­wra­ca­jąc w swo­ją stro­nę. W jego oczach zo­ba­czy­łam na­pi­ęcie, nie­po­kój.

– Jest okej, Liam – rzu­ci­łam, za­nim zdążył co­kol­wiek po­wie­dzieć.

Za­ci­snął szczęki, przez chwi­lę jesz­cze pa­trzył mi w oczy, ale od­pu­ścił. Ru­szy­łam do swo­je­go po­ko­ju.

Will sie­dział na skra­ju łó­żka, opar­ty łok­cia­mi o ko­la­na. Gdy we­szłam, pod­nió­sł wzrok, nie mó­wi­ąc ani sło­wa. Przy­sia­dłam obok nie­go.

– Wiem, mó­wi­łam, że two­je dzie­ci przej­mą po mnie in­te­re­sy, ale… chy­ba zmie­ni­łam zda­nie. Za­ma­rzył mi się ślub z ja­ki­mś nie­zna­jo­mym – rzu­ci­łam z uda­wa­nym en­tu­zja­zmem, pró­bu­jąc roz­ła­do­wać at­mos­fe­rę.

Ujęłam jego dłoń i za­częłam ją po­wo­li gła­dzić. Miał za­dba­ne, gład­kie ręce – cza­sem mi się wy­da­wa­ło, że na­wet de­li­kat­niej­sze od mo­ich. Mój brat był na­praw­dę przy­stoj­ny: wy­so­ki, świet­nie zbu­do­wa­ny. Wło­sy – ja­sno­brązo­we, ta­kie same jak moje, i to samo in­ten­syw­nie nie­bie­skie spoj­rze­nie.

Na ban­kie­tach lu­dzie za­wsze za­chwy­ca­li się tym, jak do­brze ra­zem wy­gląda­my. Pi­ęk­ne ro­dze­ństwo Rus­so. Uśmiech­nęłam się mi­mo­wol­nie na to wspo­mnie­nie.

– Nie ro­zu­miem, jak mo­żesz się na to go­dzić… Wiesz, że nie mu­sisz, praw­da? – za­py­tał ci­cho. Jego głos miał w so­bie spo­ro żalu.

– Wiem, bra­cisz­ku, wiem – od­pa­rłam, nie chcąc się z nim spie­rać. – Nie­na­wi­dzę tego, jak on się do cie­bie zwra­ca. Nie za­słu­ży­łeś na to.

– Tro­chę za­słu­ży­łem – rzu­cił z lek­kim uśmie­chem, sztur­cha­jąc mnie w ra­mię. – Nie je­stem ta­kim ide­al­nym dziec­kiem jak ty.

– Po­je­dziesz tam ze mną? – za­py­ta­łam z na­dzie­ją.

– Zo­ba­czy­my, mło­da. Nie wiem, czy będę mile wi­dzia­ny.

– Mu­sisz ze mną po­je­chać. Z tobą i Lia­mem dam radę.

– Liam to pier­do­lo­ny ma­so­chi­sta, przy­si­ęgam. – Po­kręcił gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

– Prze­stań. – Pu­ści­łam jego dłoń, ko­ńcząc ten krót­ki mo­ment czu­ło­ści. – A te­raz mu­szę się zbie­rać. Mam spra­wę do za­ła­twie­nia.

Go­dzi­nę pó­źniej sie­dzia­łam już w sa­mo­cho­dzie w dro­dze do Sa­int Lo­uis, gdzie znaj­do­wał się ma­ga­zyn mo­jej naj­wi­ęk­szej dumy. Od za­wsze in­te­re­so­wa­ła mnie sztu­ka, szcze­gól­nie ma­lar­stwo. Ma­rzy­łam o wła­snej ga­le­rii – i to ma­rze­nie spe­łni­łam dwa lata temu. Ga­le­ria od po­cząt­ku dy­na­micz­nie się roz­wi­ja­ła. Wy­sta­wia­łam pra­ce za­rów­no uzna­nych, jak i wscho­dzących ar­ty­stów. Mój gust mnie nie za­wo­dził, a zy­ski z ka­żdej ko­lej­nej wy­sta­wy ro­sły.

Ostat­nio jed­nak coś za­częło się psuć. Kil­ka ob­ra­zów sprze­da­no na fa­łszy­we dane, a cze­ki nie mia­ły po­kry­cia. Stra­ci­łam trzy pra­ce, łącz­nie war­te oko­ło sze­śćset ty­si­ęcy do­la­rów. Po­cząt­ko­wo my­śla­łam, że to zwy­kły błąd jed­ne­go z pra­cow­ni­ków. Po do­kład­nym śledz­twie oka­za­ło się jed­nak, że Rey­nolds nie tyl­ko wie­dział, ale i po­ma­gał oszu­stom – za od­po­wied­nią staw­kę. Nie by­łam za­sko­czo­na. Od za­wsze czu­łam, że nie mo­żna mu w pe­łni ufać.

Pod­je­cha­li­śmy pod ma­ga­zyn, gdzie wszy­scy już cze­ka­li. Bu­dy­nek po­wstał nie­daw­no, na moje po­le­ce­nie. Trzy­ma­nie cen­nych dzieł w byle ja­kiej piw­ni­cy nie wcho­dzi­ło w grę. Li­czy­ły się od­po­wied­nie wa­run­ki prze­cho­wy­wa­nia, a ta­kże bez­pie­cze­ństwo. To miej­sce przy­po­mi­na­ło twier­dzę. Bez prze­sa­dy mo­gła­bym po­wie­dzieć, że mo­żna się tu schro­nić na­wet przed apo­ka­lip­są zom­bie.

Za­le­d­wie prze­kro­czy­łam próg, do­bie­gły mnie wrza­ski Rey­nold­sa. Dla mnie – mu­zy­ka. Prze­szłam do spe­cjal­nie przy­go­to­wa­ne­go po­miesz­cze­nia i sta­nęłam w pro­gu. Ten gnój wił się na krze­śle, pró­bu­jąc się wy­swo­bo­dzić. Na­iw­niak. Gdy mnie za­uwa­żył, za­ma­rł, a ja po­sła­łam mu cie­pły uśmiech. Skrzy­wił się po­gar­dli­wie i wy­mam­ro­tał coś, cze­go nie zro­zu­mia­łam. Okrąży­łam go, zdjęłam płaszcz i po­wie­si­łam go sta­ran­nie w sza­fie. Po­miesz­cze­nie było małe, do­kład­nie ta­kie, jak za­pla­no­wa­łam – chłod­ne, ste­ryl­ne, ka­mien­ne, bez okien. Ide­al­ne do rze­czy, któ­re na­le­ża­ło szyb­ko po­sprzątać.

– Cze­mu prze­sta­łeś krzy­czeć? – spy­ta­łam z za­wo­dem.

Rzu­ci­łam spoj­rze­nie w stro­nę Lia­ma, któ­ry jak zwy­kle nie od­stępo­wał mnie na krok. Prze­wró­cił ocza­mi. Mój cień chy­ba nie prze­pa­dał za tą wer­sją mnie.

– Cze­mu prze­sta­łeś krzy­czeć?! – pod­nio­słam głos i kop­nęłam nogi krze­sła.

Rey­nolds ru­nął twa­rzą na ka­mien­ną podło­gę. Jęk i od­głos ła­ma­nia ko­ści nosa spra­wi­ły, że aż za­mru­cza­łam z sa­tys­fak­cji.

– Niech Saw cię za­stąpi – rzu­ci­łam przez ra­mię do Lia­ma.

Za­ci­snął usta i wy­sze­dł. Po chwi­li w drzwiach sta­nął Saw, mój oso­bi­sty spe­cja­li­sta od spraw pro­ble­ma­tycz­nych.

– Pod­nieś go. Gość nie po­wi­nien le­żeć na zie­mi, gdy roz­ma­wia­my – do­da­łam te­atral­nie.

Saw bez zbęd­nych py­tań z po­wro­tem po­sta­wił krze­sło z Rey­nold­sem. Zbli­ży­łam się, po­chy­la­jąc ni­sko, aż nie­mal sty­ka­li­śmy się czo­ła­mi. W jego oczach wi­dzia­łam ból i obrzy­dze­nie.

– Pe­te­rze Rey­nold­sie, kto cię na­kło­nił do tego że­nu­jąco głu­pie­go po­su­ni­ęcia? Nie wie­rzę, że sam na to wpa­dłeś. – Pa­trząc mu pro­sto w oczy, wbi­łam pa­zno­kieć w jego krtań. Jęk­nął, a de­li­kat­na stru­żka krwi spły­nęła mu po szyi.

Za­mie­rza­łam się wy­pro­sto­wać, gdy ten splu­nął mi w twarz. Przy­mknęłam po­wie­ki, wzi­ęłam głębo­ki od­dech i po­trząsnęłam gło­wą.

– Tak chcesz to ro­ze­grać? Saw, przy­nieś zszy­wacz.

Saw pod­sze­dł do sza­fy i wró­cił z ci­ężkim ta­pi­cer­skim mo­de­lem. Źre­ni­ce Rey­nold­sa po­sze­rzy­ły się z prze­ra­że­nia.

– Wiem już wszyst­ko, Pe­te­rze. Moi lu­dzie do­star­czy­li mi kom­plet in­for­ma­cji. Nie je­steś mi już po­trzeb­ny. Ale sko­ro za­cho­wu­jesz się jak bez­czel­ny szczyl, to mu­szę od­po­wied­nio za­re­ago­wać.

– Po­cze­kaj! – jęk­nął spa­ni­ko­wa­ny. – Wy­ja­śnię, ja…

Zi­gno­ro­wa­łam go. Od­głos zszy­wa­cza za­głu­szył jego sło­wa. Wska­za­łam Sa­wo­wi, by przy­trzy­mał gło­wę Rey­nold­sa. Zro­bił to z wpra­wą.

– Za­cze­kaj! Zro­zum, ja…

Nie mia­łam naj­mniej­szej ocho­ty wy­słu­chi­wać tych la­men­tów. Chwy­ci­łam jego twarz i za­częłam zszy­wać usta, nie przej­mu­jąc się tym, że kil­ka zszy­wek tra­fi­ło w po­licz­ki, bro­dę, na­wet w po­wie­kę. Czer­wo­ny płyn spły­wał mi po dło­ni, ale nie za­trzy­ma­łam się ani na mo­ment.

Po kil­ku mi­nu­tach pu­ści­łam Pe­te­ra i cof­nęłam się o krok, zer­ka­jąc na swo­je dzie­ło. Wy­glądał jak żyw­cem wy­jęty z ka­dru hor­ro­ru – bla­da twarz uma­za­na kar­ma­zy­no­wą ma­zią, war­gi wy­gi­ęte w nie­na­tu­ral­nym gry­ma­sie, któ­ry miał już ni­g­dy nie znik­nąć. Oczy le­d­wo się otwie­ra­ły, pó­łprzy­tom­ne, z ni­kle do­strze­gal­nym bły­skiem resz­tek świa­do­mo­ści. Gar­dło­we bul­go­ta­nie wy­do­by­wa­jące się spo­mi­ędzy zszy­wek przy­pra­wia­ło o dresz­cze.

Wy­ta­rłam dłoń o jego ko­szu­lę i po­de­szłam do umy­wal­ki, by zmyć reszt­ki krwi. Pe­ter opa­dł z sił, gło­wa bez­wład­nie mu zwi­sa­ła, cia­ło się roz­lu­źni­ło, jak­by po­rzu­ci­ło pró­by wal­ki.

Opluł mnie – więc za­szy­łam mu usta. Okra­dł mnie – pora za­jąć się jego dło­ńmi.

Z jed­nej z szaf wy­jęłam ze­staw ogrom­nych szczy­piec. Ku­pi­łam je kie­dyś spon­ta­nicz­nie – uzna­łam, że na pew­no się przy­da­dzą. I wła­śnie nad­sze­dł ich dzień.

Otwo­rzy­łam czar­ną wa­liz­kę. Po krót­kim na­my­śle si­ęgnęłam po parę z nie­bie­ski­mi rącz­ka­mi. Pe­ter był nie­przy­tom­ny, więc bez prze­szkód pod­nio­słam jego lewą dłoń. Pal­ce lek­ko drża­ły – mi­mo­wol­ny, bio­lo­gicz­ny od­ruch.

Wy­bra­łam kciuk. Chwy­ci­łam szczyp­ca­mi jego pa­zno­kieć i za­częłam po­wo­li od­kle­jać go od ło­ży­ska. Ból na­tych­miast ocu­cił mężczy­znę, a ten za­czął się szar­pać, kwi­lić przez za­szy­te usta. Saw sku­tecz­nie go unie­ru­cho­mił. Nie chcia­łam się z nim si­ło­wać, za­le­ża­ło mi na pre­cy­zji.

Gdy pierw­szy pa­zno­kieć zo­stał wy­rwa­ny, Pe­ter po­now­nie ze­mdlał. I tak to wy­gląda­ło – chwyt, po­ci­ągni­ęcie, prze­bu­dze­nie, jęk, szar­pa­ni­na, omdle­nie. Cy­klicz­ny ta­niec bólu i sła­bo­ści.

Za­ba­wa z pa­znok­cia­mi oka­za­ła się nu­żąca. Gdy do­ta­rłam do ostat­nie­go, gło­wa pul­so­wa­ła mi od na­pi­ęcia i sku­pie­nia. Spoj­rza­łam na nie­go – wła­ści­wie to już nie był czło­wiek. Ra­czej zbiór zwiot­cza­łych mi­ęśni, bez­wol­ne cia­ło – kupa mi­ęsa, któ­rą kie­dyś na­zy­wa­łam Pe­te­rem Rey­nold­sem.

– Do­ko­ńcz sam – po­le­ci­łam Sa­wo­wi i opu­ści­łam po­miesz­cze­nie, za­braw­szy ze sobą płaszcz.

Za drzwia­mi stał Liam. Cze­kał tu przez cały ten czas?

– Idę się odświe­żyć – rzu­ci­łam krót­ko i ru­szy­łam po scho­dach na pi­ętro, do mo­je­go ga­bi­ne­tu.

W środ­ku znaj­do­wa­ły się pry­wat­na ła­zien­ka i nie­wiel­ka gar­de­ro­ba. Szyb­ko zrzu­ci­łam z sie­bie ubra­nie, wsko­czy­łam pod prysz­nic i prze­my­łam cia­ło, po­zby­wa­jąc się śla­dów krwi, potu i fru­stra­cji. Gdy wró­ci­łam, Liam sie­dział na ka­na­pie i cze­kał. Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

Usia­dłam w fo­te­lu przy biur­ku i ob­ró­ci­łam się w stro­nę okna. W od­da­li, przy ma­sce czar­ne­go sa­mo­cho­du stał wy­so­ki mężczy­zna. Nie wi­dzia­łam jego twa­rzy, ale mia­łam wra­że­nie, że pa­trzył wprost na mnie. Zi­gno­ro­wa­łam go i od­pa­li­łam lap­to­pa. Kątem oka do­strze­głam, że Liam mnie ob­ser­wu­je.

– Coś chcesz mi po­wie­dzieć? – rzu­ci­łam dla świ­ęte­go spo­ko­ju, bo wy­ra­źnie coś go gry­zło.

– Jak się czu­jesz, Avo? – za­py­tał spo­koj­nie. – Zwy­kle za kra­dzież nie chcesz, żeby Saw do­ko­ńczył.

Jego ton był ła­god­ny, bez gra­ma osądu, ale spoj­rze­nie nie­po­ko­jąco wni­kli­we.

Miał ra­cję. Przy­cho­dząc tu­taj, nie pla­no­wa­łam aż ta­kiej bru­tal­no­ści. Rey­nolds za­słu­żył na na­ucz­kę, ale nie­ko­niecz­nie na wy­rok. Chy­ba rze­czy­wi­ście się na nim wy­ży­łam. To nie pierw­szy raz, gdy ode­bra­łam ko­muś ży­cie, ale pierw­szy, gdy nie by­łam pew­na, czy kara była ade­kwat­na. Za­mil­kłam na mo­ment, pró­bu­jąc to so­bie po­ukła­dać.

– Avo, je­śli po­trze­bu­jesz po­ga­dać… wiesz, że za­wsze je­stem – ode­zwał się zno­wu i prze­su­nął na skraj ka­na­py.

– Wiem, Liam – od­po­wie­dzia­łam od­ru­cho­wo. – Chy­ba… tro­chę mnie po­nio­sło.

Cho­le­ra, po­nio­sło mnie to­tal­nie. Gdy­by mi tego nie po­wie­dział, nie wiem, czy sama bym za­uwa­ży­ła. Wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się w ostat­nich dniach, sku­tecz­nie roz­wa­li­ło mi we­wnętrz­ną rów­no­wa­gę. Mu­sia­łam się po­zbie­rać. Brak kon­tro­li mógł mnie za­pro­wa­dzić w ciem­ne za­ka­mar­ki du­szy, do któ­rych nie chcia­łam wra­cać.

Spoj­rza­łam znów w okno. Sa­mo­chód na­dal stał, ale mężczy­zny już nie było.

– Ko­ja­rzysz ten wóz, któ­ry tam stoi? – za­py­ta­łam, wska­zu­jąc de­li­kat­nie gło­wą.

Wstał i pod­sze­dł do mnie. Przez chwi­lę w mil­cze­niu wpa­try­wa­li­śmy się w ciem­ne auto.

– Pój­dę to spraw­dzić. Zo­stań tu – rzu­cił i znik­nął za drzwia­mi.

Opa­rłam łok­cie na biur­ku i za­częłam prze­glądać ma­ile. Zwy­kle czu­łam pod­eks­cy­to­wa­nie, wi­dząc pro­po­zy­cje kup­ców czy nowe zgło­sze­nia od ar­ty­stów, ale dziś… Dziś nie mia­łam na to gło­wy. My­śli krąży­ły wo­kół tego, co wy­da­rzy­ło się na dole. To, co po­wie­dział Liam, tyl­ko wzmoc­ni­ło mój nie­po­kój. Stra­ci­łam pa­no­wa­nie nad sobą, czy­li zro­bi­łam coś, cze­go oj­ciec uczył mnie uni­kać za wszel­ką cenę. Kara mia­ła być wy­mie­rze­niem spra­wie­dli­wo­ści. Nie ze­mstą. Nie upu­stem emo­cji. A dziś po pro­stu się znęca­łam.

Pu­ka­nie do drzwi prze­rwa­ło moją za­du­mę. Pod­nio­słam wzrok i zo­ba­czy­łam Lia­ma z wy­ra­źnym zdzi­wie­niem na twa­rzy.

– Przy­szli ja­cyś kup­cy, chcą obej­rzeć dzie­ła – oznaj­mił z lek­kim nie­do­wie­rza­niem.

– Nie mam dziś żad­nych umó­wio­nych spo­tkań. I ni­g­dy nie pro­wa­dzę ich tu­taj, tyl­ko w ga­le­rii. Co to za jed­ni?

– Mó­wią, że są prze­jaz­dem i przy­je­cha­li z da­le­ka. Bar­dzo pro­szą o chwi­lę roz­mo­wy. Wy­gląda­ją na bo­ga­tych i… mają ro­syj­ski ak­cent.

Unio­słam brew.

– Ro­syj­ski ak­cent?

Nie przy­po­mi­na­łam so­bie żad­nych kon­tak­tów z tam­tej części świa­ta. Przy­pa­dek? Może. Ale po tym wszyst­kim, co się dzia­ło, nie wie­rzy­łam już w przy­pad­ki.

– Do­brze – wes­tchnęłam. – Spraw­dź ich i wpro­wa­dź.

Co­py­ri­ght © for the text by Na­ta­lia Se­ro­ka

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i opra­co­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-65-4

Spis treści

Ostrzeżenie autorskie

Playlista

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okład­ka