Her Saint. Saint & Sinner. Tom 1 - Harmony West - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Her Saint. Saint & Sinner. Tom 1 ebook i audiobook

West Harmony

3,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

237 osób interesuje się tą książką

Opis

Niekiedy miłość staje się klatką, a pożądanie–wyrokiem

Kiedy Briar, młoda wykładowczyni literatury, zaczyna podejrzewać, że jeden z jej studentów ją śledzi, nie spodziewa się, jak mroczna okaże się prawda... Ponieważ Saint de Haas to nie zwykły adorator. To jej ulubiony pisarz – autor powieści, które rozpalają jej wyobraźnię i podsycają najmroczniejsze fantazje.

Dla Sainta Briar jest wszystkim – muza, obsesją, przeznaczeniem.

On zaś staje się jej zakazanym pragnieniem, którego nie potrafi się wyrzec.

Kiedy pożądanie miesza się z szaleństwem, a Saint udowadnia, że nie ma granicy, której nie byłby gotów przekroczyć, Briar musi zdecydować, czy go powstrzyma, czy razem z nim pogrąży się w mroku.

A mrok uwodzi silniej niż światło.

Ta historia jest naprawdę HOT. Sugerowany wiek: 18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 234

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 14 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Milena Staszuk

Oceny
3,5 (6 ocen)
1
2
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
CzytajacaBook

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa historia ❤️‍🔥 szkoda tylko że taka krótka, czekam na kolejną część.
00
Patrycja04011995
(edytowany)

Całkiem niezła

Her Saint to książka, przy której miałam wrażenie, że autorka trochę inspirowała się klimatem Haunting Adeline i odrobinę Lights Out. Mamy tutaj stalkera, obsesję i dark romance, czyli elementy, które wiele osób w tym gatunku lubi najbardziej. Niestety w moim odczuciu ta książka nie dorównuje poziomem tym tytułom. Akcja pędzi bardzo szybko i momentami miałam wrażenie, że wydarzenia dzieją się bez większego budowania napięcia. Największym problemem były dla mnie jednak zachowania głównej bohaterki, które często wydawały się niezrozumiałe, nieprzemyślane i zupełnie oderwane od tego, jak ktoś mógłby zareagować w prawdziwym życiu. Relacja między bohaterami miała potencjał, ale przez nielogiczne decyzje postaci trudno było mi się w nią w pełni wciągnąć. Jeśli ktoś dopiero zaczyna z dark romance i szuka książki z motywem stalkera, obsesji i mrocznej relacji, to ta pozycja może się spodobać. Natomiast dla czytelników, którzy są już bardziej obeznani z tym gatunkiem, historia może okazać się p...
00
Ewakr1

Dobrze spędzony czas

książkę czyta się bardzo przyjemnie
00



TYTUŁ ORYGINAŁU:Her Saint

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska Wydawczyni: Ewelina Czajkowska Redakcja: Justyna Yiğitler Korekta: Katarzyna Kusojć Projekt okładki: Adelina Sandecka Zdjęcia na okładce: © synthetic; © Fandorina Liza; © Claudiu Badea / Stock.Adobe.com

Her Saint – © 2024 by Harmony West Published by arrangement with Macadamia Literary Agency, Warsaw and Ginger Clark Literary, LLC. The moral rights of the author have been asserted

Copyright © 2026 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Anna Zaborowska-Cinciała, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-647-4

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Wszystkim grzesznicom szukającym swoich świętych

Moja ukochana nie lęka się grzechów, których dopuściły się moje dłonie i ciało. – HOZIER

Rozdział 1

Briar

Wygląda na to, że jeden z moich studentów postanowił mnie śledzić.

Trzeba było poszukać pracy w jakimś wydawnictwie. Ale nie, oczywiście musiałam się zakochać w tym uczelnianym kampusie pełnym klimatycznych budynków z czerwonej cegły, a także w barwnym życiu uniwersyteckim. W uwodzicielskiej wizji studiów wyższych i obietnicy, jaką niesie ze sobą zgłębianie tajników sztuki na prestiżowym Auburn Institute of Fine Arts w samym sercu stanu Maine.

A teraz jakiś nagrzany studenciak lezie za mną jak zakochany kundel.

Każdy szanujący się stalker powinien umieć się wtopić w tło, jednak w jego przypadku jest to absolutnie niemożliwe. Podczas gdy reszta studentów pojawia się na zajęciach ubrana w dresy czy bluzy z kapturem, on wkłada eleganckie spodnie i idealnie dopasowane koszule, których rękawy podwija do łokci i tym samym eksponuje swoje umięśnione przedramiona. Jego koledzy z roku to wiecznie zmęczeni dwudziestokilkulatkowie żłopiący hektolitrami kawę ze Starbucksa, podczas gdy on jest wyraźnie starszy. Ma co najmniej trzydzieści parę lat.

Całe zajęcia wpatrywał się w ekran laptopa, marszcząc brwi i zaciskając pełne wargi. Podczas dwugodzinnego wykładu, w trakcie którego doktor Barrett monotonnym głosem straszył naszych adeptów, ile to będą musieli przeczytać, a także napisać w ramach tego kursu, moje spojrzenie, jak przyciągane niewidzialną siłą, nieustannie wędrowało do ciemnych oczu i wyraźnie zarysowanej linii szczęki tego studenta. I kiedy tak stałam z przodu sali obok doktora Barretta, starając się uważnie słuchać tego, co mówi, a jednocześnie odganiając od siebie dziwne poczucie skrępowania, pomyślałam, że ten oto najprzystojniejszy facet, którego widziałam na oczy, nawet nie spojrzał w moją stronę.

Ewidentnie się w tej kwestii myliłam.

Jeszcze zanim ruszę w kierunku parkingu, postanawiam stanąć z nim oko w oko w promieniach jesiennego słońca, które nijak nie są w stanie tchnąć ciepła w ten chłodny wrześniowy dzień. Jeśli naprawdę sądzi, że uda mu się wpakować mnie do jakiejś podejrzanej furgonetki i porwać, to zdecydowanie trafił na niewłaściwą kobietę.

– Śledzisz mnie? – pytam na tyle głośno, żeby wszyscy dookoła mogli mnie usłyszeć. W końcu jesteśmy na terenie kampusu uniwersyteckiego, na litość boską. Czy ten gość naprawdę myśli, że nikt nie zwróci uwagi na to, że chodzi za mną jak jakiś świr?

Gdy podchodzi bliżej, jego usta wyginają się w krzywym uśmieszku. W duchu kopię się za to, że nie zapamiętałam jego imienia. Jakim cudem Mack ma rozwiązać sprawę mojego morderstwa, skoro nie mogę nawet wysłać jej wiadomości z imieniem mojego porywacza?

– Owszem – przyznaje mężczyzna. Jego dźwięczny, głęboki baryton sprawia, że po plecach przebiega mi dreszcz. Boże, jestem już na etapie, kiedy jaram się męskim głosem. A ten konkretny należy do kolesia, który właśnie przyznał, że mnie śledzi. Naprawdę muszę się z kimś bzyknąć. A potem spadać gdzie pieprz rośnie. – Ale jednocześnie staram się zachować, jak na dżentelmena przystało.

Wyciąga w moją stronę wielkie tomiszcze oprawione w czarną, minimalistyczną okładkę, z postrzępioną zakładką zatkniętą w środku. Mam przed sobą mój własny egzemplarz powieści o wdzięcznym tytule Nigdy nie zaznasz spokoju pióra mojego ulubionego pisarza, S.T. Nicholsona. Gdyby mój dom nagle stanął w płomieniach, najpierw ratowałabym kota, a potem tę książkę. To pierwsze wydanie, jeszcze zanim autor stał się naprawdę sławny i trafił na listę bestsellerów „New York Timesa”. Przypomina mi, że od samego początku byłam jego największą fanką.

Dopiero teraz czuję się jak ostatnia idiotka, bo któremu studentowi chciałoby się iść za mną przez cały kampus? Najwyraźniej naoglądałam się za dużo seriali o zagadkach kryminalnych i mój jadący na kofeinowych oparach mózg postanowił wywinąć mi numer. Zresztą czy taki facet mógłby wykazać choćby minimalne zainteresowanie moją osobą, gdybym nie prowadziła przedmiotu, na który uczęszcza? Może nie jestem totalnym pasztetem, ale jako kobieta doskonale zdaję sobie sprawę, że ten typ nie zszedłby poniżej poziomu Megan Fox. Zdarza mi się zrobić na bóstwo, jeśli tylko zechcę, ale w tej chwili włosy mam spryskane suchym szamponem i twarz bez grama makijażu, więc tylko nieznacznie odbiegam wyglądem od moich rozczochranych i odzianych w piżamy studentów.

Wzdycham z wyraźną ulgą, po czym przyciągam książkę do piersi.

– O mój Boże, dziękuję!

Tym razem rozciąga usta w szczerym uśmiechu, odsłaniając idealne, olśniewająco białe zęby. Jednak to jego oczy sprawiają, że moje serce natychmiast rozpędza się do galopu – w czarnych jak węgiel tęczówkach błyszczy pełne ożywienia zainteresowanie.

– Chyba jeszcze nigdy nie widziałem, by ktoś tak bardzo się ucieszył z odzyskanej książki.

– To moja ukochana powieść. W dodatku mojego ulubionego autora – wyjaśniam, wsuwając ją do torby, żeby znów jej gdzieś nie zawieruszyć.

Mężczyzna przechyla głowę w taki sposób, że mam ochotę go odepchnąć i wziąć nogi za pas, zanim zakocham się w nim bez pamięci. Co oczywiście jest wykluczone.

– A co dokładnie tak bardzo urzekło cię w stylu tego pisarza?

Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni ktoś chciał poznać moje upodobania literackie. Może tylko Trevor. Bezczelnie zapytał mnie, czy mogę pożyczyć mu mój tom Nigdy nie zaznasz spokoju, kiedy zobaczył, że nieustannie taszczę go po całym kampusie. Odpowiedziałam wtedy, żeby kupił sobie swój egzemplarz w internecie albo wypożyczył z biblioteki jak każdy inny człowiek. Od tamtej pory ani razu nie wrócił do tematu tej książki, więc poważnie wątpię, żeby w ogóle do niej zajrzał.

– Sama nie wiem, od czego zacząć – przyznaję, choć jednocześnie czuję, jak na usta cisną mi się setki argumentów. – Po pierwsze, trzyma czytelnika w napięciu już od pierwszej strony. Ten pisarz to prawdziwy mistrz prawdziwego mrocznego gotyckiego klimatu, a wszystkie jego powieści są rozkosznie ponure. W dodatku tak sugestywnie opisuje popełniane przez bohaterów zbrodnie, że nie zdziwiłabym się, gdyby sam faktycznie okazał się mordercą.

Mój student marszczy brwi, a z jego gardła wydobywa się pełen zaskoczenia śmiech. Ten dźwięk sprawia, że zaczyna brakować mi tchu.

– Wow. Niezła laurka.

– Och, dopiero się rozkręcam. – Skoro już zaczęłam, trudno będzie mnie zatrzymać. Kiedy ktoś wywoła przy mnie temat S.T. Nicholsona, szanse na to, żebym się zamknęła, są bliskie zeru. – Ten facet pisze tak, że czuję, jakby… doskonale mnie znał. Jak nikt inny na świecie. Nawet lepiej niż moja mama czy najlepsza przyjaciółka, a akurat one wiedzą o mnie praktycznie wszystko. Wiem, że to brzmi niedorzecznie i pewnie zwyczajnie to sobie uroiłam, ale odnoszę wrażenie, jakby S.T. Nicholson był moją bratnią duszą. Że gdybyśmy się spotkali, po prostu… nadawalibyśmy na tych samych falach.

Mimo że teraz świergoczę jak szalona, uśmiech na ustach mojego studenta ani drgnie. Dziwię się, że jeszcze nie rozgląda się nerwowo dookoła, szukając pretekstu, żeby jak najszybciej się stąd zmyć. Wręcz przeciwnie: stoi wpatrzony we mnie i uważnie słucha, podczas gdy ja rozpływam się w zachwytach nad autorem, o którym pewnie słyszy pierwszy raz w życiu.

– Na wszystkie spotkania autorskie zakłada maskę. Ogromnie zależy mu na zachowaniu anonimowości, więc nigdy jej nie zdejmuje. Uważa, że czytelnicy powinni oceniać jego książki wyłącznie na podstawie tego, co napisał. Poza tym sceny erotyczne, które wychodzą spod jego pióra, są po prostu bezkonkurencyjne. Żaden inny mężczyzna nie potrafi ich tak rewelacyjnie opisać.

Po raz kolejny słyszę jego nieco oszołomiony śmiech.

– Chyba nie spotkałem się jeszcze z równie pochlebną rekomendacją.

Ten facet wcale nie brzmi jak przeciętny studenciak z wydziału sztuki. Skąd on się w ogóle wziął? Wygląda jak model, oddaje obcym ludziom zgubione książki, a kiedy mówi do niego kobieta – autentycznie słucha. Szkoda, że jestem jego wykładowczynią – a raczej asystentką wykładowcy. Gdyby było inaczej, z pewnością zaprosiłabym go do siebie na dziką i szaloną przygodę na jedną noc.

– Przepraszam, jak właściwie się nazywasz? – pytam.

– Saint de Haas – odpowiada, ale ten uśmieszek jasno wskazuje, że daleko mu do świętego. Kiedy podchodzi bliżej, bije od niego pewność siebie charakterystyczna dla człowieka, który zawsze dostaje to, czego chce. – Może opowiesz mi więcej o tym autorze i jego książkach przy wspólnej kawie?

No nie. Chyba nie zaprasza mnie na randkę. Nie umiem odmówić twarzy, która aż się prosi, by ją ujeżdżać.

Cofam się o krok, jakbym chciała się uwolnić od ciepła i uroku promieniującego od tego stalkera altruisty.

– Wydaje mi się, że skoro jesteś moim studentem, nasze kontakty powinny być ograniczone do sali wykładowej.

Nawet gdyby okoliczności były zupełnie inne, nie poszłabym z nim na randkę. W sprawach facetów chodzi mi tylko o seks, nie ma sensu, żebyśmy poznawali się bliżej. Dawno temu dałam sobie spokój ze związkami, więc choć jest przystojny i czarujący, to i tak nie ma u mnie szans.

– Wątpię, żeby twoja pozycja na uczelni miała być zagrożona z powodu niewinnej kawy i rozmowy w miejscu publicznym – stwierdza. Świetnie. Kolejny koleś, który nie wie, co znaczy słowo „nie”. Stawia kolejny krok w moim kierunku, a na jego ustach zaczyna się błąkać iście szatański uśmieszek, który sprawia, że ściska mnie w dołku. – Chyba że twoje obawy wynikają z tego, co mogłoby się wówczas między nami wydarzyć.

Muszę cicho odkaszlnąć, po czym prostuję ramiona i unoszę głowę.

– Nie mam żadnych obaw. Po prostu nie znoszę kawy. – W tym sensie, że jej nie znoszę, bo jestem od niej uzależniona. Bez dwóch filiżanek tego nektaru bogów nie wychodzę nawet z domu. – Jeśli masz ochotę ze mną porozmawiać, równie dobrze możemy zamienić słowo w sali wykładowej.

Saint kiwa głową. Zaskakująco dobrze przyjmuje odmowę jak na mężczyznę, który pewnie rzadko spotyka się z tego typu reakcją. Wygląda na człowieka, który urodził się w bogatej rodzinie i jako jedyny spadkobierca fortuny zawsze dostawał wszystko podane na srebrnej tacy. Pewnie prowadzi całkowicie beztroskie życie, wydanie dziesiątek tysięcy dolarów na jeden z najdroższych kierunków studiów w całym kraju nie stanowi dla niego najmniejszego problemu, a i tak skupienie się na zajęciach jest poniżej jego godności. Czyli nie łączy mnie z tym facetem kompletnie nic oprócz tego, że nie jest nam obojętny los książek porzuconych przez ich roztargnionych właścicieli.

– Jak wolisz. Do zobaczenia na zajęciach, Briar.

Natychmiast się napinam i dodaję:

– Chyba pani Shea… to znaczy doktor Shea.

Mimo że przez dziewięć długich lat urabiałam się po łokcie, żeby zrobić doktorat, nadal nie czuję się komfortowo, kiedy słyszę „doktor” przy swoim nazwisku.

Posyła w moją stronę ten swój irytująco piękny uśmiech.

– Oczywiście, doktor Shea – poprawia się, po czym pochyla z szacunkiem głowę, zupełnie jakby wyskoczył wprost z kart pieprzonej powieści z okresu regencji.

Gdy się odwraca i odchodzi w przeciwnym kierunku, ruszam pomiędzy zaparkowanymi samochodami, by jak najszybciej dostać się do swojego auta, bo na pewno mocno się zarumieniłam po tym, jak z jego ust padły słowa: „Oczywiście, doktor Shea”.

Z tych cudownych, idealnie wykrojonych ust prosto z erotycznych fantazji.

Nagle zastygam z kluczykami w ręku i oglądam się przez ramię. Nigdzie go nie widać, otacza mnie tylko tłum studentów i wykładowców, którzy przemierzają kampus.

Przecież wcale nie mówiłam, jak mam na imię.

Rozdział 2

Saint

Niektórzy pisarze pytają Google, jak zabić swoich bohaterów.

Ja dysponuję doświadczeniem z pierwszej ręki.

Szkoda tylko, że w tej chwili cała ta moja praktyka na niewiele się zdaje.

Nieważne, jak długo wpatruję się w ten nieszczęsny ekran, na ile spacerów bym nie poszedł czy jak wielu książek nie przeczytał, choć rozpaczliwie poszukuję inspiracji, nie potrafię nic napisać. Pierwsza strona dokumentu na komputerze jak była, tak i jest zupełnie pusta.

Profesor, który prowadzi te koszmarne zajęcia z kreatywnego pisania, cały czas pieprzy od rzeczy. Słowo daję, każdą „mądrość”, którą się z nami dzieli, wyciąga chyba z własnej dupy. W pięciostronicowym sylabusie, który nam przesłał, nie ma ani słowa o tym, jak rozwijać fabułę, o rozwoju postaci czy strukturze powieści nawet nie wspomnę. Co gorsza, cała nasza dwunastka, która zebrała się w tej sali, wie, że odpowiedzialność za poprowadzenie tego kursu zrzuci na swoją asystentkę.

Briar Shea ma ochotę mnie przelecieć. W przeciwnym razie nie świeciłaby tymi swoimi obłędnymi cyckami, które wprost chcą wyskoczyć z głęboko wyciętego dekoltu, a już na pewno nie malowałaby ust czerwoną szminką. Długie włosy w odcieniu ciepłego, głębokiego brązu zostawiła dziś rozpuszczone i teraz opadają łagodnymi falami aż do pasa. Widzę też ogromne, błękitne oczy otoczone gęstymi rzęsami, ciasno opinającą talię bluzkę, która ledwo styka się z ciemnym materiałem spodni, co rusz podjeżdża do góry i ukazuje skrawek delikatnych krągłości brzucha. Mam ochotę zatopić zęby w tym fragmencie jej pysznego ciała, ocierać się podbródkiem o pas jej spodni, podczas gdy moje usta będą muskać jej miękką skórę i wędrować od jednej kości biodrowej do drugiej.

Zanim dyskretnie wyciągnąłem jej ulubioną książkę z torby, a potem oddałem jej w szarmanckim odruchu, pojawiała się na zajęciach w poszarpanych jeansach i najzwyklejszej bawełnianej koszulce, które skutecznie ukrywały jej atuty.

Okazuje się, że moja najbardziej zagorzała fanka ma ciało, które zasługuje na to, by uwiecznić je na kartach powieści.

Na pewno nie włożyła na siebie tych ciuchów, żeby uwieść profesora. Krzywi się za każdym razem, gdy przyłapuje go na tym, jak się na nią gapi. A już najbardziej, kiedy ten typek wynajduje kolejny pretekst, by jej dotknąć.

Ilekroć choć lekko muśnie powierzchnię jej skóry, mam ochotę wyłupić mu oczy, oblać go benzyną i podpalić.

Nie. Nie mogę sobie pozwolić na wplątanie się w jej życie. Zgłosiłem się na tę uczelnię, by napisać książkę. Te cieszące się świetną renomą studia magisterskie, których program koncentruje się na kreatywnym pisaniu, to moja ostatnia próba, by oddać manuskrypt kolejnej powieści w ręce mojego agenta.

Muszę jednak przyznać, że wybrałem Auburn Institute właśnie ze względu na Briar. Strony sklepów internetowych, gdzie można kupić moje książki, całkowicie zdominowały jej recenzje – wszystkie na pięć gwiazdek – dzięki czemu zyskała miano największej fanki S.T. Nicholsona.

Udało mi się powiązać napisane przez nią opinie z jej profilem w mediach społecznościowych. Podobnie jak połowa moich fanek zostawiała pikantne komentarze na koncie, które prowadzą moi asystenci. Moi czytelnicy to głównie kobiety, które kochają książki i zamaskowanych mężczyzn, a Briar nie stanowi wyjątku.

Potem z przerażającą łatwością odkryłem, gdzie mieszka i pracuje.

Cóż za przypadek: moja największa fanka okazała się świeżo upieczoną adiunktką i wykłada na prestiżowej uczelni, gdzie prowadzi zajęcia z kreatywnego pisania. Właśnie na tych zajęciach mam nadzieję znaleźć inspirację, by znów zacząć pisać.

Kiedy słuchałem, jak zachwycała się moją twórczością, prawie padłem przed nią na kolana. Były to pierwsze pozytywne słowa, które przebiły się przez kakofonię negatywnych myśli pochłaniających mój umysł od chwili, gdy przeczytałem tamtą negatywną recenzję pięć miesięcy temu.

Nieświadomie przesuwam palce po klawiaturze i po chwili otwieram zakładkę z recenzją, którą zapisałem, by w razie potrzeby szybko i łatwo móc dokonać samounicestwienia. Miażdżąca ocena z jedną gwiazdką, której autor ubolewa nad tym, że nie może przyznać mojej książce zera gwiazdek.

„Moja przyjaciółka twierdzi, że to jej ukochana książka, więc postanowiłem zaryzykować. W życiu nie czytałem gorszego bełkotu”. Nauczyłem się na pamięć pierwszych dwóch linijek z liczącej trzy tysiące słów recenzji, której napisanie pewnie zajęło temu człowiekowi cały tydzień. Negatywne opinie i słowa krytyki nie są mi obce – przyjmuję je z otwartymi ramionami, o ile dzięki nim moje kolejne powieści będą lepsze.

Niemniej podejrzenia względem mnie, którymi ten czytelnik postanowił się podzielić ze światem, sprawiły, że po przeczytaniu recenzji nie zmrużyłem oka. Stwierdził wprost, że jestem seryjnym mordercą ze skłonnościami do somnofilii oraz nekrofilii, i to wyłącznie na podstawie upodobań opisywanych przeze mnie bohaterów. Co więcej, powtarzał, że na pewno skrzętnie ukrywam swoją kryminalną przeszłość i noszę maskę, by móc oddzielić swoją prawdziwą tożsamość od publicznego wizerunku. Kiedy to przeczytałem, ogarnęło mnie poczucie, że jego zarzuty nie tylko uderzają we mnie osobiście, ale też kompletnie niweczą dziesięć lat moich pisarskich wysiłków.

I tak oto ten zgoła wyjątkowy czytelnik, nie przebierając w słowach, okrzyknął mnie beztalenciem. Zakałą literatury. Według niego moje powieści gotyckie są przepełnione przemocą, wątkami miłosnymi i seksem, by ich fabuła, motyw przewodni i forma mogły nieść ze sobą jakąkolwiek wartość. Dodał też, że mój wkład w dorobek słowa pisanego powinien zostać w całości pokryty gównem, a następnie spuszczony w toalecie. I może na wszelki wypadek dobrze byłoby go dodatkowo spalić.

Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się, by recenzja tak mnie dotknęła. Jestem pewny tego, co robię, a także zadowolony z powieści, które publikuję. Mam fanów rozsianych po całym świecie, którzy kupują każdą napisaną przeze mnie książkę i wysyłają listy, w których wyznają miłość moim książkom, a czasami także i mnie. Właśnie dzięki tym ludziom udało się wepchnąć moją czwartą powieść – wydaną przez niszowe wydawnictwo, które wyraziło jedynie cień zainteresowania manuskryptem – na listę bestsellerów „New York Timesa”.

A potem do tej listy dołączyły jeszcze trzy poprzednie moje książki.

Lecz wystarczyła ta jedna recenzja od całkiem anonimowego człowieka z internetu, by pozbawić mnie sił twórczych. Od tamtej nocy, kiedy wypiłem trochę za dużo ginu, po czym z bijącym sercem usiadłem przed ekranem, by przeczytać tę opinię, nie pojawiła się we mnie nawet odrobina twórczej iskry. Nie napisałem ani jednego słowa, nawet go nie nabazgrałem. Nie usłyszałem również ani jednego podszeptu żadnej z postaci, nie zobaczyłem oczami wyobraźni ani jednej sceny.

Blokada pisarska w najgorszym znaczeniu tego słowa. Taka, której nie da się przezwyciężyć, nawet jeśli nieustannie się próbuje napełnić studnię kreatywności.

Jestem pisarzem pozbawionym słów. Piórem bez atramentu.

Właśnie dlatego się tu znalazłem. Desperacko i za wszelką cenę poszukuję inspiracji. Mojej utraconej muzy.

Po zajęciach ponownie zagaję do Briar. Dowiem się, co dokładnie kocha w mojej twórczości, abym mógł to wykorzystać w następnej powieści.

– Proszę się zapoznać z tym tekstem przed kolejnymi zajęciami. Do zobaczenia za tydzień – żegna się profesor Zbok, a następnie kładzie dłoń w dole pleców Briar.

Dziewczyna natychmiast się odsuwa, ale nie traci panowania nad sobą, czego spodziewałbym się po kobiecie, która mimo metra pięćdziesięciu w kapeluszu warknęła na mnie tylko dlatego, że szedłem za nią po kampusie.

Niestety właśnie gdy mam zainterweniować i wyrwać ją ze szponów profesora Zboka, by móc dalej gawędzić z nią o jej ulubionym autorze, mój telefon wibruje. Na ekranie pojawia się imię Derrika.

Kiedy chowam laptop do plecaka i odbieram telefon, po mojej największej fance nie ma już śladu.

– Dawaj, co się dzieje? – W słuchawce rozlega się szorstki akcent z New Jersey.

Podchodzę do drzwi i przytrzymuję je przestraszonemu kolesiowi z mojej grupy, który uśmiecha się do mnie z wdzięcznością.

Wychodzę na korytarz i przyglądam się niekończącemu się strumieniowi studentów opuszczających zajęcia i warsztaty, ale nigdzie nie widzę Briar.

– To ty dzwonisz do mnie – przypominam mu.

– Racja. Chciałem się tylko upewnić, że nie zapisałeś się na te studia z kreatywnego pisania, o których nawijałeś po pijaku w zeszłym miesiącu.

– Nie byłem pijany. – Zaciskam zęby, prześlizgując się obok grupy dwudziestotrzylatków poruszających się z prędkością dżdżownicy po mokrym betonie. – Znalazłem się na skraju totalnej beznadziei i rozpaczy.

Derrik zasysa głośno powietrze, a ja niemal widzę, jak macha lekceważąco ręką.

– Zawsze się tam znajdujesz, gdy się nawalisz. Dobra, mniejsza z tym. Proszę, powiedz mi, że jesteś w domu, w tej wielkiej gotyckiej posiadłości, którą kupiłeś za swoje hojne honoraria, albo w jakiejś kawiarni, która jest mekką dla pisarzy.

– Właśnie wychodzę z zajęć. Ale jeśli cię to pocieszy, właśnie zmierzam do kawiarni.

– Stary, rozmawialiśmy o tym – wzdycha Derrik. Odkąd został moim agentem wiele lat temu, nigdy mi się nie podobało, kiedy zwracał się do mnie per „stary”. – Masz na koncie kupę książek, w dodatku same bestsellery. Po jaką cholerę ci ta magisterka? Studia zajmą ci tylko czas, a i tak już dwa razy nie oddałeś manuskryptu w terminie.

Jakbym nie wiedział, jak bardzo jestem w plecy z robotą. Od czasu mojego debiutu konsekwentnie publikowałem jedną książkę w roku i nigdy się nie spóźniłem.

Mijam kafejkę i wychodzę z budynku, ciesząc się ze słonecznej, ciepłej aury, która wyraźnie kontrastuje z burzą szalejącą w mojej głowie.

– Doskonale wiesz, dlaczego tu jestem.

– Chyba nie z powodu tamtej recenzji? – dopytuje Derrik. Wydaje się dziwnie zdezorientowany, a przecież osobiście ją czytał, kiedy wysłałem mu ją o trzeciej nad ranem. – No i co z tego, że obrzucił błotem ciebie i twoje powieści. Przecież to same domysły i przypuszczenia. Jedna kiepska opinia to za mało, żeby negatywnie odbić się na twojej sprzedaży.

– Nie o nią się martwię – rzucam. – Martwię się o to, że nie jestem w stanie pisać. Że nie mogę dalej tworzyć tego tak zwanego bełkotu.

– Nie musisz nieustannie udowadniać swojej wartości na prawo i lewo. To, jak ludzie oceniają twoją pracę, nie wpływa na ciebie jako na człowieka. Moim zdaniem nie możesz pisać tylko dlatego, że pozwoliłeś, by jakiś anonim z netu namieszał ci w głowie. Odsuń od siebie te negatywne myśli i po prostu skup się na historii, którą chcesz opowiedzieć.

Derrik nie jest pisarzem. Nie jest w stanie zrozumieć, że jedna recenzja dyskredytująca zarówno moją pracę, jak i mnie samego całkowicie stłamsiła moją kreatywność.

– Pisanie zostaw mnie, Derrik. Zaczniesz się martwić, kiedy będę miał gotowy manuskrypt, który będziesz mógł opchnąć wydawnictwu.

Rozłączam się, zanim zdąży jeszcze cokolwiek powiedzieć. Nie opuszczę Auburn, dopóki nie odnajdę swojej muzy.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie